Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 6 Liga
Pojedynek Szmulek Warszawa z Bartolini Pasta zapowiadał się na starcie o sporym ciężarze gatunkowym. Obie ekipy miały przed tym meczem po 20 punktów i twardo walczyły o piąte miejsce, które daje przepustkę do Pucharu Ligi Fanów oraz gwarantuje pewne utrzymanie w rozgrywkach na kolejny sezon.
Pierwsza połowa to bardzo dobra i skuteczna gra Szmulek. Gospodarze otworzyli wynik w 7. minucie po bramce Pacholczaka. Co prawda w 15. minucie, po dograniu Jakuba Trzaskowskiego, wyrównał Arkadiusz Kamiński, ale końcówka tej części gry zdecydowanie należała do gospodarzy. W 18. minucie na 2:1 trafił Mateusz Łęcki, a w 25. minucie prowadzenie podwyższył Borys Sułek. Szmulki na tle rywala wyglądały znacznie pewniej i sprawiały wrażenie drużyny mającej pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Z kolei Bartolini Pasta grało w tej części meczu bez większego pomysłu i na przerwę schodziło z dwubramkową stratą (3:1).
Goście obudzili się tak naprawdę dopiero po zmianie stron, a obraz gry całkowicie się odwrócił. Z gospodarzy uszło powietrze, a Bartolini rzuciło się do odrabiania strat. Świetną robotę wykonał duet Mateusz Brożek – Jakub Trzaskowski, który wziął na swoje barki losy tego spotkania. Sygnał do ataku dał w 39. minucie Brożek, a zaledwie cztery minuty później ten sam zawodnik doprowadził do remisu 3:3 kapitalnym strzałem z rzutu wolnego. Szmulki były wyraźnie rozbite utratą prowadzenia, co goście bezlitośnie wykorzystali. W 45. minucie Trzaskowski – również bezpośrednio z rzutu wolnego – wyprowadził Bartolini na prowadzenie 4:3. W samej końcówce, w 50. minucie, ten sam zawodnik zamknął mecz golem na 5:3, pewnie wykańczając akcję po podaniu Zaremby.
Szmulki po bardzo dobrej pierwszej połowie kompletnie stanęły w drugiej części spotkania i na własne życzenie wypuściły z rąk zwycięstwo. Bartolini Pasta po raz kolejny udowodniło jednak swój charakter, odwracając wynik z 1:3 na 5:3. Dzięki świetnej postawie swoich liderów zespół wykonał ogromny krok w stronę zajęcia piątego miejsca na koniec sezonu.
Mecz o mistrzostwo na dwie kolejki przed końcem sezonu, oba zespoły rozdzielone zaledwie dwoma punktami. W tym spotkaniu wszystko mogło się wydarzyć.
Shot DJ wyszli na boisko jak po swoje. Szymański kozłującym strzałem z dystansu otworzył wynik, Kopyść dobił piłkę do pustej bramki po zgraniu partnera, a Jabłoński po przechwycie podwyższył na 0:3, zanim Zaborów zdążył się pozbierać. Bartkiewicz trafił z woleja, a Jabłoński po efektownym rajdzie podwyższył na 0:5.
Zaborów przez długie minuty był po prostu nieobecny na boisku, oddając inicjatywę bez większej walki. W końcu gospodarze się obudzili. Jacewicz i Jarosz szybko zmniejszyli straty do 2:5, a Zaborów zaczął rozgrywać piłkę z bramkarzem i budować swoją pozycję na boisku. Szymański odpowiedział jednak kapitalnym strzałem w okienko sprzed pola karnego, podwyższając na 2:6. Za sprawą trafień Ratajczaka i Rutkowskiego do przerwy wynik wskazywał 3:7.
Po zmianie stron Zaborów przejął inicjatywę, a goście skupili się bardziej na defensywie. Czarnecki po dwóch wcześniej ofiarnie zablokowanych strzałach wreszcie znalazł drogę do siatki i zdobył bramkę na 4:7. Gospodarze poczuli, że jeszcze nie jest za późno na odwrócenie losów meczu. Napięcie sięgało zenitu. Po jednym z fauli doszło do zamieszania, a sędzia sięgnął po kartki – żółtą dla zawodnika Shot DJ oraz żółtą i czerwoną dla graczy Zaborowa. Grający w przewadze goście szybko to wykorzystali. Bartkiewicz dołożył nogę przy bramce na 4:8, a Jabłoński efektownym strzałem z dystansu przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny.
Mistrzostwo Shot DJ staje się coraz bardziej realne. Goście obejmują prowadzenie w tabeli i potrzebują już tylko jednego dobrego meczu, by sięgnąć po tytuł. Bohaterem spotkania został Szymański, który zakończył mecz z dorobkiem dwóch bramek i trzech asyst.
Saska Kępa w 17. kolejce mogła przedłużyć swoje szanse na utrzymanie na poziomie 6. ligi. Ekipa Sante była natomiast już pogodzona ze spadkiem. W meczu bezpośrednim jedni mogli więc wygrać bardzo dużo, drudzy zaś skutecznie pokrzyżować ich plany. Zawodnicy Sante najwyraźniej wolą północną część Pragi, bo pociągnęli Saską Kępę ze sobą na dno.
Sante zaczęło bardzo mocno. Dwa szybkie ciosy i pewne strzały ze środkowej strefy pola karnego, umieszczone tuż przy słupku, dały gościom znakomite wejście w mecz. Na tyle dobre, że chyba sami zawodnicy byli zaskoczeni takim początkiem, co w pewnym momencie wprowadziło nieco dekoncentracji. Reprezentanci Saskiej Kępy wdrożyli plan naprawczy i choć nie odrobili strat tak szybko, jak je tracili, to zdołali wrócić do gry. Czy dekoncentracja może być zaraźliwa? To pytanie do lekarzy, ale w tym meczu można było zaobserwować podobne objawy. Zawodnicy Saskiej Kępy ponownie zaczęli tracić gole, a wszystko rozpoczęło się od prostego błędu organizacyjnego. Wracający na boisko po karze zawodnik nie zauważył, że jego kolega już zajął jego miejsce, przez co drużyna została ponownie ukarana żółtą kartką.
Saska Kępa przez kolejne trzy minuty musiała grać w osłabieniu, co dla Sante okazało się wodą na młyn. Goście bezlitośnie wykorzystali ten moment i ostatecznie sięgnęli po pewne zwycięstwo 6:3. Warto podkreślić, że całe spotkanie stało na całkiem niezłym, piłkarskim poziomie. Bohaterem meczu został Tomek Kawalec, który popisał się hat-trickiem. Po jednej bramce dołożyli Grzegorz Kozłowski, Jakub Melak i Paweł Kowalski.
Sante spada z ligi, ale może schodzić z boiska z podniesioną głową. Razem z nimi ligę opuszcza również Saska Kępa. Jedni powiedzą, że to złośliwość losu, inni, że prawdziwa sportowa rywalizacja do samego końca. Wszystko zależy od tego, czy jest się kibicem z Saskiej Kępy, czy ze Szmulowizny.
Patrząc na sytuację w tabeli przed pierwszym gwizdkiem, obie drużyny miały o co walczyć. Georgian Team zajmował trzecie miejsce, które daje awans, natomiast Old Eagles broniło piątej lokaty, premiowanej awansem do Pucharu Fanów. Choć motywacji nie brakowało po obu stronach, faworyt wydawał się oczywisty. Gruzini przez cały sezon prezentowali bardzo wysoką jakość i zasłużenie znajdowali się w ścisłej czołówce tabeli.
Początek meczu tylko potwierdzał te przewidywania. Szybko dał o sobie znać Saba Lomia, który zdobył swoją 61. bramkę w sezonie, a Georgian Team błyskawicznie wypracował sobie dwubramkową przewagę. Wydawało się, że gospodarze spokojnie kontrolują sytuację i zmierzają po kolejne ważne zwycięstwo. Wtedy jednak wydarzyło się coś, czego mało kto się spodziewał. Old Eagles nie tylko nie załamało się po słabym początku, ale wręcz odpowiedziało z ogromną siłą. Goście zaczęli grać odważniej, szybciej i przede wszystkim skuteczniej. Z minuty na minutę przejmowali inicjatywę, a ich ofensywa funkcjonowała znakomicie. Efekt? Z wyniku 2:0 zrobiło się 2:5.
Ogromny udział w tym zwrocie akcji miał Piotr Parol, który rozegrał jedno z najlepszych spotkań w sezonie. Trzy asysty i bramka przeciwko drużynie walczącej o awans to wynik imponujący sam w sobie, ale jeszcze większe wrażenie robił sposób, w jaki wpływał na grę swojej drużyny. Niemal każda groźna akcja przechodziła przez jego nogi. Spokój, pewność siebie, wizja gry i jakość podań sprawiały, że obrona Georgian Team miała ogromne problemy z zatrzymaniem gości.
Gospodarze oczywiście nie zamierzali się poddać. Problem polegał jednak na tym, że Orzełki za każdym razem znajdowali odpowiedź. Georgian Team próbował odrabiać straty, a ciężar ofensywy wziął na siebie Giorgi Gabrichidze, który skompletował hat-tricka i utrzymywał swoją drużynę w grze. Finalnie ostatnia bramka Gabrichidzego na 6:7 padła dopiero w ostatniej akcji meczu i była już jedynie zmniejszeniem rozmiarów porażki. Niespodzianka stała się faktem! Bardzo bolesna dla Georgian Team, który po tej porażce spadł na czwarte miejsce i przed ostatnią kolejką nie będzie już zależny wyłącznie od własnych wyników.
Old Eagles natomiast wykonało ogromny krok w stronę obrony piątej lokaty i miejsca premiowanego awansem do Pucharu Fanów. Taki wynik może okazać się bezcenny na finiszu sezonu.
Niby mecz piłkarskich szóstek, a momentami zdawał się być wyjęty z futbolu jedenastoosobowego. Niby w tabeli mierzące się zespoły dzieliło aż szesnaście punktów, a jednak spotkanie miało przebieg tak wyrównany, jakby była to potyczka o mistrzostwo ligi. Trzeba przyznać, że obie ekipy zachowały koncentrację przez pełne pięćdziesiąt minut, i to pomimo coraz mocniej operującego słońca oraz niewielkiej liczby zmienników – u Mikstury było ich dwóch, a w Green Lantern okrągłe zero.
Widowisko stało na naprawdę wysokim poziomie i wyraźnie dało się odczuć doświadczenie bijące z obu stron, jak przystało na drużyny, które w Lidze Fanów rozegrały już wiele sezonów. Z uwagi na braki kadrowe Green Lantern skorzystało z koła ratunkowego w postaci transferu Mateusza Rozkresa z trzecioligowego GLK. Między słupkami oglądaliśmy natomiast kolejny eksperyment – tym razem rękawice bramkarskie przywdział Sebastian Świpiarski i spisywał się naprawdę znakomicie, zarówno na linii, jak i w rozegraniu.
Drużyna gości dysponowała oczywiście szeregiem swoich najaktywniejszych gwiazd, a więc zwinnymi i technicznymi dryblerami – Łukomskim, Zawadzińskim oraz Junowiczem. To właśnie ten ostatni dał Miksturze prowadzenie w 18. minucie. Po podaniu Andrzeja Łukomskiego płaskim strzałem pokonał golkipera rywali. Kiedy wydawało się już, że Adrian Sosnowski zejdzie na przerwę z czystym kontem, dosłownie minutę przed gwizdkiem fenomenalnym uderzeniem z powietrza popisał się zdecydowanie najaktywniejszy zawodnik gospodarzy, Damian Dobrowolski. Wykorzystał on podanie jednego z najlepszych rozgrywających 6. Ligi, Patryka Podgórskiego, i doprowadził do wyrównania.
W drugiej połowie obraz gry właściwie się nie zmienił. Niespecjalnie było widać zmęczenie po którejkolwiek ze stron. Na nieco częstsze natarcia Mikstury, przez co mnóstwo pracy w defensywie miał Kuba Mendak, Green Lantern odpowiadało rzadszymi, ale konkretniejszymi sytuacjami pod bramką rywali. Na nieszczęście Zielonych Latarni Kamil Bieliński nie potrafił tego dnia znaleźć drogi do siatki.
W spotkaniach tak wyrównanych o przydziale punktów często decydują najdrobniejsze detale. Tak było i tym razem. Kluczowy okazał się z pozoru niegroźny faul na Junowiczu przed polem karnym gospodarzy. Strzelec pierwszego gola wziął na siebie wykonanie wywalczonego przez siebie stałego fragmentu gry i precyzyjnym strzałem przy dalszym słupku ponownie wyprowadził Miksturę na prowadzenie. Kluczowi dla utrzymania kontroli nad meczem okazali się również niezwykle doświadczeni Mateusz „Meli” Jochemski oraz Dariusz „Wujek” Jochemski. Choć nie zapisali na swoim koncie ani gola, ani asysty, to dołożyli bardzo ważną cegiełkę do końcowego triumfu gości.
Skromne zwycięstwo 2:1 pozwoliło Miksturze wrócić na najniższy stopień podium i przerwać passę czterech porażek z rzędu. Dla Green Lantern oznaczało natomiast definitywne przekreślenie szans na utrzymanie w 6. Lidze.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)