Sezon Lato 2023
Relacje meczowe: 7 Liga
Doświadczenie gra rolę. Udowodnił to zespół Oldboys Derby, który nie stracił koncentracji w meczu z ekipą Tornado Squad nawet na minutę. Drużyna zamykająca tabelę 7. ligi od samego początku zwracała uwagę na krycie zawodnika z numerem 99. „Pilnujcie tego z numerem dziewięćdziesiąt dziewięć” – słychać było co chwilę z ławki rezerwowych. Zadanie to jednak łatwo sobie postawić, lecz trudniej wykonać.
Grający dla Oldboys Derby z najwyższym, dwucyfrowym numerem Jacek Pryjomski to zawodnik nieuchwytny. Na boisku potrafi być w paru miejscach jednocześnie, wszędzie siejąc zamęt. Choć strzelanie zaczął ktoś inny, to Pryjomski miał udział aż przy 10 z 13 zdobytych bramek. Albo obsługiwał swoich kolegów zagraniami w przeróżnych boiskowych sytuacjach, albo sam bezlitośnie wykorzystywał zagrania od drużynowych kompanów. Oldboysi zdobywali gole po szybkich wypadach, wielopodaniowych akcjach w stylu Barcelony z najlepszych lat gry tiki-taką, a Pryjomski trafił nawet bezpośrednio z rzutu wolnego, umieszczając piłkę przy długim słupku.
Nie można jednak powiedzieć o zespole Tornado, że oddał spotkanie bez walki. Przy wyniku 0:5 zdołali zdobyć dwie bramki i napędzić stracha rywalom. Przeciwnik był jednak konsekwentny w swoim graniu - piłkarze Oldboys operowali szybko piłką, co umożliwiało im wykorzystywanie luk w ustawieniu defensywnym Tornado Squad. Swoje momenty mieli Kamil Bassa, który zdobył hat-tricka, czy Adrian Królikowski, będący zawsze na zamknięciu akcji. Ostatnie słowo należało do zawodników Tornado, którzy w końcówce zdobyli bramkę ustalającą wynik całego spotkania na 13:3 dla Oldboys Derby. „Tego z numerem dziewięćdziesiąt dziewięć” nie udało się upilnować.
W ramach 11. kolejki na Arenie Grenady byliśmy świadkami pojedynku Skry, znajdującej się na przedostatnim miejscu w tabeli, z Watahą, której zwycięstwo mogło zapewnić awans o aż cztery lokaty. W górnej części tabeli panował ścisk, więc goście wiedzieli, po co przyjechali na mecz.
Wataha od pierwszych minut miała wyraźną przewagę i wyszła na trzybramkowe prowadzenie. Gospodarze starali się kreować swoje ataki z głową, ale albo kończyły się one niedokładnością z przodu, albo dobrą dyspozycją Watahy w obronie. Po okresie gry na podwyższonym tempie i odrobinie pecha – jak np. przy potężnej bombie Mateusza Leszka w spojenie – Skrze udało się w końcu odpowiedzieć jednym trafieniem. Po chwili jednak stracili bramkę do szatni i schodzili na przerwę przegrywając 1:4.
Druga połowa zaczęła się zaskakująco. Skra w pierwszych minutach pokazała więcej konkretów i zdobyła dwie bramki w krótkim odstępie czasu. Po chwili jednak zabrakło im paliwa i to Wataha wcisnęła pedał gazu, rozpoczynając istną kanonadę. W świetnej dyspozycji był Miłosz Czernecki, który zaliczył asystę oraz zdobył cztery bramki. Gospodarze nie umieli znaleźć sposobu na rozpędzonych rywali, którzy w drugiej połowie otworzyli worek z sześcioma trafieniami i pewnie wygrali ten mecz wynikiem 3:10, gwarantując sobie miejsce na podium.
Wydawać by się mogło, iż oba zespoły dzieli przepaść – wszak miejsca w tabeli mogłyby to sugerować. Nic jednak bardziej mylnego. Trzeba bowiem wiedzieć, że siódma dywizja Ligi Fanów jest diabelnie wyrównana, trochę jak Polska Ekstraklasa w tym sezonie. Tym samym będący u szczytu kazachski Alash FC przystępował do meczu, mając na koncie 20 punktów, zaś będący w strefie spadkowej zespół Driperów - w przypadku wygranej - mógł zbliżyć się do lidera na odległość zaledwie… pięciu oczek. Taki to klimat tej radosnej siódmej Ligi Fanów. I do przerwy potwierdzała się teza, jakoby oba zespoły były na zbliżonym poziomie. Wynik? 1:1. Czy trzeba coś więcej dodawać? Trudno o lepszy dowód na to, że potencjał był wyrównany i nie było między tymi ekipami przepaści.
Jednak co królewskie, to królewskie - z czasem jakość lidera dała o sobie znać i Alash udowodnił wszem i wobec, że jego lokata nie jest dziełem przypadku. Im bliżej było końcowego gwizdka, tym Kazachowie powiększali dystans nad KSD. Finał tej batalii? 7:4 dla lidera. Driperzy z całą pewnością mogą być jednak z siebie dumni, bo pokazali, że daleko im do miana „chłopców do bicia”. Jeśli dalej będą tak grali, z dużą dozą prawdopodobieństwa utrzymają się w lidze, a może nawet pokuszą się o szalony rajd w górę tabeli. Taki scenariusz wcale nie należy do kategorii science fiction.
Do tego spotkania drużyny podchodziły w zupełnie odmiennych nastrojach i sytuacji ligowej. Warsaw Gunners FC potrzebowali punktów, aby oddalić się od strefy spadkowej, natomiast Eagles FC walczyli o utrzymanie miejsca w strefie awansowej i dalszą walkę o promocję do wyższej ligi.
Mecz rozpoczął się bardzo intensywnie z obu stron. Już w pierwszej minucie spotkania „czarni” objęli prowadzenie po świetnej akcji – bramkarz posłał długie, precyzyjne podanie na skrzydło, skąd piłka została dograna wzdłuż pola karnego i skierowana do pustej bramki. Odpowiedź „białych” nie kazała długo czekać. Jan Jabłoński popisał się znakomitym strzałem z rzutu wolnego po ziemi, doprowadzając do wyrównania. W kolejnych minutach inicjatywę przejęli zawodnicy Warsaw Gunners, co przełożyło się na kolejną bramkę. Po przechwycie w środku pola ponownie na listę strzelców wpisał się Jabłoński, wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:1 dla Gunners.
Druga część spotkania rozpoczęła się od przewagi Eagles, jednak zabrakło im skuteczności pod bramką rywala. Na początku tej połowy ponownie trafił Jabłoński, powiększając przewagę swojej drużyny. Niedługo później, po zamieszaniu po rzucie rożnym, Gunners zdobyli kolejną bramkę. Z czasem Kanonierzy zaczęli dominować coraz wyraźniej. Kolejne trafienie padło po szybkim kontrataku, a w 37. minucie dorzucili następną bramkę. Dwie minuty później Javid Suleymanov zdobył jedną z najładniejszych bramek meczu – bezpośrednio z rzutu wolnego z dużej odległości, trafiając po raz drugi dla Eagles. Na odpowiedź Gunners nie trzeba było długo czekać – po dalekim wrzucie z autu świetnie odnalazł się kapitan Arkadiusz Trwoga, który zdobył gola strzałem głową. W końcówce spotkania Gunners dołożyli jeszcze dwa trafienia, ustalając wynik meczu na 9:2.
Patrząc na tabelę, wynik może wydawać się zaskakujący, jednak przez dużą część spotkania gra była wyrównana, a inicjatywa przechodziła z jednej drużyny na drugą. O końcowym rezultacie zadecydowała przede wszystkim skuteczność – Gunners potrafili lepiej wykorzystać swoje okazje, podczas gdy Eagles nie byli wystarczająco efektywni pod bramką rywala.
Ekipa Virtualne Ń po ostatniej kolejce znajduje się na pozycji wicelidera 7. ligi, co zawdzięcza postawie swojego napastnika – Szymona Kolasy – a także piłkarskim bogom. Ci uznali bowiem, że zaczarują metalowe obramowanie bramki Tomasza Gawraczyńskiego. Oba słupki i poprzeczka jak magnes przyciągały piłki uderzane przez Czasoumilaczy, a po każdym trafieniu w aluminium na twarzach widać było zawód, że piłka nie powędrowała parę centymetrów niżej bądź w bok.
Gdy Kolasa i spółka zdobywali kolejne bramki, to noszący niebieskie trykoty rywale klęli na słupkową niesprawiedliwość. Z pewnością był to bardziej wyrównany mecz, niż wskazuje na to wynik końcowy. Na pecha bardzo łatwo zwalać winę, jednak tu trzeba przyznać rację Czasoumilaczom, gdy tłumaczą porażkę właśnie tym argumentem. Nie można jednak odbierać kolejnego dobrego występu zespołowi Virtualne Ń.
Wspomniany Kolasa na pozycji numer 9. spisywał się bardzo dobrze i pokazywał kliniczne wykończenie. Trafił na 1:0, uderzając sprzed pola karnego po wcześniejszym przejęciu piłki i przebiegnięciu z nią niemal całego boiska. Później ukąsił golem na 5:0, prezentując strzał przypominający te oddawane przez legendarnego Ricardo Quaresmę. Pytanie jednak, czy Portugalczyk byłby taki skuteczny na sztucznym boisku AWF-u. A napastnik Virtualnego Ń – jak rozpoczął, tak też zakończył strzelanie golem na 8:4. Kolasa nie grał jednak sam – na listę strzelców wpisywali się także Bartosz Kaca, Filip Giełczewski, Jakub Majewski, Michał Burakowski oraz Marcin Dawydzik. Każdy jednokrotnie.
Czasoumilacze mieli swoje momenty. Fragmentami można było odnieść wrażenie, że to oni grają, a rywal strzela. Przechytrzyć piłkę przyciąganą przez obramowanie bramki udało się czterokrotnie. Mateusz Musiński celnie dobijał właśnie odbitą od słupka piłkę, choć warto pochwalić zawodników za składną akcję, która poprzedzała gola. Krótkie zgranie piłki wykorzystał Dima Rumezhak.
Czasoumilacze podgonili z 5:0 na 5:2, aby później jeszcze raz przycisnąć przy stanie 7:2. Wykorzystana przez Roberta Krzywkowskiego długa piłka, a chwilę później dobitka – po odbiciu od słupka, oczywiście – Piotra Cieślaka to było wszystko, na co mogli sobie pozwolić. Punkty powędrowały do wicelidera.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)