reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
08:00

Georgian Team przystępował do tego spotkania z pozycji zdecydowanego faworyta. Czwarte miejsce w tabeli i 31 punktów na koncie dawały wyraźną przewagę psychologiczną nad Bartolini Pasta, które z sześcioma punktami mniej zajmowało szóstą lokatę. Dla drużyny z niższej części tabeli była to szansa na zbliżenie się do rywala, dla Georgian – okazja do umocnienia swojej pozycji i potwierdzenia jakości.

Pierwsze minuty zdawały się potwierdzać tę hierarchię. Już w 4. minucie Lasha Gabrichidze huknął z dystansu precyzyjnie w róg bramki, kompletnie zaskakując golkipera Bartolini. Trzy minuty później Georgian rozmontował rywala przy rzucie wolnym – po sprytnie rozegranym stałym fragmencie Jambazishvili z bliska skierował piłkę do siatki i zrobiło się 2:0. Bartolini wyglądało na kompletnie zdezorientowane, a kiedy w 9. minucie Giorgi Gabrichidze obsłużył Sabę Lomię, który pewnie wykończył akcję, trzybramkowa przewaga zdawała się zamykać temat spotkania. Goście jednak nie złożyli broni. Narolski po podaniu Kamińskiego zdobył bramkę na 3:1 i nagle mecz odżył. Georgian szybko próbował ostudzić zapał rywali. W 13. minucie Saba popisał się kapitalnym pressingiem, odebrał piłkę na połowie przeciwnika i skutecznie zakończył indywidualną akcję. Wynik 4:1 wydawał się dawać gospodarzom pełną kontrolę.

Bartolini odpowiedziało jednak niemal natychmiast. Sierpiński zagrał do Winka, a ten umieścił piłkę w siatce, ustalając wynik pierwszej połowy na 4:2.

Po przerwie rozpoczął się prawdziwy rollercoaster. W 21. minucie Winek wykorzystał zamieszanie pod bramką i zdobył kontaktowego gola. Zaledwie minutę później Brożek obsłużył Narolskiego, który bez wahania doprowadził do remisu 4:4. A zanim Georgian zdążył się otrząsnąć, w 23. minucie padł kolejny cios. Brożek popisał się świetnym podaniem, a Narolski po raz kolejny wpisał się na listę strzelców.  W ciągu trzech minut goście całkowicie odwrócili losy meczu.

Georgian nie zamierzał jednak kapitulować. W 28. minucie Lasha precyzyjnie dograł do Lemonjavy, a ten doprowadził do remisu 5:5. Jak się później okazało, był to ostatni tak wyraźny zryw gospodarzy.

Bartolini odzyskało inicjatywę i nie oddało jej już do końca spotkania. W 36. minucie Kamiński z zimną krwią wykorzystał okazję pod bramką, a minutę później Kubajek obsłużył Brożka, który podwyższył na 7:5. Dwubramkowa przewaga dawała gościom spory komfort. W 43. minucie Saba Lomia zdobył swojego trzeciego gola w meczu, dając Georgian Team ostatni promyk nadziei. Bartolini odpowiedziało jednak błyskawicznie. Już minutę później Kamiński wyłożył piłkę Narolskiemu, a trafienie na 8:6 praktycznie zamknęło spotkanie. Ostatni akord również należał do tego duetu. W 49. minucie Brożek zanotował asystę, a Narolski ustalił wynik meczu na 9:6.

Spotkanie zakończyło się bolesną lekcją dla Georgian Team. Drużyna, która prowadziła już 4:1 i wydawała się mieć wszystko pod kontrolą, pozwoliła rywalom odwrócić losy meczu w zaledwie kilka minut. Bohaterem spotkania został bez wątpienia Narolski, autor pięciu bramek. Jego współpraca z Brożkiem przez całą drugą połowę była prawdziwym koszmarem dla defensywy Georgian Team i jednym z głównych powodów efektownego zwycięstwa Bartolini Pasta.

2
10:00

FC Zaborów przystępował do spotkania jako wicelider tabeli z dorobkiem 36 punktów i wciąż liczył się w walce o mistrzostwo. Szmulki Warszawa zajmowały 7. miejsce z 20 punktami na koncie. Dodatkowym problemem dla Szmulek był fakt, że do meczu przystąpiły bez żadnego zawodnika rezerwowego, co przy intensywności gry w piłce sześcioosobowej mogło mieć ogromne znaczenie w drugiej części spotkania.

Początek meczu nie wskazywał jednak na późniejszy pogrom. To właśnie Szmulki jako pierwsze objęły prowadzenie. W 8. minucie Rzeszotek wykorzystał podanie Dominikowskiego i zaskoczył faworyzowanych rywali. FC Zaborów odpowiedział trzy minuty później, gdy Koc po asyście Kwiatkowskiego doprowadził do wyrównania. W 21. minucie Zahorodny, po podaniu Ratajczaka, wyprowadził Zaborów na prowadzenie. Radość faworytów nie trwała jednak długo, ponieważ już minutę później Pacholczak skutecznie dobił piłkę i ponownie wyrównał stan meczu. W 24. minucie Koc zdobył swoją drugą bramkę, tym razem po asyście Drynkowskiego.

W 26. minucie Pacholczak, po podaniu Dębowskiego, doprowadził do remisu 3:3. Był to jednak ostatni moment, w którym spotkanie pozostawało wyrównane. Minutę później Kopeć wykorzystał podanie Grochowskiego i ponownie dał prowadzenie FC Zaborów. W 29. minucie na listę strzelców wpisał się Ratajczak, a dwie minuty później Pszczoła wykorzystał asystę Zahorodnego. W 33. minucie swoje trzecie trafienie zanotował Koc, a w 35. minucie bramkę dołożył również Pietrzak.

Od tego momentu przewaga FC Zaborów stawała się coraz bardziej widoczna. Zawodnicy Szmulek, grający przez całe spotkanie bez zmian, z każdą minutą tracili siły, podczas gdy rywale utrzymywali wysokie tempo gry. Wicelider tabeli bezlitośnie wykorzystywał zmęczenie przeciwników, regularnie dokładając kolejne trafienia.

Ostatecznie mecz zakończył się wysokim zwycięstwem FC Zaborów 19:3. Choć końcowy wynik może sugerować jednostronne widowisko, przez ponad połowę spotkania Szmulki Warszawa dzielnie stawiały opór i trzykrotnie potrafiły odpowiadać na trafienia faworyta. Kluczowym czynnikiem okazała się jednak krótka ławka rezerwowych – a właściwie jej całkowity brak. Gdy siły zaczęły opuszczać zawodników Szmulek, FC Zaborów przejął pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku i zamienił wyrównany mecz w efektowne zwycięstwo.

3
10:00

Spotkanie pomiędzy Miksturą a Sante okazało się prawdziwym pokazem siły gospodarzy, którzy w ostatniej kolejce zaprezentowali znakomitą skuteczność i dużą swobodę w grze ofensywnej. Co prawda było to po części spowodowane brakami kadrowymi gości, jednak nie można odbierać Miksturze zasług, zwłaszcza w końcowej fazie meczu, kiedy siły odegrały kluczową rolę.

Pierwsza połowa była jeszcze dość wyrównana. Mikstura szybciej narzuciła własny rytm gry i potrafiła wykorzystać swoje okazje. Na szczególne wyróżnienie zasługuje bramka otwierająca wynik spotkania. Genialną akcją dwójkową popisali się Stefaniak i Junowicz, a ten drugi skutecznie wykończył atak swojego zespołu. Chwilę później ponownie wpisał się na listę strzelców, dając gospodarzom bardzo solidny początek.

Sante nie zamierzało jednak łatwo oddawać pola. Goście próbowali odpowiadać własnymi kontratakami, które z jednej strony stwarzały okazje bramkowe, ale z drugiej okazały się bardzo kosztowne pod względem fizycznym. Przy takiej pogodzie sił ubywało z każdą minutą, mimo to do przerwy Sante pozostawało w kontakcie z rywalem. Wynik 2:1 zapowiadał, że po zmianie stron emocji z pewnością nie zabraknie.

Po przerwie Dawid Zientała wykazał się błyskiem geniuszu i po świetnej indywidualnej akcji doprowadził do wyrównania, dając Sante nadzieję na sprawienie niemałej niespodzianki na zakończenie sezonu. Na szczęście dla Mikstury pogoda i tempo meczu zaczęły coraz mocniej działać na niekorzyść rywali, a szersza kadra gospodarzy zrobiła wyraźną różnicę. Na prowadzenie Miksturę wyprowadził Bartłomiej Folc, zdobywając dwa trafienia, które praktycznie ustawiły mecz pod dyktando jego zespołu. Prawdziwy popis gospodarze dali jednak w ostatnich minutach spotkania, kiedy działali jak doskonale funkcjonujący kolektyw.

Sante zdołało jeszcze zdobyć pojedyncze bramki, jednak nie było już w stanie zatrzymać rozpędzonych faworytów. Ostatecznie Mikstura zwyciężyła aż 11:4, kończąc sezon w imponującym stylu. Gospodarze pokazali świetną organizację, skuteczność i głód bramek, natomiast Sante mimo wysokiej porażki zasługuje na spore uznanie za walkę.

5
12:00

Dla Shot DJ był to mecz o mistrzostwo 6. ligi, ale także ostateczny sprawdzian charakteru. Zlekceważenie takiego przeciwnika jak Old Eagles Koło mogło skończyć się dla gospodarzy tragedią. Choć goście kończyli ligową rywalizację w środku tabeli, od lat są niewygodnym rywalem. I tak było również tym razem.

Gospodarze nie ruszyli do frontalnych ataków od pierwszych minut, a raczej spokojnie badali przeciwnika, który atakował często i bardzo groźnie. Już w 9. minucie mogło być 0:1, ale stuprocentową okazję znakomicie obronił Jędrek Brzózka. Mimo to goście nie ustawali w atakach i w 14. minucie wynik, po dobitce własnego strzału, otworzył Roman Pamięta. Zawodnicy Shota zachowali jednak zimną krew. W 19. minucie do wyrównania doprowadził Chris Kalaba, a jeszcze przed przerwą francusko-polski zespół wyszedł na prowadzenie po trafieniach Jana Jabłońskiego i Jeremiego Szymańskiego.

Po zmianie stron Shot szybko podwyższył prowadzenie. W 30. minucie Szymon Kopyść otrzymał podanie z autu, urwał się obrońcy i nie dał szans Janowi Drabikowi. Prowadząc 4:1, gospodarze pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia, ale szybko zostali za to skarceni. Bramkę dla Old Eagles zdobył Przemek Długokęcki i goście znów uwierzyli, że mogą jeszcze wrócić do gry. Bardzo aktywny był również Michał Skalski, ale fortuna nie była tego dnia po jego stronie. W sumie zmarnował aż trzy niemal stuprocentowe okazje, które mogły znacząco wpłynąć na przebieg spotkania.

W 40. minucie sytuację Shotów uspokoił Jan Jabłoński, który pognał lewym skrzydłem i podwyższył wynik na 5:2. Tej przewagi nie dało się już roztrwonić. Wprawdzie chwilę później gola na 5:3 zdobył Adrian Olwiński, ale na więcej gości nie było już stać.

A wraz z końcowym gwizdkiem wybrzmiał okrzyk radości. Shot DJ został mistrzem 6. ligi. Gratulujemy!

Reklama