reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
16:00

Na Arenie Grenady odbyło się starcie drużyn z dolnych rejonów tabeli – Warsaw Gunners FC podejmowali Tornado Squad. Oba zespoły zdawały sobie sprawę, jak ważne mogą być te punkty w kontekście walki o utrzymanie, dlatego zapowiadała się zacięta rywalizacja o każdą piłkę.

Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem pojawiły się problemy po stronie Tornado Squad, którzy przystąpili do meczu bez żadnej zmiany. Brak możliwości rotacji od początku oznaczał dla nich trudne 50 minut, ale mimo to rozpoczęli spotkanie z dużym zaangażowaniem i już w 5. minucie objęli prowadzenie. Tomek Wiśniewski znalazł się w odpowiednim miejscu i pewnym strzałem pokonał bramkarza Gunnersów. Radość gości nie trwała jednak długo. Już w kolejnej akcji odpowiedział kapitan gospodarzy Arkadiusz Trwoga, który doprowadził do wyrównania. Ten gol dodał pewności Warsaw Gunners, którzy zaczęli coraz mocniej naciskać. Wkrótce Tomasz Trojan odebrał piłkę rywalom w środku pola i błyskawicznie wypuścił Jana Jabłońskiego, a ten popisał się rajdem zakończonym precyzyjnym strzałem – 2:1 dla gospodarzy.

Z każdą minutą przewaga Gunnersów rosła, a zmęczeni zawodnicy Tornado coraz częściej ograniczali się do obrony i prób kontrataków. W końcówce pierwszej połowy gospodarze jeszcze dwukrotnie znaleźli drogę do siatki. Do przerwy Warsaw Gunners FC prowadzili 4:1 i w pełni kontrolowali przebieg gry.

Po zmianie stron tempo nieco spadło, ale nie zabrakło sytuacji bramkowych, a obaj bramkarze zaliczyli kilka udanych interwencji. Mimo to w końcówce gospodarze jeszcze dwukrotnie trafili do siatki – w odstępie zaledwie dwóch minut ustalili wynik meczu na 6:1.

Warsaw Gunners FC okazali się znacznie lepsi i dopisali do swojego dorobku niezwykle cenne trzy punkty. Choć nadal pozostają w strefie spadkowej, są już bardzo blisko, by się z niej wydostać. Tornado Squad natomiast znalazło się w głębokim kryzysie – to już ich piąta porażka z rzędu, a sytuacja w tabeli zaczyna wyglądać naprawdę dramatycznie.

2
17:00

W 7. lidze doszło do starcia pomiędzy Oldboys Derby a Driperzy. Przed meczem faworytem byli Oldboys, ale w przeciwieństwie do rywala przybyli tylko z jedną zmianą, co wyrównało szanse obu drużyn.

Mecz rozpoczął się bardzo obiecująco dla Driperów – byli szybsi, bardziej aktywni i zdecydowanie bardziej zdeterminowani. Zaczęli zdobywać gole jeden po drugim. W ich składzie wyróżniali się Maciek Zembrzuski, który zdobył 2 gole i zanotował 2 asysty, oraz Przemek Stojek z dorobkiem 1 bramki i 2 asyst. Taka aktywność pozwoliła im zdominować grę, co przełożyło się na wyraźną przewagę – do przerwy Driperzy prowadzili 2:5.

Druga połowa przyniosła zmianę obrazu gry. Oldboys zaczęli przypominać drużynę z wcześniejszych kolejek i skutecznie realizowali kontrataki. Strzelone bramki wyraźnie dodały im skrzydeł. W 34. i 37. minucie, przy stanie 4:5, obie drużyny zdobyły gole ze stałych fragmentów gry – dość rzadkie zjawisko. Najpierw Zembrzuski trafił dla Driperów, a kilka minut później Jacek Pryjomski odpowiedział niemal identycznym uderzeniem.

Emocje tylko rosły. Zawodnicy z osiedla Derby kontynuowali pogoń i wyszli na prowadzenie 7:6. W tym momencie pojawiły się niepotrzebne nerwy, czego efektem były dwie żółte kartki. Otrzymali je: Jacek Pryjomski – autor aż 6 goli i 2 asyst, absolutny lider ofensywy Oldboys – oraz Szymon Celiński po stronie Driperów. Gra 4 na 4 została lepiej wykorzystana przez gości, którzy szybko wyrównali i mogli nawet wyjść na prowadzenie.

Jednak po powrocie na plac gry Pryjomski ponownie odmienił losy rywalizacji. Przeprowadził dynamiczny rajd prawym skrzydłem i idealnie dograł na dalszy słupek, gdzie czekał Marcin Wiktoruk. Ten zamknął akcję i dał Oldboys Derby prowadzenie. Tuż przed końcem meczu Michał Kurowski dorzucił dziewiąte trafienie, ustalając wynik na 9:7.

Zwycięstwo to awansowało Oldboys Derby na trzecie miejsce w tabeli. W lidze panuje ogromny ścisk – cztery drużyny mają po 13 punktów, jedna ma 15, co zapowiada niezwykle zaciętą walkę o tytuł. Driperzy natomiast zanotowali czwartą porażkę z rzędu, lecz w każdym z tych meczów byli naprawdę blisko. Wystarczy odrobina pewności siebie i trochę szczęścia, a wyniki mogą zacząć przechylać się na ich korzyść.

3
19:00

W 7. lidze czekało nas niezwykle ciekawie zapowiadające się spotkanie i rzeczywiście, emocji nie brakowało. Mecz zakończył się różnicą zaledwie jednej bramki, a na boisku działo się naprawdę wiele.

Choć rywalizowały ze sobą dwie drużyny o komplet punktów, można śmiało powiedzieć, że był to pojedynek trzech zawodników – Szymona Kolasy z Virtualne Ń przeciwko duetowi Ramos Sengo – Denisio Chea z Eagles. To właśnie oni byli motorami napędowymi swoich zespołów, odpowiadając za niemal wszystko, co działo się w ofensywie. Szymon był tego dnia dosłownie w ogniu – trafiał z każdej pozycji, zarówno z gry, jak i ze stałych fragmentów. Jego dwa gole z rzutów wolnych w jednym meczu to wyczyn, który trudno zobaczyć na tym poziomie. Łącznie zdobył aż 6 bramek!

Po stronie Eagles świetnie prezentował się duet Denisio – Ramos. Ich kombinacyjna gra i indywidualne akcje robiły ogromne wrażenie. Denisio popisał się szczególnie – dwa jego gole, szóste i siódme trafienie Eagles, były małymi dziełami sztuki. W jego grze było wszystko: technika, lekkość, elegancja. Ramos również błyszczał – zakończył mecz z 2 golami i 3 asystami, a Denisio dołożył cztery bramki i kluczowe podanie.

Obie drużyny zasłużyły na zwycięstwo, ale ostatecznie to Eagles byli minimalnie lepsi. Choć początek nie zapowiadał sukcesu, bo w pierwszej połowie przegrywali 1:3, jeszcze przed przerwą zmniejszyli straty do 3:4. W drugiej części przejęli inicjatywę, wyszli na prowadzenie 6:4, lecz później nieco zwolnili tempo, co wykorzystało Virtualne Ń, doprowadzając do remisu 6:6. Końcówka ponownie należała do Eagles. Odskoczyli na 9:6 i choć rywale zdołali zmniejszyć stratę do jednej bramki, zabrakło im czasu na ostateczny cios.

Niestety, sama końcówka była zbyt nerwowa. W grze Eagles pojawiło się sporo emocji, ostrych słów i fauli, co zakończyło się kartkami. Jeśli jednak odłożyć to na bok, trzeba pochwalić obie drużyny za świetne, pełne tempa widowisko. To był jeden z tych meczów, w których aż chciałoby się, by wygrały obie ekipy.

Virtualne Ń zasłużyło na ogromne brawa – walczyli do ostatniej sekundy i pokazali charakter, którego nie powstydziłaby się żadna drużyna tej ligi.

4
21:00

W siódmej lidze, już pod koniec dnia, mogliśmy obejrzeć prawdziwy hit kolejki – starcie dwóch drużyn walczących o czołówkę tabeli. KK. Wataha Warszawa oraz Czasoumilacze miały przed tym meczem identyczny dorobek punktowy i sąsiadowały ze sobą w klasyfikacji, co zapowiadało wyrównane i zacięte spotkanie

Gospodarze przystąpili do tego ważnego meczu bez ławki rezerwowych, co z pewnością utrudniało im zadanie i nieco ułatwiało rywalom kontrolę w pierwszej części gry. Wataha zaczęła ostrożnie, natomiast Czasoumilacze cierpliwie budowali swoje akcje. Dopiero po szesnastu minutach wynik otworzył Dominik Sędrowski, który po podaniu Piotra Cieślaka trafił do siatki. Dwie minuty przed przerwą pięknym strzałem z dystansu popisał się Mikołaj Dudek, a chwilę później Robert Krzywkowski podwyższył prowadzenie na 3:0.

Po zmianie stron obraz gry całkowicie się odwrócił. Wataha – mimo braku zmian – ruszyła do ataku i zaczęła dominować. W roli głównej wystąpił Hubert Korzeniewski, który w kapitalnym stylu skompletował hat-tricka i doprowadził do wyrównania. Czasoumilacze w drugiej części nie zdołali już odpowiedzieć, a bramkarz Watahy kilkukrotnie popisał się skutecznymi interwencjami.

Ostatecznie mecz zakończył się remisem 3:3 – wynikiem sprawiedliwym i dobrze oddającym przebieg spotkania. Można powiedzieć, że obie drużyny chyba polubiły swoje towarzystwo w tabeli, bo postanowiły podzielić się punktami i pozostać obok siebie w klasyfikacji.

Starcie przebiegało w bardzo spokojnej atmosferze. Bez kontrowersji, z dużą kulturą gry i wzajemnym szacunkiem. Oba zespoły pokazały, że można rywalizować na wysokim poziomie, zachowując sportowy fair play. Ich forma pozwala wierzyć, że wciąż będą liczyć się w walce o najwyższe miejsca w siódmej lidze.

5
21:00

Spotkanie między Alash FC a Skrą Warszawa zapowiadało się jako typowe starcie drużyn z przeciwnych końców tabeli. Gospodarze chcieli potwierdzić dobrą dyspozycję z ostatnich tygodni, natomiast Skra liczyła na przełamanie po kilku nieudanych występach.

Mecz rozpoczął się od przykrego wydarzenia. Chwilę po pierwszym gwizdku zawodnik Alash doznał kontuzji i musiał opuścić boisko, jednak mimo tego gospodarze jako pierwsi zdobyli bramkę – zamieszanie w polu karnym skutecznie wykorzystał Kaiyrgeldinov. Skra szybko przejęła inicjatywę: dwa gole Bartosza Dzikowskiego, a następnie trafienie Konrada Dzikowskiego dały gościom solidne prowadzenie 1:3. Alash skrócił dystans po uderzeniach Karakaza i Imangaliego, ale Skra ponownie znalazła drogę do bramki rywali. Do przerwy oglądaliśmy zaciętą wymianę ciosów, a wynik brzmiał 3:4.

Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy Alash ponownie został osłabiony. Kontuzja kolejnego zawodnika uniemożliwiła mu dalszą grę, co zmusiło gospodarzy do gry bez zmian. Mimo tego emocji i walki nie brakowało. Gole padały praktycznie co kilka minut. Seiduali wyrównał, lecz Skra natychmiast odpowiedziała trafieniem Hassaniego. Później na listę strzelców ponownie wpisali się bracia Dzikowscy, a także Alaqra, dzięki czemu przewaga gości wzrosła do trzech bramek.

W końcówce Alash pokazał charakter – mimo zmęczenia i braków kadrowych gospodarze rzucili się do odrabiania strat. Trafienia Karakaza i Yessenzhana zmniejszyły wynik do 7:8, ale zabrakło już czasu, by doprowadzić do remisu.

Mimo dwóch kontuzji i gry w osłabieniu Alash walczyło do samego końca, pokazując wielką determinację. Skra natomiast wykazała się skutecznością i wraca do domu z bardzo cennymi trzema punktami po naprawdę zaciętym widowisku.

Reklama