Sezon 2025/2026
Relacje meczowe: 7 Liga
Mecz pomiędzy zespołami Skra Warszawa a KK Wataha Warszawa zdecydowanie zaspokoił kibiców pod względem emocji i dostarczył wyrównanej rywalizacji, dokładnie takiej, jakiej spodziewaliśmy się przed spotkaniem.
Początek meczu był bardzo ostrożny i zachowawczy. Obie drużyny badały się nawzajem, zachowując przy tym odpowiedni spokój i rozwagę w grze obronnej. Pierwsze groźne sygnały chęci zmiany wyniku wyszły od gospodarzy. To oni, głównie za sprawą Lewisa Onuigbo, stwarzali sobie więcej sytuacji bramkowych i pokazali się z nieszablonowej, dynamicznej i zaskakującej strony, grając przez pierwsze 25 minut bez zmian.
Niestety dla nich, świetnie dysponowany w bramce Piotr Szwedo miał swój dzień i nie pozwolił w tej części meczu na utratę żadnego gola. Bezbramkowa połowa dobiegła końca, a na boisko dojechał spóźniony Bartosz Dzikowski, który mocno namieszał i odmienił losy spotkania. To właśnie on rozpoczął strzelanie w drugiej odsłonie meczu, a następnie dołożył jeszcze dwa kolejne trafienia.
Ekipa Skry wyglądała znacznie lepiej pod względem ofensywy, jednak właśnie w spokojnym dla nich momencie przydarzył się najgorszy możliwy scenariusz – czerwona kartka dla Lewisa, zdobyta w bezmyślny sposób. Spowodowała ona, że gospodarze musieli grać w osłabieniu do końca spotkania, co było wodą na młyn dla doświadczonej ekipy Watahy.
Goście, pod przewodnictwem Maćka Lulki, znakomicie wykorzystali przewagę, strzelając o jednego gola więcej. Sam Lulka popisał się hat-trickiem w tej części meczu. Dzięki temu zespół gości zgarnął komplet punktów, a gospodarze mogą tylko pluć sobie w brodę. Mieli mecz w miarę pod kontrolą, lecz niepotrzebna czerwona kartka znacząco utrudniła im pomyślne zakończenie tego pojedynku...
Obie drużyny od początku postawiły na ofensywę, a tempo gry mogło się podobać. Lepiej rozpoczęli gospodarze – już w pierwszych minutach, po faulu w polu karnym, Javid Suleymanov pewnie wykorzystał rzut karny, dając Eagles prowadzenie. Chwilę później wynik podwyższył Michał Rybiński, który najlepiej odnalazł się w zamieszaniu pod bramką rywala.
Gunners nie zamierzali się poddawać i szybko złapali kontakt. Krzysztof Raczyński wykorzystał dokładne podanie Sebastiana Lisockiego, przywracając swojemu zespołowi nadzieję. Do końca pierwszej połowy trwała wymiana ciosów – obie drużyny zdobyły jeszcze po jednym golu, dzięki czemu na przerwę schodziliśmy przy wyniku 3:2 dla Eagles. Choć rezultat wskazywał lekką przewagę gospodarzy, gra była naprawdę wyrównana.
Po zmianie stron obraz meczu jednak się odmienił. Eagles wyszli na drugą połowę z zupełnie nową energią – grali szybciej, dokładniej i z większą agresją w odbiorze. Ich przewagę błyskawicznie potwierdził Denisio Chea, który w krótkim odstępie czasu dwukrotnie pokonał bramkarza Gunners. Goście zdołali jeszcze odpowiedzieć jednym trafieniem, ale nie byli już w stanie zatrzymać rozpędzonych Orłów. W końcówce ponownie błysnął Chea, kompletując cztery gole na swoim koncie i definitywnie przesądzając o losach spotkania.
Ostatecznie Eagles FC zwyciężyli 7:3, potwierdzając świetną formę i pokazując, że zasłużenie znajdują się w czołówce tabeli. Gunners tym razem muszą uznać wyższość rywala – choć do przerwy byli blisko, druga połowa udowodniła, że doświadczenie i skuteczność gospodarzy zrobiły różnicę.
Do pewnego momentu to spotkanie było klasyczną wymianą ciosów. O tym, że zmierzyły się drużyny o bardzo zbliżonym potencjale, świadczy chociażby fakt, że pierwszy gol padł dopiero po siedemnastu minutach gry. Wynik otworzył Nurlykhan Yessenzhan, ale riposta Driperów przyszła błyskawicznie – już chwilę później z dystansu huknął Szymon Celiński.
Sytuacja powtórzyła się w 24. minucie – najpierw dla Alash trafił Yunus Karakaz, a w ostatniej akcji pierwszej połowy wyrównał Jan Strzembosz i na tablicy widniał wynik 2:2.
Po zmianie stron znów pierwsi zapunktowali goście. Madiyar Seiduali popisał się ładną, indywidualną akcją i nie dał szans bramkarzowi Driperów. Tym razem Alash poszedł za ciosem i chwilę później było 2:4 po golu Daniyara Seiduali. Gospodarze odpowiedzieli trafieniem Norberta Gregorczyka, ale już po kolejnej akcji Sebastian Papierz musiał wyciągać piłkę z siatki po strzale Almaza Imangali. W tym momencie gospodarzom skończyły się pomysły na ofensywę, za to Alash atakował coraz śmielej. W 39. minucie trzybramkową przewagę zabezpieczył Nurkhan Abishev. W 43. minucie Wiktor Stojek zmniejszył stratę do dwóch bramek, ale na więcej Driperów nie było już stać tego wieczoru. Goście skutecznie zabezpieczyli tyły, a w 48. minucie gola zamykającego mecz zdobył Yunus Karakaz.
Chwilę później kropkę nad „i” postawił Alizhan Zamirov, a ekipa Alash mogła ponownie cieszyć się ze zwycięstwa i – co najważniejsze – zachowała fotel lidera.
Pewnie wiele osób byłoby zaskoczonych, słysząc, że szorujące po dnie tabeli 7. Ligi Tornado Squad otworzyło wynik meczu z defensywnie usposobionymi weteranami z osiedla Derby. A piłkarze Tornado nie tylko jako pierwsi strzelili bramkę – zrobił to Bartek Stokowiec po asyście Arka Sajnoga – ale przez sporą część, szczególnie pierwszej odsłony zmagań, to właśnie oni byli stroną groźniejszą i przeważającą.
Jednak, jak dobrze wiemy, Oldboys Derby nie zawsze muszą dominować, by wygrywać. I nie inaczej było tym razem. Trzeba im jednak oddać, że akcja bramkowa na 1:1 była naprawdę „palce lizać”. Wszystko rozpoczął Miłosz Suchta, który obsłużył podaniem Marcina Wiktoruka, a ten wspaniale dostrzegł Michała Kurowskiego i umożliwił mu zdobycie bramki. Niedługo później żółto-czerwoni wyszli na prowadzenie w pozornie niegroźnej sytuacji – będąc jeszcze na własnej połowie, Suchta oddał potężny strzał, który zatrzepotał w siatce. Dla Tornado wyrównał wprowadzony z ławki rezerwowych Tomek Wiśniewski, świetnie wychodząc do prostopadłej piłki od Marcina Kusaka. Zdawało się, że do przerwy wynik nie ulegnie już zmianie, lecz na nieszczęście gości ponownie dał o sobie znać duet Kurowski–Wiktoruk.
Po zmianie stron Tornado stale przebywało w okolicach pola karnego rywali, ale kompletnie nie potrafiło sforsować defensywnych zasieków gospodarzy. A takie okazje lubią się mścić – bo potem strzelali już tylko Oldboye. Po dwie bramki zaaplikowali młodemu, stojącemu z konieczności w bramce, Maćkowi Laskowskiemu – Suchta i Kurowski, a w tym samym czasie po graczach Tornado było już widać, że kilku z nich nie ma siły walczyć.
Czy zawiodła mentalność gości, czy raczej był to pokaz doświadczenia i boiskowego sprytu gospodarzy, którzy po prostu wiedzą, jak takie mecze wygrywać? Niezależnie od odpowiedzi – trzy punkty trafiły do Oldboys Derby, a Tornado musiało pogodzić się z czwartą porażką z rzędu.
W 7. lidze, w ramach 6. kolejki, doszło do starcia pomiędzy Virtualne Ń a Czasoumilaczami – meczu, który rozpoczął się bardzo wyrównanie, lecz zakończył wysokim zwycięstwem gości 9:3. Choć wynik może sugerować jednostronne widowisko, przez długi czas spotkanie miało zupełnie inny przebieg.
Gracze Virtualne Ń rozpoczęli mecz w osłabieniu, grając przez blisko połowę pierwszej części o jednego zawodnika mniej, co znacząco utrudniło im zadanie. Mimo to pokazali ogromny charakter i waleczność – potrafili się dobrze zorganizować w obronie, wyprowadzać kontry i doprowadzili do remisu 1:1 do przerwy. Ich zaangażowanie i determinacja zasługują na uznanie, bo przez długi czas skutecznie utrudniali życie przeciwnikom.
Po zmianie stron sytuacja kadrowa się wyrównała, ale wówczas na boisku do głosu doszli Czasoumilacze. Goście prezentowali większą skuteczność, lepsze wyczucie momentu i spokojniejsze rozegranie. Kluczowymi postaciami byli Piotr Cieślak oraz Dominik Sędrowski, którzy wspólnie rozmontowali defensywę rywali. Cieślak imponował wszechstronnością, notując 3 bramki i 2 asysty, natomiast Sędrowski również dołożył 3 gole i 2 asysty, będąc motorem napędowym większości ofensywnych akcji.
W drugiej połowie Czasoumilacze całkowicie zdominowali rywala, wykorzystując każdy błąd i zmęczenie gospodarzy. Virtualne Ń walczyli do końca, jednak różnica w skuteczności była zbyt duża, by myśleć o korzystnym wyniku.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)