RAPORT MECZOWY! 10. KOLEJKA - SEZON 25/26
Wreszcie dobiegła końca ponad czteromiesięczna przerwa od Ligi Fanów! Wracamy w świetnym stylu, a szczególnie wiele zespołów z dolnych rejonów tabeli udowodniło, że ich przedwczesne skreślenie było poważnym błędem.
Kto więc pozytywnie zaskoczył, a kto rozczarował, mimo że uchodził za murowanego faworyta?
Trzeba przyznać, że KSB udźwignęło presję w meczu z wyjątkowo niewygodnym dla siebie rywalem i - co więcej - zrobiło to z naprawdę konkretną nawiązką. Wszystko rozpoczęło się od obicia słupka przez Vladyslava Voronova po odważnym strzale z dystansu i choć KSB dominowało, nie potrafiło przełożyć tego na zdobycie bramki. Zaledwie jeden moment nieuwagi gospodarzy wystarczył, by to Impuls UA wyszedł na prowadzenie - po długiej piłce od bramkarza i rykoszecie do siatki trafił Dmytro Kuznietsov. KSB ponownie postraszyło strzałem w słupek, lecz ku uciesze Michała Tarczyńskiego odpowiedzialność za wynik na swoje barki wziął Maciej Grabicki. Pognał lewym skrzydłem i oddał mocny strzał nie do obrony.
Dwie minuty później mistrzowie 1. Ligi z ubiegłego sezonu wyszli na prowadzenie po pomysłowym rozegraniu rzutu wolnego przez Grabickiego i Rucińskiego. „Dziesiątka” KSB miała ochotę na zdecydowanie więcej, ale na przeszkodzie tym razem stanął Bohdan Ivaniuk, który zdołał wybić z linii bramkowej piłkę zmierzającą do siatki. Sposób, w jaki KSB operowało futbolówką, sprawiał, że rywale nieustannie musieli za nią biegać, tracąc przy tym sporo sił. Mimo to wciąż brakowało przypieczętowania tej wyraźnej przewagi. Finalnie udało się to za sprawą wywalczonego rzutu karnego - faulowany przez Dmytra Hrynova Grabicki pewnie wykorzystał „jedenastkę”.
Po przerwie KSB dosłownie rzuciło się na ukraińskich rywali, zdobywając aż trzy bramki w minutę. Na listę strzelców wpisali się wówczas Rakhmail, Grabicki oraz Strzegocki, przy czym ten ostatni chwilę później cieszył się już z dubletu. Po potężnym uderzeniu w poprzeczkę autorstwa Grabickiego gra KSB nieco zwolniła, dzięki czemu Impuls mógł dojść do głosu, zdobywając dwie bramki - najpierw błąd Wachnika wykorzystał Bohdan Ivaniuk, a na 7:3 trafił Kuznietsov.
Ogólnie rzecz biorąc, Impulsowi przydarzało się jednak zbyt wiele prostych błędów, by w dłuższej perspektywie mogli myśleć o przełamaniu defensywy przeciwnika. Na gola z ostrego kąta w wykonaniu Rucińskiego dwukrotnie odpowiedział Vladyslav Budz, lecz to trafienie na 9:5 autorstwa Voronova skradło całe show. Przyjęcie, obrót, dwukrotne podbicie piłki w powietrzu i fenomenalny lob nad bezradnym Slobozheniukiem - to trzeba było zobaczyć!
W końcówce meczu stratę do gospodarzy zmniejszył Vasyl Ivaniuk, lecz ostateczny wynik nie uległ już zmianie. KSB zdołało tym samym utrzymać miejsce na podium Ekstraklasy, natomiast Impuls będzie musiał szukać przełamania w następnej kolejce.
Mecz 10. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów zapowiadał się jako stosunkowo jednostronne widowisko, biorąc pod uwagę doświadczenie i ostatnie wyniki Ognia Bielany. Gospodarze, podbudowani 3. miejscem w silnie obsadzonym turnieju Decathlon Cup, uchodzili za wyraźnego faworyta, zwłaszcza że goście targani byli różnego rodzaju problemami organizacyjnymi, które prawdopodobnie w najbliższej przyszłości przyniosą zmianę nazwy tej ekipy.
Boisko szybko jednak zweryfikowało te przewidywania. Już od pierwszych minut KS Tanatos Browarek pokazał znakomitą organizację gry, szczególnie w defensywie. W 7. minucie Maśniak wykorzystał zamieszanie pod bramką i z bliskiej odległości otworzył wynik spotkania. Chwilę później świetną zespołową akcję wykończył Brzeski, podwyższając na 0:2. Ogień próbował odpowiedzieć, lecz brakowało skuteczności, a między słupkami gości pewnie spisywał się Wierzbicki. W 15. minucie Kopczyński wstrzelił piłkę w pole karne, a Kiewel zamknął akcję, zdobywając gola na 0:3. Takim rezultatem, mimo starań obu zespołów, zakończyła się pierwsza część spotkania.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie - gospodarze atakowali, ale bez efektu. Dopiero w 38. minucie Milewski indywidualną akcją zdobył bramkę na 1:3. Nadzieje odżyły jeszcze bardziej, gdy Wernikowski trafił na 2:3 pięć minut przed końcem.
Końcówka należała jednak do gości - Brzeski najpierw sam podwyższył wynik, a następnie asystował przy golu Maśniaka, przypieczętowując niespodziewane zwycięstwo 5:2.
W pierwszej kolejce rundy wiosennej ciężka przeprawa czekała beniaminka Ekstraklasy, który mierzył się z aktualnym liderem oraz mistrzem Ligi Fanów. Patrząc na skład, którym dysponował zespół Lakoksy CF przed tym meczem, można było oczekiwać, że faworyci pewnie dopiszą trzy punkty.
Szybko, bo już w 4. minucie, na prowadzenie swój zespół wyprowadził Zawadzki. Gladiatorzy od razu wzięli się za odrabianie strat i na efekty nie trzeba było długo czekać – po dobrym podaniu Ostapenki do bramki przeciwników trafił Staros. Kolejne fragmenty meczu przyniosły przewagę w posiadaniu piłki po stronie gości oraz liczne sytuacje podbramkowe z obu stron. Mistrzowie Ligi Fanów bardzo często przy budowaniu ataków angażowali Bartka Gwoździa, budując tym samym liczebną przewagę pod polem karnym gospodarzy. Ci z kolei, gdy tylko przejmowali piłkę, zazwyczaj kończyli akcje groźnymi strzałami. W 15. minucie dobrym, płaskim uderzeniem popisał się Brzeziński i ponownie Lakoksy prowadziły w tym pojedynku. 120 sekund później Grzelak zakręcił Radkievichem i skierował piłkę do bramki obok interweniującego Gwoździa. Kilka chwil później dobre podanie od Wąszewskiego wykorzystał Kober i w 20. minucie wynik brzmiał już 4:1. Goście nie zniechęcili się takim obrotem spraw i ruszyli do odrabiania strat. Tuż przed przerwą pięknym strzałem pod poprzeczkę popisał się Radkievich, ustalając wynik pierwszej połowy na 4:2.
Kolejne 25 minut przyniosło bardzo wiele emocji. Wynik do samego końca pozostawał sprawą otwartą. Tuż na początku drugiej połowy gola na 5:2 zdobył Czerw. Goście konsekwentnie, tymi samymi metodami, starali się zmniejszyć straty i w pewnym momencie wydawało się, że są tego bliscy – na kwadrans przed końcem, po bramce Ostapenki, przegrywali już tylko 4:5. Zaraz po tym trafieniu swojego drugiego gola w tym meczu zdobył Brzeziński, nieco studząc zapał lidera tabeli. W 42. minucie Tula zdobył bramkę na 5:6, co zapowiadało niezwykle emocjonującą końcówkę.
Grę nerwów wygrali gospodarze, dokładając kolejne trzy gole. W połączeniu z dwoma trafieniami Gladiatorów złożyło się to na końcowy rezultat 9:7.
Tur Ochota jest zdecydowanie w najgorszej sytuacji spośród wszystkich zespołów w Ekstraklasie. Musiał zatem szukać punktów już w pierwszym meczu rundy wiosennej, choć rywal wydawał się niezwykle mocny. Goście mieli co prawda wystąpić w solidnym zestawieniu, ale - jak to często bywa - wykruszyło się dwóch zawodników, dlatego zespół Janka Skotnickiego przystąpił do rywalizacji z tylko jedną zmianą.
Początek meczu należał do Tura i gracze z Ochoty mieli swoje okazje. Jednak w bramce znakomicie spisywał się Bartek Kaput, przez co bardzo trudno było go zaskoczyć. Z drugiej strony z minuty na minutę rozkręcał się Janek Szulkowski i to właśnie jego skuteczność okazała się kluczowa dla losów całego spotkania.
Tur, wobec prowadzenia rywala, musiał szukać różnych rozwiązań, by dać sobie szansę na odrobienie strat. W tym przypadku gra z lotnym bramkarzem nie przyniosła jednak oczekiwanego efektu. Co prawda zespół Konrada Kowalskiego częściej utrzymywał się przy piłce, ale In Plus & Alpan bardzo dobrze przesuwał się w obronie, dużo biegał i skutecznie odcinał rywali z Ochoty od klarownych sytuacji. To powodowało też zniecierpliwienie, choćby u Rafała Polakowskiego, który akurat w takiej grze potrafi robić różnicę, jednak nie o wszystkich jego kolegach z zespołu można byłoby napisać to samo.
Mecz zakończył się wynikiem 4:9, co oznacza, że sytuacja gospodarzy w tabeli staje się coraz trudniejsza, natomiast goście wciąż liczą się w walce o medale w tym sezonie.
Pierwsza kolejka rundy rewanżowej przyniosła nam arcyciekawe starcie w ekstraklasie Ligi Fanów. FC Otamany podejmowały GWA Media Ochota. Jedni i drudzy przystępowali do tego pojedynku wzmocnieni zawodnikami pozyskanymi w zimowym oknie transferowym. Do gospodarzy dołączyli m.in. Yevhen Plaksa oraz Ivan Kasperuk, natomiast w barwach gości ponownie mogliśmy zobaczyć „starych-nowych” nabytków – Damiana Patokę i Szymona Różyckiego.
Od samego początku mecz toczył się w bardzo wysokim tempie, z wieloma strzałami i akcjami podbramkowymi. Jedną z nich już w 4. minucie wykorzystali gospodarze, a konkretnie Plaksa. Mistrzowie Polski dość szybko odpowiedzieli trafieniami Różyckiego i Cetlina. W kolejnych fragmentach spotkania obie drużyny starały się o następne gole. W 15. i 16. minucie dokonali tego gracze Otamanów, ale chwilę później znów mieliśmy remis – Różycki dorzucił swoje drugie trafienie. Ostatnie zdanie w pierwszej odsłonie należało do gospodarzy. Dobrze pod polem karnym GWA Media zachował się Nievdakh, wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie i jednocześnie ustalając wynik pierwszej części spotkania.
Druga połowa wyglądała podobnie jak pierwsza. Goście częściej utrzymywali się przy piłce i oddawali więcej strzałów, natomiast gospodarze ograniczali się do groźnych kontrataków. Między 35. a 45. minutą oglądaliśmy prawdziwy koncert goli – w tym czasie faworyci tego spotkania zdobyli pięć bramek, a ich rywale trzy. Gdy wydawało się, że trzy punkty trafią na konto GWA Media, Prokop doprowadził do wyrównania. Ostatecznie, po kapitalnym widowisku, końcowy wynik brzmiał 8:8.
Mecz 10. kolejki 1. Ligi pomiędzy FC Łowcami a Orłami Maciejki zapowiadał się niezwykle ciekawie - nie tylko ze względu na różnicę pozycji w tabeli, ale też niedawną sensację w turnieju Decathlon Cup, gdzie Orły wyeliminowały faworyzowanych rywali. Gospodarze, walczący o awans i wzmocnieni takimi nazwiskami jak Karol Bienias, Kuba Wardzyński, Michał Knajdrowski czy Nikita Mozheiko, od początku chcieli narzucić swoje warunki.
Pierwsze minuty to wyraźna dominacja Łowców. Świetna gra w ofensywie szybko przyniosła efekt, bo już w 9. minucie było 3:0 i wydawało się, że mecz potoczy się pod dyktando gospodarzy. Problemem była jednak skuteczność – wynik mógł być jeszcze wyższy. Niewykorzystane sytuacje zemściły się błyskawicznie. W 13. minucie gola zdobył Wasilewski, a cztery minuty później ponownie wpisał się na listę strzelców. Chwilę później Saba doprowadził do wyrównania. Jeszcze przed przerwą FC Łowcy odzyskali prowadzenie po trafieniu Denysa Blanka i schodzili na krótki odpoczynek z wynikiem 4:3.
Druga połowa była równie emocjonująca i wyrównana. Obie drużyny tworzyły sytuacje, a tempo meczu nie spadało. W 38. minucie Różycki doprowadził do remisu 4:4, jednak odpowiedź przyszła szybko, kiedy to Knajdrowski ponownie dał prowadzenie gospodarzom. Gdy wydawało się, że trzy punkty zostaną u Łowców, ostatnie słowo należało do gości. Polakowski strzelił gola na 5:5, ustalając wynik meczu, który bez wątpienia można uznać za sporą niespodziankę.
Starcie pomiędzy FC Kebavitą a Inferno Team było potyczką dwóch drużyn z zupełnie różnych biegunów tabeli. Gospodarze, po trudnej rundzie jesiennej i zaledwie 7 punktach na koncie, walczyli o każdy punkt, natomiast goście przystępowali do meczu jako liderzy i główni kandydaci do awansu.
Początek meczu przyniósł jednak niespodziankę. To Kebavita lepiej weszła w spotkanie, a Nnamani otworzył wynik, dając gospodarzom prowadzenie. Radość nie trwała długo, bo chwilę później Pyrzyna popisał się precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego, doprowadzając do wyrównania. Od tego momentu inicjatywę przejęło Inferno. W 15. minucie składną akcję zespołu wykończył Gontarczyk, a pięć minut później efektownym trafieniem popisał się Niemiec. Tuż przed przerwą Bartnicki ustalił wynik pierwszej połowy na 1:4.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Inferno kontrolowało wydarzenia na boisku, a kolejne gole autorstwa Niemca i Abassiego dały prowadzenie 1:6. Wtedy gospodarze ruszyli do odrabiania strat. Nnamani oraz Aziz zdobyli bramki, zmniejszając dystans do trzech trafień.
Końcówka była bardziej wyrównana, choć skuteczność wciąż była po stronie lidera - kolejne bramki dorzucił Niemiec, kończąc mecz z czterema trafieniami na koncie, a Kebavita odpowiedziała golami Aziza i Nnamaniego. Ostatecznie Inferno Team wygrało ten efektowny, ofensywny mecz 8:5 i umocniło się na prowadzeniu w tabeli.
To spotkanie miało dość jednostronny przebieg, choć wynik końcowy nie oddaje w pełni momentów, w których goście potrafili postawić się bardziej doświadczonemu rywalowi. Uefa Mafia Ursynów przez większość meczu dominowała - była lepsza w utrzymaniu piłki, szybciej operowała podaniami i częściej tworzyła sytuacje bramkowe. Już do przerwy gospodarze prowadzili 4:2, kontrolując wydarzenia na boisku, choć momentami było widać zbyt dużą nonszalancję i brak koncentracji.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Gospodarze nadal mieli przewagę, jednak zdarzało im się bagatelizować rywala, co pozwalało gościom dochodzić do pojedynczych sytuacji. Ostatecznie Uefa Mafia Ursynów uporządkowała grę i dowiozła pewne zwycięstwo 7:3, choć różnica mogła być jeszcze wyższa.
Na uwagę zasługuje postawa zespołu gości, który - jak na drużynę będącą mieszanką zawodników dopiero się poznających - zaprezentował się całkiem solidnie. Gdyby oceniać indywidualne występy każdego z piłkarzy osobno, można byłoby uznać ten mecz za udany. Problemem była jednak brakująca chemia i momentami widoczna chęć indywidualnego popisywania się. Sprawiali wrażenie zawodników, którzy chcą za bardzo pokazać swoje umiejętności, jakby każdy próbował udowodnić coś komuś z boku. Tym obserwatorem był Tomasz Hubner, założyciel Husarii, który przyglądał się zespołowi, a jego obecność wyraźnie wpływała na zachowanie niektórych graczy.
Mimo porażki goście pozostawili po sobie niezłe wrażenie, natomiast gospodarze potwierdzili swoją przewagę, choć powinni unikać momentów rozluźnienia.
Mecz Explo z Siriusem zapowiadał się niezwykle emocjonująco. Obie ekipy walczą o medale, ale zdecydowanie lepszą sytuację w tabeli mieli zawodnicy z Ukrainy. Goście rozpoczęli spotkanie z animuszem, ale Explo mądrze się broniło i czekało na swoje okazje. Po stracie piłki w środku boiska Marek Pawłowski dograł do Oskara Góreckiego, a ten pokonał golkipera rywali i mieliśmy 1:0. Sirius chciał odrobić straty, ale ponownie po stracie piłki – tym razem Mateusz Włudarski dograł do Oskara Góreckiego i było już 2:0. Pełne zaskoczenie dla wszystkich oglądających to spotkanie, ale Explo zasłużenie prowadziło, grając bardzo mądrze w obronie i przede wszystkim bez ryzyka na własnej połowie. Gdy wydawało się, że takim wynikiem zakończy się pierwsza połowa, tym razem Oskar Górecki, będąc w sytuacji sam na sam, dograł do Daniela Sadeckiego, a ten podwyższył wynik na 3:0.
Po 25 minutach rywalizacji Sirius miał stratę trzech goli i musiał coś zmienić w drugiej połowie. Ta zaczęła się jednak źle dla gości – bramkarz po jednej z akcji otrzymał czerwoną kartkę i wydawało się, że to gwóźdź do trumny ekipy z Ukrainy. Mimo gry w osłabieniu potrafili jednak zdobyć dwa gole i złapać kontakt z rywalem. Co więcej, do końca meczu pozostawało sporo czasu, a Explo zaczęło mieć swoje problemy. Sirius poczuł, że może to spotkanie wygrać i w końcówce był do bólu skuteczny.
Ostatecznie, po bardzo dobrym meczu, to goście rzutem na taśmę zgarnęli komplet punktów. Szkoda chłopaków z Explo - przez większość spotkania grali bardzo dobrze, a paradoksalnie ich gra posypała się wtedy, gdy rywal grał w osłabieniu...
Mecz debiutantów AZS Nietoperze z Presley Gniazdowy od razu przyniósł ogromne emocje i prawdziwy thriller. Obie drużyny znajdują się w strefie spadkowej, więc stawka była bardzo wysoka - tu nie było czasu na spokojne wejście w rundę wiosenną.
Pierwsza połowa należała do AZS. Choć przy piłce częściej utrzymywali się zawodnicy Presleya, to właśnie Nietoperze byli konkretniejsi i skuteczniejsi w ataku. Wynik otworzył kapitan zespołu, Aleksandr Czyż, a później świetnie funkcjonowała jego współpraca z Bartkiem Salomonem - dwa razy Czyż asystował, a Salomon zamieniał te podania na gole. Na trzy trafienia AZS odpowiedział Karol Gołębiowski, który utrzymał swoją drużynę w grze.
Druga połowa była jeszcze ciekawsza. Presley włączyli „tryb turbo” i zaczęli odrabiać straty. Kluczowym momentem był kapitalny gol Kuby Kucharskiego - na małej przestrzeni ograł dwóch rywali i oddał nie do obrony strzał, dając prowadzenie 4:3. Chwilę później Presley powiększyli przewagę do 6:4 i wydawało się, że mają mecz pod kontrolą. Końcówka przyniosła jednak kolejne zwroty akcji. Rzut karny dla AZS po zagraniu ręką, czerwona kartka dla Kamila Welgo i pięć minut gry w przewadze dla Nietoperzy. Karnego pewnie wykorzystał Aleks Czyż, zmniejszając straty i dając swojej drużynie nadzieję. Paradoksalnie to jednak Presley lepiej wyglądali w tym trudnym okresie - świetnie bronili w osłabieniu i nie pozwolili rywalom stworzyć wielu okazji pod własną bramką. Na 30 sekund przed końcem pojawiła się jeszcze iskra nadziei dla AZS, gdy zdobywca bramki i dwóch asyst, Wojciech Michalak, otrzymał żółtą kartkę, ale zabrakło czasu, żeby wykorzystać kolejną przewagę.
Świetne widowisko i duże brawa dla obu ekip - AZS zaliczył bardzo obiecujący debiut, a Presley po trudniejszym okresie pokazali charakter i sięgnęli po niezwykle ważne zwycięstwo.
Niemałym zaskoczeniem, aczkolwiek w pełni zasłużonym, było zwycięstwo nowonarodzonego z dawnej Contry zespołu Manitas Konserwacja Podwozia nad wiceliderem 2. Ligi, czyli DHO Fiber Cyrkulatką. Od pierwszych minut gospodarze stawiali na swoim, co pozwoliło im na wczesne objęcie prowadzenia po golu Pawła Tamowskiego, któremu asystował Mikołaj Zawistowski. Po tym, jak „żółtko” za wykonanie wślizgu obejrzał Bartłomiej Panas, na 2:0 dla Manitas podwyższył - również po podaniu Zawistowskiego - Olivier Aleksander.
Jak na faworyta przystało, Cyrkulatka nie zamierzała jednak odpuścić walki i konsekwentnie wzięła się do roboty, co zaowocowało wyrównaniem po trafieniach Maćka Wieliczuka i Łukasza Pokrywki. Niestety, przy stanie remisowym koszmarny błąd przydarzył się golkiperowi DHO, Filipowi Ochalowi - jego podanie przechwycił Adam Niemyjski i wyłożył piłkę do pustej bramki Kubie Jóźwiakowi. Nie był to koniec pecha dla gości, gdyż ledwie cztery minuty później, przy próbie wybicia, piłkę do własnej bramki skierował Wieliczuk. Przed przerwą, wykorzystując szybki kontratak, trzybramkową przewagę zapewnił drużynie Manitas duet Niemyjski & Aleksander.
Po zmianie stron aktywna w doskoku Cyrkulatka - a konkretniej Michał Pyrka - przechwycił niecelne podanie bramkarza rywali i przekazał futbolówkę Piotrowi Śledziewskiemu, który czubkiem buta skierował ją do siatki. Ofensywne starania gości były jednak naznaczone sporym ryzykiem i z powstałych w defensywie przestrzeni zaczęło korzystać Manitas – kolejne kontrataki doprowadziły do wyniku 7:3. Przy rzucie z autu nieopodal bramki gospodarzy świetnie zachował się Wieliczuk, który strącił głową rzuconą piłkę wprost pod nogi niekrytego Pyrki, a ten nie pomylił się z tak bliskiej odległości.
Na nieszczęście dla goniących wynik piłkarzy Cyrkulatki, owocna współpraca Zawistowskiego i Jóźwiaka ponownie dała oponentom wymierną korzyść w postaci ósmego gola. Nawet trafienie Panasa i przejście na grę z lotnym bramkarzem, w rolę którego wcielił się Wieliczuk, ostatecznie nie pomogły gościom choćby wyrównać – tym razem musieli uznać wyższość Manitas i pogodzić się z porażką.
Starcie tych drużyn zapowiadało się jednostronnie i dokładnie taki przebieg miało boiskowe widowisko. Rock’n Roll, który po rundzie jesiennej zajmował wysokie 3. miejsce, podejmował zespół Warsaw Bandziors, czyli drużynę walczącą o utrzymanie, mającą na koncie zaledwie 4 punkty po 9 kolejkach.
Gospodarze od pierwszego gwizdka narzucili swoje warunki gry. Już w 3. minucie objęli prowadzenie, a zaledwie dwie minuty później podwyższyli wynik na 2:0. Rock’n Roll dominował w każdym elemencie – przede wszystkim dłużej utrzymywał się przy piłce, tworzył więcej sytuacji i kontrolował tempo meczu. Brakowało jedynie skuteczności, która wróciła w 15. minucie, bo wtedy Kashuba zdobył bramkę na 3:0. Goście odpowiedzieli chwilę później. W 18. minucie Niedziółka wykorzystał jedną z nielicznych okazji i zdobył gola na 3:1. Jak się później okazało, było to jedyne trafienie Warsaw Bandziors w tym spotkaniu. Jeszcze przed przerwą wynik podwyższył Targomin, ustalając rezultat pierwszej połowy na 4:1.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie – pełna kontrola należała do gospodarzy. W 30. minucie Rakhmail, po asyście Kashuby, zdobył kolejną bramkę. Cztery minuty później Targomin dołożył swoje drugie trafienie, a chwilę później na listę strzelców wpisał się także Voronov. W 40. minucie Targomin skompletował hat-tricka, pieczętując znakomity występ. Wynik meczu na 9:1 ustalił Ihnatovic, domykając prawdziwy pokaz siły Rock’n Roll.
To spotkanie było wyraźnym potwierdzeniem różnicy klas między obiema drużynami. Gospodarze udowodnili, że aspirują do czołówki ligi, natomiast Warsaw Bandziors czeka trudna walka o utrzymanie.
Spotkanie pomiędzy Zorią Streptiv a Ukranian Vikings od samego początku miało wyraźnego faworyta. Gospodarze narzucili swoje tempo już od pierwszego gwizdka i szybko pokazali, kto będzie rozdawał karty w tym meczu. Ich pewna gra, wysoka skuteczność i dobra organizacja na boisku przynosiły odpowiednie efekty.
Pierwsza połowa przebiegła pod zdecydowane dyktando Zorii, której zawodnicy pięciokrotnie znaleźli drogę do siatki rywali, nie tracąc przy tym ani jednej bramki. Do przerwy było więc 5:0 i nic nie wskazywało na to, by goście byli w stanie odwrócić losy spotkania.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Gospodarze kontynuowali ofensywną grę, a każda kolejna zdobyta bramka tylko ich napędzała. Zoria dominowała w każdym aspekcie, od posiadania piłki, przez kreowanie sytuacji, aż po skuteczność pod bramką przeciwnika. Trudno wskazać jednego bohatera, ponieważ cały zespół zaprezentował się znakomicie. Gdy wydawało się, że mecz zakończy się wynikiem 13:0, goście zdołali zdobyć honorowego gola w samej końcówce spotkania, którego autorem był Roman Ivanenko.
Ostatecznie Zoria Streptiv wygrała 13:1, wysyłając wyraźny sygnał do reszty stawki, że w rundzie wiosennej będzie niezwykle groźnym rywalem dla każdego zespołu w drugiej lidze.
W starciu zamykającego tabelę Agape Team z liderującą Ternovitsią obyło się bez niespodzianek. Różnica w umiejętnościach obu zespołów była widoczna od samego początku, a spotkanie zakończyło się zdecydowanym zwycięstwem faworytów 2:13.
Mecz toczył się pod dyktando gości, którzy zaprezentowali bardzo mądrą i zorganizowaną piłkę. Konsekwentnie grali szybkimi podaniami, z łatwością mijając defensywę rywali. Ich akcje wielokrotnie kończyły się bliźniaczymi trafieniami po wyłożeniu piłki przed pustą bramkę. Gospodarze z Agape Team postawili na twardą, ale kulturalną grę, jednak wobec zdecydowanej przewagi rywala byli po prostu bezradni. Wynik 1:6 do przerwy w pełni oddawał to, co działo się na boisku.
W drugiej odsłonie obraz gry nie uległ zmianie. Bezwzględnym MVP spotkania został Pavel Paduk, który całkowicie skupił się na kreowaniu sytuacji kolegom i zanotował aż osiem asyst. Z jego dokładnych podań najczęściej korzystali Ruslan oraz Serhii Romanovscy – obaj zakończyli zawody z dorobkiem czterech zdobytych bramek.
Zawodnikom Agape Team należą się brawa za zaangażowanie i walkę fair play do samego końca. Ternovitsia natomiast pewnie dopisała do swojego konta trzy punkty, udowadniając, że w pełni zasłużenie zajmuje pierwsze miejsce w tabeli.
Spotkanie w ramach 10. kolejki 2. ligi pomiędzy FC Dziki z Lasu a We Love Life Husaria Mokotów z całą pewnością dostarczyło ogromnych emocji. Od pierwszego gwizdka mecz był niezwykle wyrównany, a obie drużyny tworzyły groźne sytuacje podbramkowe.
Jako pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze. Wynik otworzył Jakub Suchora, a chwilę później przewagę Dzików powiększył Aleksander Janiszewski, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0. Husaria to jednak drużyna znana z woli walki i charakteru. Przez kolejne minuty stwarzała dogodne sytuacje, a jej wysiłki przyniosły w końcu zamierzone efekty. Najpierw Oskar Thomas zdobył bramkę kontaktową, a następnie Oskar Kuhn doprowadził do wyrównania. Do przerwy mieliśmy remis 2:2.
Druga połowa była niemal lustrzanym odbiciem pierwszej - pełna walki, tempa i kolejnych zwrotów akcji. W szeregach Dzików znów błysnął Aleksander Janiszewski, który dołożył dwa kolejne trafienia i ponownie wyprowadził swój zespół na dwubramkowe prowadzenie. Husaria raz jeszcze pokazała charakter - najpierw Kamil Kapica popisał się świetną indywidualną akcją, zmniejszając straty, a następnie Damian Starosta doprowadził do kolejnego wyrównania. Gdy wydawało się, że mecz zakończy się podziałem punktów, decydujący cios zadali gospodarze. Bartosz Suchora zdobył zwycięską bramkę, ustalając wynik spotkania na 5:4 dla Dzików z Lasu.
Niewątpliwie obie drużyny pokazały się z dobrej strony, prezentując nam sporą dawkę solidnego futbolu. Z niecierpliwością czekamy zatem na kolejne spotkania z ich udziałem.
W 10. kolejce 3. Ligi Fanów na Arenie AWF zmierzyły się zespoły o zgoła odmiennych celach. Walczące o utrzymanie Orzeły Stolicy podjęły kandydującą do mistrzostwa ekipę GLK. Choć faworyt ostatecznie triumfował 3:5, gospodarze postawili mu niezwykle twarde warunki.
Pierwsza połowa była niespodziewanie wyrównana. Wynik otworzyły walczące o ligowy byt Orzeły – po błędzie bramkarza gości piłkę w siatce z zimną krwią umieścił Maciej Kiełpsz. Odpowiedź faworytów była jednak natychmiastowa. Błyskawiczne wyrównanie ustabilizowało grę, ale to GLK zadało bolesny cios tuż przed przerwą, odwracając wynik na 1:2.
W drugiej odsłonie na boisku działo się równie dużo, a na ogromne słowa uznania zasługują obaj bramkarze - Piotr Barański oraz Łukasz Trzpioła. Mimo wysokiego wyniku spotkania to właśnie ich świetne interwencje długo trzymały w ryzach ofensywne zapędy rywali. Ostatecznie o kluczowych trzech punktach dla GLK zadecydowała większa jakość z przodu. Prawdziwym reżyserem gry liderów był Damian Sawicki, w pełni zasłużenie nagrodzony tytułem MVP meczu. Bezlitosnym egzekutorem okazał się z kolei Sebastian Dominiak, kompletując hat-tricka.
Po stronie Orzełów grę ciągnął wspomniany Kiełpsz, autor dwóch trafień, ale mimo ambitnej postawy całego zespołu nie wystarczyło to do zatrzymania pędzącego po tytuł GLK.
Po rundzie jesiennej oba zespoły przystępowały do tego spotkania z wyraźnym kontekstem tabeli - Husaria zajmowała czwarte miejsce, a Łowcy siódme, z pięciopunktową stratą. Był to więc mecz, który mógł nadać kierunek obu drużynom przed rundą wiosenną i jasno pokazać, kto realnie włączy się do walki o wyższe cele.
Lepiej w spotkanie weszła Husaria, która od początku wyglądała konkretniej i bardziej zdecydowanie. Już w pierwszych minutach prowadzenie otworzył Tomasz Hubner, wykorzystując świetny wyrzut z ręki od Kamila Ostapińskiego i pewnie kończąc sytuację sam na sam. Chwilę później było już 0:2 - szybkie wznowienie z autu zaskoczyło defensywę Łowców, a akcję wykończył Patryk Borowski. Po tych ciosach Łowcy zaczęli przejmować inicjatywę. Z każdą minutą coraz dłużej utrzymywali się przy piłce i to oni zaczęli dyktować tempo gry. Tworzyli sytuacje, oddawali strzały, ale brakowało im skuteczności. Uderzenia trafiały wprost w dobrze dysponowanego Ostapińskiego, obijały słupek lub poprzeczkę albo mijały bramkę o centymetry. Do przerwy wynik nie uległ zmianie - Husaria prowadziła 2:0, mimo że to Łowcy mieli więcej z gry.
Po zmianie stron obraz meczu pozostał podobny, ale z jedną kluczową różnicą - Husaria zaczęła „zabijać” mecz kontrami. Gospodarze dalej próbowali budować akcje, ale każda strata piłki kończyła się błyskawicznym atakiem rywali. Niekwestionowanym bohaterem drugiej połowy był Patryk Borowski, który rozegrał kapitalne zawody i zdobył aż cztery bramki, wykorzystując niemal każdą nadarzającą się okazję. Swojego drugiego gola dołożył również Hubner, a jedną bramkę dorzucił Bartek Kamiński. Łowcy, mimo ogromnej liczby sytuacji, byli w stanie odpowiedzieć tylko dwukrotnie - zabrakło skuteczności, która w takim meczu robi największą różnicę.
Ostatecznie Husaria wygrywa 7:2, wysyłając wyraźny sygnał, że wiosną będzie poważnym kandydatem do walki o podium. Łowcy, choć pozostają dwa punkty nad strefą spadkową, pokazali, że potencjał jest - przy lepszej skuteczności mogą jeszcze napsuć krwi niejednemu faworytowi.
W niedzielne popołudnie sezon wiosna–lato zainaugurowały drużyny Warsaw Sinaloa oraz Deluxe Barbershop. Spotkanie zapowiadało się bardzo interesująco, gdyż obie ekipy sąsiadują w tabeli, a dzieli je zaledwie jeden punkt.
Gospodarze już od pierwszych minut wrzucili wysokie obroty i mecz toczył się pod ich dyktando. Długo jednak nie potrafili sforsować dobrze ustawionej obrony „barberów”. Ta sztuka udała im się po stałym fragmencie gry, który wykonywał Patryk Abbassi. Po jego uderzeniu piłka odbijała się od obrońców, a najwięcej zimnej krwi zachował Daniel Guba i to on wyprowadził swój zespół na prowadzenie.
Jeszcze przed przerwą Warsaw Sinaloa pokazała, jak dobrze dysponowani są gracze wykonujący stałe fragmenty gry. Tym razem rzut wolny wykonywał Piotr Koperski i silnym, precyzyjnym strzałem pokonał bezradnego bramkarza gości. Zawodnicy Deluxe starali się wyprowadzać ataki, ale gole wpadały tylko na konto gospodarzy i w ten sposób jeszcze przed przerwą wyszli oni na dwubramkowe prowadzenie.
Po wznowieniu nic nie uległo zmianie w ogólnym obrazie gry – Sinaloa starała się prowadzić grę, a ekipa Deluxe czekała na swoje okazje w kontratakach. I to właśnie po jednym z nich goście złapali kontakt – bramkę na 2:1 strzelił Asim Mizzayev i spotkanie nabrało rumieńców. Gra obu zespołów mocno się zaostrzyła i na boisku byliśmy świadkami wielu niepotrzebnych fauli oraz prowokacji, które zdecydowanie zabijały tempo gry i obraz tego, bądź co bądź, naprawdę dobrego spotkania. Lepiej w tym chaosie odnaleźli się zawodnicy Sinaloi i to oni podwyższyli wynik na 3:1. Końcówka spotkania to już zdecydowanie więcej emocji niż piłki nożnej. Oba zespoły zdobyły jeszcze po bramce, ale ostatnie minuty to sceny, których zdecydowanie nie chcielibyśmy oglądać na naszych boiskach.
To bardzo nerwowe spotkanie ostatecznie zakończyło się wynikiem 4:2 dla gospodarzy i pewnie bardziej niż wynik zapamiętamy wydarzenia z końcówki tego meczu – a szkoda!
JSpotkanie dwóch ukraińskich zespołów w 3. lidze zapowiadało się bardzo interesująco i od pierwszych minut potwierdziło oczekiwania. Obie drużyny podeszły do meczu ambitnie, grając dynamicznie i odważnie w ofensywie. Nie brakowało szybkich przejść z obrony do ataku, kombinacyjnych akcji oraz prób zaskoczenia rywala nieszablonowymi rozwiązaniami. Tempo było wysokie, a piłka często przenosiła się spod jednej bramki pod drugą.
Lepiej w mecz weszli gospodarze z FC Vikersonn UA, którzy sprawiali wrażenie bardziej uporządkowanych w rozegraniu i częściej potrafili utrzymać się przy piłce. Ich przewaga przyniosła efekt w postaci bramki autorstwa Mykyty Bondarenki, który dał prowadzenie 1:0. Po zdobyciu gola Vikersonn nadal grał aktywnie, próbując podwyższyć wynik, jednak Prykarpattia również potrafiła stworzyć kilka dynamicznych i składnych akcji, które zwiastowały, że druga połowa może wyglądać inaczej.
Po przerwie goście zaczęli grać odważniej i bardziej bezpośrednio. Podkręcili tempo, lepiej wykorzystywali przestrzenie i przede wszystkim byli skuteczniejsi pod bramką rywali. Mecz nie tracił na intensywności – obie drużyny nadal walczyły o każdą piłkę, a akcje były szybkie, płynne i często naprawdę efektowne. Kluczową postacią spotkania okazał się bramkarz Prykarpattii, Mykola Osichnyi, który zanotował kapitalny występ. Jego interwencje w trudnych momentach pozwoliły drużynie utrzymać się w grze i dodały pewności całemu zespołowi. Kilka pewnych obron zatrzymało rozpędzających się gospodarzy i stworzyło fundament pod odwrócenie losów meczu.
W końcówce skuteczność gości przyniosła efekt w postaci trzech bramek i zwycięstwa 3:1. Vikersonn, mimo dobrego początku, nie utrzymał prowadzenia, natomiast Prykarpattia pokazała charakter, lepsze wykończenie i dzięki świetnej postawie bramkarza sięgnęła po cenne trzy punkty.
W niedzielnym starciu 3. ligi mieliśmy okazję obejrzeć mecz pomiędzy ekipami FC Comeback a ToNie Majami. Ku zaskoczeniu wielu, „underdog” zwyciężył. ToNie Majami to ekipa, która gdy zbierze skład, potrafi zagrać konkretny i jakościowy futbol. Problem polega na tym, że często jest kłopot, aby ten skład skompletować. Tej niedzieli mieliśmy tego świetny przykład - potrafili nie tylko postawić się (na papierze) lepszemu rywalowi, lecz także odnieść cenne zwycięstwo.
Ich początkowe ataki przyniosły zamierzony efekt - objęli prowadzenie. Co więcej, chwilę później udało im się nawet podwyższyć. Ich radość nie trwała jednak długo, gdyż chwila nieuwagi i rozproszenia doprowadziła do tego, że gracze Comebacku wyrównali i „cała zabawa” zaczęła się od początku. Po jednostronnym początku na korzyść graczy Patryka Kamoli obraz gry znacząco się wyrównał i utrzymał się do końca pierwszej połowy, mimo decydującego ciosu tuż przed przerwą, który wyprowadzili zawodnicy niżej notowanej ekipy.
Druga połowa przebiegała już zdecydowanie pod dyktando graczy ToNie Majami. Grali lepszą, bardziej jakościową piłkę od rywala. Co najważniejsze - byli skuteczniejsi i lepiej finalizowali akcje. Przebłyski technicznego geniuszu oraz siła w pojedynkach 1v1 w wykonaniu zawodników gości przysporzyły rywalom wielu problemów.
Ostateczny wynik rywalizacji to 8:5 na korzyść ekipy Patryka Kamoli, co jest sprawiedliwym rezultatem, patrząc na boiskowe wydarzenia.
Warszawska Ferajna walczy o utrzymanie i na starcie podejmowała ekipę, która co prawda miała dwa punkty w tabeli, ale dołączyła do rywalizacji dopiero w rundzie wiosennej. Mowa o S04 FC, które pokazało się z dobrej strony w naszych turniejach i z nadziejami na punkty przystępowało do rywalizacji.
Pierwsze minuty to sporo walki na boisku, ale stopniowo to właśnie goście stwarzali sobie lepsze okazje do strzelania bramek. Gospodarze starali się atakować, jednak gubione piłki powodowały, że rywal miał dobre szanse na zdobycie goli. Gracze S04 FC, gdy już objęli prowadzenie, szybko poszli za ciosem, co skończyło się trzybramkową przewagą. Ekipa Kacpra Domańskiego potrafiła co prawda zdobyć gola kontaktowego, ale przeciwnik szybko odpowiedział i do przerwy mieliśmy wynik 1:4.
Po zmianie stron pozornie bezpieczny wynik zaczął wymykać się spod kontroli. Najpierw bramka na 2:4, a po chwili kolejna dla Warszawskiej Ferajny dała nam spore emocje w tym pojedynku. Goście jednak szybko potrafili odpowiedzieć kolejnymi trafieniami i gdy tylko gospodarze łapali kontakt, S04 FC znów odskakiwało z wynikiem.
Finalnie mecz zakończył się wynikiem 5:9 i to goście mogli czuć satysfakcję z udanej inauguracji rundy wiosennej.
W bezpośrednim starciu na szczycie tabeli wicelider FC Bulls podjął niepokonanego w tym sezonie lidera, Hetman FC. Stawka meczu zagwarantowała kibicom ostrą i nieustępliwą walkę, a widowisko na murawie zakończyło się triumfem gospodarzy 5:3. Niestety, niedopatrzenie kadrowe w szeregach gospodarzy przekreśliło ich boiskowy wysiłek – w barwach „Byków” wystąpił zawodnik zawieszony za czerwoną kartkę, co zgodnie z regulaminem musiało skutkować weryfikacją wyniku jako walkower 0:3 na korzyść gości.
Początek spotkania przyniósł prawdziwe trzęsienie ziemi. Gospodarze niespodziewanie objęli prowadzenie już w 1. minucie, a niedługo później podwyższyli wynik. Hetman zdołał się jednak otrząsnąć po tym podwójnym uderzeniu i rzucił się do odrabiania strat. Kluczowa w tej części gry okazała się postawa rezerwowego gości, Oskara Kalickiego, który swoimi dwoma trafieniami pomógł drużynie doprowadzić do wyrównania. Po intensywnej wymianie ciosów na przerwę obie ekipy schodziły przy remisie 3:3.
W drugiej odsłonie gra nieco się uspokoiła, ale to FC Bulls zachowali więcej zimnej krwi, budując ostatecznie przewagę dwóch goli. W szeregach gości do samego końca wyróżniał się z kolei Vadym Churiukanov, zdobywca bramki i dwóch asyst, który imponował dryblingiem, wizją gry i rzetelną pracą zarówno w ataku, jak i w obronie.
Znakomita postawa i sportowe zwycięstwo FC Bulls poszły jednak na marne przez ich własny błąd w pilnowaniu zawieszeń. Hetman FC inkasuje trzy punkty przy zielonym stoliku i zachowuje perfekcyjny bilans na szczycie ligi.
Spotkanie dwóch drużyn ze środka tabeli zapowiadało się niezwykle wyrównanie, bo po rundzie jesiennej dzieliły je zaledwie 2 punkty na korzyść gospodarzy. Jak się okazało, zimowe wzmocnienia Furduncio Brasil F.C. odegrały kluczową rolę w tym widowisku. Mecz znakomicie rozpoczęli właśnie Brazylijczycy. Już w 5. minucie, po świetnym podaniu Diego Caballero, wynik otworzył Urbanek. W kolejnych minutach gra się wyrównała – obie drużyny szukały swoich szans w ofensywie. W 15. minucie prowadzenie podwyższył Bruno Pessoa, który skutecznie uderzył głową.
Goście nie zamierzali się poddawać i coraz śmielej atakowali. W 22. minucie ich wysiłki przyniosły efekt – Kędzierski zdobył gola kontaktowego. Radość Bad Boys nie trwała jednak długo, bo chwilę później Pessoa ponownie wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik pierwszej połowy na 3:1.
Druga część meczu rozpoczęła się od mocnego uderzenia przegrywających. Wykorzystali oni błąd bramkarza Furduncio i szybko zdobyli bramkę na 3:2. Gospodarze odpowiedzieli w 34. minucie – wtedy Martins przywrócił dwubramkową przewagę. Goście niemal natychmiast odgryźli się trafieniem Michała Podobasa, ponownie zmniejszając stratę do jednego gola. Kluczowy moment nastąpił chwilę później, kiedy Bruno Pessoa skompletował hat-tricka, ponownie dając swojej drużynie oddech. Emocje jednak nie opadły – na 10 minut przed końcem Dryka zdobył bramkę na 5:4 i zapowiadała się nerwowa końcówka.
Ostatnie słowo należało jednak do gospodarzy. Na kilka minut przed końcem Diego Caballero przypieczętował zwycięstwo, ustalając wynik meczu na 6:4.
Zarówno Boca Seniors, jak i BM Development liczą się w walce o medale w tym sezonie, więc tym bardziej ich bezpośrednie starcie miało spore znaczenie już na początku rundy rewanżowej. Gospodarze przystąpili do meczu w solidnym zestawieniu, choć brakowało kilku zawodników z powodu kontuzji. Goście z kolei dokonali pewnych roszad w składzie na wiosnę, co miało poprawić ich grę i zagwarantować walkę o podium.
Początek meczu to kilka dobrych okazji z obu stron, ale znakomicie w obu zespołach prezentowali się bramkarze, a bloki defensywne nie pozwalały na stworzenie stuprocentowych sytuacji. Dużo było walki i nie można było odmówić determinacji po obu stronach. Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem.
Po zmianie stron nadal ciężko było stworzyć taką okazję, by wyjść na prowadzenie. Dopiero około 40. minuty, po solowej akcji, Heorhii Partnitskii wyprowadził BM Development na prowadzenie. Wydawało się, że goście, mając przewagę, będą już kontrolować wydarzenia na boisku. Momentem przełomowym dla gospodarzy była żółta kartka dla rywala. Grając w przewadze, Boca Seniors miała swoje szanse, ale ekipa w zielonych trykotach radziła sobie z naporem przeciwnika. Zaraz po wyrównaniu sił Dominik Banasiewicz odnalazł się sprytnie w polu karnym i doprowadził do remisu.
Mimo że do końca meczu oba zespoły chciały przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, ostatecznie spotkanie zakończyło się podziałem punktów.
Spotkanie miało duże znaczenie, szczególnie dla gości, którzy po słabej rundzie jesiennej pilnie potrzebowali punktów w walce o utrzymanie. Sportowe Zakapiory, z bezpieczną przewagą nad strefą spadkową, mogły podejść do meczu nieco spokojniej, ale od pierwszych minut było widać, że nikt nie zamierza odpuszczać.
Początek meczu był wyrównany i dość nerwowy, bo obie drużyny czuły wagę tego pojedynku. W 6. minucie na prowadzenie wyszedł Team Ivulin po trafieniu Olejnika. Zakapiory próbowały odpowiedzieć, jednak brakowało im dokładności w rozegraniu piłki od tyłu. Z kolei goście mieli swoje okazje, lecz długo nie potrafili ich wykorzystać. Do przerwy utrzymał się wynik 0:1.
Druga połowa rozpoczęła się znakomicie dla przyjezdnych. W krótkim odstępie czasu Łahviniec, Sinkievich oraz ponownie Olejnik podwyższyli prowadzenie aż do 4:0. Zakapiory nie zamierzały się jednak poddawać i szybko odpowiedziały trafieniami Groszkowskiego i Figury, zmniejszając straty do 2:4 i przywracając nadzieję na powrót do meczu. Na tym jednak ofensywa gospodarzy się zatrzymała. W kolejnych minutach coraz wyraźniej było widać przewagę Team Ivulin. Goście ponownie przejęli kontrolę nad spotkaniem, czego efektem były dwa kolejne gole Sinkievicha oraz trafienie Łahvinca.
W końcówce Zakapiory zdołały jeszcze raz pokonać bramkarza przeciwników, ale było to jedynie zmniejszenie rozmiarów porażki. Ostatecznie Team Ivulin wygrał 7:3, zdobywając niezwykle cenne punkty w kontekście walki o utrzymanie.
Starcie rezerw Dzików z Lasu z zespołem Tylko Zwycięstwo było klasycznym pojedynkiem młodości z doświadczeniem. Od pierwszych minut widać było różnicę w stylu gry. Gospodarze stawiali na dynamikę, technikę i szybkie operowanie piłką, natomiast goście próbowali odpowiadać spokojem, fizycznością i wykorzystywaniem boiskowego cwaniactwa. Spotkanie było wyrównane, ale optycznie to młodsza drużyna częściej nadawała ton wydarzeniom.
Pierwsza połowa to naprzemienne ataki i sporo walki w środku pola. Dziki z Lasu II częściej utrzymywały się przy piłce i budowały akcje zespołowo, jednak brakowało im skuteczności. Gospodarze kilkukrotnie byli blisko zdobycia bramki, lecz brakowało precyzji w wykończeniu. Goście potrafili przetrwać trudniejsze momenty i odpowiedzieć własnymi akcjami, co sprawiło, że do przerwy było 1:1.
Po zmianie stron przewaga gospodarzy była jeszcze bardziej widoczna. Młodszy zespół imponował szybkością i techniką, a ich gra wyglądała bardzo kolektywnie. Tworzyli liczne sytuacje, jednak goście mieli sporo szczęścia – piłka kilkukrotnie trafiała w słupek, brakowało centymetrów po uderzeniach, a niektóre akcje kończyły się minimalnie niecelnie. Tylko Zwycięstwo utrzymywało się w grze w dużej mierze dzięki nieskuteczności rywali.
Na szczególne wyróżnienie zasługują Alek Janiszewski oraz Artur Mendela. Janiszewski był prawdziwym mózgiem środka pola – świetnie rozdzielał piłki, uspokajał grę i dyktował tempo. Mendela natomiast imponował szybkością, często wygrywał pojedynki biegowe i napędzał ofensywę gospodarzy. To właśnie ich aktywność pozwalała tworzyć kolejne sytuacje.
Ostatecznie FC Dziki z Lasu II wygrały 4:3, choć wynik mógł być wyższy. Goście dzięki doświadczeniu i odrobinie szczęścia pozostali w meczu do końca, jednak zespołowa gra, dynamika i przewaga techniczna rywali przesądziły o ich zwycięstwie.
W meczu, który decydował, kto po 10. serii gier będzie zajmował miejsce w top 3, zmierzyły się ze sobą ekipy Na2Nóżkę oraz Kryształ Targówek. Ostateczny rezultat spotkania to 4:5. Po niezwykle wyrównanej rywalizacji ekipa gości odniosła cenne zwycięstwo.
Jeśli chodzi o sam przebieg meczu, spotkanie miało dość spokojny charakter. Od pierwszego gwizdka Kryształ lepiej wszedł w mecz, a swoją przewagę przypieczętował dwoma golami. Niemniej jednak chwila rozluźnienia spowodowała błyskawiczną odpowiedź gospodarzy i „złapanie kontaktu”, co okazało się być ostatnią bramką, jaką mogliśmy obejrzeć w pierwszej części spotkania. Niczym odkrywczym było to, że gracze Na2Nóżkę muszą podkręcić tempo i zaryzykować, jeśli myśleli o punktach w starciu z Kryształem. Tak też się stało - mogliśmy zobaczyć więcej zrywów oraz prób dryblingu, chociażby w wykonaniu Sebastiana Roguskiego. Znacznie ofensywniejsze podejście niosło jednak za sobą ryzyko kontrataków. Na nieszczęście graczy Na2Nóżkę ziścił się najgorszy scenariusz i jedna z kontr została przez rywala bezlitośnie wykorzystana, przez co goście ponownie odskoczyli na dwie bramki przewagi. Co ciekawe, gospodarze zdołali jeszcze doprowadzić do wyrównania, co zapowiadało ogromne emocje do samego końca.
Kryształ dość szybko odpowiedział bramką autorstwa Igora Rucińskiego, jednak gospodarze ponownie znaleźli sposób na wyrównanie. Gdy wydawało się, że spotkanie zakończy się podziałem punktów, decydujący cios zadał Przemysław Szewczyk, zapewniając swojej drużynie trzy punkty.
Ostatecznie to zespół z Targówka opuścił Arenę AWF z kompletem oczek.
Ważne spotkanie w walce o utrzymanie obejrzeliśmy w niedzielę - After Wola zmierzyła się z Lagą Warszawa. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana i nie obfitowała w wiele sytuacji bramkowych. A kiedy już się pojawiały, pewnie między słupkami spisywali się Igor Kasianik i Antoni Duda.
Jako pierwsi skapitulowali jednak zawodnicy After Woli - błąd w defensywie popełnił Patryk Kępka, który można powiedzieć „podarował” rywalom gola. Na szczęście dla swojego zespołu szybko się zrehabilitował - na pięć minut przed przerwą oddał potężny strzał i doprowadził do wyrównania.
W drugiej połowie nikt nie mógł przewidzieć, na którą stronę przechyli się szala zwycięstwa. W takich meczach często decydują siłowe, „przepchnięte” gole, ale tym razem o losach spotkania przesądziło trafienie absolutnie wyjątkowe jak na futbol 6 na 6. Radek Żukowski przyjął piłkę tyłem do bramki, podbił ją kilka razy i oddał strzał przewrotką. Uderzenie nie było najmocniejsze, ale miało idealną trajektorię i wpadło "za kołnierz" bramkarza. Radość była ogromna - zarówno u samego strzelca, jak i całej drużyny. Ten gol wyraźnie ożywił mecz, szczególnie po stronie After Woli, która zaczęła grać odważniej i pewniej. Chwilę później świetną akcję zespołową przeprowadzili Julian Graczyk i Patryk Kępka, a Hubert Cichocki zakończył atak kolejną bramką. To trafienie praktycznie złamało Lagę. W końcówce drużyny wymieniły się jeszcze golami, ustalając wynik na 4:2.
Dzięki temu zwycięstwu zespoły zrównały się punktami i zamieniły się miejscami w tabeli. Teraz to Laga znajduje się w strefie spadkowej, a After Wola wydostała się z niej i zajmuje 7. miejsce.
W meczu Fenixa z Warsaw Eagle padło dość mało goli jak na szóstkowe standardy, lecz ku niezadowoleniu tych drugich, ekipa zza wschodniej granicy kontrolowała przebieg spotkania praktycznie przez pełne pięćdziesiąt minut.
Wynik otworzył Dmytro Artyugin, otrzymując piłkę z narożnika boiska od Dmytro Balabaseva. Niedługo potem bliscy wyrównania byli goście, ale po ominięciu bramkarza turkusowych Ali Abdullah zwyczajnie nie utrzymał równowagi i przewrócił się. W okolicach 11 minuty dla gospodarzy podyktowano rzut wolny pośredni w polu karnym, a tę znakomitą okazję wykorzystał Maksim Surko po asyście Artioma Masakowskiego. Piłkarze Warsaw Eagle próbowali całej masy ciekawie zapowiadających się akcji, ale rzadko kiedy udawało im się przedostać pod bramkę rywala. FC Fenix dorobiło się w końcu i trzeciej bramki, przeprowadzając w przewadze kontratak zakończony golem Artyugina.
W drugiej połowie biało-czerwoni dokładali wszelkich starań, by sforsować obronne zasieki przeciwnika, lecz najczęściej ich próby kończyły się zablokowane przez defensorów lub obronione przez Siarheia Shchohaleu. W tym samym czasie Fenix wciąż prezentował konkrety i po ładnej zespołowej akcji z gola mógł cieszyć się Masakowski. Upragniony gol honorowy dla Orłów wziął się z najmniej spodziewanej sytuacji – do wybitej przez obrońców przed pole karne piłki dopadł golkiper gości, Karol Dębowski, i ku zaskoczeniu wszystkich oddał doskonały strzał zza zasłony. To było jednak na tyle ze strony Warsaw Eagle, bo dzieła zniszczenia dopełnił – po podaniu Mykoli Vietrienki – nie kto inny jak Artyugin, kompletując tym samym hat-tricka.
Rezultat 5:1 sprawił, że FC Fenix zbliżył się do podium 5. ligi na odległość zaledwie dwóch oczek, z kolei Warsaw Eagle zaprzepaścili szansę na wyjście z czerwonej strefy i na następną przyjdzie im czekać po Świętach.
Mecz Mareckich Wyg z Ajaksem zapowiadał się jako starcie lidera z drużyną ze środka tabeli, ale już od pierwszych minut przyniósł sporo problemów dla faworyta. Najpierw - jeszcze najmniej bolesny cios - szybki gol dla Ajaksu, którego autorem był jeden z najlepszych strzelców ligi, Bartek Kopacz. Znacznie gorsze były jednak dwie kontuzje liderów Wyg. Oleksandr Hutarov oraz Artur Jesionowski musieli opuścić boisko już na początku spotkania - pierwszy po po urazie odniesionym bez kontaktu, drugi po zderzeniu z rywalem. Obaj nie byli w stanie kontynuować gry i pozostaje mieć nadzieję, że szybko wrócą na boisko, być może już w jedenastej kolejce. Mimo tych problemów Mareckie Wygi nie załamały się i konsekwentnie realizowały swój plan. Przed przerwą udało się doprowadzić do wyrównania – do siatki trafił Oleksandr Kuzmov.
Druga połowa zapowiadała się jeszcze bardziej emocjonująco. Sędzia pozwalał na twardą grę, a obie drużyny walczyły o każdy centymetr boiska. Do 37. minuty na tablicy widniał remis, aż w końcu Igor Zuchora wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Ajax jednak nie odpuszczał – grał jak równy z równym z liderem ligi. W ofensywie ponownie wyróżniał się Bartek Kopacz, który w końcu dopiął swego i w sytuacji sam na sam pewnie pokonał bramkarza.
Końcówka to już gra nerwów. Więcej jakości zachowali jednak zawodnicy Mareckich Wyg. Najpierw wywalczyli rzut karny, który pewnie wykorzystał Igor Zuchora, a chwilę później wynik ustalił Oleksandr Kuzmov. Mimo starań Ajaksu więcej bramek już nie padło.
Było to bardzo dobre spotkanie. Mareckie Wygi utrzymały pozycję lidera i dalej będą walczyć o mistrzostwo, natomiast Ajax pokazał się z bardzo dobrej strony - z taką grą zwycięstwa są tylko kwestią czasu.
W jednym z najważniejszych spotkań w kontekście nadchodzącej walki o utrzymanie obie drużyny długo nie potrafiły sięgnąć po komplet punktów. W wiosnę zarówno Green Lantern, jak i Sante weszły ospale, a pierwsza połowa przypominała dżentelmeńską debatę – było wiele uprzejmości, szczególnie jeśli chodzi o podawanie piłki rywalowi (czyli panowała niecelność w rozegraniu) oraz przepuszczanie się nawzajem (kiepska obrona dawała sporo okazji napastnikom).
Drużyny pozwalały bramkarzom należycie się wykazać, jednak ci stanęli na wysokości zadania – obaj stanowili najjaśniejsze punkty swoich ekip w nieciekawej pierwszej połowie spotkania. W tej przyjacielskiej atmosferze ujrzeliśmy cztery trafienia, a po 25 minutach na tablicy widniał prawdopodobnie najgorszy wynik dla obu zainteresowanych drużyn, jeśli założymy, że walczą o utrzymanie, czyli remis (2:2).
Sebastian Świpiarski po bardzo dobrej pierwszej połowie na początku drugiej odsłony popełnił błąd, który zmienił losy spotkania – rzut karny i czerwona kartka za zapaśnicze powalenie napastnika w trakcie rozpaczliwej interwencji sprawiły, że Green Lantern straciło swój ostatni boiskowy argument tego dnia. Sante natomiast bardzo szybko przeszło do działania. W okresie gry w przewadze odjechało na bezpieczne prowadzenie 2:5 i do końca spotkania nie było w tarapatach nawet przez chwilę. Piotr Kowalski i Tomek Kawalec w końcu wskoczyli na wyższe obroty i wypunktowali osłabionego rywala.
Płomyk nadziei dał jeszcze gospodarzom gol na 3:5 autorstwa Patryka Podgórskiego, jednak Sante do końca kontrolowało przebieg spotkania i pewnie wygrało w stosunku 3:7.
Szósta liga nie zawiodła - starcie drużyn ze Szmulek i Koła, które przed meczem miały identyczny dorobek punktowy i w pierwszym pojedynku podzieliły się punktami (4:4), ponownie dostarczyło ogromnych emocji. Był to mecz sąsiadów w tabeli i jednocześnie spotkanie, które mogło wiele zmienić w układzie środka stawki.
Lepiej w potyczkę weszli gracze Old Eagles, choć nie przyszło im to łatwo. Dwukrotnie musieli wychodzić na prowadzenie, bo gospodarze szybko odpowiadali i nie pozwalali odskoczyć. Z czasem jednak coraz śmielej do głosu zaczęły dochodzić Szmulki, które przejęły inicjatywę i zaczęły częściej zagrażać bramce rywali. Ich wiodącą postacią był Wiktor Januszewski, który napędzał ofensywę i nadawał ton akcjom swojego zespołu. Do przerwy było 4:2 dla Szmulek, choć sam przebieg meczu pozostawał wyrównany - obie drużyny miały swoje momenty, a gra toczyła się w dobrym tempie.
Druga połowa nie przyniosła większej zmiany obrazu gry. Zarówno gospodarze, jak i goście próbowali narzucić swój styl i zdobywać kolejne bramki. Obie drużyny dorzuciły po dwa trafienia, a wynik 6:4 dla Szmulek na kilka minut przed końcem wydawał się już bezpieczny. Coraz więcej wskazywało na to, że podopieczni Jakuba Kaczmarka dowiozą zwycięstwo, tym bardziej że Old Eagles zaczęli wyglądać na zmęczonych. I wtedy zaczęło się prawdziwe kino.
Doświadczenie gości wzięło górę w najważniejszym momencie. Najpierw pewnie wykorzystany rzut karny przywrócił nadzieję, a chwilę później Sylwester Madej popisał się kapitalnym strzałem przy słupku, doprowadzając do wyrównania. W kilka minut mecz znów był otwarty, a końcówka zamieniła się w walkę na całego. Obie drużyny próbowały jeszcze przechylić szalę zwycięstwa, ale czasu zabrakło. Ostatecznie padł remis 6:6, który idealnie oddaje charakter tego spotkania - wyrównanego, intensywnego i pełnego zwrotów akcji.
To oznacza, że sytuacja obu zespołów w tabeli pozostaje otwarta. Zarówno Szmulki, jak i Old Eagles pokazali, że stać ich na wiele - a wiosna zapowiada się dla nich jako walka o każdy punkt.
Ten mecz miał swój jasno zarysowany kontekst jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Shot DJ kończył rundę jesienną z dorobkiem 16 punktów, ocierając się o podium, podczas gdy Bartolini Pasta znajdowało się po drugiej stronie tabeli, z zaledwie ośmioma punktami i walką o utrzymanie. Teoretycznie różnica klas była wyraźna. Boisko napisało jednak zupełnie inny scenariusz.
Od pierwszych minut było widać, że tego dnia coś w grze gospodarzy nie funkcjonuje. Shot DJ wyglądał tak, jakby zapomniał o defensywie - zostawiali ogromne przestrzenie, reagowali z opóźnieniem i pozwalali rywalom na zbyt wiele. Bartolini Pasta nie potrzebowało specjalnych zaproszeń. Goście grali odważnie, konkretnie i bez zbędnych kalkulacji, wykorzystując praktycznie każdą okazję. Z każdą kolejną minutą ich przewaga rosła, a wynik zaczął nabierać rozmiarów, których mało kto mógł się spodziewać. W ofensywie brylował Mateusz Brożek, który rozegrał kapitalne zawody - hat-trick, cztery asysty i masa technicznych, inteligentnych zagrań, które rozbijały ustawienie rywala. Był wszędzie tam, gdzie działo się coś groźnego, a jego decyzje z piłką przy nodze niemal zawsze prowadziły do sytuacji bramkowej.
Świetnie wspierał go Krystian Pazdyka, który dorzucił swoje „cztery shoty w promocji” i bezlitośnie wykorzystywał każdą okazję pod bramką gospodarzy. Na uwagę zasługuje również debiutant Jakub Trzaskowski, który wykonał ogrom pracy bez piłki i pokazał, że może być realnym wzmocnieniem w walce o utrzymanie. Z kolei po stronie Shot DJ trudno było znaleźć pozytywy. Brak organizacji w defensywie, zbyt duże odstępy między formacjami i brak reakcji na wydarzenia boiskowe sprawiły, że mecz bardzo szybko wymknął się spod kontroli.
Ostatecznie Bartolini Pasta wygrało 11:3, sprawiając jedną z większych niespodzianek tej kolejki. To zwycięstwo może okazać się niezwykle ważne w kontekście walki o utrzymanie. Dla Shot DJ to z kolei poważny sygnał ostrzegawczy - jeśli chcą myśleć o czołówce, muszą szybko poukładać swoją grę, bo po takim meczu pytań jest zdecydowanie więcej niż odpowiedzi.
Spotkanie pomiędzy Miksturą a zespołem Saskiej Kępy to kolejny mecz, jaki mieliśmy okazję oglądać w ostatniej kolejce. W pierwszej odsłonie było ono niezwykle wyrównane, o czym świadczy niewielki dorobek bramkowy w tej części gry.
Strzelanie rozpoczęli goście po golu Mariusza Zgórzaka. Od tego momentu piłka w dużej mierze przebywała w środku pola, a obie drużyny szukały swoich szans. I wtedy nastał moment zwrotny w tym meczu. Rzut wolny dla ekipy gospodarzy. Do piłki podszedł Andrzej Łukomski i bezpośrednim strzałem trafił do siatki. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego - przecież bramki z rzutów wolnych u nas się zdarzają. Jednak zawodnik ten postanowił przy kolejnej okazji i kolejnym faulu rywali ponownie uderzyć na bramkę i w odstępie kilku minut dwa jego uderzenia z rzutów wolnych zostały zamienione na gole.
Druga połowa tego meczu była już pod dyktando zespołu gospodarzy, którzy kontrolowali jego przebieg, dokładając trzy kolejne trafienia. Ekipa Saskiej Kępy zdołała odpowiedzieć zaledwie raz i na tym to spotkanie się zakończyło.
Mikstura wciąż z bezpieczną przewagą mknie rozpędzona po mistrzostwo tej ligi, natomiast zespołowi gości pozostaje szukać punktów w kolejnych meczach, z nadzieją, że w szeregach rywali nie będzie już tak dobrze wykonujących stałe fragmenty gry egzekutorów.
JW meczu na szczycie 6. ligi spotkały się zespoły z górnej części tabeli, a mowa tu o Georgian Team i FC Zaborów. Po długich i zaciekłych bataliach górą z tego starcia wyszli gracze z Gruzji, jednak nie mieli łatwej przeprawy, bo ekipa z Zaborowa postawiła spory opór.
Spotkanie nie obfitowało w wiele goli, co nie oznacza, że brakowało emocji. Mieliśmy okazję zobaczyć sporo twardej walki w środku pola oraz boju o każdy skrawek murawy. Od początku było widać, że grę prowadzili zawodnicy Georgian, którzy rozgrywali piłkę spokojnie w ataku pozycyjnym z pomocą swojego bramkarza, momentami pełniącego rolę ostatniego obrońcy i budującego przewagę w rozegraniu. Większość ataków była neutralizowana w zarodku przez dobrą grę defensywną gości, jednak w końcu worek z bramkami musiał się otworzyć. Stało się to za sprawą Saby Lomii, który pokonał Drynkowskiego z rzutu karnego. Ten gol podziałał na graczy z Zaborowa jak płachta na byka i zaczęli przejmować inicjatywę, co doprowadziło do wyrównania. Był to prawdziwy mecz „cios za cios”, gdyż oba zespoły co zdobywały bramkę, to po chwili ją traciły.
Ostatecznie to gracze Georgian zdobyli decydującego gola i po 10. serii gier znajdują się na pozycji wicelidera.
Spotkanie rozegrane na Sektorze D na boiskach AWF-u w ramach 7. Ligi dostarczyło kibicom wielu emocji i dużej liczby bramek. KS Driperzy zmierzyli się z KK Wataha Warszawa, a mecz zakończył się efektownym zwycięstwem gospodarzy 8:3.
Od samego początku lepiej w spotkanie weszli zawodnicy Driperów. Wynik otworzył Zembrzuski, dając swojej drużynie szybkie prowadzenie. Wataha od razu jednak odpowiedziała - do wyrównania doprowadził dobrze znany w całej Lidze Fanów Anass El Ansari, który fantastycznie wykorzystał swoją okazję. Na tym etapie mecz był jeszcze wyrównany, ale kolejne minuty należały już do gospodarzy. Driperzy zaczęli narzucać swój styl gry i ponownie wyszli na prowadzenie, tym razem za sprawą Stojka. Chwilę później Strzembosz i Wasilewski dołożyli kolejne trafienia, zwiększając przewagę do 4:1 i powoli zamykając kwestie spotkania już w pierwszej części meczu. Jeszcze przed przerwą swoją bramkę zdobył także Gregorczyk, co kompletnie podłamało zespół gości.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. KS Driperzy nadal kontrolowali przebieg spotkania, a goście bezskutecznie próbowali wrócić do meczu. Kolejne trafienia dołożył Zembrzuski - najpierw kapitalnym uderzeniem, którego nie powstydziłby się niejeden zawodowy piłkarz, a następnie ponownie wpisując się na listę strzelców i podwyższając wynik na 7:1. Wataha próbowała jeszcze wrócić do meczu. Gola w tej części spotkania na swoje konto dopisał Woźniak, dając swojej drużynie chwilę nadziei. Jednak szybko odpowiedzieli na to gospodarze - Stojek zdobył swoją kolejną bramkę, podnosząc wynik na 8:2 i praktycznie zamykając to spotkanie. W końcówce ostatnie słowo należało do zawodników Watahy - Lulka ustalił wynik meczu na 8:3.
Mecz obfitował w wiele sytuacji bramkowych i dynamiczne akcje. Kluczowymi postaciami byli Zembrzuski oraz Stojek, którzy mieli ogromny wkład w wysokie zwycięstwo swojej drużyny. Wataha, mimo ambitnej postawy, nie była w stanie zatrzymać ofensywy rywali, którzy tego dnia byli zdecydowanie skuteczniejsi i tak jak zakończyli jesień, tak samo otworzyli wiosnę. Driperzy natomiast powoli zaczynają wracać do żywych i dzięki temu zwycięstwu mogą zacząć realnie myśleć o utrzymaniu się na tym szczeblu rozgrywkowym.
Siódma liga w tym sezonie nie przestaje zaskakiwać swoją wyrównaną stawką, a starcie wicelidera z piątą drużyną tylko to potwierdziło. Różnica zaledwie trzech punktów między zespołami sprawiała, że wynik tego meczu mógł znacząco wpłynąć na układ tabeli - i rzeczywiście tak się stało.
Lepiej w spotkanie weszli Virtualni, którzy od pierwszych minut wyglądali na bardziej uporządkowanych i spokojnych w swoich działaniach. Szybko stworzyli groźną sytuację, a akcję sam na sam pewnie wykończył Giełczewski, otwierając wynik meczu. Gospodarze grali z większą kontrolą, starali się narzucać tempo i cierpliwie budować swoje ataki. Eagles nie zamierzali jednak odpuszczać. Ich gra opierała się na dynamice, waleczności i intensywności - cechach, które wielokrotnie pozwalały im wracać do meczów. Mimo to w pierwszej połowie to Virtualni byli skuteczniejsi i schodzili do szatni z prowadzeniem 3:1, które dawało im względny komfort.
Po przerwie obraz gry nie uległ większej zmianie. Virtualni nadal wyglądali dojrzalej w rozegraniu, a co istotne - wytrzymali fizycznie trudne tempo narzucone przez rywala, co w takim meczu miało ogromne znaczenie. Eagles walczyli, szukali swoich okazji i nie pozwalali przeciwnikowi odskoczyć na bezpieczny dystans.
Najjaśniejszą postacią tego spotkania był jednak bez wątpienia Szymon Kolasa, który rozegrał kapitalne zawody. Zdobył cztery bramki i dołożył asystę, będąc absolutnym liderem ofensywy gospodarzy i zawodnikiem, który w kluczowych momentach brał ciężar gry na siebie. Po stronie Eagles skutecznością popisali się Edilson (2 gole), a także Rybiński i Nsengiyumva, którzy utrzymywali swój zespół w grze niemal do samego końca. Mimo ambitnej postawy gości to jednak Virtualni dowieźli korzystny wynik i wygrali 5:4.
To zwycięstwo, w połączeniu z innymi rezultatami kolejki, sprawiło, że triumfatorzy wskoczyli na drugie miejsce w tabeli, jeszcze mocniej włączając się do walki o mistrzostwo. Patrząc na formę i charakter tej ligi - wszystko wskazuje na to, że emocje będą trwać do samego końca.
W starciu drużyn uwikłanych w walkę o utrzymanie – znajdującej się tuż nad strefą spadkową Skry Warszawa oraz zamykającego tabelę Tornado Squad – sportowa rywalizacja zeszła ostatecznie na dalszy plan. Choć Skra pewnie wygrała na murawie 8:3, spotkanie zostało zweryfikowane jako walkower 0:3 na korzyść gości.
Początek tego meczu nie zwiastował gradu goli. Pierwsza połowa toczyła się spokojnie, a gra skupiała się głównie w środkowej strefie boiska. Brakowało klarownych sytuacji, w czym duża zasługa dobrze dysponowanych bramkarzy obu ekip. Do przerwy gospodarze schodzili ze skromnym prowadzeniem 1:0.
Po zmianie stron obraz gry uległ diametralnej zmianie. Tempo wyraźnie wzrosło, a drużyny postawiły na otwartą i znacznie ostrzejszą grę. Skra Warszawa znakomicie wykorzystywała kontrataki. Na boisku brylował Israel Mipakatahar, który imponował szybkością i odważnymi dryblingami, notując na swoim koncie bramkę oraz trzy asysty.
Niestety dla gospodarzy to właśnie obecność tego zawodnika na murawie przekreśliła ich wysiłek. Mipakatahar był zawieszony za czerwoną kartkę z poprzedniego spotkania, co zgodnie z regulaminem musiało poskutkować walkowerem. Zamiast ucieczki ze strefy spadkowej Skra traci pewne punkty w kuriozalnych okolicznościach, a Tornado Squad otrzymuje niespodziewane koło ratunkowe.
W najbardziej wyrównanej lidze zazwyczaj oczekujemy bardzo bliskich wyników - szczególnie gdy naprzeciw siebie stają drużyny walczące nie tylko o podium, ale i o mistrzostwo.
Pierwsza połowa przebiegała jednak pod pełną kontrolą Oldboys Derby. Grali spokojnie, bez pośpiechu, mądrze budowali akcje, a w każdym ich ruchu było widać doświadczenie i pewność siebie. Czasoumilacze natomiast wyglądali na spiętych - brakowało im płynności, ataki się nie kleiły, a nerwowość odbijała się na jakości gry. Efektem były cztery bramki bez odpowiedzi dla Oldboys Derby - na listę strzelców wpisali się Kamil Bassa, Adrian Królikowski, Jacek Pryjomski oraz Krzysztof Mamski.
Przed drugą połową trudno było powiedzieć, czym gospodarze będą w stanie zaskoczyć rywali. Owszem, zaczęli grać odważniej i częściej atakować, ale Oldboys również otworzyli grę, co sprawiło, że mecz stał się bardziej widowiskowy. Czasoumilacze zdołali zdobyć cztery gole - najwięcej dał od siebie Dmytro Rumezhak, autor dubletu, jednak Oldboys Derby odpowiadali niemal natychmiast, nie pozwalając rywalowi realnie wrócić do gry. Ostatecznie dołożyli aż siedem trafień, kontrolując przebieg spotkania do samego końca.
Kluczowymi bohaterami meczu byli Dzmitry Balysh oraz Marcin Wiktoruk. Pierwszy zanotował hat-tricka i asystę, drugi dołożył gola i aż cztery asysty, będąc motorem napędowym ofensywy swojej drużyny.
Po tym spotkaniu oba zespoły zrównały się punktami - mają ich po 16, a do drugiego miejsca tracą zaledwie dwa oczka.
Cóż to było za widowisko! Naprawdę znakomity, pełen emocji mecz oglądaliśmy w wykonaniu Alasha i Warsaw Gunners. Obie ekipy z nastawieniem na zdobycie kompletu punktów przystąpiły do rywalizacji w niedzielny wieczór na arenie AWF-u.
Lepiej zaczął team Arka Trwogi, który rozpoczął strzelanie w tym pojedynku. Jednak po chwili gospodarze wyrównali i – co więcej – poszli za ciosem, co kompletnie wybiło z rytmu zespół Gunnersów. Ci otrząsnęli się dopiero przy wyniku 4:1 i zaczęli mozolnie odrabiać straty. Jeszcze przed przerwą udało się złapać remis i naprawdę sporo działo się w pierwszych 25 minutach. Obie ławki żyły meczem i szczególnie w zespole gości mobilizacja oraz wskazówki lały się strumieniem zza linii końcowej.
Po zmianie stron to Kanonierzy lepiej weszli w tę fazę meczu. W pewnym momencie objęli nawet dwubramkowe prowadzenie, ale Alash nie miał zamiaru ustępować. Odrobił stratę i mecz do końca trzymał nas w niepewności, jeśli chodzi o wynik. Końcówka była niezwykle emocjonująca. Doszło do takiego napięcia, że w zespole gospodarzy dwóch graczy zaczęło się kłócić i doszło do odepchnięcia, co sędzia ukarał żółtą kartką. Rzadko zdarzają się takie sytuacje, ale pamiętamy podobne choćby z Premier League.
W osłabieniu Alash jednak atakował, ale nie zdołał pokonać Marka Reszczyńskiego. Mecz zakończył się wynikiem 7:7 i było to z pewnością jedno z najlepszych spotkań w całej lidze w dziesiątej serii gier.
Spotkanie FC Dnipro United z Force Fusion FC jest świetnym przykładem kilku piłkarskich oczywistości. Najważniejszą z nich jest oczywiście korzyść, jaką daje posiadanie ławki rezerwowych (gospodarze nie mieli nikogo na zmianę), oraz znaczenie odpowiedniego wejścia w mecz (tutaj również Dnipro nie błysnęło, szybko tracąc dwie bramki na samym początku). Dodając do tego kontekst w postaci jesiennych wyczynów obu zespołów, wynik końcowy można uznać za niski wymiar kary dla gospodarzy.
Należy jednak przyznać zawodnikom pokonanej drużyny, że póki mieli siły, w długich fragmentach pierwszej odsłony wyglądali na zespół lepszy niż goście. Maksym Marchenko i Viacheslav Hladyshev walczyli z przodu ile sił w nogach, udało im się nawet wyrównać wynik spotkania na 2:2, jednak wspomniane już braki kadrowe były nie do pokonania.
Jeszcze przed przerwą Force Fusion FC zaczęło wykorzystywać przewagę liczebną i zamęczyło przeciwnika swoją intensywnością. Ruslan Yakubiv i Piotr Szpilarewicz jak zwykle byli bezlitośni wobec mniej wybieganych rywali i razem uzbierali aż 11 oczek w klasyfikacji kanadyjskiej w spotkaniu, które z minuty na minutę stawało się coraz bardziej jednostronne.
W kontekście FC Dnipro United pozostaje pytanie – jaki byłby końcowy wynik, gdyby gospodarze rozpoczęli mecz z należytą koncentracją? Zapewne wygraliby pierwszą połowę, jednak nie należy się oszukiwać – nawet w najlepszym możliwym scenariuszu trudno byłoby mówić o szansie na urwanie choćby punktu drużynie tak mocnej i tak dobrze zorganizowanej jak Force Fusion FC.
To spotkanie zapowiadało się jako starcie drużyn o zupełnie różnych celach. Legion UA, po solidnej rundzie jesiennej, mógł realnie myśleć o włączeniu się do walki o awans, natomiast Shitable, z dorobkiem zaledwie 7 punktów, desperacko potrzebowało zwycięstw, by wydostać się ze strefy spadkowej.
Początek meczu kompletnie zaskoczył gospodarzy. Goście weszli w spotkanie z ogromną intensywnością i skutecznością. Już w pierwszych 10 minutach trzykrotnie trafiali do siatki, a na listę strzelców wpisali się Yavdonka, Krayeuski oraz Boiarchuk, dając swojej drużynie prowadzenie 3:0. Legion UA próbował odpowiedzieć i w 15. minucie dopiął celu – Filimonau zdobył bramkę na 3:1. Jak się jednak okazało, był to jedynie chwilowy przebłysk. W dalszej części pierwszej połowy dominacja Shitable była wyraźna. Goście kontrolowali grę i dorzucili jeszcze trzy trafienia, schodząc na przerwę z imponującym prowadzeniem 6:1.
Druga połowa przyniosła zupełnie inne oblicze meczu. Gospodarze ruszyli do odrabiania strat i z każdą minutą wyglądali coraz groźniej. Ich determinacja przyniosła efekty, bo już w 31. minucie, po golach Chornobaia oraz Pushkarenki, wynik niespodziewanie zrobił się 6:5 i zapowiadała się emocjonująca końcówka. Kiedy wydawało się, że Legion może doprowadzić do wyrównania, ostatnie słowo należało do gości. Shitable zachowało więcej chłodnej głowy i w końcówce dołożyło jeszcze dwa gole, ostatecznie wygrywając 8:5.
To zwycięstwo może mieć ogromne znaczenie dla Shitable w kontekście walki o utrzymanie, natomiast Legion UA, mimo ambitnej pogoni, musi wyciągnąć wnioski z bardzo słabej pierwszej połowy.
W pierwszej kolejce rundy rewanżowej lider, ekipa Q-Ice, podejmował zespół z dolnej części tabeli, czyli FC Pers. Już przed meczem, z uwagi na poprzednie spotkanie w rundzie jesiennej oraz samo usytuowanie w ligowej tabeli, faworytem do zwycięstwa byli oczywiście gospodarze.
I to właśnie oni zdecydowanie lepiej weszli w to spotkanie. Już od pierwszych minut meczu dłużej utrzymywali się przy piłce i tworzyli znacznie groźniejsze akcje bramkowe. W samej pierwszej połowie dublet ustrzelił Kondarevych, a po jednej bramce dołożyli Zhuk, Manovsky i Kashperuk, co tylko świadczy o bardzo dużej sile rażenia tego zespołu i pokazuje, że każdy zawodnik jest w stanie wziąć odpowiedzialność na swoje barki i zdobyć gola.
W drugiej połowie ponownie najjaśniej do głosu dochodził Maks Kondarevych – autor łącznie czterech goli i dwóch asyst był najważniejszą postacią tego meczu, do czego zdążył nas już przyzwyczaić w rundzie jesiennej. Można więc śmiało powiedzieć, że jego forma przez zimę nie zniknęła. Pers w drugiej odsłonie postawił się nieco bardziej swoim rywalom. Dwie strzelone bramki – lekko na otarcie łez – niestety przy takiej sile ofensywnej zespołu Łukasza Mroza nie wystarczyły i polegli oni wynikiem 3:9.
Lider, czyli gospodarze, dopisują sobie kolejne trzy punkty w ligowej tabeli i pewnie zmierzają po mistrzostwo tej ligi. Persowie natomiast tych punktów będą musieli szukać w kolejnych spotkaniach.
Złe miłego początki – tak najlepiej można podsumować mecz z perspektywy gospodarzy. Już w drugiej minucie z boiska zszedł Piotr Ziembiński, czyli najskuteczniejszy zawodnik drużyny. Na szczęście Synom Księdza nie pokrzyżowało to planów w walce z Kresovią Warszawa – planowali wygrać i tak też ostatecznie się stało.
Pierwsza połowa była okresem świetnej gry obu bramkarzy – Paweł Pryciński oraz Orkhan Huseynli dwoili się i troili w bramkach swoich drużyn ze świetnym skutkiem. Do przerwy widzieliśmy tylko dwie bramki (1:1) i kilka znakomitych interwencji. Szczególnie błyszczał bramkarz gospodarzy, który trzykrotnie uratował kolegów z drużyny przed pewną stratą gola.
W drugiej połowie Synowie Księdza podkręcili tempo i zostawili rywali w tyle. Grali widowiskowo, próbując sztuczek, strzałów z półprzewrotki i kombinacyjnych akcji. Odnaleziony luz pomógł im zdobyć bramkę na 2:1, jednak później, po stosunkowo niegroźnym kontrataku gości, nastąpiło zamieszanie w polu karnym i otoczony przez gospodarzy Vadym Bezbidovych wywalczył rzut karny. Paweł Pryciński sparował strzał na słupek, piłka wróciła w pole karne, jednak zawodnicy Kresovii nie byli w stanie wykorzystać zamieszania – futbolówka po dobitce odbiła się od drugiego słupka.
Kolejny kwadrans to okres dominacji gospodarzy – Adam Jusiński i Maciej Cendrowski kręcili bezradnymi rywalami, którzy stracili kolejne dwie bramki. Bezpieczne, trzybramkowe prowadzenie 4:1 najprawdopodobniej rozluźniło gospodarzy, albo po prostu poranna kawa przestała działać – tylko tak można tłumaczyć proste błędy, które wkradły się w poczynania Synów Księdza w końcówce spotkania.
Najpierw łatwo stracona bramka na 4:2, po chwili przestrzelony rzut karny, a później znów trafienie rywali – wszystko na przestrzeni zaledwie kilku minut. Na nieszczęście gości na happy end zabrakło czasu i musieli się pogodzić z minimalną porażką.
Ten mecz należał do zespołu gości już od pierwszych minut, a Serhii Zarubin już na początku musiał wyciągać piłkę z siatki. Za pierwszym razem gol co prawda nie został uznany (nikt nie dotknął piłki po wrzucie z autu), jednak chwilę później goście otworzyli wynik meczu po dość nieszczęśliwym dla rywali rykoszecie. Wyglądało to nieciekawie i zapowiadało się na jednostronne spotkanie. Na szczęście stracona bramka zadziałała na FC Alliance motywująco, a zawodnicy tej ekipy wreszcie zaczęli grać tak, jak na pretendentów do miejsca medalowego przystało. Wyrównanie nastąpiło stosunkowo szybko i mecz przy remisie 1:1 na chwilę utknął w środku pola.
Impas przełamali goście, strzelając dwie szybkie bramki. Przed przerwą jednak gospodarzom udało się jeszcze doskoczyć do rywali, zdobywając gola na 2:3.
Druga połowa to już zdecydowanie większa przewaga gości. Jedyną nadzieję FC Alliance dawały bramki zdobywane przez Nazariya Maksymovycha, które padały po przechwytach na połowie rywala. Poza tym goście wiedli prym w każdym aspekcie spotkania, łącznie z tym najważniejszym – strzelonymi golami. Za najlepszego na boisku został uznany Maksim Abramau, który w drugiej połowie strzelił dwie bramki dla triumfatorów, przypieczętowując ich zwycięstwo.
Ostatecznie FC Patriot wygrało zasłużenie 4:7, a pościg „Patriotów” za miejscem premiowanym przepustką na Superbet Cup – Puchar Ligi Fanów można uznać za otwarty.
W ramach 10. kolejki 9. Ligi kibice zgromadzeni na Arenie Grenady byli świadkami spotkania, które zapowiadało się jako wyrównane starcie dwóch zespołów walczących o podium. Asap Vegas FC podejmowało KróLewskich Wola, a stawką były nie tylko trzy punkty, ale również umocnienie swojej pozycji w czołówce tabeli.
Już od pierwszego gwizdka okazało się jednak, że boisko brutalnie zweryfikuje przedmeczowe oczekiwania. Goście z Woli weszli w spotkanie znakomicie, prezentując wysoką intensywność, świetną organizację gry i dużą skuteczność. Pierwsza połowa zakończona wynikiem 6:0 była prawdziwym popisem ich umiejętności. Na listę strzelców dwukrotnie wpisał się Wojtek Biegajło, a po jednym trafieniu dołożyli Sadowski, Lewandowski, Olejnicki oraz Olwiński.
Po zmianie stron wydawało się, że KróLewscy będą kontynuować swoją ofensywną siłę, jednak chwilę nadziei gospodarzom przywrócił Piotr Grygiel. Jego dwa szybkie trafienia dały sygnał, że Asap Vegas FC nie zamierzają składać broni. Niestety dla gospodarzy był to jedynie krótki zryw. Końcówka spotkania ponownie należała do gości, którzy odzyskali pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Skuteczność i konsekwencja w ataku sprawiły, że kolejne bramki były tylko kwestią czasu. Ostatecznie mecz zakończył się wysokim zwycięstwem KróLewskich 14:2.
Taki wynik z pewnością można uznać za dużą niespodziankę, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że pokonany rywal nadal jest wiceliderem tabeli. KróLewscy Wola wysłali tym spotkaniem wyraźny sygnał do reszty ligi, że dobrze przepracowali zimę, są w znakomitej formie i poważnie liczą się w walce o najwyższe cele w tym sezonie.
Starcie Gamba Veloce kontra A.D.S. Scorpion's miało dość jednostronny przebieg. Od pierwszych minut było widać wyraźną przewagę drużyny Gamba Veloce, która potrafiła narzucić swoje tempo gry i skutecznie wykorzystywać tworzone sytuacje.
Największą różnicę na boisku zrobił duet ofensywny – Filip Wolski oraz Kuba Skwirtniański. Obaj zawodnicy byli niezwykle aktywni, napędzali akcje swojej drużyny i regularnie stwarzali zagrożenie pod bramką rywali. Szczególnie wyróżniał się Filip Wolski, który jest obecnie najlepszym strzelcem 9. ligi, co ponownie potwierdził swoją postawą w tym spotkaniu. Już do przerwy drużyna Gamba Veloce wypracowała sobie bardzo wyraźną przewagę, schodząc do szatni z wynikiem 6:1. Skuteczność ofensywna oraz dobra współpraca w ataku sprawiły, że rywale mieli duże problemy z powstrzymaniem kolejnych akcji.
W drugiej połowie obraz gry nie zmienił się znacząco. Gamba Veloce nadal kontrolowała przebieg spotkania, dokładając kolejne trafienia. Mimo ambitnej postawy zawodników A.D.S. Scorpion's, którzy zdołali zdobyć jeszcze kilka bramek, przewaga przeciwników była zbyt duża. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 9:3 dla Gamby, a kluczową rolę w zwycięstwie odegrał duet Wolski – Skwirtniański, który swoją grą i zaangażowaniem zrobił na boisku decydującą różnicę.
Spotkanie pomiędzy KS Iglica a TRCH dostarczyło ogromnych emocji i trzymało w napięciu do ostatnich sekund. Już pierwsza połowa pokazała, że będzie to wyrównane starcie, w którym żadna ze stron nie zamierza odpuszczać. Wynik 3:3 do przerwy dobrze oddawał przebieg gry – tempo było wysokie, a akcje szybko przenosiły się spod jednej bramki pod drugą. Oba zespoły potrafiły wykorzystać błędy przeciwnika, ale też tworzyły składne, dynamiczne akcje ofensywne.
W drugiej części meczu gospodarze zaczęli delikatnie przejmować inicjatywę, choć TRCH wciąż pozostawało groźne i nie odpuszczało. Kluczową postacią Iglicy był Kacper Romanowski, który rozegrał kapitalne zawody. Zdobył trzy bramki i zaliczył asystę, a jego wynik robi jeszcze większe wrażenie, biorąc pod uwagę, że tego samego dnia rozegrał blisko 90 minut na dużym boisku. Mimo kilku niewykorzystanych sytuacji był niezwykle aktywny, dobrze ustawiał się w polu karnym i regularnie dochodził do pozycji strzeleckich.
Na pochwałę zasłużył także Kieczka, który dołożył bramkę i dwie asysty. Spokojnie rozgrywał piłkę od tyłu, porządkował grę zespołu i wprowadzał dużo opanowania w momentach, gdy mecz robił się nerwowy. Jego przegląd pola i rozsądne decyzje pomogły gospodarzom utrzymać kontrolę w kluczowych fragmentach.
Goście, mimo przedmeczowych przewidywań, pokazali charakter. TRCH nie poddało się bez walki i przez cały mecz prezentowało się nadspodziewanie dobrze. Do samego końca naciskali i próbowali doprowadzić do remisu, jednak ostatecznie to KS Iglica wygrała 6:5 po niezwykle wyrównanym spotkaniu.
Po długiej zimowej przerwie wróciliśmy na boiska warszawskiego AWF-u. W 10. kolejce naprzeciw siebie stanęły Bielany Legends oraz Klub Sportowy Sandacz. Obie ekipy miały na swoim koncie po dziewięć punktów, co dawało im miejsca w dole tabeli. Mecz zapowiadał się więc bardzo ciekawie, a stawką tej rywalizacji była wygrana z drużyną bezpośrednio zamieszaną w walkę o utrzymanie – klasyczny mecz o sześć punktów.
Oba zespoły od samego początku szukały okazji do zdobycia bramki, choć klarownych sytuacji było jak na lekarstwo. Tempo spotkania było szybkie, ale defensywy obu drużyn spisywały się bezbłędnie. Z drugiej strony obu ekipom brakowało większej dokładności i spokoju w rozegraniu akcji. Więcej z gry w pierwszej odsłonie mieli zawodnicy gospodarzy i to oni rozpoczęli strzelanie w tym meczu. Świetnie ustawiony Karol Kowalski dobił piłkę po strzale kolegi, czym zupełnie zaskoczył obronę rywali. Premierowa połowa zakończyła się wynikiem 1:0.
Druga odsłona tego spotkania to ponownie wymiana ciosów z obu stron. Sandacz atakował, ale często brakowało chłodnej głowy w kluczowych sytuacjach. Trzeba też oddać, że świetnie w bramce spisywał się Damian Urbaczewski. Strzelecki impas w drugich 25 minutach przełamał Konrad Wielki, który podwyższył wynik na 2:0. Ten sam zawodnik w końcówce ustalił wynik spotkania, zdobywając trzecią bramkę dla swojego zespołu. Sandacz próbował jeszcze odwrócić losy spotkania, ale tego dnia ofensywa nie była jego najmocniejszą stroną. Ostatecznie skończyło się wynikiem 3:0 i to Bielany Legends zgarnęły komplet punktów, a goście musieli przełknąć gorycz porażki.
To dopiero początek zmagań w rundzie rewanżowej – liczymy, że po przerwie świątecznej zawodnicy KS Sandacz szybko wrócą na właściwe tory.
Drugie drużyny przedstawicieli Ekstraklasy - KSB oraz Ognia Bielany - spotkały się na boisku po raz drugi w tym sezonie. Ich pierwsze starcie zakończyło się wyrównaną walką i zwycięstwem LaFlame. Od tego czasu wiele się zmieniło - Laflame walczy dziś o mistrzostwo i zajmuje 3. miejsce, natomiast KSB II znajduje się na 8. pozycji, balansując na granicy strefy spadkowej. Chęć rewanżu była więc oczywista, choć składy obu drużyn również uległy zmianom.
Mecz przez długie momenty był bardzo wyrównany, a chwilami to KSB częściej utrzymywało się przy piłce, jednak nie tworzyło zbyt wielu groźnych akcji pod bramką rywali. Laflame również nie zachwycało w ataku pozycyjnym, ale znakomicie funkcjonowało w pressingu, zmuszając przeciwników do błędów przy wyprowadzaniu piłki. Aż trzy z pierwszych czterech bramek padły właśnie po takich przechwytach. W efekcie do przerwy LaFlame prowadziło 5:0 i trudno było sobie wyobrazić, co KSB mogłoby zrobić, by odwrócić losy spotkania.
Po zmianie stron zawodnicy KSB próbowali jeszcze wrócić do gry - postawili na bardziej ofensywną grę i zdołali zmniejszyć straty do stanu 3:7. W ataku wyróżniali się Nikodem Łęczycki oraz Aleksander Giżyński. Otwarta gra odsłoniła jednak ich defensywę, z czego LaFlame skutecznie korzystało. Druga połowa była znacznie bardziej dynamiczna, z dużą liczbą sytuacji po obu stronach, ale ostatecznie ponownie lepsi okazali się zawodnicy Laflame. Największymi bohaterami meczu byli Bazyli Grabiec, autor hat-tricka i asysty, oraz Jan Kołodziejski, który zanotował dorobek 2+2 w klasyfikacji kanadyjskiej. Szkoda tylko, że ten pierwszy wystąpił w tym meczu jako zawodnik nieuprawniony i finalnie ta potyczka skończyła się walkowerem 3:0 dla KSB II.
Spotkanie od pierwszych minut było bardzo atrakcyjne do oglądania – dynamiczne, fizyczne i prowadzone w szybkim tempie. Na boisku było widać sporo doświadczonych zawodników, którzy może nie nadrabiali szybkością, ale świetnie ustawiali się taktycznie i grali bardzo dojrzale. Nie brakowało twardych pojedynków, walki bark w bark i gry kontaktowej, jednak jednocześnie mecz był płynny i obfitował w składne, ładne dla oka akcje.
Początek należał do Bulbezu, który wszedł w spotkanie bardzo pewnie. Gospodarze szybko objęli prowadzenie 1:0, a chwilę później podwyższyli na 2:0, wykorzystując dobrą organizację gry i skuteczne ataki. Wydawało się, że kontrolują wydarzenia na boisku, jednak Grajki i Kopacze stopniowo zaczęli przejmować inicjatywę. Goście podkręcili tempo, zaczęli grać bardziej bezpośrednio i skuteczniej pod bramką rywali. Jeszcze przed przerwą odrobili straty i wyszli na prowadzenie, kończąc pierwszą połowę wynikiem 2:3.
Druga część spotkania to już wyraźna dominacja gości. Grajki i Kopacze wykorzystali swoje doświadczenie, grali bardziej zespołowo i przede wszystkim imponowali skutecznością. Każda dobrze rozegrana akcja kończyła się groźnym uderzeniem, a przewaga rosła z minuty na minutę. Bulbez próbował odpowiadać, ale otwierając się w ofensywie, nadziewał się na szybkie kontry rywali.
Najważniejszą postacią meczu był Hubert Krzemiński, który rozegrał kapitalne zawody. Zdobył cztery bramki i zanotował dwie asysty, będąc motorem napędowym ofensywy swojego zespołu. Doskonale ustawiał się w polu karnym, dobrze czytał grę i aktywnie uczestniczył w budowaniu akcji. W ogromnej mierze to jego występ przesądził o wysokim zwycięstwie gości 4:10.
Takie mecze sprawiają, że trudno uwierzyć, iż to dopiero dziesiąta liga. Starcie tych drużyn na Arenie Grenady spokojnie mogłoby uchodzić za pojedynek z wyższych poziomów rozgrywkowych - tempo, intensywność i jakość gry momentami przypominały realia nawet czwartej ligi. To było prawdziwe widowisko, które bez wątpienia można nazwać jednym z najlepszych meczów dnia.
Kapitalnie w spotkanie wszedł Gawulon, a jego główną postacią w pierwszej połowie był Patryk Sadurek. Najpierw popisał się świetnym wykończeniem po dalekim, przeszywającym podaniu od własnego bramkarza - przyjął, odwrócił się i mocnym strzałem po ziemi z dystansu otworzył wynik meczu. Chwilę później dołożył drugie trafienie, a jakby tego było mało, dorzucił jeszcze asystę, mając ogromny wpływ na przebieg pierwszej części spotkania. Dzięki jego skuteczności Gawulon schodził do przerwy z prowadzeniem 3:1.
Druga połowa przyniosła jednak zupełnie nową historię. Polska Górom pokazała charakter i przede wszystkim zawodnika, który potrafił odmienić losy meczu. Kamil Rytel, który jeszcze w pierwszej połowie wpisał się na listę strzelców, po przerwie wszedł na zupełnie inny poziom. Skompletował hat-tricka, raz po raz znajdując sposób na defensywę rywali i doprowadzając swój zespół do wyrównania 4:4. Mecz nabrał jeszcze większego tempa. Obie drużyny grały odważnie, bez kalkulacji, wymieniając się atakami i nie zamierzając zadowolić się remisem. Każda akcja niosła zagrożenie, a emocje rosły z każdą minutą. W końcówce więcej zimnej krwi zachował jednak Gawulon. W kluczowym momencie zdołali przechylić szalę na swoją stronę i zdobyli bramkę na 5:4, która ostatecznie rozstrzygnęła losy tego widowiska.
Polska Górom może odczuwać ogromny niedosyt - po takiej pogoni i odrobieniu strat byli bardzo blisko punktów. Jednak trafili na rywala, który tego dnia był po prostu odrobinę bardziej konkretny i skuteczny.
Na zakończenie dnia na Arenie Grenady obejrzeliśmy kolejne widowisko, które tylko potwierdziło, jak wyrównana potrafi być 10. liga. Spotkanie piątej w tabeli Husarii z przedostatnią Górką Kazurką pokazało, że różnice punktowe często nie oddają rzeczywistego poziomu drużyn - na boisku zobaczyliśmy rywalizację równą, intensywną i pełną zwrotów akcji.
Już od pierwszych minut było widać, że żadna ze stron nie zamierza kalkulować. Gra toczyła się w szybkim tempie, a zespoły odpowiadały sobie akcja za akcję. Strzelanie rozpoczął Robert Niemiec, który precyzyjnym uderzeniem otworzył wynik spotkania. Gospodarze nie nacieszyli się jednak prowadzeniem zbyt długo - Górka Kazurka błyskawicznie odpowiedziała, wykorzystując dwie szybkie kontry, które wybiły Husarię z rytmu. Mimo chwilowych problemów gospodarze potrafili wrócić do gry. Do wyrównania doprowadził Tomasz Hubner, ale to goście zadali ostatni cios w pierwszej połowie - świetna, kombinacyjna akcja zakończona efektowną „klepką” dała im prowadzenie 3:2 do przerwy.
Druga połowa przyniosła jeszcze więcej emocji. Najpierw Górka Kazurka narzuciła wysoki pressing, zmuszając Husarię do błędów i budując przewagę, która pozwoliła im odskoczyć na 6:4. Wydawało się, że kontrolują sytuację, ale wtedy gospodarze pokazali charakter. Husaria ruszyła do odrabiania strat z ogromną determinacją. Coraz odważniejsze wejścia, szybkie rozegranie i większa intensywność przyniosły efekt. Kluczową rolę odegrał ponownie Tomasz Hubner, który w tej fazie meczu skompletował hat-tricka i poprowadził swój zespół do wyrównania 6:6. W szeregach Górki świetne zawody rozegrał Michał Mazur, ale trzeba podkreślić, że cała drużyna gości zaprezentowała się bardzo solidnie - grali kolektywnie, walczyli o każdą piłkę i do samego końca trzymali wysoki poziom.
Finalnie padł remis, który najlepiej oddaje przebieg tego spotkania. Emocje jednak nie opadły wraz z końcowym gwizdkiem - napięcie było tak duże, że nie zabrakło również słownych spięć. To tylko pokazuje, jak bardzo obu drużynom zależało na zwycięstwie.
To spotkanie od początku zapowiadało się ofensywnie, ale mało kto spodziewał się aż tak jednostronnego przebiegu. FC Depserados od pierwszych minut narzuciło swoje tempo i bardzo szybko zaczęło budować przewagę. Już na starcie meczu skutecznością błysnął Jan Szcześniak, który otworzył wynik i chwilę później ponownie wpisał się na listę strzelców.
FC Po Nalewce próbowało odpowiadać - swoje trafienia dołożył m.in. Balysh, utrzymując drużynę w grze w pierwszej fazie spotkania. Z biegiem czasu przewaga Depserados zaczęła jednak wyraźnie rosnąć. Świetnie funkcjonowała współpraca w ofensywie całej drużyny gości - gole dokładali Foryś, Ziemiński oraz Grzywaczewski, a wynik systematycznie „odjeżdżał”. Mimo że gospodarze potrafili jeszcze odpowiadać (m.in. trafienia Madejskiego czy kolejne akcje Balysha), to brakowało im zdecydowanie stabilności w defensywie.
Druga część meczu to już pełna kontrola ze strony Depserados. Skuteczność pod bramką rywala oraz większa intensywność gry sprawiły, że przewaga urosła do bardzo wysokich rozmiarów. Szczególnie wyróżniał się wspomniany wcześniej Szcześniak, który był najgroźniejszym zawodnikiem na boisku i zasłużenie został wybrany zawodnikiem meczu.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 15:6, co jasno pokazuje dominację jednej drużyny. FC Depserados zaprezentowało bardzo skuteczny i ofensywny futbol, podczas gdy FC Po Nalewce, mimo kilku dobrych momentów, nie było w stanie dotrzymać tempa niedzielnym rywalom.
Fuszerka - Wczorajsi to kolejny mecz, jaki mieliśmy okazję oglądać tego dnia na naszych sektorach ligowych. Czysto teoretycznie, bazując na samej ligowej tabeli, mieliśmy tu spotkanie drużyny, która po rundzie jesiennej miała bić się o miejsce na podium - czyli zespołu gospodarzy - kontra zespół, któremu ta jesień totalnie nie wyszła i skończył ją na przedostatnim miejscu. Tak więc oczywistym było, że faworyt jest tylko jeden.
Ale nie pierwszy raz historia pokazała, że faworyci są tylko na papierze, a dopóki piłka w grze, szanse są zawsze zdecydowanie bardziej wyrównane. I taki był ten mecz. W pierwszej odsłonie spotkania gospodarze, jak przystało na ich pozycję w tabeli, przejęli kontrolę nad meczem. Ich przewaga - dwie bramki autorstwa Adriana Giski - miała dać im spokojną zaliczkę przed rozpoczęciem drugiej połowy. Tak się jednak nie stało.
To właśnie zespół gości po gwizdku rozpoczynającym drugą część ruszył na boisko niczym burza i nie dość, że odrobił straty, to jeszcze strzelił kilka goli z nawiązką. Krystian Łączny, zdecydowany lider w tym meczu w ataku drużyny FC Wczorajsi, ustrzelił w drugiej połowie hat-tricka i w dużej mierze to właśnie dzięki jego postawie zespół gości miał szansę zgarnąć pełną pulę. I ta sztuka im się udała, chociaż do ostatniej chwili gracze Fuszerki próbowali odrobić straty bramkowe. Dwa razy im się to udało, ponownie za sprawą Adriana Giski, który spotkanie zakończył z czterema golami.
Jednak po końcowym gwizdku to właśnie zespół gości mógł cieszyć się z pięknego comebacku i zdobytych bardzo ważnych trzech oczek, które dają im oddech, wyjście ze strefy spadkowej oraz - kto wie - może i szansę, by w tabeli poszybować wiosną do góry. Czas pokaże.
Obu drużynom życzymy powodzenia w kolejnych spotkaniach!
Ciekawie zapowiadał się mecz FC Warsaw Wilanów z FC Patetikos. Na papierze zdecydowanym faworytem byli gospodarze, jednak mieliśmy w pamięci to, jak duży potencjał ma ekipa Patetikos i że słabsze wyniki z jesieni nie do końca są miarodajne. Szczególnie że po dłuższej nieobecności do składu gości po kontuzji powrócił Paweł Jasztel – zawodnik, który niejednokrotnie potrafił zrobić na boisku różnicę.
Choć dobrze znamy potencjał ofensywny obu zespołów, to na pierwszą bramkę w tym meczu musieliśmy czekać aż do 15. minuty! Wtedy worek z bramkami na dobre się rozwiązał i w ciągu pięciu minut aż czterokrotnie bramkarze musieli wyciągać piłkę z siatki – solidarnie po dwa razy, bowiem za każdym razem, gdy Patetikos obejmowało prowadzenie, Warsaw Wilanów doprowadzało do wyrównania. Po pierwszej połowie mieliśmy wynik 2:2.
Po zmianie stron gospodarze wyprowadzili dwa szybkie ciosy i objęli prowadzenie 4:2. Gra Patetikos nieco siadła – goście mogli zwątpić, czy uda się w tym meczu osiągnąć korzystny rezultat, ale z każdą kolejną minutą odzyskiwali rezon i zaczęli przejmować inicjatywę. To, co jednak zawodziło w tamtym momencie, to skuteczność – nie mogli się wstrzelić w bramkę Warsaw Wilanów, a gdy już się udawało, pewnie interweniował Maciej Dobrowolski. Kluczowa okazała się końcówka spotkania. Najpierw strzelecki impas przełamał Łukasz Wileński, potem w ekwilibrystyczny sposób bramkę zdobył Tomasz Tomczyk, a dzieła dopełnił – nie kto inny – jak Paweł Jasztel. Koniec końców to FC Patetikos zgarnęło jakże cenne trzy punkty, pokonując rywala 4:5.
Gracze Warsaw Wilanów mogli mieć po tym spotkaniu spory niedosyt – w końcu zwycięstwo mieli na wyciągnięcie ręki, ale chyba zmęczenie (posiadali jedynie jedną osobę na zmianę) dało o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie i nie udało się dowieźć prowadzenia do końca. Patetikos potwierdziło natomiast, że w tej rundzie może jeszcze sporo namieszać i być czarnym koniem 11. ligi.
W meczu 11. ligi lider podejmował pretendenta do walki o top 3. Spotkanie zapowiadało wiele emocji i nie zawiodło. Pomimo niewielu goli, było wiele wymian ognia, mnóstwo strzałów i dogodnych sytuacji po obu stronach.
Goście szybciej weszli w spotkanie, narzucając swoje tempo i skutecznie rozgrywając akcje ofensywne. Już w pierwszych minutach stworzyli kilka groźnych sytuacji, a jedna z nich zakończyła się bramką na 0:1. CWKS próbował odpowiedzieć, jednak świetnie dysponowany bramkarz Choszczówki, Szymon Salata, pewnie interweniował, często ku zaskoczeniu wielu. Z czasem Choszczówka podwyższyła prowadzenie – i to w jakim stylu. Pięknym golem popisał się Bartosz Salata po podaniu od Janka Przybysza. Do przerwy wynik wynosił 0:2.
Druga połowa przyniosła lepszą grę gospodarzy, którzy ruszyli do odrabiania strat. Po zmianie stron ewidentnie dostali wiatru w żagle, a ich wysiłki zostały nagrodzone golem na 1:2 po składnej akcji ofensywnej. W końcówce meczu CWKS naciskał coraz mocniej, lecz ponownie na wysokości zadania stanął bramkarz Choszczówki, broniąc wiele trudnych strzałów.
Ostatecznie lider dowiózł zwycięstwo i zanotował swoją dziewiątą już wygraną.
Jednym ze szlagierów 11. ligi było spotkanie dwóch ekip ze strefy spadkowej. Drużyna, która ma w herbie dwa kufle ze złocistą substancją, podejmowała na arenie AWF kolektyw, który… również może dumnie nosić na piersi dwa kubki zimnego, niepasteryzowanego. Legijna Ferajna, która zajmuje 8. miejsce w tabeli, może zaliczyć powrót na boiska Ligi Fanów do udanych, ponieważ wygrała to spotkanie - i to bardzo wyraźnie - z ekipą, która chętnie chodzi na „piwo po meczu”.
Tego dnia bez wątpienia prym wiódł Kuba Szewczak, który pokonał bramkarza rywali aż pięciokrotnie, jednocześnie notując dwie asysty. Pierwsza połowa już dość wyraźnie pokazała, kto tego dnia ma lepszą dyspozycję, gdyż na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 4:1. Druga część spotkania była już tylko dopełnieniem formalności i potwierdzeniem dominacji nad rywalem. Cały mecz zakończył się wynikiem 10:2, co może napawać zwycięzców optymizmem. Dla przegranych jest to natomiast wyraźny sygnał do większego wybudzenia się z wcześniej wspomnianego zimowego snu.
Czy Legijna Ferajna powalczy jeszcze w tym sezonie o utrzymanie? A może o coś więcej? Czy „Piwo po meczu” jest skazane na spadek, czy wyciągnie wnioski i ucieknie przed zagrożeniem, które powoli zaczyna im zaglądać do kufla? Zobaczymy w następnych kolejkach.
Spotkanie pomiędzy Mistrzowie Chaosu a FC Mocny Narket było bardzo wyrównanym i emocjonującym widowiskiem. Od pierwszych minut mogliśmy oglądać naprawdę dobry futbol, w którym nie brakowało efektownych dryblingów, składnych akcji oraz świetnych interwencji bramkarskich po obu stronach boiska.
Wynik meczu został otwarty już w 6. minucie na korzyść gospodarzy. Na odpowiedź rywali nie trzeba było jednak długo czekać. Po świetnym przerzucie piłki w pole karne do sytuacji doszedł Maciej Pluta, który pewnym strzałem doprowadził do wyrównania. Pod koniec pierwszej połowy gospodarze ponownie zdołali znaleźć drogę do bramki przeciwników, dzięki czemu schodzili do szatni z prowadzeniem 2:1.
Druga połowa przyniosła kolejne emocje. Do wyrównania doprowadził kapitan drużyny FC Mocny Narket – Ruben Nieścieruk, który pewnie wykorzystał rzut karny, doprowadzając do stanu 2:2. Decydujący moment spotkania nastąpił jednak później. Bramkę na wagę zwycięstwa zdobył Tomek Faltynowski, który zapewnił swojej drużynie komplet punktów i został bohaterem Mistrzów Chaosu.
Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem zespołu Jakuba Spławskiego, którzy po bardzo zaciętym i widowiskowym spotkaniu pokonali FC Mocny Narket 3:2.
Rywalizację w 11. lidze zaczęliśmy od spotkania MWSP z Hiszpańskim Galeonem. Obie ekipy przystępowały do tego meczu bez paru ważnych dla zespołu zawodników, co zapewne miało wpływ na ich dyspozycję na boisku. Między słupkami Galeonu, z powodu absencji Artura Pręgowskiego, musiał stanąć Magnus Michalski i choć nie jest etatowym bramkarzem, radził sobie całkiem dobrze. Co prawda rywale także nie sprawili, że miał pełne ręce roboty, ale przez bardzo długi czas wykonywał swoje obowiązki bez zarzutu.
Na pierwszą bramkę musieliśmy czekać aż do 9. minuty – wówczas to świetnym podaniem popisał się Patryk Makowski, a Ivan Rudnyi dał prowadzenie Galeonowi. Goście lekko przeważali, tworzyli większe zagrożenie pod bramką rywala, ale na kolejnego gola musieliśmy czekać kolejne 10 minut – wtedy samobójcze trafienie zaliczył Jakub Soładaczuk. Wydawało się, że w pierwszej części Hiszpańskiemu Galeonowi nic już nie grozi, jednak rzutem na taśmę MWSP zdobyło gola do szatni, a na listę strzelców wpisał się… bramkarz.
Druga połowa z przebiegu była bardzo podobna do pierwszej. Obie ekipy były cierpliwe, długo przygotowywały swoje akcje, a jako że wynik był na styku, nikt nie chciał iść na mocną wymianę ciosów. Dobrze zorganizowana gra obronna sprawiła, że klarownych sytuacji nie było zbyt wiele, stąd też przez długi czas wynik się nie zmieniał. W końcu jednak błąd Jakuba Szczypiorskiego doprowadził do podyktowania rzutu karnego, który został wykorzystany przez Bartka Górczyńskiego i mieliśmy remis 2:2. Kluczowa okazała się końcówka tego spotkania – dwie straty piłki tuż przed polem karnym Galeonu (niemal w tym samym miejscu!) sprawiły, że MWSP wyszło na prowadzenie 4:2, a bramka Krzyśka Małażewskiego na 4:3 jedynie zmniejszyła rozmiar porażki.
W tym meczu liczyło się to, kto popełni mniej błędów i niestety dla Hiszpańskiego Galeonu to oni popełnili ich więcej. Z przebiegu meczu remis nie wydawałby się krzywdzącym wynikiem dla żadnej ze stron, natomiast trzeba oddać MWSP, że potrafili w pełni wykorzystać nadarzające się okazje, dzięki czemu awansowali na drugie miejsce w tabeli.
Mecz drużyn z dwóch różnych biegunów tabeli, w którym zdecydowanym faworytem była Rodzina Soprano. I trzeba przyznać - w pełni to potwierdzili.
Początek spotkania był bardzo dynamiczny. Najpierw rzut karny pewnie wykorzystał Grzegorz Bogdański, a chwilę później, po dośrodkowaniu ze stałego fragmentu gry, Pavel Kostoglod niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki, próbując ją wybić. Niedługo potem ponownie dał o sobie znać Bogdański - odebrał piłkę rywalowi i podwyższył wynik na 3:0. Nie można powiedzieć, że zawodnicy Razem się poddali, chłopaki starali się, tworzyli sytuacje, ale brakowało skuteczności. Dodatkowo bardzo dobrze spisywał się Kuba Sidor, który pewnie interweniował między słupkami. W efekcie to Rodzina Soprano była bardziej konkretna i do przerwy prowadziła już 5:0.
Druga połowa nie przyniosła większych zmian w obrazie gry. Soprano kontrolowało przebieg meczu - może nie dominowali absolutnie w każdym aspekcie, ale mieli wszystko pod kontrolą i sprawiali wrażenie drużyny grającej z zapasem. Nawet bez wchodzenia na najwyższy poziom intensywności byli po prostu lepsi. W tej części spotkania główną postacią był Filip Motoczyński, który skompletował hat-tricka i dorzucił dwie asysty. Co ciekawe, hat-tricki na swoje konto zapisali również Grzegorz Bogdański oraz Damian Nieskórski. Razam było w stanie odpowiedzieć jedynie golem honorowym - Vlad Yermolkin trafił po podaniu Nikity Kolokoltseva.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 10:1. Pewne zwycięstwo daje Rodzinie Soprano miejsce w TOP3, natomiast Razem pozostaje w strefie spadkowej. Przed Soprano trudniejsze wyzwania w walce o medale, a Razem musi dalej walczyć o kolejne punkty - potencjał już kilka razy pokazywali jesienią i teraz trzeba to powtórzyć.
Po przerwie zimowej Lumina wróciła odmieniona i głodna zwycięstw. Po serii bolesnych porażek przyszedł czas na odbudowanie. To właśnie stało się w ostatnim meczu, gdzie przyszło im się mierzyć z rezerwami Furduncio Brasil. Lumina pewnie wygrała aż 9:3.
Na przestrzeni całego spotkania była drużyną zdecydowanie lepszą. Ciężko doszukiwać się jakichkolwiek zalet u gospodarzy na tle świetnie dysponowanej Luminy. Goście byli znacząco lepsi zarówno indywidualnie, jak i zespołowo. Chociażby Kyrylo Prokofiev, MVP całego spotkania, potrafił mijać dwóch, a momentami nawet trzech rywali.
Dodatkowo, pomimo wielu zrywów i udanych dryblingów, wspomniany zawodnik pokonał bramkarza rywali dwukrotnie i tyle samo razy posłał ostatnie podanie do swoich kolegów. Świetna wymienność pozycji również przysparzała wielu problemów w szykach defensywnych brazylijskiego zespołu.
To spotkanie od pierwszego do ostatniego gwizdka miało jednego dominatora i zdecydowanie byli nim gracze Luminy. Drużyna, która aktualnie zajmuje miejsce w strefie spadkowej, tym meczem wysłała wyraźny sygnał do reszty stawki – nie wolno jej lekceważyć i z pewnością nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.
Spotkanie w 12. lidze od początku miało jednostronny przebieg. FC Łazarski bardzo szybko narzucił swoje warunki gry i praktycznie od pierwszych minut przejął pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Goście grali dynamicznie, zespołowo i przede wszystkim niezwykle skutecznie, podczas gdy rezerwy FC Vikersonn UA miały ogromne problemy z organizacją zarówno w defensywie, jak i w budowaniu akcji ofensywnych.
Już w pierwszej połowie przewaga gości była wyraźna. FC Łazarski regularnie dochodził do sytuacji strzeleckich, wykorzystując błędy w ustawieniu gospodarzy. Wynik 1:5 do przerwy najlepiej oddawał różnicę poziomów w tej części spotkania. Vikersonn II sporadycznie próbował odpowiadać, jednak brakowało dokładności, a akcje często kończyły się stratami jeszcze przed polem karnym.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Goście dalej kontrolowali tempo i spokojnie budowali kolejne akcje, powiększając przewagę. Gospodarze nie byli w stanie nawiązać równorzędnej walki i przez większość czasu ograniczali się do prób przerywania ataków rywali. Spotkanie zakończyło się wysokim zwycięstwem 2:8, które można określić jako totalną deklasację.
Największy udział w wygranej mieli Artem Skyba, autor dwóch bramek i asysty, oraz Zhasulan Kamantay, który zanotował dwa gole i aż trzy asysty. Obaj byli niezwykle aktywni w ofensywie, napędzali akcje i regularnie stwarzali zagrożenie. FC Łazarski był zespołem zdecydowanie lepszym, a przegrani tego dnia nie mieli praktycznie nic do powiedzenia.
Gospodarze przystępowali do meczu po nieudanej rundzie jesiennej, którą zakończyli w strefie spadkowej. Z kolei goście wciąż celują w miejsce na podium, co było widać od pierwszych minut rywalizacji.
Mecz od początku był wyrównany, jednak jako pierwsi konkrety pokazali zawodnicy Vox Populi. Już w pierwszych minutach spotkania szybkie ciosy wyprowadził Krzysztof Stachowicz, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Gentlemani odpowiedzieli trafieniem Piotra Loze, zmniejszając straty i łapiąc kontakt z rywalem. Gospodarze złapali wiatr w żagle i zaczęli coraz śmielej atakować, tworząc wiele groźnych sytuacji. Na ich drodze stawał jednak znakomicie dysponowany bramkarz Vox Populi - Piotr Pieńkowski. Niewykorzystane okazje szybko się zemściły, gdyż ponownie do siatki trafił Stachowicz, kompletując hat-tricka i przywracając dwubramkową przewagę gości. Jeszcze przed przerwą odpowiedział Piotr Dziemieszczyk, który ponownie zmniejszył straty Gentlemanów do jednej bramki.
Po zmianie stron inicjatywę przejęli goście, jednak świetnie między słupkami Gentlemanów spisywał się Jakub Augustyniak, który swoimi interwencjami utrzymywał swój zespół w grze. W końcu gospodarze dopięli swego i Paweł Margul doprowadził do wyrównania. Ich radość nie trwała jednak długo. Niezawodny tego dnia Stachowicz zdobył swoją czwartą bramkę w meczu, ponownie wyprowadzając Vox Populi na prowadzenie. Gentlemani nie zamierzali się poddawać i w końcówce jeszcze raz doprowadzili do remisu, zapowiadając emocjonującą końcówkę spotkania. Decydujący cios należał jednak do oponentów. Adrian Kaliciecki wykorzystał swoją okazję i zapewnił Vox Populi komplet punktów.
Było to niezwykle wyrównane i widowiskowe spotkanie, w którym obie drużyny zaprezentowały się z bardzo dobrej strony i zdecydowanie zasłużyły na uznanie.
Dynamo Wołomin do starcia z Melanżem podchodziło w mocno okrojonym zestawieniu. Maciek Kosiński musiał radzić sobie bez kilku podstawowych zawodników, ale rywale również mieli nowe twarze w swoim zespole wobec kilku kontuzji.
Początek meczu to ataki gości i dość szybko Bartek Podobas dał prowadzenie swojemu zespołowi. Dynamo starało się uporządkować swoją grę, ale w niedzielny poranek nie miało zbyt wiele atutów z przodu. Defensywa funkcjonowała lepiej, jednak nie ustrzegła się kolejnych błędów, czego efektem były następne bramki dla ekipy z Bielan. Do przerwy mieliśmy wynik 0:3.
Po zmianie stron doświadczona ekipa Łukasza Słowika kontrolowała spotkanie i nawet gdy popełniała błędy, rywal nie był w stanie ich wykorzystać. Goście powiększali swoją przewagę, a szczególnie aktywny był Kamil Pietrzykowski, który operował w środku boiska. Starał się rozgrywać i dodatkowo zaliczył dwa trafienia. Dynamo po stracie czwartego gola jeszcze próbowało coś ugrać i dość przypadkowa bramka dała nadzieję na powalczenie o lepszy wynik. Wtedy ponownie dał o sobie znać Bartek Podobas, który ustalił wynik meczu na 1:5.
Dynamo na własne życzenie, mając wąski skład, przegrało na inaugurację i po przerwie świątecznej musi zadbać o lepszą frekwencję. Melanż zgarnął cenne trzy punkty i może spokojnie czekać na kolejne mecze w Lidze Fanów.
Długa zimowa przerwa sprawiła, że głód rywalizacji wśród wielu drużyn był naprawdę duży, stąd też – tak jak w przypadku meczu Borowików z White Foxes – frekwencja stała na wysokim poziomie. Dodatkowym czynnikiem mobilizującym mógł być fakt, że rywalizowały ze sobą zespoły będące na granicy strefy spadkowej, ale mające stosunkowo niewielką stratę do najniższego stopnia podium.
Oba teamy potrzebowały trochę czasu, by rozkręcić się w tym spotkaniu – pierwsze minuty były dość wyrównane i polegały raczej na wybadaniu, w jakiej formie znajduje się przeciwnik. W 7. minucie doszło do kontrowersji – piłka po strzale zawodnika Borowików odbiła się od poprzeczki i zdaniem gospodarzy przekroczyła linię bramkową, natomiast gwizdek sędziego w tej sytuacji milczał. Arbiter nie miał natomiast wątpliwości kilka minut później, gdy Adam Kolanowski, wyrzucając piłkę z autu, trafił do siatki – po drodze futbolówka jeszcze musnęła bramkarza rywali i arbiter słusznie gola uznał. To zdarzenie obudziło graczy White Foxes, którzy błyskawicznie odpowiedzieli dwoma trafieniami, natomiast finalnie i tak na przerwę schodzili przy remisie 2:2.
Początek drugiej części to ponowne prowadzenie Lisów po golu Damiana Olejniczaka. Borowiki musiały zacząć gonić wynik i przy stanie 2:3 miały kilka dobrych okazji do wyrównania, ale brakowało im lepszego wykończenia. Tak czy inaczej bramka dla gospodarzy wisiała w powietrzu i koniec końców Borowiki dopięły swego za sprawą duetu Stachacz – Jankowski. Na 5:3 podwyższył Adam Kolanowski, a bramka Krzysztofa Oracza na 5:4 w końcówce spotkania jedynie ustaliła wynik tego meczu.
White Foxes mogą czuć niedosyt po tym spotkaniu, ale było widać, że nie wszyscy zawodnicy złapali odpowiednią formę na inaugurację wiosny. Borowiki natomiast inkasują cenne trzy punkty, choć nie był to dla nich tak łatwy mecz jak ten z jesieni i by myśleć o podium, muszą jeszcze poprawić kilka elementów w swojej grze.
Spotkanie pomiędzy drużynami Lisy Bez Polisy oraz Nieuchwytni zakończyło się zwycięstwem tych drugich 4:1. Już od pierwszych minut było widać, że Nieuchwytni są dobrze zorganizowani i potrafią kontrolować tempo gry. Do przerwy prowadzili 1:0, prezentując solidną i zdyscyplinowaną piłkę.
W pierwszej połowie mecz był dość zachowawczy. Obie drużyny starały się przede wszystkim utrzymać odpowiednie ustawienie i nie popełniać błędów w defensywie. Mimo tego Nieuchwytni potrafili stworzyć kilka groźnych sytuacji i jedną z nich zamienili na bramkę, dzięki czemu schodzili na przerwę z prowadzeniem.
Wyróżniającą się postacią na boisku był Oleksii Kyselov, który imponował świetnym dryblingiem i dynamiką. Wielokrotnie napędzał akcje swojego zespołu, wprowadzając dużo zamieszania w defensywie rywali. Jego indywidualne umiejętności miały ogromny wpływ na przebieg spotkania – zakończył mecz z dorobkiem dwóch bramek i jednej asysty.
W drugiej połowie szansę na powrót do meczu miała drużyna Lisów Bez Polisy. Arbiter podyktował dla niej rzut karny, który mógł znacząco zmienić przebieg spotkania. Do piłki podszedł Marcin Doch, jednak nie zdołał wykorzystać "jedenastki" i futbolówka nie znalazła drogi do siatki. Gdyby ten strzał zakończył się bramką, Lisy mogły realnie zagrozić rywalom i wprowadzić więcej nerwowości w szeregach Nieuchwytnych. Niewykorzystana okazja okazała się bardzo kosztowna, ponieważ druga część spotkania była zdecydowanie bardziej otwarta. Wraz z upływem czasu widoczne było zmęczenie obu drużyn, co przełożyło się na większą liczbę sytuacji bramkowych. Nieuchwytni potrafili to wykorzystać, dokładając kolejne trafienia i ostatecznie pewnie wygrywając 4:1.
Mecz zakończył się zasłużonym zwycięstwem ekipy Marka Szklennika, która wykazała się większą skutecznością oraz lepszą organizacją gry, szczególnie w drugiej części spotkania.
Spotkanie pomiędzy Cockpit Country a Elitarni Gocław zakończyło się zwycięstwem drużyny Elitarni Gocław 4:1. Pierwsza połowa była dość wyrównana, a obie drużyny starały się grać ostrożnie, skupiając się przede wszystkim na solidnej defensywie. Mimo kilku okazji z obu stron, tylko jedna zakończyła się bramką, dzięki czemu Elitarni schodzili na przerwę z minimalnym prowadzeniem.
W drugiej połowie spotkanie zdecydowanie się otworzyło. Obie drużyny zaczęły grać odważniej w ofensywie, co przełożyło się na większą liczbę sytuacji podbramkowych. Bardzo dobre zawody rozegrali także bramkarze obu zespołów, którzy wielokrotnie ratowali swoje drużyny efektownymi interwencjami.
Na szczególne wyróżnienie zasłużył Dariusz Gutkowski, który był jedną z kluczowych postaci spotkania. Swoją aktywnością w ataku oraz skutecznością znacząco przyczynił się do wysokiego zwycięstwa swojej drużyny. Jedyną rysą na jego występie był niewykorzystany rzut karny, który mógł dać mu hat-tricka w tym spotkaniu.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4:1 dla Elitarnych Gocław, którzy w drugiej połowie wykorzystali otwartą grę rywali i zdecydowanie przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę.
W starciu walczącego o mistrzowski tytuł zespołu Boiskowy Folklor z zajmującą piąte miejsce w tabeli Kresowią Warszawa II doszło do małej niespodzianki. Goście w pełni zrewanżowali się za bolesną porażkę z pierwszego spotkania obu ekip, zasłużenie wygrywając 5:9 w meczu pełnym ruchu i akcji ofensywnych.
Od pierwszych minut na murawie wyraźnie lepiej prezentowali się przyjezdni. Kresowia grała bardzo przekonująco, częściej utrzymywała się przy piłce i solidniej wyglądała w defensywie. Kontrola wydarzeń boiskowych szybko przełożyła się na konkretne sytuacje strzeleckie, a wypracowana do przerwy przewaga 1:4 ustawiła dalszy przebieg rywalizacji.
W drugiej części obraz gry nie uległ drastycznej zmianie - spotkanie obfitowało w wiele akcji podbramkowych, ale to goście konsekwentnie dyktowali warunki gry. Absolutnym bohaterem widowiska został Mirosław Nowacki, który zdobył dla Kresowii aż pięć bramek. Choć zawodnik ten we wcześniejszych meczach nie przyzwyczaił do aż tak imponujących zdobyczy bramkowych, to w starciu z faworytem odpalił w idealnym momencie, zaliczając świetne wejście w sezon.
Boiskowy Folklor walczył o poprawę wyniku, ale ostatecznie musiał przełknąć gorycz porażki, tracąc cenne punkty w rywalizacji o fotel lidera.
W spotkaniu 13. ligi lider tabeli, Joga Bonito, zmierzył się z debiutującą drużyną Siwy Koń, która dołączyła do rozgrywek w ramach zastępstwa. Zgodnie z przewidywaniami, obfitujący w otwarty futbol mecz zakończył się przekonującym zwycięstwem faworytów 10:5.
Od pierwszych minut na murawie widoczna była różnica w ligowym ograniu. Joga Bonito operowała piłką szybko, nie bała się ryzyka i kontrolowała boiskowe wydarzenia, co przełożyło się na prowadzenie 4:1 do przerwy. Liderzy zaprezentowali solidny, zespołowy futbol zarówno w ataku, jak i obronie, a bramkami podzieliła się spora grupa zawodników. Na tle dobrze funkcjonującego kolektywu wyróżniał się Kamil Pietrzykowski, którego świetna gra indywidualna została nagrodzona tytułem MVP.
W drugiej połowie spotkania zadanie gospodarzom mocno skomplikowała czerwona kartka dla bramkarza za zagranie ręką poza polem karnym. Joga Bonito skrupulatnie wykorzystała przewagę na boisku, jednak nowej ekipie trzeba oddać szacunek za charakter. Siwy Koń, pomimo gry w osłabieniu i starcia z najmocniejszym zespołem w lidze, nie złożył broni i walczył ambitnie do ostatniego gwizdka.
Pięć bramek zdobytych na tle tak wymagającego rywala to dla debiutantów dobry prognostyk przed kolejnymi meczami.
Spotkanie rozegrane na Sektorze A na boiskach AWF-u w ramach 14. Ligi przyniosło sporo adrenaliny, choć przez długi czas kibice musieli uzbroić się w cierpliwość. FC Olimpik zmierzył się z BRD Young Warriors, a pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem 0:0.
Obie drużyny grały ostrożnie, skupiając się przede wszystkim na defensywie. W tej części meczu na szczególne wyróżnienie zasłużyli bramkarze - Titov po stronie Olimpiku oraz Kloskowski reprezentujący Warriors, którzy kilkukrotnie ratowali swoje zespoły przed utratą bramki.
Po przerwie spotkanie nabrało zupełnie innego tempa. Jako pierwsi do siatki trafili zawodnicy BRD Young Warriors - wynik otworzył Patryk Nowicki, wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. FC Olimpik szybko jednak odpowiedział. W świetnej formie tego dnia był Hordichuk, który najpierw doprowadził do wyrównania, a następnie ponownie wpisał się na listę strzelców, dając swojej drużynie prowadzenie. Olimpik, kontrolując sytuację, dołożył kolejne trafienie autorstwa Zhukova, podwyższając wynik na 3:1 i praktycznie zamykając mecz. W końcówce spotkania BRD Young Warriors próbowali jeszcze wrócić do gry, jednak ponownie na przeszkodzie stanął świetnie dysponowany Titov.
Ostatnie minuty to już prawdziwy popis umiejętności obu bramkarzy. Zarówno Titov, jak i Kloskowski bronili w sytuacjach jeden na jeden oraz przy groźnych strzałach z dystansu, pokazując kapitalną formę i refleks. Dzięki ich interwencjom wynik nie uległ już zmianie. Olimpik dzięki temu zwycięstwu podnosi się w ligowej tabeli i powoli odrabia straty do wspomnianych rywali z tego meczu. Czy powalczą jeszcze o podium, a może to goście przełamią się w kolejnych spotkaniach? O tym przekonamy się już po Świętach.
O godzinie 21:00 byliśmy świadkami małej sensacji, gdyż faworyt uległ underdogowi. Pomimo braku dużej liczby goli, było to niezwykle równe i pełne emocji spotkanie.
Cały mecz przebiegał w podobnym tonie - dominowała walka w środku pola oraz dużo fizycznej gry na granicy przewinienia. Obie drużyny nie stworzyły sobie wielu dogodnych sytuacji na zdobycie bramki. Jedyny gol, jaki mogliśmy obserwować w tej części meczu, był autorstwa Rafała Spodara, który ustalił wynik pierwszej połowy.
W drugiej odsłonie oba zespoły znacznie się otworzyły, stawiając zdecydowanie na atak i momentami zapominając o defensywie, co z perspektywy widza tylko dodawało atrakcyjności widowisku. Drużyny szły łeb w łeb, „cios za cios”, a z każdą kolejną minutą atmosfera na boisku coraz bardziej się zagęszczała. Przez dłuższy czas utrzymywał się wynik 2:2 i wydawało się, że obie ekipy opuszczą boisko AWF-u, sprawiedliwie dzieląc się punktami po wyrównanej rywalizacji.
Wtedy jednak z „piątki” grę wznowił Artur Macek. Długim podaniem znalazł Mateusza Zachewicza, który uprzedził bramkarza OldBoysów i w ostatniej akcji meczu zapewnił swojej drużynie komplet punktów, rozstrzygając losy spotkania!
Starcie walczącej o utrzymanie Elekcyjnej FC z celującymi w mistrzostwo BS Zadymiarzami miało jednego, wyraźnego faworyta. Zespół gości po raz kolejny udowodnił, że swoimi umiejętnościami stanowczo wyrasta ponad obecny poziom rozgrywkowy i od przyszłego sezonu z pewnością będzie czarować na wyższych szczeblach Ligi Fanów.
Mecz od pierwszej minuty toczył się pod absolutne dyktando przyjezdnych. Goście postawili na otwarty, radosny futbol i wyraźnie bawili się grą, z łatwością kreując kolejne sytuacje. Dominacja Zadymiarzy była bezdyskusyjna, a gospodarze w początkowej fazie meczu byli bezradni wobec technicznej przewagi rywala. Do przerwy tablica wyników wskazywała bezlitosne 0:7.
Na ogromne brawa zasługuje jednak postawa Elekcyjnej FC. Wiele drużyn po tak bolesnej pierwszej połowie po prostu by się poddało, tymczasem gospodarze wyszli na drugą część spotkania niezwykle zmotywowani. Braki czysto piłkarskie nadrabiali ambicją, zostawiając na murawie mnóstwo zdrowia i serducha.
Bezapelacyjnym MVP tego widowiska został fenomenalnie dysponowany Dominik Zawiślak, który rozmontował defensywę rywali, zapisując na swoim koncie aż sześć trafień. BS Zadymiarze pewnie zmierzają po mistrzowski tytuł, pokazując futbol z zupełnie innej półki, natomiast walcząca do samego końca Elekcyjna FC udowodniła, że charakteru nie można jej odmówić.
Spotkanie pomiędzy Warsaw Pistons a Klikers było bardzo wyrównanym i emocjonującym starciem. Od pierwszych minut obie drużyny grały odważnie w ofensywie, dzięki czemu kibice mogli oglądać dynamiczny i ciekawy mecz.
Pierwsza połowa zakończyła się remisem 2:2, co dobrze oddawało przebieg gry. Oba zespoły potrafiły tworzyć groźne sytuacje i skutecznie je wykorzystywać, a rywalizacja toczyła się praktycznie „bramka za bramkę”.
W drugiej części spotkania tempo wciąż było wysokie, a żadna z drużyn nie zamierzała odpuszczać walki o zwycięstwo. Ostatecznie więcej skuteczności w kluczowych momentach zachowała drużyna Klikers, która przechyliła szalę zwycięstwa na swoją stronę. Dla drużyny Klikers to kolejny krok po zakończonych rozgrywkach halowych. Jak pokazał ten mecz, zespół ma potencjał, aby namieszać w 14. lidze i zaprezentować się kibicom z bardzo dobrej strony w nadchodzących spotkaniach.
Konfrontacja Santiago Remberteu z Kanarkami przyniosła wiele bramek i ofensywnej gry. Drużyna Kanarków, młoda i bardzo dobrze przygotowana fizycznie, od samego początku narzuciła wysokie tempo spotkania, strzelając bramkę już w pierwszej minucie meczu. Z kolei w 7. minucie zawodnik z numerem 15 – Damian Jakubczyk miał świetną okazję, aby podwyższyć wynik, jednak nie zdołał zamienić jej na bramkę. Kanarki nie musiały jednak długo czekać na kolejne trafienie – zaledwie 120 sekund później wykorzystały następną sytuację i podwyższyły prowadzenie na 2:0.
Drużyna Santiago Remberteu odpowiedziała bardzo szybko, zdobywając bramkę po kolejnych dwóch minutach gry. Kanarki jednak nie zwalniały tempa i dzięki swojej ofensywnej grze ponownie przejęły inicjatywę. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4:1 na ich korzyść.
Druga odsłona rozpoczęła się podobnie jak pierwsza – od mocnego wejścia Kanarków w mecz. Już w premierowej minucie tej części gry Mateusz Charty zagrał piłkę do Jakuba Kowalskiego, a akcja zakończyła się kolejnym trafieniem, które podkreśliło ofensywne nastawienie drużyny. Mimo ambitnej postawy zespołu Santiago, który również potrafił odpowiedzieć bramkami, Kanarki utrzymywały przewagę do końca spotkania.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 9:5 dla Kanarków, którzy dzięki swojej dynamice, ofensywnej grze i skuteczności zasłużenie sięgnęli po zasłużone zwycięstwo.
Ciężkie zadanie czekało Niedzielnych w starciu z Yug Budem. Mimo że ekipa w żółtych trykotach przyszła w szerokim składzie, a brakowało tylko snajpera Macieja Piątka, to już od początku meczu było widać gołym okiem, że gospodarze nie grali zimą, przez co piłka często odskakiwała im nawet przy prostych podaniach.
Goście, jak na ekipę, która ma zamiar wygrać całą ligę, rozkręcali się z każdą minutą i dość szybko objęli prowadzenie. Przy stanie 0:3 Niedzielni strzelili swojego pierwszego i zarazem ostatniego gola w tym starciu. Piłkę z własnej połowy zagrywał Daniel Czekaj, a po kiksie bramkarza Krzysztof Kaska wbił ją do pustej bramki. Od stanu 1:3 niestety to rywale dominowali na boisku. Do przerwy mieliśmy wynik 1:6, co nie zwiastowało niczego dobrego dla ekipy gospodarzy.
Po przerwie ekipa z Ukrainy jeszcze podkręciła tempo i niestety Kamil Jarosz miał sporo pracy między słupkami. Miał kilka dobrych interwencji, ale goście mozolnie podwyższali wynik i szczególnie w końcówce dorzucili kilka bramek, często wychodząc w sytuacjach sam na sam z golkiperem przeciwników.
Ostatecznie Yug Bud wygrał mecz 1:14 i może spokojnie czekać na kolejne potyczki po przerwie świątecznej. Niedzielni niestety zaliczyli słaby start i muszą koniecznie doszlifować formę na pozostałe mecze w tym sezonie.
W ramach 10. kolejki 15. ligi stanęły naprzeciw siebie zespoły RCD Los Rogalos i Green Team. Spotkanie miało dwa zupełnie różne oblicza. Pierwsza połowa była dość chaotyczna i wyrównana. Obie drużyny próbowały narzucić swój styl gry, kreując sobie sytuacje bramkowe, jednak brakowało skuteczności i wykończenia. Mimo kilku groźnych akcji z obu stron żadna z ekip nie potrafiła znaleźć drogi do siatki. Do przerwy mieliśmy bezbramkowy remis i trudno było wskazać faworyta tego pojedynku.
Druga połowa przyniosła jednak zupełnie inną historię. Już w pierwszych minutach tej części meczu Jeremi Babski popisał się indywidualną akcją, wyprowadzając Rogale na prowadzenie. Chwilę później Damian Natkowski dołożył swoje trafienie, co dało gospodarzom dwubramkową przewagę. Strata dwóch goli wyraźnie zmobilizowała jednak zawodników Green Team. Goście ruszyli do odrabiania strat i szybko zdobyli kontaktową bramkę, a niedługo później doprowadzili do wyrównania. To jednak nie był koniec ich ofensywnego zrywu. Piotr Waszczuk dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i wynik się totalnie odwrócił.
W końcówce spotkania obie drużyny dołożyły jeszcze po jednym trafieniu i ostatecznie to Green Team zwyciężył 5:3, pokazując ogromny charakter i skuteczność w drugiej połowie. Dzięki tej wygranej Zieloni umocnili się w strefie medalowej, natomiast Los Rogalos muszą szybko wyciągnąć wnioski, bo niebezpiecznie zbliżają się do strefy spadkowej.
Mecz bez większej historii, za to w dość dużym chaosie – nie od dziś wiadomo, że zarówno Szereg, jak i Wombaty posiadają w swoich kadrach graczy o wysokich umiejętnościach piłkarskich, niemniej w meczu pomiędzy tymi ekipami trudno było dostrzec moment, w którym choć przez chwilę jedna ze stron próbowała zagrać spokojniej bądź utrzymać się przy piłce.
Pierwsza odsłona zmagań to istna wymiana „cios za cios” – najpierw Jakub Myszór otworzył wynik spotkania po dośrodkowaniu Jakuba Wojno z prawego skrzydła, natomiast trzy minuty później wyrównał Maciej Stąporek w bliźniaczy do przeciwnika sposób. Prowadzenie dla Szeregu odzyskał po sześciu minutach Myszór, kierując piłkę do siatki piętką, lecz na świętowanie nie było czasu, gdyż chwilę później na 2:2 trafił Filip Sznajder. Kiedy już wydawało się, że po rzucie rożnym rozegranym przez Bańkowskiego i Wojno gospodarze będą mogli zejść na przerwę ze skromną zaliczką, swoje trzy grosze w postaci gola dorzucił Michał Kwiatkowski.
W drugich 25 minutach kilka razy wykazywać się musiał Kacper Mitręga, bowiem Szereg coraz bardziej przejmował inicjatywę w tym meczu. Starania gospodarzy zostały w końcu zmaterializowane i dzięki Gazdzie, Pietrzakowi i Bańkowskiemu odskoczyli oni Wombatom na trzy trafienia. Goście ożywili się nieco po żółtej kartce dla Filipa Ptaszka i grając w przewadze wypracowali bramkę na 6:4 autorstwa Wojciecha Grabowskiego. Gracze SH nie pozwolili już jednak na więcej zrywów swoim oponentom, sami natomiast jeszcze dwukrotnie trafili do siatki, tym samym pieczętując ważne zwycięstwo.
Dużo strat, jeszcze więcej niedokładności, ale pomimo wyrównanej gry przez lwią część tej potyczki to właśnie Szereg zgarnął komplet oczek, a Wombaty pozostały w pokonanym polu.
Wówczas, gdy słońce zaczynało operować najmocniej, KP Syrenka podejmowała Oldboys Derby III. Choć determinacji do opuszczenia strefy spadkowej nie można było gospodarzom odmówić, to na cierpliwie kontrolujących przebieg spotkania żółto-czerwonych było to mimo wszystko za mało.
Po ośmiu minutach gry goście prowadzili już spokojnie 2:0 po golach Gołębiewskiego i Chmielewskiego (efektowne położenie bramkarza rywali), przy których asystował Łukasz Łukasiewicz. Syrenka miała swoje szanse, ale w świetnej dyspozycji znajdował się lider defensywy przeciwnika, Daniel Zieliński, który doskonale czytał zamiary młodych napastników gospodarzy.
Kontakt biało-niebiescy złapali dzięki strzałowi pod poprzeczkę Maksymiliana Pająka, lecz błyskawicznej odpowiedzi udzielił młodszy Łukasiewicz, znakomicie zastawiając się z piłką w polu karnym i zdobywając bramkę z lewej nogi po obrocie. Chwilę później przed okazją z rzutu wolnego stanął nowy nabytek Syrenki, Wojciech Maliszewski, i pewnym strzałem przy dalszym słupku zmniejszył stratę do Oldboys Derby. Dobry okres gry gospodarzy powinien dać im wyrównanie, ale wtedy na wysokości zadania stanął golkiper gości, Piotr Arendt, znakomicie broniąc nogą próbę Pająka. Frustracja Syrenki, zamiast przełożyć się na kreowanie kolejnych akcji, sprezentowała gola dla rywali po fatalnym wznowieniu gry z autu wprost pod nogi Łukasiewicza.
Po zmianie stron, wciąż licząc na poprawę wyniku, Syrenka wystawiła do gry nowego „asa z rękawa” – potężnie zbudowanego Marcina Słabikowskiego, który okazał się specjalistą od rzutów wolnych, zdobywając gola precyzyjnym uderzeniem przy słupku. Zapędy goniących zostały jednak szybko ostudzone za sprawą trafień Łukasiewicza i Cieślaka, dla którego był to pierwszy mecz po kilkumiesięcznej kontuzji. Wprawdzie w szeregach Oldboys wdarło się nieco ospałości w doskoku, z czego skorzystali Pająk oraz Woźnicki, lecz ostatnie słowo w tym spotkaniu należało do Łukasiewicza, który z dystansu przymierzył idealnie w lewy, górny róg bramki.
Taki rezultat pozwolił zbliżyć się ekipie z osiedla Derby na dwa oczka straty do podium, natomiast Syrence jeszcze przez jakiś czas nie będzie dane wyjść z czerwonej strefy.
Mecz o trzecią lokatę w sławetnej 15. lidze zapowiadał się niezwykle emocjonująco – niemałym więc zdziwieniem było dwubramkowe prowadzenie Poprzeczek już po sześciu minutach gry. Oba trafienia należały do grona tych urodziwych – najpierw Norbert Plak „fałszem” z powietrza pokonał Aleksandra Szczawińskiego, a później Mateusz Niewiadomy, podbiwszy piłkę głową nad rywalem, podwyższył przewagę.
Po dłuższej dominacji gości, kontakt piłkarze Interu złapali dopiero w okolicach 16 minuty, kiedy to strzałem przy słupku popisał się Artem Kolianovskyi, wykorzystując podanie Kiryla Kandratskiego. Nie minęło wiele czasu, a wywalczony przez siebie rzut karny na bramkę zamienił Niewiadomy, lecz dystans jednej bramki został utrzymany za sprawą Bohdana Kulbashnyego. Kolejne „wapno” dla Poprzeczek wywalczył Marcin Kowalski, ale jego wykonanie było dalekie od ideału – gracz z numerem „33” obił jedynie słupek, tak więc na przerwę goście schodzili z bardzo skromną zaliczką.
Po zmianie stron nastąpiło wyrównanie, a ospałość grających na granatowo wykorzystał Niyetali Kaliyev, umieszczając piłkę w siatce przy bliższym słupku. Dobry okres gry Interu pozwolił im nawet objąć prowadzenie po cudownym „woleju” w samo okienko bramki Michała Treli autorstwa Kulbashnyego. Choć gdyby nie golkiper Poprzeczek, to stale naciskający gospodarze mogliby strzelić znacznie więcej goli. Pogromcy zdołali wrócić do gry po przytomnym wyłożeniu piłki Niewiadomemu przez Aleksandra Peszko, dzięki czemu ten skompletował hat-tricka strzałem pod ladę.
Kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały wynik okołoremisowy, stało się coś niebywałego – w przeciągu czterech minut Inter dokonał prawdziwej remontady, zdobywając aż pięć bramek. Cztery z tych trafień były autorstwa niezwykle aktywnego Kolianovskyiego, trzy ostatnie podania zanotował natomiast Kandratski.
Totalnie wycieńczeni i przybici Pogromcy nie zdobyli się już na żaden konkretniejszy zryw, jakby godząc się z porażką, a w konsekwencji utratą – przynajmniej chwilowo – miejsca na podium. Zespół Interu pokazał ogromną determinację i po przetrwaniu znacznej części spotkania, gdy to rywale prowadzili grę, zaatakował w punkt – i to bezlitośnie, wręcz wyrywając z rąk oponentów komplet punktów.
W 16. lidze na skutek przetasowań pojawiły się dwa nowe zespoły i to właśnie one stanęły naprzeciw siebie w meczu otwierającym rundę wiosenną na tym poziomie rozgrywkowym – młody kolektyw o wdzięcznej nazwie Rzeźnia Marki oraz Ice Team, będący rezerwami ósmoligowego Q-Ice Warszawa.
Od pierwszych do ostatnich minut mecz był przyjemnym dla oka widowiskiem, bowiem oba zespoły starały się grać ofensywny, atrakcyjny futbol, lecz znacznie większe korzyści z takiego stylu gry czerpali gospodarze. Po dziesięciu minutach gry Rzeźnia prowadziła już 5:0, przeprowadzając błyskotliwe akcje i z każdą chwilą coraz mocniej objawiając wysokie umiejętności swoich zawodników. Szybcy i zwinni gracze tacy jak Podeszwik, Bieniek, Gutowski czy Sobieraj niemiłosiernie nękali doświadczonych defensorów gości. Wówczas najgroźniejszą dla Ice Team sytuację sprowokował piłkarz mareckiej ekipy, Kamil Świeczak, który podał wprost pod nogi rywala, ale odkupił swoje winy natychmiast, blokując próbę strzału. Jak mówi znane przysłowie: „co się odwlecze, to nie uciecze”, tak więc przyszła i pora na konkrety ze strony drużyny Łukasza Mroza. Pochwały należą się przede wszystkim Eduardowi Vakhidovowi, czyli etatowemu bramkarzowi Q-Ice, w Ice Team występującemu w polu, który maksymalnie wykorzystał oba podyktowane rzuty wolne – wpierw samodzielnie zdobywając bramkę, a potem asystując Vladowi Yarmoliukowi. Dystans pięciu bramek odzyskali jednak dla gospodarzy Gutowski i Blankiewicz i z takim wynikiem zespoły udały się na przerwę.
Na drugą połowę goście wyraźnie podkręcili tempo gry, dzięki czemu zaskoczyli rywali aż trzema trafieniami – sytuacja zaczęła coraz mocniej wymykać się spod kontroli Rzeźni. Przy stanie 7:5 gospodarze przypomnieli sobie jednak, że mecz nie został jeszcze wygrany i ruszyli z intensywnością zbliżoną do tej z pierwszych minut spotkania. Takie podejście okazało się strzałem w dziesiątkę – na przestrzeni czterech minut zdobyli cztery gole i pogrzebali szanse oponentów na korzystny rezultat.
Na otarcie łez, „na pustaka” po podaniu Vakhidova, do siatki trafił Michał Zacharzewski, lecz koniec końców Ice Team musiało obejść się smakiem i uznać wyższość radosnej, młodej ekipy z Marek.
Mecz pomiędzy PPKS Tornado a Ternovitsia II w 16. lidze, na inaugurację rundy wiosennej, zakończył się zdecydowanym zwycięstwem gości 8:1. Spotkanie rozpoczęło się jednak bardzo obiecująco dla gospodarzy, którzy jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Już na początku meczu wynik otworzył Rusinek, dając Tornado prowadzenie 1:0 i nadzieję na wyrównane starcie.
Radość nie trwała długo, ponieważ Ternovitsia II szybko przejęła inicjatywę. Do wyrównania doprowadził Volodymyr Hrydovyi, który był jedną z kluczowych postaci tego meczu. Pierwsza połowa nie dostarczyła nam więcej bramek. Gospodarze grali mocno defensywnie, nastawiając się na kontrataki, a to goście zdecydowanie dłużej utrzymywali się przy piłce.
Druga połowa rozpoczęła się praktycznie tak, jak przebiegała pierwsza część meczu. Chwilę po wznowieniu Romanovskyi zdobył bramkę na 2:1 dla gości, rozpoczynając dominację swojej drużyny. Kolejne minuty to dalsza skuteczna gra ofensywna Ternovitsii - ponownie na listę strzelców wpisał się Hrydovyi V., podwyższając wynik na 3:1. Przewaga gości rosła. Romanovskyi zdobył swoją drugą bramkę w meczu, a następnie kolejne trafienia dołożyli Hrydovyi M. oraz Nowachuk, co pozwoliło odskoczyć aż na 6:1. Tornado miało problem z organizacją gry i zatrzymaniem rozpędzonych rywali. Z pewnością było to spowodowane ich wąską kadrą, jaką dysponowali tego dnia. Brak zmian na tak rozpędzonego przeciwnika okazał się gwoździem do trumny i pogrzebał szanse gospodarzy na korzystny wynik.
Obraz gry nie uległ zmianie do samego końca. Ternovitsia II kontrolowała tempo i skutecznie wykorzystywała kolejne okazje. Padły jeszcze dwie bramki - jedno trafienie dołożył Zapotichnyi, a wynik meczu ustalił ponownie Hrydovyi V., kompletując bardzo dobry występ okraszony hat-trickiem. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:1 dla Ternovitsii, za co należą im się ogromne gratulacje. Natomiastprzegranym pozostaje szukać punktów w kolejnych starciach.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)