Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Ekstraklasa Ligi Fanów zawsze przynosi nam wiele emocji. Tym razem los skrzyżował ze sobą drużyny, które kończą rundę jesienną w odmiennych nastrojach. Gospodarze przystępowali do rozgrywek jako wicemistrzowie poprzedniej edycji i wszyscy kibice liczyli na to, że w tym sezonie pokażą się z równie dobrej strony. Od gości, jako od beniaminka, nie oczekiwaliśmy aż tak wiele, biorąc pod uwagę historię drużyn, które w poprzednich sezonach awansowały z 1. ligi do Ekstraklasy. Rzeczywistość jest jednak zgoła odmienna. FC Otamany rozczarowują swoją grą i do końca sezonu będą musiały walczyć o utrzymanie. KSB natomiast radzi sobie nadspodziewanie dobrze, kończąc pierwszą rundę w Ekstraklasie na podium.
Przechodząc do samego meczu - miał on bardzo wyrównany przebieg, na co też wskazują kolejne zdobywane gole przez oba zespoły. Szybko strzelanie rozpoczął Ruciński, ale nim się obejrzeliśmy, wyrównał Solomichuk. Kilka minut później gol Strzegockiego, a zaraz potem na 2:2 trafił Nievdakh. Cała pierwsza odsłona wyglądała podobnie i obfitowała w bardzo wiele sytuacji podbramkowych. Zawodników obu ekip trzeba zganić za skuteczność, a bramkarzy pochwalić za kapitalne interwencje. Po wymianie ciosów na przerwę zawodnicy schodzili przy wyniku 6:4 dla gospodarzy.
Druga połowa była kopią pierwszej. Raz za razem jedni i drudzy napierali na bramkę rywali. W 35. minucie wynik brzmiał 8:7 dla Otamanów i wydawało się, że KSB nabiera wiatru w żagle, że będzie w stanie wyrwać chociażby punkt w tym ciężkim pojedynku. Ostatnie słowo należało jednak do Ukraińców. Gole Malinowskiego oraz Averinova przypieczętowały zwycięstwo gospodarzy 10:7.
Śmiało mogliśmy mówić o hicie Ekstraklasy. Naprzeciw siebie stanęły zasłużone ekipy, z wybitnymi zawodnikami i rzeszami kibiców, a wisienką na torcie było kilka nietuzinkowych trafień. Początek meczu zdecydowanie należał do Tura, który objął prowadzenie już w 6. minucie gry – podanie Oskara Kwapisza wykorzystał strzałem podcinką w okienko Bartosz Mazurek. Pięć minut później gospodarze wyrównali za sprawą akcji duetu Solecki–Michalski, lecz rywale nie dali im choćby chwili oddechu i drogę do siatki znalazł Aleksander Czyż, obsłużony przez Roberta Hankiewicza. Dobra postawa Tura zaowocowała kolejną zdobyczą bramkową, a tym razem golem z kategorii „stadiony świata” popisał się Piotr Leśniewicz, przelobowując wysuniętego Czarka Chwaścińskiego ze znacznej odległości.
Jednak tak poukładany zespół jak Ogień Bielany wiedział, że najlepiej będzie zaatakować Tura w momencie, gdy jego młodzi zawodnicy złapią zadyszkę. Podopieczni Janka Napiórkowskiego byli w końcówce pierwszej połowy bezlitośni wobec pomyłek oponentów i po golach Nowaka oraz Michalskiego mogli zejść na przerwę z jednobramkową zaliczką.
W drugiej odsłonie zmagań Ogień rozkręcił się na dobre, a Tur z każdą minutą coraz bardziej gasł. Chociaż Igor Rożen robił wszystko, co w jego mocy, by strzały piłkarzy Ognia nie kończyły w bramce, to przy sytuacjach Lisieckiego i Soleckiego był całkowicie bezsilny. Nawet wprowadzenie lotnego bramkarza, którego rolą podzielili się Hankiewicz i Salamon, nie przyniosło Turowi żadnych wymiernych korzyści.
Tymczasem w szeregach Ognia wyjściowa szóstka ulegała licznym rotacjom, które nie obniżyły poziomu sportowego, a wręcz przeciwnie – dawały szansę odpoczynku podstawowym zawodnikom i możliwość pokazania się rezerwowym z jak najlepszej strony. Hat-triki skompletowali Kuba Solecki oraz Jan Nowak, a po jednym trafieniu dołożyli również Damian Warmiak i Błażej Romaniuk, niejednokrotnie pokazując wybitny kunszt techniczny. Po stronie Tura skutecznością emanował już tylko Piotr Jantarski, który zanotował dublet, lecz ogólnie rzecz biorąc, goście nie dochodzili już do takiej liczby sytuacji jak przed przerwą.
Na przypieczętowanie okazałego triumfu do siatki trafił Mateusz Michalski, kończąc mecz z dwoma golami i czterema asystami. Tym samym legendarny zespół z Ochoty, aktualnie przechodzący wymianę pokoleniową, został zmuszony przezimować do wiosny na ostatnim miejscu w tabeli, z kolei Ogień po stosunkowo średniej rundzie jesiennej wskoczył do górnej piątki, co niewątpliwie daje nadzieję na walkę o najwyższe cele.
In Plus & Alpan, by myśleć o walce o mistrzostwo, musiał liczyć na punkty w meczu z EXC Mobile Ochota. Od początku, wobec kilku absencji w zespole klubowych mistrzów Europy, wynik wydawał się sprawą otwartą. Tym bardziej że gospodarze grali bardzo dobrze w ofensywie i stwarzali sobie dogodne okazje. To właśnie team Janka Skotnickiego wyszedł na prowadzenie i gdyby był skuteczniejszy w pierwszej fazie meczu, wynik mógłby być jeszcze wyższy. EXC starało się strzelać z dystansu, a kilka prób Janka Grzybowskiego kapitalnie odbił Konrad Reszka. Gdy Patryk Szeliga strzelił drugą bramkę, wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą. Szybko jednak odpowiedział Mariusz Milewski, który strzałem z dystansu nie dał tym razem szans golkiperowi gospodarzy. In Plus & Alpan tuż przed przerwą podwyższył prowadzenie - tym razem niesygnalizowanym strzałem popisał się Bartek Januszewski i było 3:1 po 25 minutach rywalizacji.
Po zmianie stron EXC grało już dużo lepiej. Widać było mobilizację i wiarę w odwrócenie losów meczu. Gdy padła bramka kontaktowa, rywale jakby stracili impet. Strzały bramkarza nie robiły krzywdy ekipie Kamila Jurgi, a sam kapitan w kolejnej akcji wyrównał stan meczu. Od tego momentu bardziej skuteczni byli goście i to oni wyszli na prowadzenie. Zespół Janka Skotnickiego musiał zaryzykować, ale to ryzyko na nic się zdało. W końcówce Krystian Nowakowski, który spóźnił się na to spotkanie, wszedł i dwa razy znakomicie przejął piłkę rozgrywaną przez przeciwnika. Janek Grzybowski właśnie z podań Krystiana strzelił dwie bramki i ostatecznie to EXC wygrało spotkanie 3:7.
Jak wiemy, In Plus & Alpan przegrał również w niedzielę z Gladiatorami, tak więc z 15 punktami kończy tę rundę. Szansa na brązowe medale nadal jest, ale o mistrzostwie w tym sezonie raczej można już zapomnieć. EXC ma pięć oczek straty do Gladiatorów, ale w ich przypadku nadzieja na powalczenie o tytuł przedłużyła się wraz ze zwycięstwem w niedzielę.
Spotkanie zapowiadało się jako test powagi medalowych aspiracji Tanatosa, lecz już od pierwszych minut stało się jasne, że nie będzie to dla nich łatwa przeprawa. Choć Browarek prowadził grę i częściej utrzymywał się przy piłce, to właśnie Lakoksy prezentowały większą konsekwencję i konkret pod bramką rywala.
Początek meczu był wręcz szokujący dla gospodarzy – Lakoksy w kilka minut zadały dwa szybkie ciosy. Najpierw wynik otworzył Andrzej Czerw, a zaraz po nim Marcin Bogdan podwyższył prowadzenie. Gdy po kolejnych minutach Bogdan po raz drugi wpisał się na listę strzelców, tablica pokazywała 0:3, a Tanatos znalazł się w bardzo trudnym położeniu. Gospodarze próbowali wrócić do gry i zdobyli bramkę kontaktową, lecz Lakoksy natychmiast odpowiedziały kolejnym trafieniem. Na szczególne słowa uznania zasłużył bramkarz gości, Michał Papierz, który w pierwszej połowie bronił jak w transie, wyciągając piłki z sytuacji, które zwykle kończą się golami. Do przerwy 1:4 i duża niespodzianka.
Druga część meczu była zupełnie inną historią. Tanatos Browarek, wyraźnie sfrustrowany i podrażniony, ruszył do odrabiania strat z ogromnym impetem. W krótkim czasie gospodarze doprowadzili do remisu 4:4, a później jeszcze dwukrotnie odpowiadali na gole gości – aż zrobiło się 6:6. Wtedy wydawało się, że to Browarek ma większy impet i większe szanse na przechylenie meczu. Tymczasem to Lakoksy zachowały więcej zimnej krwi w końcówce, wykorzystując każdy błąd gospodarzy. W kilka minut zdobyły trzy kluczowe bramki, odskakując na 6:9 i praktycznie ustawiając spotkanie. Tanatos odpowiedział jeszcze jednym trafieniem, lecz czasu na kolejne ataki już zabrakło.
Największą różnicę po stronie gości zrobili Marcin Bogdan i Andrzej Czerw – obaj zagrali kapitalne zawody, łącząc skuteczność, dobre decyzje i ciągły ruch bez piłki. Mecz, który miał być potwierdzeniem formy Browarka, ostatecznie pokazał, że Lakoksy – mimo serii porażek – wciąż potrafią wejść na wysoki poziom i sprawić niemałą niespodziankę.
Gladiatorzy mieli w tej kolejce do rozegrania dwa mecze. Starcie z Impulsem było pierwsze i, teoretycznie, łatwiejsze, więc można było się spodziewać, że ekipa Michała Dryńskiego podejdzie do niego z lekką rezerwą. Jak widać po wyniku, wystarczyło to na osłabioną brakiem Vlada Budza ekipę gości, bo zasadniczo w żadnym momencie meczu Impuls nie był w stanie realnie zagrozić drużynie gospodarzy. Gladiatorzy błyskawicznie zaczęli zdobywać bramki i po trzech minutach było już 2:0 - na protokole zapisali się kolejno: Borys Ostapenko i Damian Górka jako strzelcy, oraz Michał Kielak i Tomasz Pietrzak jako asystenci.
W 9. minucie z rzutu rożnego podał Kuba Wardzyński, a pewnym strzałem głową popisał się Damian Górka. W 14. minucie ponownie po stałym fragmencie gry asystował Kuba Wardzyński, a Borys Ostapenko pięknie uderzył z pierwszej piłki. Chwilę później Impuls odpowiedział trafieniem Kirila Povolotskiego, ale - co tu dużo mówić - nie miało to większego znaczenia, bo różnica klas między obiema ekipami była widoczna gołym okiem. Gladiatorzy dołożyli jeszcze jedno trafienie i schodzili na przerwę z solidnym prowadzeniem 5:1.
Po zmianie stron co chwilę dokładali kolejne gole, a ofensywne trio Ostapenko–Górka–Wardzyński bezlitośnie punktowało defensywę Impulsu. Swoją cegiełkę dołożył praktycznie każdy zawodnik Gladiatorów, który choć raz pojawił się na boisku. Fortuna też nie była tego dnia po stronie gości, bo zdarzyły się im dwa trafienia samobójcze. Ostateczny wynik 14:5 bardzo wyraźnie pokazuje różnicę między liderem a strefą spadkową Ekstraklasy.
Był to drugi mecz tego samego dnia tych dwóch ekip. Gospodarze tuż przed tym pojedynkiem toczyli zacięty bój z EXC Mobile Ochotą, której ulegli 3:5. Ich przeciwnicy bardzo pewnie rozprawili się z Impulsem UA i ze zdecydowanie lepszymi humorami przystępowali do tego spotkania. Początek należał do zawodników In Plusu, którzy dość szybko rozpoczęli strzelanie za sprawą Karola Szeligi. Nie nacieszyli się prowadzeniem zbyt długo, bo chwilę później wyrównał Damian Górka. Niedługo potem, po strzale Dryńskiego i odbiciu się piłki od Radkievicha, lider wyszedł na prowadzenie. Gospodarze starali się doprowadzić do wyrównania i udało im się to - po błędzie Gwoździa piłkę do bramki faworytów skierował Przyborek.
Rozwścieczeni goście rzucili się do ataków i przyniosło to pożądany efekt. Drugiego gola zdobył Górka. In Plus nie odpuszczał, cały czas próbował swoich szans w ofensywie, ale dobrze dysponowani Gladiatorzy nie pozwalali przeciwnikom na zbyt wiele. W końcu jednak popełnili błąd, który na bramkę zamienił Gomulski, ponownie doprowadzając do wyrównania. Ostatnie słowo przed przerwą należało do aktualnych mistrzów Ligi Fanów, a konkretnie do Dryńskiego, który wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Do przerwy goście wygrywali 4:3.
Druga odsłona to wymiana ciosów z jednej i drugiej strony. Więcej z gry mieli jednak goście i to oni - a konkretnie Pietrzak - zdobyli, jak się okazało później, jedynego gola po przerwie. Gospodarze ambitnie próbowali zagrażać bramce Gwoździa do samego końca pojedynku, ale nie przyniosło to zamierzonego efektu. Goście również tworzyli sobie mnóstwo sytuacji strzeleckich, ale cuda w bramce In Plusa wyczyniał Konrad Reszka. Ostatecznie Gladiatorzy pewnie zwyciężyli 5:3 i umocnili się na prowadzeniu w ligowej tabeli.




Warszawa
Łódź






)
)
)
)
)
)
)
)
)
)