Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 10 Liga
Jeśli kapitan Fuszerki miał przed tym meczem przygotowaną taktykę na Depserados, to była ona wyjątkowo trudna w realizacji przy tak słabej frekwencji i braku nominalnego bramkarza. Z drugiej strony gospodarze również nie zaszaleli z ławką rezerw, ale podeszli do tego meczu na zupełnym luzie i przyniosło to zadziwiająco solidne efekty - już po dziesięciu minutach prowadzili 3:0 po golach Jana Szcześniaka, Daniela Kłosa i Czarka Pawlaka.
Formacja ofensywna Fuszerki długo nie mogła odnaleźć się w trudnych warunkach pogodowych, w jakich rozgrywane było to spotkanie, ale w 13. minucie gola kontaktowego zdobył Jurij Martynowicz. Napastnicy gości w końcu złapali rytm i kilka minut później, po jednej z ich akcji, padł gol samobójczy po stronie Depserados i nagle zrobiło się 2:3.
Gospodarze jeszcze przed przerwą odzyskali solidne prowadzenie. Najpierw dublet skompletował Czarek Pawlak, a w ostatniej akcji tej połowy Jan Szcześniak po raz drugi zapakował piłkę do siatki. Po zmianie stron goście radzili sobie z minuty na minutę coraz lepiej. W 35. minucie Jurij Martynowicz strzelił na 5:3, a chwilę później skompletował hat-tricka i sytuacja Depserados nie wyglądała już tak kolorowo.
Zawodnicy Fuszerki rzucili się do ataku i niewiele brakowało do imponującego comebacku, ale w 42. minucie spadł na nich zimny prysznic w postaci gola Czarka Pawlaka, a chwilę później Daniel Kłos trafił bramkę na dobicie. Choć goście walczyli do końca, nie byli w stanie odwrócić losów meczu, a kropkę nad „i” w ostatniej akcji spotkania postawił Jan Szcześniak. Depserados przezimują na fotelu wicelidera 10. ligi.
Gawulon w tej rundzie wyglądał naprawdę dobrze i nic dziwnego, że przystępował do meczu jako faworyt. PoNalewce było w środku tabeli, sześć punktów za nimi, ale od pierwszych minut było wiadomo, że to nie będzie spacer. Gospodarze szybciej weszli w mecz i strzelili jako pierwsi. Chwilę później PoNalewce odpowiedziało i już wtedy było widać, że Dima Balysh będzie głównym problemem Gawulonu, bo praktycznie każda jego akcja robiła zamieszanie.
Gawulon znów wyszedł na prowadzenie po golu Marcina Zakrzewskiego, ale końcówka pierwszej połowy należała do gości. Najpierw wyrównali, a zaraz potem Dima ponownie trafił i to jego zespół schodził na przerwę z prowadzeniem.
Po zmianie stron to Maciej Rajkowski zaczął ciągnąć Gawulon do przodu i dał swojej drużynie wyrównanie. Problem w tym, że po drugiej stronie cały czas był Dima, który nie zamierzał zwalniać. Raz wyrównał, raz wyprowadził swój zespół na prowadzenie i praktycznie cały czas był pod grą. W pewnym momencie zrobiło się 6:4 dla Nalewki i wydawało się, że jest po meczu, ale Rajkowski nie odpuszczał. Strzelił dwie bramki i znów zrobiło się remis. Jednak końcówka należała do Dimy. Jeszcze jedno jego trafienie ustaliło wynik na 7:6 dla gości.
Dla Gawulonu to na pewno duży niedosyt. Taki mecz równie dobrze mogli wygrać, ale zabrakło im trochę dokładności w obronie i spokoju w kluczowych momentach. Rywale za to zagrali bardzo solidnie i przede wszystkim mieli tego dnia zawodnika, który zrobił różnicę.
To był mecz, który idealnie podsumował rundę jesienną obu zespołów: pełen chaosu, bramek, emocji i kompletnie nieprzewidywalny od pierwszej do ostatniej minuty.
Od samego początku było wiadomo, że defensywy w tym spotkaniu mają dzień wolny. Wczorajsi rozpoczęli świetnie – w kilka minut zdobyli trzy bramki, wychodząc na szybkie prowadzenie. Problem w tym, że Bulbez tym razem również miał „dzień strzelecki” i błyskawicznie odpowiedział serią trafień, doprowadzając do remisu. Chwilę później… znów to Wczorajsi odskoczyli na trzy bramki, a kilka minut później Bulbez po raz drugi w meczu tę stratę skasował.
Gra była kompletnie otwarta, pełna kontr i nieskoordynowanych wymian ciosów. Obie drużyny wyglądały tak, jakby bardziej interesowało je to, co zrobić z piłką z przodu, niż jak zapobiec stracie z tyłu. Stąd wzięła się szalona, ale oddająca obraz pierwszej połowy tablica wyników: 6:6 do przerwy.
Po zmianie stron festiwal bramek trwał, jednak gospodarze zaczęli przejmować inicjatywę. Kluczowy okazał się tercet Erbel – Muzyka – Łączny. Ich współpraca była absolutnie znakomita, każdy zakończył spotkanie z co najmniej sześcioma punktami w klasyfikacji kanadyjskiej. To oni napędzali każdą akcję, wygrywali pojedynki i precyzyjnie zamykali kontry. Bulbez próbował jeszcze trzymać tempo, ale im dłużej trwało spotkanie, tym bardziej było widać różnicę w organizacji gry i w jakości wykończenia. Wczorajsi konsekwentnie budowali przewagę, aż w końcu odjechali na bezpieczny dystans, którego goście nie byli już w stanie zniwelować.
Ostatecznie padł wynik 14:9, który doskonale pokazuje charakter tego starcia: dużo goli, dużo emocji i niewiele kalkulacji. Wczorajsi kończą rundę mocnym akcentem i z dawką pozytywnego impulsu przed wiosną. Bulbez z kolei znów pokazał ofensywny potencjał, ale defensywne problemy po raz kolejny przesądziły o końcowym rezultacie.
Na Arenie Grenady dzień zakończyliśmy starciem dobrze znanych sobie rywali - FC Górka Kazurka i FC Polska Górom. Obie drużyny sąsiadowały w tabeli, a dodatkowego smaczku dodawał fakt, że w poprzednim sezonie dwukrotnie górą była Górka Kazurka. Dla gości była to więc idealna okazja, aby wreszcie przełamać niekorzystną serię.
Mecz od samego początku toczony był w wysokim tempie. Już w 4. minucie gospodarze otworzyli wynik po składnej akcji. Michał Mazur dograł piłkę do Kuby Dziurzyńskiego, który pewnym strzałem dał swojej drużynie prowadzenie. FC Polska Górom nie zamierzała jednak przyjmować ciosu bez odpowiedzi. Ich szybkie próby wyrównania długo były blokowane, lecz w 9. minucie Krzysiek Haponiuk precyzyjnym, płaskim uderzeniem doprowadził do remisu. W kolejnych fragmentach oglądaliśmy bardzo wyrównaną rywalizację, pełną pojedynków i zaciętości, ale z niewielką liczbą klarownych sytuacji. Kreatywności z obu stron brakowało, przez co następna bramka padła dopiero pod koniec pierwszej połowy. Po szybkim kontrataku gości piłkę do siatki skierował Oskar Zakrzewski, dając Polska Górom prowadzenie 2:1 na przerwę.
W drugiej połowie, w krótkim odstępie czasu, dwóch zawodników obejrzało żółte kartki, co sprawiło, że Górka musiała przez chwilę grać w podwójnym osłabieniu. Goście wykorzystali tę przewagę i zdobyli kolejną bramkę. W 37. minucie mogli podwyższyć wynik jeszcze bardziej, jednak Dawid Greguła nie wykorzystał rzutu karnego. Mimo to bramka dla Polski Górom wisiała w powietrzu i niedługo później faktycznie padła, powiększając przewagę gości do trzech trafień. Chwilę później odpowiedziała Górka Kazurka. Mikołaj Mogilnicki popisał się sprytnym, technicznym zagraniem, którym kompletnie zmylił bramkarza, zdobywając gola na 2:4 i wyraźnie budząc nadzieję gospodarzy. Rzeczywiście, nabrali wiatru w żagle i stworzyli sobie kolejne okazje, jednak świetnie dysponowany Kamil Nowak, wspierany przez walecznego tego dnia Borysa Guza, skutecznie utrzymywał przewagę.
W końcówce Górka zdołała zdobyć jeszcze jedną bramkę, ale nie wystarczyło to, by odmienić losy meczu. Ostatecznie FC Polska Górom wygrała i po raz pierwszy w historii pokonała FC Górkę Kazurkę, jednocześnie zamieniając się z nią miejscami w tabeli. Rewanż na wiosnę zapowiada się naprawdę ciekawie. Po takim spotkaniu można mieć pewność, że emocji z pewnością nie zabraknie.
Coś nieprawdopodobnego wydarzyło się na finale rundy jesiennej w 10. lidze. Lider tabeli, niepokonani Grajki i Kopacze, ulegli czwartej drużynie mokotowskiej Husarii. Na samym początku nic nie zwiastowało takiego obrotu spraw, choć po piłkarzach gości widać było ogromną determinację, co w poprzednich kolejkach nie było widokiem tak regularnym. Tradycyjnie jednak to GiK wyszło na prowadzenie, konstruując błyskawiczny kontratak, w którego końcowej fazie podanie Przemka Nieszporka wykorzystał Jakub Zarychta.
Wyrównanie nadeszło ledwie chwilę później, kiedy to precyzyjne dośrodkowanie z głębi pola posłał w pole karne Piotr Gwóźdź, a do siatki głową trafił Sergio Balej. Obaj golkiperzy - Łukasz Warda i Norbert Wierzbicki - stale udowadniali, że należą do absolutnej czołówki ligi w swoim fachu, niejednokrotnie udaremniając przeciwnikom zdobycie kolejnych goli. Husaria nie zamierzała odpuszczać i pieczołowicie zbudowaną od tyłu akcję bramkową wykorzystał Kuba Skrzyniasz, dając swojej drużynie skromną zaliczkę. Przed przerwą goście zbyt ochoczo podłączyli się do jednego z ofensywnych zrywów i przypłacili to kontrą na wagę remisu, gdy na listę strzelców wpisał się Nieszporek po asyście Kuby Dworakowskiego.
Jednak prawdziwe cuda miały miejsce po zmianie stron. Przy pozornie niegroźnej dla GiK sytuacji Piotr Gwóźdź, otrzymawszy piłkę od bramkarza, z dużym spokojem ją przyjął, po czym błyskawicznie zerwał się prawą stroną boiska, zaskakując kryjącego go rywala, i zdobył gola sprytnym strzałem przy bliższym słupku. Defensorzy gospodarzy sami następnie „wrzucili się na konia”, zagrywając tak niecelną piłkę, że przechwycił ją Skrzyniasz, który w sytuacji sam na sam z Wardą nie miał najmniejszych problemów.
Podobnej pomyłki dopuściła się Husaria i na 3:4 trafił Tomasz Kowalczyk, lecz w najmniej spodziewanym momencie znów błysnął „Tata wszystkich dzieci Husarii”. Sprytnie strącił piłkę w polu karnym w kierunku Bartka Daniela, a ten dopełnił formalności, odzyskując dla ekipy z Mokotowa dwubramkowe prowadzenie. Dzieła zniszczenia dopełnił sam kapitan i ku zaskoczeniu wszystkich odprawił Grajków i Kopaczy z pustymi rękami.
Wprawdzie to mała skaza na wizerunku ekipy Przemka Nieszporka, lecz dobitnie pokazuje, że w piłce niczego nie można być pewnym w stu procentach - nawet wygranej GiK w 10. lidze.




Warszawa
Łódź






)
)
)
)
)
)
)
)
)
)