Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 7 Liga
Duże kłopoty kadrowe Skry sprawiły, że starcie z ekipą KS Driperzy rozpoczęło się nieco później niż planowano, gdyż kilku zawodników dotarło na boisko dopiero po czasie. Choć taki przedmeczowy obraz – gospodarze spóźniający się na mecz i pozbawieni jakichkolwiek zmienników – mógł zwiastować pogrom w wykonaniu gości, to nie od razu takowy stał się faktem. Ba, w pierwszej połowie Skra ani przez moment nie przegrywała – od chwili, gdy wynik otworzył Bartek Dzikowski.
Jeśli chodzi o Driperów, to przez cały mecz grali naprawdę równo i dobrze – brakowało im jedynie postawienia kropki nad i. Goście nieźle się namęczyli, by zdobyć trafienie wyrównujące, jednak jedna drobna akcja i indywidualny błysk geniuszu Dzikowskiego wystarczyły, by ponownie musieli oglądać plecy rywala. Ten sam zawodnik podwyższył później na 3:1, wykorzystując piłkę podaną za linię obrony przez Briana Mbewe.
Gol kontaktowy, tak długo przez Driperów wyczekiwany, padł łupem świeżo wprowadzonego na boisko Mikołaja Owczarczyka, któremu asystował Wiktor Stojek. Dopiero druga odsłona zmagań – gdy po Skrze było już widać zmęczenie wymuszonym graniem bez zmian – przyniosła pełne rozwinięcie skrzydeł przez KS Driperzy.
Na 3:3 trafił Maciek Zembrzucki, ale ledwie chwilę potem Skra miała znakomitą okazję z rzutu karnego, której jednak nie wykorzystał Konrad Szymański – jego strzał obronił Sebastian Papierz. Po tej sytuacji praktycznie cała dalsza część rywalizacji przebiegała już pod dyktando gości, którzy prześcigali się między sobą w tym, kto zdobędzie piękniejszego gola.
Punkty do klasyfikacji kanadyjskiej notowali kolejno: Zembrzucki, Karolak, Strzembosz oraz bracia Stojek. Choć czwartą bramkę dla wycieńczonej już Skry zdołał jeszcze zdobyć Dzikowski, to był to jedynie krzyk rozpaczy wobec pięciobramkowej zaliczki Driperów. W końcu, po obsłużeniu kolegów aż czterema asystami, na listę strzelców wpisał się bez wątpienia najlepszy zawodnik po stronie grającej na niebiesko – Wiktor Stojek – ustalając tym samym rezultat końcowy.
Gra gości naprawdę mogła się podobać i jeśli tylko popracują nad skutecznością, to w 7. Lidze mogą sporo namieszać. Skra natomiast musi szybko zatroszczyć się o lepszą mobilizację kadrową – w końcu z pewnością nie chciałaby zostać na stałe przyspawana do strefy spadkowej.
Warsaw Gunners na razie niezbyt przypominają swoich słynnych imienników – przynajmniej tych z Premier League, którzy przewodzą tabeli. Początek sezonu mają zupełnie odwrotny: bez zwycięstwa, w dolnej części klasyfikacji. Ten mecz miał być dla nich szansą na przełamanie, ale Czasoumilacze mieli zupełnie inne plany. Zespół z charakterem, sercem i świetnym kolektywem pokazał, dlaczego będzie groźny dla każdego w tej lidze.
Spotkanie nie zawiodło – było pełne emocji, zwrotów akcji i pięknych bramek. Już w 5. minucie Krzysztof Siwek otworzył wynik meczu, dając Gunners prowadzenie 1:0. Mecz był wyrównany, obie drużyny miały swoje szanse, ale Czasoumilacze zdołali odrobić straty, a następnie wyjść na prowadzenie. Radość nie trwała jednak długo – po zaledwie dwóch minutach duet Szerszeń–Ziółkowski ponownie dał przewagę Gunners.
Druga połowa wyglądała podobnie – ponownie dynamiczna gra i kolejne zmiany wyniku. Między 30. a 32. minutą Czasoumilacze przejęli inicjatywę, zdobywając dwa szybkie gole i wychodząc na prowadzenie 4:3. Ich lider, Piotr Cieślak, był w kapitalnej formie – miał udział przy wszystkich sześciu bramkach zespołu, notując pięć asyst i jednego gola. To jego kreatywność i spokój pod presją pociągnęły drużynę do przodu. W 40. i 42. minucie Czasoumilacze dołożyli kolejne trafienia, podwyższając wynik na 6:3. Wydawało się, że wszystko jest już rozstrzygnięte, ale Gunners nie zamierzali się poddać. W końcówce zdobyli dwa gole i doprowadzili do wyniku 6:5, zapewniając kibicom prawdziwie gorącą końcówkę. Na remis jednak zabrakło czasu.
To był mecz z charakterem – Czasoumilacze pokazali, że potrafią odwracać losy spotkań i nie pękają pod presją. Zespół ma w sobie mieszankę doświadczenia, ambicji i boiskowej fantazji, która czyni z niego jednego z najciekawszych kandydatów do walki o czołówkę. Warsaw Gunners z kolei mogą być dumni z walecznej końcówki – punkty wkrótce przyjdą, jeśli utrzymają takiego ducha rywalizacji w drużynie.
Co za gra, co za emocje! Starcie pomiędzy zespołem Alash FC a ekipą Tornado Squad okazało się naprawdę świetnym piłkarskim widowiskiem. Już pierwsza akcja bramkowa, w której piłka chodziła jak po sznurku między graczami Tornado, była prawdziwą ucztą dla oka – serię podań na jeden kontakt wykończył lider Wystrzelonych z poprzedniego sezonu, Witek Kalinowski.
W formacji defensywnej gości również nie brakowało jakości, o czym nieustannie przypominał broniący dostępu do ich bramki Jakub Rudnicki, który tak długo, jak tylko mógł, udaremniał dążenia Kazachów do wyrównania. Na ironię, gol na 1:1 nie był autorstwa żadnego z rywali – piłka odbita od słupka tak niefortunnie trafiła Krystiana Matusiaka, że ten zaliczył samobója.
Bardzo szybkie tempo gry i mnóstwo sytuacji pod bramką w końcu przyniosły Tornado Squad wymierne korzyści – najpierw Kalinowski odwdzięczył się Bartkowi Stokowcowi za asystę przy pierwszym golu, a następnie, po kolejnej składnej akcji zespołowej, podanie Stokowca wykończył Marcin Kusak. Tuż przed przerwą piłkarze Alashu złapali kontakt za sprawą fenomenalnego prostopadłego podania Nurlykhana Yessenzhana do Dauleta Niyazova, który wpakował piłkę do siatki po minięciu golkipera rywali.
Drugą odsłonę zmagań otworzył ciąg chaotycznych przebitek, w którym lepiej odnaleźli się gospodarze – nic więc dziwnego, że kilka minut później wyprowadzili wyrównujący kontratak. Tornado nie zamierzało jednak tak łatwo oddawać meczu pod kontrolę Kazachom i, wykorzystując ich moment zadyszki, ponownie wyszło na prowadzenie po bramce Kalinowskiego. Mnogość akcji ofensywnych doprowadziła do wymiany z kategorii „cios za cios” – Temirkanov na 4:4, Kalinowski na 4:5 i znów gospodarze musieli gonić wynik. Zawodnicy tej ekipy pokazali jednak olbrzymią klasę i przede wszystkim charakter, zdobywając w finałowych minutach dwie bramki: najpierw na wagę remisu, a następnie zwycięstwa. Autorem obu arcyważnych trafień był Yunus Karakaz.
Wielkie brawa dla gospodarzy za nieugiętość i walkę do końca, która dała im upragnione trzy punkty, lecz pochwała należy się także przegranym – Tornado Squad również zaprezentowało się z bardzo dobrej strony.
Trzecia kolejka 7. Ligi Fanów przyniosła jedno z najbardziej emocjonujących spotkań tego sezonu. Old Boys Derby podejmowali Eagles FC i choć do przerwy przegrywali 3:5, to ostatecznie zdołali odwrócić losy meczu i zwyciężyć 8:7 w prawdziwym thrillerze. Kibice mogli czuć się usatysfakcjonowani – tempo, dramatyzm i ofensywna gra obu ekip sprawiły, że to spotkanie było kwintesencją ligowych emocji.
Kluczem do zwycięstwa Old Boysów był ich fantastyczny tercet ofensywny – Jacek Pryjomski, Michał Kurowski i Miłosz Suchta – którzy regularnie rozmontowywali defensywę Eagles. Pryjomski, wysoki i silny napastnik, był prawdziwą ścianą nie do przejścia dla obrońców rywali. Wygrywał większość pojedynków fizycznych, skutecznie utrzymywał się przy piłce i dawał drużynie czas na rozwinięcie akcji. Dołożył do tego dwa gole i jedną asystę, udowadniając, że potrafi być nie tylko egzekutorem, ale i wsparciem dla partnerów.
Obok niego błyszczał Michał Kurowski – niepozorny, zwinny i niesamowicie skuteczny. Cztery bramki i asysta to kapitalny dorobek, ale jeszcze bardziej imponował jego instynkt strzelecki – zawsze był tam, gdzie spadała piłka. Kurowski doskonale uzupełniał grę Pryjomskiego, czytając jego ruchy i wykorzystując wolne przestrzenie.
Całość tej ofensywnej układanki spinał Miłosz Suchta – prawdziwy wizjoner gry. Cztery asysty i jedno trafienie to dowód na jego znakomite zrozumienie futbolu. Widzi boisko jak z lotu ptaka, rozdziela piłki z chirurgiczną precyzją i wielokrotnie inicjuje kluczowe akcje.
W końcówce, przy stanie 7:7, Old Boys Derby pokazali doświadczenie i chłodną głowę. Decydujący cios zadali tuż przed końcowym gwizdkiem, ustalając wynik na 8:7. To był mecz, który pokazał, że siła tej drużyny tkwi w zgraniu, charakterze i ofensywnym trio, które potrafi odmienić każdy wynik.
Virtualne Ń podejmujące drużynę KK Wataha Warszawa to kolejne starcie, jakie miało miejsce w miniony weekend. Zespół gospodarzy, emanując pewnością siebie od pierwszych minut, dużo lepiej wszedł w to spotkanie. Szymon Kolasa był prawdziwym liderem na boisku — jego szaleńcze ataki często kończyły się groźnymi sytuacjami, a nierzadko również bramkami. Autor łącznie czterech trafień i jednej asysty był bezsprzecznie najjaśniejszą postacią meczu, na którą obrona przeciwnika nie potrafiła znaleźć tego dnia żadnej recepty.
Druga część pojedynku to nieustanne ataki i pełna kontrola meczu ze strony gospodarzy. Bartosz Kaca oraz Jakub Majewski mocno wsparli Szymona, dokładając po dwa trafienia i tym samym ustalając końcowy rezultat spotkania.
Wygłodniałą i walczącą do końca Watahę stać było w tym meczu jedynie na dwa gole — jedno autorstwa dobrze znanego Huberta Korzeniewskiego, a drugie zdobyte przez nowy nabytek drużyny, Karola Fundanicza. Trzeba jednak oddać gościom, że do samego końca próbowali odrobić straty. Niestety dla nich, dyspozycja gospodarzy była tego dnia po prostu zbyt wysoka, a ich pewność siebie w polu karnym – nie do zatrzymania przez bramkarza rywali.
Tym samym sensacyjnie zespół, który do tej pory nie stracił punktów w sezonie, odchodzi z niczym. To właśnie Virtualne Ń zgarniają pełną pulę i umacniają swoją pozycję w górnej części ligowej tabeli.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)