Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 3 Liga
Mecz FC Comeback – FC Prykarpattia otwierał niedzielne zmagania w 3. lidze i już od pierwszych minut było jasne, że gospodarze nie zamierzają zwalniać tempa, które narzucili w ostatnich tygodniach. Comeback, rozpędzony czterema kolejnymi zwycięstwami, wyszedł na boisko o godzinie 8:00 maksymalnie skoncentrowany, świadomy, że komplet punktów może dać im nawet pierwsze miejsce po rundzie jesiennej. Prykarpattia, choć podbudowana pierwszą wygraną w sezonie z poprzedniej kolejki, od początku miała ogromne problemy, by przeciwstawić się intensywności i jakości gospodarzy.
Do przerwy wynik 5:1 dla FCC praktycznie ustawił przebieg rywalizacji. Comeback kontrolował środek pola, agresywnie odbierał piłkę i błyskawicznie przechodził do ataku. Prykarpattia próbowała się bronić, ale różnica w dynamice i organizacji gry była zbyt widoczna, by myśleć o powrocie do rywalizacji punkt po punkcie. Każdy błąd gości był natychmiast wykorzystywany.
Druga połowa to już pełna dominacja faworytów, którzy – zamiast zwolnić – wrzucili jeszcze wyższy bieg. Show absolutnie skradł Kostiantyn Didenko, zdobywając aż osiem bramek i praktycznie w pojedynkę rozbijając defensywę przyjezdnych. Nie był jednak jedyną gwiazdą meczu – Mykhailo Harkavka rozegrał kapitalne zawody, dokładając do wyniku sześć asyst i będąc motorem napędowym większości akcji ofensywnych.
Ostateczne 12:4 to rezultat w pełni oddający przebieg rywalizacji. Comeback udowodnił swoją wyższość, potwierdził znakomitą formę i pewnym krokiem wskoczył na podium rozgrywek. Prykarpattia, mimo walki i jednego przebłysku w drugiej połowie, kończy spotkanie z poczuciem, że różnica klas była nie do nadrobienia.
To miał być hit zwieńczający walkę o podium 3. ligi. Niestety spotkanie szybko przerodziło się w mecz o to, kto lepiej radzi sobie w ekstremalnych warunkach pogodowych. A odpowiedź była jedna i oczywista – Vikersonn. Obfite opady śniegu i słaba frekwencja spowodowały, że gospodarzom wytrącono z rąk bardzo ważne atuty tej drużyny, między innymi dryblingi Sebastiana Dominiaka i Mateusza Rozkresa. O precyzyjną kontrolę piłki było ciężko, więc dużo skuteczniejsza była gra podaniami i tutaj ekipa Vikersonna miała kolosalną przewagę.
Goście jak zwykle tłumnie stawili się na placu gry i od pierwszego gwizdka realizowali swój klasyczny plan taktyczny. Już po trzech minutach było 0:2 po trafieniach Ivana Vovka i Valeriego Shulhy, a chwilę później mogło być nawet więcej, ale z linii bramkowej piłkę wybił Patryk Dominiak. Gospodarze zostali praktycznie zepchnięci do obrony, a w 12. minucie i tak musieli ponownie wyciągać piłkę z siatki. Dopiero w 22. minucie GLK nawiązało walkę, a rzut rożny Patryka Dominiaka na gola zamienił Mariusz Burzyński. W ostatniej akcji pierwszej połowy Vikersonn powrócił na trzybramkową przewagę, a druga część meczu to już praktycznie zupełna dominacja ukraińskiego zespołu. Wprawdzie w 31. minucie na 2:4 trafił Sebastian Dominiak, ale od tego momentu punktowali już tylko goście.
W 36. minucie na 2:5 trafił Yurii Rubinski, a minutę później było już 2:7 i choć do końca meczu pozostało jeszcze sporo czasu, to z zawodników GLK wyraźnie zeszło powietrze i ekipa Mateusza Rozkresa po prostu nie miała szans na dogonienie wyniku. Jedyne, co pozostało, to z godnością i honorem dograć mecz do końca.
Vikersonn po raz kolejny rozegrał świetny, drużynowy mecz i zasłużenie przezimuje na najwyższym stopniu podium. Pozostaje jedynie gdybać, jak wyglądałoby to spotkanie, gdyby było rozgrywane w normalnej pogodzie, ale jednego możemy być pewni – rewanż na wiosnę już teraz zapowiada się niezwykle ciekawie.
Ważny mecz dla obu drużyn. Zwycięstwo oddalało od strefy spadkowej i jednocześnie przybliżało do walki o TOP 3, porażka zaś oznaczała krok w tył. Krótko mówiąc: klasyczne spotkanie o sześć punktów. Jak wszyscy wiedzą, w niedzielę pogoda nie rozpieszczała - boisko przykryte śniegiem, a dla chłopaków z Azerbejdżanu były to prawdopodobnie pierwsze takie warunki. Na pewno nie były komfortowe, ale w żadnym stopniu nie przeszkodziły im w dobrej grze.
Deluxe jak zwykle imponował szybkością, zwinnością i ogromnym zaangażowaniem. Wygrywali większość pojedynków 1 na 1, odbierali piłki i przebijali się tam, gdzie wydawało się to trudne lub wręcz niemożliwe. Głównym architektem sukcesu był Raul Mammadov, który rozegrał mecz po prostu kompletny. Gole? Hat-trick. Asysty? Dwie. Praca w defensywie? Na równie wysokim poziomie.
Pierwszą bramkę strzelili jednak Łowcy - piękne diagonalne podanie lewą nogą od Oresta Petryszyna, a Denis Deneha bez litości wykończył akcję. Radość gości nie trwała jednak długo. W kolejnej akcji Deluxe wyrównał, a w końcówce pierwszej połowy prowadził już pewnie 4:1. Dopiero błąd w samej końcówce pozwolił rywalom zdobyć drugiego gola i na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 4:2.
W drugiej połowie Barberzy powiększali przewagę, prowadząc już 7:2, i wszystko wskazywało na spokojne, pewne zwycięstwo. Tym bardziej że na listę strzelców wpisało się aż pięciu zawodników - oprócz Raula dublet zdobył Asim Mizzayev, a Elgun Alakbarov do gola dołożył aż trzy asysty. I właśnie wtedy Łowcy nagle „odpalili”. Zaczęli grać odważniej, częściej atakować i trafiać do siatki. Trzy gole Uladzimira Maroza i dwa trafienia Oleha Halki pozwoliły mocno zmniejszyć stratę, ale na remis zabrakło już czasu. Świetna pogoń, świetne emocje, szkoda tylko, że Łowcy nie włączyli wyższego biegu trochę wcześniej, bo końcówka naprawdę mogła być piekielnie gorąca.
Ostatecznie Deluxe Barbershop kończy pierwszą rundę z 15 punktami i zajmuje 5. miejsce, tuż za podium. Łowcy mają 10 punktów, czyli bezpiecznie poza strefą spadkową, choć do podium brakuje im aż dziewięciu oczek.
W ostatniej kolejce Ligi Fanów przed przerwą zimową spotkały się zespoły, które w tym sezonie spisują się w kratkę, ale cały czas znajdują się w górnej części tabeli. Dla gospodarzy strata punktów mocno skomplikowałaby ewentualne plany awansu do wyższej klasy rozgrywkowej, natomiast goście na wpadkę mogli sobie pozwolić, bo po 8 pojedynkach mieli o 2 oczka więcej od swojego przeciwnika.
Od początku widać było większą motywację w szeregach Husarii Mokotów. Bardzo często rozgrywali akcję z wysoko grającym bramkarzem, czym rozmontowywali obronę przeciwników. Pierwszy gol padł dość szybko, a jego autorem był Tomek Hubner. Po tym trafieniu jeden ze zrywów zaliczyli zawodnicy Warsaw Sinaloa - zryw zakończony golem Koperskiego. Później jednak do głosu doszli gospodarze i to oni dyktowali warunki boiskowe. Swoje bramki zdobyli dwukrotnie Borowski, Wdowiński, Urmanowski oraz Hubner, i do przerwy Husaria zasłużenie prowadziła aż 6:1.
Druga odsłona była zdecydowanie bardziej wyrównana, bo goście lepiej ustawili swoje szyki obronne. Szybko zdobyte gole Snopka i Koperskiego dawały nadzieję, że może uda się wywalczyć przynajmniej punkt. Z marazmu obudzili się jednak gospodarze - bramka Mamli ponownie wprowadziła spokój w ich poczynania. Końcówka meczu była wyrównana, jedni i drudzy mieli swoje szanse, które wykorzystywali, co ostatecznie złożyło się na końcowy rezultat 11:6 dla Husarii Mokotów.
Dla Tonie Majami starcie z Orzełami było smutnym zwieńczeniem tej rundy. Kolejny raz ekipa Patryka Kamoli nie zagrała tragicznie złego spotkania, ale wynik mówi o sytuacji zupełnie odwrotnej. Co tu dużo mówić – gospodarze znów nie dowieźli w kwestii frekwencji, co szczególnie było widoczne w drugiej części meczu.
Początkowo nie zanosiło się na taki stan rzeczy, a Majami nawet jako pierwsze wyszło na prowadzenie – w 7. minucie gola otwierającego zdobył Jan Krzyżanowski. Jednak im dalej w mecz, tym bardziej kurczyła się inicjatywa bloku ofensywnego gospodarzy, a rozkręcali się napastnicy Orzełów. Po kwadransie gry wyrównał Max Mahor, a w niecałe trzy minuty goście odwrócili losy meczu na swoją korzyść i wskoczyli na trzybramkową przewagę.
Po zmianie stron sytuacja Tonie Majami jedynie się pogorszyła – dwie szybkie akcje Tomasza Krzyżańskiego i Macieja Kiełpsza skończyły się golami i nagle Orzeły odjechały z wynikiem na 1:5. W 32. minucie Max Mahor skompletował dublet, ale chwilę później Tonie Majami stanęło przed szansą odrobienia strat. Golkiper Orzełów, Arkadiusz Ciołek, za nierozważny faul poza polem karnym został ukarany czerwonym kartonikiem. Gospodarze dostali w ten sposób sześć minut gry w przewadze, ale zamiast odwrócenia losów meczu doszło do symbolicznego podsumowania tej rundy. Gospodarze nie tylko nie zdołali wykorzystać przewagi liczebnej i odrobić strat, ale na dodatek sami stracili aż dwa gole.
Po wyrównaniu się składów goście dołożyli jeszcze jedno trafienie, a wynik na 2:9 w 46. minucie ustalił Kajetan Podgórski. Orzeły Stolicy w końcu zagrały na miarę swoich możliwości, ale trochę szkoda, że obudziły się dopiero pod koniec tej rundy. Tonie Majami ma teraz całą zimę na przebudowanie swojego składu, bo jak widać – 3. liga nie wybacza słabości.




Warszawa
Łódź






)
)
)
)
)
)
)
)
)
)