RAPORT MECZOWY! 7. KOLEJKA - SEZON 24/25
W minioną niedzielę uwagę przykuły drużyny, na których wielu stawiało już kreskę. Ekipy z dolnych rejonów tabeli wreszcie złapały wiatr w żagle i odbiły się od dna, osiągając wyniki, które mogą okazać się kluczowe dla dalszego przebiegu sezonu. Bo choć do końca tej rundy zostały tylko dwa mecze, to przed nami jeszcze cała wiosna, więc wszystko jest jeszcze możliwe.
Ostatnia niedziela, chociaż mroźna, to dla wielu drużyn okazała się bardzo szczęśliwa. To dobrze, bo to tak naprawdę ostatni moment w tej rundzie, żeby wziąć się za punktowanie. Kto wreszcie wystrzelił z formą? O szczegółach dowiecie się z relacji naszych koordynatorów.
Spotkanie pomiędzy drugą a trzecią ekipą Ekstraklasy to szlagier, na jaki od rana czekało wielu kibiców zgromadzonych na arenie AWFu. Wieloletni mistrz i tryumfator naszych rozgrywek, podejmował Ogień Bielany, drużynę która z przytupem wkroczyła na mapę piłkarskiej Warszawy. Początek spotkania zdecydowanie dla gości, którzy ku zaskoczeniu wszystkich, szybko objęli wysokie prowadzenie. Osłabieni gracze Tura nie mieli argumentów, by się przeciwstawić. W brance gospodarzy rozpoczął Paweł Sobolewski, który dwoił się i troił, by zatrzymać zmasowane ataki drużyny przeciwnej. Niestety dla niego na nic się to zdało. Wszystko dzięki kapitalnej dyspozycji Ognia Bielany. Młodzi zawodnicy gości szybko zbudowali sobie bezpieczną przewagę i nieprzerwanie kontynuowali ataki na bramkę Tura. Gospodarze przebudzili się dopiero przy wyniku 0:7, jednak przewaga jaką wypracował sobie Ogień, była na tyle duża, że utrata 3 bramek nie powodowała nerwowych ruchów w zespole gości. Ostatecznie na przerwę schodziliśmy przy wyniku 3:10. Po zmianie stron ekipy urządziły sobie prawdziwy festiwal strzelecki. Ponownie przewagę w tej odsłonie mieli goście, jednak w drużynie Tura z dobrej strony pokazali się Kamil Majorek oraz Bartosz Salamon. Gdyby nie ich dwójkowe akcje, bilans zdobytych bramek w drużynie Tura byłby mizerny. W obozie Ognia Bielany wszyscy zawodnicy prezentowali się znakomicie, jednak na pochwalę zasługują Karol Gozdalik i Mateusz Michalski, którzy we dwójkę rozbijali obronę oponentów. Spotkanie ostatecznie zakończyło się wynikiem 6:15. Jesteśmy przekonani, że kolejna utrata punktów przez TUR Ochota podziała na nich mobilizująco i już za tydzień chłopaki zagrają z chłodną głową, a przede wszystkim w pełnym składzie do arcyciekawego spotkania z Gladiatorami. Jeżeli chodzi natomiast o Ogień Bielany, był to jasny sygnał, że celują w tym roku w podium i grę o najwyższe cele.
Mecz o sześć punktów – tak śmiało możemy określić spotkanie pomiędzy MKS Piaseczno oraz Explo Team. Obydwie drużyny słabo punktują w tym sezonie i znajdują się w dolnych rejonach ligowej tabeli. Drużyna gospodarzy od początku sezonu przeżywa problemy kadrowe i widoczne to było także tym razem. Przez pierwszych kilka minut chłopaki zmuszeni byli grać o jednego mniej i taki stan rzeczy wykorzystali rywale, którzy objęli dwubramkowe prowadzenie. Chwilę potem dojechał już kolejny zawodnik, ale nawet grając w komplecie gospodarze stracili następną bramkę. Od tego momentu mecz się wyrównał a z biegiem czasu coraz więcej do powiedzenia mieli zawodnicy z Piaseczna, którzy najpierw z rzutu wolnego a następnie z akcji, pokonali bramkarza rywali i zmniejszyli straty do jednej bramki. Więcej goli w tej odsłonie nie wpadło i do przerwy było 2:3. Rozpędzeni gospodarze już na początku drugiej połowy zdołali wyrównać i wydawało się, że są na dobrej drodze do objęcia prowadzenia. Jednak nic z tego nie wyszło. W kolejnych minutach koncertowo zagrali rywale, którzy aż trzykrotnie trafili do bramki. Młodzi reprezentanci MKS-u próbowali odmienić losy spotkania, lecz mimo zdobycia dwóch bramek, nie zdążyli tego uczynić. Ostatecznie Explo Team pokonał MKS Piaseczno 6:5 i dopisało sobie drugi komplet punktów w tym sezonie.
Co by nie mówić, przed rozpoczęciem meczu faworyt tego starcia był wszystkim doskonale znany i była to drużyna Otamanów. Obecny lider Ekstraklasy idzie na razie przez ligę jak burza, a oprócz jednego remisu wygrywa oni spotkanie za spotkaniem. Contra natomiast dalej szuka swojej formy, okupując dolną część tabeli. I niestety dla postronnego widza, ten mecz był pod całkowitą kontrolą gospodarzy. O ile w pierwszej połowie raptem trzy gole autorstwa Vitalii Yakovenko jeszcze dawały jakieś szanse gościom, o tyle w drugiej, gdy dołożyli oni kolejne cztery trafienia, rezultat meczu był przesądzony. Co by nie mówić, goście dali z siebie wszystko. Strzelili nawet jednego gola, którego autorem był Mateusz Tumulec, ale na rozpędzoną drużynę Otamanów to nie wystarczyło. Faworyci są bowiem obecnie w tak wysokiej dyspozycji, że eliminują każdego kolejnego rywala, dlatego z niecierpliwością czekamy na ich następne starcia. Jeśli chodzi o przegranych, naprawdę z całego serca życzymy im pierwszych punktów jak najszybciej, gdyż nawet w tym meczu gra nie była wcale taka zła. Mieli oni kilka składnych akcji oraz groźnych strzałów na bramkę, lecz niestety po drugiej stronie była drużyna, będąca obecnie w swoim prime timie, na którą trzeba zagrać perfekcyjne zawody, by myśleć o zdobyczy punktowej. Jeżeli Contra co mecz będzie zbierać swój najlepszy skład, to jesteśmy pewni, że te pierwsze punkty wreszcie nadejdą!
Patrząc na potencjał sportowy obu ekip, nikt nie przypuszczałby, że ten mecz może mieć tyle dramaturgii. Jednak pierwsze minuty mogły wprowadzić w osłupienie i postawić pytanie, kto tutaj jest aktualnym vice mistrzem Ligi Fanów. Goście w niedzielę mieli w swoich szeregach Adama Matejaka i to ten zawodnik w pierwszej odsłonie zdecydowanie zrobił różnicę na boisku. Alpan grał niemal perfekcyjnie w obronie, nie dając dojść do klarownych sytuacji swoim rywalom. Tacy gracze jak Karol Bienias czy Krystian Nowakowski nie mieli miejsca, by się rozpędzić a strzały jakie oddawali albo bronił Piotr Koza albo lądowały daleko od bramki przeciwnika. Za to kontry gości były zabójcze i wynik do przerwy mógł nie tylko zaskoczyć, ale nikt kto zna realia ligi, nie uwierzyłby w taki scenariusz. Po 25 minutach było 0:5! Przez całą pierwszą połowę EXC nie zdobyło żadnej bramki! Przerwa podziałała mobilizująco na gospodarzy. Na drugą połowę wyszli niczym lwy, rzucające się na swoją ofiarę i błyskawicznie odrobili niemal całą stratę. Mozolnie budowane ataki i tempo jakie narzucili, było niesamowite. Gdy wydawało się, że po heroicznej pogoni mają to, czego chcieli, czyli prowadzenie, po raz kolejny obudził się Alpan. Ponownie zaczął dobrze bronić a piłka jak zaczarowana przelatywała obok bramki Piotra Kozy. Goście po kontrze wyrównują stan meczu na 7:7. Do końca pozostają trzy minuty. W piłce szóstkowej to szmat czasu, ale gdy nie idzie, wydaje się że remis będzie sprawiedliwy. Wówczas Janek Grzybowski bierze piłkę, drybluje, aż wreszcie precyzyjnym strzałem na osiem sekund przed końcowym gwizdkiem strzela bramkę na wagę trzech punktów. Kto nie widział tego meczu na żywo, to polecamy aby obejrzeć go na VEO. W naszej ocenie lepszy niż nie jedno spotkanie w naszej rodzimej Ekstraklasie.
Ten, kto postanowił na żywo obejrzeć ten mecz, na pewno wyszedł usatysfakcjonowany z Areny AWF. Obie ekipy stworzyły bowiem kapitalne widowisko. Początek to gapiostwo gospodarzy, którzy zostawili niemal całą wolną przestrzeń w środku pola, a Bartek Gwóźdź nie miał litości i z dystansu strzelił pierwszego gola. Zanim gracze Browarka się rozkręcili, było już 0:3 a przecież z takim rywalem odrabiać straty jest piekielnie trudno. Jednak gospodarze nie zamierzali odpuszczać i jeszcze w pierwszej połowie złapali kontakt, dający nadzieję na dobry wynik. W defensywie skutecznie prezentował się Jakub Staros, a z przodu na wyróżnienie zasługiwali Mariusz Chmielewski i Szymon Dąbrowski. Ofensywę dobrze również wspierał Moatasem Aziz. To jednak wystarczyło tylko na wynik 2:4 po 25 minutach rywalizacji. Po zmianie stron Gladiatorzy mądrze trzymali piłkę, a swoje zagrania firmowe serwował Tomasz Pietrzak, który wchodził do środka stwarzając dogodne sytuacje kolegom. Solidnie grali także Mariusz Zalewski i Adrian Giżyński. Ten drugi harował niemal non stop i był zawodnikiem, który chyba zrobił najwięcej kilometrów na boisku. Browarek próbował strzałów z dystansu, na czele z własnym bramkarzem, ale Bartek Gwóźdź łapał wszystkie piłki i z tego tytułu nie było specjalnego zagrożenia. Przy dość znacznym prowadzeniu faworytów, gospodarze zaczęli grać skuteczniej i w końcówce zniwelowali straty do jednego trafienia. Na więcej zabrakło czasu i mecz zakończył się wynikiem 5:6. Dla Gladiatorów to cenne trzy punkty z mocnym rywalem, a Browarek musi spokojnie podejść do kolejnych spotkań, bo nadal może pokusić się o dobre miejsce w tym sezonie, mając w zanadrzu całą rundę rewanżową.
Drużyna KSB Warszawa do kolejnego spotkania w Lidze Fanów przystępowała z kompletem zwycięstw. Ich przeciwnicy, Husaria Mokotów, od trzech kolejek nie zdobyła żadnego punktu i na pewno liczyła na przełamanie w tej kolejce. Mecz lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy już w 2 minucie wyszli na prowadzenie. Po stracie bramki do ataku ruszyli goście, ale na ich przeszkodzie stał dobrze dysponowany tego dnia Cezary Wachnik. Kolejne celne trafienie widzieliśmy dopiero po upływie kwadransa gry i ponownie było ono autorstwa gospodarzy. Mimo kilku dobrych sytuacji w pierwszej połowie, wynik nie uległ już zmianie i na przerwę drużyny schodziły z dwubramkowym prowadzeniem KSB. Druga odsłona przyniosła nam o wiele więcej emocji. Najpierw bramkę kontaktową zdobyli goście, ale dwie minuty później ponownie do siatki trafił Maciej Grabicki i jego drużyna odskoczyła na odległość dwóch trafień. Lada moment obydwie drużyny dorzuciły po jednym trafieniu i na 10 minut przed końcowym gwizdkiem sędziego mieliśmy 4:2. Na kolejną bramkę gospodarzy dwa razy odpowiedzieli zawodnicy Tomka Hubnera, co zapowiadało bardzo interesującą końcówkę. Chwilę przed końcem meczu zawodnicy KSB ponownie zwiększyli dystans, jakkolwiek ostatnie słowo należało do Janka Grzybowskiego, którzy strzelając piękną bramkę ustalił wynik na 6:5 dla KSB Warszawa. Drużyna ta odniosła kolejne zwycięstwo i pewnie przewodzi w ligowej tabeli. Dla zawodników Husarii Mokotów to już czwarta porażka z rzędu, a skutkiem tej serii jest obecność w strefie spadkowej.
Drużyna Fair Partner w ostatniej kolejce musiała uznać wyższość swoich przeciwników. Dla drużyny KSB Warszawa to było drugie spotkanie tej niedzieli i po ciężkim boju z Husarią, ich dyspozycja była wielką niewiadomą. Od początku mecz był bardzo wyrównany i mimo kilku sytuacji bramkowych, wynik nie ulegał zmianie. Po upływie ponad dziesięciu minut rezultat otworzyli goście, którzy wykorzystali grę w przewadze jednego zawodnika. Chwilę później grający w komplecie gospodarze zdołali wyrównać i mecz rozpoczął się na nowo. Pod koniec pierwszej połowy ostatnie celne trafienie w tej części zaliczyli goście i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 1:2. Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy zawodnicy z Ukrainy zdołali wyrównać, ale kolejne minuty wyraźnie należały do KSB, który trzykrotnie pokonał golkipera przeciwników i był to kluczowy moment spotkania. Do końca meczu zawodnicy prowadzeni przez Michała Tarczyńskiego kontrolowali przebieg boiskowych wydarzeń. Na straconą bramkę szybko odpowiedzieli kolejnym trafieniem i ostatecznie wygrali 7:4. Było to drugie zwycięstwo tej drużyny w niedzielę, dzięki czemu ich przewaga w ligowej tabeli wzrosła do pięciu punktów. Dla drużyny Fair Partner to druga porażka z rzędu i przełamania trzeba poszukać następnej serii gier.
To mógł być dobry mecz, gdyby nie okoliczności, które spowodowały, że to spotkanie rozpoczęło się po pięciu zawodników w polu, a kończyło w czterech, co było trochę groteskowe. Z jednej strony gospodarze, którzy mieli mecz na Bemowie i spóźnili się około 20 minut, z drugiej goście, którzy dysponowali wąską kadrą, po czym w końcówce dwóch graczy również pojechało grać w innej lidze. Trudno tutaj mówić o czyjejś winie, tak się po prostu złożyło, chociaż wiemy, że gracze Husarii byli niezadowoleni, aczkolwiek nawet w Playarenie czeka się 15 minut na rywala. Co do samego meczu, to pierwsza połowa to zabawa graczy Volkswagena, którzy powstrzymywali się, by nie wyrządzić zbyt dużej krzywdy rywalom. W drugiej odsłonie niektórzy już nie grali, niektórzy się bawili, a Husaria mimo to zmniejszyła delikatnie dystans do rywala. Ostatecznie wynik 11:5 do statystyk, bo takich spotkań na poziomie pierwszej ligi wolelibyśmy raczej nie oglądać.
Ukranian Vikings, choć nie był faworytem starcia z Impulsem, to w tym sezonie już nie raz pokazał, że jest niewygodnym rywalem. Nie zamierzał zatem łatwo oddać punktów i już początek pokazał, że faworyci będą musieli wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności, by tutaj wygrać. Po kilku minutach było 0:2 i lepiej nie dało się tego rozpocząć. Impuls potrafił jednak szybko odpowiedzieć. Od stanu 2:2 przejął inicjatywę i wyszedł na prowadzenie. Bramkarz gospodarzy znakomicie uderzył z dystansu i mieliśmy na finiszu pierwszej połowy 3:2. Goście mieli przestój w grze, który wykorzystali rywale. Gdy wydawało się, że premierowa odsłona zakończy się jednobramkową różnicą, Impuls wykorzystał błąd w obronie Vikingów i podwyższył wynik. Druga połowa rozpoczęła się znakomicie dla teamu Bohdana Ivaniuka. Dwie bramki szybko ustawiły dobry wynik dla Impulsu. Goście jednak po słabszym okresie nie poddali się. Przy stanie 6:3 potrafili wrócić do gry i zaczę.li odrabiać straty. Gospodarze nie dowierzali, że tak łatwo wypuścili z garści dobry wynik, aczkolwiek przy stanie 6:6 zadali - wydawało się - decydujący cios. Przy stanie 7:6 prowadzący mieli jeszcze trzy znakomite szanse, by zamknąć to spotkanie. Najpierw z bliska nie trafili do pustej bramki, za chwilę trafili w słupek, aż wreszcie zmarnowali wyśmienitą kontrę. Jak mawia klasyk niewykorzystane szanse lubią się mścić i tak było w tym przypadku. Ostatnia akcja Vikingów i strzał, który dał remis gościom, kończąc to znakomite i dramatyczne widowisko. Brawa dla ekipy w białych trykotach, bo mimo że nie szło, to walczyli do końca o punkty. Impuls w tym sezonie końcówki meczów zwykle rozstrzygał na swoją stronę, ale tym razem sam zasmakował straty punktów w taki właśnie sposób.
W meczu 7. kolejki 2. ligi spotkały się zespoły Orzełów Stolicy oraz FC Niko UA, zajmujące odpowiednio 5. i 4. miejsce w tabeli. Pierwsza połowa była kontrolowana przez gości, którzy w 15. minucie objęli prowadzenie po pięknym strzale zza pola karnego autorstwa Rykalova. Kilka minut później, w 20. minucie, Foroshchuk rozegrał efektowną akcję z Zaiachukiem, co pozwoliło na podwyższenie wyniku na 2:0. Orły Stolicy starały się odpowiedzieć, ale ich ataki były skutecznie neutralizowane przez obronę gości. Tuż po przerwie, Foroshchuk wykorzystał błąd w ustawieniu muru gospodarzy i trafił z rzutu wolnego, podnosząc wynik na 3:0. Jednak jakiś czas później gospodarze zaczęli odrabiać straty. W 38. minucie Adam Wownysz otworzył konto bramkowe Orzełów Stolicy, trafiając na 1:3. Zaledwie dwie minuty później, Jan Wnorowski po doskonałym podaniu Tomasza Czerniawskiego zdobył drugą bramkę dla gospodarzy, przywracając nadzieję swojej drużynie. Goście zdołali jednak powstrzymać bramkowy marsz oponentów i ponownie zwiększyli dystans. Orzeły Stolicy nie dawały za wygraną – dwukrotnie asystujący wcześniej Tomasz Czerniawski wpisał się na listę strzelców, zmniejszając różnicę na 3:4. FC Niko UA zdołali jednak po raz kolejny przechylić szalę na swoją stronę, zdobywając piątego gola, który okazał się decydujący. W końcowych minutach gospodarze potrafili jeszcze raz znaleźć drogę do bramki rywali, zmniejszając stratę na 4:5, ale czasu na wyrównanie zabrakło. Spotkanie zakończyło się bliskim wynikiem, a obie drużyny zaprezentowały ambitną grę, w której to jednak FC Niko UA okazało się odrobinę lepsze i odniosło cenne zwycięstwo.
W 7. kolejce 2 Ligi Fanów zmierzyły się ze sobą zespoły Dziki Młochów (7. miejsce) i Agape Team (3. miejsce), przy czym na papierze to goście byli wyraźnym faworytem. Mecz od początku dostarczał emocji, a Agape szybko objęło prowadzenie po błędzie bramkarza Dzików, gdy Patryk Żuber przejął niecelne podanie i bez problemu umieścił piłkę w siatce. Na odpowiedź gospodarzy nie trzeba było długo czekać – Herasymiuk, po świetnie wykonanym rzucie rożnym, uderzył z główki i doprowadził do remisu. Kolejne minuty pierwszej połowy to prawdziwy popis ofensywy Dzików. Michał Śpiewak dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, a następne trafienia sprawiły, że wynik zmienił się na 5:1 dla Arka Żyznowskiego i spółki. Agape, mimo dobrego początku, zaczęło tracić tempo i musiało grać bez zmian, co szybko dało się we znaki. Mimo wysokiej przewagi Dzików, goście nie zamierzali się poddawać. Jeszcze przed przerwą udało im się odpowiedzieć i zmniejszyć stratę do 5:2. Po przerwie Agape ruszyło do ataku – Bartek Sobczyk popisał się fantastycznym strzałem w samo okienko, a Martynov wykorzystał podanie Szajkowskiego, zmieniając wynik na 5:4 i przywracając nadzieje gości na powrót do gry. Jednak Dziki nie zamierzały oddać prowadzenia, a kolejno zdobyte gole podniosły wynik do stanu 8:4. Pod koniec meczu Żuber z Agape po raz drugi wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik na 8:5. Ostatecznie to Dziki Młochów zwyciężyły, zdobywając cenne punkty w wyrównanym, pełnym zwrotów akcji spotkaniu.
Derby dolnej części tabeli czyli Korsarze vs FC Zoria Streptiv, okazały się pełne emocji i zwrotów akcji. Mecz nie miał wyraźnego faworyta, co przełożyło się na wyrównaną i zaciętą rywalizację, w której każda bramka mogła przesądzić o końcowym wyniku. Już na początku spotkania Korsarze objęli prowadzenie po celnym strzale Jakuba Łojka, który skutecznie wykończył podanie od Chrapowickiego. FC Zoria Streptiv odpowiedziała chwilę później – Zurabi Saginadze błyskawicznie wyrównał, dając znak, że to nie będzie jednostronny mecz. Korsarze ponownie wyszli na prowadzenie po bramce Sobieszka, który wykorzystał asystę Łojka, ustalając wynik na 2:1. Jednak FC Zoria Streptiv nie zamierzała rezygnować. Saginadze ponownie wpisał się na listę strzelców, wyrównując na 2:2, a chwilę później zdobył swoją trzecią bramkę, wyprowadzając Zorię na prowadzenie, tuż przed końcem pierwszej połowy. Po przerwie Korsarze ruszyli do ataku. Na 3:3 wyrównał Chrapowicki po podaniu Kowalewskiego, co tchnęło nowe siły w drużynę. Chwilę później Jan Jabłoński dał Korsarzom prowadzenie 4:3, a na 5:3 podwyższył Zalewski po kolejnej asyście Łojka. FC Zoria Streptiv nie zamierzała odpuszczać i Saginadze po raz czwarty tego dnia znalazł drogę do siatki, zmniejszając stratę do jednego gola. Ostatecznie, po pełnym emocji meczu, Korsarze zwyciężyli 5:4. Na szczególne wyróżnienie zasłużyli Jakub Łojek, który zdobył bramkę i zanotował aż trzy asysty oraz Zurabi Saginadze z FC Zorii Streptiv, który popisał się aż czterema trafieniami. Ci dwaj zawodnicy grali pierwsze skrzypce w swoich drużynach i wzięli udział przy większości trafień, a ich umiejętności były ozdobą tego niesamowicie widowiskowego spotkania.
Kryształ Targówek w poprzednim sezonie dominował w trzeciej lidze, a teraz wyniki są o wiele słabsze. Mimo to nadzieje związane z wygraną nad UEFA MAFIA były spore. Początek spotkania wskazywał, że o realizację celu może być ciężko. Dwie szybko stracone bramki potwierdzały nie za wysoką formę zespołu z Targówka. Jednak gospodarze potrafili się przebudzić i nawet w pewnym momencie doprowadzili do remisu. Goście jednak szybko potrafili odskoczyć i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 2:5. Po zmianie stron większość kibiców ekipy Kacpra Romanowskiego liczyła na odrodzenie tego zespołu. Było jednak odwrotnie a szybko strzelane bramki przez team z Ursynowa kompletnie rozjechały to spotkanie. Emocje zaczęły się dopiero, jak trener gości skończył pić napój i zaczął eksperymentować ze składem. Od stanu 4:9 padły trzy gole dla Kryształu i zrobiło się lekko nerwowo w obozie gości. Wynik 7:9 już nie był taki komfortowy, a w perspektywie pozostawało jeszcze kilka minut. Niestety dla gospodarzy pogoń okazała się bezskuteczna i rezultat 8:10 - patrząc na całe spotkanie - nie do końca oddaje, jak prezentowały się obydwa zespoły. UEFA MAFIA lubi dominować, ale lubi także nonszalancko tracić przewagę, co w tej lidze jeszcze uchodzi płazem, lecz zapleczu ekstraklasy tak już nie będzie. Kryształ obecnie jest w strefie spadkowej i nie ma co ukrywać, że to spore zaskoczenie, patrząc jak ten zespół prezentował się w poprzedniej kampanii.
Sirius, czyli jak do tej pory niekwestionowany lider 2. ligi, podejmował Husarię Mokotów III o wieczornej porze na piłkarskim AWF-ie. Ekipa Tomka Hubnera, po nieoczekiwanym zwycięstwie z zespołem Niko, zapewne liczyła na to, że dobra passa jeszcze potrwa, natomiast drużyna gospodarzy miała na ten dzień inne plany. Pierwsza odsłona tego pojedynku była dosyć wyrównana. Gospodarze jako pierwsi wyszli na prowadzenie, a późniejsza wymiana ciosów spowodowała, że rezultat, jaki mieliśmy do przerwy to 3:2. Druga połowa była kompletnie inna niż pierwsza. Sirius, mocno podrażniony tym, co stało się w pierwszych 25 minutach, w drugiej połowie chciał pokazać, komu należą się trzy punkty w tę niedzielę. Parshyn, czyli autor hattricka dla zespołu Sirius, to MVP tego spotkania. Wyróżniał się on na tle kolegów skutecznością i łatwością, z jaką dochodził do kolejnych sytuacji strzeleckich. Drużyna z Mokotowa, pojedynczymi zrywami próbowała odrabiać straty, lecz jak to mówią, coś tego dnia nie zagrało i musieli uznać wyższość swoich rywali. Sirius tym samym wciąż plasuje się na miejscu pierwszym. Husaria natomiast w strefie spadkowej musi pilnie szukać punktów w kolejnych starciach, bo rywale niedługo zaczną odjeżdżać, a to może oznaczać mroźną zimę w warszawskiej dzielnicy Mokotów.
Drużyna Husarii Mokotów II mimo tylko jednej porażki w tym sezonie, zajmuje miejsce w środkowej części ligowej tabeli. To efekt aż trzech remisów, przez które kilka punktów uciekło. Drużyna Perły WWA do tej pory zdobyła tylko pięć oczek i znajduje się w strefie spadkowej. Początek spotkania był bardzo spokojny i mimo kilku sytuacji bramkowych wynik ani drgnął. Bardziej aktywni w ofensywie byli gospodarze, lecz przez długi czas nie potrafili znaleźć drogi do bramki oponentów. Po upływie prawie kwadransa mieli na to doskonałą szansę, ale piłka po ich strzale wylądowała na słupku. Pod koniec pierwszej połowy spotkania w końcu nastawili swoje celowniki i strzelając dwie bramki ustalili wynik tej części na 2:0. To napędziło ich akcje ofensywne, czego efektem były szybko strzelone kolejne cztery bramki. Posiadając bardzo dużą przewagę, faworyci mniejszą uwagę przywiązywali do działań defensywnych, dzięki czemu goście dwukrotnie zapisali się do protokołu. Zawodnicy z Mokotowa nie pozostali dłużni i dorzucając kolejne trzy bramki ustalili wynik na 9:2. Husaria Mokotów II dopisuje sobie kolejne trzy punkty w ligowej tabeli. Dla Perły WWA to kolejna porażka, ale w pierwszej połowie ta ekipa grała jak równy z równym. Niestety wszystko posypało się na starcie drugiej odsłony i z tego marazmu nie udało się już wykaraskać.
Wiele łączy ekipy Deluxe Barbershop oraz Graczy Gorszego Sortu. Nie da się ukryć, że jedni i drudzy mają ogromny potencjał, natomiast wszystko zależy od tego, jakim składem dysponują. Jeśli dobrym, to na poziomie 3 ligi mogą pokonać każdego, co udowodnili już nie raz. W niedzielę po obydwu stronach na pewno zabrakło kilku ważnych graczy, ale i tak obejrzeliśmy niezłe, trzymające w napięciu do samego końca spotkanie. Zaczęło się od szybkiego gola Saida Aliyeva, lecz przeciwnik błyskawicznie odpowiedział i właśnie w tym rytmie toczyła się pierwsza połowa. Przez dłuższą część czasu, to GGS gonił przeciwnika, ale przy stanie 2:2 to on zdobył gola, ale radość z prowadzenia trwała krótko, bo lada moment samobója zaliczył Maciek Chojnacki. Ostatecznie premierowa odsłona zakończyła się minimalnym prowadzenie podopiecznych Adriana Kanigowskiego, aczkolwiek Barberzy mieli idealne okoliczności, by na przerwę zejść z remisem, lecz Raul Mammadov nie zmieścił piłki w pustej bramce. Druga połowa była równie zacięta co pierwsza. Zaczęło się od błędu golkipera GGSu, Norberta Skórskiego, który wykorzystał Said Aliyev. Błyskawicznie odpowiedział z rzutu wolnego Kostiantyn Didenko, a potem prowadzący mieli jeszcze dwie doskonałe okazje, by podwyższyć stan posiadania, lecz kapitalnie bronił Cavid Atakishiyev. Niewykorzystane sytuacje zemściły się, bo za chwilę doświadczyliśmy zmiany wyniku na 5:5, lecz dwa ostatnie ciosy wyprowadzili goście, a konkretnie dobrze rozumiejący się duet Kostiantyn Didenko & Mateusz Grabowski. Barberzy nie mieli już sił, by odpowiedzieć i mimo, iż byli równorzędnym przeciwnikiem, to musieli pogodzić się z porażką. Gdyby skończyło się remisem, to pewnie nikomu krzywda by się nie stała. Jeśli chodzi o GGS, to abstrahując od wyniku, lekki cień na ich sukces położyło zachowanie wspomnianego Mateusza Grabowskiego, który wielokrotnie hasłami w stylu „wyjmuj” i temu podobnym, chciał chyba komuś coś udowodnić. Radzimy, by zajął się grą w piłkę, co zresztą nieźle mu wychodzi, bo następnym razem tego typu odzywek nie pozostawimy bez reakcji.
W kolejnym spotkaniu 3 ligi, Ternovitsia podejmowała outsidera ligi, czyli drużynę Laga Warszawa. Gospodarze okupowali przed tą kolejką lokatę w środku tabeli, goście natomiast są na ostatniej pozycji w tabeli, z dorobkiem zaledwie punktu. Mecz dość nieoczekiwanie lepiej rozpoczęli goście i już po kilku minutach prowadzili 0:1. Taki rezultat nie utrzymał się długo, bo gdy gospodarze wrzucili wyższy bieg, szybko wyrównali. Od wyniku 1-1, Ternovitsia zdecydowanie przejęła kontrolę nad meczem, faworyci przeważali w każdym elemencie i szybko zbudowali sobie kilkubramkową zaliczkę. Goście mieli problem z konstruowaniem akcji, a gdy już tylko coś się zazębiało, świetnie interweniował golkiper oponentów, Vasyl Borys. Przy wyniku 4:1 Laga na chwilę przejęła inicjatywę, co przyniosło trafienie Szymona Maszkiewicza. Na przerwę schodziliśmy jednak przy wyniku 5:2, bo pięknym uderzeniem popisał się Taras Kushnir. Po zmianie stron gospodarze kontrolowali przebieg spotkania, a od stanu 6:3 już tylko oni zdobywali bramki. Ladze Warszawa nic nie wychodziło, widać było spore zmęczenie, a dodatkowo grali do końca spotkania bez zmian, bo ich nominalny rezerwowy nabawił się groźnie wyglądającej kontuzji. W ekipie gospodarzy wyróżniał się Oleksandr Horbei, który świetnie odnajdował się na boisku i brał udział w większości akcji ofensywnych swojej drużyny. Mecz ostatecznie kończy się wynikiem 10:3 i trzeba przyznać, że to najniższy wymiar kary, jaką zgotowali w niedzielny wieczór zawodnicy Ternovitsii. Dzięki wygranej gospodarze mogą zapisać na swoje konto kolejne trzy punkty, które sukcesywnie pchają drużynę w górę tabeli. Laga Warszawa musi szybko pomyśleć, jak zmienić swoją sytuację. Goście do bezpiecznego miejsca w tabeli tracą już sześć oczek, co z pewnością wpływa na morale całej drużyny.
Mecz pomiędzy Dzikami z Lasu a Sante zakończył się zdecydowanym zwycięstwem gospodarzy, którzy wygrali 15:6. Spotkanie od samego początku było pod kontrolą Dzików, które zdominowały rywali zarówno pod względem tempa gry, jak i skuteczności w ataku. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 9:3 na korzyść Dzików. Gospodarze szybko przejęli inicjatywę, zdobywając bramkę już w pierwszych minutach. Ich ofensywa działała bezbłędnie, a szybkie kontrataki i precyzyjne wykończenia pozwoliły zbudować solidną przewagę. Sante starało się odpowiadać, ale ich ataki były rozbijane przez dobrze zorganizowaną defensywę Dzików. Druga połowa zaczęła się od odważniejszych prób Sante, jednak gospodarze nie pozwolili na odwrócenie wyniku. Kolejne trafienia były formalnością. Skutecznie wykorzystywali oni każdy błąd rywala. Najbardziej dokładny w tym elemencie był Igor Ruciński, wpisując się aż 9 razy na listę strzelców! Mimo, iż Sante zdobyło jeszcze 3 bramki, różnica w umiejętnościach i organizacji gry była wyraźnie widoczna. Dzięki świetnej ofensywie i solidnej obronie, gospodarze zakończyli mecz z wynikiem 15:6, zasłużenie sięgając po wysokie zwycięstwo.
Nie było niemal żadnych przesłanek, że BM może mieć jakieś problemy z Warszawską Ferajną. Co prawda Ferajna potrafiła pokonać Sante czy Perłę, ale to były jednak zespoły z dołu tabeli, natomiast BM był liderem, z zaledwie jedną wpadką na koncie. To spotkanie nie było jednak jednostronne. Co więcej – kto wie, jak by się zakończyło, gdyby potrwało trochę dłużej. Zanim jednak doszło do nerwowej końcówki, to po pierwszej połowie BM prowadził 2:0. Ferajna do pewnego momentu dobrze się trzymała, a nawet gdy obrońcy zawodzili, to za ich plecami pewnie spisywał się Sebastian Bichta. W końcu jednak dwie dwójkowe akcje na linii Yeuhen Mushnin – Oleksandr Smoliar spowodowały, że faworyt miał to, co chciał. W drugiej odsłonie Warszawska Ferajna nie miała już czego bronić i była zdecydowanie bardziej aktywna. Początkowo nic nie chciało wpaść, aż wreszcie w 35 minucie Danylo Artemenko dał się zaskoczyć i w sumie do tej pory nie wiadomo, kto tę bramkę zdobył – czy dośrodkowujący Sebastian Bichta, a może Wiktor Kozłowski, który zaabsorbował uwagę golkipera rywali. Nie było to jednak najważniejsze. Należało jak najszybciej ustawić piłkę na środku boiska i szukać kolejnego trafienia. Było tego blisko, bo raz futbolówka otarła się o słupek, a w końcówce Patryk Stefaniak miał świetną okazję z rzutu wolnego, lecz dobrą interwencją popisał się Danylo Artemenko. Na więcej sędzia już nie pozwolił i BM wygrał ten mecz minimalnie, stosunkiem 2:1. I na pewno głęboko odetchnął po finałowym gwizdku, bo rywal okazał się nad wyraz wymagający i gdyby skończyło się tutaj remisem, to chyba nie moglibyśmy mówić o wielkiej niesprawiedliwości.
Mikstura po przegranej z Vikersonnem, miała nadzieję na punkty z ostatnim w tabeli FC Patriot. Jednak na meczu nie pojawiło się kilku kluczowych zawodników, co rodziło nadzieję w zespole z Ukrainy na pierwsze punkty w sezonie. Gospodarze bez Patryka Zycha, Szymona Kolasy czy Filipa Junowicza nie mieli tyle atutów co zawsze, a dodatkowo brak kapitana Mateusza Jochemskiego również był widoczny w aspekcie motywacyjnym. Mimo to, właśnie ekipa z Bielan wyszła na prowadzenie. Jednak goście szybko potrafili wyrównać, a dodatkowo korzystając z niepewnej tego dnia defensywy gospodarzy, objęli prowadzenie. W ich grze widoczne były pewne schematy i dużą motywację, by wreszcie pokazać, że są w stanie wygrywać mecze. Do przerwy mieliśmy wynik 3:5 i Mikstura mogła mieć jeszcze nadzieję, że uda się odwrócić losy tego starcia. Po zmianie stron ekipa z Ukrainy podkręciła tempo i była piekielnie skuteczna. Kolejne bramki nie pozostawiały złudzeń, kto tego dnia był lepszy. Przy stanie 3:10 goście zaczęli grać nonszalancko i to pozwoliło Miksturze zmniejszyć rozmiary porażki. Trzy trafienia w odstępie pięciu minut zaliczył Rafał Jochemski, co ustaliło wynik meczu na 6:10. Mikstura straciła cenne trzy punkty i musi w kolejnych potyczkach odrabiać stratę do czołówki. Z kolei goście być może odżyją po tej wygranej, co zaowocuje kolejnymi wygranymi w tej rundzie.
Spotkanie Wiecznie Drudzy - Bad Boys zapowiadało się na zacięte, gdyż obie ekipy okupują dolną część tabeli i obydwie potrzebowały punktów. Pierwsza odsłona tego starcia należała do Bad Boys. Goście byli skuteczniejsi pod bramką rywala, a za sprawą Michała Napierskiego wyszli na dwubramkową przewagę. W drugiej połowie role totalnie się odwróciły. Ekipa Wiecznie Drugich, pomimo swej nazwy, chciała wreszcie wyjść z meczu zwycięsko i pokazać, że oni też mogą być tymi pierwszymi. Michał Starostka, MVP tego spotkania, wziął sprawy w swoje nogi, a jego cztery trafienia i trzy asysty dały gospodarzom prowadzenie. Ten mecz to niezwykle ciekawe zjawisko, gdyż gospodarze w drugiej połowie zrobili dokładnie to samo, co goście w pierwszej, tylko że lepiej. To spowodowało, że odrobili wszystkie straty i nie oddali swojego prowadzenia już do końca meczu. Tym samym Wiecznie Drudzy osiągają pierwsze zwycięstwo w tym sezonie, za co należą im się ogromne gratulacje. Oby tak dalej. Natomiast jeśli chodzi o zespół gości, to muszą przede wszystkim uważniej bronić. Mieli mecz po pierwszej połowie w garści, natomiast wypuścili go, co powoduje, że dalej okupują strefę spadkową.
FC Vikersonn jest ostatnio w gazie i wygrywa mecz za meczem. Ale to wcale nie oznaczało, że ze Sportowymi Zakapiorami łatwo sobie poradzi. Byliśmy niemal pewni, że gracze Daniela Lasoty nawet jeśli tutaj przegrają, to poprzeczkę zawieszą wysoko. No ale dobrze, że nie zakładaliśmy się w tej kwestii o cokolwiek, bo zostalibyśmy z niczym. Trudno powiedzieć co się stało z Zakapiorami, lecz w niedzielę to nie był ten zespół, który znamy. Nominalni gospodarze za łatwo dawali dochodzić oponentom do sytuacji strzeleckich, przez co wynik szybko przybrał postać 0:2. Sportowe miały też pecha, bo przy trafieniu na 0:3, Łukasz Figura tak niefortunnie interweniował, że pokonał własnego bramkarza. Za chwilę padł gol na 0:4 i dopiero na kilka chwil przed końcem, przegrywający wreszcie się obudzili, a trafienie zaliczył dla nich Karol Smoliński. Mniej widoczny był Daniel Lasota, a wiadomo, że gdy on nie zdobywa goli, to ciężko jest cokolwiek ugrać. Niestety druga połowa przebiegła raczej bez historii. Vikersonn kontrolował grę, a świetnie współpracował duet Ivan Vovk – Yevhen Syrotiuk. Chłopaki nawzajem sobie asystowali i łącznie zdobyli wszystkie gole dla swojej drużyny. Rywal był bezzębny, tak jakby wypił meliskę przed meczem. Z jednej strony na pewno cieszymy się, że w spotkaniach z udziałem Sportowych jest ostatnio trochę spokojniej. Natomiast nie do końca o taki spokój nam chodziło. Liczymy, że w kolejnych potyczkach chłopaki pokażą zęba i uda im się pozytywnie zakończyć pierwszą część sezonu, zwłaszcza iż strata do podium wciąż jest niewielka. Co do Vikersonna, to ta drużyna pokazała, że nawet bez swojego supersnajpera, czyli Zurabiego Saginadze, potrafi grać skutecznie. I to jest na pewno dobra wiadomość, przed ostatnimi dwoma meczami w tej rundzie.
Jednym z ostatnich zmagań na Arenie Grenady, na sektorze B było starcie pomiędzy Rock N Roll Warsaw a Szmulkami Warszawa. Od początku był to niestety jednostronny mecz. Możemy spekulować, czy drużyna gości była zmęczona po poprzednim spotkaniu, które odbyło się z jej udziałem trochę wczesniej. Zwłaszcza, że w pierwszej połowie ekipa Kuby Kaczmarka jeszcze stawiała opór. Miała kilka groźnych sytuacji, utrzymywała wynik na styku, który jak najbardziej był w zasięgu, ale rywal powoli odjeżdżał. Do przerwy wynik brzmiał 3:1. Po krótkim odpoczynku gospodarze weszli na wyższy poziom. Nawet przy stanie 3:2 to oni dyktowali warunki, jak przystało na najlepszą drużynę w 4 lidze. Ta część meczu niestety była już jednostronna, Szmulki nie potrafiły się przeciwstawić połowie, a rywale i tak się nad nimi zlitowali, bo goli mogli strzelić zdecydowanie wiecej. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 7:2, który i tak nie oddaje w pełni przebiegu, bo tutaj spokojnie mogło się skończyć dwucyfrówką.
Team Ivulin miał w ostatnią niedzielę dwa mecze do rozegrania i musiał umiejętnie rozłożył siły. Jego pierwszym rywalem był BJM Development, zespół troszkę wyżej notowany, ale mimo wszystko ten mecz nie miał zdecydowanego faworyta. Przynajmniej w teorii, bo okazało się, że na bisku te zespoły dzieli różnica klas. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której już po pierwszej połowie było 6:1 dla ekipy z Białorusi? Gracze w białych koszulkach bardzo szybko ustawili to spotkanie, strzelili kilka bramek i mieli na tyle dużą przewagę, że mogli spokojnie oczekiwać drugiej odsłony. Tę zaczęli zresztą od kolejnego gola, ale potem chyba uznali, że mecz jest rozstrzygnięty. Wykorzystali to przeciwnicy, którzy chociaż zdawali sobie sprawę, że skuteczny comeback jest niemożliwy, to chcieli pozostawić po sobie lepsze wrażenie niż to, z premierowych 25 minut. Skuteczny był Olivier Aleksander, który robił co mógł, by dystans ciągle się zmniejszał. Ale to było za mało. Deweloperom należą się brawa, że ostatecznie przegrali „tylko” trzema bramkami, jednak w naszej ocenie, ta drużyna za późno zorientowała się, iż przeciwnik wcale nie jest taki straszny. Szkoda też, że w ich kadrze brakowało Pawła Tamowskiego, jak również kilku innych graczy, bo to mógłby być zupełnie inny mecz. To jednak tylko gdybanie. Team Ivulin w końcowym rozrachunku okazał się znacznie lepszy i dobrych nastrojach mógł udać się na kilkugodzinną przerwę. A po niej czekało go starcie ze Szmulkami Warszawa.
Dla Team Ivulin to był drugi mecz w poprzednią niedzielę. Kilka godzin wcześniej skutecznie wypunktowali BJM Development i choćby z tego powodu, byli faworytem w konfrontacji ze Szmulkami. A co ciekawe, Szmulki także miały zaplanowane dwie potyczki na ten dzień i to była dla nich pierwsza z nich. No ale dość szybko się okazało, że jeśli podopieczni Kuby Kaczmarka mają ochotę na sześć punktów, to będą musieli obejść się smakiem. Rywal bardzo szybko pokazał im kto tutaj rządzi i nie miał problemów, ze zbudowaniem sobie dwubramkowej zaliczki. To nie wydawało się dużo, ale biorąc pod uwagę, że Szmulki praktycznie w ogóle nie zagrażały bramce Leonida Isayeni, to nawet ten dystans wydawał się trudny do nadrobienia przez ekipę z Pragi. Gwoździem do trumny okazała się końcówka premierowej odsłony, gdzie Team Ivulin zdobył jeszcze dwa gole i prowadził już 4:0. Przegrywający musieli doświadczyć cudu, żeby z takich opresji wyjść obronną ręką. Pewną nadzieję w ich serce wlała sytuacja na starcie drugiej połowy, gdzie po trafieniu Kacpra Pacholczaka zdobyli premierową bramkę. To ich nakręciło, pojawiły się kolejne okazje, ale albo dobrze bronił Leonid Isayenia, albo brakowało precyzji. To się zemściło, bo trafienie na 5:1 Uladzimira Sinkievicha praktycznie zamknęło drogę Szmulkom do jakichkolwiek punktów. Potwierdziło to kolejne trafienie dla nominalnych gospodarzy autorstwa Arsieniego Vanickiego, po którym było już 6:1. Szmulki straciły resztki wiary i zdawały sobie sprawę, że przyjdzie im się pogodzić z porażką. Nie było tylko jasne, jak wysoką, a ostatecznie stanęło na 1:8. Prawda jest taka, że te drużyny dzieliła różnica przynajmniej jednej klasy. Myśleliśmy, że Team Ivulin, bez Hiermana Rutkouskiego nie będzie tutaj aż tak silny, lecz na tle bezzębnych oponentów, faworyci nie mieli żadnych problemów z wygraną. A jak się później okazało – dla Szmulek był to początek kiepskiego dnia, bo kilka godzin później doznali następnej porażki i marzenia o miejscu w okolicach podium, będą musieli odłożyć w czasie.
O 13:30 na Arenie Grenady Georgian Team podejmował Iglicę Warszawa. Zdecydowanie lepiej w mecz weszła drużyna gości, w dość szybki i skuteczny sposób obaliła defensywę gospodarzy i było 0:2. Mimo dużej nieskuteczności z obu stron, ostatecznie zespół w białych koszulkach dogania rywali na 2:2. Dwukrotnie asystował Lasha Gabrichidze a dwukrotnie strzelał jego brat Giorgi. Zazwyczaj jest na odwrót, bo to ten pierwszy strzela, a drugi asystuje, lecz tutaj nie miało to większego znaczenia. Pierwsza część spotkania była bardzo wyrównana i dopiero pod koniec Igliczanie wychodzą na prowadzenie 3:2. Druga połowa była bardzo podobna do pierwszej. Mecz wciąż był równy, a o bramkach decydowały detale. Sytuacji było więcej niż w pierwszej połowie, ale obie strony były nieskuteczne. Kwadrans przed końcem Georgian Team wyrównał na 4:4. Ostatnie minuty należały jednak do faworytów, którzy zdołali strzelić dwie bramki i przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Bardzo dobry mecz rozegrali braci Gabrichidze, mimo że Lasha nie strzelił karnego w decydującym momencie, to asystował aż pięciokrotnie, z kolei Giorgi zdobył 3 bramki. Mecz zakończył się ostatecznie wynikiem 6:4.
ADS Scorpions i Bartolini Pasta spotkały się po raz trzeci, jeśli chodzi o rozgrywki Ligi Fanów. Do tego momentu bilans był remisowy, jedni i drudzy wygrali po jednym spotkaniu. Teraz każdy rezultat był możliwy i ciężko było przewidzieć, jak to się może skończyć. Początek należał zdecydowanie do Bartolini. Nie dość, że po ładnej, wyklepanej akcji wyszli na szybkie prowadzenie, to mieli kolejne okazje, które powinni wykorzystać. No ale zamiast spokojnego 2:0, za chwilę zrobiło się 1:2. Przeciwnicy obudzili się bowiem z letargu i w krótkim odstępie zdobyli dwa gole, a potem trzeciego, chociaż przy tym ostatnim gracze Bartolini kwestionowali faul. No właśnie – komentowanie decyzji sędziego stało się niepotrzebnie nieodłącznym elementem niektórych graczy Pasty. Nawet w sytuacji, gdy sędzia słusznie stosował przywilej korzyści, domagali się odgwizdywania przewinień. Czy to mogło ich rozregulować? Być może, aczkolwiek ostatni cios zadany w pierwszej połowie należał właśnie do Makaroniarzy, którzy zmniejszyli straty i na pewno wierzyli, że mecz jest spokojnie do wyratowania. Ich nadzieje szybko jednak rozwiał oponent. Na starcie drugiej połowy Skorpiony momentalnie odskoczyły na kilka trafień, a duża w tym zasługa Juriego Pijasiuka, który regularnie punktował bramkarza przeciwników. Ekipa ADS w swoim strzeleckim marszu zatrzymała się dopiero przy stanie 6:2. Wtedy swojego trzeciego gola dla Bartolini zdobył Krystian Pazdyka, z kolei w końcówce obydwie ekipy wymieniały się golami, co dało nam efekt w postaci wygranej podopiecznych Artura Kałuskiego 8:4. Wygrana zasłużona, chociaż możemy się zastanawiać, co byłoby, gdyby na początku spotkania, Pasta wykorzystała to, co miała. Potem coś się w tej drużynie załamało, gracze Michała Cholewińskiego pozwolili dojść do głosu rywalom i musieli niestety pogodzić się z porażką. Tym samym ADS przeskoczył w tabeli niedzielnego przeciwnika, jakkolwiek walka o miejsce za plecami Tonie Majami jeszcze się w tej rundzie nie zakończyła.
Spotkanie 7. kolejki 5 ligi pomiędzy Broke Boys (4 punkty, 9. miejsce) a zespołem Więcej Sprzętu niż Talentu (9 punktów, 6. miejsce) rozpoczęło się dynamicznie na korzyść gości. Drużyna WNsT, mająca na papierze przewagę, od początku przejęła inicjatywę. Już w 4. minucie Kamil Pietrzykowski otworzył wynik, wykorzystując długie, precyzyjne podanie od bramkarza. Kolejny gol padł po wspaniałym woleju Dominika Banasiewicza, który błyskawicznie podwyższył prowadzenie na 0:2. Broke Boys mieli problemy z utrzymaniem defensywy, co ponownie wykorzystał Pietrzykowski – tym razem strzelając z dystansu, trafiając idealnie na długi słupek. Gospodarze odpowiedzieli golem zza pola karnego, trafiając od słupka i zmniejszając dystans, lecz goście natychmiast odbudowali swoją przewagę. Kolejne dwa trafienia Więcej Sprzętu niż Talentu ustawiły wynik na 1:5. Tuż przed końcem pierwszej połowy doszło jeszcze do samobójczego trafienia, dającego Broke Boys bramkę na 2:5, jednak Banasiewicz szybko odpowiedział, kończąc pierwszą część meczu wynikiem 2:6. W drugiej połowie przewaga gości była już nie do podważenia. Broke Boys walczyli o powrót do gry, ale kolejne trafienia ze strony oponentów tylko potwierdzały ich dominację. Pietrzykowski zaliczył trafienie na 2:7, a chwilę później wynik podniósł się do 2:8. Broke Boys odpowiedzieli pięknym strzałem z rzutu wolnego, autorstwa Aliaksandra Kurbatskiego, który trafił na 3:8, ale ostatnie słowo należało do Banasiewicza. Ostatecznie Więcej Sprzętu niż Talentu wygrało 3:9, co dało im awans na 4 pozycję, podczas gdy Broke Boys czeka ciężka walka o utrzymanie.
Czy jeden zawodnik może dużo zmienić? To pytanie wydaje się zasadne, biorąc pod uwagę, jak dużo jakości do Old Eagles Koło wprowadził Sebastian Żółkowski. Od kiedy ten gracz dołączył do drużyny, Orzełki wygrały dwa spotkania, ustabilizowały defensywę i odbiły się od ligowego dna. Ktoś może zarzucić, że rywale nie byli z górnej półki, dlatego w niedzielę ze zdwojoną uwagą przypatrywaliśmy się ekipie z Koła w potyczce z GLK. Przeciwnikiem bardzo solidnym, który zamierzał umocnić się na podium 5.ligi. Skład ferajny Mateusza Rozkresa nie był może optymalny, ale konkretny, i zastanawialiśmy się, czy Orzełki będą w stanie stawić opór. Okazało się, że to właśnie Mariusz Żywek i spółka mieli tutaj przez cały mecz przewagę, której skuteczniej bronili aż do samego końca. A kluczem do zwycięstwa były dwie szybkie bramki, gdzie zwłaszcza przy drugiej nie popisał się golkiper przeciwników. GLK próbowało odpowiedzieć, jednak ciężko było przedrzeć się przez defensywę dowodzoną przez wspomnianego Sebastiana Żółkowskiego. A nawet gdy to się udało, to Janek Drabik skutecznie bronił. Przed upływem 25 minut Orzełki dołożyły trzecie trafienie, w drugiej połowie czwarte i nie było opcji, by GLK zdołało zmniejszyć ten dystans. Robił co mógł Damian Sawicki, który toczył fantastyczne boje z Sebastianem Żółkowskim. Raz wygrywał, raz przegrywał, ale to właśnie on był autorem gola na 1:4. Potem GLK miało jeszcze doskonałą okazję, wychodząc 3 na 1, lecz rozegranie tej przewagi było fatalne i to był w sumie ostatni moment, gdy przegrywający mogli się jeszcze łudzić. Ostatecznie więcej goli nie padło i Old Eagles wygrali drugi mecz z rzędu, a trzeci w ostatnich czterech kolejkach. Widać, że ta maszyna się rozpędza i nie będzie ją łatwo zatrzymać. Z kolei GLK musiało się pogodzić z porażką. I tak jak kilka tygodni temu pisaliśmy, że starcie z Georgian Team przegrali na własne życzenie, tak tutaj byli po prostu słabsi.
Hetman do meczu z Tonie Majami przystępował z nadziejami na punkty. Miał ku temu powody, bo ostatnio dobrze się prezentował i w przypadku zwycięstwa mógł zbliżyć się punktowo do swoich niedzielnych rywali. Początek to szybkie prowadzenie gości. Znakomicie w spotkanie wszedł Dawid Zagrodzki, który najpierw asystował przy bramce Filipa Motyczyńskiego, a chwilę później sam z rzutu wolnego wpisał się na listę strzelców. Po chwili ponowne trafienie gości i wynik 0:3 po niespełna 10 minutach rodził pytanie, czy Hetman będzie w stanie cokolwiek tutaj ugrać. Sygnał do odrabiania strat dał Damian Kucharczyk, który popisał się precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego. Dosłownie w kolejnej akcji zrobiło się 2:3 i nadzieja w zespole Daniela Władka na korzystny wynik wróciła. Przed przerwą ponownie Dawid Zagrodzki podwyższył wynik i na przerwę zespoły schodziły przy stanie 2:4. Po zmianie stron Tonie Majami okazało się nie do zatrzymania. Hetman starał się, miał swoje okazje, ale był tego dnia nieskuteczny. Za to rywale wykorzystywali każdy błąd w defensywie i w pewnym momencie odjechali kompletnie z wynikiem. Dopiero przy wyniku 2:8 przegrywającym udało się przełamać niemoc i na listę strzelców ponownie wpisał się Damian Kucharczyk. Niespodzianki w tym meczu nie było i goście wygrali zasłużenie 5:10, dzięki czemu nadal są zespołem niepokonanym w tym sezonie. Gospodarze mimo porażki pozostają na podium i z pewnością w kolejnych meczach będą chcieli co najmniej tę pozycję utrzymać.
Mimo niskiej pozycji w tabeli, FC Popalone Styki nie są dla nikogo łatwym przeciwnikiem. Chłopaki potrafią wyrwać rywalom punkty z gardła, jak to miało np. miejsce przeciwko Oldboys Derby. Zdarzają się też remisy, a gdy już przegrywają, to zwykle minimalnie. Ale teraz czekało ich bardzo duże wyzwanie, bo Na2Nóżkę to ekipa z absolutnego topu. W dodatku Styki nie miały optymalnego zestawienia i według wstępnego rozeznania, tutaj musiałoby się złożyć wiele sprzyjających czynników, żeby Popalone wygrały, lub choćby zremisowały. No ale nic takiego nie nastąpiło. Początek był jeszcze wyrównany, ale potem do głosu doszli faworyci. Na 1:0 gola zdobył Maciej Samoraj, który dobił strzał Kacpra Bery, a dosłownie w następnej akcji było już 2:0, co musiało wpłynąć na morale Styków. Nawet Krzysiek Grabowski nie był tak aktywny jak zawsze, przeczuwając, że jego okrzyki na niewiele mogą się zdać. Gracze Na2Nóżkę robili dalej swoje, do przerwy prowadzili 4:0 i nie było żadnej możliwości, że wypuszczą to spotkanie z rąk. Tutaj trudno było nawet kogoś wyróżnić, bo wszyscy grali na solidnym poziomie. W drugiej połowie wynik robił się coraz większy i w pewnym momencie przyjął postać dwucyfrówki. Faworyci punktowali przeciwników jak chcieli i już dawno przestaliśmy się zastanawiać, czy tutaj wygrają, ale jak wysoko. Ich celem, a konkretnie ich bramkarza Aleksandra Sordyla, było również zachowanie czystego konta. I w sumie to była jedyna rzecz, która tego wieczora nie wyszła zwycięzcom, bo chwila dekoncentracji kosztowała ich trafienie Rafała Cygana. Niewiele to jednak zmieniło w ogólnym obrazie i ta jednostronna potyczka zakończyła się wynikiem 11:1. Mecz bez historii, który dla Na2Nóżkę okazał się spacerkiem. Chłopaki pozostają tym samym w czołówce 6.ligi i nadal są w grze o miano mistrzów jesieni. Popalone pogrążają się z kolei w marazmie i był to bez wątpienia ich najgorszy mecz w tegorocznej kampanii. Oby ostatni, zwłaszcza jeśli mają nadzieję, by przerwy zimowej w rozgrywkach nie spędzić w zagrożonej strefie.
Zajmujący pozycje w strefie spadkowej Green Lantern podejmował ekipę Furduncio Brasil. Spotkanie już od pierwszych minut przyniosło wiele emocji. Zdecydowanie lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy stawili się na AWFie w całkiem solidnym zestawieniu. Strzelanie rozpoczął Patryk Podgórski, który wykorzystał świetne podanie Adriana Rzepeckiego. Po upływie kilku minut ten sam duet zamienił się miejscami i mieliśmy 2:0. Zawodnicy z Brazylii przebudzili się dopiero pod koniec pierwszej połowy. Wtedy to po składnej akcji całej drużyny bramkę zdobył Hugo Chiaradia i tym akcentem zakończyliśmy premierową odsłonę. Po zmianie stron spotkanie nabrało zdecydowanie na jakości, po krótkiej przerwie oba zespoły grały bardziej zmotywowane i za wszelką cenę starały się osiągnąć korzystny rezultat. Mecz się zaostrzał i sędzia zmuszony był coraz częściej używać gwizdka. Furduncio szybko odrobiło straty i po zaledwie kilku minutach najpierw doprowadziło do remisu, by po chwili - po bramce Luciano - prowadzić. Podłamany zespół braci Wysockich kilka minut później stracił czwartą bramkę i sytuacja na boisku z perspektywy gospodarzy robiła się coraz trudniejsza. Kolejne fragmenty przyniosły nam prawdziwy zastrzyk emocji. Green Lantern rzucił się do odrabiania strat i w raptem 4 minuty doprowadził do wyrównania. Po dwóch miękkich, ale jednak faulach w polu karnym, sędzia zmuszony był użyć gwizdka. Oba karne wykorzystał świetnie dysponowany tego dnia Tomasz Ciurzyński. Zawodnicy z Brazylii głośno protestowali i w dość wulgarny sposób podważali decyzję sędziego, za co ostatecznie zostali ukarani czerwoną oraz żółtą kartką. Do końca meczu pozostawało trochę czasu, goście grali dwóch zawodników mniej, a na tablicy wyników było 4:4. Chyba nikt ze zgromadzonych kibiców nie spodziewał się, że Furduncio Brasil utrzyma ten wynik do końca. Nic bardziej mylnego. Canarinhos dzielnie się bronili, a w ostatnich minutach wyprowadzili zabójczą kontrę, którą wykończył Gomez Aliyu i ku zdumieniu wszystkich mieliśmy 4:5. Załamany takim obrotem sprawy zespół gospodarzy starał się jeszcze zmienić wynik, jednak wysiłki spełzły na niczym. Ostatecznie po dramatycznym meczu i szalonej końcówce Furduncio Brasil pokonuje Green Lantern. Szkoda tylko, że w końcówce meczu mieliśmy wiele negatywnych emocji, które przyćmiły te dobre, piłkarskie widowisko.
Virtualne N I Oldboys Derby to sąsiedzi w ligowej tabeli. Obydwie drużyny miały na pewno inne cele w tym sezonie, ale jak na razie liczba zdobytych punktów, plasuje ich w drugiej części tabeli. Od początku w mecz lepiej weszli goście, którzy pierwszą bramkę zdobyli strzałem z rzutu wolnego. Kolejne minuty to koncertowa gra tego zespołu i po kwadransie wynik brzmiał już 5:0. Po tym okresie spotkanie się wyrównało i coraz śmielej zaczęli atakować gospodarze. Efekt przyszedł dopiero w ostatniej minucie pierwszej połowy, co ustaliło rezultat tej części na 1:5. Przez dziesięć minut drugiej połowy wynik nie uległ zmianie a najlepszą sytuację na podwyższenie prowadzenia mieli goście, lecz piłka po ich strzale wylądowała na słupku. Chwilę potem drużyna z osiedla Derby dopięła swego i ponownie odskoczyła rywalom na pięć bramek różnicy. W ostatnim fragmencie meczu przegrywający zdołali dwukrotnie pokonać bramkarza oponentów, ale to tylko przypudrował rezultat. Ostatecznie mecz zakończył się pewnym zwycięstwem Oldboys Derby 6:3, co umożliwiło przeskoczenie w tabeli niedzielnych rywali. Po tej porażce Virtualni mają już tylko punkt przewag nad strefą spadkową i ich sytuacja robi się coraz trudniejsza.
Lider 6 ligi After Wola podejmował ekipę Warsaw Gunners, która plasowała się przed rozpoczęciem tej kolejki na 4 miejscu. Spotkanie z pewnością zapowiadało się ciekawie, gdyż sytuacja w górnej części tabeli jest bardzo interesująca. Początkowo oba zespoły pilnowały, aby nie stracić bramki, z tego też powodu na pierwszego gola przyszło nam nieco poczekać. Strzelanie rozpoczęli zawodnicy z dzielnicy Wola, a dokładnie Patryk Abbassi, który wykorzystał fatalny w skutkach błąd obrony gości. Od tego momentu gospodarze przejęli inicjatywę i z każdą kolejną minutą konstruowali groźne akcje pod bramką Gunnersów. Goście starali się odgryzać rywalom szybkimi kontrami, jednak świetnie w tym meczu dysponowany Daniel Guba przecinał wszystkie podania kierowane w pole karne. To co nie udawało się gościom, po raz kolejny udało się zawodnikom After Wola. Ponownie w roli egzekutora wystąpił Abbassi i mieliśmy 2:0. Jeszcze przed przerwą Patryk skompletował klasycznego hat-tricka i wyprowadził swój zespół na trzybramkowe prowadzenie. Po zmianie stron do odrabiania strat przystąpili goście, którzy zdecydowanie poprawili grę w obronie i starali się atakować większą ilością graczy. Niestety ich częste ataki kończyły się brakiem dokładności, a gdy wszystko wychodziło, świetnie w bramce spisywał się Jakub Cygan. W końcówce zawodnicy Warsaw Gunners wykonywali rzut wolny, do piłki podszedł Jan Jabłoński, mocny strzał napastnika gości trafił jeszcze pod nogi Patryka Kluka, a ten zmieniając tor lotu piłki zaskoczył bramkarza i zdobył bramkę na 3:1. Finałowe fragmenty były bardzo nerwowe, zawodnicy często dopuszczali się fauli, żeby za wszelką cenę przerwać akcję rywali. Ostatecznie wynik już się nie zmienił, After Wola po bardzo dobrej pierwszej połowie i mądrze rozegranej drugiej pokonuje w meczu o sześć punktów Warsaw Gunners FC.
FC Melange - Rodzina Soprano to kolejne starcie, które mieliśmy okazję oglądać w ubiegły weekend. Powiedzieć o tym spotkaniu, że było wyrównane, to może nie do końca prawda, lecz liczby dokładnie na to wskazują. Plan na grę gości, którzy walczą o mistrza 7 ligi był prosty: strzelić szybko gola i kontrolować mecz. Natomiast jeśli chodzi o gospodarzy, to widać było, że są nastawieni bardziej na grę z kontrataku. I tak oto... mamy bezbramkowy remis po pierwszej połowie. Obie drużyny atakowały, obie oddawały groźne strzały, a dwie najgroźniejsze w tej połowie próby obiły tylko obramowanie bramki. O premierowej odsłonie można powiedzieć, że była dla piłkarskich koneserów. Druga połowa obfitowała w nieco więcej emocji. Strzelanie rozpoczął Melange, a dokładnie Krysiak. Długo nie musieliśmy czekać na odpowiedź, której autorem był Stańczak. W momencie, kiedy Rodzina Soprano przejęła inicjatywę, strzeliła też drugiego gola autorstwa Girmy Ramosa. Wydawało się, że spotkanie jest przesądzone. Niemałym zaskoczeniem była więc bramka Marcina Godlewskiego, która wyrównała wynik i ostatecznie doprowadziła do remisu. Niewątpliwie goście mieli więcej z gry i to oni mogą mówić bardziej o stracie punktów, ale trzeba oddać szacunek przeciwnikom, że postawili się i wywalczyli remis. W końcu FC Melange nieprzypadkowo zajmuje obecnie trzecią lokatę i coś nam się wydaje, że końcówka tej rundy może narobić jeszcze kilku roszad w górnej połowie tabeli.
Od samego początku rozgrywek ekipa Złączonych nie może poradzić sobie na ósmym poziomie rozgrywkowym. Jak dotąd udało im się zdobyć zaledwie dwa punkty, co wskazuje na słabą dyspozycję. Szansa na zmianę kursu, który kieruje zespół w stronę spadku, miała miejsce minionej niedzieli. Ich rywalem była Saska Kępa, którą stawiano w roli faworyta. Na korzyść gości dodatkowo przemawiał brak jakiegokolwiek zawodnika na zmianę u oponentów. Mecz początkowo był wyrównany, ale po dość krótkim okresie Saska Kępa w pełni przejęła kontrolę nad przebiegiem spotkania. Huraganowe ataki przyniosły skutek, a po dwóch trafienia Sebastiana Sitka, goście mogli cieszyć się z pewnego prowadzenia do przerwy. Po kontrolowanej w iście chirurgicznym stylu pierwszej części, przyszła pora na drugie 25 minut, w których ekipa w zielonych strojach ponownie zaznaczyła swoją dominację. Co prawda na samym jej początku rywale zdołali zdobyć gola kontaktowego, ale na nic się to zdało. Skoncentrowani i dążący do celu za wszelką cenę gracze Saskiej zdemolowali swojego przeciwnika, wygrywając w jakże pewny sposób aż 2:7. Tym samym mogli się cieszyć z kolejnego sukcesu, który oprócz trzech punktów zbliżył ich do czołowej trójki zespołów na zaledwie sześć „oczek". Dzięki temu niezwykle ciekawie zapowiada się nam finisz rundy, podczas którego może dojść do zmiany warty na miejscach premiowanych awansem.
Będące na piątym miejscu KK Wataha Warszawa grała z ostatnią w ligowej tabeli drużyną Q-Ice Warszawa. Faworytem spotkania byli gospodarze, którzy przez pierwsze minuty prezentowali się lepiej na boisku. Dwa gole zdobyte w 10 minut sprawiały wrażenie, że zwycięstwo jest pewne. Jednak jeden z najbardziej aktywnych zawodników gości Vladyslav Dushka, strzelił gola kontaktowego, dając sygnał do odrabiania strat. Mecz zrobił się wyrównany a 5 minut przed końcem pierwszej połowy na tablicy wyników widniał remis 2:2. Ostanie fragmenty tej części spotkania przyniosły dużo szybkiej, otwartej gry, dzięki czemu zobaczyliśmy trzy zdobycze bramkowe. Jako pierwsi trafili gospodarze, a goście odpowiedzieli dwoma golami, dość sensacyjnie obejmując prowadzenie. Druga część meczu rozpoczęła się od powiększenia prowadzenia Q-Ice, które niczym San Marino czy Lichtenstein składa się głównie z kelnerów i kucharzy. Ich zaangażowanie i chęć zdobycia pierwszych punktów w sezonie, kontra dążenie Watahy do odrobienia strat dały nam możliwość oglądania emocjonującego widowiska. Wyrównana gra trwała do ostatnich minut i była okraszona wszystkim tym, za co kochamy piłkę nożną. W ostatnich dziesięciu minutach zobaczyliśmy jeszcze dwa gole, po jednym dla każdej ze stron. Sensacja stała się faktem. Q-Ice Warszawa odniosło swoje pierwsze zwycięstwo, odbijając się od dna ligowej tabeli. Tym razem to Wataha musiała przełknąć gorycz porażki, a ich strata do podium wzrosła do siedmiu punktów.
Zawodnicy Kresowii, po słabym początku sezonu, w ostatnich dwóch spotkaniach zgarnęli komplet punktów i znaleźli się na fali wznoszącej. Zupełnie inaczej przedstawiają się losy ADP Wolskiej Ferajny, która po dobrym starcie, w kolejnych czterech meczach nie zdobyła ani jednego punktu. Od początku spotkanie było na dużej intensywności a pierwsza bramka została strzelona przez gości chwilę po gwizdku rozpoczynającym. Po tym trafieniu drużyna gospodarzy ruszyła do ataków, ale nie było efektów bramkowych i wynik nie ulegał zmianie. Po upływie kwadransa gospodarze dopięli swego i w ciągu kilku wyszli na prowadzenie. W odpowiedzi rywale wykorzystali rzut karny, ale ostatnie słowo w pierwszej części meczu należało Kresowii, która do przerwy miała o gola więcej. Po zmianie stron prowadzący podwyższyli stan posiadania, jednak za sprawą bramki samobójczej dystans znów się skrócił. Na dziesięć minut przed końcem goście doprowadzili do remisu, co zapowiadało duże emocji w końcówce. Najpierw na prowadzenie wyszli zawodnicy z Woli, ale riposta była błyskawiczna i znów był remis. Ostatni cios należał do Mateusza Nejmana i spółki, którzy wykorzystując grę w przewadze pokonali golkipera przeciwników i rzutem na taśmę zgarnęli trzy punkty. Po bardzo ciekawym meczu ADP Wolska Ferajna wygrała 6:5 i przerwała serię porażek. Ekipa Kresowii Warszawa może żałować finałowych minut, bo wcale nie musiała tego spotkania przegrać.
Będące w środku tabeli siódmej ligi FC Torpedo grało z wiceliderem – Shot DJ. Gospodarze mieli trudne zadanie, aby w tym meczu sięgnąć po punkty. Jednak mimo przewagi rywala, bardzo długo odpierali jego ataki, samemu zagrażając jego bramce. Goście zdecydowanie częściej oddawali strzały, lecz Artem Bogatikov nie pozwalał piłce znaleźć się za swoimi plecami. Ekscytująca sportowo pierwsza połowa nie przyniosła żadnej z drużyn wymarzonego gola i zaczynało pachnieć sensacją. Druga część meczu była podobna do pierwszej odsłony. Shot DJ był częściej przy piłce i kreował akcje ofensywne. To jednak FC Torpedo w 37 minucie dość niespodziewanie obejmuje prowadzenie. Radość trwała jednak zaledwie parę sekund. Przybyły dopiero na drugą połowę Jeremi Szymański wykorzystał podanie od Chrisa Rodila Kalaby i pięknym strzałem doprowadził do wyrównania. Od tej chwili mecz zrobił się jeszcze szybszy. Wszystko wskazywało na to, że nastąpi podział punktów. Tyle że po niefortunnym wybiciu piłki przez rywali, futbolówka spadła pod nogi Chrisa Rodila Kalaby a ten huknął jak z armaty. Piłka trafiła w poprzeczkę i przekroczyła niestrzeżoną linię bramkową, dając cenne trzy punkty Shotom. Dzięki zwycięstwu i stracie punktów byłego już lidera, goście wskoczyli na pierwsze miejsce. FC Torpedo mimo porażki, może być dumne ze swojej gry i jeżeli dopieści niektóre elementy, to wciąż będzie w grze o podium.
Meczem otwierającym zmagania w 8 lidze był pojedynek Tornado Squad z Ajaksem Warszawa. Oba teamy znajdowały się w strefie spadkowej, ale strata chociażby do trzeciego miejsca nie wydawała się duża, dlatego wynik tego spotkania był niezwykle istotny dla jednych i drugich. Lepiej w mecz weszli zawodnicy Tornado. Nominalni gospodarze już w 1 minucie otworzyli wynik po precyzyjnym strzale Bartka Stokowca. Tak słaby początek nie załamał jednak graczy Ajaksu. Już pięć minut później Natan Czyżewski doprowadził do wyrównania, a w 10 minucie po samobójczym trafieniu Mateusza Romanowskiego goście wyszli na prowadzenie. Do przerwy oba teamy trafiły jeszcze po razie i na przerwę schodziły przy stanie 2:3. Druga część rozpoczęła się lepiej dla Ajaksu, gdy bezpośrednio z rzutu rożnego bramkę na 2:4 zdobył Bartek Kopacz. To spotkanie miało jednak wiele zwrotów akcji, bo chwilę później, dosłownie w minutę, Tornado odrobiło stratę. Dodatkowo, gdy goście zostali ukarani żółtą kartką, wydawało się, że inicjatywa przejdzie na stronę gospodarzy, ale kontra rywala sprawiła, że to Ajaks grając w osłabieniu ponownie wyszedł na prowadzenie. Za moment mieliśmy już 4:6 i ponownie Tornado zdobyło się na zryw, dzięki któremu doprowadziło do wyrównania. Ostatnie słowo należało do graczy Ajaksu, którzy w samej końcówce dosłownie wepchnęli piłkę do bramki oponenta i ostatecznie to oni mogli cieszyć się ze zwycięstwa. To był bardzo zacięty mecz, w którym oprócz walorów czysto piłkarskich, widzieliśmy wiele walki i zaangażowania z obu stron. Nie było straconych piłek, walka trwała na całej długości i szerokości boiska i z naszej perspektywy, remis nikogo by tutaj nie skrzywdził.
Najciekawszy i najbardziej elektryzujący mecz 8 ligi – tak zapowiadaliśmy hitowe starcie Fenixa i Driperów. I niewiele się pomyliśmy, choć nie byliśmy świadkami wielkiej kanonady z obu stron, to jednak postronny widz mógłby odnieść wrażenie, że grają w nim zespoły ze znacznie wyższej ligi. Od samego początku tempo pojedynku było na naprawdę wysokim poziomie, obie ekipy starały się szybko operować piłką, szukając swoich szans. Fenix grał to, do czego nas przyzwyczaił w tej rundzie – cierpliwie budował swoje akcje ofensywne, zawodnicy byli bardzo mobilni, pokazywali się do gry, nikt nie chował się za rywalem. Ta gra bez piłki sprawiła nieco problemów Driperom, ale oni również nie pozostawali dłużni. Oprócz dobrego zgrania gospodarze mają w swoich szeregach zawodników, którzy potrafią wejść w drybling i stworzyć przewagę. Tak też było w 8 minucie, gdy Dmytro Artyugin wygrał pojedynek na skrzydle i wyłożył piłkę Romanowi Braniukowi. W ten sposób Fenix objął prowadzenie, ale Driperzy mogli szybko wyrównać stan posiadania. Niestety dla nich, nie wykorzystali sytuacji sam na sam, w której piłka obiła jedynie słupek. Za to gospodarze jeszcze w pierwszej części wyszli na dwubramkowe prowadzenie i z takim wynikiem obie ekipy udały się na przerwę. Po zmianie stron Driperzy ruszyli do ataku. Fenix nie do końca odrobił lekcję z pierwszej części, bo znów ostatni obrońca stracił piłkę i tym razem Maciej Zembrzuski pewnie wykorzystał sytuację sam na sam z bramkarzem. To dodało skrzydeł gościom, którzy doprowadzili do wyrównania w 36 minucie i mecz zaczął się praktycznie na nowo. Gospodarze nie bez przyczyny zajmują jednak pierwsze miejsce w tabeli, w dodatku bez żadnej porażki na koncie. Choć Driperzy byli blisko korzystnego rezultatu, to Fenix zadał im dwa ciosy, po których przegrywający już się nie podnieśli. Szczególnie mogą żałować bramki na 2:4, gdzie po strzale rywala piłka odbiła się od poprzeczki, potem od pleców bramkarza, po czym wpadła do siatki. Wtedy stało się jasne, że Fenix dowiezie wygraną do samego końca. Driperzy pokazali się z dobrej strony, trochę szwankowała u nich skuteczność, bo gdyby mieli lepiej nastawione celowniki, z pewnością mogliby pokusić się tutaj o coś więcej.
Ekipa TRCH nie przypomina siebie z poprzednich sezonów. Chłopaki mają w tej edycji przebłyski, ale wąski skład często nie pozwala im pokazać tego, co naprawdę potrafią. I można powiedzieć, że ta konkluzja tyczyła się również ich ostatniej potyczki z Bulbezem. W normalnych warunkach, w pełnym zestawieniu, byliby jak najbardziej konkurencyjnym przeciwnikiem dla przybyszów z Bemowa, ale ponieważ przyjechali tylko z jedną zmianą, gdzie brakowało wielu ważnych graczy, to energii starczyło im na pierwszą połowę. W tej części gra była dość wyrównana, jakkolwiek inicjatywa była po stronie Bulbezu. Zostało to udokumentowane dwoma trafieniami, z czego autorem pierwszej był najmłodszy na placu, Aleksander Osowski. TRCH nie znalazło z kolei sposobu na tatę Olka, czyli Marcina Osowskiego i do przerwy wynik brzmiał 2:0. W drugiej odsłonie dyscyplina taktyczna TRCH rozjechała się doszczętnie. Bulbez korzystał z bardzo prostych pomyłek przeciwników i po zaaplikowaniu trzech bramek z rzędu był spokojny, że ten mecz zapisze na swoje konto. Przegrywających było stać jedynie na trafienie honorowe, autorstwa Huberta Posackiego, co zresztą Bulbez przyjął z niezadowoleniem, bo chciał nie tylko tutaj efektownie wygrać, ale i nie stracić żadnego gola. Finalnie triumfował 8:1 i trzeba powiedzieć, że gdyby zawsze w takim składzie zjawiał się na swoje potyczki, to punktów na koncie miałby zdecydowanie więcej. Co do TRCH, to tutaj chyba wszystko już napisaliśmy. Na pewno nie jest to drużyna na spadek, jakkolwiek tabela jest nieubłagana i pokazuje, że gdyby sezon kończył się teraz, to chłopaki musieliby się pogodzić z degradacją. Możemy się jednak założyć, że jeśli wróci tutaj organizacyjny porządek, to chłopaki spokojnie zacumują w środku ligowej stawki.
O godzinie 20:00 na obiektach AWF mieliśmy przyjemność oglądać starcie New Samand - Mareckie Wygi. Dla gości każde zwycięstwo jest na wagę złota, albowiem po porażce dwa tygodnie temu, stracili lidera 8 ligi. I to oni od samego początku narzucili swoje tempo gry, będąc dużo bardziej efektywni pod bramką swoich przeciwników. Na szczególne wyróżnienie zasługuje zdecydowanie Damian Kotowski. Damian przez swoich kolegów uważany jest za świetnego piłkarza, trenera i przyjaciela i nie inaczej było w niedzielę. Jego sześć trafień i dwie asysty, bardzo pomogły Mareckim Wygom. Zapewne niejedną pierwszoligową drużynę skłoni to, do obserwowania tego zawodnika. Z kolei w drużynie przeciwnej wyróżniał się Jonibek Sharipov, który trzykrotnie próbował podłączyć do życia ekipę gospodarzy, ale na nic się to zdało. Obydwie połowy wygrane przez drużynę Mareckich Wygów świadczą o tym, że mieli oni pełną kontrolę nad meczem, potwierdzając tym samym swoją dobrą formę. Co do zespołu New Samand, najbliższe dwie kolejki będą dla nich kluczowe, ponieważ strefa spadkowa jest tuż pod nimi i będą musieli zrobić wszystko, aby w najbliższym czasie nie znaleźć się zagrożonych rejonach.
Mecz pomiędzy Oldboys Derby II a FC po Nalewce zakończył się zwycięstwem gości wynikiem 2:0, a kluczową rolę w tym spotkaniu odegrał bramkarz, Michał Piątkowski. Jego znakomite interwencje pozwoliły FC Po Nalewce zachować czyste konto i wywieźć cenne trzy punkty. Pierwsza połowa była wyrównana, z kilkoma dogodnymi sytuacjami dla Oldboys Derby II, które jednak nie przyniosły bramki, dzięki świetnej postawie Piątkowskiego. Był to mecz, w którym obie drużyny miały ewidentny problem z finalizowaniem akcji, jednakże minimalnie bardziej skuteczni byli goście, którzy wyszli na prowadzenie za sprawą Ruslana Yakubiva i schodzili na przerwę z jednobramkową zaliczką. W drugiej połowie gospodarze rzucili się do odrabiania strat, ale Piątkowski ponownie był nie do pokonania. W drugich 25 minutach prowadzący podwyższyli stan posiadania na 2:0, co okazało się być ostatecznym wynikiem tego starcia. Tym samym odnieśli oni pierwsze ligowe zwycięstwo, przełamując fatalną passę sześciu porażek z rzędu.
Mecz pomiędzy FC Polska Górom a Legionem zakończył się zdecydowanym zwycięstwem gości, którzy wygrali wynikiem 7:1. Drużyna Legionu zaprezentowała się znakomicie, dominując niemal w każdym aspekcie gry. W pierwszej części meczu zobaczyliśmy tylko jedną bramkę w wykonaniu graczy Legionu, autorstwa Maksyma Popova. Widać było wyraźną przewagę piłkarzy gości, jednakże musieli oni zdecydowanie poprawić skuteczność pod świątynią rywala. Jak pokazała nam druga połowa - przełamali się na dobre. Postacią wiodącą był wyżej wspomniany Popov. Rozegrał on kapitalne zawody, wpisując się trzykrotnie na listę strzelców. Co więcej - za swój świetny występ dostał został wyróżniony nagrodą MVP kolejki, czego serdecznie mu gratulujemy. Był prawdziwym motorem napędowym swojego zespołu. To przez niego przechodziła większość akcji ofensywnych ekipy Legionu. Dla triumfatorów było to niezwykle cenne zwycięstwo, bowiem dzięki niemu znajdują się aktualnie tuż nam strefą spadkową.
Do niezwykle wyrównanego starcia doszło o 22:00 na obiektach AWFu. Drużyna Czasoumilaczy będąca w górze tabeli i walcząca o strefę medalową, mierzyła się z Heavyweight Heroes, którzy są po drugiej stronie tabeli. I prawdę mówiąc nic nie zapowiadało tego, że mecz jaki ujrzymy, będzie tak wyrównany i emocjonujący. Spotkanie nie dostarczyło jednak wielu bramek. W pierwszej połowie błyszczał Kuszka, autor premierowego trafienia w tym meczu dla gospodarzy i słusznie później wybrany MVP całego spotkania. Goście natomiast odpowiedzieli trafieniem Chrzanowskiego i gdyby nie gol Cieślaka mielibyśmy w tej połowie remis. Druga odsłona to akcja za akcją i ciągła zmiana posiadacza piłki. Zawodnicy dwoili się i troili, by poprawić dorobek bramkowy, lecz albo dobre parady bramkarzy albo brak celności w kluczowych momentach uniemożliwiały dołożenie kolejnych trafień. Na sam koniec bramkę na 3:1 strzelił Paweł Lubiak i tym samym przybił gwóźdź do przysłowiowej trumny. Tym rezultatem mecz się zakończył. Drużyna gospodarzy cieszy się z kolejnych trzech oczek, goniąc pozostałych rywali ze strefy medalowej. Natomiast goście spadli do strefy spadkowej. Na pewno czeka ich ciężki okres, więc życzymy im, aby znaleźli sposób na kolejne punkty, które pomogły by im uciec z zagrożonej strefy.
Miał być hit, a wyszedł… no właśnie, nie do końca chcemy użyć słowa kit, ale faktem jest, że na to, w założeniu hitowe starcie, dojechała tylko jedna drużyna. Zapowiadając spotkanie twierdziliśmy, że naprzeciw siebie staną równorzędni rywale, ale pod warunkiem, że oba teamy przyjdą w swoich najmocniejszych składach. Brak w protokole meczowym Karola Kowalskiego już na starcie dawał spory handicap przeciwnikom, a team z Wilanowa stawiał przed arcytrudnym zadaniem. Pierwsza połowa jeszcze nie zwiastowała aż takiej wysokiej porażki, bowiem bardzo długo utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero w 16 minucie wynik otworzył Bartek Cieślak, ale paradoksalnie przez pierwszy kwadrans działo się sporo i ten okres minął nam błyskawicznie. Do przerwy Mistrzowie prowadzili 2:0, ale Warsaw Wilanów też miał swoje okazje. Niestety dla widowiska, druga część to już dominacja gospodarzy. Grali szybciej, przeprowadzali składniejsze akcje, do tego grali bardzo uważnie w obronie, dzięki czemu stracili zaledwie jedną bramkę. Podopiecznym Kuby Świtalskiego nie możemy odmówić ambicji, pomimo niekorzystnego rezultatu próbowali odmienić losy spotkania, ale niestety rywal był tego dnia zdecydowanie poza zasięgiem. Martwić może wysokość porażki, bo bilans bezpośrednich spotkań może mieć spory wpływ na pozycję w tabeli, a raczej nie sądzimy, by w rewanżu team z Wilanowa wygrał aż tak wysoko. Mistrzowie zwyciężyli aż 10:1, a połowę bramek zdobył w tym spotkaniu Bartek Cieślak. Gospodarzy może martwić jedynie kontuzja Kacpra Owczarka, który nie dokończył meczu, a przecież za chwilę team Kuby Spławskiego zmierzy się z Dzikami z Lasu II o mistrzostwo jesieni. Patrząc jednak jak ta drużyna funkcjonuje, być może uda się zastąpić jednego z liderów. Natomiast Warsaw Wilanów ma nad czym pracować, bo choć zdajemy sobie sprawę z siły Mistrzów Chaosu, to jednak trochę byliśmy zawiedzeni ich niedzielną postawą.
Mecz pomiędzy FC Dziki z Lasu II a Interem Varsovia nie przyniósł nam sensacji. Wicelider od początku przejął inicjatywę i otworzył wynik za sprawą Michała Ossowskiego, który na co dzień reprezentuje również barwy pierwszej drużyny Dzików. Goście błyskawicznie odpowiedzieli, jednakże to trafienie podrażniło faworytów, którzy z minuty na minutę się rozkręcali i powiększali swoją przewagę. Zrobili to na tyle skutecznie i dosadnie, że do drugiej połowy przystępowali z przewagą czterech bramek. Nie było odkrywczym stwierdzenie, że zawodnicy Interu Varsovii musieli zagrać bardziej otwarty futbol i postawić wszystko na jedną kartę. Doskonale zdawali sobie z tego sprawę i zaczęli to realizować. Niestety dla nich, Dziki były w tym meczu świetnie dysponowane, przez co ich ataki były szybko neutralizowane. Ostatecznie spotkanie zakończyło się spokojnym zwycięstwem gospodarzy 10:6, którzy tym samym gonią lidera ligi, Mistrzów Chaosu. Z kolei Inter Varsovia zajmuje obecnie najniższą pozycję na 9 poziomie rozgrywkowym.
Skra Warszawa wyraźnie odżyła w ostatnim okresie. Można powiedzieć, że ten zespół buduje się w trakcie sezonu, dosłownie i w przenośni. Nad wszystkim czuwa kapitan, która czasami dokłada jakiś element, czasami się go pozbywa, ale wychodzi to na dobre, bo drużyna notuje coraz lepsze wyniki. I choćby dlatego Skra była faworytem potyczki z Blokersami. Nie sądziliśmy jednak, że to co zobaczymy, będzie tak jednowymiarowe, bo okazało się, że nominalni goście nie są w stanie wytrzymać tempa narzuconego przez oponentów. Skra błyskawicznie pokazała kto tutaj rządzi i mecz rozpoczęła od trzybramkowej serii. Przegrywający nie mieli w tym okresie zbyt dużo do powiedzenia, ale przy stanie 0:3 wreszcie się ocknęli. Najpierw gola zdobył dla nich Bartek Kochan, a od razu pojawiły się też kolejne okazje, by zmniejszyć różnicę do minimalnej wartości. To był naprawdę dobry okres dla Blokersów, tylko co z tego, skoro trwał tak krótko i poza jednym trafieniem, nie został odpowiednio wykorzystany. Trudno zresztą wyrokować, czy nawet zdobycie jeszcze jednej bramki cokolwiek by tutaj zmieniło, bo Skra szybko wróciła na właściwe tory i po trafieniu na 4:1 znów miała bardzo bezpieczny bufor. Takim rezultatem zakończyła się pierwsza połowa, a druga niewiele różniła się od jej poprzedniczki. Jedyna zmiana polegała na tym, że Blokersi nie zdobyli w niej ani jednej bramki, natomiast to nie jest tak, że machnęli ręką na ten mecz i oddali go za darmo. Widać było, że im się chce, natomiast przeciwnik był po prostu z innej półki. Brakowało też szczęścia, bo przynajmniej dwukrotnie oponenci wybijali piłkę z linii bramkowej. Dlatego też wynik 1:8 jest zdecydowanie gorszy, niż sama gra. Nie zmienia to faktu, że wygrała drużyna lepsza, która tym samym po raz pierwszy w Lidze Fanów zanotowała dwie wygrane z rzędu. I na pewno nie będzie chciała na tym poprzestać.
Gamba Veloce - Bielany Legends to starcie lidera z drużyną ze środka tabeli, więc łatwo się domyśleć, że to gospodarze byli faworytem. I spisali się na medal, chociaż nie poszło tak łatwo, jak się zapowiadało. Pierwsza połowa tego starcia była niezwykle wyrównana. Mało konkretów pod obiema bramkami poskutkowało remisem. Mecz - strzałem po ziemi tuż przy lewym słupku - otworzył Florczuk. Bramkę dla drużyny gości, jak się później okazało jedyną, strzelił Piotr Kamiński. Piękny sen gości nie mógł trwać wiecznie, a bynajmniej gospodarze na to nie pozwolili. Kontrolowali oni całą drugą połowę, dokładając trzy kolejne trafienia. Ponownie na listę strzelców wpisał się Florczuk, a swojego pierwszego gola w spotkaniu ustrzelił też Wolski. Filip został wybrany MVP tego meczu i z czystym sumieniem zgadzamy się z tym wyborem. Był on motorem napędowym swojego zespołu, odbierał, kreował, strzelał. Robił tego dnia wszystko dla drużyny i to dzięki jego postawie, zespół ostatecznie może cieszyć się ze zdobytego kompletu punktów oraz z pozycji lidera 10 ligi. Jeśli chodzi o gości, muszą oni poszukać punktów w następnych spotkaniach. Wszystko po to, by czołówka za bardzo im nie odjechała.
Mecz pomiędzy Hiszpańskim Galeonem a Persem zakończył się przekonującym zwycięstwem gości, którzy wygrali wynikiem 2:6. Persowie od początku narzucili swój styl gry, dominując zarówno w środku pola, jak i w ofensywie. Galeon, mimo ambitnych prób, nie był w stanie sprostać świetnie zorganizowanej grze rywali. Pierwsza połowa rozpoczęła się od szybkiego prowadzenia Persa. Chwilę później podwyższyli oni prowadzenie na 2:0. Galeon starał się odpowiedzieć, jednak bezskutecznie. Ostatecznie goście dołożyli jeszcze jedno trafienie, tym samym ustalając wynik pierwszej połowy i schodząc do szatni z trzema bramkami zaliczki. W drugą odsłonę lepiej weszli jednak gospodarze, którzy zanotowali szybkie dwa trafienia, tym samym zmniejszając stratę. Niestety, praca, którą wykonali, nie wystarczyła, aby odrobić różnicę z pierwszych 25 minut. Drużyna Persów ponownie doszła do głosu, znów odskakując na różnicę kilku trafień. Mecz ten był niezwykle ważny z racji tego, że obie drużyny są usytuowane na podium 10 ligi, jednak cenne 3 punkty, które zdobyli gracze gości, pozwoliły im wskoczyć na fotel wicelidera, tym samym spychając graczy Galeonu na trzecie miejsce.
Mecz pomiędzy Compatibl, a WKS Bęgal obfitował w bramki i dobrą, sportową atmosferę. Oba zespoły znajdowały się w strefie spadkowej, gdzie potencjalna wygrana gości dawała im opuszczenie dołu tabeli. Borykający się od dłuższego czasu z brakiem nominalnego bramkarza gospodarze, bardzo szybko zdobyli swojego pierwszego gola i ruszyli za ciosem. WKS Bęgal również musiał postawić zawodnika z pola pomiędzy słupkami. Im dłużej trwał mecz, tym coraz większa była przewaga gospodarzy, którzy po 9 minutach prowadzili już 3:0. Przy tym stanie bramkowym goście przeprowadzili skuteczną akcję i po raz pierwszy umieścili piłkę w siatce rywala. Mimo dalszych starań, przewaga ofensywna Compatibl była coraz większa nie tylko na boisku, ale i w zdobyczach bramkowych. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 6:2 i nic nie zwiastowało, aby losy meczu mogły ulec zmianie. Po zmianie stron nastąpiła również zmiana w bramce Bęgala. Gospodarze już w 1 minucie drugiej odsłony pokonali nowego golkipera, nabierając jeszcze większego tempa w swoich zdobyczach bramkowych. Ta część meczu obfitowała w gole po obu stronach, lecz na 9 straconych, goście zdołali zdobyć 5 bramek. Ostatecznie Compatibl, który przeważał w całym meczu, wygrał aż 15:7 i jest o krok od opuszczenia strefy spadkowej. WKS Bęgal mimo swojego zaangażowania nie był w stanie nic więcej osiągnąć i musiał przełknąć gorycz kolejnej porażki.
Drużyna MWSP do tej pory zdobyła tylko trzy punkty i zajmuje miejsce w strefie spadkowej. Ich rywale, Essing Gorillaz spisują się lepiej i mając w dorobku siedem oczek, plasowali się w środkowej części ligowej tabeli. Lepiej spotkanie zaczęła drużyna wyżej notowana, która już w 1 minucie objęła prowadzenie. Riposta gospodarzy przyszła bardzo szybko i za sprawą dwóch trafień MWSP było na prowadzenie. W kolejnych minutach drużyny stworzyły sobie kilka dobrych sytuacji, ale wynik nie ulegał zmianie. Najlepszą mieli goście, lecz piłka po ich strzale wylądowała na słupku. Chwile później dopięli swego, czym ustalili wynik pierwszej połowy na 2:2. Druga część spotkania miała zupełnie inny przebieg. Od początku inicjatywę przejęli gospodarze, którzy najpierw ponownie objęli prowadzenie a później stopniowo je powiększali. Przy stanie 7:2 celne trafienie dorzucili goście, ale ostatnie słowo należało do ich rywali, którzy strzałem bezpośrednio z rzutu rożnego ustalili wynik na 8:2. Bardzo dobre zawody rozegrał Jan Michnia, którego cztery bramki znacznie przyczyniły się do końcowego zwycięstwa MWSP. Essing Gorillaz, po dobrej pierwszej połowie, w drugiej niczego wielkiego nie pokazali, co musiało skutkować zasłużoną porażką.
Już o 8:00 doszło do meczu otwierającego zmagania w 10 lidze. Naprzeciw siebie stanęli ASAP Vegas, który wciąż czekał na swoje premierowe zwycięstwo, oraz FC Astra, która po dwóch minimalnych porażkach chciała się przełamać i wrócić do walki o najwyższe cele. Rywalizacja z ostatnim w tabeli zespołem wydawała się ku temu świetną okazją, ale jak to w życiu bywa, nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Początkowo mecz układał się pod dyktando Astry. To goście utrzymywali się częściej przy piłce, próbowali długo rozgrywać swoje akcje, by w odpowiednim momencie dojść do klarownej sytuacji strzeleckiej. W 8 minucie wreszcie udało im się otworzyć wynik tego spotkania, ale długo utrzymywał się rezultat 0:1. W dużej mierze to zasługa bramkarza ASAP-u, który parokrotnie ratował swój zespół przed utratą bramki. Nie miał jednak za wiele do powiedzenia przy golu na 2:0 i gdy wydawało się, że taki wynik utrzyma się do końca pierwszej części, kapitalnym uderzeniem z dystansu w samo okienko popisał się Sebastian Walczak i gospodarze zdobyli bramkę kontaktową. Po zmianie stron swoje pięć minut miał Piotr Grygiel, który dwukrotnie pokonał bramkarza Astry i nieoczekiwanie to ASAP był bliżej wygranej. Trudno było jednak przewidzieć, czy uda im się dowieźć zwycięstwo, bo to goście prowadzili grę, próbowali ataku pozycyjnego z długim rozgrywaniem piłki, a ASAP szukał swoich szans w kontratakach. Wynik jednak nie uległ zmianie, gospodarze grali bardzo dobrze i z dużym poświęceniem w defensywie, a Astrze zwyczajnie zabrakło w tym meczu skuteczności, co zaowocowało trzecią z rzędu porażką. I znów różnicą jednej bramki.
Lisy Bez Polisy oraz Dżentelmeni to sąsiedzi w ligowej tabeli, którzy zdobyli odpowiednio siedem i dziewięć punktów w obecnym sezonie. Tym samym bardzo ciężko było przed spotkaniem wskazać wyraźnego faworyta. Pierwszą groźną akcję stworzyli goście, ale na posterunku był Robert Prządka, który fantastycznie wybronił strzał rywala. Po tej akcji przewagę osiągnęli gospodarze, którzy najpierw trafili piłką w słupek a następnie dopięli swego i objęli prowadzenie. Lada moment podwyższyli stan posiadania, a kolejne groźne akcje zakończyły się następnymi, dwoma trafieniami. W odpowiedzi rywale zdołali otworzyć swój dorobek, ale jak się później okazało – było to tylko trafienie honorowe. W pierwszej części meczu gospodarze nie wykorzystali rzutu karnego, ale dorzucając kolejne dwa trafienia schodzili na przerwę z prowadzeniem 7:1. Druga część spotkania to pełna kontrola wyniku przez Lisy. Najaktywniejszymi zawodnikami w ich szeregach byli Damian Borkowski i Piotr Plewa, którzy łącznie zdobyli dziewięć bramek. Ostatecznie mecz zakończył się wysokim zwycięstwem zespołu Lisów Bez Polisy 12:1, co pozwoliło przeskoczyć w tabeli niedzielnych oponentów. Dżentelmeni, w wyniku porażki, zbliżyli się do strefy spadkowej, mając tylko dwa punkty przewagi nad czerwoną strefą.
W minioną niedzielę drużyna Shitable podejmowała Joga Bonito. Obie ekipy przyjechały na to spotkanie z przeciwnymi seriami – Shitable miało na koncie dwa zwycięstwa z rzędu, natomiast gracze Joga Bonito przegrali swoje ostatnie dwa mecze. Od samego początku gra nabrała tempa – Krayeuski już w 1 minucie trafił do siatki, korzystając z podania Kohonena, który znakomicie rozegrał piłkę. Chwilę później Ivanchenko podwyższył na 2:0, pewnym strzałem umieszczając piłkę w siatce, po szybkim rozegraniu akcji. Joga Bonito nie pozostali dłużni, gdyż Mariusz Tkaczyk błyskawicznie odpowiedział, posyłając piłkę precyzyjnie w róg bramki. Na tym emocje się nie skończyły. Kovnat skorzystał z błędu bramkarza przyjezdnych i podwyższył na 3:1 dla gospodarzy, jednak Joga Bonito ponownie odpowiedzieli – Groszyk sprytnie przelobował golkipera Shitable, zmniejszając straty. Wynik 3:2 utrzymał się do przerwy, zapowiadając ciekawą drugą połowę. Po zmianie stron Shitable ponownie wzięli sprawy w swoje ręce – najpierw podwyższyli na 4:2, a następnie Kirianov zaprezentował znakomitą technikę, zdobywając bramkę efektownym lobem, który minął bramkarza, co podniosło wynik na 5:2 i jeszcze bardziej ugruntowało przewagę faworytów. Joga Bonito odpowiedzieli równie efektownie – Mateusz Hnatio popisał się dynamicznym rajdem, mijając kilku obrońców, a następnie precyzyjnie zakończył akcję, zdobywając gola na 5:3. Chwilę później, przy zamieszaniu w polu karnym, Dorian Kwieciński wykorzystał sytuację i trafił na 5:4. Wkrótce Krayeuski znów przypomniał o sobie, oddając precyzyjny strzał zza pola karnego prosto w okienko bramki Joga Bonito, co przywróciło oddech graczom Shitable. W końcówce Groszyk zdołał jeszcze raz zaskoczyć defensywę gospodarzy dalekim, kozłującym strzałem, lecz chwilę później sędzia zakończył mecz, pieczętując kolejne zwycięstwo z rzędu dla Shitable. Ten mecz, pełen pięknych trafień i emocji do ostatniego gwizdka, był prawdziwą ucztą dla kibiców, pokazując nie tylko siłę ofensywy gospodarzy, ale i waleczność Joga Bonito, którzy nie odpuszczali aż do samego końca.
W 7. kolejce 11. ligi zmierzyły się drużyny FC Legion UA i Borowiki. Mimo, że goście mieli na koncie więcej punktów, to przystępowali do spotkania po dwóch porażkach, co poddawało ich formę w wątpliwość. Mecz zapowiadał się na wyrównany pojedynek. Spotkanie rozpoczęło się od mocnego uderzenia Borowików – Rzeczka, po asyście Kaczmarka, dał prowadzenie gościom. Legion UA szybko odpowiedział – Sadzhanytsia, po podaniu od Shliakova, wyrównał, co zapoczątkowało ofensywną grę gospodarzy. Chwilę później Vysotskyi podwyższył wynik po wrzucie z autu, a Kremienishchuk dołożył kolejną bramkę na 3:1. Kolejny mocny strzał Vysotskyiego z rzutu wolnego powiększył przewagę, a Kremienishchuk jeszcze przed przerwą podwyższył na 5:1. W drugiej połowie Borowiki walczyły ambitnie, a Rzeczka zmniejszył stratę na 5:2. Gospodarze jednak nie odpuszczali, zdobywając kolejną bramkę i utrzymując dystans. Goście w końcówce meczu zaczęli wywierać presję, zbliżając się na 6:5, ale ostateczny cios zadał Kremienishchuk, ustalając wynik na 7:5. FC Legion UA dzięki tej wygranej zdobył cenne punkty, a Borowiki, mimo walki do końca, musiały przełknąć trzecią z rzędu porażkę, co na pewno da im wiele materiału do przemyślenia w dalszej części sezonu.
Spotkanie 7. kolejki 11. ligi między wiceliderem, FC Astana, a Boiskowym Folklorem z dolnej części tabeli, przyniosło niespodziewanie zaciętą rywalizację, pełną zwrotów akcji i efektownych bramek. Już w 4. minucie Boiskowy Folklor otworzył wynik meczu po błędzie bramkarza Astany, co bezlitośnie wykorzystał Ariel Kucharski. Jednak odpowiedź gospodarzy była szybka – Aidarbek potężnym strzałem z dystansu doprowadził do remisu w 6. minucie. Niedługo potem Adalbek strzelił na 2:1, wyprowadzając Astanę na prowadzenie, ale Boiskowy Folklor nie zamierzał się poddawać – Miriuk wyrównał na 2:2, zdobywając przepiękną bramkę. Po wyrównanej pierwszej połowie zakończonej wynikiem 3:3, druga część meczu okazała się prawdziwym popisem ofensywy FC Astana, którzy postanowili przypieczętować swoją przewagę nad Boiskowym Folklorem. Gospodarze wyszli na prowadzenie w 27. minucie, kiedy Kamantay znalazł lukę w obronie gości i pewnym strzałem zmienił wynik na 4:3. Niedługo potem Aidarbek ponownie wpisał się na listę strzelców, zwiększając przewagę do dwóch bramek. Boiskowy Folklor próbował jeszcze odpowiedzieć, zdobywając gola na 5:4, ale to nie zatrzymało Astany. Wkrótce gospodarze ponownie podkręcili tempo. Kamantay pewnie wykorzystał rzut karny, a następne bramki zdobywane przez Astanę tylko powiększały przewagę. Mimo ambitnej gry Folkloru, Astana kontynuowała ofensywę – najpierw zrobiło się 7:4, potem 8:4, a po bramce Yeletana na 10:5 gospodarze byli już nie do zatrzymania. Goście zdołali jeszcze strzelić jednego gola, a ponownie zdobył go Miriuk, jednak na więcej nie było już czasu. Spotkanie zakończyło się wysokim zwycięstwem ekipy z Kazachstanu 10:6, co umocniło ich pozycję w tabeli, a Boiskowy Folklor, mimo zaciętej walki, nadal pozostaje w strefie spadkowej.
Ostatnie w tabeli Furduncio podejmowało lidera rozgrywek, Force Fusion. Na papierze niewiele wskazywało na to, że gospodarze mogą odnieść w tym spotkaniu sukces. W końcu Brazylijczycy wciąż czekają na swoje premierowe zwycięstwo. Ba! Na swoim koncie nie mieli jeszcze ani jednego punktu, co w zderzeniu z drużyną, która przegrała zaledwie jeden mecz, stanowiło przepaść. Tymczasem początek meczu należał do Brazylijczyków, bo to oni jako pierwsi trafili do bramki, co spotkało się z szybką ripostą gości, którzy dwukrotnie pokonali Bruno Martinsa. Bramkarz Furduncio wziął zatem sprawy w swoje ręce, a właściwie nogi, sam przeszedł niemal całe boisko i doprowadził do wyrównania. Niestety dla gospodarzy, był to ostatni moment, w którym nawiązali w miarę wyrównaną walkę. Tuż przed końcem pierwszej części fatalnej kontuzji doznał Ivan Tkachenko, który złamał nogę w wyniku niefortunnego zderzenia. Oba teamy musiały czekać ze wznowieniem gry do przyjazdu karetki, a gdy wyszły ponownie na boisko, byliśmy świadkami spektaklu do jednej bramki. Do przerwy było 2:4 dla Force Fusion, ale dalsza część to już spokojna gra i konsekwentne budowanie przewagi przez gości. Furduncio nie było w stanie przełamać obrony rywala, do tego popełniało błędy w defensywie, które bezwzględnie wykorzystywali rywale. Ostatecznie skończyło się zwycięstwem Force Fusion 2:12, co z przebiegu gry było jak najbardziej zasłużonym wynikiem.
O godzinie 19:30 na Arenie Grenady doszło starcia pomiędzy BRD Young Warriors a Wystrzelonymi. Oba zespoły przed meczem znajdowały się w strefie spadkowej, lecz nie da się ukryć, że faworytem była drużyna gości. Pierwsze kilka minut tak naprawdę ustawiło Wystrzelonych w bardzo dogodnej sytuacji. Stworzyli niebezpieczne ataki i pewnymi strzałami zakończyli je bramkami. Po początkowym wyniku 0:3, BRD nie mogło się podnieść i było bezradne. Szczelna defensywa rywali nie pozwoliła na odrabianie strat.. W końcu gospodarze się przełamali, zanotowali gola, a parę minut później, pewnym strzałem z rzutu karnego zbliżyli się do stanu 2:3. W ostatnich minutach tej części, drużyna w czarnych strojach wykorzystała błąd defensywy oponentów i zwiększyła prowadzenie. Po zmianie stron to zespół BRD narzucał tempo. Mimo, że prowadzenie wciąż utrzymywali goście, to zdecydowanie był to dobry okres dla BRD. Przy lepszej skuteczności, spokojnie mogli objąć nawet prowadzenie. Przy wyniku 5:6 coś się zmieniło. Węższa kadra gospodarzy, w końcu się zmęczyła. Chłopaki stracili parę, przestali walczyć, a Wystrzeleni nie mieli litości. W ciągu kilku minut zdobyli kolejne trzy bramki i zasłużenie wygrali mecz 5:9.
Mecz FC Razam kontra Dynamo Wołomin od samego początku był twardy. Oba zespoły nie odstępowały nogi w walce o piłkę. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana i każdy minimalny błąd mógł przesądzić o końcowym wyniku. Zwłaszcza bramkarze mieli dużo pracy, aby nie dopuścić do utraty gola. Jako pierwsi z gola cieszyli się gospodarze, obejmując prowadzenie w 7 minucie. Jego autorem był Pavel Kostoglod, który wykorzystał podanie od Nikity Kolokoltseva. Goście mimo swoich starań nie byli w stanie złapać kontaktu z rywalem, który powoli zaczynał przeważać w akcjach ofensywnych. Cztery minuty przed przerwą ten sam duet po raz drugi zdołał pokonać Dariusza Nitkę, ustalając wynik do przerwy na 2:0. Po zamianie stron pomiędzy słupkami Dynama stanął Radek Kania, który miał jeszcze więcej pracy niż jego poprzednik. W finałowej odsłonie mecz był rozgrywany w szybszym tempie. Minutę po jej rozpoczęciu gola kontaktowego, po bezpośrednim strzale z rzutu wolnego, zdobył Michał Matyja. Gospodarze przycisnęli rywala i na stratę bramki szybko odpowiedzieli, notując dwa trafienia. Dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem goście po raz drugi zdołali przybliżyć się na odległość jednego gola. Ostatnie minuty należały jednak do FC Razam, którzy powiększyli stan posiadania i spokojnie dowieźli trzy punkty do końcowego gwizdka. Dzięki wygranej gospodarzy obie drużyny zamieniły się miejscami w tabeli, z niewielką stratą do podium i niewielką przewagą nad strefą spadkową. Dynamo Wołomin mimo walki, musiało przełknąć gorycz porażki. Warto zaznaczyć, że Michał Matyja miał udział przy wszystkich zdobytych golach przez ekipę z Wołomina. Gdyby takich Michałów było w tej drużynie dwóch, to być może udałoby się tutaj ugrać coś więcej.
W 7. kolejce zmierzyły się drużyny FC Cały Czas Bomba i Na Wariackich Papierach , co zapowiadało spotkanie pełne determinacji i walki o cenne punkty. Na papierze faworytami byli goście, jednak to FC Cały Czas Bomba zaczęli mocno, wychodząc na prowadzenie po strzale Maksymiliana Szyżewskiego zza pola karnego, przy którym asystował Kamil Barwaśny. Chwilę później Barwaśny ponownie zanotował asystę, tym razem przy golu Chimczuka, podwyższając wynik na 2:0. Goście jednak szybko się otrząsnęli – kontaktowego gola zdobył Emil Gadomski, a Bartosz Krajewski skutecznie wykonał rzut karny, doprowadzając do remisu. W drugiej połowie FC Cały Czas Bomba przejęło inicjatywę. Szyżewski ponownie wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie po asyście Chimczuka, a chwilę później Starosta i znów Szyżewski powiększyli przewagę do stanu 5:2. Choć Dawid Płatek z Na Wariackich Papierach próbował przywrócić nadzieję przegrywającym, gospodarze nie dali sobie odebrać zwycięstwa. Szyżewski dodał jeszcze jedno trafienie, a Michał Olak odpowiedział golem na 7:4. Wynik spotkania ustalił Chimczuk, zdobywając swoją drugą bramkę i stemplując imponującą wygraną FC Cały Czas Bomba. Dzięki tej wygranej gospodarze zdobyli cenne punkty, natomiast drużyna Na Wariackich Papierach, mimo walecznej postawy, musiała uznać wyższość oponentów w tej zaciętej rywalizacji.
Drużyna z dolnej części tabeli, Unión Latina, miała przyjemność stanąć do rywalizacji z wiceliderem 12 ligi, zespołem Piwo Po Meczu FC. Niekwestionowanym faworytem była drużyna z napojem procentowym w nazwie, ze względu na dotychczasową dyspozycję w poprzednich meczach. I to właśnie ona zdecydowanie lepiej weszła w mecz. Już na samym chłopaki starcie otworzyli wynik i skrupulatnie budowali swoją przewagę, na co najlepszym potwierdzeniem był końcowy wynik pierwszej połowy, który wyniósł 1:4. Dodatkowo mieli oni w swoich szeregach takich graczy jak Michał Świercz i Piotr Zakrzewski. Wyżej wymienieni zawodnicy zdobyli kolejno dwie bramki + asystę oraz hat-tricka. Reprezentanci Uniónu nie byli w stanie w żadnym aspekcie dorównać przeciwnikom. Goście, pomimo wielu tworzonych sytuacji pod bramką rywala, wielokrotnie marnowali świetne okazje, niemniej przewaga z pierwszych 25 minut wystarczyła, aby zdobyli cenne 3 punkty. Ostatecznie wygrali 6:4, czym dali jasny sygnał liderowi, by miał się na baczności do ostatniej kolejki, ponieważ nie zamierzają odpuścić walki o złote medale.
O 16:30 na Arenie Grenady FC Patetikos podejmowali AC Choszczówke na 12 szczeblu rozgrywkowym. Lekkim faworytem byli gospodarze, a ponieważ obie drużyny znajdują się w strefie medalowej, zwiastowało nam to świetny mecz. Długo panował remis, sytuacji bramkowych niewiele, a każda ze stron grała spokojnie. W końcu pięknym strzałem drużyna z Choszczówki wychodzi na prowadzenie. Niedługo później zdobywają bramkę na 0:2, a przeciwnik wydaje się być zaskoczony. Po kilku minutach następuje przebudzenie w szeregach bordowych koszulek. Zaczynają ponownie grać jak równy z równym. Do końca pierwszej połowy wynik pozostaje jednak bez zmian. Druga odsłona wyglądała bardzo podobnie jak pierwsza. Zmieniła się jedynie ilość sytuacji bramkowych w szeregach obu stron oraz fakt, że to Patetikos zdobyli dwie bramki a Choszczówka ani jednej. Bardzo dobry, czysto piłkarski mecz, bez większych awantur. Mimo zaciętej rywalizacji i poświęcenia, ilość fauli nie była zbyt duża, a zawodnicy okazywali sobie wzajemny szacunek. Remis 2:2 jest jak najbardziej zasłużony z przebiegu całego spotkania.
Gentleman Warsaw Team po porażce z ubiegłej kolejki, chciało błyskawicznie pozbyć się goryczy porażki, która bez wątpienia towarzyszyła im z powodu starcia z Klubem Sportowym Sandacz. Gracze w czarnych strojach mogli doszukiwać się szansy na poprawę morale w spotkaniu z Pogromcami Poprzeczek. Jeżeli ich przedsezonowym celem było wygranie rozgrywek, to starcie takie jak to (z drużyną ze strefy spadkowej), musieli zdominować. Paradoksalnie to chyba wyżej wymienione poczucie obowiązku spętało im nogi. Pierwsi do głosu doszli bowiem gospodarze, którzy po trafieniu Marcina Kowalskiego objęli prowadzenie. Ich radość nie trwała jednak długo, ponieważ goście odrobili stratę z nawiązką. Mimo pozornego przejęcia kontroli nad meczem, Gentlemani po raz kolejny ulegli dekoncentracji. Otrzeźwiająco podziałała na nich dopiero bramka Mateusza Niewiadomego, dająca remis 2:2. Finalnie przed przerwą udało im się ponownie wyjść na prowadzenie. W drugiej odsłonie tego starcia sytuacja się powtórzyła. Zmotywowany zespół Pogromców wziął się w garść i w szybkim tempie doszedł do głosu. Snajperskim kunsztem popisał się ponownie Mateusz Niewiadomy, który najpierw po asyście Kowalskiego wyrównał. Następnie gracz oznaczony numerem dziewięć zdołał pokonać Jakuba Augustyniaka po raz kolejny. Wszystko zdawało się układać na korzyść Pogromców, aż do wyniku 4:3. Niestety czegoś zabrakło, by sprawić tutaj sensację i dowieźć korzystny wynik aż do finału. Po trzech kolejnych bramkach zainkasowanych przez Adama Maja, sprawa była przesądzona. Tym samym ten jakże ciekawy mecz zakończył się wynikiem 4:6 dla faworytów.
O godzinie 10:30 na Arenie Grenady do meczu przystąpiły Szereg Homogenizowany oraz NieDzielni. Zdecydowanym faworytem była ekipa Szeregu mająca 13 oczek, zaś NieDzielni utknęli w strefie spadkowej z dorobkiem jednego punktu. Jak dobrze wiemy, piłka nożna lubi płatać figle, rządzić się swoimi prawami oraz zaskakiwać, a niespodzianki kochamy w tym sporcie najbardziej. Z początku gospodarze wyglądali dużo lepiej. Środek pola był całkowicie zdominowany, a defensywa gości nie radziła sobie ze świetnie dysponowanym tego dnia Janem Mitrowskim. Ten gracz mijał czasami 3-4 rywali, przechodząc całe boisko. Szereg dwukrotnie wychodził na prowadzenie, ale ekipa gości miała w swoich szeregach jednego z bohaterów tego spotkania - Maćka Piątka. To on precyzyjnymi strzałami dwukrotnie oszukał bramkarza rywali, dając za każdym razem remis. W ostatnich minutach ponownie gwiazda Szeregu zmasakrowała defensywę rywali, kompletując hat-tricka. Po 25 minutach było 3:2. Po przerwie drużyna gości doznała natchnienia. Bardzo dobrze zawęzili środek pola i pokryli najgroźniejszego zawodnika przeciwników. Dzięki temu kontrolowali całą połowę, wychodzili z kontratakami, skutecznie kończąc swoją okazje. Praktycznie całą drugą odsłonę utrzymywali trzybramkowe prowadzenie. Co prawda po pierwszej połowie widać było w NieDzielnych ducha walki i chęć wygrania meczu, lecz nikt nie spodziewał się, że zrobią to w tak wspaniałym stylu. Szereg nie miał szans, chociaż Aleksander Ryszawa strzałem w okienko dał nadzieję, to jednak na jakikolwiek pościg było za późno. Chwilę później poszła kontra i znów zawodnicy w żółtych strojach strzelili bramkę. Mecz zakończył się wynikiem 4:7, który dał pierwsze zwycięstwo NieDzielnym w tym sezonie. Przy tak dobrej grze wygrana z Old Boys Derby lll oraz Pogromcami powinna być formalnością.
Lider, czyli Klub Sportowy Sandacz podejmował będącą w dole tabeli ekipę Wombatów. Przed spotkaniem naturalnym faworytem byli goście, ale początek spotkania nie był dla nich łatwy. Gospodarze dzielnie się bronili i choć mieli problemy, by skonstruować okazje do strzelenia bramki, to starali się nie ograniczać wyłącznie do defensywy. To spowodowało, że dobrych kilka minut zajęło Sandaczowi stworzenie przewagi. Wynik otworzył wreszcie Kacper Zając. Wombaty nie traciły jednak animuszu i starały się coraz śmielej atakować. To nie przyniosło co prawda korzyści bramkowych, ale trzeba przyznać, że nawet rywale byli zaskoczeni, że muszą tak mocno się natrudzić, by stworzyć kolejne okazje. Do przerwy skończyło się na 0:2. Po zmianie stron goście kontrolowali wydarzenia na boisku, a że przeciwnik nie miał zmian, to jasnym było, że z czasem sił będzie brakować. Sandacz potrafił w drugiej odsłonie strzelić cztery bramki, a mogło ich być zdecydowanie więcej, gdyby nie dobra postawa w bramce Gabriela Marqueza Munoza. W końcówce Wombaty miały okazję po rzucie wolnym, ale bramkarz Paweł Kyc sparował piłkę poza boisko i tym samym udało mu się zachować w niedzielny wieczór czyste konto. Klub Sportowy Sandacz umacnia się w fotelu lidera a Wombaty muszą szukać punktów w ostatnich dwóch kolejkach tego sezonu.
W niedzielne południe spotkały się drużyny Inferno Team lll oraz CWKS Ferajna Warszawa, reprezentujące 13 poziom rozgrywkowy. Gospodarze bardzo dobrze weszli w spotkanie, gdyż w ciągu kilku minut wyszli na prowadzenie 2:0. Chwilę później CWKS strzela bramkę i łapie kontakt. Mecz był zacięty, ale to Inferno wyglądało zdecydowanie lepiej. Goście mimo dobrych akcji i groźnych sytuacji, nie potrafili znacząco poprawić swojego dorobku. Do przerwy wynik brzmiał 4:2. Po krótkim odpoczynku gospodarze doprowadzają do wyniku 6:2. Powinni już dawno zamknąć mecz, lecz byli nieskuteczni. Z perspektywy Ferajny nie wszystkie wydaje się jeszcze stracone, zwłaszcza, iż zostaje podyktowany kontrowersyjny rzut karny, który pewnie wykorzystują zawodnicy w zielonych koszulkach. W ostatnich fragmentach Inferno nie jest już tak aktywne, a CWKS ma okazję zbliżyć się z wynikiem. Niestety podobnie jak rywal pozostaje nieskuteczne, przez co rezultat zamyka się w stosunku 6:3.
Old Boys Derby III - Green Team to kolejne starcie, jakie mogliśmy oglądać w niedzielę na Arenie AWF. Drużyna gospodarzy wciąż szukała pierwszego zwycięstwa w tym sezonie, zaś Zielona ekipa, po ostatnich dwóch zwycięstwach, chciała potwierdzić swoją wysoką formę. I Green Teamowi doskonale się to udało w pierwszej połowie. Dwa trafienia Waszczuka, który tego dnia był najlepszy w swojej drużynie, dały pewną zaliczkę i prosty plan na drugą połowę - utrzymać to, co udało się zbudować. To nie do końca się jednak udało. Po zmianie bramkarza w drużynie OldBoys na Piotrka Arendta, przegrywający jakby dostali wiatru w żagle i zaczęli odrabiać straty. Rafał Kordowski jako pierwszy dał sygnał do ataku. I nagle ze stanu 2:5 zrobiło się 5:5 i mieliśmy niezwykle wyrównany mecz. Prawdę mówiąc, ostatnie dziesięć minut to prawdziwy rollercoaster i wymiana ciosów, która swój finisz miała przy stanie 9:9. Zdecydowanie bardziej zły na siebie może być Green Team, bo to on stracił bramkę na remis w ostatniej akcji meczu. I tak jak sygnał do powrotu dał Kordowski, tak trafienie na remis również było jego dziełem. Tym samym, po emocjonującym widowisku, drużyna Old Boys III dopisuje sobie kolejne oczko w ligowej tabeli, a Green Team ma świadomość, że powinien wygrać i na własne życzenie zgubił dwa punkty.
Mecz pomiędzy Cockpit Country i FC Vikersonn ll odbył się o 11:30 na Arenie Grenady. Przed pierwszym gwizdkiem wydawało się, iż nie będzie żadnej niespodzianki i goście pewnie wygrają to spotkanie. Nieoczekiwanie drużyna gospodarzy narzuca warunki meczu i szybko obejmuje przodownictwo. Mimo dwukrotnego prowadzenia, za każdym razem dawali się jednak dogodzić. W świetnej dyspozycji był Mateusz Hofman, gdyż to po jego strzałach padły dwie pierwsze bramki dla Cockpitu. Długi czas utrzymywał się remis. W końcówce pierwszej części spotkania pada bramka samobójcza i Vikersonn po 25 minutach prowadził 2:3. Po zmianie stron długo nie możemy się doczekać trafień. Dużo strzałów zostało zablokowanych, było sporo niedokładnych podań i bardzo rażąca nieskuteczność. W końcu następuje wyrównanie, a Vikersonn szuka zwycięskiego gol. Musi się jednak mieć na baczności, bo bardzo niebezpieczne kontry przeprowadzane przez Cockpit, mogły im przysporzyć sporo problemów. W końcu mecz dobiega końca, a wynik pozostaje niezmienny i zatrzymuje się 3:3. Z przebiegu całego spotkania to zasłużony rezultat, który nikogo tutaj nie krzywdzi.
Na wznoszącej się fali zwycięstw drużyna Sokila w niedzielę miała okazję zmierzyć się z graczami Turkmens. Goście podrażnieni ostatnią porażką na pewno czuli niedosyt i byliśmy przekonani, że tym razem zamierzają zgarnąć komplet punktów. Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana. Z przebiegu meczu próżno było doszukiwać się drużyny, która przeważa, ponieważ co tylko Turkmens wyszedł na prowadzenie, ekipa Sokila skutecznie goniła wynik i doprowadzała do wyrównania. W drugiej połowie ewidentnie goście opadli z sił, co bezlitośnie wykorzystali rywale. Błędy defensywy Turkmens oraz świetnie wyprowadzane kontrataki ostatecznie zadecydowały o finalnym wyniku starcia. Turkmens próbowali odrobić straty, jednak bezskutecznie. Mecz był widowiskiem pełnym zwrotów akcji, ale Sokil zaprezentował większą determinację i skuteczność w kluczowych momentach, przez co wygrał w stosunku 6:4.
Jak dotąd ekipa Nieuchwytnych pod wodzą Marka Szklennika - delikatnie mówiąc - nie zachwyca. Pomimo obiecującego początku (minimalna porażka z Zaruby United oraz wygrana z Cockpit Country), po sześciu seriach gier zespół gospodarzy nie zapunktował w żadnym kolejnym meczu. Ich rywale, czyli Sultan mógł pochwalić się o wiele pokaźniejszym dorobkiem. Jak dotąd udało im się zdobyć aż 16 na 18 możliwych punktów. Tym samym zapowiadało się nam dość jednostronne starcie, porównywalne do biblijnego pojedynku Dawida z Goliatem. Na potwierdzenie powyższych słów nie trzeba było długo czekać. Gracze Sultana obnażyli słabości rywala, aplikując mu błyskawicznie dwie bramki. Gospodarze co prawda zdołali zdobyć gola kontaktowego, autorstwa Oleksiia Kyselova, ale przeciwnik odpowiedział przed przerwą kolejnymi, pięcioma trafieniami. Finalnie pierwsza odsłona tego meczu zakończyła się wynikiem 2:7. Po zmianie stron zauważalny był natomiast spadek precyzji w atakach Sultana. Rozluźnieni goście, mając pokaźną zaliczkę, odpuścili trochę tempo gry oraz zdekoncentrowali się w defensywie. Poskutkowało to zaledwie jednym strzelonym przez nich golem. Ponadto stracili dwie kolejne bramki, co spowodowało, że mecz zakończył się przy stanie 4:8. Wygrana druga połowa w wykonaniu Nieuchwytnych powinna ich tym samym podbudować. Udowodnili bowiem, że są w stanie rywalizować jak równy z równym w spotkaniach, w których grają z pozornie silniejszym rywalem.
Po sześciu seriach gier ekipa Zaruby United mogła pochwalić się dorobkiem dziewięciu punktów. Ich niedzielny rywal, Synowie Księdza, jak dotąd zdołał zainkasować o zaledwie dwa oczka mniej. Z tego powodu mogliśmy spodziewać się niezwykłych emocji oraz wyrównanego pojedynku, w którym minimalnym faworytem byli goście. Od samego początku inicjatywę sensacyjnie przejęli gospodarze, którzy po przechwycie Mateusza Gołębiewskiego wyszli na prowadzenie. Do szybkiego wyrównania doprowadził natomiast Vlad Fedyukovich. Wydarzenie to bezapelacyjnie podziałało motywująco na graczy w czarnych strojach, którzy momentalnie przejęli kontrolę nad pojedynkiem. Ogromny w tym udział miał wcześniej wspomniany gracz oznaczony numerem 15. Mateusz trafił odpowiednio na 2:1 oraz 3:1, co podkreśliło jego dobrą dyspozycję tego dnia. W pierwszej części meczu goście byli tylko tłem dla lepiej dysponowanego przeciwnika. Mimo to wciąż próbowali nawiązać równorzędną walkę. Efektem tego nastawienia była bramka kontaktowa. Niestety dla nich ta część spotkania została zdominowana przez Gołębiewskiego, który do trzech trafień dołożył jeszcze asystę przy golu na 4:2. Po zmianie stron, gdy wszyscy spodziewali się jednostronnego pojedynku, do głosu doszły Zaruby United. Niestety dla nich powtórzył się scenariusz zamykający pierwszą połowę. Prawdziwy przełom miał miejsce w momencie, gdy na tablicy widniał rezultat 5:3. Gracze gości odwrócili losy spotkania i przeprowadzili prawdziwą remontadę, odwracając wynik. Mimo objęcia prowadzenia 5:6, mecz miał jednak swoją dalszą historię. Podrażnieni Synowie Księdza w końcowym fragmencie rzucili się do odrabiania strat, co zaowocowało ostatnim golem, jakiego doświadczyliśmy w tej potyczce. Autorem był bezapelacyjny bohater gospodarzy, Mateusz Gołębiewski. Mecz zakończył się podziałem punktów.
O 17:30 na sektorze B Areny Grenady wyszły naprzeciw sobie zespoły Mocny Narket oraz FC Babice. Chwilę po rozpoczęciu spotkania drużyna gospodarzy objęła dwubramkowe prowadzenie. Pięknym strzałem z dystansu popisał się bramkarz Ruben Nieścieruk. Zespół gości przez całą pierwszą część nie był w stanie za wiele pokazać. Oczywiście stworzył kilka groźnych okazji, ale albo brakowało zdecydowania, albo precyzji. Ich pojedyncze strzały bronił za to bez kłopotów bramkarz Narketu. Z kolei prowadzący ciągle kreowali sobie coraz lepsze okazji, tyle że również pozostawali nieskuteczni. Do przerwy wynik brzmiał 3:0. W drugiej połowie młoda drużyna FC Babice zaskoczyła i postawiła się faworytowi. Chłopaki jako pierwsi strzelili bramkę, potem co prawda stracili, ale przez prawie 20 ostatnich minut Mocny Narket został zepchnięty do defensywy. Zagrażał jedynie z kontry. Na koniec meczu przegrywającym udaje się zbliżyć do stanu 4:3, ale brakuje już czasu żeby wyrównać. Wydaje się, że głównie ze względu na pierwszą połowę gospodarze zasłużyli na zwycięstwo, ale jeśli mecz trwałby dłużej, to kto wie czy Babice nie sprawiły by niespodzianki. Bo remis czy nawet wygrana, były tutaj w zasięgu.
Zbliżając się do końca rundy jesiennej, jesteśmy w stanie stwierdzić, że Partyzant Włochy jak dotąd osiągnął już swoje piłkarskie maksimum. Po sensacyjnej wygranej z liderującym wówczas Mocnym Narketem i remisie z Warsaw Pistons, ekipa Aleksandra Markowskiego wróciła na ścieżkę porażek. Ich rywal, FC Nieśmiertelni Wojownicy, przed bezpośrednim pojedynkiem znajdował się w odwrotnej sytuacji. Zespół w ostatnich dwóch spotkaniach zdobył komplet punktów, dzięki czemu zbliżył się do TOP 3. Spotkanie zgodnie z przedmeczową predykcją rozpoczęło się od dominacji gości. Gracze Nieśmiertelnych Wojowników bardzo szybko wyszli na trzybramkowe prowadzenie. Następnie mieliśmy przyjemność oglądać fantastyczne pięć minut w wykonaniu gospodarzy. Trafienie Skiby oraz Błaszczyka to niestety jedyne, na co było stać zespół z warszawskich Włoch. Rywal bowiem zdołał zdobyć bramkę tuż przed przerwą na 2:4. Jak o pierwszej części zawodów można powiedzieć sporo, tak o drugiej połowie można zasadniczo nie wspominać. W tym okresie KS Partyzant Włochy borykał się z ogromnym problemem w defensywie, co ponadto przekładało się na fazę ataku. Rywale wykorzystywali swoje kolejne szanse, do których dochodzili z coraz większą łatwością. Dzięki temu FC Nieśmiertelni Wojownicy zdołali zaaplikować rywalowi kolejne pięć bramek, tracąc przy tym zaledwie jedną. Tak fantastyczna dyspozycja tego zespołu, dała im gładkie zwycięstwo 3:9.
W meczu pomiędzy drużyną Elitarni Gocław a Warsaw Pistons nie było żadnej niespodzianki. Była to niezwykle jednostronna rywalizacja, a Elitarni zaprezentowali doskonałą formę ofensywną i pełną dominację na boisku. Byli bezlitośni dla swoich rywali. Wykorzystywali najmniejszą lukę w ich defensywie, zamieniając ją na bramkę. W pierwszej połowie goście byli bezradni i nie mieli żadnych okazji, aby realnie zagrozić bramce strzeżonej przez Marcina Głębockiego. Druga połowa wyglądała bliźniaczo podobnie do pierwszej. Pełna dominacja, wręcz deklasacja ze strony gospodarzy, którzy po każdym kolejnym strzelonym golu nawet nie myśleli, aby się zatrzymywać. Ich napastnicy popisywali się zarówno techniką, jak i skutecznością, wykorzystując niemal każdą okazję. Warsaw Pistons zdołali zdobyć jeszcze dwa gole w końcówce meczu, ale były to jedynie honorowe trafienia. Gra Elitarnych była pokazem świetnego zgrania drużynowego, kreatywności w ataku i żelaznej dyscypliny w obronie. Warsaw Pistons, choć ambitni, nie byli w stanie sprostać tak wymagającemu przeciwnikowi. Wynik 11:3 pokazuje różnicę klas i jest dowodem na świetną dyspozycję triumfatorów.
O 15:30 na Arenie Grenady odbył się mecz pomiędzy Karabakh Azerbejzan i Santiago Remberteu. Pierwsza połowa była dość wyrównana. Trudno było wskazać faworyta, można było jednak zauważyć, że goście mieli nieco więcej sytuacji, ale nie potrafili ich wykorzystać, a strzelone bramki padały bardziej z przypadku, jak np te po trafieniach samobójczych. Zespół gospodarzy oddawał pewne strzały, groźne, trudne do obrony, ale przez błędy defensywy, pierwszej połowy nie udało się przechylić na swoją stronę. Wynik do przerwy to 4:4, chociaż patrząc na ilość sytuacji po obu stronach wydaje się to absurdalne i niemożliwe. Duża w tym zasługa obydwu bramkarzy. Druga część spotkania to zupełnie inny mecz, jakby przyszły grać inne drużyny. Karabakh bezradny, ospały, zmęczony, bez pomysłu na grę. Santiago w gazie, z dobrym wykończeniem, dające koncert ze sporą ilością bramek. Zwłaszcza duet Wójtowicz - Syrnyk był tego dnia niesamowity. Łącznie strzelili 10 bramek oraz zanotowali 8 asyst. Wliczając samobója i gole bez asysty, to mieli udział niemalże przy każdej bramce. Jesteśmy pewni, że ta dwójka powalczy o nagrody indywidualne, gdyż na boisku rozumie się bez słów. Mecz zakończył się finalnie pewnym zwycięstwem Santiago Remberteu 5:13.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)