Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 1 Liga
Pojedynek na szczycie 1. ligi okazał się rewelacyjnym widowiskiem, godnym ekip, które mają ambicję grać w przyszłym roku w Ekstraklasie Ligi Fanów. Cały mecz toczył się w zawrotnym tempie, a gra przenosiła się od bramki do bramki, choć początkowo inicjatywa była wyraźnie po stronie gospodarzy. Działo się tak między innymi dlatego, że kilku zawodników Łowców zwyczajnie spóźniło się na to spotkanie, ale gdy pojawili się na placu gry, początkowa przewaga Siriusa zaczęła szybko topnieć.
Po dwudziestu minutach gry było 2:0 po golach Vladyslava Burdy i Mykoli Ktitora, ale jeszcze przed przerwą Łowcy zdołali odrobić jedno oczko. Goście wywalczyli rzut karny i choć strzał Borysa Ostapenki został obroniony, to dobitka odbiła się od nóg jednego z obrońców i zatrzepotała w siatce.
Po zmianie stron obie ekipy wymieniły się ciosami i po golach Vadyma Rossokhatego i Yevhenia Androshchuka zrobiło się 3:2. Następnie Sirius wyprowadził dwie skuteczne akcje i dublet zgarnęli zarówno Mykola Ktitor, jak i Vadym Rossokhaty, a gospodarze odjechali z wynikiem na 5:2. Łowcy zdecydowali się na zmianę taktyki i przy posiadaniu piłki zmieniali bramkarza na lotnego. W tej roli wystąpił Denys Blank i szybko przyniosło to efekty – w 38. minucie zapunktował Oleksii Solop, a kilka minut później Blank popisał się pięknym uderzeniem z dystansu w samo okno i nagle przewaga Siriusa zmalała do zaledwie jednego gola.
Końcówka meczu to istna wojna nerwów. Na dwie minuty przed końcem Mykola Ktitor strzelił na 6:4, ale Łowcy błyskawicznie zripostowali trafieniem Damiana Patoki. Goście zaryzykowali i rzucili wszystkie siły do ataku. Po jednej z akcji bramkarz Siriusa, Yaroslav Smolin, pewnie złapał piłkę i posłał celny strzał przez całe boisko, ustalając wynik spotkania na 7:5.
W ostatniej kolejce rundy jesiennej 1. Ligi Fanów skrzyżowały się ekipy UKS Toho Grodzisk Mazowiecki oraz Explo Team. Jedni i drudzy zmagają się tej jesieni ze swoimi problemami, ale w tabeli wyżej stoi spadkowicz z Ekstraklasy. Szybko też odzwierciedliło się to na boisku, kiedy w 4. minucie gola na 1:0 zdobył Pawłowski. Radość gości nie trwała długo, bo 2 minuty później wyrównał Czyż. Następne minuty należały do Explo - to oni częściej gościli pod bramką przeciwników i byli też skuteczniejsi. Toho popełniało proste błędy w obronie, co poskutkowało golami dla rywali. Najbardziej z nich brylował Górecki, który zdobył 4 gole jeszcze przed przerwą. Swoje drugie trafienie dorzucił również Pawłowski. Gospodarze odpowiedzieli bramkami Górskiego oraz Czyża i do przerwy przegrywali 7:3.
Druga odsłona była zdecydowanie bardziej wyrównana. Toho wyciągnęło wnioski z pierwszych 25 minut, uszczelniając swoje szyki defensywne. Bardzo dobrze wyglądał zwłaszcza duet Czyż–Salomon - panowie mieli swój udział przy 6 z 8 goli całego zespołu. W 35. minucie pojedynku na 8:6 trafił Zasadzki i wydawało się, że gospodarze będą w stanie osiągnąć coś, co po pierwszej odsłonie wydawało się nieosiągalne, czyli zdobyć jakieś punkty w tym pojedynku. Ostatnie słowo należało jednak do Explo. Panowie świetnie rozegrali końcówkę tej potyczki, ostatecznie zwyciężając i dopisując bardzo ważne trzy oczka.
Runda wiosenna w 1. lidze zapowiada się bardzo ciekawie. Toho musi spróbować poczynić pewne wzmocnienia, jeśli chce myśleć o spokojnym pozostaniu na zapleczu Ekstraklasy kolejny sezon. Goście, zachęceni swoimi dobrymi występami, na pewno mają apetyt na top 3 i walkę o powrót do Ekstraklasy.
O godzinie 18:00 na Arenie AWF zmierzyły się ze sobą zespoły FC Kebavita i UEFA Mafia Ursynów. Zdecydowanym faworytem do zwycięstwa w tym starciu był zespół gości, który zajmował czwarte miejsce w tabeli, natomiast gospodarze niemal szurali po jej dnie.
Pierwszy cios zadała Ursynowska Mafia – wykorzystując błąd w defensywie rywala, wynik spotkania otworzył Jakub Komendołowicz. Jednak drużyna prowadzona przez Buraka Cana nie pozwoliła narzucić sobie stylu gry przeciwników i sama przeszła do ofensywy, zdobywając aż trzy trafienia, które wprowadziły chaos w szeregach gości. Kolejny błąd w obronie Kebavity kosztował ich drugiego gola, co pozwoliło Uefa Mafii złapać kontakt. „Bramkę do szatni” zdobył wybitny tego dnia Christian Nnamani, kompletując do przerwy hat-tricka po kolejnej już asyście architekta zespołu, Kamila Majorka.
Po zmianie stron gospodarze, wbrew oczekiwaniom, kontynuowali powiększanie swojego dorobku bramkowego i w pewnym momencie prowadzili już 6:2. Można było pomyśleć, że wynik jest przesądzony… ale nie dla UEFY. Goście rzucili się do odrabiania strat a kiedy ponownie trafił Komendołowicz, wiara w zwycięstwo wzrosła, a zaangażowanie całego zespołu było niesamowite. Za sprawą dwóch goli głównego snajpera oraz trafienia Adama Golenia na tablicy wyników pojawił się rezultat 7:6. Emocje sięgały zenitu, atmosfera na ławce gospodarzy była mocno napięta, natomiast goście, zbudowani kapitalnymi trafieniami, szarżowali po zwycięstwo.
Niestety dla goniących, ich sen przerwał nokautujący cios zadany ponownie przez świetnego Christiana Nnamaniego, który przypieczętował zwycięstwo FC Kebavity w stosunku 8:6.
Husaria była w tym spotkaniu typowana w roli solidnego faworyta, ale Korsarze pokazali się ze świetnej strony i w efekcie dostaliśmy wyjątkowo emocjonujące widowisko. Gospodarze nie przeszaleli z frekwencją – na plac gry dotarło tylko sześciu zawodników. Z drugiej strony ekipa gości miała dwie zmiany i team Tomka Hubnera musiał mądrze rozkładać siły przez cały mecz. Dało się to zauważyć szczególnie w pierwszej połowie, bo gospodarze raczej nie szarżowali w ofensywie i skupili się na powolnym budowaniu przewagi.
Wynik otworzył w 9. minucie Sebastian Maśniak, ale chwilę później Korsarze odpowiedzieli trafieniem Mateusza Marcinkiewicza. W 17. minucie na 2:1 strzelił Daniel Bogucki i znowu Husaria długo nie nacieszyła się prowadzeniem, bo wyrównał Maciej Grodzki. Tytaniczną pracę w bramce mokotowskiego teamu wykonywał jak zwykle Norbert Wierzbicki, ale nawet on nie miał nic do powiedzenia w 23. minucie, kiedy klasyczną, dwójkową akcję wykończył Maciej Grodzki. W efekcie Korsarze schodzili na przerwę ze skromnym prowadzeniem 2:3, a druga połowa zapowiadała się jeszcze ciekawiej.
Po zmianie stron gospodarze odzyskali spokój w grze i w 31. minucie wyrównał Sebastian Maśniak, a chwilę później Husaria wróciła na prowadzenie po golu Daniela Boguckiego. Kiedy Mateusz Marcinkiewicz został ukarany żółtym kartonikiem, ekipa z Mokotowa stanęła przed okazją, aby łatwo zwiększyć prowadzenie, ale goście skutecznie się bronili i dopiero pod sam koniec kary udało się Sebastianowi Maśniakowi pokonać Damiana Zalewskiego, przy okazji zgarniając hat-tricka. W tym momencie mecz nabrał kolorów, bo Korsarze znów byli zmuszeni do przerwania akcji taktycznym faulem i tym razem Bartłomiej Kowalewski został wykartkowany. Husaria nie tylko nie wykorzystała przewagi liczebnej, ale na dodatek sama straciła gola! W 43. minucie zrobiło się 5:4, a Maciej Grodzki cieszył się z trzeciego trafienia w tym meczu. Na chwilę przed końcem emocje sięgnęły zenitu, kiedy do remisu doprowadził Bartłomiej Kowalewski.
Niewiele zabrakło do niespodzianki, ale Husaria ostatkiem sił podkręciła tempo, a niezawodny Sebastian Maśniak urwał się obrońcom i nie dał szans Damianowi Zalewskiemu. Kropkę nad „i” postawił Jakub Cegiełka i rzutem na taśmę gospodarze zgarnęli trzy punkty.
Imponująco wygląda debiutancka, pierwszoligowa kampania w wykonaniu ekipy Inferno Team – oglądając ich w grze, nieraz można odnieść wrażenie, jakoby bawili się tym poziomem rozgrywkowym. Nie inaczej było w wieńczącym rundę jesienną starciu z Presleyem, który okupował strefę spadkową. Strzelanie rozpoczął Mikołaj Jakóbczak, wykorzystując podanie Oskara Górki, a zaraz potem ów podający strzałem z przedpola samodzielnie wpisał się na listę strzelców po asyście Stanisława Kołomańskiego. Gracze KS Presley złapali kontakt za sprawą swojego kapitana, Jakuba Wiktorowskiego, który skutecznie zmieścił piłkę w siatce z rzutu wolnego.
Mimo czasowego osłabienia po żółtej kartce dla Górki za dyskusje z sędzią, Inferno wcale nie spuściło z tonu – występ z absolutnego topu dowiózł nam Piotr Bartnicki. Tego, co wyprawiał z piłką, nie da się odpowiednio opisać — dość powiedzieć, że zdobył cztery bramki, wśród których dwie śmiało można nominować do trafienia kolejki. Kładł zwodami obrońców rywali jak chciał, wręcz niemożliwym było odebrać mu futbolówkę.
W drugiej odsłonie rywalizacji gospodarze wciąż dominowali, natomiast wyraźnie dało się odczuć całkiem spore rozluźnienie w ich szeregach, bo zbyt łatwo pozwalali Presleyowi na kolejne trafienia. Przy wyniku 8:1, za przepychanki podczas wykonywania autu, po „żółtku” otrzymali Górka i Michalak, a że pierwszy z nich już wcześniej taki kartonik obejrzał, to w konsekwencji złapał czerwoną kartkę i nie mógł już wrócić na plac gry. W jego buty weszli jednak inni młodzi i ambitni piłkarze Inferno, w szczególności w oczy rzucali się Hubert Suska i Maciej Świeciński. W tym momencie meczu obie strony zdobywały gole hurtowo, dzięki czemu Presley Gniazdowy doskoczył do przeciwników na odległość jedynie trzech trafień – największe zagrożenie dla Inferno stwarzali wśród rywali Serokin, Hamulczuk oraz Gołębiewski i to właśnie oni w dużej mierze przyczynili się do zmniejszenia przewagi oponentów.
Ostatnie akcenty należały jednak do podopiecznych Igora Patkowskiego i za sprawą Bartnickiego oraz Suski (gol piętką), obsłużonych przez Świecińskiego, Inferno przypieczętowało zwycięstwo 13:8.




Warszawa
Łódź






)
)
)
)
)
)
)
)
)
)