reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
17:00

Spotkanie Oldboysów z Driperami, które na papierze zapowiadało się raczej spokojnie, dostarczyło naprawdę wielu emocji – niestety nie zawsze tych pozytywnych.

Pierwsza połowa rozpoczęła się od szybkiego otwarcia wyniku. Po wyrzucie z autu Wiktoruka piłkę do bramki skierował Pryjomski. Chwilę później indywidualną akcją odpowiedział Stojek, doprowadzając do wyrównania. Gdy niedługo potem Zaleski przechwycił piłkę i pewnym strzałem ponownie wyprowadził OldBoysów na prowadzenie, wiedzieliśmy już, że żadna z drużyn nie zamierza odpuścić choćby na moment.

Niestety dla widowiska od tego momentu emocje panujące na boisku nie znajdowały ujścia wyłącznie w piłce nożnej. Liczne pretensje, okrzyki i faule z obu stron zaczęły coraz mocniej wpływać na przebieg spotkania. Szczególnie niepokojąco wyglądała sytuacja z okolic 28. minuty, gdy Pryjomski i Celiński na moment pomylili dyscypliny sportowe. Takie zachowania nie powinny mieć miejsca w naszych rozgrywkach. Rozumiemy emocje, walkę o czołowe lokaty w tabeli czy indywidualne statystyki, ale piłka nożna to nie MMA i warto o tym pamiętać.

Od tamtego momentu spotkanie było bardzo wyrównane i przez cały czas toczyło się w napiętej atmosferze. Z tej batalii lepiej wyszli gospodarze, którzy między innymi dzięki reakcji swojego kapitana zachowali nieco więcej zimnej krwi i zdobyli o jedną bramkę więcej od rywali.

To spotkanie można podsumować przede wszystkim jednym stwierdzeniem – cieszy fakt, że obyło się bez poważnych kontuzji. Mamy nadzieję, że obie ekipy podczas przerwy między sezonami ostudzą emocje i w kolejnych rozgrywkach nie będziemy już świadkami podobnych sytuacji z ich udziałem.

2
17:00

Dla obu ekip runda wiosenna była wyjątkowo koszmarna. Ostatni mecz sezonu był więc okazją, by nieco poprawić sobie humory na finiszu, a w przypadku Eagles – szansą na opuszczenie strefy spadkowej.

I tak jak w poprzednich kolejkach, niewiele układało się po myśli gospodarzy. Już w 1. minucie meczu Tornado wyszło na prowadzenie, a na listę strzelców wpisał się Tomek Wiśniewski. Eagles odpowiedzieli błyskawicznie golem Edilsona Sabino, ale równie szybko stracili kolejną bramkę, tym razem autorstwa Patryka Skibińskiego. W 11. minucie padł dość kuriozalny gol. Bramkarz Tornado, Maciej Laskowski, wybił piłkę z własnego pola karnego w taki sposób, że przelobował Jose Oscara i nagle zrobiło się 3:1 dla gości. Eagles gonili wynik i w 18. minucie kapitalnym uderzeniem popisał się Farid Abishov, pakując piłkę w samo okienko. Tornado zdążyło jednak jeszcze przed przerwą podwyższyć prowadzenie do dwóch bramek, a dublet skompletował Patryk Skibiński.

Po zmianie stron obie drużyny miały sporo okazji. Hasanagha Gasimli obił nawet słupek, ale przez długi czas piłka nie chciała znaleźć drogi do siatki. W końcu w 37. minucie podanie Michała Rybińskiego na gola zamienił Edilson Sabino, a już pięć minut później ten sam zawodnik w świetnym stylu skompletował hat-tricka i doprowadził do wyrównania.

Końcówka meczu przyniosła jeszcze więcej emocji. W 44. minucie Tornado wróciło na prowadzenie po golu Franciszka Sakławskiego. Cztery minuty później byliśmy świadkami prawdziwego zwrotu akcji rodem z dobrego thrillera. Eagles otrzymali prezent w postaci rzutu karnego. Do piłki podszedł Farid Abishov, ale nieprawdopodobnym refleksem wykazał się Maciej Laskowski, który obronił strzał i sparował piłkę. Jeszcze w tej samej akcji Witek Jasiński dostrzegł, że bramkarz rywali wyszedł daleko w pole, i posłał piłkę przez całe boisko. Futbolówka wtoczyła się do bramki, ustalając wynik spotkania na 6:4 dla Tornado.

W ten sposób Tornado na sam koniec przełamało się i na otarcie łez po bardzo słabym sezonie mogło cieszyć się ze zwycięstwa. Dla Eagles FC runda wiosenna okazała się natomiast wyjątkowo brutalną lekcją. Drużyna, która jeszcze niedawno mogła myśleć o walce o podium, ostatecznie zakończyła sezon w strefie spadkowej.

3
20:00

Alash przystępował do tego meczu już jako pewny mistrz, mając tytuł praktycznie w kieszeni. Mimo to drużyna chciała zakończyć sezon w najlepszy możliwy sposób – pewnym i efektownym zwycięstwem, które podkreśliłoby jej dominację w całych rozgrywkach. Początek spotkania tylko potwierdzał te założenia. Alash szybko objął prowadzenie 3:0 i wydawało się, że wszystko układa się zgodnie z planem.

To, co wydarzyło się później, było jednak jednym z największych zwrotów akcji tego sezonu. Jeszcze pod koniec pierwszej połowy Skra zaczęła odrabiać straty, zdobywając dwa gole i odzyskując kontakt z rywalem. Po przerwie nastąpiło coś, co można nazwać całkowitą zmianą obrazu gry – prawdziwa burza przeszła przez boisko i kompletnie zaskoczyła mistrzów.

Od stanu 0:3 Skra zdobyła aż osiem kolejnych bramek, całkowicie odwracając losy spotkania. Alash nagle przestał kontrolować mecz, stracił pewność siebie i nie potrafił zatrzymać rozpędzonego przeciwnika. Z każdą kolejną akcją rosła przewaga Skry, a mistrzowie wyglądali coraz bardziej bezradnie.

Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 8:4 dla Skry – w pełni zasłużonym zwycięstwem drużyny, która tego dnia była po prostu szybsza, bardziej zdeterminowana i grała z większą pasją. Skra pokazała ogromny charakter. Nie poddała się po słabym początku i całkowicie odwróciła losy meczu, zdejmując mistrzowski skalp z rywala. Trójka głównych bohaterów tego spotkania – Mączka, Onuigbo i Dzikowski – odpowiadała za większość kluczowych akcji ofensywnych swojej drużyny. Na deser kibice otrzymali jeszcze piękną bramkę Zidana Fouapona, która idealnie podsumowała ten wyjątkowy występ.

To był mecz, który przypomniał, że nawet mistrz może zostać zaskoczony, jeśli choć na chwilę straci koncentrację. Skra wykorzystała ten moment bezlitośnie i zakończyła sezon jednym z najbardziej efektownych zwycięstw w całych rozgrywkach.

4
22:00

Spotkanie pomiędzy Warsaw Gunners FC a Virtualne Ń okazało się jednostronnym widowiskiem, w którym goście od pierwszych minut pokazali zdecydowanie większą skuteczność i lepszą organizację gry. Początkowo jednak wcale nie zapowiadało się na tak wyraźną dominację.

Virtualne Ń przyjechało na Arenę AWF ze świadomością, że do awansu potrzebuje własnego zwycięstwa oraz potknięcia Czasoumilaczy. Ich życzenie się spełniło, więc wszystko mieli już we własnych nogach. Goście pokazali ogromny charakter i dowieźli wynik 7:1, który zapewnił im promocję.

Pierwsza połowa od początku układała się pod dyktando Virtualnych. Goście szybko narzucili własne tempo, regularnie przedostawali się pod bramkę rywala i bezlitośnie wykorzystywali pozostawione przestrzenie. Szczególnie błyszczał Bartosz Kaca, który już przed przerwą skompletował hat-tricka i zanotował asystę przy bramce otwierającej wynik spotkania. Bez dwóch zdań był najjaśniejszym punktem swojej drużyny i jednym z głównych architektów tego zwycięstwa.

Warsaw Gunners FC mieli ogromne problemy z zatrzymaniem rozpędzonych ataków przeciwnika, co przełożyło się na aż cztery stracone bramki przed przerwą. Wynik 4:0 dawał Virtualnym ogromny komfort przed drugą częścią meczu.

Po zmianie stron gospodarze próbowali poprawić swoją grę i złapać kontakt z rywalem, jednak przewaga gości była już zbyt wyraźna. Virtualne Ń kontrolowali przebieg spotkania, spokojnie budowali kolejne akcje i sukcesywnie powiększali prowadzenie. Dla Warsaw Gunners honorowe trafienie zdobył Jan Jabłoński, lecz nie zmieniło ono obrazu całego meczu. Zwycięstwo Virtualnych przypieczętował najlepszy zawodnik i strzelec 7. ligi, Szymon Kolasa, wyprowadzając swoją ekipę na sześciobramkowe prowadzenie. Ostatecznie Virtualne Ń zwyciężyli 7:1, prezentując dużą skuteczność, pewność siebie i pełną kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi.

5
22:00

KK Wataha Warszawa kontra Czasoumilacze - dla obu drużyn to spotkanie miało bardzo duże znaczenie w kontekście końcowego miejsca w ligowej tabeli, dlatego byliśmy pewni, że walki na pewno nie zabraknie.

Już od pierwszych chwil działo się naprawdę sporo, choć niestety nie do końca były to obrazki, które chcieliśmy oglądać. Pechowej kontuzji kolana nabawił się bramkarz Watahy, Piotrek Szwedo, któremu uraz uniemożliwił dalszą grę w tym spotkaniu. Zmobilizowani koledzy szybko wzięli na siebie odpowiedzialność za wynik, a szczególnie wyróżniał się duet Czernecki – Korzeniewski. Zwłaszcza Hubert, autor aż sześciu bramek, uraczył nas znakomitym pokazem ofensywnej gry i całkowicie zdominował to spotkanie.

Gra gospodarzy, między innymi dzięki niemu, układała się od pierwszej do ostatniej minuty bardzo dobrze. Wataha konsekwentnie budowała przewagę i z biegiem czasu powiększała swój dorobek bramkowy. Czasoumilacze próbowali odpowiadać, chociażby za sprawą dwóch trafień Roberta Krzywkowskiego, jednak dobrze zorganizowana defensywa gospodarzy nie pozwalała im na zbyt wiele. Wysoka frekwencja Watahy oraz dobra organizacja gry po obu stronach boiska pozwoliły narzucić wysokie tempo i osiągnąć całkowitą dominację, która przełożyła się na końcowy wynik 10:3.

Tym zwycięstwem Wataha wyprzedziła Czasoumilaczy w ligowej tabeli. Obie drużyny zakończyły jednak sezon na miejscach dających przepustkę do Pucharu Ligi Fanów. Tym samym życzymy im powodzenia za niecałe półtora tygodnia.

Reklama