reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

RAPORT MECZOWY! 15. KOLEJKA - SEZON 25/26

Nie zwiększyło się jeszcze grono mistrzów sezonu 2025/26 po ostatniej kolejce. Trzeba jednak przyznać, że takie ekipy jak Inferno Team, Q-Ice Warszawa czy AC Choszczówka są już dosłownie o krok od przypieczętowania tytułów.

Ciekawie zrobiło się również w Ekstraklasie. Drobne potknięcie Gladiatorów bezlitośnie wykorzystała GWA Media Ochota, która ponownie włączyła się do walki o końcowy triumf. Dla bezstronnych kibiców to na pewno fantastyczna informacja.

Opisy meczów 15. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!


Ekstraklasa

Mecz 15. kolejki Ligi Fanów pomiędzy Ognem Bielany a FC Impuls UA był spotkaniem o ogromnym znaczeniu w kontekście walki o utrzymanie. Obie drużyny przystępowały do rywalizacji świadome, że stawką są nie tylko trzy punkty, ale również spokój przed końcówką sezonu. Od pierwszych minut na boisku było widać determinację, walkę o każdy metr murawy i ogromne emocje towarzyszące temu pojedynkowi.

Lepiej spotkanie rozpoczął Ogień Bielany, który od początku narzucił wysokie tempo i częściej utrzymywał się przy piłce. W 16. minucie Damian Warmiak wykorzystał dobre podanie Piotra Milewskiego i otworzył wynik meczu. FC Impuls UA szybko odpowiedział trafieniem Aydina Yessaly'ego po akcji Igora Petlyaka, jednak gospodarze jeszcze przed przerwą ponownie wyszli na prowadzenie. W 19. minucie Piotr Milewski skutecznie wykończył akcję po asyście Andrzeja Skorupy, dzięki czemu Ogień schodził do szatni z prowadzeniem 2:1.

Druga połowa zamieniła się jednak w prawdziwy festiwal ofensywnej gry. Mecz był typowym starciem „cios za cios” - każda bramka jednej drużyny momentalnie wywoływała odpowiedź rywali. Tempo było bardzo wysokie, a akcja błyskawicznie przenosiła się spod jednej bramki pod drugą. FC Impuls z czasem zaczął wykorzystywać błędy defensywy Ognia i stopniowo przejmował inicjatywę. Ważne gole zdobywali między innymi Roman Soltys, Vladyslav Budz i Dmytro Hrynov. Ogień Bielany próbował odpowiadać trafieniami Milewskiego i Lisieckiego, jednak goście byli skuteczniejsi w kluczowych momentach.

Ostatecznie FC Impuls UA wygrał 7:5, odnosząc niezwykle ważne zwycięstwo w kontekście walki o utrzymanie.

W 15. kolejce Ekstraklasy Ligi Fanów doszło do prawdziwego meczu na szczycie. GWA Media Ochota podejmowała In Plus, a stawką były kluczowe punkty w walce o mistrzostwo. Gospodarze przystąpili do tego starcia poważnie osłabieni – z powodu zgrupowania reprezentacji Polski zabrakło ich największych gwiazd: Krystiana Nowakowskiego, Karola Bieniasa i Kacpra Cetlina.

Mimo braków kadrowych Ochota nie zamierzała oddawać pola, jednak to goście lepiej weszli w mecz. In Plus grał niezwykle konkretnie i skutecznie. Już w 7. minucie wynik otworzył Jan Szulkowski. Choć Mateusz Mikulski zdołał wyrównać, końcówka pierwszej połowy należała do gości. Trafienia Branickiego i ponownie Szulkowskiego sprawiły, że In Plus schodził na przerwę z solidnym prowadzeniem 3:1.

Po zmianie stron obraz gry uległ zmianie. GWA Media Ochota pokazała charakter godny pretendenta do tytułu. Sygnał do odrabiania strat dał Krzysztof Jabłoński w 35. minucie, a zaledwie trzy minuty później Mateusz Mikulski swoim drugim trafieniem doprowadził do wyrównania. W dramatycznej końcówce o sukcesie zdecydowały detale i zimna krew gospodarzy. W 47. minucie na prowadzenie wyprowadził ich duet Wingralek–Jamróż, a kropkę nad „i” postawił minutę później Miłosz Nowakowski. Ostatecznie GWA Media Ochota wygrała 5:3, odwracając losy meczu w drugiej połowie.

To zwycięstwo ma ogromne znaczenie psychologiczne – Ochota udowodniła, że potrafi wygrywać nawet bez swoich liderów i tym samym na poważnie włączyła się do walki o mistrzowską koronę Ligi Fanów.

Niewątpliwym faworytem spotkania pomiędzy Gladiatorami Eternis a Turem Ochota byli nominalni gospodarze, którzy są coraz bliżej zdobycia mistrzowskiego tytułu. Niespodziewanie ich rywal, po słabej rundzie jesiennej, zaczął odrabiać straty i dzięki temu całkiem realnie może myśleć o utrzymaniu się na najwyższym poziomie rozgrywkowym. To właśnie goście lepiej rozpoczęli mecz, wychodząc w 8. minucie na prowadzenie. Pod koniec pierwszego kwadransa gry ponownie zdobyli bramkę i powoli zanosiło się na małą niespodziankę. Jednak gospodarze niejednokrotnie pokazywali, że potrafią wychodzić z trudnych sytuacji, a ostatnie minuty tej części meczu były wręcz koncertowe w ich wykonaniu. Cztery bramki zdobyte w krótkim odstępie czasu sprawiły, że na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 4:2.

Druga część meczu rozpoczęła się od kolejnych dwóch trafień gospodarzy, którzy zbudowali sobie w miarę bezpieczną przewagę. Goście mogli zmniejszyć straty, jednak nie wykorzystali rzutu karnego, co chwilę później zemściło się utratą kolejnej bramki. Ostatnie minuty to akcje z obu stron i z tej wymiany lepiej wyszli goście, strzelając dwie bramki i tracąc tylko jedną.

Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem zespołu Gladiatorzy Eternis 8:4 i był to kolejny krok w stronę wygrania najwyższej klasy rozgrywkowej. Dla Tura Ochota była to druga porażka z rzędu, ale zawodnicy tej drużyny nadal mają wszystko w swoich nogach i wciąż bardzo realne szanse na utrzymanie się w elicie.

Spotkanie rozpędzonego KSB z walczącymi o utrzymanie Lakoksami miało wyraźnego faworyta. Różnica punktowa oraz forma obu drużyn w tym sezonie jasno wskazywały, kto powinien kontrolować przebieg meczu. Był jednak jeden czynnik, który mógł zwiastować emocje - zespoły znają się bardzo dobrze, a takie spotkania często wymykają się tabelowym przewidywaniom. Nadzieje Lakoksów mocno osłabił jednak brak Andrzeja Czerwa, którego obecność mogłaby znacząco pomóc w rywalizacji z jednym z najmocniejszych zespołów ligi. KSB przyjechało natomiast niemal w galowym zestawieniu i od pierwszych minut było widać ogromną pewność siebie oraz wysoką jakość gry.

Goście szybko przejęli kontrolę nad spotkaniem. Ich akcje były płynne, dobrze rozgrywane i bardzo konkretne, a zawodnicy pokroju Rucińskiego czy Grabickiego po raz kolejny pokazali, że nie potrzebują wielu okazji, by zamieniać je na liczby. KSB cierpliwie budowało przewagę i wykorzystywało praktycznie każdy większy błąd rywali. Trzeba jednak oddać Lakoksom jedno - mimo problemów kadrowych i wyraźnej różnicy jakości, nie zamierzali się poddać. Grali odważnie, ambitnie i przez moment naprawdę potrafili postawić się faworytowi. Gospodarze złapali kontakt na 1:2, pokazując charakter i wolę walki.

Do przerwy było jednak 3:1 dla KSB, a druga połowa jeszcze mocniej uwidoczniła różnicę pomiędzy obiema drużynami. KSB zaczęło dominować praktycznie w każdym aspekcie gry - dynamiką, szybkością podejmowania decyzji i ustawieniem. Ich pressing był bardzo niewygodny, a szybkie przejścia do ofensywy regularnie rozrywały defensywę Lakoksów. Widać było, że w tym sezonie jest to drużyna niezwykle trudna do zatrzymania. Lakoksy na pewno po takim spotkaniu nie mają się czego wstydzić - przed nimi bój o utrzymanie i szansa na wyciągnięcie wniosków z meczu z rywalem, który przecież jest w czubie tabeli.

KSB natomiast kontynuuje swoją imponującą historię. Walka o podium z pozycji beniaminka w Ekstraklasie to coś naprawdę wyjątkowego, a po takich występach coraz trudniej mówić o nich wyłącznie jako o niespodziance sezonu.

Zarówno dla In Plusu, jak i Gladiatorów Eternis było to drugie spotkanie tego dnia i przed meczem trudno było wskazać wyraźnego faworyta. Gospodarze długo prowadzili w swoim wcześniejszym meczu, ale pod koniec wypuścili zwycięstwo z rąk. Goście natomiast, mimo trudności, zainkasowali komplet punktów i do spotkania przystępowali w lepszych humorach.

Początkowe minuty to prawdziwe piłkarskie szachy - żadna z drużyn nie chciała się zbytnio otworzyć, a gdy już dochodziła do dogodnych sytuacji, na posterunku stali doskonale dysponowani tego dnia golkiperzy. Dodatkowo raz na przeszkodzie gościom stanęła poprzeczka bramki rywali, natomiast chwilę później strzał gospodarzy zatrzymał się na słupku. Pierwszą bramkę zobaczyliśmy dopiero w 20. minucie i była ona autorstwa gospodarzy. Ich rywale nie zdążyli jeszcze otrząsnąć się po tym trafieniu, a już po raz drugi wyjmowali piłkę z bramki. W tej części spotkania więcej się nie wydarzyło i drużyny schodziły na przerwę przy wyniku 2:0 dla gospodarzy.

Po zmianie stron lekką przewagę osiągnęli zawodnicy Eternisa, którzy zdołali odrobić połowę strat. Na dziesięć minut przed końcem spotkania zdobyli drugą bramkę i mecz rozpoczął się niejako od nowa. Ostatnie minuty to akcje z obu stron, czego efektem były dwie bramki – po jednej dla każdej z drużyn. Po bardzo ciekawym i stojącym na wysokim poziomie meczu w protokole widniał wynik 3:3. Żadna z drużyn nie może być w pełni zadowolona z tego rezultatu, bo dla obu ekip to bardziej strata dwóch punktów niż zdobycie jednego. Tę zdobycz trzeba jednak szanować, ponieważ może ona zapewnić In-Plusowi brązowe medale, a Gladiatorom Eternis końcowe zwycięstwo w lidze.

Warto też zwrócić uwagę na wybór najlepszych zawodników tego spotkania - w obu ekipach wyróżniono bramkarzy, co najlepiej pokazuje, jak wiele pracy mieli tego dnia między słupkami.

W starciu drużyn walczących o utrzymanie kluczową rolę odegrała frekwencja. FC Otamany stawiły się na Arenie AWF w bardzo szerokim i mocnym zestawieniu, podczas gdy Tanatos Husaria Mokotów dysponowała zaledwie jednym zawodnikiem na zmianę. Ta dysproporcja sił była widoczna na przestrzeni całych 50 minut.

Mecz otworzył już w 2. minucie Artur Prokop, dając sygnał do ataku gospodarzom. Choć Husaria starała się dotrzymać kroku, głównie za sprawą skutecznych Eryka Kopczyńskiego i Sebastiana Maśniaka, autora hat-tricka, to do przerwy Otamany prowadziły 6:3. Krótka ławka rezerwowych gości zaczęła coraz mocniej dawać o sobie znać wraz z upływem czasu.

Druga połowa to już całkowita dominacja gospodarzy. Wykorzystując zmęczenie rywali, Otamany raz po raz rozbijały defensywę Husarii. Fenomenalne zawody rozegrał Ivan Kashperuk, który napędzał niemal każdą akcję ofensywną swojej drużyny i regularnie wpisywał się na listę strzelców. Bardzo dobrze wspierali go również Anton Pankevych oraz Vitalii Yakovenko. Pomimo ambitnej postawy i zdobycia aż siedmiu bramek Husaria nie była w stanie zatrzymać rozpędzonych Otamanów, którzy ostatecznie wygrali 15:7.

To zwycięstwo daje Otamanom niezwykle ważny oddech w tabeli i stawia ich w uprzywilejowanej pozycji w walce o ligowy byt. Husaria, jeśli chce myśleć o punktach w końcówce sezonu, musi zadbać o stabilniejszą kadrę meczową.

1 Liga

W meczu 15. kolejki 1. Ligi Fanów obejrzeliśmy prawdziwy rollercoaster. Uragan pokonał Orły Maciejki 6:5, choć jeszcze do przerwy to zawodnicy Orłów byli zdecydowanie bliżej zwycięstwa, prowadząc 4:2 po bardzo skutecznej i dynamicznej pierwszej połowie.

Od początku spotkania Orły Maciejki narzuciły wysokie tempo i imponowały skutecznością w ofensywie. Drużyna świetnie wykorzystywała swoje sytuacje bramkowe, a szybkie akcje i dobra organizacja gry pozwoliły zbudować dwubramkową przewagę przed zejściem do szatni. Uragan miał problemy z zatrzymaniem rywali, mimo że sam również potrafił groźnie atakować.

Po przerwie obraz meczu zaczął się jednak stopniowo zmieniać. Kluczowym aspektem okazał się brak zmian w zespole Orłów Maciejki. Grający praktycznie bez możliwości rotacji zawodnicy zaczęli z każdą minutą tracić siły, co doskonale wykorzystał Uragan. Zespół przejął inicjatywę, częściej utrzymywał się przy piłce i coraz skuteczniej dochodził do sytuacji strzeleckich. Bohaterem Uraganu został Vladyslav Tkachenko, wybrany zawodnikiem meczu. Jego bramki oraz aktywność w ofensywie dały drużynie impuls do odrabiania strat. Ważne role odegrali także Bohdan Manuilov i Ivan Lazarets, którzy napędzali akcje ofensywne i dokładali cenne trafienia.

Orły Maciejki walczyły ambitnie do samego końca, a Rafał Polakowski i Samuel Czucher robili wszystko, by utrzymać korzystny rezultat. Ostatecznie jednak zmęczenie dało o sobie znać w końcówce, a Uragan wykorzystał swoją przewagę fizyczną i odwrócił losy spotkania, wygrywając 6:5 po jednym z najbardziej frapujących meczów tej kolejki.

W spotkaniu pomiędzy FC Kebavitą a drużyną FC Łowcy zdecydowanym faworytem byli goście, którzy pewnie zmierzają po awans. Choć Łowcy nie zagwarantowali sobie jeszcze matematycznie występów w Ekstraklasie, są już tego bardzo bliscy. Z powodu braku kluczowych zawodników, takich jak Karol Bienias, Norbert Jaszczak czy Kamil Kucharski, nawet najwięksi optymiści nie liczyli na sukces gospodarzy, którzy w tym sezonie zmagają się z własnymi problemami.

Niedzielne starcie rozpoczęło się zgodnie z przewidywaniami. To Łowcy dyktowali warunki gry i od pierwszego gwizdka kontrolowali przebieg spotkania. Głębia ich składu jest na tyle duża, że nawet tak istotne osłabienia nie przyprawiły trenera Mariusza Milewskiego o ból głowy. Strzelanie rozpoczął Patryk Dudziński, a na 2:0 podwyższył syn szkoleniowca - Igor Milewski. Kebavita próbowała odpowiadać kontratakami, jednak defensywa gości była tego dnia wyjątkowo szczelna. Do przerwy, po kolejnych trafieniach Patryka Dudzińskiego oraz Michała Knajdrowskiego, było już 5:0 dla Łowców.

Po zmianie stron goście tradycyjnie przeprowadzili roszadę w bramce, której w drugiej połowie strzegł Tomasz Warszawski. Obraz gry jednak się nie zmienił. Łowcy, prezentując szeroki wachlarz rozwiązań taktycznych oraz ogromną chęć zdobywania kolejnych bramek, systematycznie powiększali swoją przewagę. Dopiero przy wyniku 0:9 premierowe trafienie zanotowali podopieczni Buraka Cana. Po podaniu weterana Kebavity, Barisa Kazkondu, do siatki trafił Christian Nnamani. W ostatnich minutach gospodarze zdecydowali się na manewr z lotnym bramkarzem, co pozwoliło im stworzyć kilka składnych akcji. W samej końcówce oba zespoły dołożyły jeszcze po dwa trafienia i spotkanie ostatecznie zakończyło się rezultatem 11:3 dla FC Łowcy.

Goście dopisują do swojego konta niezwykle cenne trzy punkty i wykonują kolejny krok w stronę ekstraklasowej elity Ligi Fanów. Szansę na oficjalne przypieczętowanie awansu będą mieli już w najbliższą niedzielę.

Starcie na samym szczycie 1. Ligi zapowiadało się jako absolutny hit tej serii gier i jedno z najważniejszych spotkań całej rundy. Naprzeciw siebie stanęli bezpośredni pretendenci do mistrzowskiego tytułu -wicelider Sirius podejmował lidera, czyli Inferno Team. Stawka tego meczu była ogromna. Zwycięstwo gospodarzy pozwoliłoby im zbliżyć się do pierwszego miejsca na dystans zaledwie jednego punktu, z kolei wygrana gości oznaczała ucieczkę na bardzo bezpieczną przewagę. Spodziewaliśmy się bardzo wyrównanego spotkania stojącego na wysokim poziomie i śmiało można powiedzieć, że jak na realia szóstek był to poziom wręcz ekstraklasowy.

Dokładnie takie widowisko dostaliśmy - fantastyczne, niezwykle wyrównane i pełne jakości, w którym nikt nie odstawiał nogi, a obie drużyny pokazały się z kapitalnej strony. Od pierwszego gwizdka oglądaliśmy ogromne zaangażowanie po obu stronach. Strzelanie już w 4. minucie rozpoczęli gracze Inferno Team, kiedy to Oskar Pyrzyna wykorzystał świetne dogranie Pawła Stanka. Radość lidera nie trwała jednak długo, bo zaledwie trzy minuty później do wyrównania doprowadził Vitali Haiduchyk po podaniu Yevheniia Androshchuka. Wymiana ciosów trwała w najlepsze. W 9. minucie Piotr Bartnicki ponownie wyprowadził gości na prowadzenie. Inferno cały czas napierało i podkręcało tempo, a zawodnicy Siriusa momentami musieli ratować się nieprzepisowymi zagraniami. Skończyło się to żółtą kartką dla Haiduchyka, który był zmuszony faulować, by zatrzymać rywali. Gospodarze jednak nie spuścili głów i jeszcze przed przerwą, w 19. minucie, Vadym Rossokhatyi ustalił wynik pierwszej połowy na 2:2.

Po zmianie stron obraz gry praktycznie się nie zmienił - to wciąż było starcie wagi ciężkiej, w którym obie drużyny szły cios za cios. W 34. minucie Sylwester Wielgat pięknym strzałem dał Inferno trzecie prowadzenie w tym meczu. I tym razem Sirius odpowiedział - pięć minut później Marsel Tamoyan wpakował piłkę do siatki na 3:3. Wtedy jednak ciężar gry na swoje barki wziął… bramkarz Inferno. Paweł Stanek podprowadził piłkę, zdecydował się na bezpośredni strzał i kapitalnym uderzeniem wyprowadził swój zespół na prowadzenie 4:3. Gospodarze rzucili wszystko na jedną szalę i próbując po raz czwarty odrobić straty, zdecydowali się na grę z lotnym bramkarzem. Zamiast wyrównania obejrzeliśmy jednak absolutne kuriozum. Przy wznowieniu gry z rzutu wolnego zawodnik Siriusa chciał wycofać piłkę do własnego bramkarza, ale ten nie znajdował się tam, gdzie spodziewał się jego partner. Przy próbie ratowania sytuacji zawodnik poślizgnął się i nie zdołał już dogonić piłki, która powoli wtoczyła się do siatki. Tak padł samobójczy gol Vovy Pidluzhnyiego w 46. minucie - murowany kandydat do „kalafiora sezonu”, szczególnie biorąc pod uwagę rangę spotkania i moment, w którym do tego doszło.

Mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 5:3 dla Inferno Team. To zwycięstwo ma ogromne znaczenie - lider odskakuje w tabeli na siedem punktów i wykonuje gigantyczny krok w stronę mistrzostwa 1. Ligi. Co prawda złotych medali jeszcze oficjalnie nie mają, ale do końcowego triumfu brakuje im już naprawdę niewiele. Sirius mimo porażki pokazał ogromny charakter i bardzo wysoką jakość, udowadniając, że nie przez przypadek walczy o medale. Tego wieczoru musiał jednak uznać wyższość rozpędzonego lidera. Niewykluczone, że okazję do rewanżu obie drużyny będą miały już w przyszłym sezonie i to na boiskach Ekstraklasy.

Explo Team, mające wyraźne aspiracje do zakończenia sezonu w czołowej piątce, podejmowało KS Presley Gniazdowy, który desperacko potrzebuje punktów w walce o utrzymanie. Po ubiegłotygodniowej wysokiej porażce z Kebavitą goście przyjeżdżali bez większego rozpędu i szybko okazało się, że Explo również będzie dla nich bardzo trudnym wyzwaniem.

Pierwszą połowę otworzył Pudelek strzałem z dystansu, który przeleciał tuż obok nogi bramkarza i wpadł do siatki na 1:0. Kolejne minuty upłynęły pod znakiem spokojnego rozgrywania - obie drużyny szanowały piłkę i nie szukały drogi na skróty. Tę równowagę przełamała żółta kartka dla zawodnika Presley, a grę w przewadze szybko wykorzystał Brzuchacz, doprowadzając do wyrównania. Jeszcze przed przerwą Jabłoński spod własnej bramki podciągnął akcję na połowę rywali i strzałem z dystansu dał Explo prowadzenie 2:1.

Po zmianie stron Dziewicki podwyższył wynik na 3:1 po rykoszecie od obrońcy. Wtedy jednak głos zabrał Presley. Skorupa przeprowadził fantastyczny rajd i zdobył gola kontaktowego. Na boisku zrobiło się nerwowo - pojawiły się ostre starcia, spięcia między zawodnikami i żółte kartki po obu stronach. Spokój ponownie przywrócił Skorupa, który podszedł do rzutu wolnego i świetnym uderzeniem doprowadził do remisu 3:3. Chwila euforii dla gości nie trwała jednak długo. Zapolski i Brzuchacz szybko ponownie wyprowadzili Explo na prowadzenie.

Gospodarze cierpliwie rozgrywali piłkę, a Presley próbował szukać swoich szans w kontratakach. Nadzieje gości ostatecznie pogrzebał niefortunny gol samobójczy Furtaka, a Górecki dorzucił jeszcze dwa trafienia w samej końcówce, wykorzystując wysokie ustawienie bramkarza rywali.

Końcowy wynik 8:3 daje Explo Team kolejne trzy punkty w walce o udział w Pucharze Fanów, a sytuacja Presleya w tabeli robi się coraz trudniejsza. Gości stać na zdecydowanie więcej, ale tego dnia ani forma, ani szczęście nie były po ich stronie.

Zawodnicy UEFA Mafia Ursynów w tej rundzie grają w kratkę – trzy zwycięstwa oraz dwie porażki sprawiają, że walka o medale praktycznie zakończyła się już dla nich. Z kolei AZS Nietoperze, mimo ciekawego składu personalnego, tylko raz schodzili z boiska z kompletem punktów i ich sytuacja w tabeli nie jest komfortowa.

Od początku mecz stał na bardzo wysokim poziomie. Obie drużyny mają w swoich składach indywidualności, co zwiastowało dużą liczbę sytuacji bramkowych. Strzelanie rozpoczęli goście, którzy dwukrotnie pokonali golkipera rywali. Chwilę później tym samym odpowiedzieli gospodarze, doprowadzając do remisu. Kolejne minuty to wymiana ciosów, z której o jedną bramkę lepsi okazali się gospodarze i na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 4:3.

W drugiej połowie pierwszą groźną sytuację stworzyli zawodnicy AZS-u, jednak piłka po ich strzale wylądowała na słupku. Pierwsza bramka w tej części spotkania padła po sprytnie rozegranym rzucie wolnym, dzięki czemu UEFA Mafia wyszła na dwubramkowe prowadzenie. W kolejnych minutach obie drużyny zanotowały po dwa trafienia i pięć minut przed końcem meczu mieliśmy wynik 7:5. Goście, goniąc wynik, musieli się otworzyć, co skrzętnie wykorzystali rywale, zdobywając w ostatnich minutach kolejne dwie bramki. Spotkanie zakończyło się wynikiem 9:5 dla UEFY, a na szczególną uwagę zasługuje świetny występ Szymona Balcerzaka, którego trzy bramki i dwie asysty znacząco pomogły drużynie w zdobyciu kompletu punktów.

AZS Nietoperze mimo niezłego meczu po raz kolejny schodzą z boiska bez zdobyczy punktowej...

2 Liga

Zawsze dzielnie walczące chłopaki z Rock’n Roll Warsaw kontra FC Dziki z Lasu - to starcie, jakie mieliśmy przyjemność obejrzeć w miniony weekend. Mecz zapowiadał się naprawdę ekscytująco i trzeba przyznać, że dostarczył nam sporo emocji. Zespół Artura Chernenki nie mógł sobie pozwolić na wpadkę, zważywszy na zaciętą i wyrównaną sytuację panującą w czołówce tabeli tej ligi. Z drugiej strony rywalem były Dziki z Lasu, które - poza meczem z Manitas - notują niemal perfekcyjną rundę i tym razem również nie miały zamiaru składać broni.

To właśnie goście jako pierwsi wpisali się na listę strzelców. Ładnym strzałem z dystansu Bartek Suchora dał prowadzenie swojemu zespołowi i wywołał niemałe zdziwienie wśród licznie zgromadzonych tego dnia kibiców. Chwilę później ponownie wpisał się na listę strzelców, a zawodnicy gospodarzy zrozumieli, że nie będzie to dla nich łatwa batalia. Stać ich było jedynie na jednego gola po ładnej, składnej akcji duetu Voronov–Rakhmail, gdzie ten drugi zamienił podanie pierwszego na bramkę.

Gdy wszyscy spodziewali się, że po przerwie gospodarze rzucą się do odrabiania strat i w końcu dobiorą się do bramki rywali, to właśnie Dziki wykorzystywały fakt, że niemrawy tego dnia Rock’n Roll, grając z bramkarzem, tracił piłkę i narażał się na gole do pustej bramki z połowy boiska. Niestety dla gospodarzy defensywa Dzików była tego dnia kapitalna - dali się pokonać już tylko raz, sami dokładając kolejne trafienia do swojego dorobku.

Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 7:2 dla zespołu Piotra Jamroża, któremu należą się ogromne brawa za bardzo dobry i poukładany mecz, kontrolowany od pierwszej do ostatniej minuty dzięki solidnej i świetnie zorganizowanej grze, szczególnie w defensywie.

Cyrkulatka przyjechała z jasnym celem - utrzymać matematyczne szanse w walce o tytuł. Husaria Mokotów III, która sezon zaczęła kapitalnie, zmaga się ostatnio z wąską kadrą i serią porażek, a jesienne starcie z dzisiejszym rywalem wspomina raczej jak zły sen niż dobrą lekturę. Na papierze faworyt był więc wyraźny.

Mecz już w 4. minucie otworzył Pokrywka, trafiając w boczną siatkę przy bramkarzu wysuniętym daleko poza pole karne. Goście nie zamierzali jednak składać broni. Kapica popisał się przepiękną rakietą z dystansu prosto w lewe okienko, po której wszyscy łapali się za głowy. Chwilę później Miriuk z ostrego kąta wyprowadził Husarię na prowadzenie. Jak się później okazało, były to jedyne minuty przewagi tego zespołu w całym spotkaniu.

Cyrkulatka odpowiedziała trzema bramkami z rzędu - najpierw Pyrka po dośrodkowaniu, później Chyrchała, a wreszcie Wieliczuk, który przechwycił piłkę w środku pola i wykończył akcję efektownym lobem. Tuż przed przerwą szczęście dopisało Piskorzowi - wybicie bramkarza gości odbiło się od obrońcy i wpadło do siatki, ustalając wynik do przerwy na 4:3.

Po zmianie stron Cyrkulatka mocno naciskała, ale obie drużyny mogły liczyć na świetnie dysponowanych bramkarzy, którzy mieli sporo pracy. W końcu Panas podwyższył na 5:3, jednak chwilę później Gonerka pięknym strzałem z dystansu zdobył gola kontaktowego, dając Husarii ostatni przebłysk nadziei. To była jednak tylko iluzja. Pokrywka popisał się dwoma indywidualnymi trafieniami, Panas dorzucił gola po składnej akcji, a w końcówce kropkę nad „i” ponownie postawił Pokrywka. Spotkanie zakończyło się wynikiem 9:4.

Cyrkulatka kontynuuje pościg za Ternovitsią, a MVP kolejki, Łukasz Pokrywka, zanotował już swój czwarty hat-trick w tej kampanii.

Ternovitsia nie miała litości dla Warsaw Bandziors w meczu 15. kolejki. Ukraińska drużyna po raz kolejny pokazała, że nieprzypadkowo patrzy na resztę zespołów 2. ligi z góry i to z bardzo dużą przewagą, bo aż dziewięciopunktową.

Kolejne trzy oczka dopisała dzięki efektownej wygranej 14:2 z będącymi w strefie spadkowej Warsaw Bandziors. Na boisku D oglądaliśmy dobrze znany z meczów Ternovitsii schemat. Pavel Paduk brał na siebie ogrom gry zespołu, rozdysponowywał piłki i stanowił świetny pomost pomiędzy defensywą a ofensywą. Dawniej trenerzy nazwaliby takiego zawodnika „łącznikiem” i kazaliby zagrywać do niego piłkę przy każdej możliwej okazji. Paduk różni się jednak od wielu piłkarzy tym, że uwielbia grać dla kolegów. Do siatki Warsaw Bandziors trafił tylko raz, ale zanotował aż pięć asyst. Największym beneficjentem tej boiskowej hojności był Volodymyr Hrydovyi, który dołożył kolejne pięć goli do klasyfikacji strzelców, gdzie nadal ma wyraźną przewagę nad resztą stawki.

Ternovitsia była do bólu skuteczna, choć trudno oczekiwać od tak klasowego zespołu, by nie wykorzystywał klarownych sytuacji. A tych miał pod dostatkiem. Rozklepanie defensywy i wyłożenie piłki na pustą bramkę - to znak firmowy tej drużyny. Co ciekawe, wynik mógł być jeszcze wyższy. Rywale mogą pluć sobie w brodę, bo sytuacji gotowych do zamienienia na gole, które ostatecznie kończyły się strzałami w piłkołap zamiast w siatkę, było naprawdę sporo.

Warsaw Bandziors potrzebowało klinicznej skuteczności, by postawić się liderowi. Tego dnia jednak wyraźnie jej zabrakło.

Podrażnieni po ostatniej porażce zawodnicy Manitas tym razem stanęli naprzeciwko Ukrainian Vikings, choć w praktyce nie był to już zespół, który pamiętamy z początku sezonu. Oryginalna ekipa została wycofana z rozgrywek, a obecnie pod tym szyldem grają chłopaki z Grodziska Mazowieckiego, którzy do tej pory radzili sobie naprawdę solidnie.

Od początku atmosfera wokół meczu była spokojna i luźna. Mimo wysokiego wyniku nie oglądaliśmy wielu spięć czy nerwów - dominowała otwarta gra i ofensywne podejście z obu stron. Już w pierwszych minutach Manitas był blisko objęcia prowadzenia, choć zamiast gola dostaliśmy mocnego kandydata do „kalafiora kolejki”. Chwilę później gospodarze szybko się jednak poprawili. Patryk Kultys otworzył wynik po podaniu Jóźwiaka, a sam Jóźwiak moment później podwyższył na 2:0. Manitas bardzo szybko złapał odpowiedni rytm i narzucił swoje tempo gry. Po piętnastu minutach było już 3:0 i dopiero wtedy goście odpowiedzieli pierwszym trafieniem. Nie zmieniło to jednak obrazu spotkania - gospodarze cały czas napierali, tworzyli kolejne sytuacje i bardzo pewnie kontrolowali wydarzenia na boisku.

Po zmianie stron tempo wcale nie spadło. Dalej oglądaliśmy otwarty mecz i sporą liczbę bramek po obu stronach. Goście mimo wysokiej straty nie odpuszczali i momentami potrafili naprawdę dobrze wyglądać pod bramką rywali. Ich największym atutem był zdecydowanie Mikołaj Krzyżak, który sprawiał najwięcej problemów defensywie Manitas i napędzał większość ofensywnych akcji swojej drużyny. Duży wpływ na przebieg meczu miała również kontuzja bramkarza gości. Problemy z kostką sprawiły, że musiał opuścić boisko, a między słupkami stanął zawodnik z pola. Gra bez zmian i bez nominalnego golkipera mocno utrudniła walkę o korzystny wynik, choć mimo wszystko goście nadal próbowali grać odważnie i szukać swoich okazji.

Finalnie Manitas wygrał 12:6 i przez większość spotkania kontrolował przebieg gry. Mimo wysokiej porażki ekipa z Grodziska pokazała jednak charakter i z pewnością nie może powiedzieć, że oddała ten mecz bez walki.

3 Liga

3. Liga po raz kolejny udowodniła, jak niewielkie różnice dzielą zespoły ze środka tabeli. Starcie siódmej Prykarpattii z szóstym GLK było czymś więcej niż zwykłym meczem o trzy punkty - dla obu drużyn była to szansa na wykonanie ważnego kroku w stronę realizacji swoich celów. Gospodarze chcieli zatrzeć fatalne wrażenie po ostatniej porażce i oddalić się od strefy spadkowej, natomiast GLK przyjechało z myślą o pogoni za podium, do którego przed kolejką traciło zaledwie pięć punktów. Obie drużyny potraktowały to spotkanie bardzo poważnie, wystawiając mocne i jakościowe składy. Już od pierwszych minut było widać, że nie zabraknie intensywności i dobrej piłki. Tempo meczu było wysokie, akcje składne, a zawodnicy nie bali się gry do przodu.

Lepiej w spotkanie weszło jednak GLK. Drużyna prowadzona przez Sawickiego, który świetnie kierował grą zespołu, wyglądała dojrzalej i spokojniej w rozegraniu. Goście zyskali przewagę zarówno pod względem kultury gry, jak i samego wyniku. Do przerwy prowadzili 2:1, a chwilę po zmianie stron było już 4:2 i wydawało się, że mają wydarzenia boiskowe pod pełną kontrolą. Wtedy nastąpił jednak moment przełomowy.

Prykarpattia się przebudziła. Gospodarze zaczęli grać z dużo większą agresją i odwagą, a sygnał do ataku dał Andrii Dutchak. To właśnie on wziął ciężar gry na siebie i swoim charakterem oraz aktywnością ofensywną napędził cały zespół. Jego zaangażowanie udzieliło się kolegom, którzy ruszyli do przodu z ogromną energią. Od tego momentu mecz całkowicie zmienił swój kierunek. Na jedno trafienie GLK gospodarze odpowiedzieli aż pięcioma bramkami. Prykarpattia grała coraz odważniej, a osłabione i wyraźnie tracące kontrolę GLK zostało zepchnięte do defensywy. Ostatecznie gospodarze wygrali 7:5, odwracając losy spotkania w imponującym stylu. To zwycięstwo daje im ogromną ulgę przed trzema ostatnimi kolejkami i pozwala odskoczyć od strefy spadkowej.

GLK natomiast mocno skomplikowało sobie walkę o podium. Choć matematycznie wciąż wszystko jest możliwe, strata punktów w takim meczu może okazać się bardzo kosztowna.

Starcie w 3. Lidze pomiędzy liderem FC Vikersonn UA I a ekipą Orzeły Stolicy zapowiadało się jako klasyczny pojedynek Dawida z Goliatem. Biorąc pod uwagę sytuację w tabeli oraz fakt, że goście stawili się na to spotkanie mocno okrojonym składem, praktycznie bez ławki rezerwowych, faworyt mógł być tylko jeden. Spodziewaliśmy się, że lider będzie chciał wykorzystać tę sytuację do solidnego podreperowania swojego bilansu bramkowego, a dla Orzełów będzie to przede wszystkim mecz o przetrwanie.

Zgodnie z przewidywaniami od pierwszego gwizdka oglądaliśmy całkowitą dominację gospodarzy. FC Vikersonn szybko zepchnął rywali do głębokiej defensywy, prowadził grę i budował kolejne ataki pozycyjne. Orzeły skupiły się głównie na bronieniu dostępu do własnej bramki i szukaniu szans w nielicznych kontrach, choć argumentów ofensywnych wyraźnie im brakowało. Mimo gigantycznej przewagi lider raził nieskutecznością. Oglądaliśmy prawdziwy festiwal zmarnowanych sytuacji - gospodarze pudłowali nawet z pozycji, z których piłka wręcz powinna wpadać do siatki. Niemoc przełamał dopiero w 19. minucie Yurii Rubinski, otwierając wynik po podaniu Ivana Vovka. Zaledwie dwie minuty później ten sam duet wypracował kolejną bramkę i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 2:0.

Po zmianie stron obraz gry praktycznie się nie zmienił. FC Vikersonn nadal miał wszystko pod kontrolą, kreował kolejne stuprocentowe okazje, ale piłka wciąż nie wpadała do bramki z oczekiwaną częstotliwością. Przy linii bocznej było widać sporą frustrację prezesa Vikersonna, który głośno domagał się od swoich zawodników większej koncentracji i kolejnych trafień. Stare piłkarskie porzekadło mówi, że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić, ale tego dnia osłabione Orły nie miały sił, by zagrozić liderowi. Tymczasem swój prywatny koncert kontynuował Rubinski. W 27. minucie skompletował hat-tricka - ponownie po asyście Vovka - a w 35. minucie ustalił wynik spotkania na 4:0, wykorzystując dogranie Valeriia Shulhy.

Mecz zakończył się pewnym zwycięstwem FC Vikersonn UA I 4:0. Lider zachował czyste konto i dopisał do swojego dorobku obowiązkowe trzy punkty, choć w ich obozie pozostał lekki niedosyt związany z liczbą niewykorzystanych okazji.

Z kolei Orzełom Stolicy, mimo porażki, należą się ogromne brawa za charakter. Biorąc pod uwagę problemy kadrowe, zostawili na boisku mnóstwo zdrowia. Wynik nie jest dla nich najgorszy, a ogromna w tym zasługa świetnie dysponowanego bramkarza. Arkadiusz Ciołek dwoił się i troił między słupkami, wielokrotnie ratując swój zespół przed znacznie wyższą porażką.

Zapowiedź głosiła, że pewni wyniku nie będziemy aż do ostatniego gwizdka i słowo faktem się stało. Deluxe Barbershop podejmowało wiosenną rewelację ligi, Husarię Mokotów II, która w tej części sezonu przegrała jedynie z liderem. Spotkanie pozostawało otwarte praktycznie do samego końca.

Mecz ruszył dość spokojnie - kilka minut badania się z obu stron, zanim Tula otworzył wynik mocnym strzałem po ładnej klepce. Mammadov szybko wyrównał, ale chwilę później byliśmy świadkami kuriozalnej bramki. Bramkarz Husarii rozgrywał piłkę wysoko, jego niecelne podanie przechwycił Mammadov, który przy okazji oddalenia zagrożenia od własnej bramki zdobył gola… z własnego pola karnego. Po takim ciosie Husaria jednak się podniosła. Hübner po długim podaniu zdobył bramkę kontaktową, a Mizzayev po rzucie rożnym dał gospodarzom prowadzenie 3:2. Nerwy zaczynały rosnąć, a dyskusje z arbitrem stawały się coraz bardziej pretensjonalne.

Po przerwie Narimanli strzałem sprzed pola karnego podwyższył na 4:2 po sporym zamieszaniu pod bramką. Wydawało się, że Deluxe spokojnie dowiezie wynik, ale to zdecydowanie nie był mecz dla spokojnych. Borowski po stałym fragmencie zapoczątkował powrót Husarii, a Tula genialnym uderzeniem z dystansu po krótkim rozegraniu doprowadził do remisu 4:4. Trafienia Mizzayeva i Aliyeva, poprzedzone świetnym pressingiem, sprawiły, że gospodarze kolejny raz odskoczyli rywalom. Husaria walczyła jednak do samego końca. Hübner z ostrego kąta zdobył gola kontaktowego, a Wdowiński z zimną krwią wykończył akcję na 6:6.

Sprawiedliwy podział punktów w bardzo intensywnym i emocjonującym meczu. Husaria po raz kolejny udowodniła, że w tej drużynie bohater zawsze znajduje się wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny.

W meczu drużyn zamykających tabelę ekipa Tonie Majami podejmowała Łowców II. Spotkanie zapowiadało się na naprawdę emocjonujące widowisko. Obie drużyny musiały szukać punktów, by spróbować odrobić straty do miejsca dającego utrzymanie w lidze.

Pierwsza połowa uraczyła nas dużą ilością walki w środku pola i ciągłą zmianą drużyny będącej przy piłce. W tej batalii odrobinę lepiej odnaleźli się gospodarze i to oni po indywidualnym rajdzie, minięciu bramkarza i strzale do pustej bramki wyszli na prowadzenie. Wynik nie uległ już zmianie aż do gwizdka oznaczającego przerwę.

W drugiej odsłonie obie ekipy wrzuciły wyższy bieg i obejrzeliśmy zdecydowanie więcej sytuacji bramkowych oraz strzałów. W tej części nieco lepsi okazali się Łowcy, którzy po stracie drugiego gola zdołali szybko wyrównać stan rywalizacji. To jednak, co „misie lubią najbardziej”, czyli prawdziwy miodek tego spotkania, przyszło dopiero pod sam koniec. Chwilę przed ostatnim gwizdkiem sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy, którzy pewnie zamienili jedenastkę na gola. I okej - takie sytuacje się zdarzają. Po szybkim wznowieniu gry przez gości piłka została jednak natychmiast posłana długim podaniem w pole karne Tonie Majami i… chwilę później również Łowcy otrzymali rzut karny. Anton Nautiak stanął na wysokości zadania i pewnie wykorzystał jedenastkę, po której sędzia zakończył spotkanie.

Podział punktów zapewne nie uszczęśliwia żadnej ze stron, jednak tego dnia było to maksimum, jakie obie drużyny były w stanie ugrać. O pełną pulę muszą więc powalczyć w następnych kolejkach.

W meczu 15. kolejki 3. Ligi Fanów doszło do prawdziwego hitu sezonu. Wicelider tabeli - FC Comeback - podejmował czwartą w tabeli Warsaw Sinaloa. Stawka była ogromna, ponieważ wynik tego spotkania mógł w dużej mierze zadecydować o losach walki o awans.

Od pierwszych minut było widać, że oba zespoły doskonale zdają sobie sprawę z wagi tego starcia. FC Comeback próbował narzucić swoje warunki gry i wykorzystać atut wysokiej pozycji w tabeli, jednak Warsaw Sinaloa odpowiedziała bardzo ofensywnym i bezpośrednim futbolem. Mecz szybko zamienił się w wymianę ciosów, a tempo praktycznie ani na moment nie spadało.

Pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Warsaw Sinaloa 8:6, choć FC Comeback kilkukrotnie wracał do gry po straconych bramkach. Kluczowa okazała się skuteczność Sinaloi w kontratakach oraz dobra organizacja w ofensywie. Mimo ambitnej postawy gospodarzy rywale potrafili wykorzystać niemal każdy błąd defensywy.

Po przerwie emocji było jeszcze więcej. FC Comeback ruszył do odrabiania strat i momentami zamykał przeciwników na ich połowie. Warsaw Sinaloa zachowała jednak zimną krew i odpowiadała kolejnymi trafieniami w najważniejszych momentach meczu. Spotkanie było twarde, dynamiczne i pełne walki o każdy metr boiska, co idealnie oddawało rangę tego pojedynku.

Ostatecznie Warsaw Sinaloa zwyciężyła 11:8, odnosząc niezwykle cenne zwycięstwo w kontekście walki o czołowe miejsca i awans. Dzięki temu triumfowi zespół wysłał jasny sygnał reszcie ligi, że w końcówce sezonu będzie liczył się w walce o najwyższe cele. Dla FC Comeback była to bolesna porażka, ale jednocześnie mecz pokazał, że drużyna nadal ma potencjał, by walczyć do samego końca.

4 Liga

Pojedynek pomiędzy BM Development a Bad Boys może i nie był starciem bezpośrednich sąsiadów w tabeli, ale różnica punktowa między tymi ekipami wcale nie była duża. Stawka spotkania ważyła więc sporo - gospodarze nadal chcą liczyć się w walce o podium, natomiast Bad Boys potrzebują punktów, by oddalić się od strefy spadkowej. Mobilizacji po obu stronach zdecydowanie nie brakowało.

Lepiej w to spotkanie weszli gracze BM Development. Już na początku Maksym Hluschenko, po świetnym dograniu od Kiryla Semerenki, otworzył wynik po naprawdę dobrze rozegranej akcji. Od razu było widać, że ofensywa gospodarzy funkcjonuje bardzo dobrze i potrafi szybko stworzyć zagrożenie pod bramką rywali. Później jednak ekipa Bad Boys zaczęła lepiej zamykać dostęp do własnej defensywy i przez dłuższy moment mecz zrobił się nieco bardziej zachowawczy. Z czasem goście zaczęli dochodzić do głosu i po długim fragmencie bez bramek wyrównanie na 1:1 dał Stanisław Kędzierski, korzystając z podania Piotra Wardzyńskiego.

Końcówka pierwszej połowy przyniosła jednak znacznie więcej emocji niż wcześniejsze minuty gry. Najpierw Kiryl Semerenko ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie po sporym zamieszaniu pod bramką rywali - goście sami narobili sobie problemów po chaotycznie rozegranym aucie, a gospodarze wykorzystali to z zimną krwią. Chwilę później padł jeszcze pechowy gol samobójczy Damiana Borowskiego, który niefortunnie próbował ratować sytuację we własnym polu karnym. Zawodnicy Bad Boys zdołali jednak odpowiedzieć jeszcze przed przerwą. Krystian Stępień zdobył bramkę kontaktową i ustalił wynik pierwszej połowy na 3:2. Mimo pięciu goli można było jednak odnieść wrażenie, że obie drużyny momentami prezentowały się gorzej, niż można było oczekiwać. Na boisku było sporo niedokładności, brakowało płynności, a wiele akcji kończyło się jeszcze przed stworzeniem realnego zagrożenia.

Po zmianie stron obraz gry zmienił się jednak błyskawicznie. Już chwilę po wznowieniu Bogdan Leshchenko podwyższył prowadzenie, a później worek z bramkami dla gospodarzy rozwiązał się na dobre. Kolejne trafienia dokładali Heorhii Parnitskii, Oleksandr Smoliar oraz ponownie Kiryl Semerenko, który wyrósł na jednego z głównych motorów napędowych swojej drużyny i zakończył spotkanie z hat-trickiem. Bad Boys, próbując gonić wynik, musieli coraz bardziej się odkrywać, co było wodą na młyn dla BM Development. Gospodarze bezlitośnie wykorzystywali pozostawiane wolne przestrzenie i z każdą minutą ich przewaga rosła coraz bardziej.

Mecz wyraźnie wymykał się gościom spod kontroli. Finalnie BM Development zamknęło to spotkanie efektownym zwycięstwem 9:3. Bad Boys walczyli do samego końca, a ostatnią bramkę dla swojej drużyny zdobył Bartłomiej Podobas.

Furduncio Brasil F.C. i Sportowe Zakapiory znajdowały się w środku tabeli, dlatego stawką pojedynku były niezwykle cenne punkty, które mogły pozwolić zbliżyć się do ligowej czołówki.

Lepiej w mecz weszły Sportowe Zakapiory, które od początku narzuciły wysokie tempo gry i szybko zaczęły stwarzać zagrożenie pod bramką rywali. Już w 8. minucie prowadzenie swojej drużynie dał Smoliński, skutecznie finalizując akcję ofensywną. Furduncio próbowało odpowiedzieć, jednak długo nie mogło znaleźć sposobu na dobrze zorganizowaną defensywę przeciwników. W 20. minucie Zakapiory podwyższyły wynik za sprawą Westenholza i do przerwy prowadziły 2:0, mając pełną kontrolę nad spotkaniem.

Po zmianie stron obraz gry zmienił się jednak diametralnie. Furduncio Brasil wyszło na drugą połowę niezwykle zmotywowane i błyskawicznie ruszyło do odrabiania strat. Kontaktowego gola w 32. minucie zdobył Ramos, co wyraźnie dodało drużynie wiary w odwrócenie losów meczu. Zaledwie dwie minuty później do remisu doprowadził Santana i spotkanie rozpoczęło się praktycznie od nowa.

Rozpędzone Furduncio nie zamierzało się zatrzymywać. Bohaterem końcówki został Andrade, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i przypieczętował fantastyczny comeback swojej drużyny. Ostatecznie Furduncio Brasil F.C. pokonało Sportowe Zakapiory 4:2 po kapitalnej drugiej połowie i skutecznym comebacku.

Hit 4. Ligi Fanów pomiędzy FC Bulls a Boca Seniors nie zawiódł oczekiwań kibiców. Przed spotkaniem Bulls zajmowali 2. miejsce w tabeli, natomiast Boca Seniors plasowali się tuż za nimi na 4. pozycji. Stawką meczu były niezwykle ważne punkty w walce o czołowe lokaty.

Lepiej w spotkanie weszła drużyna Boca Seniors, która bardzo szybko przejęła inicjatywę. Już w 5. minucie wynik meczu otworzył Pruszyński, wykorzystując dobrą akcję ofensywną swojego zespołu. Boca poszło za ciosem i w 14. minucie ponownie do siatki trafił Pruszyński, podwyższając prowadzenie na 2:0. FC Bulls mieli spore problemy z zatrzymaniem rozpędzonych rywali, a w 21. minucie kolejny cios zadał Wolszczuk, zdobywając trzecią bramkę dla Boca Seniors.

Wydawało się, że Bulls są już na deskach, jednak końcówka pierwszej połowy całkowicie odmieniła obraz spotkania. W 24. minucie kontaktowego gola zdobył Litvinchuk, a zaledwie minutę później Churiukanov wykorzystał zamieszanie pod bramką rywali i zmniejszył straty do jednego trafienia. Dzięki temu do przerwy Boca Seniors prowadziło już tylko 3:2.

Po zmianie stron mecz nadal był niezwykle wyrównany i pełen walki. Obie drużyny miały swoje okazje, ale długo brakowało skutecznego wykończenia. W końcu w 39. minucie do wyrównania doprowadził Grunchak, dając FC Bulls nową energię w końcówce spotkania. Gdy wydawało się, że mecz zakończy się remisem, w ostatnich sekundach bohaterem gospodarzy został Kozenko, który zdobył zwycięskiego gola i zapewnił FC Bulls spektakularne zwycięstwo 4:3 po kapitalnym widowisku.

Team Ivulin do spotkania z SO4 FC przystępował po dwóch porażkach z rzędu i z pewnością liczył na przerwanie tej niekorzystnej passy. Ich rywale do tej pory w rundzie wiosennej stracili punkty tylko raz, remisując w ostatniej kolejce. Patrząc na ostatnie wyniki, goście mogli wydawać się murowanym faworytem, jednak wąska kadra meczowa mogła stanąć na przeszkodzie w zdobyciu kolejnych punktów.

Początek spotkania należał do gospodarzy, którzy już w 3. minucie wyszli na prowadzenie. Kolejne fragmenty przyniosły wyrównaną grę, jednak bardziej konkretni byli zawodnicy Ivulina, którzy podwyższyli wynik. Najwięcej bramek w pierwszej części meczu padło w końcowym fragmencie, kiedy to golkiper gości został pokonany aż trzykrotnie i drużyny schodziły na przerwę przy wyniku 5:0.

Początek drugiej połowy ponownie należał do gospodarzy, którzy dołożyli kolejne trafienie. Kiedy wydawało się, że losy meczu są już przesądzone, do odrabiania strat ruszyli zawodnicy SO4 FC, którzy z czasem zaczęli zmniejszać dystans do rywali. Niestety dla nich zabrakło czasu i spotkanie zakończyło się wynikiem 7:4 dla Teamu Ivulin.

Zdobyte trzy punkty sprawiły, że zespół ten wciąż zachowuje matematyczne szanse na utrzymanie. Dla drużyny SO4 FC była to natomiast pierwsza porażka w tej rundzie, a strata punktów znacząco pogorszyła ich szanse na pozostanie na tym poziomie rozgrywkowym.

Najlepszym zawodnikiem meczu został wybrany Maksim Duduk, który zakończył spotkanie z dwiema bramkami i taką samą liczbą asyst.

Mimo że Hetman już wcześniej zapewnił sobie mistrzowski tytuł, mało kto spodziewał się, że końcówkę sezonu potraktuje ulgowo. Tymczasem Warszawska Ferajna wciąż nie może być pewna utrzymania na poziomie 4. ligi, dlatego każdy punkt może okazać się dla niej bezcenny.

Początek spotkania był wyrównany, choć z lekką przewagą Warszawskiej Ferajny, która częściej utrzymywała się przy piłce i stwarzała groźniejsze sytuacje. Ich aktywność szybko została nagrodzona. Wynik meczu otworzył Anass El Ensari, a kilka minut później prowadzenie podwyższył Bartosz Panasiuk. Ferajna prowadziła już 2:0 i wydawało się, że z takim rezultatem oba zespoły zejdą do szatni. W końcówce pierwszej połowy przypomniał jednak o sobie Damian Kucharczyk. Najlepszy strzelec ligi po raz kolejny udowodnił, że zdobywanie bramek to jego specjalność, wykorzystując swoją okazję i zmniejszając straty Hetmana do jednej bramki. Warto podkreślić, że było to już jego 40. trafienie w tym sezonie.

Po zmianie stron ponownie lepiej rozpoczęli goście. Adrian Suszczyński popisał się dużym sprytem i efektownym lobem pokonał bramkarza Hetmana, przywracając swojej drużynie dwubramkowe prowadzenie. Odpowiedź gospodarzy była jednak znacznie szybsza niż w pierwszej połowie. Krzysztof Małażewski zdobył kontaktowego gola na 2:3, ale – jak się później okazało – było to ostatnie trafienie Hetmana w tym spotkaniu. Końcówka należała już wyłącznie do Warszawskiej Ferajny. Najpierw na 4:2 trafił Maciej Kuryłek, następnie piątą bramkę dołożył Kacper Domański, a wynik spotkania na 6:2 ustalił Konrad Pietrzak.

Warszawska Ferajna z całą pewnością sprawiła sporą niespodziankę. Pokonanie świeżo upieczonego mistrza ligi w tak efektownym stylu może okazać się kluczowe w walce o utrzymanie.

5 Liga

Spotkanie Dzików z Lasu II z Na2Nóżkę było jednym z tych meczów, po których od początku można było spodziewać się ogromnych emocji. Gospodarze wciąż walczą o utrzymanie, natomiast goście coraz śmielej spoglądają w stronę czołówki i próbują zaatakować czwarte miejsce. Stawka była więc bardzo wysoka dla obu ekip i było to widać od pierwszego gwizdka.

Mecz rozpoczął się błyskawicznie. Już po czterech minutach kibice zobaczyli dwa gole i wynik 1:1. Najpierw trafił Samoraj, a chwilę później odpowiedział Biliński. Taki obraz gry utrzymywał się praktycznie przez całe spotkanie - raz atakowali jedni, raz drudzy, a tempo ani na moment nie spadało. Nieco skuteczniejsi w pierwszej części byli zawodnicy Na2Nóżkę. Dzięki trafieniu Ślaza oraz pechowej interwencji Przygody udało im się odskoczyć na dwa gole. Dziki jednak nie zamierzały odpuszczać i jeszcze przed przerwą kontaktową bramkę zdobył Hubert Brodowski, ustalając wynik pierwszej połowy na 2:3.

Po zmianie stron emocji było jeszcze więcej. Gra stała się bardziej otwarta, akcje błyskawicznie przenosiły się spod jednej bramki pod drugą, a wraz z rosnącą stawką pojawiało się coraz więcej sprzeczek i sytuacji wywołujących dyskusje między zawodnikami. Dziki w końcu dopięły swego. W końcówce gospodarze odwrócili wynik i wyszli na prowadzenie 5:4, a kluczową postacią okazał się Mateusz Oleszczuk, który, kompletując dublet, powoli przechylał szalę na stronę swojej drużyny. Kiedy wydawało się, że trzy punkty padną łupem Dzików, do gry ponownie wkroczył pech. Piłka trafiła w bark jednego z zawodników gospodarzy, a arbiter dopatrzył się zagrania ręką w polu karnym. Do piłki podszedł Ślaz i z pełnym spokojem wykorzystał rzut karny, ustalając wynik spotkania na 5:5.

Patrząc obiektywnie - był to mecz tak wyrównany i dynamiczny, że zwycięstwo mogło przypaść każdej ze stron. Obie drużyny zostawiły na boisku mnóstwo energii i stworzyły naprawdę świetne widowisko. Czasu na odpoczynek mentalny jednak nie będzie. Już w niedzielę oba zespoły czekają kolejne trudne starcia z wyżej notowanymi rywalami. Jeśli jednak utrzymają taką intensywność i zaangażowanie, emocji ponownie na pewno nie zabraknie.

Zdecydowanie spokojniejszego meczu spodziewano się po starciu Mareckich Wyg z Lagą. W końcu naprzeciw siebie stanęły drużyny z dwóch różnych biegunów tabeli. Piłkarze Lagi pokazali jednak, że w futbolu nie grają statystyki i liczby, tylko ludzie i postawili liderowi ligi naprawdę trudne warunki.

Już pierwsza połowa była bardzo wyrównana. Oczywiście więcej przy piłce utrzymywali się zawodnicy Mareckich Wyg, ale nie można powiedzieć, że często potrafili zamieniać swoje akcje na realne zagrożenie pod bramką Antoniego Dudy. Laga również nie forsowała tempa, grała raczej z kontry i jako zespół ustawiony niżej, choć także nieczęsto była w stanie poważniej sprawdzić Mateusza Klefasa. W efekcie w pierwszych 25 minutach padły tylko dwa gole - na trafienie Wiktora Pietruсhy odpowiedział Adrian Kłys.

W drugiej połowie to właśnie Laga wyszła na prowadzenie za sprawą Jakuba Dmitruka i był to bardzo ważny moment meczu. Mareckie Wygi musiały nagle gonić wynik i przez długi czas nie potrafiły znaleźć drogi do bramki. Z pomocą przyszedł jednak Oleksandr Hutarov. Później dały o sobie znać doświadczenie i mistrzowski charakter lidera. Co ciekawe, to Laga miała nawet więcej okazji pod bramką rywala, ale zabrakło skuteczności. Zawodnicy nie wykorzystali swoich szans ani przy wyniku 2:2, ani później przy 2:3, a kiedy zrobiło się 2:4, było już za późno.

Warto za to podkreślić, jak chłodno i skutecznie w ofensywie zachowali się gracze Mareckich Wyg. Nie potrzebowali wielu sytuacji, żeby zdobyć kluczowe gole. Dobrze znany duet Zuchora–Pietrucha ponownie wpisał się na listę strzelców i poprowadził swoją drużynę do bardzo ważnego zwycięstwa w walce o mistrzowski tytuł.

Spotkanie pomiędzy Kryształem Targówek a FC Fenix zwiastowało mnóstwo emocji z uwagi na fakt, że obie drużyny zaciekle walczą o najniższy stopień podium 5. ligi. Górą z tego starcia wyszedł pretendent, pokonując rywala 8:6.

Od pierwszego gwizdka gracze ukraińskiej ekipy narzucili swoje tempo gry. Byli zespołem dłużej utrzymującym się przy piłce, lepiej zorganizowanym w konstruowaniu akcji ofensywnych i - co najważniejsze - częściej goszczącym pod bramką przeciwnika. Z czasem ich przewaga zaczęła rosnąć, co było widoczne również na tablicy wyników, ponieważ Fenix rozpoczął spotkanie od szybkiego zdobycia dwóch bramek. Kryształ zdołał odpowiedzieć i złapać kontakt po golu Grabca, lecz niewiele to dało, ponieważ zawodnicy Fenixa w mgnieniu oka dołożyli kolejne trzy trafienia. W efekcie po 25 minutach wynik wynosił już 5:1.

Do drugiej połowy Fenix przystępował więc z czterobramkową zaliczką, co z pewnością mogło dać drużynie więcej pewności siebie i swobody w kolejnej odsłonie meczu. Dało swobodę, ale - jak się okazało - momentami aż zbyt dużą. Kryształ ruszył bowiem do odrabiania strat. Chwila nieuwagi gości wystarczyła, by gracze z Targówka przejęli inicjatywę. Zrobili to na tyle skutecznie, że w pewnym momencie zbliżyli się już tylko na jedną bramkę straty. Wtedy jednak piłkarze Fenixa w porę się ocknęli i zdołali dowieźć korzystny wynik do końcowego gwizdka.

Nie zmienia to jednak faktu, że naprawdę niewiele brakowało do sensacyjnego powrotu w wykonaniu ekipy Kryształu Targówek.

Starcie pomiędzy wiceliderem 5. ligi a ekipą After Woli, która zaciekle walczy o utrzymanie na tym poziomie rozgrywkowym, stawiało w roli zdecydowanego faworyta zespół Tylko Zwycięstwo.

Tymczasem byliśmy świadkami nie lada niespodzianki - zarówno pod względem końcowego wyniku, który zatrzymał się na remisie 4:4, jak i samego przebiegu meczu. Spotkanie wyraźnie pokazało, że zawodnicy w zielono-białych trykotach wcale nie odstawali od wyżej notowanego rywala, jeśli spojrzymy nie tylko na tabelę, ale przede wszystkim na wydarzenia boiskowe. Od początku After Wola ruszyła do ataku, co szybko przyniosło zamierzone efekty. Wynik spotkania otworzył Filip Domański. Popularny „Doman” rozegrał tego dnia fenomenalne zawody i był głównym snajperem swojej drużyny, trzykrotnie wpisując się na listę strzelców. Biorąc pod uwagę fakt, że After Wola zdobyła w tym meczu cztery bramki, doskonale pokazuje to, na kim spoczywał ciężar finalizowania akcji.

Wicelider przez praktycznie całe spotkanie był zmuszony gonić wynik. W pierwszej części meczu After Wola sprawiała wrażenie drużyny bardziej poukładanej w działaniach ofensywnych. Tylko Zwycięstwo długo nie potrafiło znaleźć sposobu na sforsowanie dobrze zorganizowanej defensywy rywali. Obraz meczu zmienił się jednak po przerwie. Gracze w czerwonych strojach zaczęli stopniowo przejmować inicjatywę, co znalazło odzwierciedlenie w zdobywanych bramkach. Finalnie udało im się doprowadzić do remisu, przez co obie drużyny - naszym zdaniem całkowicie sprawiedliwie - musiały podzielić się punktami.

Nie było sensu oczekiwać niespodzianki w tym starciu i zgodnie z przewidywaniami faworyzowany Ajaks pewnie ograł przeciwnika. W zasadzie mecz był rozstrzygnięty już po kwadransie gry – wynik 0:5 nie pozostawiał złudzeń, kto dyktuje warunki na boisku.

Gospodarze już na starcie podnieśli sobie poziom trudności, przychodząc na mecz z zaledwie jednym zawodnikiem rezerwowym, ale nie miało to większego znaczenia, ponieważ goście byli tego dnia po prostu lepsi w każdym aspekcie gry. Ich drużynowe, dynamicznie rozgrywane akcje sprawiały, że defensywa Eagles była często w całkowitej rozsypce. Z kolei obrona Ajaksu miała nie tylko dobry plan taktyczny, ale również świetnie realizowała założenia. Gdy tylko ktoś z Warszawskiego Orła próbował rozpocząć akcję w środku pola, momentalnie robiło się wokół niego ciasno, a podwójne krycie i wzajemna asekuracja powodowały, że Konrad Filipiak nie miał tego dnia zbyt wiele pracy. Oczywiście gospodarze mieli swoje okazje – Ali Abdullah i Mateusz Telakowiec próbowali szarpać blok defensywny Ajaksu, a temu drugiemu udało się nawet umieścić piłkę w siatce po ładnym uderzeniu z dystansu. O ewentualnym powrocie do meczu nie było jednak mowy i pierwsza połowa zakończyła się wymownym wynikiem 1:6.

W drugiej części spotkania Ajaks kompletnie zdemolował gospodarzy, a szczególnie bezlitosny i niezwykle skuteczny był Bartek Kopacz, który zakończył ten mecz z dziesięcioma (!) trafieniami na koncie. Dzięki temu zrównał się liczbą zdobytych bramek z dotychczasowym liderem klasyfikacji strzelców – Łukaszem Walo.

Dodatkowo dzięki temu zwycięstwu Ajaks wciąż ma szansę wskoczyć na piątą lokatę w tabeli, choć musi liczyć na potknięcia zespołu Na2Nóżkę. Gospodarzom można oddać to, że walczyli do końca, jednak różnica klas była widoczna gołym okiem. Piąty poziom Ligi Fanów jest już na tyle wymagający, że bez zgranego składu i pomysłu na drużynę trudno liczyć na coś więcej niż walkę o utrzymanie.

6 Liga

Spotkanie pomiędzy Saską Kępą a Bartolinii Pasta było jednym z najważniejszych meczów kolejki w kontekście walki o utrzymanie w 6. Lidze. Siódma w tabeli Saska mierzyła się z ósmym Bartolinii, które znajdowało się już w strefie spadkowej. Stawka była ogromna - zwycięstwo mogło diametralnie zmienić sytuację obu drużyn.

Lepiej w mecz weszli gospodarze. Flis szybko znalazł drogę do siatki i dał Saskiej Kępie prowadzenie, a sam początek sugerował, że gospodarze są gotowi narzucić swoje warunki gry. Grali ambitnie, agresywnie i z dużym zaangażowaniem, dobrze wykorzystując emocjonalny ciężar tego spotkania. Bartolinii Pasta to jednak drużyna bardzo nieprzewidywalna. W tym sezonie potrafiła przeplatać słabsze występy świetnymi meczami i właśnie tego dnia pokazała swoją najlepszą wersję. Z każdą minutą goście zaczęli przejmować inicjatywę, a kluczową rolę ponowne odegrał Mateusz Brożek. Brożek po raz kolejny udowodnił, jak ważnym jest zawodnikiem dla swojej drużyny. Doskonale kontrolował tempo gry, uspokajał akcje, rozrzucał piłki i kreował sytuacje partnerom. Jego trzy asysty były najlepszym podsumowaniem tego, jak dużą przewagę dawał zespołowi w rozegraniu.

Jakby tego było mało, zaledwie 17-letni Antoni Narolski przejął ofensywne stery na równi z Brożkiem, choć w nieco innej roli. Dynamiczny, odważny i niezwykle przebojowy zawodnik regularnie rozrywał defensywę Saskiej Kępy swoimi wejściami i szybkością. W duecie z Brożkiem stworzyli ofensywny tandem, z którym gospodarze po prostu nie byli w stanie sobie poradzić.

Choć pierwsza połowa była jeszcze wyrównana i Saska walczyła z dużym charakterem, druga odsłona należała już wyraźnie do Bartolinii. Goście przejęli pełną kontrolę nad spotkaniem, narzucili swoje tempo i krok po kroku budowali przewagę. Ostatecznie Bartolinii Pasta wygrało 8:3, zamieniając się miejscami z Saską Kępą w tabeli i wykonując ogromny krok w stronę utrzymania. Jednocześnie sytuacja na dole tabeli robi się coraz bardziej napięta. Przed drużynami jeszcze trzy kolejki, a aż cztery zespoły pozostają zamieszane w walkę o bezpieczne miejsca na koniec sezonu. Emocji z pewnością nie zabraknie aż do ostatniej serii spotkań. Tutaj będzie się działo!

Mecz pomiędzy FC Zaborów a Miksturą zapowiadał się jako jedno z najważniejszych spotkań tej części sezonu. Lider mierzył się z wiceliderem, a stawką było coś więcej niż tylko trzy punkty - to był bardzo ważny krok w stronę mistrzostwa szóstej ligi. Tym bardziej że do końca rozgrywek zostało już naprawdę niewiele kolejek.

Przed meczem w lepszych nastrojach był zdecydowanie Zaborów, który utrzymywał wysoką formę, podczas gdy Mikstura w ostatnich tygodniach zaczęła lekko tracić tempo. Mimo to początek spotkania należał właśnie do gości. Już w 7. minucie prowadzenie dał im Dominik Laskowski, który wykorzystał świetne podanie Filipa Junowicza. Co ciekawe, mimo niekorzystnego wyniku to właśnie Zaborów częściej utrzymywał się przy piłce i sprawiał wrażenie zespołu bardziej aktywnego. Gospodarze próbowali budować akcje, szukali swoich momentów i chwilami przeważali, ale brakowało konkretów pod bramką - ostatniego podania, lepszego wykończenia albo po prostu skuteczności. Jak na mecz na szczycie emocji i jakości w ofensywie momentami było mniej, niż można było się spodziewać. Kolejna bramka padła dopiero tuż przed przerwą. Tym razem Filip Junowicz zamienił się rolami i po podaniu Zycha sam wpisał się na listę strzelców. Mikstura schodziła na przerwę z prowadzeniem 2:0, choć sam przebieg spotkania nie do końca oddawał taki rezultat.

Druga połowa kompletnie odmieniła jednak obraz meczu. FC Zaborów w końcu zaczął wykorzystywać sytuacje, które wcześniej marnował. Najpierw kontakt złapał Jacek Wdowczyk po podaniu Kamila Czarneckiego, a chwilę później do wyrównania doprowadził Czarek Zahorodny. Zanim Mikstura zdążyła się otrząsnąć, kolejne trafienie dołożył Łysiak i w praktycznie sześć minut całe prowadzenie budowane przez gości przez niemal całą pierwszą połowę przestało istnieć. Od tego momentu spotkanie wyglądało już zupełnie inaczej. Zaborów przejął inicjatywę, złapał energię i zaczął wyglądać jak drużyna, która bardziej wierzy w zwycięstwo. Na 4:2 podwyższył jeszcze Ratajczak i choć Mikstura szybko odpowiedziała, utrzymując się jeszcze w meczu, to końcówka należała już do gospodarzy. Ostatni cios zadał Jacewicz, zamykając wynik spotkania i praktycznie odbierając rywalom nadzieję na powrót.

Zawodnicy Mikstury próbowali jeszcze wrócić do gry, ale brakowało już tej energii i wiary, którą mieli na początku spotkania. Dla nich to kolejna trudna strata punktów tej wiosny i sytuacja w walce o mistrzostwo zaczyna robić się coraz bardziej skomplikowana. Z kolei FC Zaborów wykonał ogromny krok w stronę złotych medali i po takim meczu trudno nie odnieść wrażenia, że jest na bardzo dobrej drodze do mistrzostwa szóstej ligi.

Old Eagles Koło długo nie potrafili znaleźć sposobu na znakomicie dysponowany zespół Green Lantern, który od pierwszych minut narzucił swoje warunki gry i pewnie zmierzał po zwycięstwo. Już w pierwszej połowie ekipa Green Lantern całkowicie zdominowała wydarzenia na boisku, schodząc na przerwę z imponującym prowadzeniem 5:0. Old Eagles mieli ogromne problemy zarówno w defensywie, jak i w konstruowaniu akcji ofensywnych, a rywale bezlitośnie wykorzystywali każdy błąd.

Po zmianie stron gospodarze próbowali wrócić do meczu i momentami wyglądali zdecydowanie lepiej, jednak przewaga wypracowana przez Zielonej Latarni była zbyt duża. Przy stanie 3:6 do bramki Old Eagles wszedł Piotr Parol, próbując dać drużynie nowy impuls i zatrzymać rozpędzonych rywali. Mimo ambitnej postawy nie zdołał jednak odmienić losów spotkania.

Kluczowymi postaciami meczu byli Patryk Podgórski oraz Mikołaj Wysocki, którzy rozegrali kapitalne zawody. Ich skuteczność, szybkość i świetna współpraca sprawiały ogromne problemy defensywie Old Eagles przez całe spotkanie. Green Lantern kontrolowali przebieg gry niemal od początku do końca i ostatecznie zasłużenie wygrali 8:4, potwierdzając swoją wysoką formę.

Spotkanie Georgian Team z Sante od początku zapowiadało się bardzo interesująco i już pierwsze minuty potwierdziły, że emocji nie zabraknie. Georgian Team, walczący o czołowe miejsca w tabeli, chciał wykorzystać potknięcia rywali i zbliżyć się do podium, natomiast Sante szukało ważnych punktów w walce o poprawę swojej sytuacji w dolnej części zestawienia.

Mecz świetnie rozpoczęli zawodnicy Georgian Team. Już w 3. minucie wynik otworzył Rizhamadze po podaniu Jambazishviliego. Sante odpowiedziało jednak bardzo szybko - w 10. minucie po strzale Melaka piłka odbiła się jeszcze od Kowalskiego, całkowicie myląc bramkarza i wpadając do siatki. Chwilę później, w 12. minucie, Zientała po asyście Melaka wyprowadził Sante na prowadzenie.

Bracia Gabrichidze i spółka nie zamierzali jednak odpuszczać. W 16. minucie do wyrównania doprowadził Giorgi, a trzy minuty później po rzucie karnym skutecznie uderzył Lasha. Spotkanie było bardzo intensywne i pełne walki, czego efektem była między innymi żółta kartka dla Toki za ostry wślizg w 21. minucie. Jeszcze przed przerwą ponownie dał o sobie znać Melak, ale chwilę później po dalekim wyrzucie bramkarza Lasha zdobył kolejną bramkę dla Georgian Team.

Druga połowa rozpoczęła się od mocnego wejścia Sante. W 30. minucie po odbiorze piłki na połowie przeciwnika trafił Jędrzejczak, jednak odpowiedź Georgian Team była natychmiastowa - już minutę później gola zdobył Lemonjava. W kolejnych minutach tempo meczu ani trochę nie spadało. Dla Sante trafiali jeszcze Gutowski oraz ponownie Jędrzejczak, a Georgian odpowiadał bramkami Lashy i Giorgiego.

W końcówce spotkania Zientała wykorzystał jeszcze rzut karny dla Sante, jednak ostatnie słowo należało do Georgian Team. Najpierw trafił Giorgi, a chwilę później kolejną bramkę dołożył Lasha. W samej końcówce wynik ustalił Giorgi, pieczętując zwycięstwo i bardzo dobry występ swojej drużyny.

W meczu Shot DJ ze Szmulkami Warszawa nie można było narzekać na brak emocji. Od pierwszego gwizdka oglądaliśmy wyrównane widowisko i prawdziwą wymianę ciosów, w której trudno było wskazać drużynę mającą większe szanse na końcowy triumf.

Jako pierwsi do siatki trafili gospodarze, a wynik spotkania otworzył Szymon Kopyść. Radość Shot DJ nie trwała jednak długo, ponieważ chwilę później do wyrównania doprowadził Krystian Rzeszotek. Kolejne minuty należały już jednak do gospodarzy. Najpierw ponownie prowadzenie swojej drużynie dał Jan Jabłoński, a następnie błąd defensywy rywali bezlitośnie wykorzystał Edouard Tran Van, podwyższając wynik na 3:1. Gdy wydawało się, że takim rezultatem zakończy się pierwsza połowa, do głosu ponownie doszli zawodnicy Szmulek. Kontaktowego gola zdobył Jakub Kaczmarek i po niezwykle emocjonującej pierwszej części spotkania Shot DJ prowadził jedynie 3:2, co zapowiadało sporą dramaturgię po zmianie stron.

Drugą połowę lepiej rozpoczęli faworyci, którzy szybko przejęli inicjatywę i coraz częściej zagrażali bramce rywali. Efektem ich determinacji była kolejna bramka. Chris Rodil Kalaba popisał się efektownym strzałem głową i powiększył przewagę swojej drużyny. Chwilę później swoje drugie trafienie w meczu dołożył Jan Jabłoński i Shot DJ prowadził już 5:2. Goście próbowali jeszcze wrócić do gry i zdołali zdobyć trzecią bramkę, jednak końcówka należała już wyłącznie do gospodarzy. Dwa ostatnie ciosy zadali zawodnicy Shot DJ, którzy ostatecznie zwyciężyli 7:3 i dopisali do swojego dorobku niezwykle cenne trzy punkty.

Dzięki tej wygranej Shot DJ wciąż pozostaje w grze o mistrzostwo 6. ligi i pokazuje, że w decydującej fazie sezonu będzie jednym z głównych kandydatów do końcowego triumfu.

7 Liga

Hit 7. ligi nie rozczarował. Sytuacja w tabeli przed tym spotkaniem była jasna – gospodarze wyszli na boisko z prostym założeniem: liczy się tylko zwycięstwo. I trzeba przyznać, że ekipa Hasanaghy Gasimliego wzięła to sobie do serca, choć pierwszego gola zdobył Alash. Zamieszanie pod bramką wykorzystał Daniyar Seiduali, jednak goście nie nacieszyli się prowadzeniem zbyt długo, bo już trzy minuty później przegrywali 3:1.

Eagles wrzucili naprawdę wysokie obroty – najpierw na listę strzelców wpisał się Michał Rybiński, następnie rzut wolny wykorzystał Javid Suleymanov, a chwilę później swoje trafienie dołożył Hasanagha Gasimli, dzięki czemu gospodarze wypracowali sobie solidną przewagę. Co ciekawe, Eagles nie zamierzali zwalniać tempa. Wciąż kreowali dynamiczne, zespołowe akcje i częściej utrzymywali się przy piłce niż rywale.

Zawodnicy Alash skupili się głównie na kontratakach, ale robili to zabójczo skutecznie. W 10. minucie kontaktową bramkę na 3:2 zdobył Anuar Kaiyrgeldinov, a po kwadransie gry był już remis po drugim trafieniu Daniyara Seiduali. Kiedy wydawało się, że taki wynik utrzyma się do przerwy, w dosłownie ostatniej akcji pierwszej połowy Javid Suleymanov ponownie zapakował piłkę do siatki i Eagles schodzili do szatni z jednobramkowym prowadzeniem.

Druga połowa należała już jednak całkowicie do zespołu Alash i tylko oni zdobywali bramki w tej części spotkania. Początkowo Eagles wciąż mieli inicjatywę, ale w 33. minucie losy meczu całkowicie się odwróciły. Kapitalne podanie przez całe boisko posłał Madiyar Seiduali, a Daulet Niyazov nie dał żadnych szans bramkarzowi Eagles. Już minutę później skompletował dublet i wyprowadził swój zespół na prowadzenie, którego Alash nie oddał już do końcowego gwizdka. Choć czasu pozostawało jeszcze sporo, ofensywa Eagles nie była w stanie odzyskać pewności i skuteczności z pierwszej połowy. Indywidualnych akcji próbował jeszcze Denisio Chea, ale goście świetnie funkcjonowali w defensywie i praktycznie zamknęli dostęp do bramki Ihara Knyshau. W 40. minucie z rzutu wolnego na 4:6 trafił Nurlykhan Yessenzhan, a kropkę nad „i” postawili Yunus Karazak i Iliyas Aidarbek.

Ostatecznie Alash przedłużył serię do ośmiu meczów bez porażki i pewnym krokiem zmierza w kierunku mistrzostwa 7. ligi.

Z tak grającą ekipą Oldboys Derby bardzo trudno się rywalizuje. Cały zespół jest zaangażowany w grę defensywną, a jednocześnie każdy zawodnik potrafi być groźny pod bramką przeciwnika. Zresztą nie tylko pod bramką - również strzały z dalszej odległości stanowią ogromne zagrożenie. KK Wataha Warszawa poczuła na własnej skórze, jak mocna jest drużyna Oldboys Derby, gdy występuje w swoim najmocniejszym zestawieniu. Marcin Wiktoruk sypał asystami jak z rękawa, Dmitry Balysh był praktycznie nie do upilnowania, a pozostali zawodnicy odegrali większe lub mniejsze role. Każdy dołożył swoją cegiełkę do imponującego zwycięstwa 14:5.

Ani przez moment nie było wątpliwości, kto był lepszy w meczu 15. kolejki. Wataha mogła jedynie obserwować, jak rywale na przeróżne sposoby rozmontowują ich defensywę i umieszczają piłkę w siatce. W repertuarze Oldboys Derby było właściwie wszystko - główki z bliska, wielopodaniowe akcje, zagrania z pierwszej piłki kończone mocnymi strzałami oraz uderzenia z dystansu niczym u Jacka Krzynówka za najlepszych lat. W tym ostatnim przypadku mowa o bramce Balysha, która bez wątpienia zasługuje na miejsce wśród goli kolejki. Oldboys Derby oglądało się z ogromną przyjemnością, ale nie można zapominać także o przeciwniku. Wataha nie poddała się, mimo że od samego początku miała ogromne problemy z odpieraniem ataków. W drugiej połowie przypomniała sobie jednak o starej zasadzie: „Najlepszą obroną jest atak”.

Choć ofensywne podejście i gra z otwartą przyłbicą nie przyniosły ostatecznie punktów, to jednak zmusiły rywali do większego wysiłku w defensywie. Przekonaliśmy się między innymi, że bardzo dobry strzał z pierwszej piłki ma Anass El Ansari - w ten sposób zdobył oba gole - a sama Wataha potrafi zagrać niekonwencjonalnie pod bramką przeciwnika.

Na koniec to jednak Oldboys Derby triumfowało efektownym wynikiem i utrzymało status quo na czele tabeli.

Gospodarze, znajdujący się w strefie medalowej, byli wyraźnym faworytem tego spotkania, ponieważ mierzyli się z drużyną gości okupującą strefę spadkową. Nic jednak nie wskazywało na to, że będziemy świadkami aż tak wyrównanego widowiska.

Pierwsza połowa, zakończona wynikiem 3:3, już dostarczyła gęsiej skórki. Po stronie gospodarzy, jak zwykle wyróżniającą się postacią był Szymon Kolasa - gdy tylko miał piłkę przy nodze, zagrożenie pod bramką rywali rosło dwukrotnie. Po stronie gości natomiast ogromną rolę odgrywał kolektyw i praktycznie każdy zawodnik przebywający na boisku wnosił coś wartościowego do gry swojej drużyny.

Druga część meczu była już prawdziwą petardą. Wymiana ciosów, akcja za akcję, prawdziwa jazda bez trzymanki, którą oglądało się z ogromną przyjemnością. W szeregach gospodarzy - oprócz kolejnych trafień Kolasy - wyróżnili się także Kaca i Giełczewski. Z kolei po stronie gości, prowadzonych tego dnia przez Marcinkowskiego, najwięcej zamieszania robił Francesco. Jego dwie bramki doprowadziły do remisu i całkowicie odmieniły obraz spotkania. Tuż przed samym końcem Virtualne Ń postawiło jednak wszystko na jedną kartę. Po zabójczo szybkim i świetnie przemyślanym ataku piłka trafiła pod nogi Szymona Kolasy, a ten - jak to on - zrobił swoje i kapitalnym, precyzyjnym uderzeniem zapewnił swojej drużynie zwycięstwo.

Takie mecze chce się oglądać bez przerwy. Mimo że zwycięzca mógł być tylko jeden, obie drużyny powinny schodzić z boiska z podniesionymi głowami. Stworzyły bowiem widowisko na kapitalnym poziomie, momentami przewyższającym nawet standard tego poziomu rozgrywkowego.

KS Driperzy zmierzyli się z Czasoumilaczami, a kibice zobaczyli aż siedem bramek i mnóstwo zwrotów akcji. Ostatecznie lepsi okazali się zawodnicy Czasoumilaczy, którzy wygrali 4:3.

Spotkanie od początku bardzo dobrze ułożyło się dla gości. Już w pierwszych minutach Cieślak przepięknym strzałem z rzutu wolnego otworzył wynik meczu, dając swojej drużynie prowadzenie. Driperzy próbowali szybko odpowiedzieć, jednak dobrze zorganizowana defensywa rywali skutecznie rozbijała ich akcje. Chwilę później Kuszka wykorzystał błąd bramkarza przeciwników i podwyższył wynik na 2:0, a po kolejnej dynamicznej, indywidualnej akcji Grzela zdobył trzecią bramkę dla Czasoumilaczy. Przy stanie 0:3 wydawało się, że mecz jest już pod pełną kontrolą gości. KS Driperzy nie zamierzali jednak się poddawać. Jeszcze przed przerwą kontaktową bramkę zdobył Gregorczyk, który wykorzystał dobre dogranie partnera i zmniejszył straty do 1:3. Ten gol wyraźnie pobudził gospodarzy do lepszej gry.

Po zmianie stron Driperzy ruszyli do odrabiania strat. Widać było, że zachowali więcej sił i zamierzali po prostu zabiegać swoich rywali. Bardzo aktywny był Stojek, który strzałem z dystansu zdobył drugą bramkę dla swojej drużyny i przywrócił nadzieję na remis. Gospodarze coraz częściej utrzymywali się przy piłce i wywierali presję na przeciwnikach, jednak Czasoumilacze potrafili odpowiedzieć w kluczowym momencie. Sędrowski ponownie zwiększył przewagę swojej drużyny, trafiając na 4:2 po kolejnym niedokładnym wybiciu piłki z własnego pola karnego przez gospodarzy.

Końcówka spotkania była bardzo nerwowa. Driperzy walczyli do ostatnich sekund i zdołali jeszcze zdobyć trzecią bramkę za sprawą Owczarczyka. Wynik 3:4 sprawił, że ostatnie minuty były niezwykle emocjonujące, jednak Czasoumilacze utrzymali prowadzenie i dowieźli zwycięstwo do końcowego gwizdka.

Niewiele zabrakło, abyśmy w tym spotkaniu byli świadkami niespodzianki. Choć Gunners byli murowanym faworytem, ekipa Arkadiusza Trwogi musiała się solidnie napocić, aby wywieźć z tego starcia trzy punkty. Mimo wąskiej ławki rezerwowych Tornado postawiło bardzo twarde warunki gry i choć goście prowadzili przez większą część meczu, to broniący dostępu do bramki Gunners Piotr Czarnomski do samego końca musiał zachować pełną koncentrację.

Goście wyszli na prowadzenie już w 6. minucie, a na listę strzelców wpisał się Tomasz Trojan. Ich radość nie trwała jednak długo, bo już dwie minuty później po trafieniu Patryka Skibińskiego był remis. W 10. minucie Gunners wywalczyli rzut wolny w okolicach pola karnego, a sprytne rozegranie Wiktora Ziółkowskiego na gola zamienił Marcin Bebłociński. Chwilę później goście podwyższyli prowadzenie po dwójkowej akcji Trwoga–Siwiec, jednak Tornado równie szybko odpowiedziało trafieniem Piotra Maciaka. Wynik 2:3 utrzymał się do przerwy.

Po zmianie stron błyskawiczny gol Tornado sprawił, że w szeregach Gunners pojawiła się nerwowość. Początkowy szok szybko jednak ustąpił doświadczeniu i opanowaniu, a fortuna tego dnia zdecydowanie sprzyjała fanom Arsenalu. W 34. minucie gospodarze byli o krok od objęcia prowadzenia, ale w sytuacji czterech na jednego nie zdołali nawet oddać celnego strzału.

Z kolei goście z każdą minutą coraz groźniej atakowali bramkę Macieja Laskowskiego. W końcu w 38. minucie przyszło przełamanie, a gola na 3:4 zdobył Tomasz Trojan. Trafienie to wyraźnie zmieniło układ sił na boisku – gospodarze nieco się podłamali, natomiast goście złapali wiatr w żagle i w ciągu kolejnych pięciu minut dołożyli jeszcze dwa trafienia. Bramki Bartosza Prekiela i Wiktora Ziółkowskiego zapewniły Gunnersom przewagę, której Tornado nie miało już czasu odrobić.

Wprawdzie w 48. minucie Patryk Skibiński, trafiając na 4:6, skompletował hat-tricka, jednak już w następnej akcji sytuację uspokoił Wiktor Ziółkowski, który potężnym strzałem nie do obrony umieścił piłkę w siatce. Ostatnie słowo należało do Arka Sajnoga, ale jego gol jedynie zmniejszył rozmiary porażki i to Kanonierzy mogli cieszyć się ze zwycięstwa.

8 Liga

Aktualnie drużyna zajmująca najniższą możliwą lokatę na ósmym poziomie rozgrywek Ligi Fanów - mowa tutaj o Dnipro United - miała przed sobą bardzo trudne zadanie. Przyszło jej mierzyć się z rywalem, który swoją wartość udowadniał już wielokrotnie w tym sezonie, a chodzi oczywiście o ekipę Synów Księdza. Przebieg spotkania był niezwykle jednostronny - wręcz można mówić o prawdziwym pogromie. To, co działo się w niedzielny poranek na warszawskim AWF-ie, momentami przechodziło ludzkie pojęcie, bo goście urządzili sobie prawdziwy festiwal strzelecki, wygrywając aż 14:1.

Już od pierwszych minut było widać gołym okiem różnicę klas piłkarskich pomiędzy obiema drużynami. Ataki Synów Księdza były zaplanowane, wyrachowane i bardzo dobrze zorganizowane. Widać było, że zawodnicy - mimo znakomitych umiejętności indywidualnych - potrafią również świetnie funkcjonować jako kolektyw. To połączenie regularnie przynosiło im kolejne bramki. Z minuty na minutę przewaga gości stawała się coraz bardziej widoczna. W pewnym momencie gracze Dnipro United mieli ogromne problemy nawet z wyjściem z własnej połowy boiska.

Trudno wyróżnić jednego najlepszego zawodnika w zwycięskiej ekipie, ponieważ Synowie Księdza byli idealnym przykładem świetnie poukładanej i zespołowej gry. Dzięki temu w pełni zasłużenie sięgnęli po komplet punktów.

Spotkanie walczącej o oddech w tabeli Kresowii z wiceliderem Force Fusion zapowiadało się jako niezwykle trudne wyzwanie dla gospodarzy. Goście od początku sezonu prezentują bardzo wysoką formę i nie bez powodu znajdują się na drugim miejscu w tabeli. Na wiosnę potknęli się przecież tylko raz, a utrzymanie pozycji wicelidera pozostaje dla nich absolutnym priorytetem.

Kresowia z kolei próbowała odbić się od trudnego położenia i przełamać serię pechowych wydarzeń, które towarzyszyły jej w kwietniu. Można było wręcz mówić o pewnym „nieszczęśliwym talizmanie”, który ciążył nad drużyną. Trzecie zwycięstwo z rzędu mogło jednak dać gospodarzom ogromny komfort przed końcówką sezonu.

Mecz rozpoczął się dokładnie tak, jak można było przewidywać po stronie faworyta. Swoją obecność błyskawicznie zaznaczył Ruslan Yakubiv, największa gwiazda Force Fusion, dając gościom prowadzenie i pokazując, że wicelider przyjechał po pełną pulę. Kresowia odpowiedziała jednak niemal natychmiast. Stracony gol podziałał na gospodarzy jak zimny prysznic. Z minuty na minutę zaczęli grać odważniej, szybciej i bardziej agresywnie. Efekt był imponujący - jeszcze przed przerwą wyprowadzili wynik na 4:1. Największe problemy defensywie gości sprawiali Vitaliy Alizarovich oraz Arsenii Paliakovich, którzy swoimi dynamicznymi akcjami regularnie rozrywali obronę Force Fusion. Równie ważna była organizacja gry defensywnej gospodarzy -— skutecznie ograniczyli wpływ Yakubiva na przebieg spotkania, co dla lidera ofensywy gości było wyjątkowo trudnym doświadczeniem.

Druga połowa wyglądała już zupełnie inaczej. Force Fusion ruszyło do odrabiania strat i przez długie fragmenty zamknęło Kresowię na własnej połowie. Im bliżej końca meczu, tym większe były emocje i nerwy. Żółte kartki obejrzeli zarówno Szpilarewicz, jak i Liashuk, a napięcie było wyczuwalne praktycznie w każdej akcji. Goście złapali kontakt po trafieniu Dydchika i wydawało się, że comeback jest bardzo realny. Kresowia jednak wytrzymała napór. Czasem dzięki dobrej defensywie, czasem przy odrobinie szczęścia - ale ostatecznie dowiozła wynik do końca.

To było naprawdę świetne widowisko i jedno z tych spotkań, które pokazują, dlaczego piłka nożna potrafi być tak nieprzewidywalna. Kresowia przełamała swój pech i odniosła trzecie zwycięstwo z rzędu, a Force Fusion - mimo ogromnego niedosytu - wciąż pozostaje głównym kandydatem do zgarnięcia medalu za drugą lokatę.

W starciu niekwestionowanego lidera z drużyną, która najprawdopodobniej do ostatniej kolejki będzie walczyć o utrzymanie na poziomie 8. ligi - FC Patriot - bez dwóch zdań faworytem był zespół gospodarzy. Nie byliśmy jednak świadkami żadnej sensacji. Q-Ice bez większych problemów pokonało przeciwnika 11:4.

Od pierwszego gwizdka gospodarze ruszyli do ataku niczym drapieżnik polujący na swoją ofiarę. Tego wieczoru prawdziwy popis swoich umiejętności po raz kolejny dał Maks Kondarevych. Zawodnik Q-ice zanotował wręcz kosmiczne liczby - zdobył pięć bramek i dorzucił aż cztery kluczowe podania. Patrząc na taki dorobek, można powiedzieć jedynie: „wow”. Nie można jednak umniejszać całemu zespołowi Q-Ice, który stanął na wysokości zadania i rozegrał to spotkanie bardzo pewnie, unikając większych błędów.

Ani przez moment gracze Patriotu nie byli w stanie realnie zagrozić swoim rywalom. Goście wyraźnie odstawali pod względem umiejętności indywidualnych, których zawodnikom Łukasza Mroza zdecydowanie nie brakuje. Gdy w składzie znajdują się tacy gracze jak Denys Blank, Ivan Kashperuk czy wspomniany już Maks Kondarevych, każda drużyna musi liczyć się z ogromnym zagrożeniem.

Lider sprostał presji i pewnie zwyciężył, dzięki czemu jeszcze bardziej umocnił się na szczycie tabeli. Z kolei FC Patriot ma obecnie tylko dwa punkty przewagi nad strefą spadkową, co pokazuje jedno - walka o utrzymanie potrwa najprawdopodobniej aż do ostatniej kolejki sezonu.

Ścisk w środku tabeli 8. Ligi przed 15. kolejką był tak duży, że zajmujący czwarte miejsce FC Legion UA miał zaledwie dwa punkty przewagi nad znajdującym się w strefie spadkowej FC Alliance. W starciu tych ekip wszystko mogło się wydarzyć i rzeczywiście przez długi czas obie drużyny szły „łeb w łeb”.

To, co szczególnie rzucało się w oczy, to imponująca liczba indywidualnych popisów poszczególnych zawodników. Jednocześnie zaskakiwała niedokładność w ostatniej tercji boiska, która – mimo wysokiego poziomu gry – długo nie pozwalała żadnej z drużyn objąć prowadzenia. Swoje dołożyli również obaj bramkarze. Kapitan Alliance, Serhii Zarubin, przyzwyczaił już wszystkich do świetnych interwencji, natomiast debiutujący między słupkami Legionu Vladyslav Dushka wcale nie ustępował mu tego dnia umiejętnościami. Nieco częściej przy piłce utrzymywali się gospodarze, dlatego FC Alliance musiał skupić się przede wszystkim na kontratakach. Dopiero około 22. minuty doczekaliśmy się pierwszego gola. Piłka wrzucona z autu przez Ivana Pushkarenkę trafiła pod nogi Bohdana Batiuka, który odpowiednio przygotował sobie pozycję na lewym skraju pola karnego i precyzyjnym strzałem przy dalszym słupku otworzył wynik meczu.

Tuż przed przerwą za faul przed polem karnym żółtą kartkę obejrzał Volodymyr Lazaruk, przez co po zmianie stron Alliance musiał przez dwie minuty grać w osłabieniu. Kluczowym momentem okazała się fenomenalna parada Zarubina po strzale zewnętrzną częścią stopy autorstwa Mikalaia Filimonau. Dzięki tej interwencji zamiast 2:0 zrobiło się 1:1, ponieważ chwilę później Dushka przy mocnym strzale Lazaruka interweniował na tyle niefortunnie, że nieumyślnie skierował piłkę do własnej bramki. FC Alliance poszedł za ciosem i w 33. minucie wyszedł na prowadzenie za sprawą Kyrylo Shepela. Po podaniu Vitaliego Buzuliaka zawodnik gości wygrał kilka pojedynków z defensorami rywali i umieścił piłkę w siatce.

Trudno było wtedy przewidzieć, jak wielką rolę w odwróceniu losów spotkania odegra Dushka – i to nie dzięki interwencjom między słupkami. Jego szybkie wyrzuty oraz dalekie wykopy znacznie przyspieszały grę Legionu. Najpierw gola zdobył Pushkarenko, który popisał się rajdem zakończonym zejściem do lewej nogi, a chwilę później Oleksandr Hehelskyi sprytnym „dziubnięciem” przerzucił piłkę nad wychodzącym Zarubinem. Prowadzenie podwyższył następnie drugi z braci Hehelskyi – Andrii, który sam odebrał piłkę rywalowi i skutecznie wykończył akcję. Mimo że Nazariy Maksymovych obejrzał żółtą kartkę, goście zdołali jeszcze zdobyć kontaktową bramkę za sprawą Oleha Halki. Nerwowa końcówka należała jednak do Legionu UA, który rzutem na taśmę ustalił wynik spotkania na 5:3 po trafieniu Pavlo Chronobaia.

Dzięki temu zwycięstwu gospodarze umocnili się na miejscu premiowanym awansem do Superbet Cup, natomiast goście będą musieli walczyć o wydostanie się ze „czerwonej strefy” w kolejnej serii spotkań.

Ten mecz właściwie można byłoby podsumować jednym zdaniem: Mati Musoev show. I od razu zadać sobie pytanie - jakim cudem ten zawodnik jest aż tak dobry?

Spotkanie dziewiątego w tabeli Shitable z szóstymi Persami miało bardzo duże znaczenie dla obu drużyn. Przed pierwszym gwizdkiem różnica między nimi wynosiła zaledwie pięć punktów, więc dla gospodarzy była to jedna z ostatnich okazji, by realnie włączyć się jeszcze do walki o utrzymanie. Persowie z kolei chcieli wykorzystać szansę na zbliżenie się do czołówki i podtrzymanie marzeń o wyższych lokatach.

Początek należał do gospodarzy. Andrii Shevchuk szybko otworzył wynik spotkania i przez chwilę mogło się wydawać, że Shitable będzie w stanie narzucić swoje warunki gry. Niestety dla nich - właśnie wtedy rozpoczął się koncert jednego zawodnika. Mati Musoev najpierw spokojnie wykorzystał rzut karny, doprowadzając do wyrównania, a później przejął pełną kontrolę nad ofensywą Persów. To, co robił z piłką przy nodze, było momentami prawdziwym pokazem futbolowej jakości. Rozrzucał piłki, przyspieszał akcje i dogrywał z precyzją godną najlepszych rozgrywających. Aż sześć asyst w jednym meczu robi gigantyczne wrażenie i pokazuje, że w Lidze Fanów mamy wirtuozów na miarę pewnego portugalczyka z Premier League.

Jakby tego było mało, prawdziwą ozdobą meczu popisał się również Jurabek Ermatov, który huknął z dystansu prosto w okienko, nie pozostawiając bramkarzowi żadnych szans. To był strzał, który spokojnie można pokazywać jako materiał promocyjny ligi. Przy tak dysponowanych Persach drużyna Shitable nie była w stanie rozwinąć skrzydeł. Gospodarze próbowali walczyć, ale tempo, jakość rozegrania i skuteczność rywali były tego dnia po prostu zbyt duże. Zamiast wyrównanej walki oglądaliśmy przede wszystkim serię świetnych akcji i indywidualnych popisów ofensywnych.

W ten sposób nieunikniony wydaje się spadek gospodarzy - 6 punktów straty do bezpiecznego miejsca i trzy kolejki do końca. Z kolei FC Pers po tym zwycięstwie ma bardzo realne szanse w walce o czwartą lokatę.

9 Liga

Starcie pomiędzy Gamba Veloce a KSB II Warszawa z pewnością nie należało do tych, w których ważyły się losy mistrzostwa, ale pod względem emocji i zwrotów akcji mogłoby obdzielić kilka innych spotkań. Zespół Gamba Veloce uchodził przed pierwszym gwizdkiem za delikatnego faworyta, jednak przebieg wydarzeń na boisku pokazał, że w Lidze Fanów nie ma miejsca na pewniaki, a widowisko trzymało w napięciu dosłownie do ostatnich sekund.

Mecz rozpoczął się idealnie dla ekipy KSB II. Już w 6. minucie Maksym Hluschenko popisał się kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego, otwierając wynik spotkania. Początkowo to właśnie goście kontrolowali wydarzenia na murawie, jednak z czasem zaczęli popełniać proste błędy, a ich gra po kilku zmianach wyraźnie się posypała.

Gamba Veloce poczuła krew i bezlitośnie wykorzystała słabszy moment przeciwnika. Po piętnastu minutach gry wyrównanie dał Aleksander Olędzki. Zaledwie pięć minut później Kuba Skwirtniański wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, a tuż przed przerwą Olędzki dołożył swoje drugie trafienie, wykorzystując dogranie Filipa Wolskiego. Na przerwę schodziliśmy przy prowadzeniu Gamby 3:1 i wydawało się, że gospodarze mają już wszystko pod kontrolą.

W drugiej połowie goście ruszyli do odrabiania strat i już w 26. minucie Nikodem Łęczycki zdobył bramkę kontaktową. Dziesięć minut później Vitalii Balandziuk wyrównał stan meczu na 3:3 po asyście Hluschenki. Prawdziwy kosmos wydarzył się jednak w samej końcówce. W 43. minucie Filip Wolski ponownie wyprowadził Gambę na prowadzenie 4:3 i wydawało się, że gospodarze dowiozą komplet punktów do końcowego gwizdka. Nic bardziej mylnego. W 48. minucie swój spektakl rozpoczął Maksym Hluschenko. Zawodnik KSB najpierw doprowadził do remisu 4:4, wykorzystując świetne podanie od… własnego bramkarza, Pawła Wiśniewskiego. Kilkanaście sekund później ten sam zawodnik ponownie wpakował piłkę do siatki, dając swojej drużynie sensacyjne prowadzenie 5:4.

Wydawało się, że to już nokaut, ale chwilę później doszło do niezwykle kuriozalnej i nieco kontrowersyjnej sytuacji. Zawodnik Gamby zagrał długą, niepozorną piłkę w pole karne, która ku zaskoczeniu wszystkich odbiła się od poprzeczki. Do futbolówki najszybciej dopadł Kuba Skwirtniański i wbił ją do siatki, rzutem na taśmę doprowadzając do remisu 5:5. Bramkarz KSB gorąco protestował, domagając się odgwizdania faulu, jednak sędzia uznał, że wszystko odbyło się zgodnie z przepisami.

Zamiast trzech punktów dla jednej ze stron obejrzeliśmy więc sprawiedliwy podział punktów po fenomenalnej wymianie ciosów.

Nie mają szczęścia goście w tym sezonie. A.D.S. Scorpions po raz kolejny prowadzili, jednak nie byli w stanie utrzymać korzystnego wyniku, a trzeba przyznać, że ich gra w pierwszej połowie mogła się podobać. Już na samym początku Kacper Feliga miał fantastyczną okazję, jednak w debiucie na boiskach Ligi Fanów najwyraźniej presja nieco sparaliżowała mu nogi. Później jednak pokazał pełnię swoich możliwości i stał się kluczową postacią ofensywy swojej drużyny. Jeszcze przed przerwą zanotował asystę oraz bramkę i wydawało się, że gospodarze zakończą pierwszą połowę z dwubramkową zaliczką.

W ostatniej akcji tej części meczu fan-ta-sty-cznym trafieniem popisał się jednak Dominik Woźniak, który jednym płynnym ruchem przyjął piłkę, wypuścił ją przed siebie i zanim futbolówka zdążyła odbić się od murawy, już mknęła w kierunku bramki strzeżonej przez Damiana Sewerynka. Piłka minęła próbującego interweniować golkipera i wraz z gwizdkiem kończącym pierwszą połowę gospodarze prowadzili już tylko 2:1.

Druga odsłona przyniosła spodziewaną zmianę obrazu gry – gospodarze nie byli w stanie wytrzymać twardej, fizycznej walki i zaczęli odstawać kondycyjnie. Swoją szansę wyczuł Paweł Podkoń, który w zaledwie kilka minut skompletował hat-tricka, a Klub Sportowy Sandacz z jednobramkowej straty wyszedł na prowadzenie 3:4. Od tego momentu goście byli już niezagrożeni – poszli za ciosem, zdobyli kolejne dwie bramki i wykonali plan minimum potrzebny do dalszej walki o utrzymanie.

Gospodarze po raz kolejny pokazali jednak, że mają pomysł na swoją grę. Teraz pozostaje im dopracowanie szczegółów i dalsza praca w najbliższych miesiącach. Jeśli A.D.S. Scorpions poprawią kondycję oraz organizację potrzebną do rozegrania całego spotkania na wysokim poziomie, to kto wie – być może już w kolejnych rozgrywkach powalczą o medale na swoim przyszłym poziomie rozgrywkowym.

Dla TRCH każdy inny wynik niż zwycięstwo praktycznie zamykał drzwi do pozostania w dziewiątej dywizji. Przy dziewięciu punktach straty i czterech kolejkach do końca matematyka stawała się bezwzględna. Zawodnicy z Tarchomina wyszli jednak na boisko z walecznym nastawieniem, trafili jednak na Bielany Legends - drużynę, która w kluczowych momentach sezonu rzadko zawodzi.

Pierwsza połowa przebiegała pod dyktando gospodarzy. Wielki otworzył wynik po zamieszaniu w polu karnym, Pasik z rzutu wolnego doprowadził do chwilowego remisu, ale szybko odpowiedział Wojciechowski. Urbaczewski najpierw wykorzystał rzut karny, a później ponownie trafił z gry, dzięki czemu Bielany prowadziły do przerwy 4:1. TRCH próbowało wywierać presję, lecz nie przynosiło to większych efektów, a żółta kartka dla Borczyka tylko dodatkowo podnosiła poziom nerwowości.

Drugą połowę zdefiniowała przede wszystkim dysproporcja kadrowa. Bielany przyjechały bowiem aż w trzynastoosobowym składzie, podczas gdy TRCH dysponowało zaledwie ośmioma zawodnikami, z których jeden w trakcie meczu doznał kontuzji i musiał opuścić boisko. Przy pełnej rotacji po jednej stronie i praktycznie jej braku po drugiej różnica w świeżości zaczęła być bardzo wyraźna. Uwagę przyciągał Urbaczewski - nominalny bramkarz - który po ładnym podaniu od partnera skompletował hat-tricka. TRCH długo nie mogło znaleźć drogi do bramki, ale w końcówce Grabowski, Posacki i Fiks zaczęli odrabiać straty. Po trafieniu dla Bielan dołożyli jeszcze Kowalski i Borczyk.

Bielany Legends wykonały swoje zadanie - zwyciężyły 8:4 i zgarnęły trzy punkty w bardzo ważnym meczu. Teraz pozostaje im walka o TOP 5 i udział w Pucharze Fanów. Dla TRCH matematyczne nadzieje na utrzymanie są już właściwie tylko teorią.

Spotkanie Asap Vegas FC z Laflame Bielany zapowiadało się jako jeden z najważniejszych meczów kolejki – stawką było drugie miejsce w tabeli oraz możliwość zbudowania przewagi nad bezpośrednim rywalem. Od pierwszych minut było widać, że oba zespoły podchodzą do tego starcia bardzo skoncentrowane. Na boisku nie brakowało walki, intensywności oraz pojedynków w środku pola.

W pierwszej połowie skuteczniejsi okazali się zawodnicy Laflame Bielany. Goście wykorzystali swoje sytuacje i dwukrotnie znaleźli drogę do bramki, obejmując kontrolę nad przebiegiem spotkania. Asap Vegas FC długo nie potrafili odpowiedzieć, jednak z czasem zaczęli się przebudzać i jeszcze przed przerwą zdobyli kontaktowe trafienie, które przywróciło emocje w tym wyrównanym meczu. Do szatni drużyny schodziły przy wyniku 1:2.

Po zmianie stron gospodarze momentami prezentowali się lepiej niż w pierwszej części spotkania. Asap Vegas FC częściej utrzymywali się przy piłce i szukali okazji do wyrównania, jednak brakowało im skutecznego wykończenia akcji. Laflame Bielany skupili się natomiast na kontrolowaniu przebiegu gry i konsekwentnie bronili korzystnego rezultatu.

Najlepszą okazję do doprowadzenia do remisu miał w końcówce Łukasz Czerwionka. Po bardzo dobrym występie mógł zostać bohaterem swojej drużyny i uratować cenny punkt, jednak w decydującym momencie nie zdołał znaleźć drogi do bramki. Ostatecznie wynik z pierwszej połowy utrzymał się do końcowego gwizdka, a Laflame Bielany wygrali 2:1 i odskoczyli Asap Vegas FC na trzy punkty w tabeli.

Spotkanie pomiędzy KróLewskimi Wola a KS Iglica Warszawa rozpoczęło się wręcz błyskawicznie. Już w 1. minucie wynik meczu otworzył Mateusz Malinowski, dając gościom szybkie prowadzenie. Chwilę później było już 2:0 za sprawą trafienia Sebastiana Szczygielskiego, a następnie ponownie Malinowski podwyższył wynik, wyprowadzając swoją drużynę na trzybramkowe prowadzenie. Iglica kontrolowała przebieg meczu przez większość pierwszej połowy, jednak KróLewscy nie zamierzali składać broni. Nadzieję gospodarzom przywrócił ich kapitan Paweł Lewandowski, który zdobył bramkę kontaktową. Odpowiedź lidera była jednak natychmiastowa, bo chwilę później Sebastian Szczygielski ponownie wpisał się na listę strzelców, przywracając swojej drużynie trzybramkową przewagę. Wynik pierwszej części spotkania na 5:1 ustalił natomiast Maciej Krupiński i goście mogli schodzić na przerwę ze spokojną zaliczką.

Po zmianie stron jako pierwsi zaatakowali tym razem gospodarze. Bramkę dla Królewskich zdobył Bartek Pacholczak, dając swojej drużynie chwilowy impuls do walki. W kolejnych minutach Iglica ponownie przejęła jednak pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Goście grali pewnie, skutecznie i konsekwentnie powiększali swoją przewagę, raz po raz znajdując drogę do bramki rywali. Swoją postawą niewątpliwie udowadniali, że zasłużenie znajdują się na samym szczycie ligowej tabeli.

Ostatecznie KS Iglica Warszawa rozbiła KróLewskich Wola 11:3, po raz kolejny udowadniając, że jest głównym kandydatem do mistrzostwa 9. ligi.

10 Liga

Mecz Wczorajsi - FC Po Nalewce to spotkanie dwóch sąsiadujących ze sobą w tabeli drużyn, które dzielił zaledwie jeden punkt, zapowiadało się na niezwykle zacięte i wyrównane. Jak później pokazał przebieg meczu - tylko częściowo.

Pierwsza połowa to klasyczne na szóstkach 0:0. Obie defensywy spisywały się na tyle dobrze, że bramkarze ani razu nie musieli wyjmować piłki z siatki, a futbolówka po prostu nie chciała wpadać napastnikom do bramki. Dużo lepiej z gry wyglądali jednak gospodarze. To oni dłużej utrzymywali się przy piłce i częściej dochodzili do groźnych sytuacji.

Druga odsłona przyniosła w końcu przełamanie. Zespół gospodarzy przebił się przez mur gości i zrobił to aż sześciokrotnie. Po dwa gole Krystiana Łącznego oraz Michała Krzysztofika przyniosły potrzebne przełamanie w ofensywie, a także pomogły utrzymać koncentrację pozostałym zawodnikom drużyny. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 6:0. Po pierwszej, wyrównanej i bezbramkowej połowie gospodarze w drugiej części przycisnęli na tyle mocno, że w końcu kilkukrotnie dobili się do siatki rywali i pewnie wygrali to spotkanie, zachowując przy tym czyste konto. Za taki występ należą się im ogromne gratulacje.

Gościom pozostaje natomiast szukanie punktów w trzech ostatnich kolejkach sezonu.

Lider nie może pozwolić sobie na wpadkę, gdy wicemistrz depcze mu po piętach - a FC Górka Kazurka, walcząca o utrzymanie, nie wyglądała przed meczem na rywala gotowego sprawić sensację. Grajki i Kopacze miały tu po prostu zrobić swoje, choć ostatecznie wcale nie przyszło im to łatwo.

Mecz ruszył w spokojnym tempie. Oba zespoły przez pierwsze minuty badały się nawzajem i długo brakowało konkretnych sytuacji. Wynik otworzył Grzyb widowiskowym, finezyjnym uderzeniem z dystansu, a chwilę później Krzemiński strzałem po ziemi podwyższył na 2:0. Grajki spokojnie rozgrywały piłkę i wydawało się, że kontrolują przebieg spotkania, jednak Górka Kazurka nie zamierzała się poddawać. Kuca zdobył gola kontaktowego, a tuż przed przerwą Jędrzejak przeciął nieudane podanie bramkarza i doprowadził do wyrównania 2:2.

Po zmianie stron Grajki przejęły kontrolę w środku pola, a bramkarze po obu stronach mieli mnóstwo pracy i długo nie pozwalali rywalom na skuteczne wykończenie akcji. W końcu Nieszporek wykończył ładną akcję zespołową i ponownie wyprowadził gości na prowadzenie. Karaś szybko odpowiedział, a chwilę później Mazur dał Górce prowadzenie 4:3 i przez moment marzenie o sensacji zaczęło nabierać realnych kształtów. Krzemiński błyskawicznie rozegrał jednak rzut rożny i ponownie mieliśmy remis 4:4. Dodatkowo Dziuba obejrzał żółtą kartkę za wślizg, przez co Grajki i Kopacze przez moment musiały grać w osłabieniu. Nawet to nie zatrzymało jednak Grzyba, który w samej końcówce zdobył bramkę na 5:4.

Rzutem na taśmę, mimo gry w osłabieniu i po meczu, który miał być formalnością, trzy punkty pozostały na koncie GiK. Goście mogli odetchnąć z ulgą, a Górka Kazurka pokazała, że potrafi rywalizować z najlepszymi.

Fuszerka przystępowała do tego spotkania jako faworyt, chcąc wykorzystać starcie z ostatnim w tabeli Bulbez Team do poprawienia swojej sytuacji w środku stawki. Z kolei Bulbez podchodził do meczu z dużą determinacją, licząc na przełamanie i zdobycie cennych punktów.

Początek spotkania był dość spokojny i obie drużyny skupiały się głównie na zabezpieczeniu defensywy. Przez długi czas brakowało większych okazji bramkowych, jednak wraz z upływem minut mecz stawał się coraz bardziej otwarty i emocjonujący. W 21. minucie wynik otworzył Giska po podaniu Prusika, wyprowadzając Fuszerkę na prowadzenie. Bulbez odpowiedział kilka minut później - w 27. minucie po asyście Górskiego do siatki trafił Dobrosz i ponownie mieliśmy remis.

Druga połowa przyniosła znacznie więcej walki, emocji i ofensywnej gry z obu stron. W 37. minucie pięknym strzałem w lewy dolny róg popisał się Malarowski po podaniu Giski, ponownie dając prowadzenie Fuszerce. Bulbez nie zamierzał jednak odpuszczać i w 46. minucie Dobrosz pewnie wykorzystał rzut karny.

Końcówka meczu była bardzo intensywna. Chwilę po wyrównaniu Wereda ponownie wyprowadził Fuszerkę na prowadzenie, ale Bulbez do samego końca walczył o punkty. W 50. minucie Szewczyk wywalczył rzut karny, a do piłki ponownie podszedł Dobrosz, kompletując hat-tricka i ustalając wynik spotkania po niezwykle emocjonującej końcówce.

Starcie pomiędzy Gawulonem a Husarią Mokotów IV miało swój smaczek. Obie drużyny walczą bowiem o trzecie miejsce w tabeli, które daje nie tylko brązowy medal, ale również awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Stawka meczu była więc ogromna, co od pierwszego gwizdka było doskonale widać na boisku.

Spotkanie rozpoczęło się od zaciętej walki i dużej intensywności z obu stron. Żadna z ekip nie zamierzała odpuszczać, a kibice mogli oglądać twardą i wyrównaną rywalizację. W pierwszej połowie padło po jednej bramce dla każdej z drużyn. Dla Husarii Mokotów IV trafił Tomasz Hübner, natomiast odpowiedź Gawulonu nadeszła za sprawą Tomasza Maruszewskiego. Do przerwy utrzymał się remis 1:1, który zwiastował ogromne emocje po zmianie stron.

Druga połowa była już prawdziwą wymianą ciosów. Lepiej rozpoczęła ją Husaria, która zdobyła dwie szybkie bramki i objęła dwubramkowe prowadzenie. Gawulon zdołał jednak szybko zmniejszyć straty do jednej bramki, lecz chwilę później Husaria ponownie odskoczyła na dwa trafienia przewagi. Wydawało się, że goście są na dobrej drodze do zwycięstwa, jednak z każdą minutą było widać, że zaczyna brakować im sił. Bezlitośnie wykorzystali to zawodnicy Gawulonu, którzy w końcówce dali prawdziwy pokaz ofensywnej skuteczności. Najpierw kontaktową bramkę zdobył Mateusz Hopcia, następnie do wyrównania doprowadził Patryk Niemyjski. Gospodarze poszli za ciosem i kolejne trafienia dołożyli Kacper Cebula, ponownie Mateusz Hopcia oraz Daniel Sarna. W efekcie Gawulon odwrócił losy spotkania i wyszedł na prowadzenie 7:4.

Husaria zdołała odpowiedzieć jeszcze pod koniec meczu za sprawą trafienia Bartka Daniela, jednak na więcej zabrakło już czasu. Ostatecznie Gawulon zwyciężył 7:5 i dzięki temu triumfowi wskoczył na trzecie miejsce w tabeli.

Spotkanie FC Depserados z FC Polska Górom zakończyło się wysokim zwycięstwem gospodarzy 14:4, jednak sam wynik nie oddaje w pełni obrazu pierwszej części meczu. Przez długi czas kibice oglądali wyrównane i bardzo waleczne zawody, w których goście pokazali duże zaangażowanie oraz dobre przygotowanie. Tempo meczu nie należało do szalonych, a obie drużyny długo czekały na pierwsze trafienie, co dobrze oddawało przebieg pierwszej połowy.

FC Depserados stopniowo budowali swoją przewagę, ale zawodnicy FC Polska Górom ambitnie walczyli o każdą piłkę i nie pozwalali rywalom na pełną dominację. Do przerwy gospodarze prowadzili jedynie 2:0 i nic nie wskazywało na to, że druga połowa zamieni się w prawdziwy festiwal strzelecki.

Po zmianie stron oglądaliśmy już jednak zupełnie inne spotkanie. Drużyna prowadzona przez Amadeusza Kopacza całkowicie przejęła kontrolę nad wydarzeniami na boisku i dosłownie otworzyła worek z bramkami. FC Depserados wykorzystywali niemal każdą stworzoną sytuację, raz po raz rozbijając defensywę rywali. Z kolei po stronie gości można było odnieść wrażenie, że wraz z kolejnymi straconymi golami spadały motywacja i wiara w odrobienie strat.

Największą gwiazdą meczu bez wątpienia był Jan Szcześniak, który rozegrał absolutnie kapitalne zawody. Siedem zdobytych bramek oraz cztery asysty pokazują, jak ogromny wpływ miał na przebieg spotkania. Rywale szybko przekonali się, że pozostawienie mu choć odrobiny wolnej przestrzeni kończy się natychmiastowym zagrożeniem pod bramką.

Mimo wysokiego wyniku oba zespoły zasługują na uznanie za swoje podejście do meczu i walkę przez pełne 50 minut. Ostatecznie FC Depserados pewnie pokonali FC Polska Górom 14:4, a druga połowa na długo pozostanie w pamięci kibiców jako pokaz ofensywnej siły gospodarzy.

11 Liga

Chyba nie takiego meczu spodziewano się po starciu lidera ligi z drużyną ze strefy spadkowej. Tymczasem oba zespoły zafundowały nam prawdziwy thriller - spotkanie, które mogło zakończyć się każdym z trzech możliwych wyników, ale ostatecznie wygrał jednak faworyt.

Już w pierwszej połowie Choszczówka wyglądała lepiej, szczególnie w jej początkowej fazie. Szybko objęła prowadzenie i zaczęła budować przewagę. Główną postacią tej części meczu był Jakub Klimczak, który dwukrotnie trafił do siatki i dorzucił asystę. Pewne prowadzenie 3:1 bardzo szybko zamieniło się jednak w remis 3:3. W Legijnej Ferajnie również znalazł się bohater - Jan Parafianowicz odpowiedział dokładnie takim samym dorobkiem i utrzymywał swoją drużynę w grze.

Druga połowa była już prawdziwą bitwą nerwów. Jeśli w pierwszej części to Legijna goniła wynik, to gole zdobyte jeszcze przed przerwą mocno podbudowały zespół mentalnie i po zmianie stron to właśnie oni przez większość czasu prowadzili, a Choszczówka musiała odrabiać straty. Ta pogoń, podobnie jak w pierwszej połowie, doprowadziła nas do remisu 5:5 na trzy minuty przed końcem i wtedy przyszła wielka kulminacja tego widowiska.

Najpierw rzut karny wywalczyła Choszczówka, a Bartosz Salata pewnie zamienił go na gola. Chwilę później swoją szansę z siedmiu metrów miała również Legijna Ferajna, ale Oskar Jenner - który rozgrywał świetne spotkanie i zdobył dwie bramki - nie zdołał pokonać Szymona Salaty. Bramkarz popisał się kapitalną interwencją i w efektownym stylu obronił strzał. Końcówka godna filmu.

Legijna Ferajna rozegrała naprawdę bardzo dobre spotkanie i nie ma tu czego rozpamiętywać - tego dnia po prostu zabrakło im odrobiny szczęścia. A Choszczówka jest już o krok od mistrzostwa i być może już w następnej kolejce oficjalnie przypieczętuje tytuł.

To był niezwykle ważny mecz dla Hiszpańskiego Galeonu w walce o 3. miejsce, ale nie mniej istotne spotkanie dla Patetikos - ich ostatnia szansa, by jeszcze włączyć się do walki o medale.

Niestety, a może - jak się później okazało - na szczęście dla Galeonu, spotkanie zaczęło się od problemów kadrowych. Na boisku pojawił się nawet koordynatorski duet Kowalski - Makowski, ale być może właśnie ta sytuacja dodatkowo zmobilizowała drużynę, a jednocześnie uśpiła czujność rywali. Od pierwszych minut Galeon wyglądał bardzo pewnie i szybko zrobiło się 3:0 - prawdziwy zimny prysznic dla przeciwnika. Patetikos zdołali później zdobyć bramkę kontaktową, ale nadzieja nie trwała długo. Kolejne dwa trafienia sprawiły, że przed przerwą na tablicy widniał wynik 5:1.

Głównymi architektami sukcesu w pierwszej połowie byli Krzysiek Małażewski, który zanotował dwa gole i asysty, oraz Stanisław Piątkiewicz, również dwukrotnie wpisujący się na listę strzelców. Defensywę bardzo dobrze organizowali wspomniany Michał Kowalski, debiutujący w tym spotkaniu, oraz Patryk Makowski.

W drugiej połowie gra nieco się wyrównała. Hiszpański Galeon starał się spokojnie kontrolować przebieg meczu i dowieźć zwycięstwo, natomiast Patetikos próbowali jeszcze wrócić do gry. Do prawdziwej dramaturgii było jednak daleko. Na plus dla Patetikos można zaznaczyć fakt, że wszystkie ich pięć bramek zdobyli różni zawodnicy, co pokazuje, że drużyna potrafi zagrozić rywalowi z wielu stron. Problem polegał jednak na tym, że Galeon odpowiedział aż dziewięcioma trafieniami i całkowicie zdominował to spotkanie. Pokerami popisali się Stanisław Piątkiewicz i Krzysiek Małażewski, a swoje trafienie dorzucił także Jakub Szczypiorski.

Patetikos niestety wypisują się już z walki o medale w tym sezonie, choć wciąż pozostaje im rywalizacja o Puchar Ligi. Z kolei przed Hiszpańskim Galeonem starcie z bezpośrednim rywalem o 3. miejsce i do tego meczu z pewnością trzeba będzie przyjechać z dłuższą ławką rezerwowych.

Mistrzowie Chaosu podchodzili do tego spotkania z jasnym celem - oddalić się od strefy spadkowej i wykorzystać starcie z ostatnim w tabeli Piwem Po Meczu do zdobycia bardzo ważnych punktów. Z kolei Piwosze liczyli na przełamanie i pokazanie, że mimo trudnej sytuacji nadal potrafią rywalizować z wyżej notowanymi drużynami.

Początek meczu był dość nerwowy. Już w 11. minucie bramkarz Mistrzów Chaosu obejrzał żółtą kartkę za zagranie ręką poza polem karnym. Piwo Po Meczu otrzymało szansę na wykorzystanie przewagi, jednak nie potrafiło zamienić jej na bramkę. Przełamanie przyszło dopiero w 24. minucie, kiedy po podaniu Królaka wynik otworzył Dziurdz. Mistrzowie Chaosu zaczęli przejmować kontrolę nad spotkaniem i kilka minut później prowadzenie podwyższył Serafin. Jeszcze przed przerwą ponownie trafił Dziurdź, a chwilę później gole dołożyli Kuligowski oraz Królak, praktycznie rozstrzygając losy meczu.

W drugiej połowie Mistrzowie nadal byli skuteczni. W 45. minucie drugą bramkę zdobył Kuligowski, potwierdzając bardzo dobrą dyspozycję ofensywną swojej drużyny. Piwo Po Meczu zdołało odpowiedzieć trafieniem Koziarskiego w 46. minucie, jednak chwilę później emocje ponownie podgrzała żółta kartka dla Królaka.

W końcówce meczu Talarek zdobył jeszcze drugą bramkę dla Piwa Po Meczu, ale nie miało to już większego wpływu na przebieg spotkania. Mistrzowie Chaosu pewnie sięgnęli po komplet punktów i wykonali ważny krok w kierunku utrzymania bezpiecznej pozycji w tabeli.

W starciu pomiędzy FC Warsaw Wilanów a CWKS Ferajna Warszawa górą okazali się zawodnicy ekipy zajmującej najniższy stopień podium - mowa oczywiście o CWKS Ferajnie.

Od początku to właśnie goście lepiej weszli w spotkanie, otwierając wynik za sprawą trafienia Aureliusza Szeremety. Nie zamierzali jednak zwalniać tempa i zgodnie z zasadą, że „najlepszą obroną jest atak”, nadal naciskali rywali. Po dłuższej chwili prowadzili już różnicą trzech bramek.

Największą różnicą, którą można było dostrzec gołym okiem, była różnica pokoleniowa pomiędzy obiema drużynami. Najbardziej było to widoczne w pojedynkach biegowych, zwrotności oraz dynamice zawodników. W piłce nożnej nawet kilka lat potrafi zrobić ogromną różnicę i gospodarze boleśnie się o tym przekonali. Goście raz po raz wygrywali pojedynki jeden na jednego, mając w swoim składzie niezwykle szybkich i zwinnych zawodników, którzy bez większego problemu potrafili mijać kolejnych rywali.

Od pierwszego do ostatniego gwizdka CWKS Ferajna kontrolowała przebieg spotkania, mimo kilku momentów, w których pachniało sensacyjnym powrotem zawodników z Wilanowa. Ostatecznie jednak taki scenariusz się nie spełnił i gospodarze musieli uznać wyższość rywala, przegrywając 5:8.

12 Liga

Festiwal nieskuteczności czy świetna reklama bramkarzy z dwunastej ligi? Zdecydowanie to drugie! Juan Agudelo przez długie minuty bronił gospodarzy przed totalną zapaścią. Świetne interwencje i doświadczenie Kolumbijczyka sprawiały, że spotkanie cały czas oscylowało wokół remisu. Gdyby mecz zakończył się choćby jednym punktem dla Furduncio Brasil F.C. II, tytuł MVP kolejki miałby murowanego faworyta.

Niestety - przynajmniej z perspektywy gospodarzy - marzenie o urwaniu punktów faworyzowanym rezerwom FC Vikersonn UA pozostało niespełnione. Nie pomógł nawet najnowszy nabytek brazylijskiej drużyny, czyli Nizom Numonov, który zdobył jedyną bramkę dla swojego zespołu. Goście wyszli na prowadzenie już w pierwszych minutach po trafieniu Valeriiego Sumareva, jednak gospodarze nie składali broni. Julio Kutz trafił między innymi w słupek bramki rywali, więc można mówić o odrobinie pecha po stronie drużyny z kraju kawy. Ostatecznie do przerwy wynik wynosił 1:2 – dla gospodarzy trafił Numonov, natomiast dla gości bramki zdobywali Sumarev i Rybka.

O zwycięstwie zadecydowała dobra dyspozycja zawodników drużyny ze wschodu. Serhii Zaridze bronił niemal równie efektownie co jego vis-à-vis, jednak tego dnia miał zdecydowanie większe wsparcie ze strony kolegów z ofensywy. Yevhenii Kyrii, Vitalii Rybka i Valerii Sumarev w kluczowych momentach przechylili szalę zwycięstwa na korzyść swojej drużyny. Z czasem przewaga gości rosła z minuty na minutę, choć po przerwie nie oglądaliśmy już żadnych trafień. Czy FC Vikersonn UA II powinien wygrać wyżej? Prawdopodobnie tak. Najważniejsze z ich perspektywy jest jednak końcowe zwycięstwo, które wciąż daje im realne szanse na miejsce na podium.

Totalna dominacja – tak najtrafniej można podsumować występ FC Melange w starciu z Luminą. Już w zaledwie pięć minut Łukasz Słowik skompletował hat-tricka, co praktycznie od razu rozwiało wszelkie wątpliwości dotyczące tego, kto sięgnie po punkty w tym meczu. Co gorsza dla gospodarzy, nie mieli oni praktycznie żadnych argumentów – ani na boisku, ani poza nim.

Szczególnie dobitnie było to widać przy wyniku 1:7, gdy Piotr Osiński postanowił udać się do popularnej sieci zielonych sklepów osiedlowych, aby posilić się hot dogiem. Co ciekawe, gospodarze po tym „osłabieniu” nie wyglądali wcale gorzej, a do przerwy nie stracili już żadnej bramki. Problem polegał jednak na tym, że przegrywali już sześcioma trafieniami, więc o jakimkolwiek comebacku nie mogło być mowy.

Tym bardziej że po zmianie stron goście ani myśleli zwalniać tempa. Rozluźnienie w szeregach FC Melange pojawiło się dopiero przy wyniku 1:12, kiedy nawet Łukasz Krysiak zaczął aktywnie włączać się do ofensywnych akcji swojej drużyny. Bramkarz gości zanotował nawet asystę, znajdując się w polu karnym rywala (!), co niektórzy mogliby uznać za mało eleganckie. Z drugiej strony – odrobina boiskowej fantazji potrafi rozjaśnić nawet tak ponure i deszczowe niedzielne przedpołudnie.

Na większym luzie FC Melange skorzystali również Arseni Bahuleuski oraz Yan Paulavets, którzy pod koniec tego jednostronnego spotkania poprawili swoje indywidualne statystyki. Zawodnicy Luminy zanotowali odpowiednio trzy (hat-trick) oraz dwa punkty do klasyfikacji kanadyjskiej. Ich osiągnięcia i tak przyćmił jednak Łukasz Słowik, który zakończył mecz z dorobkiem dziewięciu bramek i dwóch asyst. Snajper gości odjechał rywalom w klasyfikacji strzelców tego poziomu rozgrywkowego, a dodatkowo dogonił Zhasulana Kamantaya w klasyfikacji kanadyjskiej.

Z ciekawostek warto dodać, że duet ojciec–syn Marciniaków (Kamil i Julek) ewidentnie ma sposób na Luminę – w obu spotkaniach przeciwko tej drużynie zdobywali po bramce. Organizatorzy zastanawiają się nawet nad wystosowaniem do FC Melange prośby o zmianę pseudonimu Kamila z „Shaquille” na „LeBron”, ponieważ lepiej podkreślałby tę nietypową historię.

Poprzednie starcie tych dwóch drużyn było jednym z najbardziej wyrównanych meczów rundy, więc i tym razem spodziewaliśmy się walki do ostatnich minut. Tym bardziej że zarówno FC Razam, jak i Gentleman Warsaw Team nadal znajdują się w strefie spadkowej i każdy punkt jest dla nich na wagę złota.

Od początku widzieliśmy ogromną mobilizację po obu stronach, choć sam mecz długo nie miał jednego wyraźnego dominatora. Lepiej spotkanie rozpoczęli goście. Już w 4. minucie Piotr Loze otworzył wynik, dając swojej drużynie prowadzenie. Gospodarze odpowiedzieli dopiero po dziesięciu minutach, kiedy do siatki trafił Szymon Raducki - zdecydowanie jedna z najbardziej charakterystycznych postaci FC Razam i boiskowy lider tej ekipy. Chwilę później gospodarze poszli za ciosem i po trafieniu Wladka Loikutsa wyszli na prowadzenie 2:1. Mimo to mecz dalej pozostawał bardzo wyrównany i żadna ze stron nie potrafiła przejąć pełnej kontroli nad wydarzeniami. Gdy wydawało się już, że FC Razam zejdzie na przerwę z jednobramkowym prowadzeniem, do akcji wkroczył Felix Tran. Rzutem na taśmę popisał się pewnym wykończeniem i doprowadził do remisu 2:2 tuż przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę.

Po zmianie stron tempo wcale nie spadło, a my oglądaliśmy klasyczną wymianę ciosów. Tym razem to gospodarze rozpoczęli strzelanie za sprawą Nikity Kolokoltseva, ale Gentleman Warsaw Team ponownie bardzo szybko odpowiedział. Najpierw Felix Tran po raz kolejny wyrównał stan meczu, a chwilę później Piotr Dziemieszczyk wyprowadził gości na prowadzenie. Do końca pozostawało już niewiele czasu i po stronie FC Razam zaczęło być widać coraz większą nerwowość.

Na osiem minut przed końcem ponownie jednak błysnął Wladek Loikuts, doprowadzając do remisu 4:4. Radość gospodarzy trwała krótko, bo niemal natychmiast „Dżentelmeni” odzyskali prowadzenie po drugim trafieniu Piotra Loze. Wydawało się wtedy, że goście dowiozą komplet punktów do ostatniego gwizdka. Przedstawiciele FC Razam nie zamierzali się jednak poddawać. W samej końcówce świetnym podaniem popisał się Szymon Raducki, obsługując Nikitę Kolokoltseva, a ten z zimną krwią ustalił wynik spotkania na 5:5.

Finalnie obie drużyny podzieliły się punktami po niezwykle wyrównanym i szalonym meczu, chociaż remis raczej nie satysfakcjonuje w pełni żadnej ze stron w kontekście walki o utrzymanie.

Pierwsze minuty spotkania upłynęły pod znakiem walki i zaangażowania z obu stron. Zarówno FC Łazarski, jak i Dynamo Wołomin pokazywały dużą determinację i chęć walki o korzystny rezultat. Z biegiem czasu coraz groźniej pod bramką rywali atakował jednak Łazarski, który regularnie dochodził do sytuacji strzeleckich.

Świetnie między słupkami spisywał się jednak bramkarz Dynamo – Radosław Kania. Golkiper kilkukrotnie ratował swój zespół, a największe brawa zebrał po fantastycznej interwencji przy mocnym strzale z rzutu wolnego. Napór gospodarzy w końcu przyniósł efekt. Wynik spotkania otworzył Mykyta Harkavka, który rozwiązał worek z bramkami swojej drużyny. Chwilę później na 2:0 podwyższył Artem Skyba, a po dobrze rozegranym rzucie rożnym kolejne trafienie dołożył Maksym Oleksin. Jeszcze przed przerwą ponownie do siatki trafił Skyba, kiedy bramkarz Dynamo zdołał obronić pierwszy strzał, ale wobec skutecznej dobitki był już bezradny. Do szatni zawodnicy Łazarskiego schodzili z pewnym prowadzeniem 4:0.

Druga połowa była już pełną dominacją lidera tabeli. Gospodarze kontrolowali przebieg gry i konsekwentnie dokładali kolejne bramki, nie pozostawiając rywalom większych szans na odwrócenie losów meczu. Dynamo zdołało odpowiedzieć jedynie honorowym trafieniem Huberta Szulima w jednej z ostatnich akcji spotkania.

Ostatecznie FC Łazarski rozbił Dynamo Wołomin aż 9:1 i po raz kolejny potwierdził, że jest jednym z głównych kandydatów do mistrzowskiego tytułu. Walka o złoty medal w 9. lidze zapowiada się niezwykle emocjonująco, ponieważ aż trzy zespoły liczą się w grze o końcowy triumf. Po takim występie gospodarze udowodnili jednak, że pozycja lidera tabeli nie jest przypadkiem.

Rodzina Soprano nie schodzi z obranej drogi. Seria meczów bez porażki została w 15. kolejce przedłużona zwycięstwem w starciu z Vox Populi. Sezon powoli zbliża się do końca, a Soprano przypuszcza ostateczny atak na szczyt 12. ligi.

Do pokonania rywali ze środka tabeli potrzebne były cierpliwość i świetna defensywa. Występ obrońców i bramkarza można było porównać do sposobu bronienia Atletico Madryt pod wodzą Diego Simeone. Vox Populi próbowało swoich sił na różne sposoby - składnymi akcjami, indywidualnymi przebłyskami czy po prostu ambitną walką do końca. Bramka Rodziny Soprano była jednak tego dnia jak zaczarowana.

Po samym wyniku łatwo dojść do wniosku, że świetną robotę wykonał Kuba Sidor i będzie to całkowicie trafne stwierdzenie. Bramkarz zwycięskiej drużyny kilkukrotnie ratował swoich kolegów w naprawdę trudnych sytuacjach, odbijając strzały zmierzające prosto do siatki. Swoje obowiązki znakomicie wypełniał także Filip Motyczyński, który zdobył dwie pierwsze bramki, a przy trzeciej dołożył asystę. Takim występem w pełni zasłużył na miano MVP kolejki w swojej lidze. Bez niego również defensywa Vox Populi mogłaby pretendować do miana wyjątkowo szczelnej.

Ubrani na czerwono zawodnicy nie potrafili znaleźć sposobu na skuteczne wykończenie akcji, ale w defensywie prezentowali się bardzo solidnie. Do końcowych minut oglądaliśmy zacięty mecz, którego rozstrzygnięcie długo wisiało na włosku. Dopiero strzał z dystansu zdołał przedrzeć się przez defensywne zasieki i zaskoczyć Piotra Pieńkowskiego.

Przez większość spotkania na boisku oglądaliśmy prawdziwe taktyczne szachy i dopiero końcówka sprawiła, że mecz zakończył się wynikiem 4:0, a nie skromnym 1:0. Vox Populi musiało się otworzyć, a Rodzina Soprano bezlitośnie postawiła kropkę nad „i”.

13 Liga

W starciu w ramach 13. Ligi zmierzyły się zespoły Elitarni Gocław oraz Nieuchwytni. Są to dwie drużyny, które bezpośrednio rywalizują ze sobą o jak najwyższe miejsce na koniec sezonu w tabeli.

Spotkanie zakończyło się sprawiedliwym podziałem punktów, ponieważ przez pełne 50 minut każda z ekip zdobyła po jednej bramce. Jak na standardy naszej ligi - czy ogólnie piłki sześcioosobowej - jest to dość skromny dorobek. Niski wynik nie świadczył jednak ani trochę o braku emocji. Wręcz przeciwnie - obie drużyny stworzyły sobie wiele dogodnych sytuacji strzeleckich, lecz za każdym razem brakowało postawienia przysłowiowej kropki nad „i”, zarówno po stronie Elitarnych, jak i Nieuchwytnych. To, jakie okazje marnowali zawodnicy obu zespołów, sprawia, że pewnie jeszcze długo będą pluć sobie w brody za niewykorzystane „setki”. Dużą rolę przy tak niskim wyniku odegrali również bramkarze, którzy wielokrotnie ratowali swoje drużyny i stali na straży dostępu do własnych bramek.

Elitarni bazowali głównie na posyłaniu długich piłek do napastnika, natomiast Nieuchwytni za wszelką cenę próbowali rozgrywać akcje od tyłu, często korzystając również z pomocy bramkarza.

Ten remis praktycznie niczego nie zmienił w walce obu drużyn o końcowe cele. Nieuchwytni nadal mają punkt przewagi nad Elitarnymi, jednak do zakończenia sezonu pozostało jeszcze kilka kolejek, więc wszystko nadal może się wydarzyć.

Rezerwy Kresowii okazały się zdecydowanie za wysokimi progami na lisie nogi! White Foxes bardzo słabo weszli w pierwszą połowę, szybko tracąc kilka bramek. Wynik spotkania otworzył Artem Janczylik, a chwilę później Robert Senkel dorzucił kolejne dwa trafienia. Gościom brakowało przy tym odrobiny szczęścia – bramkę na 4:0 stracili po trafieniu samobójczym, natomiast ostatni gol tej odsłony był wręcz brutalny dla „Lisów”. Daniil Mikulich wybił piłkę z linii bramkowej Kresowii, po czym gospodarze błyskawicznie wyprowadzili kontratak wykończony przez Maksima Lapatsuyeu. Na przerwę gospodarze schodzili więc z pięciobramkową przewagą.

White Foxes zdecydowanie lepiej rozpoczęli drugą połowę. Mieli dwie–trzy bardzo dobre okazje, aby wreszcie otworzyć swój dorobek bramkowy, jednak bramka gospodarzy była tego dnia jak zaczarowana. Co więcej, chwilę później Pavel Todryk podwyższył wynik na 6:0. Dopiero Robert Wróblewski zdobył gola na 6:1, dając gościom iskierkę nadziei. Później jednak kolejna bramka samobójcza po niefortunnym rykoszecie sprawiła, że White Foxes znaleźli się już na deskach. W ostatnich minutach Artem Janczylik postawił kropkę nad „i”, ustalając wynik meczu na 8:1.

Dzięki korzystnemu dla gospodarzy remisowi Nieuchwytnych z Elitarnymi Gocław zwycięstwo nad White Foxes pozwoliło rezerwom Kresowii sensacyjnie wskoczyć na podium na zaledwie trzy kolejki przed końcem sezonu. To stawia ich przed fantastyczną szansą na zdobycie medali. Jeśli za tydzień nie potkną się w meczu z Borowikami, dwa tygodnie później czeka ich starcie z wiceliderem – Jogą Bonito. Również ostatnia kolejka zapowiada się niezwykle emocjonująco, bo Elitarni Gocław tracą obecnie zaledwie dwa punkty.

White Foxes kontynuują natomiast walkę o utrzymanie – do bezpiecznego miejsca tracą jedynie dwa oczka.

Zespół Joga Bonito po dwóch porażkach z rzędu w końcu się przełamał i w ostatniej kolejce zdobył bardzo cenne trzy punkty. Ich rywal – Cockpit Country – zaliczył natomiast falstart i w tej rundzie nie zdobył jeszcze ani jednego punktu. Wyniki te sprawiły, że drużyna ta zamyka ligową tabelę.

Niespodziewanie pierwszą groźną sytuację stworzyli goście, jednak piłka po ich strzale zatrzymała się na słupku. Na pierwszą bramkę musieliśmy czekać aż do końcówki pierwszego kwadransa gry, kiedy to gospodarze otworzyli wynik spotkania. Chwilę później zrobili to ponownie i drużyny schodziły na przerwę przy wyniku 2:0 dla Jogi Bonito.

Drugie dwadzieścia pięć minut wyglądało bardzo podobnie – kontrola gry po stronie gospodarzy i kolejne dwie zdobyte bramki. W końcowym fragmencie meczu zawodnicy Cockpit Country zdołali zdobyć gola, czym uradowali licznie zgromadzonych kibiców. Był to jednak jedyny pozytywny akcent dla gości, ponieważ kilka chwil przed końcem stracili jeszcze jedną bramkę. Ostatecznie spotkanie zakończyło się zwycięstwem Jogi Bonito 5:1 i zespół ten nadal liczy się w walce o mistrzostwo. Dla zawodników Cockpit Country była to kolejna porażka, z której muszą wyciągnąć wnioski i szukać punktów w następnych meczach.

Po raz kolejny najbardziej wyróżniającym się zawodnikiem był Łukasz Krysiak, który nie tylko kilkukrotnie świetnie interweniował między słupkami, ale również dołożył do swojego dorobku kolejne dwie asysty.

„Zwierzęcy pojedynek” w 13. Lidze był doskonałym przykładem na to, że w osiąganiu wyników nie zawsze pierwsze skrzypce gra efektowny styl, lecz konsekwentna realizacja założeń taktycznych. Zanim postronny obserwator zdążył zorientować się, jaki futbol zamierzają zaprezentować obie drużyny, przed szansą z rzutu karnego – podyktowanego za faul na Kamilu Jaroszu – stanął lider LBP, Damian Borkowski. Mimo świetnych interwencji w pierwszych minutach meczu Kuba Filutowski tym razem nie wyczuł intencji strzelca i dość niespodziewanie zrobiło się 0:1. Od tego momentu Lisy niemal całkowicie skupiły się na bronieniu własnej bramki, czekając na błędy rywali, które mogłyby umożliwić szybki kontratak lub stworzyć okazję po stałym fragmencie gry.

Wyrównanie dla Siwego Konia zdobył Sebastian Zwierzchowski, który po podaniu Ivana Yanyshyna uderzył z powietrza niezwykle precyzyjnie przy dalszym słupku. Chwilami gra gospodarzy wyglądała tak, jakby chcieli wręcz wejść z piłką do bramki – ich długie ataki pozycyjne nie przynosiły jednak efektów, a prób strzałów z dystansu było bardzo niewiele. Choć przebieg spotkania zupełnie tego nie zapowiadał, kolejnego gola zdobyli goście. Nieświadomie pomógł im w tym bramkarz Siwego Konia, który wyszedł z piłką w rękach poza pole karne. Arbiter podyktował rzut wolny, a Damian Borkowski pewnym strzałem ponownie wyprowadził Lisy na prowadzenie. Mając korzystny rezultat, goście zamykali się we własnym polu karnym nawet całą piątką zawodników z pola, skutecznie utrudniając rywalom zdobycie wyrównującej bramki. Siwy Koń dopiął jednak swego około 21. minuty, kiedy po serii przełożeń piłki z jednej nogi na drugą do siatki trafił Szymon Zawadzki.

Druga połowa wyglądała niemal identycznie jak pierwsza – Siwy Koń utrzymywał się przy piłce, a Lisy Bez Polisy broniły się głęboko na własnej połowie. I ponownie szczęście uśmiechnęło się właśnie do gości. Tym razem Damian Borkowski nie wykorzystał rzutu karnego, a Kuba Filutowski obronił także dobitkę, jednak piłka spadła pod nogi Przemka Goworka, który naprawił pomyłkę kolegi i zdobył gola. Po wielu mozolnych próbach sforsowania defensywy przeciwnika zawodnicy SK doprowadzili do remisu 3:3. Podanie Eryka Borczona na pustą bramkę wykorzystał Jurij Pijasiuk. Chwilę później ponownie oglądaliśmy dobrze znany scenariusz – moment nieuwagi, szybki kontratak Lisów, strzał Goworka w słupek i skuteczną dobitkę Damiana Borkowskiego.

Zdecydowanie lepsi w grze zawodnicy Siwego Konia musieli jednak przynajmniej wyrównać i ostatecznie dopięli swego. Bramkę na 4:4 zdobył Eryk Borczon, który uderzeniem z powietrza przełamał ręce Krystianowi Załuckiemu. Niewykorzystanie dwóch „piłek meczowych” sprawiło, że spotkanie zakończyło się podziałem punktów, mimo tak odmiennych wizji futbolu prezentowanych przez obie drużyny.

Boiskowy Folklor przystępował do tego spotkania jako lider tabeli i zdecydowany faworyt, chcąc dopisać kolejne punkty w walce o mistrzostwo. Borowiki, znajdujące się w środku stawki, liczyły natomiast na sprawienie niespodzianki i zatrzymanie jednej z najskuteczniejszych drużyn ligi.

Od pierwszych minut Boiskowy Folklor narzucił bardzo wysokie tempo gry. Już w 6. minucie wynik otworzył Kucharski po podaniu Miriuka. Ten sam zawodnik ponownie wpisał się na listę strzelców w 11. minucie po rozegraniu rzutu rożnego z Ciastką. Folklor nie zwalniał i w 15. minucie kolejną bramkę dołożył Jankowski. Cztery minuty później hat-tricka skompletował Kucharski, pokazując znakomitą skuteczność pod bramką rywali. Borowiki próbowały wrócić do meczu i w 24. minucie po dobitce gola zdobył Bilski, dając swojej drużynie nadzieję przed drugą połową.

Po przerwie lider tabeli ponownie bardzo szybko przejął kontrolę nad wydarzeniami na boisku. W 28. minucie, po rzucie z autu i podaniu Jankowskiego, kolejnego gola zdobył Kucharski. Borowiki odpowiedziały trafieniem Valodzkiego w 35. minucie, jednak chwilę później Folklor ponownie ruszył do ofensywy. W 36. minucie po rzucie rożnym i dośrodkowaniu Miriuka głową trafił niezawodny Kucharski. Jeszcze w tej samej minucie na listę strzelców wpisał się również Miriuk, a chwilę później kolejne trafienie dołożył Jankowski. W końcówce spotkania gole zdobywali jeszcze Ciastko, Bednarski oraz ponownie Miriuk, który wcześniej popisał się także pięknym uderzeniem z rzutu wolnego w 41. minucie. Ostatnią bramkę dla Borowików zdobył Stachacz, jednak nie zmieniło to już obrazu meczu.

Boiskowy Folklor potwierdził swoją dominację i po bardzo ofensywnym spotkaniu dopisał kolejne ważne punkty, umacniając się na pozycji lidera tabeli.

14 Liga

W meczu pomiędzy zespołami BRD Young Warriors a drugą drużyną Oldboysów górą okazali się młodzi wojownicy z Bródna, którzy wygrali to spotkanie 6:4 i zgarnęli komplet punktów. Starcie rozpoczęło się spokojnie i dość zachowawczo z obu stron, bez nadmiernego forsowania tempa. Obie drużyny starały się grać rozsądnie i z poszanowaniem piłki. Worek z bramkami otworzyli gracze w żółto-czerwonych trykotach - do siatki trafił Bartek Krywko. Na odpowiedź rywali nie trzeba było jednak długo czekać, ponieważ zawodnicy BRD szybko doprowadzili do wyrównania, a chwilę później objęli prowadzenie. Z minuty na minutę coraz wyraźniej zarysowywała się przewaga Warriorsów, dzięki czemu po pierwszej części meczu schodzili na przerwę z jednobramkową zaliczką.

Po wznowieniu gry ich przewaga jeszcze wzrosła, a co za tym idzie - zaczęły pojawiać się kolejne trafienia. BRD odskoczyło rywalom już na trzy bramki przewagi. Oldboysi cały czas próbowali odpowiadać, jednak brakowało im skuteczności oraz przysłowiowego „błysku” w akcjach ofensywnych. Ostatecznie gracze BRD utrzymali wypracowaną zaliczkę i mogą cieszyć się z zasłużonego zwycięstwa nad wyżej notowanym przeciwnikiem.

Porażka Oldboysów jest dla nich sporą komplikacją w kontekście walki o fotel wicelidera.

Zatrzymać BS Zadymiarze przed zdemolowaniem 14. ligi może już chyba tylko Donald Trump swoimi decyzjami dotyczącymi ładu na świecie albo nagłe rozprzestrzenienie się hantawirusa. Na drodze młodej drużyny nie stanęli również Heavyweight Heroes, choć nie można im odmówić tego, że naprawdę próbowali.

Do przerwy było bowiem zaledwie 1:0, a w drugiej połowie bramki Marka Malenki i Patryka Parzycha - po podaniach Mateusza Zachewicza - dwukrotnie dawały remis. Zadymiarze bardzo długo męczyli się z doświadczoną ekipą, jednak w trakcie tego sezonu nie raz udowadniali, że mają wiele sposobów na ogrywanie rywali. W niedzielnym meczu zabrakło najlepszego strzelca drużyny - Dominika Zawiślaka - dlatego odpowiedzialność za zdobywanie bramek musieli wziąć na siebie jego koledzy. Nie zawiódł Mateusz Preibisz, czyli druga strzelba Zadymiarzy. Dwa trafienia dorzucił również Michał Nestorowicz, który imponował skutecznością i instynktem snajpera w kluczowych momentach.

Nie sposób pominąć także końcówki w wykonaniu Mateusza Hofmana, który był niczym malarz dopracowujący niemal gotowe dzieło ostatnimi ruchami pędzla. Ojców sukcesu, którym może okazać się końcowy triumf w lidze, będzie jednak zdecydowanie więcej, bo największym atutem Zadymiarzy pozostaje kolektyw.

Piłkarze Heavyweight Heroes nadal walczą o utrzymanie na poziomie 14. ligi i jeśli w kolejnych spotkaniach zaprezentują się podobnie jak w minioną niedzielę, mają spore szanse na dorzucenie jeszcze kilku punktów do swojego dorobku.

Spotkanie Klikersów z Elekcyjną FC miało dwa zupełnie różne oblicza. Początek należał do gospodarzy. Wynik meczu otworzył Kuba Klimek, który pewnie wykorzystał rzut karny i dał swojej drużynie prowadzenie. Klikersi dobrze operowali piłką, utrzymywali wysokie tempo i chwilę później dołożyli kolejne trafienie. Nawet po bramce kontaktowej Elekcyjnej gospodarze nadal sprawiali wrażenie zespołu kontrolującego przebieg spotkania, prowadząc 2:1 i skutecznie narzucając rywalom swój styl gry.

Elekcyjna nie zamierzała jednak odpuszczać. Goście z każdą minutą prezentowali się coraz pewniej, a ich ofensywne akcje zaczęły stwarzać coraz większe zagrożenie. Jeszcze przed przerwą zdołali całkowicie odrobić straty, a następnie wyjść na dwubramkowe prowadzenie. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:4 i to właśnie ten fragment meczu okazał się momentem przełomowym.

Po zmianie stron Elekcyjna kontynuowała swoją ofensywną grę. Goście byli zdecydowanie skuteczniejsi, szybsi w ataku i konsekwentnie wykorzystywali kolejne okazje bramkowe. Klikersi próbowali wrócić do meczu, jednak nie byli już w stanie zatrzymać rozpędzonego rywala.

Druga połowa była już całkowitą dominacją Elekcyjnej, która dołożyła następne trafienia i ostatecznie zamknęła spotkanie pewnym zwycięstwem 7:3. Mecz pokazał, jak szybko potrafi zmienić się przebieg rywalizacji i jak ważna jest konsekwencja przez pełne 50 minut gry.

Spotkanie Santiago Remberteu z FC Olimpik zapowiadało się jako jeden z najciekawszych meczów kolejki. Obie drużyny przystępowały do rywalizacji z identycznym dorobkiem punktowym, a stawką było zbliżenie się do miejsc dających awans. Zarówno Santiago, jak i Olimpik wiedziały, że zwycięstwo może mieć ogromne znaczenie w końcówce sezonu.

Początek meczu był wyrównany i pełen walki. Już w 9. minucie żółtą kartkę obejrzał Chamera z Santiago Remberteu. Chwilę później wynik spotkania otworzył Prokopchuk, dając prowadzenie FC Olimpik. Santiago bardzo szybko odpowiedziało - po rzucie rożnym w 12. minucie do siatki trafił Chamera po podaniu Wójtowicza. Zaledwie kilka minut później role się odwróciły i po asyście Chamery gola zdobył Wójtowicz, wyprowadzając Santiago na prowadzenie.  Olimpik jeszcze przed przerwą doprowadził jednak do wyrównania. W 25. minucie Pyvovar wykorzystał podanie Prokopchuka i ponownie przywrócił remis.

Druga połowa należała już zdecydowanie do Olimpiku. Tuż po wznowieniu gry bramkę zdobył Vladymirskyi, a kilka minut później po własnym odbiorze świetną indywidualną akcję wykończył Kalmykov. Santiago nie potrafiło odpowiedzieć, a Olimpik z każdą minutą coraz bardziej się rozpędzał. W końcówce spotkania kolejne trafienia dołożyli Vladymirskyi, Lipskyi oraz dwukrotnie Novakovskyi. Wynik meczu ustalił Zhukov w 50. minucie, pieczętując bardzo efektowne zwycięstwo FC Olimpik w bezpośrednim starciu drużyn walczących o czołowe miejsca w tabeli.

Mecz znakomicie rozpoczęli zawodnicy Warsaw Pistons, którzy szybko zaskoczyli aktualnego wicelidera tabeli. Najpierw do siatki trafił Kacper Romanowski, a chwilę później dwa kolejne ciosy zadali za sprawą bramek Krzysztofa Chodzińskiego. Po kilkunastu minutach było już 3:0 dla gości, co z pewnością było dużym zaskoczeniem dla drużyny Kanarków.

Mimo niekorzystnego wyniku gospodarze nie zamierzali się poddawać. Spotkanie przez całą pierwszą połowę było dość wyrównane, a obie drużyny regularnie stwarzały sobie sytuacje bramkowe. Kontaktowego gola dla Kanarków zdobył Jakub Kowalski, jednak Warsaw Pistons szybko odpowiedzieli. Ponownie na listę strzelców wpisał się Romanowski, podwyższając wynik na 4:1 i dając swojej drużynie nieco spokoju. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do Jakuba Kowalskiego. Zawodnik Kanarków ponownie dał o sobie znać, zdobywając jeszcze dwie bramki i kompletując hat-tricka jeszcze przed przerwą. Dzięki temu gospodarze wrócili do gry, a po pierwszych 25 minutach Warsaw Pistons prowadzili już tylko 4:3, co zapowiadało ogromne emocje po zmianie stron.

Druga połowa była niezwykle zacięta i pełna walki. Obie drużyny pokazały duże zaangażowanie oraz determinację, choć tym razem kibice oglądali już mniej bramek niż w pierwszej części spotkania. Zarówno Kanarki, jak i Warsaw Pistons zdobyli po jednym trafieniu, dlatego końcowy rezultat premiował ekipę gości, która zwyciężyła ostatecznie 5:4, sprawiając sporą niespodziankę i zdobywając bardzo cenne trzy punkty.

Mimo zwycięstwa sytuacja Warsaw Pistons w tabeli wciąż nie jest komfortowa i aby zapewnić sobie utrzymanie na tym poziomie rozgrywkowym, będą musieli potwierdzić dobrą formę również w kolejnych spotkaniach końcówki sezonu.

15 Liga

Podbudowany powrotem na fotel lidera YUG.BUD podejmował w 15. kolejce grających sezon życia Pogromców Poprzeczek. Z pewnością byłoby to starcie o wiele ciekawsze i bardziej wyrównane, gdyby nie cała lista absencji w szeregach PP. Wśród nieobecnych znaleźli się między innymi Marcin Kowalski, Olek Markowski oraz Norbert Plak. Posiadający tylko jednego zmiennika Pogromcy i tak przez długi czas trzymali się na nogach, nie pozwalając napierającym rywalom na zdobycie bramki. Nawet mimo kolejnego świetnego występu Adama Maja między słupkami porażka – i to całkiem wysoka – wydawała się jednak nieunikniona. Duża w tym zasługa nowego nabytku ukraińskiej ekipy, Daniila Slisarenki, który już w 9. minucie dał swojej drużynie cenne prowadzenie.

Choć gospodarze bronili się bardzo głęboko, nie rezygnowali całkowicie z ofensywnych wypadów. Niestety dla nich, więcej korzyści z takich sytuacji czerpali zawodnicy YUG.BUD-u. To właśnie po źle rozegranym rzucie z autu narodził się kontratak, po którym – po asyście Volodymyra Kharina – piłkę do siatki skierował Yurii Humeniuk. 

Bramkarz Pogromców skutecznie utrudniał zdobywanie kolejnych goli zmotywowanym piłkarzom w błękitnych koszulkach. Świetnym przykładem była sytuacja, w której zatrzymał wychodzącego już sam na sam Slisarenkę. Odrobina szczęścia oraz brak odpowiedniego doskoku przy rzucie rożnym sprawiły jednak, że wynik podwyższył Vladyslav Ostrovskyi, który położył defensorów rywali i pewnie wykończył akcję. Kiedy zawodnikom PP udało się wreszcie stworzyć naprawdę dogodną sytuację bramkową, na posterunku czuwał niezawodny w tym sezonie Dmytro Czui. Jeszcze przed przerwą Ostrovskyi odwdzięczył się Slisarence za wcześniejszą asystę, obsługując go podaniem przy trafieniu na 0:4.

W drugiej odsłonie spotkania gra Pogromców „kleiła się” już tylko momentami, a coraz większe zmęczenie dodatkowo utrudniało im walkę. Przy golu na 0:5 wykorzystał to Kharin, który otrzymał piłkę z autu od Korobki, zanim zdążył przeciąć ją Michał Kowalski. Później gospodarze mieli jeszcze sytuacje, które po prostu powinny zakończyć się bramkami, jednak klarowne okazje zmarnowali Peszko oraz Kozłowski. W odpowiedzi zawodnicy YUG.BUD-u wykorzystali błąd w rozegraniu przeciwnika – po niecelnym podaniu Maja futbolówkę przejęli goście, a po asyście Morochenki drugiego gola w meczu zdobył Slisarenko. Na zakończenie dominacji liderów 15. Ligi z prawego skrzydła uderzył jeszcze Kharin, ustalając wynik spotkania na 0:7 i przybliżając swoją drużynę do upragnionego mistrzostwa.

Dla Pogromców Poprzeczek był to natomiast „wyjątkowy” mecz z zupełnie innego powodu – po raz pierwszy od wiosny 2019 roku przegrali spotkanie, nie zdobywając ani jednej bramki.

Mecz pomiędzy Szeregiem Homogenizowanym a KP Syrenką był prawdziwym widowiskiem dla kibiców ofensywnego futbolu. Od pierwszych minut oba zespoły postawiły na otwartą grę, a tempo spotkania praktycznie ani na chwilę nie spadało.

Spotkanie rozpoczęło się kapitalnie dla Szeregu. Już na początku kibice zobaczyli jedną z najładniejszych akcji meczu - po świetnym dograniu z rzutu rożnego od Kuby Myszóra efektowną przewrotką popisał się Janek Mitrowski, otwierając wynik spotkania. Chwilę później Szereg dołożył kolejne trafienie i wydawało się, że szybko przejmie pełną kontrolę nad meczem. Być może gospodarze zbyt wcześnie poczuli się zbyt pewnie, bo KP Syrenka błyskawicznie wróciła do gry.

Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana i obfitowała w piękne akcje oraz gole. Drużyny wymieniały się trafieniami praktycznie co kilka minut, a wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie. Emocji nie zabrakło również przy rzucie karnym, którego nie wykorzystał Adrian Zaraś. Mimo to tempo spotkania ani na moment nie zwalniało, a pierwsza część zakończyła się prowadzeniem Szeregu Homogenizowanego 6:5.

Po przerwie obraz gry długo się nie zmieniał. Nadal oglądaliśmy wymianę ciosów - bramka za bramkę, akcja za akcją. Oba zespoły grały odważnie i ofensywnie, nie kalkulując nawet przy minimalnych różnicach w wyniku. Kluczowy moment nastąpił jednak w końcówce, kiedy Szereg Homogenizowany zdołał odskoczyć na dwie bramki przewagi i przejąć pełną kontrolę nad spotkaniem. Ostatni cios zadał Piotr Baran, który pewnie wykorzystał rzut karny i ustalił wynik meczu na 10:7, zamykając tym samym prawdziwy festiwal strzelecki. Brawa należą się obu drużynom za ogromną walkę, ofensywną grę oraz mnóstwo efektownych bramek, które stworzyły jedno z najbardziej widowiskowych spotkań kolejki.

RCD Los Rogalos przystępowało do tego spotkania z nadzieją na powiększenie przewagi nad strefą spadkową i spokojniejsze miejsce w tabeli. Niedzielni, zamykający ligową stawkę, liczyli natomiast na przełamanie i zdobycie cennych punktów, które mogłyby poprawić ich trudną sytuację.

Mecz od samego początku układał się jednak pod dyktando Los Rogalos. Już w 6. minucie wynik otworzył Drumlak po podaniu Przybylskiego. Chwilę później pecha miał Wójcik, który skierował piłkę do własnej bramki, podwyższając prowadzenie rywali. W 10. minucie kolejnego gola dołożył Nahorniak, pewnie wykorzystując rzut karny. Los Rogalos nie zwalniało tempa i w 18. minucie po asyście Drumlaka na listę strzelców wpisał się Świstak. Cztery minuty później świetną akcję wykończył Przybylski po podaniu Nahorniaka, a pierwsza połowa zakończyła się wyraźną dominacją jednej drużyny.

Po przerwie obraz meczu się nie zmienił. W 28. minucie Drumlak sam odebrał piłkę rywalowi, ograł bramkarza i zdobył kolejną bramkę. Następnie trafiali jeszcze Świstak po podaniu Przybylskiego, ponownie Drumlak, Nahorniak oraz Uscilko. Niedzielni zdołali odpowiedzieć jedynie honorowym trafieniem Kaski w 47. minucie, jednak ostatnie słowo należało do Rogali. Chwilę przed końcem meczu wynik ustalił Świstak, pieczętując bardzo pewne i efektowne zwycięstwo swojej drużyny.

W zapowiedziach meczowych typowaliśmy zwycięstwo Interu, ale chyba nikt nie spodziewał się, że będzie to aż tak jednostronne widowisko. A przecież dla Oldboysów wszystko zaczęło się bardzo dobrze – już w 2. minucie klasyczną dwójkową akcję wykończył Marcin Chmielewski i gospodarze objęli prowadzenie. Nie utrzymało się ono jednak długo, bo już dwie minuty później do remisu doprowadził Bohdan Kulbashnyi. Chwilę później Artem Kolianovskyi obejrzał żółtą kartkę za legendarne zagranie „ręką Boga”, jednak Oldboys nie potrafili wykorzystać przewagi liczebnej. Gdy tylko składy się wyrównały, Inter wrzucił wyższy bieg i w ciągu dwóch minut objął prowadzenie, którego nie oddał już do końca spotkania. Najpierw na listę strzelców wpisał się Alisher Mergem, a chwilę później zrehabilitował się Artem Kolianovskyi. W 18. minucie ten sam zawodnik podwyższył wynik na 1:4 i takim rezultatem zakończyła się pierwsza połowa. Trzeba jednak wyraźnie podkreślić, że Inter mógł prowadzić jeszcze wyżej, gdyby nie kilka bardzo dobrych interwencji bramkarza Oldboys – Piotra Arendta.

Po zmianie stron goście błyskawicznie zdobyli kolejną bramkę i mecz był już praktycznie rozstrzygnięty. Mając tak dużą przewagę, Inter mógł pozwolić sobie na spokojniejszą grę i odrobinę większego luzu, co paradoksalnie przełożyło się na jeszcze większą skuteczność w ofensywie. Trio Artem Kolianovskyi - Bohdan Kulbashnyi - Alisher Mergem bezlitośnie wykorzystywało każdy, nawet najmniejszy błąd defensywy rywali. Wprawdzie w 38. minucie gola dla gospodarzy zdobył Piotr Grudzień, jednak ofensywie Oldboys wyraźnie czegoś brakowało i napastnicy tej drużyny rzadko byli w stanie poważnie zagrozić bramce strzeżonej przez Zhandoza Kozymbekova.

Ostatecznie wspomniane trio dołożyło jeszcze pięć trafień, a trzecia drużyna Oldboys musiała tym razem uznać wyższość Interu.

Spotkanie Green Team z FC Wombaty było jednym z najbardziej emocjonujących meczów kolejki i bez wątpienia dostarczy materiału do nominacji na „kalafiory kolejki”. Kibice zobaczyli właściwie wszystko – szybkie bramki, zwroty akcji, trafienie samobójcze i ogromne emocje aż do ostatnich sekund spotkania. Ostatecznie po widowiskowym meczu drużyny podzieliły się punktami, remisując 5:5.

Lepiej w mecz weszli Wombaty, którzy szybko objęli prowadzenie i pokazali dużą pewność siebie w ofensywie. Ich radość nie trwała jednak długo, ponieważ Green Team błyskawicznie odpowiedział i zaczął przejmować kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Gospodarze skutecznie wykorzystywali swoje sytuacje i z każdą minutą budowali coraz większą przewagę. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:1 dla Green Teamu i można było odnieść wrażenie, że mają ten mecz pod pełną kontrolą.

Druga część spotkania wyglądała już jednak zupełnie inaczej. Green Team zaczął oddawać inicjatywę, a Wombaty z każdą minutą coraz mocniej naciskały na bramkę rywali. Goście byli głodni kolejnych trafień i konsekwentnie szukali sposobu na odrobienie strat. Nawet pechowa bramka samobójcza Macieja Stąporka nie zatrzymała ich w pogoni za korzystnym wynikiem. W końcówce meczu było widać coraz większą frustrację po stronie gospodarzy, którzy po każdej straconej bramce tracili pewność siebie i kontrolę nad przebiegiem spotkania. Wombaty wykorzystały ten moment perfekcyjnie i doprowadziły do remisu w samych końcowych minutach rywalizacji.

Ostatecznie emocjonujące starcie zakończyło się wynikiem 5:5, a oba zespoły mogą mieć po tym meczu mieszane uczucia – Green Team po wypuszczeniu przewagi z rąk, a FC Wombaty po kapitalnym powrocie i walce do ostatniego gwizdka.

16 Liga

Strzelanina w meczu Rzeźni Marki z Ice Team zdecydowanie mogła się podobać. Mimo wysokiego końcowego wyniku trzeba jednak powiedzieć wprost - Ice Team odniosło dość pewne zwycięstwo nad swoim rywalem. Przez większość spotkania kontrolowali grę, częściej utrzymywali się przy piłce, tworzyli więcej sytuacji pod bramką przeciwnika i momentami sprawiali wrażenie drużyny grającej z pewnym zapasem. Oczywiście w defensywie nie brakowało błędów, ale cały czas można było odnieść wrażenie, że nawet jeśli Ice Team straci kilka goli, to i tak odpowie jeszcze większą liczbą trafień.

Z takim stwierdzeniem na pewno mogliby polemizować piłkarze Rzeźni Marki, którzy mimo że praktycznie przez całe spotkanie gonili wynik, robili wszystko, by trzymać rywala blisko siebie i nie pozwolić mu odjechać na bezpieczny dystans. I trzeba przyznać, że przez długi czas naprawdę dobrze im to wychodziło.

Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 5:3 dla Ice Team, ale po przerwie różnica zaczęła już wyraźnie rosnąć. Obiecujące 3:5 zmieniło się w pewnym momencie w 4:10 i wydawało się, że wtedy emocje definitywnie się skończyły. Do końca pozostawało jednak jeszcze sporo czasu, dlatego obie drużyny spokojnie dograły spotkanie, wymieniając się kolejnymi trafieniami i ustalając końcowy wynik na 12:8 dla Ice Team, które dzięki temu zwycięstwu wskoczyło na drugie miejsce w tabeli.

Największymi bohaterami meczu w ekipie Ice Team był duet Bakun–Yarmoliuk. Ihor Bakun zdobył aż sześć bramek i dorzucił jedną asystę, natomiast Vlad Yarmoliuk zakończył spotkanie z czterema golami i dwiema asystami. Nie sposób pominąć również pięciu asyst bramkarza Eduarda Vakhidova, który świetnie rozpoczynał akcje swojej drużyny i miał ogromny wpływ na tempo przechodzenia z defensywy do ofensywy.

W ekipie Rzeźni Marki na szczególne wyróżnienie zasłużył Kacper Podeszwik, autor aż pięciu trafień.

Zarówno drużyna PPKS Tornado, jak i Ternovitsia II przystępowały do spotkania w dobrych humorach po zwycięstwach odniesionych w poprzedniej kolejce. W lepszej sytuacji byli jednak goście, którzy pewnie przewodzą ligowej tabeli. Gospodarze natomiast cały czas liczą się w walce o medale i każdy zdobyty punkt jest dla nich na wagę złota.

Lepiej w mecz weszli niżej notowani zawodnicy Tornado, którzy już w 5. minucie otworzyli wynik spotkania. Przed końcem pierwszego kwadransa gry zobaczyliśmy kolejną bramkę i ponownie była ona autorstwa gospodarzy. Chwilę po straconym golu do pracy zabrali się jednak zawodnicy Ternovitsii, którzy zdobyli kontaktową bramkę i wrócili do gry. W końcówce pierwszej połowy najpierw piłka po strzale zawodnika Tornado zatrzymała się na słupku, a chwilę później przepięknym uderzeniem popisał się gracz Ternovitsii, doprowadzając do wyrównania. Więcej goli przed przerwą już nie padło i pierwsza część spotkania zakończyła się remisem 2:2.

Kilka minut odpoczynku zdecydowanie lepiej wykorzystali goście, którzy po zmianie stron od razu przejęli inicjatywę. Już pierwsza akcja drugiej połowy zakończyła się bramką i Ternovitsia po raz pierwszy objęła prowadzenie w tym meczu. Kolejne minuty to następne ataki lidera tabeli, które w dwóch przypadkach zakończyły się kolejnymi trafieniami i pozwoliły gościom zbudować trzybramkową przewagę. To były kluczowe momenty dla losów spotkania. Do końca meczu zawodnicy Ternovitsii spokojnie kontrolowali przebieg gry i ostatecznie wygrali 6:4, dzięki czemu umocnili się na pozycji lidera.

Porażka PPKS Tornado sprawiła natomiast, że na trzy kolejki przed końcem sezonu spadli oni na trzecie miejsce w ligowej hierarchii.

Spotkanie pomiędzy Vitaurą a Będziemy Krążyć FC prognozowaliśmy jako mecz „ostatniej szansy” – ostatniej, jeśli chodzi o włączenie się do walki o medale. Zwłaszcza dla gospodarzy. Gdyby Vitaura przegrała to spotkanie, ich droga do ewentualnego podium byłaby praktycznie zamknięta. Teraz, choć szanse nadal są niewielkie, to przede wszystkim – i co najważniejsze – wciąż istnieją.

A jak wyglądał sam przebieg meczu? Początek jeszcze nie zwiastował, że spotkanie potoczy się właściwie w jednym kierunku. Owszem, gospodarze objęli prowadzenie szybko, bo już w 4. minucie, jednak niespełna minutę później mieliśmy wyrównanie i wynik 1:1. W 8. minucie Vitaura ponownie wyszła na prowadzenie, którego… nie oddała już do końca meczu. Kolejne fragmenty przynosiły tylko powiększanie przewagi gospodarzy. Do przerwy było już 6:1, co - mówiąc piłkarskim żargonem - praktycznie „zabiło” to spotkanie.

Promyk nadziei pojawił się po golu Bednarczyka na 2:6 dla Będziemy Krążyć FC, jednak szybko zgasł, gdy „biali” zdobyli kolejne dwie bramki i zrobiło się 8:2. Kiedy wydawało się, że emocje zostały już całkowicie wyzerowane, goście raz jeszcze ruszyli do desperackiego ataku. Dzięki ambitnej grze zdołali zmniejszyć rozmiary porażki do 5:8. Gol zdobyty przez gospodarzy w 46. minucie ostatecznie pogrzebał jednak resztki tlącej się nadziei rywali. Vitaura nie zamierzała zwalniać i świetnie rozegrała końcówkę spotkania. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 12:5 dla gospodarzy.

Rezultat ten sprawia, że układ miejsc w środku tabeli nadal pozostaje niejasny, a to oznacza jeszcze więcej emocji na przełomie maja i czerwca. A taki scenariusz bardzo nas cieszy!

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama