reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SOCCA CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
09:00

Spotkanie Lumina – Vikersonn UA II rozgrywane o godzinie 9:00 w 12. lidze mogło być dla obu zespołów momentem przełomowym, jednak tylko goście potrafili to wykorzystać. Vikersonn, który jeszcze kilka tygodni temu był liderem rozgrywek, a ostatnio wpadł w wyraźny dołek formy, przyjechał na to starcie pod ogromną presją. Trzy kolejne porażki sprawiły, że drużyna spadła na siódme miejsce, a dystans do czołówki zaczął wyglądać coraz groźniej. Lumina z kolei absolutnie rozpaczliwie potrzebowała punktów – strata do bezpiecznego miejsca już przed meczem wynosiła osiem oczek, a każde niepowodzenie coraz mocniej spychało zespół w kierunku pewnej degradacji.

Od pierwszych minut nie było jednak wątpliwości, która drużyna jest o klasę lepsza. Vikersonn dominował w każdym aspekcie gry. Szybciej operował piłką, agresywnie pressował i tworzył kolejne sytuacje. Jedyną zagadką pozostawało to, dlaczego wynik do przerwy wynosił „zaledwie” 0:3, bo gospodarze praktycznie nie byli w stanie wydostać się spod własnej bramki.

Po przerwie obraz meczu nie uległ zmianie, ale skuteczność gości już tak. Kolejne gole zaczęły wpadać w regularnych odstępach, a Lumina mogła jedynie bezradnie patrzeć, jak przewaga Vikersonna rośnie do rozmiarów pogromu. Mecz zakończył się wynikiem 1:12, a jedyną chwilą radości dla gospodarzy była honorowa bramka zdobyta przez Danyla Polikevycha. Gdy piłka wpadła do siatki, cała ławka Luminy eksplodowała z radości, jakby była to bramka na wagę utrzymania.

Vikersonn natomiast pokazał, że kryzys może mieć już za sobą. Drużyna wyglądała pewnie, drużynowo i dojrzale, dając jasny sygnał, że w rundzie rewanżowej znów zamierza walczyć o medale.

2
10:00

W ekstremalnie trudnych warunkach mierzyli się ze sobą gracze Dynamo Wołomin i Rodziny Soprano. Zalegający śnieg sprawiał, że na boisku w dużej mierze rządził przypadek, trudno było wymienić kilka celnych podań, nie mówiąc już o tworzeniu koronkowych akcji. Kluczowe było więc jak najszybsze przystosowanie się do panujących warunków.

Spotkanie zaczęło się po myśli gospodarzy. Już w 3. minucie błąd bramkarza wykorzystał Mikołaj Matera, otwierając wynik. Trzy minuty później ten sam zawodnik podwyższył prowadzenie, a i tym razem golkiper rywali nie popisał się decyzją – niepotrzebnie wyszedł poza pole karne, źle obliczył tor lotu piłki, a Matera z ostrego kąta posłał futbolówkę do siatki. Rodzina Soprano była zmuszona do ataku pozycyjnego, ale trudno było przedostać się przez szczelną defensywę przeciwnika. W końcu jednak dopięła swego i na przerwę obie ekipy schodziły przy wyniku 2:1.

Po zmianie stron goście dążyli do wyrównania, ale uderzali głową w mur. Murawa nie nadawała się do gry kombinacyjnej, a Rodzina Soprano próbowała budować przewagę z wysoko wysuniętym bramkarzem, co kompletnie nie zdawało egzaminu. Dynamo wykorzystało to bezlitośnie - Michał Matyja podwyższył na 3:1 strzałem z własnej połowy do opuszczonej bramki. Wtedy team Grześka Bogdańskiego podkręcił tempo. Najpierw sam Bogdański zdobył bramkę kontaktową, a chwilę później Tomasz Dzięcioł niefortunnie trafił do własnej bramki i nagle był remis! Co więcej, Rodzina Soprano wyszła nawet na prowadzenie 3:4. Jednak ostatnie słowo należało do Dynamo. Najpierw Mikołaj Matera skompletował hat-tricka, a potem Adam Domidowicz zapewnił ferajnie Maćka Kosińskiego niespodziewane zwycięstwo, patrząc choćby na kursy w Superbet.

Na papierze Rodzina Soprano powinna ten mecz wygrać, bo stawiła się w bardzo mocnym składzie. Jednak zaangażowanie całego zespołu Dynamo, walka na całym boisku, mnóstwo bloków oraz błysk formy Mikołaja Matery sprawiły, że trzy punkty powędrowały do Wołomina. A to oznacza, że czeka nas niezwykle ciekawa wiosna, bo różnice punktowe są naprawdę niewielkie.

3
10:00

Faworytem w tym spotkaniu była brazylijska ekipa, ale nikt nie mógł przewidzieć, w jak fatalnych warunkach pogodowych przyjdzie rozgrywać ten mecz. Nie ma sensu udawać, że obfite opady śniegu nie miały bezpośredniego wpływu na przebieg widowiska. Goście mieli wyraźne problemy z wykorzystaniem swoich naturalnych atutów, a śliska murawa mocno ograniczała zwinność takich zawodników jak Marcos Santana czy Bruno Pessoa.

W porównaniu do Vox Populi Furduncio również nie zaszalało z frekwencją - długość ławek obu ekip znacząco się różniła. Nie był to też mecz pełen klarownych sytuacji strzeleckich. Podejście z piłką pod bramkę przeciwnika było niezwykle trudne, a strzały z dystansu świetnie parowali zarówno Kamil Paryż, jak i Juan Agudelo.

Pierwszy gol padł w dość niekonwencjonalnych okolicznościach. W 8. minucie Gabriel Gliwic skiksował przy wybiciu piłki ze swojego pola karnego, a futbolówka nabrała zadziwiającej rotacji i wpadła do bramki Furduncio przy samym spojeniu. W 18. minucie na 2:0 dla Vox Populi podwyższył Krzysztof Stachowicz, który przedarł się przez blok defensywny Brazylijczyków i nie dał szans bramkarzowi. W ostatniej akcji pierwszej połowy bardzo ładną, dwójkową akcję rozegrali Bruno Pessoa i Lucas Monteiro, dzięki czemu na przerwę schodziliśmy przy wyniku 2:1.

Po zmianie stron obie ekipy długo walczyły nie tylko ze sobą, ale też z pogarszającymi się warunkami. Bardzo aktywny był Bruno Pessoa, który często ostrzeliwał bramkę gospodarzy, lecz Kamil Paryż imponował refleksem.

Mecz rozstrzygnął się na korzyść Vox Populi dopiero w końcówce. W 48. minucie Juan Agudelo obronił strzał, ale nie utrzymał piłki w rękawicach - dopadł do niej Michał Korol i trafił na 3:1. Minutę później ten sam zawodnik wykorzystał podanie od pędzącego lewym skrzydłem Michała Madaja i Vox Populi zakończyło rundę jesienną, zgarniając komplet punktów.

4
12:00

W normalnych okolicznościach taki mecz miałby jednego, oczywistego faworyta. FC Melange – drużyna z górnej części tabeli, walcząca o medale, kontra Gentlemen Warsaw Team, który wciąż szuka sposobu, by wydostać się ze strefy spadkowej. Jednak tego dnia… warunki zrobiły swoje. Śnieg, śliska nawierzchnia, piłka uciekająca jak żywa – wszystko to sprawiło, że spotkania, które na papierze powinny być jednostronne, zamieniały się w wyrównane batalie. I tutaj również nie zabrakło niespodzianek.

Melange otworzył wynik błyskawicznie. Łukasz Słowik zameldował się na liście strzelców już na samym początku i wydawało się, że gospodarze pójdą za ciosem. Tymczasem goście momentalnie odpowiedzieli – i to podwójnie. Dwie szybkie akcje Gentlemenów wywróciły przebieg meczu do góry nogami i zrobiło się niespodziewane 1:2. Dopiero piękne trafienie Marcina Godlewskiego głową, w stylu przypominającym legendarne uderzenie Bartłomieja Dębickiego z meczu z Portugalią sprzed lat – przywróciło gospodarzy do gry.

A potem… rozpoczął się koncert Łukasza Słowika. Gdy bohater gospodarzy zaczął strzelać, wyglądało to tak, jakby ktoś przełączył go w tryb „nie do zatrzymania”. Najpierw szybki hat-trick, później kapitalny strzał na 5:2, który wydawał się zamykać temat. Słowik usiadł na ławce, uznając, że misja wykonana. Ale rywale postanowili popsuć mu odpoczynek. Najpierw sygnał do pościgu dał Piotr Loze, a chwilę później Gentlemeni doprowadzili do wyrównania. Z 5:2 zrobiło się 5:5 i nagle z bezpiecznej przewagi zostało tylko widmo straty punktów.

Wtedy Melange znów potrzebował swojego lidera. Łukasz wrócił na boisko i błyskawicznie zrobił to, czego od niego oczekiwano – zdobył swoją piątą bramkę, trafienie na wagę zwycięstwa. Jednoosobowa armia. Absolutny bohater spotkania i człowiek, bez którego gospodarze nie wywieźliby z tego meczu kompletu punktów.

5
12:00

Łazarski podchodził do tego meczu w świetnej formie, mając na koncie trzy zwycięstwa z rzędu. Z kolei Razem w poprzednim spotkaniu również zdołał wywalczyć bardzo ważne, drugie zwycięstwo w sezonie. Mimo tego wyraźnym faworytem pozostawała ekipa z Łazarskiego, która plasowała się w czołowej trójce ligi. Dodatkowym problemem dla Razem był brak bramkarza - z powodu kolizji drogowej w śnieżnej pogodzie nie był on w stanie dotrzeć na mecz. Mecz to mecz, ale przede wszystkim życzymy, by wszystko skończyło się dla niego dobrze!

Jeśli chodzi o samo spotkanie - większych emocji nie było. Bramki zaczęły wpadać do siatki Razem jedna po drugiej już w pierwszej połowie. Do 25. minuty wynik był praktycznie rozstrzygnięty, a Łazarski prowadził 6:0. Pełna dominacja należała do nich. Razem miał kilka niezłych sytuacji, by zmniejszyć stratę, lecz na linii świetnie spisywał się Deniz Suicmez.

W drugiej połowie obraz gry znacząco się nie zmienił, bo ogromna przewaga Łazarskiego była widoczna przez cały czas. Trzeba jednak podkreślić, że mimo wyniku zawodnicy Razem się nie poddawali, a mecz oglądało się przyjemnie, również dzięki zimowej, śnieżnej atmosferze. Razem zdołał zdobyć dwa gole, a Szymon Raducki obronił rzut karny, lecz to wciąż było za mało, by zatrzymać rozpędzony Łazarski, który ponownie strzelił sześć bramek w jednej połowie, wygrywając całe spotkanie 12:2. Aż siedmiu zawodników wpisało się na listę strzelców. Największymi gwiazdami meczu byli: Zhasulan Kamantay (4 gole i 2 asysty), Nurali Omarkul (1 gol i 3 asysty) oraz Stepan Czerevko, który zanotował identyczny dorobek jak Nurali.

W ten sposób drużyna Łazarskiego schodzi na zimową przerwę jako wicelider, choć walka o podium dopiero się zaczyna, to i tak świetna pozycja. Razem natomiast pozostaje w strefie spadkowej, choć ducha walki tej ekipie zdecydowanie odmówić nie można, a to jest dobry prognostyk na rundę wiosenną.

Reklama