Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 7 Liga
Starcie zamykającego tabelę Tornado Squad z liderem rozgrywek Eagles FC zapowiadało się na jednostronne, jednak gospodarze od pierwszych minut pokazali, że nie zamierzają oddać pola bez walki. Mecz rozpoczął się na korzyść gości, którzy jako pierwsi znaleźli drogę do siatk. Adam Kartaev wykorzystał swoją okazję i pewnym uderzeniem dał Eagles prowadzenie. Odpowiedź Tornado była jednak natychmiastowa. Kilka minut później Arek Sajnog popisał się efektownym strzałem, wyrównując stan meczu i na moment tchnąć w gospodarzy dodatkową energię.
Obie ekipy miały swoje okazje, a tempo spotkania nie zwalniało, jednak jeszcze przed przerwą to Eagles FC odzyskali przewagę. Michał Rybiński dołożył trafienie na 2:1, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie do szatni.
Druga połowa znów zaczęła się pod dyktando lidera. Javid Suleymanov wykorzystał swoją szansę i podwyższył wynik, a Eagles coraz mocniej kontrolowali przebieg meczu. Tornado Squad nie zamierzało się poddawać. Ambitnie walczyli o każdą piłkę i kilkukrotnie próbowali zmniejszyć stratę do jednej bramki. Problem w tym, że za każdym razem, gdy gospodarze łapali kontakt, Eagles szybko odpowiadali kolejnym golem, odbudowując bezpieczną przewagę.
Ten schemat powtórzył się dwukrotnie: Tornado zdobywało bramkę dającą nadzieję, a goście natychmiast ją odbierali skuteczną odpowiedzią. Ostatecznie liderzy tabeli triumfują 7:3 i umacniają swoją pozycję na szczycie 7. ligi. Zawodnikom Tornado Squad, mimo porażki, niewątpliwie należą się brawa za walkę i zaangażowanie.
Spotkanie KK Wataha Warszawa z OldBoys Derby od początku zapowiadało się emocjonująco - obie drużyny sąsiadują w tabeli i walczą o miejsce w top-3 siódmej ligi. Początek należał zdecydowanie do gospodarzy. Już w pierwszej minucie Anass El Ansari wyprowadził Watahę na prowadzenie, wykorzystując wolną przestrzeń między rywalami i trafiając do siatki. Chwilę później swoje bramki zdobywali Hubert Korzeniewski i ponownie Anass, a w ciągu ośmiu minut Wataha prowadziła już 4:0.
Po tym błyskawicznym starcie inicjatywa nieco przygasła, co pozwoliło rywalom wrócić do gry. Maciej Sasal i Jacek Pryjomski odpowiedzieli serią trafień, a w końcówce pierwszej połowy OldBoysi zdobyli jeszcze jedną bramkę, doprowadzając do stanu 4:3. Po świetnym początku Wataha pozwoliła przeciwnikom zbliżyć się bramkowo, a gra zrobiła się stykowa i pełna napięcia.
Po zmianie stron sytuacja na boisku nieco się wyrównała, ale Anass El Ansari szybko skompletował hat-tricka, oddalając Watahę na bezpieczny dystans. Potem zaczęła się wymiana ciosów między bohaterami meczu. Marcin Wiktoruk odpowiadał za bramki gości, a Hubert Korzeniewski, który został MVP spotkania, błyskawicznie odpowiadał trafieniami dla gospodarzy. Bramka za bramką, akcja za akcją, wynik cały czas był bliski, ale skuteczność i wyczucie kluczowych momentów należały do zawodników w czarnych koszulkach.
Na pięć minut przed końcem Wataha prowadziła 7:5. OldBoys zdobyli jeszcze kontaktowego gola, ale nie zdołali już wyrównać. Wataha wygrała 7:6, zdobywając cenne trzy punkty i przeskakując rywali w tabeli, meldując się na trzecim miejscu. Choć goście prezentowali dobrą grę, potrafili utrzymać się w akcjach, a ich ustawienie było solidne, to skuteczniejsza Wataha znalazła momenty decydujące o wyniku i potrafiła je wykorzystać.
Po zeszłotygodniowej wiktorii nad Alashem spodziewaliśmy się, że Skra pójdzie za ciosem i ponownie pokaże się z dobrej strony. Stało się jednak inaczej - goście stawili się na placu w dość eksperymentalnym składzie i zaledwie z jedną zmianą. Gospodarze za to przyszli licznie i już od samego początku narzucali swoje warunki. W efekcie już w 2. minucie oglądaliśmy gola otwierającego autorstwa Filipa Giełczewskiego, a chwilę później Bartosz Kaca dwukrotnie wypracował kolegom sytuacje strzeleckie. Na protokole w roli strzelców zapisali się kolejno Jakub Majewski oraz Szymon Kolasa.
Gościom trudno było poskładać się po tak fatalnym początku, ale w końcu, w 16. minucie, Lewis Onuigbo odnalazł drogę do siatki Virtualnego Ń. Po tym golu inicjatywa zaczęła powoli przechylać się na stronę Skry. Gospodarzom jakby zabrakło pomysłów w ofensywie, za to napastnicy przyjezdnych stawali się coraz groźniejsi. Fortuna sprzyjała jednak drużynie Marka Giełczewskiego - jeszcze przed przerwą udało się podwyższyć prowadzenie do dwóch bramek, choć paradoksalnie po golu samobójczym.
W przerwie goście skutecznie przedyskutowali swoje zaangażowanie, bo po zmianie stron Skra była wyraźnie bardziej aktywna. W 29. minucie dwa szybkie trafienia, najpierw Israela Mipakatahara, a następnie Zemudina Zidane’a, sprawiły, że przewaga Virtualnego Ń stopniała do zaledwie jednego gola. Wyraźnie głodny trafień był też Lewis Onuigbo, który coraz mocniej podkręcał tempo swoich akcji, aż w 38. minucie zdobył bramkę wyrównującą.
Skra nie ustawała w atakach i wydawało się, że w końcu wyszarpie gola dającego prowadzenie, ale gospodarze zachowali zimną krew i nie pozwalali się zaskoczyć. Absolutnie tytaniczną pracę wykonał golkiper zielonych, Jerzy Modzelewski, który kilkukrotnie popisał się fenomenalnymi interwencjami i głównie dzięki jego dyspozycji gospodarze uniknęli straty bramki. Niekwestionowanym bohaterem Virtualnego Ń został w 48. minucie, kiedy przy wyniku 4:4 wygrał sytuację sam na sam.
A koledzy z ataku pięknie mu się odwdzięczyli. W ostatniej minucie meczu na 5:4 trafił Jakub Majewski, a chwilę później zwycięstwo gospodarzy przypieczętował Szymon Kolasa. Virtualne Ń mogło cieszyć się z trzech punktów.
OW ubiegłą niedzielę doszło do starcia pretendenta 7. ligi, a więc ekipy Czasoumilaczy z aktualnym spadkowiczem, drużyną Driperów. Zdecydowanym faworytem, patrząc na dotychczasową dyspozycję, był zespół gości. I bez większego zaskoczenia pewnie wygrał to spotkanie 10:5.
Od samego początku było widać różnicę w sposobie prowadzenia meczu przez oba zespoły. Czasoumilacze grali lepiej, zarówno na płaszczyźnie zespołowej, jak i indywidualnej. Dysproporcja klas była widoczna gołym okiem. Ponadto zawodnicy w niebieskich strojach byli znacznie lepiej ustawieni: każdy znał swoją rolę i wykonywał ją bez zarzutu.
Cała drużyna gości zasługuje na pochwałę, jednak jak zawsze znaleźli się zawodnicy, którzy wyraźnie wybili się ponad resztę. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Mikołaj Kuszka, który rozegrał kapitalne spotkanie. Zanotował 3 gole oraz 2 asysty, pokazując pełną wszechstronność. Gospodarze natomiast nie bardzo wiedzieli, jak przebić się pod bramkę rywala. W ich grze dominował chaos, próbowali opierać się na indywidualnych zrywach i na siłę przedostać pod pole karne przeciwnika, co nie przynosiło efektów.
Było to niezwykle cenne zwycięstwo dla Czasoumilaczy w kontekście walki o fotel lidera z idącymi z nimi łeb w łeb zespołami FC Alash i Eagles FC.
Czasem ważniejsze od tego, jak się kończy, jest to, jak się zaczyna. Takie wnioski można wyciągnąć ze spotkania między warszawskimi kanonierami a Alash FC. Goście zdominowali pierwsze minuty, już na start zdobywając gola na 0:1. Nawet trafienie na 1:1 nie wybiło ich z rytmu - w kolejnych minutach konsekwentnie powiększali prowadzenie. Warsaw Gunners FC próbował zagrozić rywalom głównie za pomocą stałych fragmentów gry, ale było ich zdecydowanie za mało, a goście dominowali kondycją i determinacją dosłownie rzucali się na każdą piłkę stykową. Do przerwy wynik wynosił 2:6 i nic nie wskazywało na to, by losy spotkania miały się odwrócić po zmianie stron.
I faktycznie, gospodarzom nie udało się odrobić strat, choć trzeba przyznać, że po przerwie Kanonierzy wyglądali znacznie lepiej niż na początku meczu. Czy była to zasługa „męskich rozmów”? Nie wiadomo. Pewne było natomiast to, że Alash FC nie było w stanie utrzymać tempa, które samo narzuciło w pierwszej połowie. Z minuty na minutę goście słabli fizycznie i nie byli już w stanie walczyć o każdą piłkę. Jednak bezpieczna, czterobramkowa przewaga z pierwszej odsłony okazała się aż nadto wystarczająca, by dowieźć zwycięstwo do końca.
Warsaw Gunners FC najbliżej urwania punktów był na kilka minut przed końcem, po trafieniu na 4:6, jednak ostatecznie Alash FC wygrał 4:7. Na pochwały szczególnie zasługują Olzhas Zhambil i Yunus Karakaz, którzy byli motorami napędowymi kazachskiej drużyny. Wygrana sprawia, że goście są niezwykle blisko spędzenia zimy na miejscu premiowanym awansem do wyższej ligi, a wystarczy im do tego remis z Czasoumilaczami lub korzystne wyniki w pozostałych spotkaniach. Siódma liga jest tak wyrównana, że nie można wykluczyć żadnego scenariusza.
Warsaw Gunners FC, by "świętować" nowy rok spoza strefy spadkowej, musi zdobyć przynajmniej punkt z Watahą i liczyć na porażkę Skry z liderem.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)