Sezon Lato 2025
Relacje meczowe: 1 Liga
To dopiero wstęp, pierwszy rozdział i zapowiedź tego, co czeka nas w sezonie zasadniczym. Impuls i Ogień stoczą bowiem w najbliższym czasie jeszcze co najmniej dwie batalie między sobą. Ten mecz był jedynie preludium do ich konfrontacji w Ekstraklasie Ligi Fanów – tej najważniejszej i najbardziej prestiżowej rywalizacji.
Po pierwszym akcie na prowadzenie wysuwa się młoda, ale już niezwykle silna i jakościowa ekipa Ognia Bielany. Brązowi medaliści Ekstraklasy z sezonu 2024/25 chyba w porę zorientowali się, że kończenie ligi na samym dnie nie przystoi drużynie o takim statusie. Dlatego do zwycięstwa i remisu z kolejek numer 4 i 5 dorzucili w szóstej serii gier – w starciu z ukraińskim Impulsem – komplet punktów, wracając tym samym rzutem na taśmę do gry o medale letnich rozgrywek. Konkretniej – ponownie o brąz. Ale to miało rozstrzygnąć się dopiero wieczorem, w meczu z Korsarzami. Teraz skupmy się na tym, co działo się w rywalizacji Impuls UA – Ogień Bielany.
Trzeba przyznać, że indywidualnie po obu stronach oglądaliśmy sporo jakości. Widać klasę większości zawodników – każdy doskonale wie, z czym „szóstkowy świat” się je. Jak na wakacyjny klimat poziom gry był naprawdę wysoki.
W Impulsie, beniaminku Ekstraklasy, rozkład goli wyglądał bardzo równo – po jednym trafieniu zdobyli: B. Ivaniuk, V. Ivaniuk, Budz i Hrynov. Z kolei w Ogniu najbardziej imponowało duo Skorupa – Lisiecki. Cytując klasyka: zarówno w ofensywie, jak i defensywie, ta dwójka była wszędzie – niwelując akcje rywala i napędzając własne. Dodając do tego wsparcie kolegów, Ogień przez cały mecz utrzymywał prowadzenie i nie oddał go aż do ostatniego gwizdka.
Gola na 4:5 dla Impulsu faktycznie można nazwać impulsem, ale padł na pół minuty przed końcem – zdecydowanie za późno, by ten mecz mógł jeszcze przynieść dodatkowe emocje.
Starcie pomiędzy Ogniem a Korsarzami było jednym z najciekawszych spotkań kończącej się kolejki i z pewnością nie zawiodło kibiców. Dla gości był to już drugi mecz tego dnia – wcześniej pokonali Impuls UA 5:4 i podbudowani tamtym triumfem przystąpili do rywalizacji pełni energii oraz wiary w kolejne zwycięstwo. Początek spotkania potwierdził ich świetne nastawienie.
Ogień ruszył odważnie i szybko zbudował sobie wyraźną przewagę. Już po kilkunastu minutach prowadził 3:0, co mogło sugerować, że Korsarze pozostaną bez punktów. Wtedy jednak do głosu doszedł Jan Jabłoński, który wziął odpowiedzialność za wynik na swoje barki. Jego dynamiczne akcje i skuteczność pozwoliły Korsarzom złapać kontakt, a następnie doprowadzić do wyrównania. Końcówka pierwszej połowy była niezwykle intensywna – Ogień jeszcze raz odpowiedział i ostatecznie do przerwy prowadził 4:3. Po zmianie stron obraz gry całkowicie się odwrócił. Ogień, mający już w nogach wcześniejsze spotkanie, wyraźnie opadł z sił. Zawodnicy Korsarzy natomiast grali coraz pewniej, a przede wszystkim konsekwentniej w ataku.
Druga połowa przebiegała pod ich pełną kontrolą – zdobywali kolejne bramki, a defensywa rywali nie była w stanie zatrzymać dobrze dysponowanego przeciwnika. Ostatecznie Korsarze zwyciężyli 9:6, dzięki czemu zakończyli sezon na 5. miejscu. Ogień uplasował się tuż za nimi – na 6. pozycji.
Dla obu drużyn to jasny sygnał, że stać je na więcej, lecz aby walczyć o wyższe cele w przyszłym sezonie, potrzebna będzie większa stabilność i konsekwencja. Jedno jest pewne – po tak emocjonującym meczu oczekiwania wobec obu zespołów w kolejnych rozgrywkach będą znacznie większe.
Doświadczeni zawodnicy Kebavity wraz ze swoim kierownikiem mogli być nieco skonfundowani. Spodziewali się meczu z niepokonaną, poważną ekipą piłkarskich gladiatorów, którzy w sześciu spotkaniach zdobyli komplet zwycięstw, a tymczasem naprzeciw nich stanęła grupa chłopaków wyglądających tak, jakby pomylili bal maturalny z meczem piłkarskim. Minuty mijały, a „poważnego” rywala wciąż nie było widać. Tymczasem elegancko ubrani młodzieńcy w koszulach rozgrzewali się z piłką na jednej z połówek i wcale nie zamierzali opuszczać boiska.
Okazało się, że to właśnie oni byli tą drużyną. Koszule nie były przypadkiem ani wymyślnym treningowym ubiorem – tak właśnie prezentowali się świeżo pieczętowani mistrzowie ligi. W pierwszych minutach można było jednak odnieść wrażenie, że nietypowy strój trochę im ciążył – może wróciły maturalne flashbacki. Kebavita wykorzystała tę chwilową dekoncentrację i objęła prowadzenie: najpierw 1:0, potem 2:1. To był jednak jedyny moment, kiedy mogło się wydawać, że Zielona będzie miała problemy.
Z minuty na minutę Zieloni coraz śmielej rozkręcali swoją grę. Niektórzy zawodnicy rozpięli nawet ostatnie guziki koszul, wrzucając wyższy bieg swojego flow. Machina ruszyła. Jedna, druga, trzecia bramka – przewaga mistrzów stawała się coraz bardziej widoczna. A że indywidualnie Zieloni dysponują ogromną jakością, nawet kapitalna dyspozycja Chrisa Nnamaniego nie mogła wystarczyć.
Cztery gole Sebastiana Ignacaka były ozdobą tego spotkania, ale warto odnotować też trafienie nominalnego bramkarza, Kuby Skowrona, który wyjątkowo zagrał w polu. Jego gol zaskoczył wszystkich – kolegów, kibiców, a chyba także i jego samego. Skwitował to krótko: „Nie miałem już co z piłką zrobić, więc strzeliłem.” Trudno o lepsze podsumowanie.
Zielona i Przyjaciele została więc zasłużonym mistrzem, Kebavita zakończyła sezon z brązem, a po meczu jedni mogli rozchodzić się do domów, a drudzy – ruszyć na parkiet. Bo przy takim stroju szkoda byłoby zmarnować okazję.
Chociaż jedna i druga ekipa nie musiały tutaj grać na 100% możliwości, to spodziewaliśmy się znacznie bardziej wyrównanej rywalizacji niż to, co ostatecznie dostaliśmy. Warsaw Eagle potrafili w tym sezonie pokazać kilka naprawdę dobrych spotkań – z wyjątkiem pierwszego, zakończonego druzgocącą porażką 2:20 z Kebavitą. Inferno natomiast prezentowało się niemal perfekcyjnie, przegrywając tylko raz – z mistrzem pierwszej ligi.
Początek wyglądał jeszcze obiecująco. Po dziesięciu minutach Inferno prowadziło 3:1 i już wtedy można było przypuszczać, że dowiezie zwycięstwo do końca. Trudno jednak było przewidzieć, że skończy się aż tak dotkliwym rezultatem. Do przerwy było 9:2, a w drugiej połowie przewaga jeszcze wzrosła – 10:2 w tej części i ostatecznie 19:4.
Trudno doszukać się pozytywów w tak jednostronnym widowisku. Nie ma co ukrywać – w pewnym momencie zawodnicy Eagle odpuścili i przestali realnie walczyć. Inferno natomiast grało do końca na pełnych obrotach, wykorzystując każdy moment i wyciągając maksimum z meczu. Statystyki ich zawodników bardziej przypominają zapis z piłki ręcznej: Suska – 4 bramki i 3 asysty, Świeciński – 3+5, Gontarczyk – 3+1, Jakóbczak – 4+1, Wielgat – 1+4, Niemec – 4+4. Jak widać, gole i asysty rozłożyły się bardzo równomiernie.
Inferno pewnie zakończyło letni sezon na drugim miejscu. Apetyt był większy i złoto było celem, ale srebro w tak mocnej lidze to również znakomity wynik. Warsaw Eagle natomiast mają za sobą trudny sezon – często walczyli ambitnie, ale ostatecznie przegrywali, a dwukrotnie doznali bardzo wysokich porażek. Z drugiej strony potrafili też pokonać Ogień Bielany – brązowych medalistów całego sezonu Ekstraklasy LF. To daje podstawy, by w przyszłość patrzeć z optymizmem.
Już na wstępie tego spotkania można było powiedzieć jedno – to nie był sezon, jaki drużyna KSB sobie wymarzyła. Tym bardziej szkoda, bo potencjał i jakość zawodników w kadrze są naprawdę wysokie. Z kolei Impuls przystępował do meczu z jasnym celem: utrzymać czwarte miejsce w tabeli.
Początek starcia był dla gospodarzy bardzo bolesny. Po 19 minutach na tablicy widniał wynik 0:5, a Impuls bezlitośnie wykorzystywał każdy błąd rywali. Większość bramek padała po akcjach, które KSB próbowało konstruować, lecz szybko traciło piłkę. Głównym katem okazał się Ivan Kashperuk, wspierany przez Yevhena Plaksę. Po 20. minucie sytuacja zaczęła się jednak odwracać. Drużyna Michała Tarczyńskiego poderwała się do walki i do przerwy zdołała zmniejszyć straty do 4:6, co dało im dodatkową motywację na drugą odsłonę.
Po zmianie stron oglądaliśmy otwarty pojedynek. Na kilkanaście minut przed końcem zrobiło się 6:8, a na pochwałę za tę pogoń zasługiwali przede wszystkim Puna i Nachorichnyi. To jednak było maksimum, na jakie tego dnia stać było gospodarzy. Impuls znów przejął inicjatywę i nie oddał jej już do końca meczu. Cała drużyna zagrała świetnie i odpowiedzialnie, a niemal cała kadra miała udział przy bramkach – stąd słowa uznania należą się każdemu zawodnikowi gości.
W samej końcówce mieliśmy jeszcze sympatyczny akcent: właściciel KSB, Michał Tarczyński, sam założył strój i wszedł na boisko. Mało brakowało, by wpisał się na listę strzelców – jego uderzenie otarło się o słupek. Gdyby piłka wpadła do siatki, byłby to z pewnością najszczęśliwszy moment całego sezonu w ekipie gospodarzy.
Mecz zakończył się wynikiem 8:12. Pewne zwycięstwo Impulsu, ale emocji zdecydowanie nie brakowało!




Warszawa
Łódź






)
)
)
)
)
)