reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SOCCA CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
09:00

Jeszcze zanim mecz się zaczął, wiedzieliśmy, że będzie to wyjątkowo emocjonujące starcie. Wszak spotkały się dwie ekipy, które z powodzeniem mogą uchodzić za jedne z najbardziej nieustępliwych w naszej lidze. I emocji oczywiście nie zabrakło - niestety nie tylko tych futbolowych. Na wstępie warto również zaznaczyć, że mecz był rozgrywany w wyjątkowo złych warunkach pogodowych, bo padający śnieg wyraźnie utrudniał kontrolę nad piłką i zmusił obie ekipy do bardziej otwartej gry.

I choć była to wyjątkowo niebrazylijska pogoda, to właśnie Furduncio rewelacyjnie weszło w mecz i już w pierwszej minucie podanie z rzutu rożnego Ismileya Mai na gola zamienił Eduardo Kanela. W 8. minucie precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego wyrównał Daniel Lasota, a chwilę później Zakapiory wykorzystały przewagę liczebną po żółtej kartce dla Huberta Urbanka i na 1:2 trafił Krzysztof Westenholz. W 14. minucie na 1:3 gola zdobył Artur Trojanowski, ale Furduncio znów wywalczyło rzut rożny – tym razem dośrodkowywał Rafael Andrade, a piłkę do siatki zapakował Ismiley Maia. Ostatnie trafienie pierwszej połowy wpadło na konto Artura Trojanowskiego i na protokole widniał wynik 2:4.

Po zmianie stron Zakapiory szybko dołożyły kolejne trafienie, a w 31. minucie obie drużyny wymieniły się ciosami i po golach Łukasza Figury oraz Rafaela Andrade mieliśmy wynik 3:6. Niestety przez cały mecz napięcie między zawodnikami obu drużyn nieustannie rosło, a kiedy w 37. minucie Zakapiory zdobyły kolejnego gola, awantura praktycznie wisiała w powietrzu. Doszło do niej po celowym i brutalnym faulu Hugo Chiariady, a przepychanki i wzajemne wyzwiska przerodziły się niemalże w bijatykę.

W efekcie sędzia pokazał aż trzy czerwone i jedną żółtą kartkę, a obie ekipy wróciły do gry, mając raptem po czterech zawodników. Zakapiory dołożyły jeszcze dwa trafienia i ostatecznie wygrały 4:8, a my już teraz możemy się domyślać, że wiosenny rewanż między tymi drużynami będzie jednym z najbardziej wyczekiwanych meczów przyszłej rundy.

2
09:00

Zimowa aura, jaka rozkręciła się tej niedzieli, nie przeszkodziła ekipom Bulls i Boca Seniors w stworzeniu kapitalnego widowiska na arenie AWF-u. Oba zespoły walczą o podium, stąd nic dziwnego, że z determinacją przystąpiły do rywalizacji. Początek należał do gospodarzy. Szybko objęli prowadzenie i zdominowali grę w środku pola. Goście nie mogli wejść w swój rytm i często ich akcje były niedokładne. Problemy zaczęły się, gdy ekipa z Ukrainy strzeliła kolejne bramki. W pierwszej połowie Boca Seniors nie potrafiło skutecznie się przeciwstawić rywalom i na przerwę ekipy schodziły z wynikiem 3:0.

Męska rozmowa w sztabie gości podziałała mobilizująco na zawodników i w drugiej odsłonie zobaczyliśmy totalnie odmieniony zespół. Oczywiście Kuba Sidor, bramkarz Boca Seniors, trzymał swoją ekipę w grze, notując kilka interwencji na początku drugiej odsłony - to właśnie jego paradami zaczęła się przemiana gości. Zawodnikiem, który potrafił zaskoczyć defensywę przeciwnika, był Andrzej Łukomski. Dwa razy się nie pomylił, wykorzystując podania kolegów, i przy stanie 3:2 mieliśmy pasjonującą końcówkę meczu.

W niej sporo było emocji. Posypały się kartki, gdy zawodnicy, czując stawkę tego meczu, nie potrafili utrzymać nerwów na wodzy. W końcu, na kilka sekund przed końcem, padła bramka dająca remis w tym spotkaniu. Faulowany był zawodnik Boca Seniors. Goście szybko ustawili piłkę i wykorzystali gapiostwo rywali, którzy zamiast dobrze ustawić się w obronie, protestowali, twierdząc, że faulu nie było. Dominik Banasiewicz dostał piłkę w polu karnym i strzelił nie do obrony, dając tym samym punkt swojemu zespołowi.

Po końcowym gwizdku emocje nie opadły i sędzia pokazał jednemu z zawodników czerwoną kartkę za niesportowe zachowanie. Sam mecz stał na wysokim poziomie i oba zespoły mają na wiosnę realne szanse powalczyć o medale w tym sezonie.

3
11:00

Dziewiąta kolejka 4. Ligi przyniosła starcie BJM Development z Bad Boys, w którym faworytem - przynajmniej według tabeli - byli gospodarze. Po ośmiu rozegranych spotkaniach mieli na swoim koncie 16 punktów, podczas gdy ich rywale o sześć mniej. Różnica jednak szybko przestała mieć znaczenie, bo boiskową rzeczywistość zweryfikowały warunki zimowej aury oraz szeroki skład gości, podczas gdy BJM przystępowało do meczu tylko z jedną zmianą.

Spotkanie rozpoczęło się dynamicznie. Już na początku Bad Boys wyszli na prowadzenie za sprawą Soleckiego. Gospodarze zdołali jednak błyskawicznie odpowiedzieć i to w nieco kuriozalny sposób, bo piłkę do własnej bramki skierował Borowski. Ten sam zawodnik szybko naprawił swój błąd, zdobywając gola już po właściwej stronie boiska, a chwilę później kolejne trafienia Soleckiego i Dryki dały gościom wyraźne prowadzenie 4:1. Tuż przed przerwą BJM zmniejszyło jeszcze straty i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:4.

Druga część gry nie przyniosła większej zmiany obrazu meczu. Obie ekipy wypracowywały dogodne sytuacje, lecz skuteczniejsi pozostawali Bad Boys. Już na początku Solecki skompletował kolejne trafienie, podnosząc prowadzenie do 5:2. Wtedy jednak gości dopadł chwilowy kryzys, z którego skrzętnie skorzystali gospodarze. Dwa gole Odolińskiego pozwoliły wrócić do gry i doprowadzić do stanu 4:5.

Ostatnie fragmenty należały jednak bezsprzecznie do Bad Boys. Najpierw znów błysnął nieomylny tego dnia Solecki, a następnie Stępień i Wardzyński dobili rywali, ustalając rezultat na 8:4. Bad Boys, mimo niższej pozycji w tabeli, pokazali większą konsekwencję, lepiej wykorzystali szeroki skład i w pełni zasłużenie podnieśli z boiska komplet punktów.

4
11:00

Padający przez całe spotkanie śnieg nadał temu meczowi nie tylko zimowy klimat, ale i znacznie utrudnił grę obu drużynom. Warunki sprawiały, że każdy kontakt, każdy sprint i każdy drybling wymagały podwójnej energii. W takich realiach kluczowa okazała się fizyczność, determinacja i umiejętność adaptacji. Wszystko to znacznie lepiej opanował Team Ivulin, który od pierwszej chwili wyglądał tak, jakby śnieg działał wyłącznie na ich korzyść.

Już pierwsze minuty pokazały wyraźnie, że gospodarze podeszli do meczu z większą intensywnością. Twarde wejścia, szybkie odbiory i mocna gra na kontakt - Ivulin wykorzystał wszystkie elementy, które w takich warunkach są kluczem do zwycięstwa. Od początku było też widać, że ta drużyna ma umiejętności znacznie większe, niż sugeruje ich pozycja w tabeli. Tym razem wszystko zaczęło się zazębiać. Centralną postacią meczu był Antoś Łahviniec, który popisał się hat-trickiem i absolutnie wyróżniał się na ośnieżonym boisku. Jego wejścia w tempo, determinacja i pewność w wykończeniu robiły ogromną różnicę. Jednym z jego trafień był ładny strzał z dystansu, oddany z pełnym przekonaniem - piłka uderzona z siłą prześlizgnęła się po ośnieżonej siatce i pozostawiła bramkarza bez reakcji.

Ivulin konsekwentnie dokładał kolejne trafienia, kontrolując przebieg meczu zarówno w środku pola, jak i pod obiema bramkami. Ukraine United próbowało odpowiadać pojedynczymi zrywami, ale przez większość czasu było o krok za rywalem. Dopiero w końcówce spotkania zdołali zdobyć dwa honorowe gole, podnosząc wynik do bardziej znośnego 8:3, jednak była to wyłącznie kosmetyczna korekta przy zdecydowanej dominacji gospodarzy.

Obie drużyny mają za sobą trudną jesień. Team Ivulin z dorobkiem 3 punktów i Ukraine United z zaledwie 2 oczkami wiedzą, że do bezpiecznego miejsca droga jest długa. Ale ten mecz pokazał, że waleczności im nie brakuje. Wiosna zapowiada się dla obu ekip jako czas walki o przetrwanie i jedno jest pewne: jeśli zachowają determinację z tego meczu, mogą jeszcze rzutem na taśmę odwrócić swój los.

5
19:00

Starcie niepokonanego lidera z trzecią od końca drużyną tabeli raczej nie pozostawiało wątpliwości co do faworyta. Hetman w tym sezonie idzie jak burza, a Warszawska Ferajna musi szukać swoich punktów, więc już przed pierwszym gwizdkiem można było przewidzieć scenariusz. Jednak pierwsze minuty pokazały, że sam mecz wcale nie był jednostronnym szturmem od razu po starcie.

Początek pojedynku to kontrola Hetmana w środku pola, częste posiadanie piłki i próby rozciągania defensywy gości, ale bez konkretów pod bramką. Ferajna natomiast próbowała przetrwać pierwsze fale ataków, dobrze się przesuwała i na początku skutecznie zamykała dostęp do własnego pola karnego. Wydawało się, że lider potrzebuje chwili, żeby wejść na swoje właściwe obroty.

I ta chwila przyszła błyskawicznie. Hetman odpalił pełną moc i w krótkim odstępie czasu strzelił trzy bramki, pokazując, jak zabójczy potrafi być, gdy tylko dostanie trochę przestrzeni pod polem karnym rywala. Ferajna jednak nie odpuściła i tuż przed przerwą zdobyła gola na 3:1, dając sobie niewielki punkt zaczepienia przed drugą połową. Mimo to obraz meczu pozostawał zgodny z przewidywaniami. Hetman kontrolował tempo, dyktował warunki i wyglądał pewnie w każdym sektorze.

Po zmianie stron wszystko wróciło do typowego dla lidera rytmu. Hetman nie zwalniał, atakował falami i utrzymywał piłkę wysoko. Kluczową postacią był Filip Motyczyński, który świetnie obsługiwany przez kolegów skompletował hat-tricka, podkreślając swoją dyspozycję i skuteczność w polu karnym. Ostatecznie Hetman domknął wynik na 7:2, po raz kolejny demonstrując zarówno ogromną siłę ofensywną, jak i pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Ten zespół wygląda na gotowy do marszu po awans. Komplet punktów i imponująca regularność mówią same za siebie.

Warszawska Ferajna z kolei przeżyła kolejną trudną lekcję. Choć fragmentami potrafili odpowiedzieć i stworzyć zagrożenie, to wiosną czeka ich wymagająca walka o utrzymanie. Zadanie trudne, ale wciąż jak najbardziej realne.

Reklama