RAPORT MECZOWY! 18. KOLEJKA - SEZON 25/26
Gladiatorzy Eternis mistrzem Decathlon Ligi Fanów! Nie ujmując chwały żadnej z ekip, to właśnie zdobycie tytułu przez Gladiatorów było najważniejszym wydarzeniem ostatniej kolejki rozgrywek.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że mimo wszystko nie był to jedyny emocjonujący akcent weekendu. Kilka spotkań trzymało kibiców w napięciu znacznie bardziej niż mecz ekipy Michała Dryńskiego, a losy niektórych drużyn w walce o medale czy utrzymanie rozstrzygały się - i to dosłownie - w ostatnich sekundach. To co? Wróćmy jeszcze na chwilę do wydarzeń, które zdecydowały o losach sezonu 2025/26!
Opisy meczów 18. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!
FC Otamany nie miały już szans na podium Ekstraklasy Ligi Fanów, za to FC Impuls UA wciąż walczył o utrzymanie. Zdobycie trzech punktów dałoby siódme miejsce, czyli ostatnią bezpieczną lokatę. Potrzebne było jednak zwycięstwo, a na to nie było stać zawodników Impulsu, którzy nawet przez chwilę nie zbliżyli się do prowadzenia w tym meczu.
Zawodnicy FC Otamany byli po prostu mocniejsi. Żółte koszulki same w sobie się wyróżniały, ale zakładający jedną z nich Artur Prokop był zawodnikiem, który robił największą różnicę. Trzy bramki i dwie asysty – to jego statystyki w tym spotkaniu. Nieco mniej obfite łowy miał Oleksii Prytuliak, choć jego również należałoby wyróżnić. Nienaganna technika panowania nad piłką znacząco ułatwiała grę zarówno jemu, jak i otaczającym go kolegom.
Z pewnością oprócz tej dwójki w zwycięstwie pomogli także Ivan Kashperuk oraz Jurii Nievdakh, którzy bardzo dobrze czuli się pod bramką przeciwnika. FC Otamany, mając taką pakę, po objęciu prowadzenia skupiali się głównie na grze do przodu. Zaczęli od wypracowania trzybramkowej przewagi w zaledwie kilka minut, a następnie kontrolowali boiskowe wydarzenia. W pewnym momencie prowadzili nawet 6:1, lecz w pojedynkę walkę podjął Vladyslav Budz. Jego cztery gole nieco złagodziły ból porażki, jednak Impulsowi przydałoby się jeszcze dwóch takich zawodników. Być może w 1. lidze, bo po porażce 6:10 zespół przypieczętował spadek. Otamany z kolei utrzymały piątą pozycję, na co z racji wywalczenia kilku przepustek, bardzo im zależało.
TUR Ochota w meczu z Lakoksy CF wrócił z bardzo dalekiej podróży. Gdyby obserwować tabelę live, przez długi czas znajdował się pod kreską, później odrobił straty i wydostał się ze strefy spadkowej, by po chwili znów do niej wrócić. Wszystko jednak dobre, co się dobrze kończy. A niedzielny mecz dla zawodników TUR Ochota zakończył się bardzo dobrze – zwycięstwem, które po wynikach spotkań rozegranych o godzinie 20:00 oznaczało utrzymanie w lidze.
Gdybym miał porównać ten mecz do jakiegoś zjawiska pogodowego, byłaby to ulewa. Gole padały bowiem tak często, jakby nad boiskiem oberwała się chmura pełna piłek. Do przerwy zawodnicy trafiali do siatki aż 11 razy, a w lepszych humorach na odpoczynek schodzili gracze Lakoksów. Nie mieli sobie nic do zarzucenia. Mimo gry bez zmian postawili się rywalom od pierwszych minut, choć to oni jako pierwsi stracili bramkę. TUR Ochota wykorzystał też absencję jednego z przeciwników, który przez lekkie krwawienie z nosa nie mógł uczestniczyć w meczu przez kilka minut. Najczęściej na ustach kibiców pojawiało się jednak nazwisko Andrzeja Czerwa, który czterokrotnie pokonywał bramkarza rywali. Pewność w polu karnym i dobrze ułożona stopa to kapitalne atuty, które dały jego drużynie konkretną jakość w tym spotkaniu.
Zawodnicy TURa doskonale wiedzieli jednak, o co grają. Zespołowość i uporczywe dążenie do celu mimo niepowodzeń przyniosły oczekiwany sukces. Lakoksy, grając bez rezerwowych, w pewnym momencie musieli odczuć trudy spotkania, a stało się to w drugiej połowie. Cztery bramki zdobyte z rzędu pozwoliły odwrócić losy meczu – ze stanu 5:6 zrobiło się 9:6. Komplet punktów dorzucony do dorobku z całego sezonu dał ich łącznie 19, dzięki czemu drużyna z Ochoty zajęła ostatnie bezpieczne, siódme miejsce w lidze. Widzimy się w przyszłym sezonie na boiskach Ekstraklasy.
Mecze pomiędzy GWA Ochotą a Gladiatorami zawsze mają wyjątkowy smaczek i przyciągają wielu kibiców, którzy chcą na żywo zobaczyć starcie dwóch najlepszych ekip w Warszawie. Stawką niedzielnego spotkania, jak zwykle, było mistrzostwo, dlatego spodziewaliśmy się kolejnej partii szachów. W tych meczach nie ma miejsca na orlikową wymianę ciosów – dominuje taktyka, cierpliwość i czekanie na błąd przeciwnika. Sami zawodnicy doskonale się znają, więc trudno zaskoczyć się nawzajem czymś nieoczywistym.
Dla gospodarzy była to szansa na zdobycie trofeum, którego wciąż brakuje w ich gablocie, choć po sezonie 2025 jest ona już bardzo bogata. Dla Gladiatorów stawką było natomiast trzecie mistrzostwo z rzędu – osiągnięcie, które w kolejnych latach będzie niezwykle trudno powtórzyć.
Początek meczu upłynął pod znakiem optycznej przewagi GWA Ochoty, ale niewiele z niej wynikało. Gra wszerz boiska i brak pojedynków jeden na jednego nie mogły przynieść efektu w postaci bramki. Goście znakomicie przesuwali się w defensywie, a z tyłu, jak zawsze, na posterunku był "Gwoździu". Dodatkowo ich kontrataki wyglądały bardzo groźnie i kilka razy jedynie brak szczęścia sprawił, że do przerwy utrzymywał się bezbramkowy remis.
Każdy, kto oglądał wcześniejsze starcia tych drużyn, wie, że drugie połowy często były zmorą ekipy Kamila Jurgi. Nie inaczej było tym razem. Gladiatorzy wyszli na prowadzenie, a gdy robili to w poprzednich meczach, Ochocie bardzo trudno było znaleźć odpowiedź. GWA próbowała rzucić na boisko wszystko, co najlepsze, ale jej strzały były albo blokowane, albo mijały bramkę w bardzo dużej odległości. Gdy padł gol na 0:2, gospodarze zdecydowali się na grę z lotnym bramkarzem. Taka taktyka wymaga niemal perfekcji w rozegraniu, bo każdy błąd może skończyć się stratą bramki do pustej siatki. Tak właśnie się stało. Najpierw po strzale Mariusza Milewskiego Tomasz Pietrzak odbił piłkę w taki sposób, że zrobiło się 0:3, a chwilę później Michał Kielak trafił przez całe boisko do pustej bramki. Przy wyniku 0:4 było już jasne, że tego meczu nie da się odwrócić.
Gladiatorzy zostali mistrzami Decathlon Ligi Fanów, a GWA Ochota ponownie musiała zadowolić się drugim miejscem. Taki układ sił pozostanie aktualny przynajmniej do kolejnego sezonu naszych rozgrywek.
Niedzielny mecz był dla Tanatos Husarii Mokotów decydujący w kontekście utrzymania w Ekstraklasie. Dla In Plusu wynik nie miał już znaczenia dla układu tabeli, ponieważ zespół miał zapewnione brązowe medale. Goście przyszli jednak zagrać na maksimum swoich możliwości i godnie zakończyć sezon.
Zawodnicy Husarii szybko przekonali się, że o punkty nie będzie łatwo. Początek spotkania był jeszcze całkiem obiecujący. Po bramce dla gospodarzy odpowiedział bowiem Oskar Lachowicz, który wykorzystał kontratak swojego zespołu. In Plus konsekwentnie dążył jednak do zdobywania kolejnych goli i dość szybko wypracował sobie przewagę. Przed przerwą Jakub Cegiełka dał jeszcze nadzieję na odwrócenie losów meczu. Po 25 minutach było 4:2, więc druga połowa zapowiadała się interesująco.
Goście chyba zostali jednak w szatni, bo druga odsłona była w ich wykonaniu prawdziwym koszmarem. In Plus zdobywał kolejne bramki, a menedżer zespołu z Mokotowa mógł być zadowolony jedynie z dopingu kibiców Husarii, którzy stworzyli najlepszy akcent tego spotkania. Co więcej, przez ostatnie dziesięć minut Tomek Hubner śledził równolegle mecz KSB z Ogniem, w którym zwycięstwo ekipy Michała Tarczyńskiego gwarantowało utrzymanie Husarii. Jeszcze na pięć minut przed końcem taki scenariusz się realizował. Wówczas Ogień zdobył jednak dwa gole, doprowadził do remisu i niestety wyprzedził ekipę z Mokotowa w tabeli.
Husaria wraca więc do 1. ligi, ale przygoda w Ekstraklasie i rywalizacja z najlepszymi z pewnością zaprocentują w przyszłości. Kto wie, być może już w kolejnym sezonie drużyna ponownie włączy się do walki o awans i powrót do elity Ligi Fanów.
Korespondencyjny pojedynek toczony równolegle na boiskach A i B był tym, na co czekali kibice. Ogień Bielany potrzebował punktów, aby uniknąć spadku, ale musiał też liczyć na korzystny wynik w drugim meczu, czyli porażkę Husarii Mokotów.
Naprzeciwko stanęło KSB, które grało bez nominalnego bramkarza, a w pewnym momencie nie mogło już korzystać także z usług Patryka Olkowicza. Zawodnik, mając na koncie żółtą kartkę, wszedł na boisko bez zgody sędziego, za co obejrzał kolejne napomnienie i przedwcześnie zakończył udział w spotkaniu. Przynajmniej nie musiał później prać meczowej koszulki. Między słupkami KSB stanął zazwyczaj występujący w polu Vladyslav Voronov i można się zastanawiać, czy rzeczywiście było to osłabienie. Być może miał szczęście debiutanta, ale efekt był imponujący – tylko pięć straconych bramek i co najmniej dwa razy tyle skutecznych interwencji, głównie nogami.
Ogień Bielany musiał jednak przede wszystkim skupić się na sobie i tym, co mógł wywalczyć własnymi siłami. Spotkanie było pełne dramaturgii. Szybkie wyjście na prowadzenie i podwyższenie wyniku spotkało się z natychmiastową odpowiedzią rywali. Nie było kalkulowania, że to mecz o nic. KSB nie odstawiało nogi i nie zamierzało oddać spotkania bez walki. Maciek Grabicki i Dmytro Kashuba trafili do bramki Czarka Chwaścińskiego łącznie pięć razy, a ich drużyna prowadziła 5:3 jeszcze w końcówce meczu.
KSB miało nawet okazję, by zamknąć spotkanie, lecz znakomita interwencja defensora Ognia zatrzymała piłkę zmierzającą do siatki. Co więcej, stała się impulsem do kolejnego ataku. Bielańska drużyna zdobyła dwa gole potrzebne do wyrównania i rzutem na taśmę sięgnęła po arcyważny punkt. Husaria na sąsiednim boisku przegrała, a więc to właśnie ten jeden punkt przesądził o utrzymaniu. Ogień w przyszłym sezonie ponownie zagra w Ekstraklasie.
Od pierwszego gwizdka starcia Explo Team z Kebavitą byliśmy świadkami prawdziwego piłkarskiego popisu i dominacji gospodarzy. Duet Górecki–Brzuchacz praktycznie w dwójkę rozmontował zespół Buraka Cana, którego zawodnicy wyglądali tak, jakby nie do końca dojechali jeszcze na mecz.
Dopiero pod koniec pierwszej połowy goście zaczęli się budzić. Do głosu doszli zawodnicy niedawno dopisani do szerokiej kadry Kebavity, a samo spotkanie stało się bardziej wyrównane i atrakcyjniejsze dla oka. Niewiele wskazywało jednak na to, że po przerwie obraz gry zmieni się aż tak diametralnie.
Druga połowa należała już do gości, którzy całkowicie przejęli inicjatywę. Nagle role się odwróciły i to właśnie Kebavita z minuty na minutę coraz mocniej nacierała na bramkę strzeżoną przez dobrze wszystkim znanego Krzysia Jabłońskiego. Zawodnicy Explo wyglądali tak, jakby całkowicie opadli z sił, podczas gdy ich rywale rośli w siłę z każdą kolejną akcją. Po stopniowym niwelowaniu strat przez Kebavitę wydawało się, że goście są na najlepszej drodze do odrobienia całej różnicy. Wówczas jednak wszystkich zaskoczył Włudarski, który zdobył dziewiątą bramkę dla gospodarzy i nieco podciął skrzydła rozpędzonym rywalom. Goście robili wszystko, co mogli, odrobili sporą część strat, ale ostatecznie zabrakło im czasu. Mimo ambitnej pogoni nie zdołali zdobyć nawet punktu.
Tym razem całkowita dominacja Explo Teamu w pierwszej połowie okazała się wystarczająca, by nawet mimo wyraźnie słabszej drugiej odsłony sięgnąć po komplet punktów. Gratulacje dla gospodarzy!
Tak w teorii nie powinien wyglądać mecz pomiędzy brązowym medalistą a drużyną ze strefy spadkowej. Zazwyczaj takie spotkania mają zupełnie inny przebieg – dominację jednej strony i bezradność drugiej. Tym razem było jednak inaczej. AZS Nietoperze postawili Siriusowi bardzo trudne warunki i byli naprawdę blisko sprawienia niespodzianki, a nawet zdobycia kompletu punktów.
Od pierwszych minut oglądaliśmy wyrównane widowisko. Żadnej z drużyn ani razu nie udało się wypracować dwubramkowej przewagi. W pierwszej połowie to Nietoperze dwukrotnie wychodziły na prowadzenie, a Sirius musiał odrabiać straty. Po przerwie role się odwróciły – tym razem to Sirius obejmował prowadzenie, a zawodnicy AZS odpowiadali kolejnymi trafieniami.
Owszem, Sirius częściej utrzymywał się przy piłce i miał większą kontrolę nad przebiegiem gry, jednak AZS znakomicie wykorzystywał swoje okazje. Jeśli spojrzeć wyłącznie na liczbę naprawdę groźnych sytuacji, trudno wskazać lepszą drużynę – pod tym względem panowała pełna równowaga. Nietoperze grali odważnie, nie unikali pojedynków i skutecznie odpowiadali na ataki wyżej notowanego rywala.
Końcówka spotkania dostarczyła dodatkowych emocji. AZS doprowadził do remisu, a następnie otrzymał szansę na przechylenie szali zwycięstwa na swoją stronę, grając przez pewien czas w przewadze liczebnej. Nie udało się jednak wykorzystać tej okazji i ostatecznie obie drużyny musiały zadowolić się podziałem punktów. Remis 5:5 wydaje się wynikiem, który najlepiej oddaje przebieg tego niezwykle wyrównanego spotkania.
W drużynie AZS na szczególne wyróżnienie zasługuje duet Paczuszko–Salamon, który był motorem napędowym większości akcji ofensywnych swojej ekipy. W zespole Siriusa zdecydowanym liderem był natomiast Ivan Gul, który po raz kolejny wziął na siebie odpowiedzialność za grę drużyny i był jej najjaśniejszą postacią.
To był jeden z tych meczów, które przypominają, że miejsce w tabeli nie zawsze odzwierciedla wydarzenia na boisku. AZS Nietoperze udowodnili, że potrafią rywalizować z najlepszymi, a Sirius musiał mocno się napracować, by wywalczyć choćby jedno "oczko".
Inferno przez niemal cały sezon prowadziło w tabeli, ale ostatni mecz z Łowcami dawał gospodarzom nadzieję na wyprzedzenie zespołu Igora Patkowskiego. Goście przystępowali do tego spotkania w lepszej sytuacji, ale doskonale zdawali sobie sprawę, że rywal zrobi wszystko, by wygrać i to różnicą bramek dającą mistrzostwo.
Od początku trener Łowców postawił na dwie piątki, które miały zapewnić zespołowi intensywność i odpowiedni balans na boisku. W składzie ekipy z Ukrainy znaleźli się Jaszczak, Kucharski i Bienias – reprezentanci Polski w Socca – a także znani z futsalu Tomek Warszawski, Vadym Ivanov i Nikita Mozheiko. Taki zestaw nazwisk musiał budzić respekt, jednak pierwsze minuty były bardzo wyrównane, a Inferno nie zamierzało dać się zepchnąć do defensywy.
Do 15. minuty na tablicy wyników widniał rezultat 3:2. Po stronie gości ciężar gry brali na siebie Oskar Pyrzyna i Filip Żołek, który imponował walecznością i swoją przebojowością potrafił zaskakiwać bardziej doświadczonych rywali. Jeszcze przed przerwą Łowcom udało się jednak zbudować przewagę, która dała im komfort i pozwoliła przejąć kontrolę nad przebiegiem spotkania.
Po zmianie stron siła gospodarzy oraz dobrze wypracowane schematy gry pozwoliły na dalsze podwyższanie wyniku. Goście ambitnie walczyli, lecz z każdą minutą mieli coraz mniej sił, by skutecznie szarpać w ofensywie. Łowcy doskonale wyczuli moment słabości przeciwnika i dorzucili kolejne trafienia, które nie pozostawiły żadnych wątpliwości, kto tego dnia był lepszy.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 12:6, co zapewniło Łowcom mistrzostwo 1. ligi. Inferno mimo porażki również może być zadowolone ze swojego występu. Na tle tak silnego rywala zespół pokazał kawał dobrego futbolu, co podkreślił również w pomeczowym wywiadzie Klaudiusz Hirsch, obecny na tym spotkaniu.
Przed Alexem i Igorem, menedżerami oraz prezesami obu drużyn, kolejne wyzwanie – gra w Ekstraklasie. Patrząc na potencjał obu zespołów, można przypuszczać, że nie będą walczyć jedynie o utrzymanie, lecz od razu włączą się do rywalizacji o czołowe lokaty.
Ternovitsia przystępowała do tego spotkania już jako pewny mistrz ligi. Dziki z Lasu z kolei zajmowały szóste miejsce i nie miały już realnych szans ani na awans w tabeli, ani nie groził im spadek. Teoretycznie był to więc mecz bez większej stawki. W praktyce jednak futbol nie zawsze potrzebuje dodatkowej motywacji. Czasami wystarczy piękna pogoda, letnie słońce i chęć rywalizacji, by stworzyć ciekawe widowisko. I właśnie taki mecz obejrzeliśmy.
Od pierwszego gwizdka było widać, że Dziki z Lasu nie zamierzają oddać pola mistrzom bez walki. Przez długi czas spotkanie było bardzo wyrównane. Dziki grały odważnie, nie bały się pojedynków i skutecznie odpowiadały na kolejne akcje rywali. Ternovitsia, która przez cały sezon imponowała regularnością i dominacją, tym razem nie wyglądała jak nie do sforsowania twierdza. Mistrzowie również popełniali błędy, a ich przeciwnicy potrafili to wykorzystać. Pierwsza część meczu upłynęła pod znakiem zaciętej walki. Obie drużyny tworzyły sytuacje bramkowe, a tempo gry mogło podobać się kibicom. Dziki udowodniły, że miejsce w środku tabeli nie oznacza braku jakości, a Ternovitsia po raz kolejny pokazała, dlaczego już wcześniej zapewniła sobie mistrzowski tytuł.
Dopiero w końcówce spotkania dała o sobie znać różnica klas i doświadczenia. Ternovitsia wrzuciła wyższy bieg, zaczęła częściej utrzymywać się przy piłce i skuteczniej wykorzystywać swoje okazje. To właśnie wtedy przechyliła szalę zwycięstwa na swoją stronę, zamykając mecz w sposób godny mistrza.
Największym bohaterem spotkania był Pavel Paduk, który rozegrał prawdziwy koncert. Zdobył jedną bramkę i dołożył aż trzy asysty, mając udział przy niemal każdej groźnej akcji swojej drużyny. Jego przegląd pola, spokój przy piłce i umiejętność obsługiwania partnerów idealnymi podaniami były ozdobą tego meczu. W ekipie Dzików z Lasu na wyróżnienie zasłużył natomiast Bartek Suchora, autor trzech bramek, który do samego końca sprawiał problemy defensywie mistrzów.
Ternovitsia zakończyła sezon kolejnym zwycięstwem, potwierdzając, że mistrzowski tytuł nie jest dziełem przypadku. Dziki z Lasu również mogą jednak schodzić z boiska z podniesionymi głowami. Przez dużą część spotkania postawiły mistrzom bardzo trudne warunki i pokazały charakter, którego z pewnością nie można im odmówić.
Starcie Warsaw Bandziors z FC Zoria Streptiv miało ogromne znaczenie dla układu tabeli. Zoria potrzebowała zwycięstwa, by przypieczętować brązowe medale, a na jej potknięcie liczyły jeszcze ekipy Manitasu i Rock’n Roll. Choć gospodarze byli już pewni spadku, od początku było widać, że nie zamierzają oddać punktów bez walki.
Spotkanie długo pozostawało bardzo wyrównane. Jako pierwsi do siatki trafili goście. W 13. minucie Maksym Bozhko przejął piłkę i mocnym strzałem wyprowadził Zorię na prowadzenie. Radość nie trwała jednak długo, bo jeszcze w tej samej minucie odpowiedział Wojciech Piasecki. Chwilę później Zoria ponownie znalazła sposób na defensywę rywali. Tym razem z rzutu karnego nie pomylił się Vitalii Lisnychenko i faworyci znów prowadzili. Gospodarze cały czas pozostawali jednak w grze i tuż przed przerwą Piasecki, po podaniu Macieja Kiełpsza, zdobył swoją drugą bramkę, ustalając wynik pierwszej połowy na 2:2.
Po zmianie stron zrobiło się jeszcze bardziej nerwowo. Remis nie urządzał Zorii, która przy takim wyniku mogła stracić miejsce na podium. Mimo kilku okazji z obu stron długo utrzymywał się rezultat remisowy, a czas coraz mocniej działał na niekorzyść gości. W końcu odpowiedzialność na siebie wziął Vitalii Lisnychenko. W 41. minucie popisał się skutecznym uderzeniem z rzutu wolnego i po raz drugi tego dnia wpisał się na listę strzelców, ponownie wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. Bandziorsi do końca próbowali wrócić do meczu, ale w końcówce Zoria zadała decydujący cios. W 48. minucie Lisnychenko skompletował hat-tricka po podaniu Vladyslava Burdy i praktycznie zamknął to spotkanie.
FC Zoria Streptiv wygrała 4:2 i osiągnęła swój cel. Po trudnym i wymagającym meczu zespół sięgnął po komplet punktów, który zapewnił mu trzecie miejsce na koniec sezonu oraz brązowe medale 2. Ligi.
Warsaw Bandziors pożegnali się z rozgrywkami porażką, ale mogą być zadowoleni z walki, jaką postawili jednemu z najlepszych zespołów tego sezonu. Mimo że stawka meczu była tylko po jednej stronie, gospodarze do samego końca zmuszali faworyta do maksymalnego wysiłku.
DHO Fiber Cyrkulatka przystępowała do tego spotkania już jako pewny wicemistrz 2. ligi. Naprzeciwko stanęła ekipa Rock’n Roll Warsaw, która przed pierwszym gwizdkiem wiedziała już, że nie ma szans na miejsce na podium. Mimo to mecz był zacięty, bo żadna z drużyn nie chciała kończyć sezonu porażką.
Rock’n Roll Warsaw rozpoczął spotkanie z wysokiego C. Najpierw do siatki wpadły dwa strzały z dystansu, a następnie skutecznie wykończona została dynamiczna akcja rozegrana w duecie. Wysokie prowadzenie już w pierwszej połowie dało zespołowi sporo spokoju, zwłaszcza gdy za zatrzymanie obiecującej akcji Cyrkulatki z boiska wyleciał Maksim Hladchenko. Rywale nie potrafili jednak wykorzystać gry w przewadze. Co więcej, poczekali, aż Rock’n Roll ponownie będzie mógł występować w pełnym składzie, i dopiero wtedy rozpoczęli odrabianie strat.
Zawodnicy w niebieskich koszulkach mieli ochotę sięgnąć po pełną pulę, jednak na ich drodze stanął Vladyslav Voronov. Dynamiczny i niezwykle trudny do upilnowania zawodnik solidnie dał się we znaki defensywie przeciwników. Rywale nie znaleźli sposobu, by go zatrzymać, a Voronov zakończył spotkanie z hat-trickiem na koncie.
Nie był jednak osamotniony w swoich wysiłkach. Duży wkład w zwycięstwo 9:4 mieli również dwaj inni Vladyslavowie – Andriienko i Rakhmail. Ostatecznie Rock’n Roll Warsaw nie zakończył sezonu awansem, dlatego musiał zadowolić się trzema punktami zdobytymi w ostatniej kolejce. To jednak także dobry sposób na zamknięcie rozgrywek i wysłanie sygnału, że w kolejnym sezonie drużyna znów będzie chciała walczyć o najwyższe cele.
Mecz 18. kolejki 3. Ligi pomiędzy Aagape Team a Ukrainian Vikings nie miał już większego wpływu na układ tabeli. Goście byli pewni utrzymania ósmej lokaty, z kolei gospodarze po trudnej rundzie przystępowali do gry z ostatniego miejsca. Choć dla obu ekip było to teoretycznie tylko spokojne pożegnanie z sezonem, końcówka spotkania przyniosła niespodziewane emocje.
Spotkanie od początku układało się pod dyktando gości. Jako pierwsi do siatki trafili „Wikingowie” – już w 1. minucie wynik otworzył Sebastian Bożuta. Szybko poszli za ciosem i w 7. minucie podwyższyli na 2:0 za sprawą Mikołaja Krzyżaka. Gospodarze starali się odpowiadać na ataki i w 12. minucie Wojciech Urban zdobył dla nich bramkę kontaktową na 1:2. Radość z gola nie trwała jednak długo, bo jeszcze przed przerwą Krzyżak po raz drugi znalazł sposób na defensywę rywali, ustalając wynik pierwszej połowy na 3:1 dla Ukrainian Vikings.
Po zmianie stron obraz gry początkowo się nie zmienił, a przyjezdni wciąż powiększali swoją przewagę. W 26. minucie Mikołaj Krzyżak skompletował hat-tricka, wyprowadzając swoją drużynę na trzybramkowe prowadzenie. Co prawda w 32. minucie Daniel Ziółkowski zdobył drugą bramkę dla Agape, ale chwilę później Jan Haczykowski ponownie podwyższył prowadzenie gości.
Wydawało się, że losy meczu są już definitywnie rozstrzygnięte, a czas działa wyłącznie na niekorzyść zespołu zamykającego tabelę. Przełomowy moment nadszedł jednak w 43. minucie i całkowicie odmienił przebieg spotkania. Bramkarz Agape, Jacek Łukasik, zauważył złe ustawienie golkipera rywali i precyzyjnym wykopem z własnego pola karnego zdobył niezwykłą bramkę na 3:5. To trafienie wyraźnie obudziło gospodarzy, a odpowiedzialność za wynik wziął na siebie Daniel Ziółkowski. W 47. minucie zdobył bramkę kontaktową na 4:5, zaledwie minutę później doprowadził do remisu 5:5, a w 50. minucie zadał decydujący cios, kompletując hat-tricka i ustalając wynik na 6:5.
Agape Team wygrał 6:5 i w nieprawdopodobnych okolicznościach odwrócił losy spotkania. Gospodarze, mimo trudnego sezonu, pożegnali się z rozgrywkami zwycięstwem wywalczonym w fenomenalnym stylu. Jeszcze kilka minut przed końcem wydawało się, że nie mają już szans na korzystny rezultat, a jednak pokazali charakter i zafundowali wszystkim jeden z najbardziej spektakularnych powrotów tej kolejki.
Dla Husarii ostatnie mecze były już właściwie bez większego znaczenia. Utrzymanie zapewniła sobie stosunkowo wcześnie, natomiast na walkę o wyższe lokaty po prostu nie miała wystarczająco mocnej kadry. Co innego Manitas, dla którego było to spotkanie o podtrzymanie nadziei na miejsce na podium. Co prawda, aby tak się stało, oprócz własnego zwycięstwa punkty musiały pogubić jeszcze Zoria i Rock’n Roll, ale oba te zespoły rozgrywały swoje mecze w późniejszych godzinach.
Powyższe miało chyba spory wpływ na przebieg tego spotkania, które niemal od początku zdominowali goście. Zawodnicy Manitas bardzo dobrze operowali piłką i pomimo prób pressingu ze strony rywali nie tracili zimnej krwi przy rozegraniu, nawet pod własnym polem karnym. Przewaga Manitas została udokumentowana w 8. minucie, gdy na listę strzelców wpisał się Patryk Kultys. Dosłownie minutę później prowadzenie podwyższył Marcin Tyszka. Po 15 minutach goście prowadzili już 4:0 i chyba poczuli się zbyt pewnie, co błyskawicznie wykorzystał Kacper Miriuk, zmniejszając straty do stanu 2:4.
Te dwie bramki podziałały jednak mobilizująco na gości, którzy odpowiedzieli kolejnymi dwoma trafieniami. Wynik pierwszej połowy na 6:3 ustalił pięknym strzałem Franek Lis. Husaria zasłużenie przegrywała, ale też sama nie pomagała sobie w tym meczu. Dwie bramki dla rywali padły bowiem po błędach w rozegraniu i strzałach do pustej bramki.
Druga część spotkania również przebiegała pod dyktando gości, którzy przez cały czas kontrolowali przebieg gry. Nawet wtedy, gdy obiekt musiał opuścić bramkarz Manitas Damian Pawlak, a między słupkami zastąpił go Marcin Skowroński. Nie zaszkodziła im także czerwona kartka dla Franka Lisa, który w końcówce został ukarany za dyskusję z sędzią.
Koniec końców Manitas wygrał w pełni zasłużenie 10:5, ale mimo zdobycia kompletu punktów zakończył sezon na piątym miejscu w tabeli. Husaria natomiast mogła potraktować to spotkanie jako podsumowanie sezonu, w którym ligowy byt zapewniła sobie bez większych problemów, lecz zabrakło jej argumentów, by włączyć się do walki o czołowe lokaty.
Ostatnia kolejka 3. Ligi Fanów przyniosła starcie dwóch zespołów, które przystępowały do meczu w zupełnie innych nastrojach. FC Vikersonn UA I miał już zapewnione mistrzostwo ligi i awans do wyższej klasy rozgrywkowej, natomiast Deluxe Barbershop w przedostatniej kolejce stracił szanse na promocję. Choć najważniejsze rozstrzygnięcia były już znane, obie drużyny stworzyły bardzo ciekawe widowisko, zakończone zwycięstwem Barberów 6:3.
Spotkanie rozpoczęło się od mocnego uderzenia Deluxe. W 15. minucie prowadzenie swojej drużynie dał Mamed Jafar. Mistrzowie szybko odpowiedzieli – trzy minuty później Ivan Vovk wykorzystał podanie Yurii'ego Rubinskiego i doprowadził do wyrównania. W 20. minucie Deluxe ponownie objął prowadzenie za sprawą Asima Mizzayeva, jednak już chwilę później FC Vikersonn UA I znów wyrównał. Tym razem na listę strzelców wpisał się Viacheslav Tkachuk, a asystę zanotował Ivan Vovk. Po niezwykle wyrównanej pierwszej połowie na tablicy wyników widniał remis 2:2.
Po zmianie stron skuteczniejsi okazali się zawodnicy Deluxe Barbershop. W 34. minucie Said Aliyev, po podaniu Raula Mammadova, wyprowadził swój zespół na prowadzenie 3:2. Osiem minut później przewaga wzrosła do dwóch trafień. Khazar Narimanli znakomicie obsłużył podaniem Serhata Aksoya, który pewnym strzałem podwyższył wynik na 4:2. To był moment, w którym goście przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. W 45. minucie Asim Mizzayev zdobył swoją drugą bramkę w meczu, zwiększając przewagę Deluxe do trzech goli. Mistrzowie zdołali jeszcze odpowiedzieć za sprawą Ivana Vovka, który dwie minuty później zdobył swoje drugie trafienie tego dnia i zmniejszył straty do wyniku 3:5. Ostatnie słowo należało jednak do Deluxe Barbershop. W 48. minucie Asim Mizzayev skompletował hat-tricka, wykorzystując podanie Zeyniego Suleymanliego i ustalając wynik spotkania na 6:3.
Mimo porażki FC Vikersonn UA I zakończył sezon jako najlepsza drużyna ligi, zapewniając sobie mistrzostwo jeszcze przed ostatnią kolejką. Deluxe Barbershop, choć wcześniej stracił szanse na awans, pokazał charakter i na zakończenie rozgrywek odniósł jedno z najbardziej prestiżowych zwycięstw w sezonie, pokonując świeżo upieczonego mistrza.
Jedną z największych niespodzianek ostatniej kolejki było zwycięstwo FC Prykarpattia nad wicemistrzem rozgrywek, FC Comeback. Spotkanie zakończyło się wynikiem 9:5 dla Prykarpattii, choć już pierwsza połowa zapowiadała spore emocje. Po bardzo wyrównanych 25 minutach zawodnicy Prykarpattii schodzili na przerwę z minimalnym prowadzeniem 4:3.
Początek meczu był niezwykle intensywny. FC Comeback często próbował swoich sił strzałami z dystansu, jednak świetnie między słupkami spisywał się bramkarz Prykarpattii. Jego liczne interwencje pozwalały utrzymywać drużynę na prowadzeniu mimo dużej presji ze strony rywali. To właśnie postawa golkipera była jednym z kluczowych elementów wyrównanej pierwszej połowy. Po stronie faworytów najjaśniejszą postacią był Ivan Vidosević. Zawodnik miał udział przy czterech trafieniach swojego zespołu, zdobywając dwie bramki i notując dwie asysty. Przez długi czas to właśnie jego aktywność w ofensywie pozwalała drużynie utrzymywać kontakt z rywalami. W ekipie Prykarpattii pierwszoplanową rolę odegrał Victor Yaremii. Autor dwóch bramek i dwóch asyst był motorem napędowym swojego zespołu, kreując akcje i skutecznie finalizując ataki. Za swój znakomity występ został wybrany MVP 14. kolejki ligi.
Druga połowa należała już zdecydowanie do FC Prykarpattia. Kluczowym momentem spotkania była czerwona kartka dla Mykhaila Harkavki z FC Comeback. Zawodnik został usunięty z boiska za wślizg od tyłu w sytuacji sam na sam, co znacząco utrudniło zadanie jego drużynie. Chwilę później Prykarpattia wykorzystała stały fragment gry. Do piłki podszedł Vladyslav Khmara, który perfekcyjnie wykonał rzut wolny, posyłając piłkę w lewy bok siatki bramki rywali. Trafienie podwyższyło prowadzenie i jeszcze bardziej napędziło jego zespół.
Od tego momentu prowadzący kontrolowali przebieg meczu, skutecznie wykorzystując przewagę oraz błędy przeciwników. Kolejne trafienia sprawiły, że końcowy wynik 9:5 stał się faktem, choć po pierwszej połowie niewiele wskazywało na tak wysokie zwycięstwo.
To bardzo cenny triumf dla FC Prykarpattia, która zakończyła sezon na siódmym miejscu w tabeli. Z kolei FC Comeback, mimo porażki, może być zadowolony z całych rozgrywek, które ukończył na znakomitej drugiej pozycji.
Nie wszystkie mecze ostatniej kolejki muszą być o coś. Czasem terminarz układa się w taki sposób, że naprzeciw siebie stają dwie drużyny, których ligowy los jest już przesądzony. W takich spotkaniach stawką pozostaje przede wszystkim chęć zakończenia sezonu w dobrym nastroju. Druga drużyna Łowców, mimo pewnego spadku, postanowiła sięgnąć po pełną pulę i odniosła przekonujące zwycięstwo.
Porażka 2:9 nie zrobiła ekipie GLK większej krzywdy. Zawodnicy, po kilku słabszych występach, byli już pogodzeni z miejscem w środku tabeli. Takie jest życie ligowca. Łowcy natomiast bardzo poważnie podeszli do tego starcia i już przed przerwą wypracowali sobie solidną zaliczkę. Wynik 5:0 wyglądał imponująco i trzeba przyznać, że był w pełni zasłużony.
Głównym egzekutorem okazał się Anton Nautiak, który imponował ustawianiem się w polu karnym i skutecznością pod bramką rywali. Jeszcze większy, choć mniej widoczny w statystykach, wpływ na grę miał jednak Heorhii Pechnikov. To właśnie on napędzał większość akcji rezerw Łowców, wspierał defensywę i umiejętnie rozprowadzał piłkę między partnerów. Bez przesady można nazwać go sercem tej drużyny.
GLK odpowiedziało dwoma trafieniami z rzędu, wykorzystując błędy przeciwników. Szczególnie efektownie wyglądała bramka Sebastiana Dominiaka. Zawodnik zdecydował się na przewrotkę w sytuacji, w której mało kto spodziewałby się takiego rozwiązania, ale najważniejsze, że piłka wpadła do siatki. Na końcowy rezultat miało to niewielki wpływ, lecz samą akcję z pewnością warto będzie zachować na pamiątkę.
Ostatnia kolejka sezonu 3. Ligi Fanów przyniosła jedno z najciekawszych spotkań tej rundy. Warsaw Sinaloa mogła podejść do meczu bez większej presji, ponieważ awans zapewniła sobie już wcześniej. Zupełnie inne nastroje panowały w obozie P.P.B Artel Husarii Mokotów. Gospodarze potrzebowali kompletu punktów, by zagwarantować sobie udział w Pucharze Ligi Fanów, dlatego od pierwszego gwizdka było jasne, że emocji nie zabraknie.
Lepiej rozpoczęła Husaria. Już w 6. minucie Borowski wykorzystał podanie Hermanna i otworzył wynik spotkania. Chwilę później gospodarze zadali kolejny cios. Tula skutecznie zamknął akcję po dograniu Hubnera, a na tablicy wyników było już 2:0. Sinaloa szybko jednak odpowiedziała. W 17. minucie Gąska zdobył bramkę kontaktową po asyście Pielachy. Kilka minut później ten sam zawodnik ponownie odegrał kluczową rolę, notując drugie ostatnie podanie, które na gola zamienił Abbassi. Goście złapali odpowiedni rytm i jeszcze przed przerwą wyszli na prowadzenie. Tym razem Gąska wystąpił w roli asystenta, a Abbassi po raz drugi wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik pierwszej połowy na 3:2 dla Warsaw Sinaloa.
Po zmianie stron gospodarze wrócili na boisko wyraźnie zmobilizowani. Świadomość stawki tego meczu sprawiła, że ruszyli do odrabiania strat z jeszcze większą determinacją. Husaria odzyskała skuteczność i zaczęła przejmować inicjatywę, stopniowo odwracając losy rywalizacji. Efekty przyszły bardzo szybko. Gospodarze nie tylko doprowadzili do wyrównania, ale również zbudowali solidną przewagę, obejmując prowadzenie 6:3. Choć sytuacja wydawała się komfortowa, Sinaloa nie zamierzała składać broni. Lider tabeli zdobył jeszcze dwie bramki, doprowadzając do nerwowej końcówki.
Przy wyniku 6:5 każdy błąd mógł kosztować gospodarzy utratę zwycięstwa i marzeń o grze w Pucharze Ligi Fanów. Husaria wytrzymała jednak presję i skutecznie broniła korzystnego rezultatu do ostatniego gwizdka. Po zakończeniu meczu mogła świętować nie tylko cenne zwycięstwo, ale również osiągnięcie celu, o który walczyła przez cały sezon.
Dla obu ekip był to już mecz jedynie o honor, ale naprzeciw siebie stanęły drużyny o bardzo zbliżonym potencjale. W efekcie oglądaliśmy szalenie wyrównane starcie. O tym, jak bardzo, najlepiej świadczy fakt, że pierwszy gol padł dopiero w 34. minucie spotkania.
Duża w tym zasługa obu bramkarzy. Szymon Świercz oraz debiutujący w barwach Orzełów Damian Sewerynek pokazali kawał bramkarskiego rzemiosła. Z drugiej strony napastnicy obu zespołów nie imponowali tego dnia skutecznością, ale gdy piłka już zmierzała w światło bramki, robiło się naprawdę groźnie. Tylko świetne interwencje obu golkiperów pozwalały utrzymywać bezbramkowy remis przez tak długi czas.
Wynik spotkania, po podaniu Mateusza Wydrzyńskiego, otworzył Krzysztof Niedziółka. Goście nie nacieszyli się jednak prowadzeniem zbyt długo, bo w 39. minucie do wyrównania doprowadził Jakub Teodorski. Cztery minuty później Orzeły ponownie wyszły na prowadzenie, tym razem za sprawą Macieja Kiełpsza. Riposta przyszła błyskawicznie. Kapitalnym uderzeniem z niemal połowy boiska popisał się Roman Cios, zdobywając jedną z najładniejszych bramek tego spotkania.
Niewiele zabrakło, aby mecz zakończył się remisem, jednak w 48. minucie Krzysztof Niedziółka zdobył gola na 3:2 dla Orzełów. Dla gospodarzy, którzy nie mieli tego dnia ani jednego rezerwowego, był to bardzo mocny cios. Nie można im odmówić ambicji i walki, ale zwyczajnie zaczęło brakować sił. Orzeły wyczuły słabość rywala, wrzuciły wyższy bieg i dołożyły jeszcze dwa trafienia autorstwa Macieja Kiełpsza oraz Arkadiusza Ciołka.
W ostatniej akcji meczu wynik na 3:5 ustalił Jakub Teodorski. Obie drużyny pożegnały się jednak z 3. ligą w bardzo dobrym stylu.
Ostatnia kolejka sezonu 4. Ligi Fanów przyniosła starcie drużyn znajdujących się w zupełnie innych sytuacjach. Hetman FC miał już zapewnione mistrzostwo i awans do wyższej klasy rozgrywkowej, natomiast Furduncio Brasil FC, aby zachować szanse na promocję, musiało wygrać.
Mimo braku presji Hetman od początku narzucił swoje warunki. W 6. minucie Damian Kucharczyk otworzył wynik po akcji z Filipem Motyczyńskim, a pięć minut później prowadzenie podwyższył Kacper Urban. Lider rozgrywek kontrolował przebieg spotkania i do przerwy schodził z zasłużonym prowadzeniem 2:0.
Po zmianie stron Furduncio wróciło do gry. W 28. minucie Jeremi Szymański zdobył bramkę kontaktową na 2:1, przywracając swojej drużynie nadzieję na korzystny rezultat. Odpowiedź mistrzów była jednak natychmiastowa – już dwie minuty później Arkadiusz Kibler podwyższył na 3:1, odbierając rywalom impet.
Od tego momentu mecz zamienił się w ofensywne widowisko. Damian Kucharczyk i Krzysztof Małażewski szybko zwiększyli przewagę Hetmana do 5:1, a gdy Kucharczyk zdobył kolejną bramkę, wydawało się, że losy spotkania są już przesądzone. Furduncio nie zamierzało jednak odpuszczać. Fernando Mirandetti, Albert Ramos i Jeremi Szymański napędzali pogoń za wynikiem, a brazylijska ekipa kilkukrotnie zmniejszała straty. Hetman za każdym razem znajdował jednak odpowiedź. Mistrzowie zachowali skuteczność pod bramką rywali i nie pozwolili odebrać sobie kontroli nad przebiegiem spotkania. Ostatecznie zwyciężyli 8:5, efektownie kończąc znakomity sezon.
Dla Furduncio była to bolesna porażka, która przekreśliła marzenia o awansie. Jednocześnie zespół pokazał charakter i wolę walki do ostatniego gwizdka. Hetman natomiast postawił mocną pieczęć na swoim udanym sezonie.
Ostatnia kolejka sezonu 4. Ligi przyniosła bezpośrednie starcie o drugie miejsce w tabeli. Na boisku zmierzyły się zespoły BM Development i FC Bulls, które już wcześniej zapewniły sobie awans. Stawką spotkania było więc przede wszystkim zakończenie rozgrywek na pozycji wicelidera.
Mecz od pierwszych minut toczył się w dobrym tempie. Obie drużyny chciały zakończyć udany sezon zwycięstwem i mimo braku presji związanej z walką o awans nie brakowało zaangażowania oraz sportowej rywalizacji. Jako pierwsi do siatki trafili zawodnicy BM Development. W 16. minucie wynik spotkania otworzył Heorhii Parnitskii, który skutecznie wykończył akcję po podaniu Oleksandra Smoliara. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. Zaledwie dwie minuty później FC Bulls doprowadzili do wyrównania za sprawą Maksyma Hololobova i wszystko zaczęło się od nowa.
Po zmianie stron inicjatywę coraz wyraźniej przejmowali zawodnicy FC Bulls. W 28. minucie Vladyslav Serhieiev wykorzystał podanie Konstantina Vesolovskiego i wyprowadził swój zespół na prowadzenie 2:1. BM Development szukało swoich szans na doprowadzenie do remisu, jednak defensywa Bulls spisywała się bardzo solidnie i nie pozwalała rywalom na zbyt wiele. Decydujący cios padł w 41. minucie. Arkadii Kozenko zamknął składną akcję Byków po asyście Vadyma Churiukanova, ustalając wynik meczu na 3:1. Końcówka spotkania upłynęła pod kontrolą Bulls, którzy nie pozwolili przeciwnikom wrócić do gry i spokojnie dowieźli korzystny rezultat do ostatniego gwizdka.
Zwycięstwo 3:1 zapewniło triumfatorom drugie miejsce na zakończenie sezonu. BM Development mimo porażki również może być zadowolone z minionych rozgrywek, ponieważ najważniejszy cel został osiągnięty już wcześniej – awans do wyższej ligi.
Mecz dwóch outsiderów ligi często bywa traktowany jako spotkanie bez większego ciężaru gatunkowego, ale ci, którzy pojawili się przy boisku, na pewno nie mogli narzekać na brak emocji. Po jednej stronie walczący do ostatniego tchu o utrzymanie Bad Boys, po drugiej młoda, ambitna i rozwijająca się drużyna SO4. Obie ekipy już wcześniej pokazały, że potrafią grać odważnie, i właśnie taki futbol oglądaliśmy tego dnia.
Spotkanie rozpoczęło się kapitalnie dla Bad Boysów. Doświadczenie gospodarzy szybko dało o sobie znać, a błędy i nerwowy początek młodszych rywali zostały bezlitośnie wykorzystane. Nim SO4 zdążyło dobrze wejść w mecz, na tablicy wyników widniało już 3:0. Był to naprawdę mocny cios, który mógł ustawić całe spotkanie. Młodzi zawodnicy SO4 pokazali jednak charakter. Zamiast spuścić głowy, ruszyli do odrabiania strat. Coraz częściej zamykali rywali tuż przed ich polem karnym, narzucali wysokie tempo i zmuszali starszych przeciwników do gry pod presją. Co ciekawe, ten mecz mógł potoczyć się w zupełnie innym kierunku. Bad Boysi mieli kilka świetnych okazji do podwyższenia prowadzenia, szczególnie gdy SO4 ryzykowało grą z wysoko ustawionym bramkarzem. Zabrakło jednak skuteczności, a piłka nożna bardzo często nie wybacza takich sytuacji. I nie wybaczyła.
Drużyna Szymona Oniszczuka zaczęła trafiać raz za razem. Najpierw doprowadziła do wyrównania na 3:3, a później poszła za ciosem. To, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało się niemożliwe, stało się faktem. SO4 odwróciło losy meczu i schodziło na przerwę z prowadzeniem 6:3. Prawdziwa droga z piekła do nieba.
Po zmianie stron Bad Boysi jeszcze raz pokazali, że nie bez powodu tak długo walczyli o utrzymanie. Wardzyński i spółka nie zamierzali odpuszczać. Kilkukrotnie zmniejszali straty do dwóch bramek i sprawiali, że młodsi rywale musieli zachować pełną koncentrację. Mecz pozostawał otwarty do samego końca, a tempo ani przez moment nie spadało. Ostatecznie jednak młodość, energia i odwaga wzięły górę. SO4 wytrzymało napór rywali i dowiozło zwycięstwo 11:9, kończąc spotkanie z podniesionymi głowami.
Dla Bad Boysów porażka oznaczała niestety dołączenie do grona spadkowiczów. SO4 również rozpocznie kolejny sezon poziom niżej, ale patrząc na potencjał obu zespołów, trudno uwierzyć, że powiedziały już ostatnie słowo. Zarówno jedni, jak i drudzy mają argumenty, by w przyszłym sezonie mocno namieszać w niższej klasie rozgrywkowej.
Rzutem na taśmę Sportowe Zakapiory wywalczyły sobie przepustkę do Superbet Cup 2026. Niedzielny mecz z Warszawską Ferajną był bezpośrednim pojedynkiem o ostatnią, piątą lokatę, dającą prawo gry w tym turnieju. Strzelecka forma Łukasza Widelskiego oraz spokój, jaki między słupkami dawał Andrzej Groszkowski, sprawiły, że to właśnie Zakapiory mogły cieszyć się ze zwycięstwa.
Do przerwy na tablicy wyników widniał remis, choć początek spotkania był dla Sportowych Zakapiorów wymarzony. Szybko objęli prowadzenie po długim podaniu i skutecznej dobitce strzału odbitego od poprzeczki. Rywal długo nie potrafił wrócić na właściwe tory, a bramka na 2:0 wydawała się jedynie formalnością. Niewiele brakowało jednak, by futbolówka spłatała figla i dała nam murowanego kandydata do „kalafiorów kolejki”.
Błąd przy własnym rzucie rożnym sprawił, że Warszawska Ferajna złapała kontakt za sprawą bramki Franciszka Pogłóda. Chwilę później za ciosem poszedł Patryk Nowicki, który pokonał Groszkowskiego strzałem z ostrego kąta. Zanim jednak sędzia zakończył pierwszą połowę, kibice zobaczyli jeszcze dwa gole w ciągu zaledwie minuty. Najpierw sprytnie w polu karnym zastawił się Łukasz Widelski i ponownie wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie, a chwilę później odpowiedział Nowicki, zaskakując bramkarza uderzeniem z dystansu.
Po przerwie znów trafiały Sportowe Zakapiory, ale tym razem potrafiły już odskoczyć rywalowi na bezpieczną odległość. Rzut karny, dobrze rozegrana akcja dwójkowa i błąd bramkarza sprawiły, że Warszawska Ferajna zaczęła powoli żegnać się z nadziejami na zdobycz punktową. Tym bardziej że jej zawodnicy albo marnowali świetne okazje, oddając niecelne strzały, albo uderzali bardzo dobrze, lecz na ich drodze stawał Groszkowski. Bramkarz zwycięskiej drużyny był prawdziwą zmorą rywali. Sprawiał wrażenie, jakby miał pajęczy zmysł albo osiem rąk. Najboleśniej przekonał się o tym Patryk Nowicki, którego kolejne groźne uderzenia najczęściej kończyły się w lepkich rękawicach golkipera. W pewnym momencie przewaga Sportowych Zakapiorów wzrosła do czterech bramek i taki stan utrzymał się już do końca spotkania.
Spotkanie pomiędzy Team Ivulin a Boca Seniors okazało się niezwykle bramkostrzelnym widowiskiem, w którym goście od początku pokazali większą skuteczność i lepszą organizację gry. Choć do przerwy na tablicy wyników widniał rezultat 1:3, dopiero druga część meczu przyniosła prawdziwą piłkarską ucztę i w pełni uwypukliła znakomitą dyspozycję Boca Seniors.
Jako pierwszy do siatki trafił Tytus Lipiński, który bez dwóch zdań był motorem napędowym swojej drużyny. Gospodarze błyskawicznie odpowiedzieli na ofensywę rywali, doprowadzając do wyrównania po zaledwie kilku minutach. Skład gości był jednak tego dnia w świetnej formie, a dodatkowego impulsu dodawał doping kibiców, którzy z trybun wspierali swoich najbliższych. Do przerwy Boca Seniors jeszcze dwukrotnie trafili do siatki, choć okazji do wcześniejszego zamknięcia meczu mieli zdecydowanie więcej. Prawdziwy pokaz siły i skuteczności zademonstrowali jednak dopiero po zmianie stron.
Przez chwilę sytuacja nie była jeszcze w pełni pod kontrolą gości. Cień nadziei na odrobienie strat dał Teamowi Ivulin Antoś Łahviniec, zdobywając bramkę kontaktową. Końcowe dziesięć minut spotkania okazało się jednak prawdziwą deklasacją gospodarzy. Boca Seniors całkowicie zdominowali rywali, zdobywając aż sześć bramek w samej końcówce meczu. Co prawda Team Ivulin przystąpił do spotkania bez nominalnego bramkarza, co z pewnością miało wpływ na końcowy rezultat, jednak nie można odbierać zasług zwycięzcom. Boca Seniors byli tego dnia świetnie dysponowani i w efektowny sposób zakończyli sezon.
Ostatecznie goście zwyciężyli aż 10:3, prezentując wysoką skuteczność, pewność siebie i chłodną głowę pod bramką przeciwnika. Team Ivulin mimo wysokiej porażki zasługuje na uznanie za walkę do końca, ale tego dnia Boca Seniors byli zespołem zdecydowanie bardziej konkretnym i bezlitosnym w wykańczaniu swoich okazji.
Spodziewaliśmy się bardzo ciekawego starcia i nasze przewidywania sprawdziły się w stu procentach. Na2Nóżkę zagrało w dość eksperymentalnym ustawieniu, ponieważ etatowy bramkarz Aleksander Sordyl wystąpił w polu, a między słupkami zastąpił go Maciej Samoraj. Posunięcie było równie interesujące, co ryzykowne.
Fenix już w 2. minucie wyszedł na prowadzenie po golu Vladyslava Sarany, ale minutę później był remis, a piłkę do siatki z rzutu wolnego posłał właśnie Aleksander Sordyl. W 13. minucie Fenix ponownie objął prowadzenie za sprawą Alekseia Ignatieva, lecz w 18. minucie wyrównał Jan Danisiewicz. Jeszcze przed przerwą działo się naprawdę sporo. Najpierw na 2:3 trafił Dmytro Artyugin, ale gospodarze szybko odpowiedzieli sprytnym trafieniem Aleksandra Sordyla. Chwilę później zabójczą kontrę na gola dającego prowadzenie zamienił Olek Kubicki. Kiedy wydawało się, że wynik do przerwy już się nie zmieni, w dosłownie ostatniej akcji pierwszej połowy z ostrego kąta trafił Vladyslav Sarana i ustalił rezultat na 4:4.
Po zmianie stron Na2Nóżkę szybko wróciło na zwycięskie tory, a bramkę na 5:4 zdobył Jan Danisiewicz. Goście byli zmuszeni do gry z zaledwie jednym rezerwowym i bez swojego etatowego bramkarza. W pierwszej połowie w tej roli występował, całkiem udanie zresztą, Maksim Surko. Po przerwie Maksim miał okazję pokazać się w polu i choć nie zapisał się ani razu w protokole meczowym, jego obecność wyraźnie odmieniła grę zespołu. Fenix, mimo narastającego zmęczenia, atakował coraz groźniej. Bramka wyrównująca wisiała w powietrzu i w końcu padła. W 40. minucie podanie Yuriego Vovkotruba na gola zamienił Dmytro Artyugin.
Remis wydawał się wynikiem sprawiedliwym, ale jak mówi stare porzekadło – gra się do końca. I tutaj gospodarze nieco zawiedli. Mimo szerokiej ławki rezerwowych w końcówce wyraźnie spuścili z tonu. Goście natomiast byli głodni sukcesu i nie odpuszczali do ostatniego gwizdka. W 49. minucie gola na wagę zwycięstwa zdobył Nazar Mocyk i rzutem na taśmę Fenix wyszarpał wygraną.
Przed pierwszym gwizdkiem sytuacja była jasna. After Wola potrzebowała zwycięstwa, aby awansować na 7. miejsce w tabeli i zapewnić sobie utrzymanie w lidze. Taki scenariusz oznaczałby jednocześnie spadek FC Dzików z Lasu 2. Dla Dzików zadanie było prostsze – do pozostania w lidze wystarczał im remis. Stawka meczu była więc ogromna.
After Wola rozpoczęła spotkanie jak natchniona. Od pierwszych akcji było widać, że zespół doskonale rozumie wagę tego meczu. Gospodarze napędzali się kolejnymi udanymi akcjami i błyskawicznie przejęli inicjatywę. Już na początku objęli prowadzenie po pięknie wykonanym rzucie wolnym. Niedługo później podwyższyli wynik na 2:0 efektownym strzałem z dystansu. Dziki z Lasu odpowiedziały trafieniem na 2:1 po bardzo dobrze rozegranej akcji zespołowej, jednak After Wola nie zamierzała zwalniać tempa. Jeszcze przed przerwą ponownie wykorzystała rzut wolny i podwyższyła prowadzenie na 3:1. W pierwszej połowie bardzo dobrze spisywał się także bramkarz gospodarzy, który kilkoma ważnymi interwencjami nie pozwolił rywalom wrócić do meczu.
Po zmianie stron wydawało się, że losy spotkania są już rozstrzygnięte. After Wola rozpoczęła drugą połowę od kolejnego trafienia, wykorzystując błąd bramkarza Dzików. Chwilę później przewaga rosła jeszcze bardziej, aż wynik osiągnął stan 6:1. W tym momencie utrzymanie było na wyciągnięcie ręki, a zawodnicy After Wola mogli już niemal czuć smak pozostania w lidze. Wtedy nastąpił jednak zwrot akcji, który na długo pozostanie w pamięci wszystkich obecnych. Ostatnie 15 minut należało bezapelacyjnie do Dzików z Lasu. Zespół odnalazł sposób na defensywę rywali i zaczął odrabiać straty bramka po bramce. Każde kolejne trafienie dodawało wiary, a presja po stronie After Wola stawała się coraz większa. Kluczową postacią Dzików był Artur Mendela. Jego gra sprawiała ogromne problemy rywalom, ponieważ bardzo trudno było przewidzieć jego kolejne decyzje i ruchy. To właśnie jego kreatywność i odwaga w ofensywie były jednym z głównych powodów tej niesamowitej pogoni za wynikiem.
Dziki konsekwentnie zmniejszały straty, aż w końcu doprowadziły do remisu 6:6. Tym samym dokonały jednego z najbardziej spektakularnych powrotów w całym sezonie i zapewniły sobie utrzymanie w lidze. Dla After Wola był to niezwykle bolesny rezultat, ponieważ jeszcze kilkanaście minut wcześniej zespół znajdował się na kursie do pozostania w rozgrywkach. Stało się jednak inaczej...
Spotkanie pomiędzy zespołami Laga Warszawa i Warsaw Eagle było meczem o zajęcie przedostatniego miejsca w ligowej tabeli. Obie drużyny okupowały dół stawki, a kwestia ich spadku została rozstrzygnięta już wcześniej.
Mecz bardzo dobrze rozpoczęli gospodarze, którzy po pięknej bramce Kamila Poulaina objęli prowadzenie. Po tej sytuacji czekaliśmy na kolejne efektowne akcje, ale przez długi czas na pierwszy plan wysuwały się przede wszystkim świetne interwencje bramkarza gości, Karola Dębowskiego. Kilka jego parad stało na bardzo wysokim poziomie i dzięki nim Warsaw Eagle pozostawało w grze. Chwilę przed przerwą drużyna Lagi Warszawa po raz drugi znalazła drogę do bramki rywali i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:0.
Znacznie więcej działo się po zmianie stron. Najpierw kontaktową bramkę zdobyli goście, dzięki czemu losy spotkania ponownie stały się otwarte. Kilka minut później do głosu znów doszli gospodarze, którzy za sprawą dwóch trafień zbudowali trzybramkową przewagę. Na pięć minut przed końcem kolejną bramkę zdobyła drużyna Warsaw Eagle, ale riposta rywali w postaci dwóch trafień była natychmiastowa. W końcowych minutach obie drużyny dołożyły jeszcze po jednym golu i ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Lagi Warszawa 7:3.
Porażka zespołu Warsaw Eagle sprawiła, że sezon zakończył na ostatnim miejscu w tabeli. Na szczególne wyróżnienie zasłużył wspomniany wcześniej Kamil Poulain, który zdobył aż cztery bramki i poprowadził swój zespół do efektownego zwycięstwa.
Mareckie Wygi mogły zapewnić sobie mistrzostwo znacznie wcześniej, ale dwie porażki w ostatnich meczach sprawiły, że o losach tytułu miał zdecydować dopiero ostatni mecz sezonu. Rywalem była ekipa Tylko Zwycięstwo, mająca w swoich szeregach zawodników, którzy jeszcze kilka lat temu występowali nawet w Ekstraklasie Ligi Fanów. Wszystko wskazywało więc na to, że czeka nas dobre piłkarskie widowisko.
Początek spotkania był nerwowy po obu stronach. Dużo było walki, a żadna z drużyn nie odpuszczała piłek stykowych. Lepiej z tego okresu wzajemnego badania się wyszli gospodarze, którzy objęli prowadzenie. Od tego momentu złapali wiatr w żagle, podczas gdy goście sprawiali wrażenie zespołu, który nie ma pomysłu na odpowiedź na ataki rywala. Ekipa z Marek poszła za ciosem i dołożyła kolejne dwa trafienia, które dały jej spokój i komfort w dalszej części meczu. Przed przerwą Tylko Zwycięstwo zdobyło jeszcze bramkę, dlatego po pierwszej połowie na tablicy wyników widniał rezultat 3:1.
Po zmianie stron goście mieli ochotę powalczyć o korzystny wynik, ale tego dnia Mareckie Wygi były niemal bezbłędne w defensywie. Zawodnicy skutecznie doskakiwali do napastników rywali i dzięki agresywnej grze w odbiorze nie pozwalali Tylko Zwycięstwo na stworzenie wielu dogodnych sytuacji bramkowych.
Sami natomiast dołożyli jeszcze dwa trafienia i po końcowym gwizdku mogli rozpocząć świętowanie. Zwycięstwo przypieczętowało upragnione mistrzostwo 5. ligi, na które Mareckie Wygi pracowały przez cały sezon. Brawo!
FC Zaborów przystępował do spotkania jako wicelider tabeli z dorobkiem 36 punktów i wciąż liczył się w walce o mistrzostwo. Szmulki Warszawa zajmowały 7. miejsce z 20 punktami na koncie. Dodatkowym problemem dla Szmulek był fakt, że do meczu przystąpiły bez żadnego zawodnika rezerwowego, co przy intensywności gry w piłce sześcioosobowej mogło mieć ogromne znaczenie w drugiej części spotkania.
Początek meczu nie wskazywał jednak na późniejszy pogrom. To właśnie Szmulki jako pierwsze objęły prowadzenie. W 8. minucie Rzeszotek wykorzystał podanie Dominikowskiego i zaskoczył faworyzowanych rywali. FC Zaborów odpowiedział trzy minuty później, gdy Koc po asyście Kwiatkowskiego doprowadził do wyrównania. W 21. minucie Zahorodny, po podaniu Ratajczaka, wyprowadził Zaborów na prowadzenie. Radość faworytów nie trwała jednak długo, ponieważ już minutę później Pacholczak skutecznie dobił piłkę i ponownie wyrównał stan meczu. W 24. minucie Koc zdobył swoją drugą bramkę, tym razem po asyście Drynkowskiego.
W 26. minucie Pacholczak, po podaniu Dębowskiego, doprowadził do remisu 3:3. Był to jednak ostatni moment, w którym spotkanie pozostawało wyrównane. Minutę później Kopeć wykorzystał podanie Grochowskiego i ponownie dał prowadzenie FC Zaborów. W 29. minucie na listę strzelców wpisał się Ratajczak, a dwie minuty później Pszczoła wykorzystał asystę Zahorodnego. W 33. minucie swoje trzecie trafienie zanotował Koc, a w 35. minucie bramkę dołożył również Pietrzak.
Od tego momentu przewaga FC Zaborów stawała się coraz bardziej widoczna. Zawodnicy Szmulek, grający przez całe spotkanie bez zmian, z każdą minutą tracili siły, podczas gdy rywale utrzymywali wysokie tempo gry. Wicelider tabeli bezlitośnie wykorzystywał zmęczenie przeciwników, regularnie dokładając kolejne trafienia.
Ostatecznie mecz zakończył się wysokim zwycięstwem FC Zaborów 19:3. Choć końcowy wynik może sugerować jednostronne widowisko, przez ponad połowę spotkania Szmulki Warszawa dzielnie stawiały opór i trzykrotnie potrafiły odpowiadać na trafienia faworyta. Kluczowym czynnikiem okazała się jednak krótka ławka rezerwowych – a właściwie jej całkowity brak. Gdy siły zaczęły opuszczać zawodników Szmulek, FC Zaborów przejął pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku i zamienił wyrównany mecz w efektowne zwycięstwo.
Spotkanie pomiędzy Miksturą a Sante okazało się prawdziwym pokazem siły gospodarzy, którzy w ostatniej kolejce zaprezentowali znakomitą skuteczność i dużą swobodę w grze ofensywnej. Co prawda było to po części spowodowane brakami kadrowymi gości, jednak nie można odbierać Miksturze zasług, zwłaszcza w końcowej fazie meczu, kiedy siły odegrały kluczową rolę.
Pierwsza połowa była jeszcze dość wyrównana. Mikstura szybciej narzuciła własny rytm gry i potrafiła wykorzystać swoje okazje. Na szczególne wyróżnienie zasługuje bramka otwierająca wynik spotkania. Genialną akcją dwójkową popisali się Stefaniak i Junowicz, a ten drugi skutecznie wykończył atak swojego zespołu. Chwilę później ponownie wpisał się na listę strzelców, dając gospodarzom bardzo solidny początek.
Sante nie zamierzało jednak łatwo oddawać pola. Goście próbowali odpowiadać własnymi kontratakami, które z jednej strony stwarzały okazje bramkowe, ale z drugiej okazały się bardzo kosztowne pod względem fizycznym. Przy takiej pogodzie sił ubywało z każdą minutą, mimo to do przerwy Sante pozostawało w kontakcie z rywalem. Wynik 2:1 zapowiadał, że po zmianie stron emocji z pewnością nie zabraknie.
Po przerwie Dawid Zientała wykazał się błyskiem geniuszu i po świetnej indywidualnej akcji doprowadził do wyrównania, dając Sante nadzieję na sprawienie niemałej niespodzianki na zakończenie sezonu. Na szczęście dla Mikstury pogoda i tempo meczu zaczęły coraz mocniej działać na niekorzyść rywali, a szersza kadra gospodarzy zrobiła wyraźną różnicę. Na prowadzenie Miksturę wyprowadził Bartłomiej Folc, zdobywając dwa trafienia, które praktycznie ustawiły mecz pod dyktando jego zespołu. Prawdziwy popis gospodarze dali jednak w ostatnich minutach spotkania, kiedy działali jak doskonale funkcjonujący kolektyw.
Sante zdołało jeszcze zdobyć pojedyncze bramki, jednak nie było już w stanie zatrzymać rozpędzonych faworytów. Ostatecznie Mikstura zwyciężyła aż 11:4, kończąc sezon w imponującym stylu. Gospodarze pokazali świetną organizację, skuteczność i głód bramek, natomiast Sante mimo wysokiej porażki zasługuje na spore uznanie za walkę.
Dla Shot DJ był to mecz o mistrzostwo 6. ligi, ale także ostateczny sprawdzian charakteru. Zlekceważenie takiego przeciwnika jak Old Eagles Koło mogło skończyć się dla gospodarzy tragedią. Choć goście kończyli ligową rywalizację w środku tabeli, od lat są niewygodnym rywalem. I tak było również tym razem.
Gospodarze nie ruszyli do frontalnych ataków od pierwszych minut, a raczej spokojnie badali przeciwnika, który atakował często i bardzo groźnie. Już w 9. minucie mogło być 0:1, ale stuprocentową okazję znakomicie obronił Jędrek Brzózka. Mimo to goście nie ustawali w atakach i w 14. minucie wynik, po dobitce własnego strzału, otworzył Roman Pamięta. Zawodnicy Shota zachowali jednak zimną krew. W 19. minucie do wyrównania doprowadził Chris Kalaba, a jeszcze przed przerwą francusko-polski zespół wyszedł na prowadzenie po trafieniach Jana Jabłońskiego i Jeremiego Szymańskiego.
Po zmianie stron Shot szybko podwyższył prowadzenie. W 30. minucie Szymon Kopyść otrzymał podanie z autu, urwał się obrońcy i nie dał szans Janowi Drabikowi. Prowadząc 4:1, gospodarze pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia, ale szybko zostali za to skarceni. Bramkę dla Old Eagles zdobył Przemek Długokęcki i goście znów uwierzyli, że mogą jeszcze wrócić do gry. Bardzo aktywny był również Michał Skalski, ale fortuna nie była tego dnia po jego stronie. W sumie zmarnował aż trzy niemal stuprocentowe okazje, które mogły znacząco wpłynąć na przebieg spotkania.
W 40. minucie sytuację Shotów uspokoił Jan Jabłoński, który pognał lewym skrzydłem i podwyższył wynik na 5:2. Tej przewagi nie dało się już roztrwonić. Wprawdzie chwilę później gola na 5:3 zdobył Adrian Olwiński, ale na więcej gości nie było już stać.
A wraz z końcowym gwizdkiem wybrzmiał okrzyk radości. Shot DJ został mistrzem 6. ligi. Gratulujemy!
Spotkanie Oldboysów z Driperami, które na papierze zapowiadało się raczej spokojnie, dostarczyło naprawdę wielu emocji – niestety nie zawsze tych pozytywnych.
Pierwsza połowa rozpoczęła się od szybkiego otwarcia wyniku. Po wyrzucie z autu Wiktoruka piłkę do bramki skierował Pryjomski. Chwilę później indywidualną akcją odpowiedział Stojek, doprowadzając do wyrównania. Gdy niedługo potem Zaleski przechwycił piłkę i pewnym strzałem ponownie wyprowadził OldBoysów na prowadzenie, wiedzieliśmy już, że żadna z drużyn nie zamierza odpuścić choćby na moment.
Niestety dla widowiska od tego momentu emocje panujące na boisku nie znajdowały ujścia wyłącznie w piłce nożnej. Liczne pretensje, okrzyki i faule z obu stron zaczęły coraz mocniej wpływać na przebieg spotkania. Szczególnie niepokojąco wyglądała sytuacja z okolic 28. minuty, gdy Pryjomski i Celiński na moment pomylili dyscypliny sportowe. Takie zachowania nie powinny mieć miejsca w naszych rozgrywkach. Rozumiemy emocje, walkę o czołowe lokaty w tabeli czy indywidualne statystyki, ale piłka nożna to nie MMA i warto o tym pamiętać.
Od tamtego momentu spotkanie było bardzo wyrównane i przez cały czas toczyło się w napiętej atmosferze. Z tej batalii lepiej wyszli gospodarze, którzy między innymi dzięki reakcji swojego kapitana zachowali nieco więcej zimnej krwi i zdobyli o jedną bramkę więcej od rywali.
To spotkanie można podsumować przede wszystkim jednym stwierdzeniem – cieszy fakt, że obyło się bez poważnych kontuzji. Mamy nadzieję, że obie ekipy podczas przerwy między sezonami ostudzą emocje i w kolejnych rozgrywkach nie będziemy już świadkami podobnych sytuacji z ich udziałem.
Spotkanie pomiędzy Warsaw Gunners FC a Virtualne Ń okazało się jednostronnym widowiskiem, w którym goście od pierwszych minut pokazali zdecydowanie większą skuteczność i lepszą organizację gry. Początkowo jednak wcale nie zapowiadało się na tak wyraźną dominację.
Virtualne Ń przyjechało na Arenę AWF ze świadomością, że do awansu potrzebuje własnego zwycięstwa oraz potknięcia Czasoumilaczy. Ich życzenie się spełniło, więc wszystko mieli już we własnych nogach. Goście pokazali ogromny charakter i dowieźli wynik 7:1, który zapewnił im promocję.
Pierwsza połowa od początku układała się pod dyktando Virtualnych. Goście szybko narzucili własne tempo, regularnie przedostawali się pod bramkę rywala i bezlitośnie wykorzystywali pozostawione przestrzenie. Szczególnie błyszczał Bartosz Kaca, który już przed przerwą skompletował hat-tricka i zanotował asystę przy bramce otwierającej wynik spotkania. Bez dwóch zdań był najjaśniejszym punktem swojej drużyny i jednym z głównych architektów tego zwycięstwa.
Warsaw Gunners FC mieli ogromne problemy z zatrzymaniem rozpędzonych ataków przeciwnika, co przełożyło się na aż cztery stracone bramki przed przerwą. Wynik 4:0 dawał Virtualnym ogromny komfort przed drugą częścią meczu.
Po zmianie stron gospodarze próbowali poprawić swoją grę i złapać kontakt z rywalem, jednak przewaga gości była już zbyt wyraźna. Virtualne Ń kontrolowali przebieg spotkania, spokojnie budowali kolejne akcje i sukcesywnie powiększali prowadzenie. Dla Warsaw Gunners honorowe trafienie zdobył Jan Jabłoński, lecz nie zmieniło ono obrazu całego meczu. Zwycięstwo Virtualnych przypieczętował najlepszy zawodnik i strzelec 7. ligi, Szymon Kolasa, wyprowadzając swoją ekipę na sześciobramkowe prowadzenie. Ostatecznie Virtualne Ń zwyciężyli 7:1, prezentując dużą skuteczność, pewność siebie i pełną kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi.
KK Wataha Warszawa kontra Czasoumilacze - dla obu drużyn to spotkanie miało bardzo duże znaczenie w kontekście końcowego miejsca w ligowej tabeli, dlatego byliśmy pewni, że walki na pewno nie zabraknie.
Już od pierwszych chwil działo się naprawdę sporo, choć niestety nie do końca były to obrazki, które chcieliśmy oglądać. Pechowej kontuzji kolana nabawił się bramkarz Watahy, Piotrek Szwedo, któremu uraz uniemożliwił dalszą grę w tym spotkaniu. Zmobilizowani koledzy szybko wzięli na siebie odpowiedzialność za wynik, a szczególnie wyróżniał się duet Czernecki – Korzeniewski. Zwłaszcza Hubert, autor aż sześciu bramek, uraczył nas znakomitym pokazem ofensywnej gry i całkowicie zdominował to spotkanie.
Gra gospodarzy, między innymi dzięki niemu, układała się od pierwszej do ostatniej minuty bardzo dobrze. Wataha konsekwentnie budowała przewagę i z biegiem czasu powiększała swój dorobek bramkowy. Czasoumilacze próbowali odpowiadać, chociażby za sprawą dwóch trafień Roberta Krzywkowskiego, jednak dobrze zorganizowana defensywa gospodarzy nie pozwalała im na zbyt wiele. Wysoka frekwencja Watahy oraz dobra organizacja gry po obu stronach boiska pozwoliły narzucić wysokie tempo i osiągnąć całkowitą dominację, która przełożyła się na końcowy wynik 10:3.
Tym zwycięstwem Wataha wyprzedziła Czasoumilaczy w ligowej tabeli. Obie drużyny zakończyły jednak sezon na miejscach dających przepustkę do Pucharu Ligi Fanów. Tym samym życzymy im powodzenia za niecałe półtora tygodnia.
Dla obu ekip runda wiosenna była wyjątkowo koszmarna. Ostatni mecz sezonu był więc okazją, by nieco poprawić sobie humory na finiszu, a w przypadku Eagles – szansą na opuszczenie strefy spadkowej.
I tak jak w poprzednich kolejkach, niewiele układało się po myśli gospodarzy. Już w 1. minucie meczu Tornado wyszło na prowadzenie, a na listę strzelców wpisał się Tomek Wiśniewski. Eagles odpowiedzieli błyskawicznie golem Edilsona Sabino, ale równie szybko stracili kolejną bramkę, tym razem autorstwa Patryka Skibińskiego. W 11. minucie padł dość kuriozalny gol. Bramkarz Tornado, Maciej Laskowski, wybił piłkę z własnego pola karnego w taki sposób, że przelobował Jose Oscara i nagle zrobiło się 3:1 dla gości. Eagles gonili wynik i w 18. minucie kapitalnym uderzeniem popisał się Farid Abishov, pakując piłkę w samo okienko. Tornado zdążyło jednak jeszcze przed przerwą podwyższyć prowadzenie do dwóch bramek, a dublet skompletował Patryk Skibiński.
Po zmianie stron obie drużyny miały sporo okazji. Hasanagha Gasimli obił nawet słupek, ale przez długi czas piłka nie chciała znaleźć drogi do siatki. W końcu w 37. minucie podanie Michała Rybińskiego na gola zamienił Edilson Sabino, a już pięć minut później ten sam zawodnik w świetnym stylu skompletował hat-tricka i doprowadził do wyrównania.
Końcówka meczu przyniosła jeszcze więcej emocji. W 44. minucie Tornado wróciło na prowadzenie po golu Franciszka Sakławskiego. Cztery minuty później byliśmy świadkami prawdziwego zwrotu akcji rodem z dobrego thrillera. Eagles otrzymali prezent w postaci rzutu karnego. Do piłki podszedł Farid Abishov, ale nieprawdopodobnym refleksem wykazał się Maciej Laskowski, który obronił strzał i sparował piłkę. Jeszcze w tej samej akcji Witek Jasiński dostrzegł, że bramkarz rywali wyszedł daleko w pole, i posłał piłkę przez całe boisko. Futbolówka wtoczyła się do bramki, ustalając wynik spotkania na 6:4 dla Tornado.
W ten sposób Tornado na sam koniec przełamało się i na otarcie łez po bardzo słabym sezonie mogło cieszyć się ze zwycięstwa. Dla Eagles FC runda wiosenna okazała się natomiast wyjątkowo brutalną lekcją. Drużyna, która jeszcze niedawno mogła myśleć o walce o podium, ostatecznie zakończyła sezon w strefie spadkowej.
Alash przystępował do tego meczu już jako pewny mistrz, mając tytuł praktycznie w kieszeni. Mimo to drużyna chciała zakończyć sezon w najlepszy możliwy sposób – pewnym i efektownym zwycięstwem, które podkreśliłoby jej dominację w całych rozgrywkach. Początek spotkania tylko potwierdzał te założenia. Alash szybko objął prowadzenie 3:0 i wydawało się, że wszystko układa się zgodnie z planem.
To, co wydarzyło się później, było jednak jednym z największych zwrotów akcji tego sezonu. Jeszcze pod koniec pierwszej połowy Skra zaczęła odrabiać straty, zdobywając dwa gole i odzyskując kontakt z rywalem. Po przerwie nastąpiło coś, co można nazwać całkowitą zmianą obrazu gry – prawdziwa burza przeszła przez boisko i kompletnie zaskoczyła mistrzów.
Od stanu 0:3 Skra zdobyła aż osiem kolejnych bramek, całkowicie odwracając losy spotkania. Alash nagle przestał kontrolować mecz, stracił pewność siebie i nie potrafił zatrzymać rozpędzonego przeciwnika. Z każdą kolejną akcją rosła przewaga Skry, a mistrzowie wyglądali coraz bardziej bezradnie.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 8:4 dla Skry – w pełni zasłużonym zwycięstwem drużyny, która tego dnia była po prostu szybsza, bardziej zdeterminowana i grała z większą pasją. Skra pokazała ogromny charakter. Nie poddała się po słabym początku i całkowicie odwróciła losy meczu, zdejmując mistrzowski skalp z rywala. Trójka głównych bohaterów tego spotkania – Mączka, Onuigbo i Dzikowski – odpowiadała za większość kluczowych akcji ofensywnych swojej drużyny. Na deser kibice otrzymali jeszcze piękną bramkę Zidana Fouapona, która idealnie podsumowała ten wyjątkowy występ.
To był mecz, który przypomniał, że nawet mistrz może zostać zaskoczony, jeśli choć na chwilę straci koncentrację. Skra wykorzystała ten moment bezlitośnie i zakończyła sezon jednym z najbardziej efektownych zwycięstw w całych rozgrywkach.
Mecz FC Pers z Synami Księdza zapowiadał się spokojnie dla obu stron. Goście mieli już zapewnione miejsce na podium, a gospodarze byli pewni utrzymania w lidze. Mimo braku większej presji nastawialiśmy się na ciekawy mecz i nie zawiedliśmy się.
Od pierwszych minut to gospodarze całkowicie kontrolowali wydarzenia na boisku. Grali szybko, skutecznie i bez większych problemów przedostawali się pod bramkę rywali. Synowie Księdza mieli duże problemy z zatrzymaniem rozpędzonych przeciwników, a efektem była wysoka strata już przed przerwą. Do szatni drużyny schodziły przy wyniku 6:0 dla FC Pers. Dodatkowym problemem dla gości okazała się kontuzja bramkarza, której doznał jeszcze w pierwszej części spotkania.
Po zmianie stron goście pokazali jednak charakter. Zagrali odważniej, częściej atakowali i zaczęli wykorzystywać błędy defensywy rywali. Dzięki temu zdobyli dwie bramki i momentami potrafili stworzyć realne zagrożenie pod bramką FC Pers. Gospodarze nie zamierzali jednak pozwolić rywalom na powrót do meczu. Odpowiedzieli kolejnymi trafieniami i systematycznie powiększali swoją przewagę. Gdy wynik wskazywał już 9:2, losy spotkania wydawały się definitywnie rozstrzygnięte. Synowie Księdza nie złożyli jednak broni. Do końca walczyli o jak najlepszy rezultat i w końcowej fazie meczu zdołali jeszcze trzykrotnie pokonać bramkarza gospodarzy, dzięki czemu końcowy wynik wyglądał znacznie bardziej okazale.
Ostatecznie FC Pers wygrał 9:5, dopisując do swojego dorobku komplet punktów. Choć druga połowa była bardziej wyrównana, wysokie prowadzenie wypracowane przed przerwą okazało się kluczowe.
Starcie lidera z wiceliderem 8. Ligi zapowiadało się jako hit kolejki. Q-Ice Warszawa przystępowało do meczu z pozycji lidera i imponującym dorobkiem 47 punktów po 18 spotkaniach. Force Fusion FC zajmowało drugie miejsce, tracąc do rywali aż 14 punktów, ale wciąż pozostawało jedyną drużyną, która mogła realnie zagrozić dominacji Q-Ice.
Mecz rozpoczął się jednak znakomicie dla lidera. Już w 1. minucie Kashperuk wykorzystał podanie Blanka i otworzył wynik spotkania. Force Fusion szybko odpowiedziało – w 4. minucie do siatki trafił Szpilarewicz, doprowadzając do wyrównania. Chwilę później nastąpił jednak moment, który mocno wpłynął na losy meczu. W 5. minucie Pliakin dwukrotnie niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki, a Q-Ice błyskawicznie odskoczyło rywalom.
Lider nie zamierzał zwalniać tempa. W 6. minucie Kashperuk ponownie wpisał się na listę strzelców po asyście Kondarevycha. W 10. minucie Maidachevski wykorzystał zamieszanie w polu karnym i podwyższył wynik. Force Fusion próbowało wrócić do gry, a w 15. minucie Yakubiv wykorzystał błąd rywali przy rozegraniu piłki. Faworyt odpowiedział natychmiast. W 16. minucie Kondarevych wykończył akcję po podaniu Blanka, a jeszcze przed przerwą kolejne trafienia dołożyli Blinskyi po asyście Blanka oraz Zhuk, któremu dogrywał Yarmoliuk. Do przerwy lider prowadził już 8:2 i miał pełną kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. W 33. minucie Zhuk zdobył swoją drugą bramkę po podaniu Kondarevycha. Trzy minuty później pięknym strzałem popisał się Blank, wykorzystując kolejną asystę Kondarevycha. W 40. minucie duet Kashperuk–Blank zamienił się rolami i tym razem to Blank wpisał się na listę strzelców po podaniu swojego partnera. W 44. minucie Yarmoliuk wykorzystał asystę Maidachevskiego, a cztery minuty później sam Maidachevski dołożył kolejne trafienie. Wynik spotkania w 49. minucie ustalił Leshchyshyn, który skutecznie uderzył głową po dośrodkowaniu Pliakina.
Lider zdominował bezpośrednie starcie z wiceliderem, imponując skutecznością, organizacją gry i jakością w ofensywie. Force Fusion FC nie potrafiło znaleźć odpowiedzi na ofensywną siłę rywali i musiało uznać wyższość zdecydowanie lepszego tego dnia przeciwnika.
Spotkanie FC Legion UA z Kresowią Warszawa było meczem bez większej stawki. Mimo to na boisku nie brakowało zaangażowania i emocji. Lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy szybko objęli prowadzenie i przez pierwsze minuty sprawiali nieco lepsze wrażenie. Z czasem gra się wyrównała, a obie ekipy szukały swoich szans w ataku.
W dalszej części pierwszej połowy więcej konkretów pokazali jednak zawodnicy Kresowii. Goście skutecznie wykorzystali swoje okazje i dwukrotnie pokonali bramkarza Legionu, mocno zaskakując rywali. Dzięki temu na przerwę schodzili z prowadzeniem 2:1, mimo że sam przebieg meczu pozostawał bardzo wyrównany.
Po zmianie stron gospodarze wyszli na boisko odmienieni. Przerwa została dobrze wykorzystana na analizę błędów i korektę ustawienia, co szybko przełożyło się na wydarzenia na murawie. Legion coraz mocniej naciskał rywali, a choć bramkarz Kresowii Orkhan Huseynli wielokrotnie ratował swój zespół świetnymi interwencjami, nie był w stanie zatrzymać naporu gospodarzy. Legion zdobył trzy kolejne bramki i przejął pełną kontrolę nad spotkaniem.
Kresowia wyraźnie opadła z sił, ale zdołała jeszcze zmniejszyć straty, trafiając na 3:4. Ostatnie słowo należało jednak do gospodarzy. Pavlo Charnobai ponownie wpisał się na listę strzelców, kompletując hat-tricka i ustalając wynik meczu na 5:3. Dzięki znakomitej drugiej połowie FC Legion UA zakończył sezon prestiżowym zwycięstwem.
W meczu dwóch spadkowiczów 8. ligi, FC Patriot i Dnipro United, faworytem byli bez wątpienia zawodnicy Patriota, którzy przed tą kolejką zajmowali wyższe miejsce w tabeli. Boisko bardzo szybko potwierdziło te przewidywania. FC Patriot wygrał aż 11:1, kompletnie deklasując rywala i nie pozostawiając żadnych wątpliwości, kto tego dnia był drużyną lepszą.
Od pierwszych minut Patriot dominował praktycznie na każdej płaszczyźnie. Lepsza organizacja gry, wyższe umiejętności indywidualne, większa swoboda w rozegraniu i skuteczność pod bramką rywala sprawiały, że Dnipro United miało ogromne problemy z nawiązaniem równorzędnej walki. Trudno było wskazać element, w którym zespół Andrzeja Barana był w stanie uzyskać przewagę nad przeciwnikiem.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 5:0 i już wtedy losy spotkania były praktycznie rozstrzygnięte. Po zmianie stron FC Patriot nie musiał już forsować tempa, jednak mimo tego nadal kontrolował przebieg gry. Dnipro United próbowało szukać swoich szans, lecz niemal każda ofensywna akcja kończyła się na dobrze zorganizowanej defensywie rywali.
Największym bohaterem spotkania nie był tym razem Yurii Buts, który wielokrotnie błyszczał w barwach Patriota. Jego blask przyćmił kapitalny występ Volodymyra Pedosiuka. Był niezwykle aktywny, waleczny i obecny niemal wszędzie tam, gdzie działo się coś groźnego. Swoją świetną dyspozycję potwierdził konkretnymi liczbami – zdobył bramkę i zanotował aż trzy asysty, mając ogromny wpływ na ofensywę swojego zespołu.
Na pochwałę zasługuje jednak cała drużyna triumfatorów. Zespół rozegrał bardzo dojrzałe i niemal bezbłędne spotkanie, kontrolując wydarzenia na boisku od pierwszego do ostatniego gwizdka. Wysokie zwycięstwo 11:1 było w pełni zasłużone i pozwoliło zakończyć sezon mocnym akcentem, mimo że obu drużynom nie udało się uniknąć spadku z ligi.
W ostatniej kolejce sezonu 8. Ligi zmierzyły się zespoły Shitable oraz FC Alliance. Już w 2. minucie gospodarze objęli prowadzenie. Mark Barsukou wykorzystał fatalne podanie do bramkarza drużyny gości, przechwycił piłkę i bez problemów skierował ją do pustej bramki, otwierając wynik meczu.
FC Alliance odpowiedziało osiem minut później. Po świetnej indywidualnej akcji Kyrylo Shepel doprowadził do wyrównania i na tablicy wyników pojawił się remis 1:1. Do końca pierwszej połowy obie drużyny stwarzały sobie kolejne sytuacje bramkowe, wymieniając się ofensywnymi atakami, jednak żadna ze stron nie potrafiła znaleźć drogi do siatki po raz drugi. Pierwsza część spotkania zakończyła się więc remisem 1:1.
Druga połowa rozpoczęła się równie dynamicznie. Już po pięciu minutach kibice zobaczyli kolejne dwa gole. Najpierw FC Alliance wyszło na prowadzenie 2:1, jednak odpowiedź Shitable była natychmiastowa. Po raz drugi w tym meczu na listę strzelców wpisał się Mark Barsukou, doprowadzając do remisu. Goście nie zamierzali jednak odpuszczać. W 35. minucie Maksym Stetsiuk zdobył swoją drugą bramkę w spotkaniu, ponownie wyprowadzając FC Alliance na prowadzenie. Przez następne minuty tempo meczu nieco spadło, ale końcówka wynagrodziła kibicom wszystko.
W 45. minucie Shitable ponownie wyrównało stan rywalizacji. Bohaterem gospodarzy został Mark Barsukou, który skompletował hat-tricka i doprowadził do wyniku 3:3. Zaledwie minutę później gospodarze poszli za ciosem i zdobyli kolejną bramkę, obejmując prowadzenie 4:3 na cztery minuty przed końcem spotkania.
FC Alliance miało jeszcze ogromną szansę na uratowanie remisu. W ostatniej akcji meczu zawodnik gości oddał strzał z około dwóch metrów, jednak fenomenalną interwencją popisał się bramkarz Shitable, Artemiy Nikitenko. Po jego obronie gospodarze błyskawicznie wyprowadzili kontratak i zdobyli piątą bramkę, definitywnie rozstrzygając losy rywalizacji. Chwilę później sędzia zakończył spotkanie.
FC Alliance było dosłownie dwa metry i kilka sekund od wywiezienia remisu, lecz ostatecznie musiało uznać wyższość rywali. Shitable wykazało się większą skutecznością w decydujących momentach i potrafiło przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę w samej końcówce.
Choć przed meczem trudno było wskazać wyraźnego faworyta, a starcie dwóch ostatnich drużyn tabeli nie miało już większego wpływu na końcowy układ sezonu 2025/26, obie ekipy miały jeszcze jeden cel – zakończyć nieudane rozgrywki pozytywnym akcentem. Dla ADS Scorpions była to szansa na sprawienie niespodzianki, natomiast TRCH chciało choć częściowo zatrzeć złe wrażenie po sezonie zakończonym spadkiem.
Lepiej w spotkanie weszli gospodarze. ADS Scorpions od pierwszych minut prezentowali się odważniej niż w wielu wcześniejszych meczach tego sezonu i szybko przełożyli dobrą grę na wynik. To właśnie oni jako pierwsi znaleźli drogę do bramki rywali, obejmując prowadzenie i dając sobie nadzieję na udane zakończenie rozgrywek. Dla zespołu, który przez większą część sezonu miał problemy z regularnym punktowaniem, był to z pewnością bardzo ważny moment.
Pierwsza połowa stała na zaskakująco dobrym poziomie. ADS Scorpions skutecznie przeciwstawiali się rywalom, a przez długie fragmenty spotkania gra była bardzo wyrównana. TRCH nie zamierzało jednak odpuszczać i jeszcze przed przerwą zdołało odrobić straty. Goście wykorzystali swoje okazje i doprowadzili do remisu, dzięki czemu oba zespoły schodziły do szatni przy wyniku pozostawiającym sprawę zwycięstwa całkowicie otwartą.
Początek drugiej połowy również nie zwiastował tak wysokiego rozstrzygnięcia. Przez pewien czas oglądaliśmy wyrównaną walkę, a obie drużyny starały się przejąć inicjatywę. Z biegiem minut coraz bardziej widoczna stawała się jednak przewaga TRCH. Goście zaczęli dominować w środku pola, częściej utrzymywali się przy piłce i coraz skuteczniej wykorzystywali błędy popełniane przez defensywę gospodarzy. Kluczowa okazała się końcówka spotkania. W ostatnich fragmentach meczu przewaga TRCH była już wyraźna, a kolejne bramki padały regularnie. ADS Scorpions nie byli w stanie znaleźć odpowiedzi na ofensywne ataki rywali, którzy z każdą minutą grali coraz pewniej i skuteczniej.
Ostatecznie TRCH wygrało aż 9:2, efektownie kończąc sezon wysokim zwycięstwem. Choć triumf nie zmienił losów rozgrywek i nie pozwolił uniknąć spadku, z pewnością poprawił nastroje przed przerwą między sezonami. Dla ADS Scorpions końcowy rezultat jest bolesny, jednak przez dużą część pierwszej połowy pokazali oni, że potrafią grać znacznie lepiej, niż wskazywałaby na to ligowa tabela.
Kolejne spotkanie bez większej stawki to pojedynek pomiędzy Klubem Sportowym Sandacz a KSB II Warszawa. Gospodarze byli już pewni zakończenia sezonu w strefie spadkowej. Ich rywale natomiast po słabej rundzie jesiennej mieli zakończyć rozgrywki w środku ligowej tabeli.
Od początku inicjatywę przejęli goście, którzy już w 4. minucie wyszli na prowadzenie. Idealnej okazji do szybkiego wyrównania nie wykorzystali gospodarze, gdy po ich strzale piłka zatrzymała się na słupku. Kolejne minuty upłynęły pod znakiem dominacji zespołu Michała Tarczyńskiego, który w krótkim czasie zdobył aż cztery bramki. Po upływie pierwszego kwadransa gry do głosu doszli w końcu zawodnicy Sandacza, którzy dwie kolejne akcje zamienili na gole. W ostatnich fragmentach pierwszej połowy goście ponownie przejęli kontrolę nad wydarzeniami i stopniowo powiększali swoją przewagę. Na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 10:3 dla KSB II Warszawa.
W drugich 25 minutach obraz gry niewiele się zmienił. Zespół KSB kontrolował przebieg spotkania i konsekwentnie zmierzał po komplet punktów. Ich przewaga cały czas rosła, a głównym motorem napędowym akcji ofensywnych był Nikodem Łęczycki, który zakończył mecz z imponującym dorobkiem pięciu bramek i trzech asyst. Ostatecznie spotkanie zakończyło się zwycięstwem KSB II Warszawa 16:6. Warto również odnotować, że każdy zawodnik z pola w ekipie gości wpisał się do protokołu meczowego, zdobywając bramkę lub notując asystę.
Dla Klubu Sportowego Sandacz ten mecz może być dobrym materiałem do analizy na przyszłość, ponieważ momentami ich gra wyglądała naprawdę dobrze. Wynik jest wysoki, ale nie oddaje w pełni zaangażowania gospodarzy, którzy przez długie fragmenty starali się dotrzymywać kroku znacznie skuteczniejszemu oponentowi.
Mecz pomiędzy KS Iglica Warszawa a Bielany Legends był starciem drużyny, która już wcześniej zagwarantowała sobie tytuł mistrzowski, z zespołem, który sezon miał zakończyć tuż nad strefą spadkową.
Od początku spotkania lepiej prezentowali się gospodarze, ale ich pierwsza groźna sytuacja zakończyła się świetną interwencją golkipera rywali, który sparował piłkę na słupek. Kilka minut później mistrzowie dopięli jednak swego i w ciągu zaledwie trzech minut trzykrotnie trafili do siatki.
Wydawało się, że losy tego pojedynku mogą być już przesądzone, ale końcówka pierwszej połowy sprawiła, że mecz nabrał rumieńców. Najpierw bramkę zdobyli goście, a chwilę później ręką poza polem karnym zagrał bramkarz gospodarzy, za co został ukarany czerwoną kartką i musiał opuścić boisko. Bielany Legends wykorzystały grę w przewadze i zdobywając gola na 3:2, ustaliły wynik pierwszej połowy.
Po zmianie stron goście poszli za ciosem. Dołożyli kolejne dwa trafienia i po raz pierwszy w tym meczu wyszli na prowadzenie. KS Iglica znalazła się w trudnej sytuacji, ale nie zamierzała się poddawać. Na dziesięć minut przed końcem spotkania żółtą kartkę otrzymał zawodnik Bielan, a chwilę później gospodarze wykorzystali grę w przewadze, zdobywając bramkę. W ostatnich fragmentach meczu obie drużyny dołożyły jeszcze po jednym trafieniu i ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem 5:5.
Zarówno dla KS Iglicy Warszawa, jak i Bielany Legends zdobyty punkt niewiele zmienił w końcowym układzie tabeli. Mimo to remis na zakończenie sezonu z pewnością smakował lepiej niż porażka.
Chcąc bez oglądania się na innych wywalczyć brązowe medale 9. Ligi, ASAP Vegas musiało pokonać zajmującą piątą lokatę Gambę Veloce. Zadania nie ułatwiały spóźnienia po stronie gości, lecz w duchu sportowej rywalizacji gospodarze zgodzili się na czasową ugodę, przez co obie ekipy rozpoczęły mecz czwórką zawodników w polu.
To ciekawe widowisko miało naprawdę wyrównany przebieg, choć z początku to Gamba częściej operowała piłką. Skoncentrowany ASAP nie raz musiał zamurować się we własnym polu karnym, by zminimalizować ryzyko straty gola. Ekipa o włoskiej inspiracji dopięła jednak swego w 13. minucie. Po interwencji Adama Czarowskiego piłka spadła pod nogi Kuby Skwirtniańskiego, a ten przytomnie wyłożył ją Filipowi Wolskiemu, który trafił do siatki po rykoszecie od głowy Norberta Kupisza.
Przed podwyższeniem wyniku przez wspomnianego Wolskiego piłkarzy ASAP uratował słupek, ale od tego momentu to oni zaczęli powoli przejmować inicjatywę w spotkaniu, zauważając, że wywieranie wyższego pressingu na rywalach przynosi coraz więcej korzyści. Goście bez wątpienia dopięliby swego, gdyby nie Antoni Skowroński, który między słupkami Gamby wyciągał wszystko, co tylko się dało. Przed przerwą znakomity kontratak wyprowadziło ofensywne trio gospodarzy – Skwirtniański, Wolski i Florczuk. Akcja zakończyła się golem na 2:0 autorstwa tego ostatniego.
Po zmianie stron upragniony kontakt dał ekipie ASAP niezwykle aktywny Mateusz Walczak, który płaskim strzałem przy dalszym słupku pokonał drugiego z golkiperów Gamby, Marka Kurzelewskiego. Radość nie trwała jednak długo. Dzięki trafieniu Aleksandra Olędzkiego, który dobił wcześniej obronione przez Czarowskiego uderzenie kolegi, Gamba ponownie odskoczyła na dwa gole. Kiedy wszystko wydawało się już, jak to mówią, „pozamiatane”, zawodnicy ASAP, niesieni fantazją i niegasnącą wiarą w odrobienie strat, dokonali czegoś nieprawdopodobnego. Nie tylko zdołali dogonić wynik, ale również przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Najpierw wstrzeloną przez Walczaka w pole karne piłkę z bliska do bramki skierował Norbert Dymiński. Chwilę później ci sami zawodnicy fenomenalnie rozegrali rzut wolny, po którym padł gol na 3:3. Następnie piłka adresowana do Roberta Rzący została przez niego zgrana głową idealnie w tempo do wbiegającego lewym skrzydłem Kacpra Drozdowicza, który wyprowadził ASAP na prowadzenie. I nie było tak, że rywale nagle przestali grać. Ten wspaniały comeback gości nie byłby możliwy, gdyby nie parady bramkarskie rodem z innej planety w wykonaniu Adama Czarowskiego. Bramkarz ASAP wielokrotnie ratował swój zespół w kluczowych momentach.
Rezultat spotkania na 5:3 dla ASAP ustalił niespełna trzy minuty przed końcem Norbert Dymiński. Tym samym, w niezwykle emocjonujących okolicznościach, przypieczętował brązowe medale dla swojej drużyny.
Pewni drugiego miejsca zawodnicy LaFlame Bielany podejmowali KróLewskich Wola, którzy przed tą kolejką wciąż zachowywali szansę na zajęcie trzeciej lokaty. Po zwycięstwie ASAP Vegas ostatni mecz sezonu nie miał jednak dla nich już większego znaczenia. Być może miało to wpływ na postawę gości, którzy w pierwszej połowie nie potrafili za bardzo postawić się rywalom.
Gospodarze dość szybko objęli prowadzenie i w pierwszej części spotkania raczej kontrolowali jego przebieg. KróLewscy również mieli swoje okazje, ale brakowało konkretów i lepszych decyzji przy finalizacji akcji ofensywnych. Pierwsza połowa zakończyła się pewnym prowadzeniem LaFlame 3:0. Jeszcze pod koniec pierwszej części żółtą kartką został ukarany Janek Napiórkowski i na drugą połowę LaFlame wychodziło w osłabieniu. Dzięki temu Królewscy Wola błyskawicznie po zmianie stron zdobyli premierowego gola i złapali wiatr w żagle.
Goście wyszli na drugą połowę całkowicie odmienieni. Nie dość, że doprowadzili do wyrównania, to jeszcze objęli prowadzenie 4:3! Spory wkład w tę remontadę miał Marcin Sadowski, który brał udział przy każdym z tych trafień – zaliczył dwie asysty i dwukrotnie sam wpisał się na listę strzelców. Nie było jednak w tej historii happy endu dla KróLewskich. LaFlame wzięło się ostro do pracy, szybko odzyskało inicjatywę i ponownie wyszło na prowadzenie, którego nie oddało już do końcowego gwizdka.
Ostatecznie gospodarze wygrali 7:5, a sporą cegiełkę do tego zwycięstwa dołożył Jan Kołodziejski – autor dwóch bramek i trzech asyst w tej rywalizacji.
Mecz 18. kolejki pomiędzy FC Depserados a Gawulon FC miał ogromne znaczenie, ale tylko dla jednej ze stron. Gospodarze, będący rewelacyjnym debiutantem, byli już pewni wicemistrzostwa i srebrnych medali. Z kolei Gawulon grał o utrzymanie trzeciego miejsca na podium, do czego wystarczał mu zaledwie remis.
O tym, jak ważne było to spotkanie dla gości, najlepiej świadczyła ich frekwencja. Na mecz stawili się z kadrą szerszą od rywali, a zza linii bocznej wspierało ich liczne grono kibiców. FC Depserados, mimo bardzo wąskiego składu, miał jednak w pamięci jesienną porażkę z tym przeciwnikiem i chciał zrewanżować się na zakończenie sezonu.
Od początku spotkania było widać, że gospodarze nie zamierzają odpuszczać, mimo krótkiej ławki rezerwowych i braku presji wynikowej. Depserados narzucił swoje warunki i jako pierwszy otworzył wynik meczu. W 14. minucie Przemysław Jędrasik wykorzystał podanie Piotrka Ziembickiego i wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie 1:0. Zaledwie pięć minut później gospodarze podwyższyli wynik, gdy na 2:0 trafił Paweł Ambrożko po asyście Nikodema Kucharskiego. Do przerwy utrzymało się dwubramkowe prowadzenie wicemistrzów.
Po zmianie stron Gawulon starał się odrabiać straty, wiedząc, że niekorzystny wynik może kosztować go miejsce na podium. Nadzieje gości odżyły w 39. minucie, kiedy Michał Tota po podaniu Patryka Niemyjskiego zdobył bramkę kontaktową.. Wydawało się, że ferajna Jarka Czeredysa może jeszcze powalczyć o upragniony remis. Końcówka należała jednak do grającego węższą kadrą, ale niezwykle skutecznego zespołu FC Depserados. W 45. minucie Przemysław Jędrasik skompletował dublet, podwyższając prowadzenie na 3:1. Zaledwie dwie minuty później ostateczny cios zadał Czarek Pawlak, ustalając wynik spotkania na 4:1.
FC Depserados wygrywa 4:1, udanie rewanżując się za jesienną porażkę i potwierdzając swoją wartość w debiutanckim sezonie. Dla zespołu Gawulon FC ta porażka okazała się niezwykle bolesna w skutkach. Mimo szerokiej kadry i głośnego wsparcia kibiców brak punktów w ostatniej kolejce sprawił, że drużyna straciła trzecie miejsce na rzecz Husarii Mokotów IV i ostatecznie zakończyła rozgrywki tuż za podium...
Mecz był niezwykle ważny dla Husarii. Zwycięstwo dawało realne szanse na brązowe medale pod warunkiem potknięcia Gawulonu w równolegle rozgrywanym spotkaniu. Już od pierwszych minut było jednak jasne, że Husaria zamierza wykonać swoją część zadania. Z tego względu z każdą kolejną minutą coraz większe zainteresowanie budziły informacje napływające z drugiego boiska. Ostatecznie wieści okazały się znakomite dla drużyny z Mokotowa – Gawulon przegrał z wiceliderem ligi, a Husaria wykorzystała swoją szansę i dzięki pewnemu zwycięstwu mogła cieszyć się miejscem na podium.
Sam mecz? Prawdopodobnie żadna z drużyn nie będzie chciała do niego zbyt często wracać. Dla jednych był to prawdziwy koszmar zakończony wysoką porażką, dla drugich spokojny wieczór i spotkanie bez większej historii. Od pierwszego gwizdka przewaga Husarii była wyraźna, a kolejne bramki tylko potwierdzały różnicę, jaka tego dnia dzieliła oba zespoły.
Na szczególne wyróżnienie zasługują Tomek Hübner oraz Kuba Skrzyniasz. Obaj przez cały mecz byli niezwykle aktywni, nieustannie stwarzali zagrożenie pod bramką rywali i wspólnie wykręcili imponujące liczby – łącznie zdobyli 10 bramek i zanotowali aż 7 asyst. Ich współpraca była jednym z kluczowych elementów, które pozwoliły Husarii tak pewnie sięgnąć po komplet punktów.
Jeśli chodzi o Po Nalewce, trudno szukać wielu pozytywów pod względem sportowym. Na pewno należy jednak docenić postawę zespołu. Mimo trudnej sytuacji drużyna podeszła do meczu z pozytywnym nastawieniem, bez niepotrzebnych emocji i agresji. Sam fakt, że udało się zebrać skład i wyjść na boisko do walki, zasługuje na szacunek.
Husaria zrobiła więc dokładnie to, co musiała. Wygrała swoje spotkanie, a korzystny wynik z drugiego boiska sprawił, że sezon zakończyła z brązowymi medalami. Trudno wyobrazić sobie lepszy finał rozgrywek dla zespołu z Mokotowa.
Mecz pomiędzy Wczorajsi FC a FC Górka Kazurka był spotkaniem drużyn, które mogły podejść do ostatniej kolejki bez większej presji. Gospodarze mieli już zapewnione utrzymanie, a goście wiedzieli, że po sezonie pożegnają się z ligą. Nie oznaczało to jednak spokojnego spaceru po boisku. Wręcz przeciwnie – obie ekipy postawiły na otwartą grę i od pierwszych minut było widać, że bardziej niż kalkulowanie interesuje je po prostu dobra zabawa.
Od początku oglądaliśmy bardzo ofensywne spotkanie. Sytuacji nie brakowało pod obiema bramkami, a defensywa schodziła tego dnia na dalszy plan. Goście skuteczniej wykorzystywali swoje okazje i z czasem zaczęli budować przewagę. Duża w tym zasługa Emanuela Czernika oraz Michała Mazura, którzy byli najaktywniejszymi zawodnikami FC Górka Kazurka i ostatecznie zakończyli spotkanie z hat-trickami na koncie. Do przerwy wynik wskazywał już 5:3 dla gości.
Po zmianie stron obraz gry praktycznie się nie zmienił. Wczorajsi nie zamierzali jednak odpuszczać i mimo wysokiej straty cały czas szukali swoich szans w ataku. Bardzo aktywny był Krystian Łączny, a skutecznością imponował Jakub Erbel, który również trzykrotnie wpisał się na listę strzelców.
Gospodarze potrafili kilka razy zbliżyć się wynikiem do rywali, ale Górka Kazurka za każdym razem znajdowała odpowiedź i nie pozwalała przeciwnikom realnie wrócić do meczu. Goście zachowali więcej spokoju pod bramką i skutecznie wykorzystywali wolne przestrzenie, które pojawiały się przy coraz bardziej otwartej grze Wczorajszych.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 11:8 dla FC Górka Kazurka, która dopisała do swojego dorobku ostatnie trzy punkty w sezonie.
Na Arenie Grenady zmierzyły się dwie drużyny, które przed ostatnią kolejką miały zupełnie inne cele. Bulbez Team Bemowo był już pogodzony ze spadkiem i chciał godnie pożegnać się z 10. Ligą, natomiast Polska Górom wciąż walczyła o piąte miejsce dające przepustkę do Pucharu Fanów, a także o poprawę nastrojów na zakończenie sezonu. Motywacji po stronie gości zdecydowanie nie brakowało.
Spotkanie rozpoczęło się z dużym przytupem. Od pierwszych minut bardzo aktywny był Oskar Zakrzewski, który regularnie napędzał akcje swojej drużyny. Świetnie dogrywał piłki kolegom, dobrze odnajdywał się między liniami i szybko zaznaczył swoją obecność również w statystykach bramkowych. To właśnie jego energia i jakość sprawiły, że początek meczu należał do Polski Górom. Bulbez Team nie zamierzał jednak odpuszczać. Mimo trudnej sytuacji w tabeli gospodarze chcieli zostawić po sobie dobre wrażenie i przez długie fragmenty odpowiadali ambitną grą. Było widać, że nie wyszli na boisko tylko po to, by odegrać rolę statysty w pożegnaniu z ligą.
Pierwsza połowa była jeszcze stosunkowo wyrównana, ale po zmianie stron Polska Górom wrzuciła wyższy bieg. Goście zaczęli dominować pod względem tempa, intensywności i liczby stwarzanych sytuacji. Coraz częściej zamykali rywali na ich połowie i narzucali warunki gry, a gospodarzom coraz trudniej było nadążyć za wymianą podań i ruchem bez piłki. Ogromny udział w tym miał Borys Guz, który rozegrał kapitalną drugą połowę. Był niezwykle solidny w defensywie, skutecznie przerywał akcje rywali, a jednocześnie regularnie podłączał się do ataków swojej drużyny. Jakby tego było mało, ozdobił spotkanie bramką zdobytą z własnej połowy boiska.
Co by nie mówić, forma dopisała praktycznie całej drużynie. Rytel, Heratym i Greguła dali od siebie mnóstwo walki oraz wiele dobrych akcji, dokładając swoją cegiełkę do końcowego sukcesu. Po drugiej stronie boiska nie sposób pominąć również występu Rafała Dobrosza, który skompletował hat-tricka dla Bulbezu.
Z biegiem czasu przewaga Polski Górom stawała się coraz bardziej widoczna. Goście lepiej operowali piłką, szybciej podejmowali decyzje i skutecznie wykorzystywali wolne przestrzenie. Widać było, że stawka meczu jest dla nich bardzo konkretna i że chcą zakończyć sezon z przytupem.
Bulbez Team walczył do końca i za to należą mu się słowa uznania. Choć sezon kończy się dla tej drużyny spadkiem, nie brakowało jej ambicji i charakteru. Polska Górom natomiast zrobiła to, co musiała. Narzuciła swoje warunki, pokazała jakość i wygrała wyścig o piąte miejsce premiowane udziałem w Pucharze Ligi Superbet.
Fuszerka już przed spotkaniem zagwarantowała sobie pewne utrzymanie, ale cały czas walczyła o bilet na turniej kończący ligowy sezon. Dla zespołu Grajki i Kopacze mecz ten był jedynie okazją do podtrzymania zwycięskiej passy, ponieważ mistrzostwo mieli już zapewnione.
Początek spotkania był bardzo wyrównany i nie było widać różnicy w tabeli dzielącej obie drużyny. Wynik w 10. minucie otworzyli goście, ale chwilę później po dobitce po rzucie wolnym wyrównali gospodarze. Niespodziewanie kolejne minuty należały do niżej notowanego zespołu. Fuszerka najpierw trafiła w poprzeczkę, a chwilę później nie wykorzystała stuprocentowej okazji, która z pewnością znajdzie się w kalafiorach kolejki.
Na przerwę drużyny schodziły przy remisie 1:1 i każda z nich mogła być zadowolona ze swojej gry defensywnej. Na szczególne wyróżnienie zasługuje świetna dyspozycja nominalnego zawodnika z pola, a tego dnia bramkarza Fuszerki – Łukasza Prusika. Kilkoma znakomitymi interwencjami zapewnił swojej drużynie remisowy rezultat do przerwy.
Na początku drugiej połowy z rzutu karnego ponownie na prowadzenie wyszli goście, jednak już kolejna akcja przyniosła wyrównanie. W końcowych fragmentach meczu gospodarze zmarnowali jeszcze jedną świetną okazję i to właśnie to niewykorzystane trafienie zemściło się na nich najbardziej. Ostatnie dziesięć minut to koncertowa gra świeżo upieczonych mistrzów, którzy zdobyli cztery bramki i zakończyli sezon kolejnym zwycięstwem. Wynik 6:2 dla Grajków i Kopaczy nie do końca oddaje przebieg spotkania, ale potwierdza ich skuteczność i jakość w decydujących momentach.
Zespół Fuszerki może czuć spory niedosyt, bo przez długie fragmenty meczu prezentował się bardzo dobrze. Jedno jest jednak pewne – po takim występie pozycję bramkarza na kolejny sezon Łukasz Prusik ma już praktycznie zaklepaną.
Jeśli MWSP miało już przed meczem zapewnione srebrne medale i mogło podejść do spotkania ze spokojną głową, to w przypadku Mistrzów Chaosu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Siódme miejsce w tabeli wciąż nie było pewne, a porażka mogła oznaczać spadek na ósmą lokatę i znalezienie się w strefie spadkowej.
Mimo stawki spotkanie toczyło się w dość luźnej atmosferze. Momentami było jednak widać, że Mistrzom Chaosu zależy na tym meczu nieco bardziej. Szczególnie wyróżniał się kapitan Jakub Spławski, który dawał z siebie wszystko. Zdobył bramkę, wybijał piłki z linii bramkowej, walczył o każdy styk i nieustannie mobilizował partnerów do jeszcze większego wysiłku. Prawdziwy kapitan z krwi i kości. Tego dnia okazało się to jednak niewystarczające.
Po drugiej stronie zabrakło kapitana MWSP, ale drużyna funkcjonowała bardzo dobrze jako kolektyw. Szczególnie skutecznie wyglądała współpraca duetu Małaśnicki – Sołdaczuk. Dwukrotnie niemal identycznie rozegrali wrzut z autu. Janek posyłał piłkę na dalszy słupek, a Jakub pewnie wykańczał akcję strzałem głową. Proste rozwiązanie, ale niezwykle skuteczne.
Sam mecz przypominał prawdziwą huśtawkę nastrojów. Mistrzowie Chaosu dwukrotnie wychodzili na prowadzenie, MWSP odpowiadało, a później samo trzy razy obejmowało prowadzenie. Ostatecznie decydujący cios należał do wicemistrzów, którzy wyszli na 5:4 i nie oddali już tej przewagi do końcowego gwizdka. Trzeba jednak przyznać, że MWSP stworzyło więcej klarownych sytuacji bramkowych i przez dłuższe fragmenty spotkania wyglądało groźniej pod bramką rywali. Z kolei końcówka należała do Mistrzów Chaosu. Atakowali coraz odważniej, szukali wyrównania i często próbowali szczęścia strzałami z dystansu. Sprawiali problemy bramkarzowi przeciwników, ale nie zdołali znaleźć tej jednej akcji, która dałaby im upragniony remis. Tym samym musieli się pogodzić z goryczą relegacji...
Spotkanie pomiędzy liderem tabeli AC Choszczówka a FC Patetikos zapowiadało się interesująco, jednak jego początek był bardzo nietypowy. Z powodu spóźnienia części zawodników mecz rozpoczął się w formule 3 na 3. Wydawało się, że może to utrudnić zadanie liderowi rozgrywek, ale pierwsze minuty pokazały coś zupełnie odwrotnego.
W 9. minucie Przybysz przejął piłkę po własnym odbiorze i pewnym strzałem otworzył wynik spotkania dla Choszczówki. FC Patetikos odpowiedziało dwie minuty później, gdy Jasztel wykorzystał podanie Michalika i doprowadził do wyrównania. Mimo to inicjatywa nadal należała do gospodarzy. W 14. minucie Przybysz ponownie popisał się skutecznym odbiorem piłki i po indywidualnej akcji zdobył swoją drugą bramkę w meczu. Jeszcze przed przerwą prowadzenie lidera podwyższył Śpiewak, dzięki czemu Choszczówka schodziła na przerwę z wynikiem 3:1.
Po zmianie stron na boisku oglądaliśmy już normalną grę 5 na 5, a wraz z nią całkowicie odmieniony obraz spotkania. FC Patetikos ruszyło do odrabiania strat i bardzo szybko złapało kontakt. Skibiński wykorzystał podanie Michalika i zdobył bramkę na 3:2. Chwilę później Kochanowski popisał się skutecznym uderzeniem po rzucie rożnym, doprowadzając do remisu. Patetikos poczuło swoją szansę i przejęło kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Kolejne trafienie Skibińskiego, ponownie po asyście Michalika, wyprowadziło gości na prowadzenie. Choszczówka próbowała odpowiedzieć i dzięki bramce Radonia doprowadziła jeszcze do remisu, jednak końcówka należała już wyłącznie do Patetikos.
Bohaterem spotkania został Jasztel, który po bramce zdobytej w pierwszej połowie dołożył jeszcze trzy trafienia po przerwie. Jego skuteczność była kluczowa dla odrobienia strat i przechylenia szali zwycięstwa na stronę FC Patetikos. Ostatni gol padł w końcowej akcji meczu, pieczętując triumf gości. To właśnie ta postawa sprawiła, że goście odwrócili losy meczu i sięgnęli po cenne zwycięstwo, kończąc spotkanie efektowną remontadą.
Jeśli przed pierwszym gwizdkiem można było zastanawiać się, czy Piwo Po Meczu FC będzie w stanie sprawić niespodziankę i wykorzystać słabszą formę Warsaw Wilanów, to boiskowa rzeczywistość bardzo szybko rozwiała wszelkie wątpliwości. Gospodarze od początku narzucili swoje warunki gry i już w pierwszej połowie praktycznie rozstrzygnęli losy spotkania.
Warsaw Wilanów od pierwszych minut dominował w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Drużyna, która w rundzie wiosennej przeżywała wyraźny kryzys i seryjnie traciła punkty, tym razem wyglądała jak zespół walczący o najwyższe cele. Akcje gospodarzy były szybkie, składne i niezwykle skuteczne, a defensywa Piwoszy nie potrafiła znaleźć sposobu na zatrzymanie rozpędzonych rywali. Efekt był imponujący – już do przerwy na tablicy wyników widniał rezultat 5:0, który praktycznie zamknął temat końcowego rozstrzygnięcia.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Warsaw Wilanów nadal kontrolował przebieg meczu, utrzymywał wysokie tempo i regularnie dokładał kolejne trafienia. Gości stać było jedynie na honorową bramkę, która nie wpłynęła jednak na przebieg rywalizacji. Ostatecznie gospodarze odnieśli efektowne zwycięstwo 10:1, przełamując niekorzystną serię i kończąc sezon w zdecydowanie lepszych nastrojach.
Najważniejszą postacią spotkania był bez wątpienia Karol Kowalski. Lider ofensywy Warsaw Wilanów rozegrał prawdziwy koncert, zdobywając aż pięć bramek i dokładając do tego trzy asysty. Był praktycznie nie do zatrzymania dla obrońców rywali, a jego występ stanowił idealne podsumowanie bardzo udanego sezonu indywidualnego. Dzięki tej imponującej zdobyczy Kowalski zapewnił sobie tytuł Króla Strzelców 11. Ligi, a także pierwsze miejsce w klasyfikacji kanadyjskiej, potwierdzając swoją dominację w rozgrywkach.
To jednak nie koniec indywidualnych sukcesów zawodników Warsaw Wilanów. Tytuł najlepszego asystenta ligi trafił do Kuby Świtalskiego, który przez cały sezon imponował przeglądem pola, kreatywnością i umiejętnością obsługiwania partnerów doskonałymi podaniami. Duet Kowalski–Świtalski okazał się jednym z najgroźniejszych ofensywnych tandemów całych rozgrywek.
Dla gospodarzy wysokie zwycięstwo było udanym zwieńczeniem sezonu, który mimo ogromnego potencjału pozostawia pewien niedosyt po słabszej rundzie rewanżowej. Z kolei Piwo Po Meczu FC kończy rozgrywki na ostatnim miejscu, a wynik ostatniego meczu tylko potwierdził problemy, z którymi drużyna zmagała się przez większość sezonu.
Już przed spotkaniem emocje sięgały zenitu. Mocny Narket musiał pokonać faworyzowaną CWKS Ferajnę, by zachować cień szansy na utrzymanie, a i tak musiał oglądać się na inne wyniki. Ferajna również nie była zależna wyłącznie od siebie, choć żeby pozostać w walce o brązowe medale 11. Ligi, musiała zgarnąć trzy punkty w meczu z Narketem. Czy można było wyobrazić sobie lepszy scenariusz na finałową kolejkę Ligi Fanów? Chyba nie. „Pikanterii” dodawał również fakt, że pomimo ogromnej wagi tego spotkania obie ekipy przystąpiły do niego bez choćby jednego zmiennika.
Jedenastopunktowej różnicy w tabeli pomiędzy mierzącymi się zespołami absolutnie nie było widać. Choć styl gry CWKS-u oparty był bardziej na ataku pozycyjnym, a Narketu na żelaznej defensywie i kontratakach, to żadnej ze stron przez długi czas nie udawało się wyjść na prowadzenie.
Świetnie rozgrywający piłkę golkiper gospodarzy, Stanisław Dąbrowski, okazał się równie nieoceniony w tradycyjnym, bramkarskim aspekcie, broniąc naprawdę dogodną okazję rywali. O pierwszym golu zadecydowała odrobina szczęścia. Do bezpańskiej piłki po zablokowanym przez defensywę Ferajny strzale dopadł Jakub Dąbek i uderzył na tyle precyzyjnie, że futbolówka zatrzepotała w siatce, odbijając się wcześniej od dalszego słupka. Szans na wyrównanie dla graczy w zielonych trykotach nie brakowało, ale za każdym razem zawodziła ich decyzyjność w kluczowych momentach akcji. W efekcie na przerwę schodzili niespodziewanie przegrywając.
W drugiej połowie gospodarze nie zaprzestali napierać na bramkę Mocnego Narketu, lecz prawdziwy popis umiejętności dawał między słupkami Ruben Nieścieruk. Bramkarz gości zdołał nawet wyjąć „pewnego” gola po strzale głową Mateusza Zielińskiego. Ten sam kunszt i nerwy ze stali pokazał również, broniąc uderzenie Jakuba Piątka z niewielkiej odległości. Na nieszczęście dla Ferajny, za przerwanie groźnie zapowiadającego się kontrataku gości Zieliński obejrzał drugą żółtą kartkę i musiał opuścić boisko. Niedługo później na 2:0 podwyższył Gabriel Duch, korzystając z fatalnej pomyłki przy rozegraniu piłki we własnym polu karnym.
Po dobitce Bartosza Sitarka, który wykorzystał odbicie piłki od słupka po strzale Jakuba Piątka, zrobiło się nerwowe 1:2. Chwilę później zawodnik z numerem 29 ponownie stanął oko w oko z kapitanem Narketu, ale Ruben Nieścieruk po raz kolejny dokonał rzeczy niemal niemożliwej i obronił jego strzał.
Ta interwencja dała Mocnemu Narketowi upragnione trzy punkty i – jak się później okazało – ciężko wywalczone utrzymanie. CWKS Ferajna natomiast już drugi sezon z rzędu mija się z podium na ostatniej prostej...
Mecz pomiędzy Galeonem a Legijną Ferajną miał potencjał na prawdziwie gorące widowisko. Galeon walczył o brązowe medale, jednak jeszcze przed pierwszym gwizdkiem było już jasne, że rywale w walce o podium stracili punkty. Dzięki temu zawodnicy w bordowych koszulkach mogli być pewni miejsca na najniższym stopniu podium. Głównym pytaniem pozostawało więc to, czy drużynie uda się pomóc Krzyśkowi Małażewskiemu w walce o indywidualne wyróżnienia. MVP ligi miał już praktycznie w kieszeni, ale korona króla strzelców i tytuł najlepszego asystenta wciąż wymagały skutecznego występu.
Sam mecz przypominał prawdziwą huśtawkę nastrojów. Początek zdecydowanie należał do Legijnej Ferajny. Podczas gdy Galeon sprawiał wrażenie zespołu nieco rozluźnionego po zapewnieniu sobie medalu, Ferajna wyszła na boisko maksymalnie zmobilizowana. Kilka składnych akcji i skutecznych wykończeń sprawiło, że szybko objęła prowadzenie 3:1 i pokazała, że nie zamierza odgrywać roli statysty.
Środkowa faza spotkania należała już do Galeonu. Wtedy na pierwszy plan wysunął się duet Krzysiek Małażewski – Ivan Rudyi. To właśnie oni napędzali większość ofensywnych akcji swojej drużyny, dzięki czemu Galeon nie tylko odrobił straty, ale również wyszedł na prowadzenie 5:3. Wydawało się, że gospodarze przejęli kontrolę nad wydarzeniami na boisku i pewnie zmierzają po komplet punktów. Końcówka ponownie przyniosła jednak zwrot akcji. Galeon nieco spuścił z tonu, natomiast Legijna Ferajna wrzuciła wyższy bieg i rzuciła się do odrabiania strat. Determinacja została nagrodzona, bo goście zdołali doprowadzić do remisu. Patrząc na przebieg ostatnich minut, można nawet odnieść wrażenie, że mieli apetyt na pełną pulę. W ich szeregach szczególnie wyróżniali się Jan Górnicki oraz Daniel Ogórek, którzy byli motorami napędowymi zespołu w ofensywie.
Mecz, który przed pierwszym gwizdkiem mógł wydawać się spotkaniem bez większej stawki, ostatecznie dostarczył ciekawych zwrotów akcji. Obie drużyny pokazały charakter, a remis wydaje się wynikiem dobrze oddającym przebieg tego wyrównanego starcia.
Rodzina Soprano – jak na mafijną familię przystało – urządziła sobie prawdziwą strzelaninę w ostatniej kolejce 12. ligi. Ofiarą okazało się Dynamo Wołomin, choć już na mecz drużyna ta dotarła mocno osłabiona. Przy takim słońcu, jakie mieliśmy o 9 rano, było to tylko wodą na młyn dla rywali.
Przeciwnik grający bez zmian to wymarzona sytuacja dla zawodników walczących o indywidualne trofea. Z pewnością z takiego obrotu spraw zadowolony był Filip Motyczyński, który dzięki siedmiu zdobytym bramkom przegonił w klasyfikacji strzelców Łukasza Słowika. Grzegorz Bogdański natomiast, dorzucając dwie asysty, jeszcze wyśrubował swój dorobek w tym sezonie. No i najważniejsze – Rodzina Soprano utrzymała pierwsze miejsce w tabeli i w ostatniej kolejce przypieczętowała wygranie całej ligi.
Gdybyśmy chcieli opisywać każdego zdobytego gola, musielibyśmy przygotować naprawdę sporo miejsca na naszej stronie. Do przerwy było bowiem 11:1, a osiem bramek Rodzina Soprano zdobyła w ciągu pierwszych dziewięciu minut. Tu nie było litości ani odpuszczania. A przynajmniej w pierwszej połowie, bo po przerwie gra była już znacznie spokojniejsza.
Ostatecznie stanęło na 19:5, więc trzeba też oddać Dynamo Wołomin, że nie poddało się bez walki i mimo trudnej sytuacji próbowało odpowiadać na ataki rywali. Mecz był pełen goli, ale także materiału do kalafiorów kolejki. Pisząc to, już nie możemy doczekać się kompilacji, bo spotkanie rozegrane z samego rana mogłoby wypełnić całą ramówkę.
Spotkanie Vox Populi z Furduncio Brasil FC II miało zupełnie inne znaczenie dla obu drużyn. Gospodarze byli już pewni miejsca w środku tabeli i nie walczyli o żaden konkretny cel, natomiast goście wciąż zachowywali matematyczne szanse na utrzymanie. Aby pozostać w lidze, Brazylijczycy musieli jednak nie tylko zapunktować, ale również liczyć na korzystne wyniki w innych meczach.
Pierwsza połowa przebiegała pod dyktando Vox Populi, choć przez długi czas brakowało skuteczności pod bramką rywali. Gospodarze regularnie tworzyli sobie kolejne okazje, jednak długo nie potrafili znaleźć drogi do siatki. Dopiero pod koniec tej części spotkania przełamali defensywę przeciwników. Drugie trafienie było ozdobą końcówki pierwszej połowy – świetnym instynktem wykazał się Krzysztof Stachowicz, który najszybciej dopadł do odbitej piłki i skierował ją do pustej bramki.
Po przerwie obraz gry zmienił się w prawdziwy koncert gospodarzy. Vox Populi dominowało w każdym aspekcie, regularnie bombardując bramkę przeciwników i nie pozostawiając im zbyt wiele miejsca na oddech. Pierwszoplanową postacią był Krzysztof Stachowicz, który w drugiej połowie aż czterokrotnie wpisał się na listę strzelców, a do swojego dorobku dołożył również asystę. Sytuacji Furduncio Brasil FC II nie poprawiło także chwilowe osłabienie po intencjonalnym zagraniu ręką jednego z zawodników.
Vox bezlitośnie wykorzystał problemy rywali, dokładając kolejne trafienia i ostatecznie wygrywając aż 8:0. Dla gospodarzy było to efektowne zakończenie sezonu i potwierdzenie dobrej dyspozycji na finiszu rozgrywek. Dla Furduncio Brasil FC II porażka okazała się natomiast wyjątkowo bolesna – oznaczała utratę szans na utrzymanie i spadek do niższej klasy rozgrywkowej...
W niezwykle ciekawym spotkaniu FC Vikersonn UA II pokonał Luminę 9:8. Do przerwy minimalnie lepsi byli zawodnicy Vikersonn, którzy prowadzili 4:3.
Na szczególne uznanie zasługuje postawa Vikersonna jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Ze względu na braki kadrowe Luminy zespół przez cały mecz musiał grać w pomniejszonym składzie. W geście sportowej solidarności zawodnicy Vikersonn również zdjęli jednego gracza, dzięki czemu spotkanie od początku do końca było rozgrywane na równych zasadach. To świetny przykład postawy fair play i szacunku dla przeciwnika.
Sam mecz był bardzo wyrównany. Obie drużyny stworzyły wiele sytuacji bramkowych, a wynik przez długi czas pozostawał sprawą otwartą. W końcowej fazie spotkania było jednak widać narastające zmęczenie zawodników Luminy, którzy przez całe spotkanie musieli radzić sobie bez możliwości zmian. Mimo to walczyli do ostatniego gwizdka i do samego końca pozostawali w grze o korzystny rezultat.
Duży wpływ na przebieg spotkania mogła mieć również pechowa kontuzja bramkarza Luminy, Łukasza Kuleszy. Mimo że w pierwszej połowie, pomimo czterech straconych bramek, prezentował się bardzo dobrze i kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą kolejnych goli, w dalszej części meczu niefortunnie stanął, doznając urazu, który uniemożliwił mu kontynuowanie gry. Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się losy tego spotkania, gdyby mógł pozostać między słupkami do końca.
Największym bohaterem ofensywy FC Vikersonn UA był Valerii Shulha. Autor czterech trafień był prawdziwym postrachem defensywy rywali, skutecznie wykańczając niemal każdą groźną akcję swojego zespołu. Po stronie Luminy na wyróżnienie zasłużył Matvii Puzyk, który zdobył trzy bramki i był jednym z liderów swojej drużyny w ofensywie.
Przed rozpoczęciem spotkania sytuacja w czołówce tabeli była już jasna. FC Melange znał wynik wcześniejszego meczu Rodziny Soprano, co oznaczało, że marzenia o mistrzostwie trzeba było odłożyć na kolejny sezon. Stawką niedzielnego spotkania było jednak wciąż bardzo wiele, ponieważ zwycięstwo gwarantowało gospodarzom zakończenie rozgrywek na drugim miejscu. Każdy inny rezultat mógł jeszcze skomplikować ich sytuację w walce o wicemistrzostwo.
Od pierwszego gwizdka było widać, że Melange nie zamierza pozostawiać niczego przypadkowi. Gospodarze błyskawicznie przejęli inicjatywę i praktycznie od początku dominowali nad rywalem. Gentlemani sprawiali wrażenie drużyny, która chciałaby już zakończyć trudny sezon, podczas gdy FC Melange grał z dużą energią, swobodą i skutecznością. Kolejne akcje kończyły się groźnymi sytuacjami pod bramką gości, a wynik bardzo szybko zaczął rosnąć.
Już do przerwy gospodarze prowadzili 5:0 i było jasne, że kwestia zwycięstwa jest praktycznie rozstrzygnięta. FC Melange imponował wysokim pressingiem, płynnością rozegrania oraz skutecznością pod bramką przeciwnika. Gentlemani nie byli w stanie znaleźć sposobu na zatrzymanie rozpędzonych rywali, a różnica jakości pomiędzy zespołami była wyraźnie widoczna.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Wręcz przeciwnie – gospodarze jeszcze bardziej podkręcili tempo i urządzili sobie prawdziwy festiwal strzelecki. Kolejne bramki padały jedna po drugiej, a zawodnicy FC Melange z każdą minutą bawili się grą coraz lepiej. Defensywa Gentlemanów nie nadążała za szybkimi atakami przeciwników, którzy bezlitośnie wykorzystywali każdą okazję do podwyższenia prowadzenia.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się efektownym zwycięstwem faworytów aż 16:0. Dzięki temu triumfowi gospodarze przypieczętowali zdobycie wicemistrzostwa Ligi Fanów i mogą uznać sezon za bardzo udany. Choć zabrakło mistrzowskiego tytułu, drugie miejsce jest nagrodą za konsekwentną grę i znakomitą postawę na przestrzeni całych rozgrywek.
Na szczególne wyróżnienie zasłużył Kamil Marciniak. Zawodnik FC Melange zdobył jedną bramkę i zanotował trzy asysty, ale to właśnie druga z nich miała wymiar historyczny. Była to bowiem jego setna asysta w historii rozgrywek Ligi Fanów. Po tym spotkaniu jego dorobek wynosi już 151 bramek i 101 asyst w 188 rozegranych meczach. Oznacza to udział przy 252 golach swojej drużyny, co jest wynikiem godnym podziwu.
Historyczna, setna asysta Kamila Marciniaka oraz efektowne zwycięstwo sprawiły, że ostatni mecz sezonu był dla FC Melange wyjątkowo udanym zwieńczeniem kampanii 2025/26. Dla Gentlemanów był to natomiast ostatni akord trudnego sezonu, o którym będą chcieli jak najszybciej zapomnieć i skupić się na przygotowaniach do kolejnej kampanii.
FC Łazarski zakończył sezon mocnym akcentem, pokonując FC Razam. Choć do przerwy Łazarski prowadził 3:1, wynik nie oddaje w pełni przebiegu meczu, który przez większość czasu był niezwykle wyrównany.
Od pierwszych minut obie drużyny grały odważnie w ofensywie, stwarzając wiele sytuacji podbramkowych. Po stronie Łazarskiego kluczową postacią był Zhasulan Kamantay, który zanotował kapitalny występ, zdobywając dwie bramki i dokładając aż pięć asyst. To właśnie jego kreatywność i wpływ na grę były jednymi z głównych powodów zwycięstwa gospodarzy.
W szeregach FC Razam wyróżniał się Pavel Sharlan, autor czterech bramek. Napastnik przez cały mecz był bardzo aktywny i wielokrotnie napędzał ataki swojej drużyny, utrzymując ją w walce o punkty aż do ostatnich minut.
Kluczowy moment meczu nastąpił w drugiej połowie, gdy przy wyniku 6:4 dla Łazarskiego rzut karny pewnie wykorzystał Roman Nedilskyi, podwyższając prowadzenie na 7:4. Wydawało się wtedy, że losy spotkania są już rozstrzygnięte, jednak zawodnicy Razam nie zamierzali się poddawać. Wykorzystując błędy rywali, zdobyli dwie szybkie bramki i doprowadzili do stanu 7:6, fundując kibicom niezwykle emocjonującą końcówkę. Ostatnie słowo należało jednak do faworytów. W końcowej akcji meczu gospodarze przeprowadzili składną zespołową akcję, którą zakończyli golem na 8:6, przypieczętowując zwycięstwo i zamykając spotkanie.
Ten mecz był doskonałym podsumowaniem bardzo udanego sezonu FC Łazarski. Drużyna zakończyła rozgrywki na wysokim 3. miejscu w tabeli, które dało jej awans do wyższej ligi i było nagrodą za konsekwentną grę przez cały sezon. FC Razam finiszował natomiast na 7. pozycji, zapewniając sobie utrzymanie i unikając strefy spadkowej.
Choć przed meczem faworytem pozostawał świeżo upieczony mistrz 13. Ligi, tym razem okoliczności zdecydowanie nie sprzyjały Boiskowemu Folklorowi. Gospodarze mieli już zapewniony tytuł mistrzowski i do ostatniego spotkania sezonu przystąpili w mocno okrojonym składzie. Na boisku zameldowali się zaledwie w pięciu zawodników, co od samego początku stawiało ich w bardzo trudnej sytuacji.
Lisy Bez Polisy doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że rywale przez cały mecz będą zmuszeni grać w osłabieniu. Goście wykorzystali przewagę liczebną w najlepszy możliwy sposób i już od pierwszych minut przejęli kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Mistrzowie próbowali dotrzymywać kroku przeciwnikom, jednak brak zmian oraz gra w niepełnym składzie szybko zaczęły być widoczne.
Pierwsza połowa przebiegała pod wyraźne dyktando Lisów. Goście byli szybsi, częściej utrzymywali się przy piłce i skutecznie wykorzystywali wolne przestrzenie. Boiskowy Folklor walczył ambitnie, ale nie był w stanie zatrzymać kolejnych ataków przeciwnika. W efekcie do przerwy na tablicy wyników widniał rezultat 5:1 dla Lisów, który praktycznie ustawił dalszy przebieg rywalizacji.
Po zmianie stron obraz meczu nie uległ większym zmianom. Prowadzący nadal kontrolowali wydarzenia na boisku i nie pozwalali gospodarzom na odrobienie strat. Boiskowy Folklor próbował szukać swoich szans w pojedynczych akcjach ofensywnych, jednak przewaga liczebna rywali była zbyt dużym atutem. Spotkanie nie miało już większej historii, a kolejne minuty przybliżały gości do pewnego zwycięstwa.
Ostatecznie Lisy Bez Polisy pokonały Boiskowy Folklor 8:2 i zakończyły sezon efektownym triumfem. Wygrana pozwoliła im postawić kropkę nad i w kwestii utrzymania, a choć wcześniej było już wiadomo, że nie włączą się do walki o miejsca premiowane awansem do Pucharu Fanów, zwycięstwo nad mistrzem ligi z pewnością jest dla nich powodem do satysfakcji i dobrym zakończeniem rozgrywek.
Dla Boiskowego Folkloru porażka nie miała natomiast żadnych konsekwencji. Najważniejsze rozstrzygnięcie zapadło już wcześniej, gdy drużyna zapewniła sobie mistrzowski tytuł i potwierdziła, że na przestrzeni całego sezonu była najlepszym zespołem ligi. Ostatni mecz był jedynie formalnością, a mimo wysokiej przegranej gospodarze mogą zakończyć kampanię 2025/26 z pełnym poczuciem dobrze wykonanej pracy i złotymi medalami na szyjach.
Spotkanie pomiędzy Kresowią Warszawa II a Elitarnymi Gocław zakończyło się zwycięstwem Kresowii. Wynik bardzo dobrze odzwierciedla przebieg meczu, w którym oglądaliśmy przede wszystkim świetnie zorganizowaną grę defensywną obu drużyn. Choć nie brakowało sytuacji podbramkowych, zarówno obrońcy, jak i bramkarze długo skutecznie powstrzymywali ofensywne zapędy rywali.
Już od pierwszych minut nieco większą inicjatywę przejęła Kresowia. Jej zawodnicy częściej utrzymywali się przy piłce i regularnie stwarzali zagrożenie pod bramką przeciwnika. Pierwsza połowa mogła zakończyć się znacznie wyższym prowadzeniem Kresowii, jednak fantastyczne zawody rozgrywał bramkarz Elitarnych, Marcin Głębocki. To właśnie dzięki jego licznym interwencjom wynik przez długi czas pozostawał na styku, a do przerwy Kresowia prowadziła jedynie 1:0.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Elitarni starali się szukać swoich szans po szybkich atakach, natomiast Kresowia konsekwentnie budowała akcje i wykorzystywała przewagę w organizacji gry. Mimo że spotkanie było wyrównane i żadna z drużyn nie odpuszczała walki, dało się zauważyć przewagę Kresowii, która częściej dochodziła do sytuacji strzeleckich i lepiej kontrolowała wydarzenia na boisku.
Liderem zwycięskiej drużyny był Daniil Mikulich, który zanotował znakomity występ. Zdobył jedną bramkę i dołożył dwie asysty, będąc prawdziwym motorem napędowym ofensywy swojego zespołu. Świetnie współpracował z Artemem Janczylikiem, który również miał duży udział w zwycięstwie, zapisując na swoim koncie gola i asystę. Duet ten wielokrotnie sprawiał problemy defensywie Elitarnych i był kluczowy dla końcowego sukcesu Kresowii. Po stronie Elitarnych Gocław na wyróżnienie zasłużył przede wszystkim Marcin Głębocki. Bramkarz wielokrotnie ratował swój zespół przed utratą kolejnych bramek i był zdecydowanie najjaśniejszą postacią swojej drużyny. Jedyne trafienie dla Elitarnych zdobył Wojciech Sekulak, który wykorzystał jedną z nielicznych okazji swojego zespołu.
Ostatecznie Kresowia Warszawa II wygrała 3:1, potwierdzając, dlaczego zakończyła sezon na 3. miejscu w tabeli. Elitarni Gocław, którzy ukończyli rozgrywki na 5. pozycji, również pokazali się z dobrej strony, szczególnie w defensywie. Mimo że spotkanie było wyrównane, przewaga Kresowii była widoczna przez większość meczu, a zwycięstwo gospodarzy można uznać za w pełni zasłużone.
W ostatniej kolejce 13. Ligi Fanów zmierzyły się zespoły Cockpit Country oraz Borowiki. Mecz znakomicie rozpoczęli goście. Już w 5. minucie Piotr Jankowski popisał się fantastycznym podaniem piętką, które całkowicie zaskoczyło defensywę gospodarzy. Daniel Kaczmarek znalazł się dzięki temu sam na sam z bramkarzem i mocnym strzałem przy słupku otworzył wynik spotkania.
Sześć minut później Borowiki podwyższyły prowadzenie. Tym razem w roli głównej wystąpił sam Jankowski, który precyzyjnym uderzeniem przy dalszym słupku nie pozostawił bramkarzowi żadnych szans na skuteczną interwencję. Cockpit Country nie zamierzało jednak składać broni. W 16. minucie gospodarze zdobyli bramkę kontaktową, a już trzy minuty później Mateusz Preibisz doprowadził do wyrównania. Gospodarze wykorzystali chwilę dekoncentracji rywali i błyskawicznie odrobili straty. Pierwsza połowa zakończyła się remisem 2:2.
Po zmianie stron Borowiki wróciły na boisko niezwykle skoncentrowane. Wystarczyło zaledwie trzydzieści sekund, aby ponownie objąć prowadzenie. Goście poszli za ciosem i siedem minut później zdobyli kolejną bramkę. Ponownie ogromny udział miał Piotr Jankowski, który dalekim wrzutem z autu uruchomił kolegę wychodzącego sam na sam z bramkarzem. Napastnik Borowików zachował zimną krew i podwyższył wynik na 4:2.
W 41. minucie kibice byli świadkami trafienia, które bez wątpienia może kandydować do miana bramki kolejki, a nawet całego sezonu. Łukasz Wrona otrzymał piłkę przed polem karnym i bez zastanowienia uderzył wolejem z półobrotu. Futbolówka z ogromną prędkością wpadła w samo okienko bramki, dosłownie zdejmując pajęczynę z narożnika. Bramkarz Cockpit Country mógł jedynie odprowadzić piłkę wzrokiem. Po tym kapitalnym trafieniu Borowiki prowadziły już 5:2.
Gospodarze przebudzili się dopiero w końcówce spotkania. W 46. i 47. minucie zdobyli dwa szybkie gole, zmniejszając straty do jednego trafienia i przywracając emocje. Wydawało się, że Borowiki mogą mieć problemy z utrzymaniem korzystnego wyniku, jednak wtedy ciężar gry na swoje barki ponownie wzięli liderzy zespołu. Najpierw Piotr Jankowski dołożył kolejne decydujące zagranie, a następnie Łukasz Wrona przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny. Dwa gole zdobyte w końcówce rozwiały wszelkie wątpliwości i pozwoliły Borowikom zamknąć spotkanie wygraną 7:4.
Borowiki zaprezentowały ogromną skuteczność i zasłużenie sięgnęły po komplet punktów. Mimo ambitnej postawy Cockpit Country i dwóch udanych powrotów do meczu, drużyna gości miała w swoich szeregach dwóch bohaterów. Piotr Jankowski zaliczył występ kompletny, notując bramkę i aż cztery asysty, natomiast Łukasz Wrona zakończył spotkanie z hat-trickiem oraz fenomenalnym trafieniem, które jeszcze długo będzie wspominane przez kibiców.
W starciu Siwego Konia z Nieuchwytnymi zdecydowanym faworytem wydawała się drużyna Marka Szklennika. Początek spotkania przyniósł jednak sporą niespodziankę. To zawodnicy Siwego Konia od pierwszych minut ruszyli do ataku i robili to na tyle skutecznie, że błyskawicznie objęli prowadzenie.
Na tym nie poprzestali. Chwilę później podwyższyli wynik na 2:0, a po kolejnych minutach mieli już trzy bramki przewagi. Nieuchwytni sprawiali wrażenie zespołu kompletnie zaskoczonego przebiegiem wydarzeń. Przez długi czas wyglądali tak, jakby w ogóle nie weszli jeszcze w mecz. Na ich szczęście z biegiem czasu zaczęli odzyskiwać rytm gry i wracać na właściwe tory. Coraz częściej utrzymywali się przy piłce, przejmowali inicjatywę i stopniowo odrabiali straty. Jeszcze przed przerwą przewaga Siwego Konia stopniała do zaledwie jednej bramki, co zapowiadało ogromne emocje po zmianie stron.
Druga połowa była prawdziwą bitwą i wymianą ciosów. Nieuchwytni częściej utrzymywali się przy piłce i byli zespołem bardziej aktywnym, jednak Siwy Koń nie zamierzał ograniczać się wyłącznie do obrony. Gospodarze regularnie odpowiadali groźnymi kontratakami i skutecznie utrudniali życie rywalom. Obie drużyny szły niemal łeb w łeb, a wynik przez długi czas pozostawał sprawą otwartą. Trudno było przewidzieć, która ze stron przechyli szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Ostatecznie decydujący moment należał do Nieuchwytnych. To właśnie ich trafienie w końcowej fazie meczu rozstrzygnęło losy spotkania i zapewniło im komplet punktów.
Choć faworyt dopiął swego, zwycięstwo nie przyszło łatwo. Siwy Koń zasłużył na słowa uznania za świetną postawę i ambitną walkę od pierwszej do ostatniej minuty. Zawodnicy tej drużyny do końca bili się o każdą piłkę i każdy fragment boiska, sprawiając Nieuchwytnym znacznie więcej problemów, niż można było przypuszczać przed pierwszym gwizdkiem.
Mecz o przysłowiową pietruszkę – tak w skrócie można opisać pojedynek Joga Bonito z White Foxes. Gospodarze mieli już zagwarantowane drugie miejsce w ligowej tabeli. Ich rywale natomiast sezon kończyli w strefie spadkowej i w kolejnej edycji rozgrywek zagrają poziom niżej.
Od początku było widać, że zawodnicy obu drużyn bardziej myślą o wakacjach niż o graniu w pełnym słońcu. Intensywność nie była zbyt wysoka, przez co sytuacji bramkowych było jak na lekarstwo. Pierwszą groźną akcję przeprowadzili gospodarze, ale piłka po ich strzale zatrzymała się na słupku. Najważniejszym momentem pierwszej części meczu była kontuzja golkipera Joga Bonito, który przy wybiciu piłki zderzył się z przeciwnikiem. W tej sytuacji odnowił mu się uraz i zespół gospodarzy był zmuszony do zmiany bramkarza. Do przerwy, mimo kilku dogodnych okazji, wynik nie uległ zmianie i obie drużyny na pierwszą bramkę musiały poczekać do drugiej połowy.
Po zmianie stron jako pierwsi sygnał do ataku dali faworyci, ale ponownie zabrakło im szczęścia, bo tym razem również obili słupek bramki przeciwników. Na kwadrans przed końcem spotkania doczekaliśmy się wreszcie pierwszego trafienia. Mateusz Hnatio, strzegący dostępu do własnej bramki, zapuścił się na połowę rywali i celnym strzałem z dystansu wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Radość nie trwała jednak długo. Chwilę później obrońca Joga Bonito podał piłkę wprost pod nogi przeciwnika, a Maciek Chojnacki skorzystał z prezentu i doprowadził do wyrównania, ustalając wynik meczu na 1:1.
Joga Bonito i White Foxes dopisały do swoich dorobków po jednym punkcie i w ten sposób zakończyły udział w sezonie 2025/2026. Remis wydaje się sprawiedliwym podsumowaniem spotkania, w którym żadna ze stron nie zdołała przejąć wyraźnej kontroli nad wydarzeniami na boisku.
Spotkanie pomiędzy Klikersami a Kanarkami zakończyło się zwycięstwem Klikersów, choć początek meczu wskazywał na zupełnie inny scenariusz. To Kanarki jako pierwsze trafiły do siatki, obejmując prowadzenie już w pierwszych minutach spotkania. Odpowiedź Klikersów była jednak błyskawiczna, a z każdą kolejną minutą ich przewaga na boisku stawała się coraz bardziej widoczna.
Momentem przełomowym była akcja Ernesta Łukaszka, który doprowadził do remisu 1:1 w spektakularnym stylu. Zawodnik Klikersów minął aż czterech rywali, po czym pewnym strzałem zakończył indywidualną akcję. Trafienie wyraźnie napędziło jego drużynę, która szybko przejęła kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Do przerwy Klikersi prowadzili już 4:1, prezentując skuteczną i bardzo dojrzałą grę.
Kluczową postacią meczu był właśnie Ernest Łukaszek. Lider Klikersów zakończył spotkanie z dorobkiem dwóch bramek i dwóch asyst, mając bezpośredni udział przy czterech z pięciu trafień swojej drużyny. Jego znakomity występ został doceniony także indywidualnie – po meczu wybrano go MVP 14. ligi.
Druga połowa wyglądała już nieco inaczej. Kanarki wyszły na boisko bardziej zmotywowane i szybko pokazały, że nie zamierzają oddać punktów bez walki. Ich gra stała się bardziej agresywna i skuteczna, dzięki czemu zaczęli odrabiać straty. Krytyczny moment miał miejsce w ostatnich minutach meczu. Kanarki otrzymały rzut karny, który mógł zmniejszyć stratę do zaledwie jednej bramki i zapewnić niezwykle nerwową końcówkę. Do piłki podszedł Mateusz Chatry, jednak znakomicie zachował się bramkarz Klikersów, Aleksander Prządka. Golkiper świetnie wyczuł intencje strzelca i obronił "jedenastkę", praktycznie przesądzając o zwycięstwie swojej drużyny.
To spotkanie doskonale pokazuje potencjał drzemiący w ekipie Klikersów. Mimo że rozegrali aż dwukrotnie mniej spotkań niż większość drużyn w lidze, zdołali zakończyć sezon na solidnym 6. miejscu, wielokrotnie udowadniając, że mogą rywalizować z najlepszymi zespołami rozgrywek.
Dla Kanarków porażka nie zmienia jednak obrazu bardzo udanego sezonu. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem mieli zapewnione 2. miejsce w tabeli, co jest świetnym wynikiem i potwierdzeniem wysokiej jakości prezentowanej przez nich gry przez całe rozgrywki.
W ostatniej kolejce Oldboys Derby II miało jedno zadanie – utrzymać miejsce na podium, do czego wystarczał im remis. Z kolei ich rywal, Warsaw Pistons, teoretycznie musiał wygrać, by zachować szansę na utrzymanie w lidze, jednak sytuacja mocno skomplikowała się po zwycięstwie Klikersów nad Kanarkami.
Niestety dla widowiska emocje skończyły się, zanim mecz na dobre się rozkręcił. Już w 1. minucie prowadzenie gospodarzom dał Bartłomiej Krywko, który precyzyjnym strzałem z dystansu rozpoczął prawdziwą kanonadę Oldboysów. Worek z bramkami rozwiązał się na dobre, a przewaga zespołu z Osiedla Derby ani przez chwilę nie podlegała dyskusji. Wystarczy wspomnieć, że już po 15 minutach Oldboys prowadzili aż 7:0.
Prawdziwym katem Warsaw Pistons był wspomniany wcześniej Bartłomiej Krywko, który w tym czasie zdobył cztery gole. Dwa trafienia dołożył Piotr Grudzień, a raz na listę strzelców wpisał się Łukasz Łukasiewicz. W środku pola dominował, nomen omen, Jan Dominiewski, świetnie rozdzielający piłki do swoich kolegów, a defensywą bez zarzutu kierował Michał Bugajski.
W pierwszej części meczu goście nie mieli zbyt wiele do powiedzenia i niestety dla nich obraz gry nie zmienił się po przerwie. Wciąż dominowali Oldboje, którzy – paradoksalnie – byli szybsi, wytrzymalsi i lepiej zorganizowani zarówno w defensywie, jak i ofensywie od swoich młodszych przeciwników. Nie dziwi więc różnica, jaka dzieli oba zespoły w tabeli. A może gospodarzom po prostu bardziej się chciało? Honor Warsaw Pistons uratował Kacper Bogusz, zdobywając jedyną bramkę dla swojego zespołu. W szeregach gości wyraźnie brakowało lidera, którym bez wątpienia był nieobecny tego dnia Kacper Romanowski.
Mecz zakończył się w pełni zasłużonym zwycięstwem Oldboys Derby II 12:1. Tym samym gospodarze mogli cieszyć się nie tylko z efektownej wygranej, ale również z wywalczenia brązowych medali na zakończenie sezonu.
Spotkanie pomiędzy FC Olimpik a Heavyweight Heroes zakończyło się zwycięstwem gości. Pierwsza połowa od początku układała się pod dyktando Herosów. Goście imponowali siłą fizyczną, dobrze wykorzystywali przewagę w pojedynkach i regularnie stwarzali zagrożenie pod bramką rywali. Worek z bramkami rozwiązał Mateusz Zachewicz, który po dalekim przerzucie od bramkarza kapitalnie przyjął piłkę, obrócił się z nią i pewnym strzałem pokonał golkipera Olimpiku. Był to dopiero początek jego świetnego występu. Piętnaście minut później popisał się jeszcze piękniejszym trafieniem, uderzając z woleja prosto w okienko bramki. Gol nie tylko zachwycił kibiców, ale również wyprowadził Heavyweight Heroes na trzybramkowe prowadzenie.
Po zmianie stron obraz gry nieco się zmienił. FC Olimpik ruszył do odrabiania strat i szybko dał sygnał do ataku za sprawą trafienia Nikity Kalmykova. Gospodarze zaczęli wywierać większą presję, a przez moment wydawało się, że mogą jeszcze wrócić do gry. Heavyweight Heroes nie pozwolili jednak rywalom rozwinąć skrzydeł. Zachowali spokój, dobrze organizowali się w defensywie i w kluczowych momentach odpowiadali własnymi akcjami, skutecznie gasząc zapędy przeciwników. "Olimpijczycy" walczyli do samego końca i kilkukrotnie potrafili zagrozić bramce rywali, jednak tego dnia goście byli bardziej konkretni pod polem karnym i znacznie skuteczniejsi w finalizacji swoich akcji. To właśnie ta różnica okazała się kluczowa dla losów spotkania.
Ostatecznie Heavyweight Heroes sięgnęli po zasłużone zwycięstwo, prezentując dobrą organizację gry, skuteczność i chłodną głowę w najważniejszych momentach meczu. Dzięki kompletowi punktów oraz korzystnym wynikom na innych boiskach wywalczyli awans do Superbet Cup. FC Olimpik mimo porażki może natomiast schodzić z boiska z podniesioną głową, bo do ostatniego gwizdka starał się odwrócić losy rywalizacji. Tego dnia czegoś im jednak zabrakło.
Tym spotkaniem zakończyły się w tej rundzie zmagania ligowe na Arenie Grenady, a zawodnicy obu ekip zadbali o to, by pożegnać sezon w efektownym stylu. W efekcie obejrzeliśmy bardzo wyrównane widowisko, choć stawka dla obu drużyn była zupełnie inna. Young Warriors musieli wygrać, aby zapewnić sobie utrzymanie, podczas gdy Elekcyjna walczyła już tylko o honor.
I trzeba przyznać, że goście potraktowali ten mecz bardzo poważnie. Przez długi czas obie defensywy spisywały się bez zarzutu, dlatego na pierwszego gola trzeba było czekać aż do 23. minuty. Wtedy prowadzenie Elekcyjnej dał Bartek Brulikis. Gospodarze odpowiedzieli dopiero w ostatniej akcji pierwszej połowy, gdy do siatki trafił Patryk Nowicki, doprowadzając do remisu.
Po zmianie stron Elekcyjna błyskawicznie odzyskała prowadzenie. Choć pierwszą groźną sytuację stworzyli Young Warriors, a Paweł Naszkiewicz trafił w słupek, z tej akcji narodziła się kontra, którą ponownie wykończył Bartek Brulikis. W 35. minucie przewaga gości wzrosła do dwóch bramek po trafieniu Patryka Sznajdera i wydawało się, że mają mecz pod kontrolą.
Wtedy jednak nastąpił zwrot akcji. Drużyna Adriana Kanigowskiego straciła koncentrację, a cała przewaga została roztrwoniona w zaledwie kilka minut. Young Warriors coraz częściej rozgrywali piłkę z wysoko ustawionym bramkarzem i w końcu przyniosło to efekt. Mateusz Adamiec zdecydował się na strzał, po którym piłka zatrzepotała w siatce. Chwilę później ponownie dał o sobie znać Patryk Nowicki. W 39. minucie doprowadził do wyrównania, a trzy minuty później skompletował hat-tricka, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie.
Rozpędzeni gospodarze poszli za ciosem. Niedługo później piłka odbiła się od Przemka Długokęckiego, a Patryk Więckowski nie zdążył zareagować, przez co przewaga Young Warriors wzrosła do dwóch trafień. Elekcyjnej zaczęło brakować sił, a krótka ławka rezerwowych coraz mocniej dawała się we znaki. Mimo że do końca pozostawało jeszcze trochę czasu, goście nie byli już w stanie odwrócić losów spotkania.
Young Warriors natomiast postawili kropkę nad i. W 48. minucie trafił Daniel Mihalowicz, a minutę później wynik na 7:3 ustalił Kamil Gałecki. Dzięki kapitalnej końcówce BRD Young Warriors odwrócili losy meczu i rzutem na taśmę wydostali się ze strefy spadkowej, zapewniając sobie utrzymanie.
Spotkanie mistrzów ligi, czyli BS Zadymiarzy, z walczącym o jak najlepsze zakończenie sezonu Santiago Remberteu miało przed pierwszym gwizdkiem swój ciężar gatunkowy. Boisko bardzo szybko pokazało jednak, dlaczego gospodarze już kilka dni wcześniej mogli świętować mistrzowski tytuł.
Zadymiarze weszli w ten mecz dokładnie tak, jak przyzwyczaili nas przez cały sezon – z ogromną energią, wysokim tempem i ofensywnym nastawieniem. Ruszyli do przodu z takim impetem, że za ich kopytami można było dostrzec jedynie unoszący się kurz. Od pierwszych minut przejęli inicjatywę i praktycznie nie oddawali jej już do końcowego gwizdka.
Santiago próbowało odpowiadać, ale gospodarze byli po prostu o krok szybsi, dokładniejsi i bardziej zdecydowani w każdym elemencie gry. Ich akcje były płynne, przemyślane i regularnie kończyły się groźnymi sytuacjami pod bramką rywali. Było widać, że mimo zapewnionego już mistrzostwa nie zamierzają odpuszczać ani na moment.
Jedną z najjaśniejszych postaci meczu był ponownie Dominik Zawiślak, który kapitalny sezon zwieńczył w najlepszy możliwy sposób. Nie dość, że wcześniej zapewnił sobie tytuł króla strzelców, to tym spotkaniem przypieczętował również koronę króla asyst. Kolejny raz pokazał pełnię swoich możliwości – zarówno jako egzekutor, jak i kreator gry. Takie liczby nie biorą się z przypadku i są najlepszym podsumowaniem jego znakomitych rozgrywek.
Przewaga Zadymiarzy była widoczna przez całe spotkanie. Mistrzowie kontrolowali tempo, narzucali własne warunki i nie pozwalali rywalom rozwinąć skrzydeł. Santiago walczyło ambitnie, próbując znaleźć sposób na rozpędzonych gospodarzy, ale tego dnia różnica jakości była wyraźnie widoczna. Zadymiarze po raz kolejny pokazali siłę zespołu, który przez cały sezon dominował w rozgrywkach i zasłużenie sięgnął po mistrzostwo.
Dla Santiago był to natomiast bardzo gorzki wieczór. Jeszcze kolejkę wcześniej drużyna zajmowała piąte miejsce i wydawało się, że spokojnie zakończy sezon w środku tabeli. Piłka nożna bywa jednak brutalna. Splot innych wyników oraz wysoka porażka sprawiły, że Santiago Remberteu ostatecznie żegna się z ligą i w przyszłym sezonie zagra poziom niżej...
Na zakończenie sezonu przyszło nam oglądać spotkanie, które miało ogromne znaczenie dla YUG.BUD. Stawką było przypieczętowanie mistrzowskiego tytułu i choć przed meczem można było wskazywać faworyta, to Szereg Homogenizowany nie należał do drużyn, które oddają punkty za darmo. Zapowiadało się więc ciekawe widowisko i dokładnie takie dostaliśmy.
Od pierwszych minut dało się słyszeć, że YUG.BUD nie przyjechał sam. Przez całe spotkanie drużynę niósł głośny doping ich fanek, który dodawał zawodnikom energii przy każdej akcji. Trzeba przyznać, że atmosfera wokół boiska była godna meczu o mistrzostwo i stanowiła świetne tło dla wydarzeń na murawie.
Sam początek przyniósł jednak pewne zaskoczenie. Gdy większość spodziewała się, że ofensywę napędzać będą przede wszystkim Volodymyr Kharin i Olek Pliakin, na pierwszy plan wysunął się Nazar Dydchik. To właśnie on raz po raz znajdował drogę do bramki i był głównym powodem, dla którego YUG.BUD zaczął budować przewagę. Wspierany przez niezawodnego Kharina stworzył duet, który praktycznie przesądził o losach spotkania jeszcze zanim emocje zdążyły na dobre się rozkręcić.
Kiedy wynik był już pod kontrolą przyszłych mistrzów, przyszedł moment, który szczególnie ucieszył całą drużynę. Dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Yurii – grający trener YUG.BUD i jedna z najważniejszych postaci tego projektu. Nie były to trafienia decydujące o wyniku, ale miały ogromne znaczenie symboliczne. Po obu golach było widać szczerą radość całego zespołu, który celebrował trafienia swojego lidera równie mocno jak sam fakt zbliżającego się mistrzostwa. Takie momenty najlepiej pokazują atmosferę panującą w drużynie i to, jak bardzo jest ona zżyta.
W dalszej części meczu YUG.BUD grał dokładnie tak, jak przystało na przyszłego mistrza. Spokój w rozegraniu, cierpliwość, dobra organizacja oraz indywidualna jakość zawodników sprawiały, że kontrolowali przebieg wydarzeń na boisku. Szereg Homogenizowany próbował odpowiadać i szukać swoich okazji, ale przewaga lidera była widoczna przez większą część spotkania. Gdy wybrzmiał końcowy gwizdek, najważniejsza informacja była już jasna. YUG.BUD przypieczętował mistrzowski tytuł, kończąc sezon w najlepszy możliwy sposób. Był to sukces całej drużyny, która przez cały sezon prezentowała wysoką formę i potrafiła udźwignąć presję najważniejszych spotkań.
Tego dnia szczególnie zapamiętamy koncert Nazara Dydchika, skuteczność Volodymyra Kharina, bramki grającego trenera Yurii’ego oraz doping fanek, który przez cały mecz niósł mistrzów do zwycięstwa. Tak właśnie wygląda zakończenie sezonu godne mistrza.
Green Team przystępował do spotkania jako wicelider tabeli z dorobkiem 40 punktów, mając tyle samo oczek co prowadzący YUG.BUD i wciąż licząc się w walce o mistrzostwo. Oldboys Derby III zajmowali 6. miejsce z 24 punktami i chcieli sprawić niespodziankę przeciwko jednemu z najmocniejszych zespołów rozgrywek.
Od pierwszych minut było widać, że Green Team zamierza narzucić własne warunki gry. Gospodarze szybko przejęli inicjatywę i konsekwentnie budowali przewagę. W 11. minucie wynik spotkania otworzył Waszczuk, pewnie wykorzystując rzut karny. Zaledwie minutę później prowadzenie podwyższył Jakubowski po asyście Ponieważa i faworyci błyskawicznie zbudowali sobie komfortową przewagę.
Oldboys zdołali odpowiedzieć w 14. minucie. Gacoń dobrze obsłużył Łukasiewicza, który skutecznym strzałem pokonał bramkarza Green Team i przywrócił swojej drużynie nadzieję na korzystny rezultat. Gospodarze nie pozwolili jednak rywalom rozwinąć skrzydeł. W 17. minucie Ponieważ wykorzystał podanie Szkopa, a minutę później Kuna, po asyście Jakubowskiego, podwyższył wynik na 4:1. Tuż przed przerwą kolejny cios zadał Green Team – w 23. minucie Zawistowski wykorzystał dogranie Zaborowskiego, ustalając wynik pierwszej połowy na 5:1.
Po zmianie stron Oldboys próbowali wrócić do gry i w 37. minucie Grudzień zdobył drugą bramkę dla swojego zespołu. Odpowiedź Zielonych była jednak natychmiastowa. Minutę później Ponieważ ponownie wpisał się na listę strzelców, przywracając swojej drużynie czterobramkową przewagę i praktycznie odbierając rywalom nadzieję na odwrócenie losów meczu. Końcówka należała już wyłącznie do gospodarzy. W 43. minucie Waszczuk zdobył swoją drugą bramkę w spotkaniu, a chwilę później wynik ustalił Zaborowski. Green Team do ostatniego gwizdka kontrolował wydarzenia na boisku, nie pozwalając rywalom na stworzenie większego zagrożenia.
Ostatecznie wicelider tabeli pewnie pokonał Oldboys Derby III 8:2. Na szczególne wyróżnienie zasłużyli Ponieważ i Waszczuk, którzy zdobyli po dwie bramki i byli jednymi z najaktywniejszych zawodników ofensywy swojego zespołu. Duży wkład w zwycięstwo mieli również Jakubowski oraz Zaborowski, dzięki którym gospodarze przez cały mecz utrzymywali wysokie tempo i regularnie stwarzali zagrożenie pod bramką rywali.
Przed pierwszym gwizdkiem niewielu spodziewało się takiego scenariusza. Niedzielni, którzy przed tym spotkaniem zamykali ligową tabelę z dorobkiem zaledwie sześciu punktów, podejmowali zajmujących piąte miejsce Pogromców Poprzeczek. Różnica pozycji sugerowała wyraźnego faworyta, jednak boisko po raz kolejny udowodniło, że piłka nożna potrafi pisać własne historie.
Od pierwszych minut gospodarze pokazali, że nie zamierzają oddać punktów bez walki. Już w 6. minucie Damian Grochowski wykorzystał dobrą akcję swojego zespołu i otworzył wynik spotkania, wprawiając w osłupienie wyżej notowanych rywali. Jeszcze większe zaskoczenie przyszło w 13. minucie, gdy Niedzielni podwyższyli prowadzenie na 2:0. Pogromcy Poprzeczek znaleźli się w bardzo trudnym położeniu, a gospodarze grali z ogromną pewnością siebie i skutecznie realizowali swój plan.
Goście odpowiedzieli jednak jak na drużynę z czołówki przystało. W 16. minucie sędzia podyktował rzut karny, który pewnie wykorzystał Mateusz Niewiadomy. Pogromcy odzyskali wiarę, a ich napór przyniósł efekt tuż przed przerwą. W 23. minucie Michał Bogucki doprowadził do wyrównania i obie drużyny schodziły do szatni przy wyniku 2:2.
Druga połowa zapowiadała dalsze emocje. Jako pierwsi ponownie zaatakowali Niedzielni, którzy odzyskali prowadzenie po kolejnym skutecznym ataku. Od tego momentu tempo spotkania wyraźnie wzrosło. Obie drużyny tworzyły sobie sytuacje bramkowe, jednak bardzo dobrze spisywali się bramkarze, którzy wielokrotnie ratowali swoje zespoły przed utratą kolejnych goli. Gdy wydawało się, że gospodarze są coraz bliżej sprawienia jednej z największych niespodzianek kolejki, pięć minut przed końcem do remisu doprowadził Marcin Kowalski. Radość Pogromców nie trwała jednak długo. Zaledwie minutę później Jan Wójcik popisał się kapitalnym uderzeniem z dystansu, ponownie wyprowadzając Niedzielnych na prowadzenie. Piłka po jego strzale wpadła do siatki, a gospodarze byli już naprawdę blisko zdobycia kompletu punktów. Pogromcy Poprzeczek pokazali jednak charakter. Na dwie minuty przed końcem meczu Dariusz Kozłowski wykorzystał jedną z ostatnich okazji swojego zespołu i doprowadził do wyniku 4:4. Ale to wcale nie był koniec!
W ostatniej akcji spotkania Marcin Kowalski wyszedł sam na sam z bramkarzem Niedzielnych. Golkiper gospodarzy, próbując ratować swój zespół, zagrał piłkę ręką poza polem karnym, za co słusznie obejrzał czerwoną kartkę. Pogromcy otrzymali wymarzoną okazję do zdobycia zwycięskiej bramki z ostatniego stałego fragmentu gry. Presja była ogromna. Piłka została ustawiona, zawodnicy zajęli miejsca w polu karnym, jednak strzał okazał się nieudany i futbolówka poszybowała ponad bramką. Chwilę później arbiter zakończył spotkanie.
Po niezwykle emocjonującym meczu Niedzielni zremisowali z Pogromcami Poprzeczek 4:4, zdobywając cenny punkt i pokazując, że nawet drużyna zamykająca tabelę potrafi postawić bardzo trudne warunki zespołom z ligowej czołówki.
W meczu 15. ligi Ligi Fanów zespół RCD Los Rogalos podejmował Inter. Gospodarze mieli już zapewnione bezpieczne utrzymanie i mogli przystąpić do tego pojedynku na dużym luzie, bez zbędnej presji. Zgoła odmienne nastroje panowały w obozie gości. Dla Interu było to kluczowe spotkanie w kontekście układu sił na finiszu sezonu. Ewentualne potknięcie mogło zostać bezwzględnie wykorzystane przez bezpośrednich rywali, którzy wciąż liczyli na wyprzedzenie Interu w walce o upragniony awans do wyższej klasy rozgrywkowej.
Już sam początek meczu wyraźnie pokazał, że goście potraktowali to zadanie niezwykle poważnie. Po zaledwie kilku minutach gry Inter prowadził już 1:0 i od pierwszego gwizdka narzucał własne warunki. W kolejnej fazie pierwszej połowy przewaga przyjezdnych stale rosła. Przy stanie 3:0 gospodarze zdołali w końcu odpowiedzieć i zdobyli swoją pierwszą bramkę, dając sygnał, że nie zamierzają oddać meczu bez walki. Inter szybko jednak odzyskał pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku i jeszcze przed przerwą zadał czwarty cios. Pierwsza część spotkania zakończyła się w pełni zasłużonym prowadzeniem faworytów 4:1.
Druga odsłona miała bardzo podobny przebieg. Inter nadal dyktował tempo gry i konsekwentnie powiększał swoją przewagę. Zawodnicy Los Rogalos ambitnie starali się odgryzać i znacznie częściej atakowali bramkę przeciwnika niż przed przerwą. Mimo kilku udanych akcji gospodarzy to goście pozostawali stroną zdecydowanie bardziej konkretną pod bramką rywali. W 40. minucie na tablicy wyników widniał już rezultat 7:3, a jednym z głównych bohaterów spotkania był Artem Kolianovsky. Zawodnik Interu rozgrywał kapitalne zawody i ostatecznie zakończył mecz z dorobkiem aż pięciu bramek, będąc prawdziwym liderem ofensywy swojego zespołu.
Końcowy fragment meczu należał już bezapelacyjnie do gości. Inter nie zwalniał tempa, wykorzystując kolejne okazje i zamieniając swoją przewagę na następne trafienia. Ostatecznie przyjezdni wygrali ten emocjonujący pojedynek aż 10:4, pieczętując efektownym zwycięstwem awans na 14. poziom rozgrywkowy.
W meczu dwóch spadkowiczów 15. ligi, czyli Syrenki i Wombatów, trudno było wskazać wyraźnego faworyta. Ostateczną odpowiedź miała dać murawa i zrobiła to bardzo szybko oraz zdecydowanie. Nie było większych wątpliwości, kto tego dnia był lepszy i zasłużył na zwycięstwo. Wombaty niezwykle pewnie pokonały rywali, wygrywając aż 10:2.
Choć końcowy wynik może sugerować jednostronne widowisko, początek spotkania wyglądał zupełnie inaczej. Od pierwszych minut oglądaliśmy bardzo wyrównany i zacięty pojedynek. Syrenka nie odstawiała nogi i dzielnie walczyła o swoje. Gospodarze potrafili tworzyć sytuacje i dochodzili do okazji strzeleckich, jednak często brakowało im postawienia przysłowiowej kropki nad i. Zabrakło tego ostatniego kontaktu z piłką, który w futbolu bywa najważniejszy.
Wombaty również odpowiadały własnymi atakami. Wiele prób strzałów z dystansu oraz indywidualnych rajdów przeprowadzali między innymi Wojtek Grabowski i jego koledzy, jednak przez długi czas nie przekładało się to na większą przewagę bramkową. Po pierwszych 25 minutach Wombaty prowadziły jedynie 2:1 i nic nie zapowiadało tak wysokiego zwycięstwa.
To, co wydarzyło się po przerwie, było już jednak prawdziwym pokazem siły zespołu Szymona Godonia. Wombaty nie pozostawiły rywalom żadnych złudzeń. Od pierwszego gwizdka drugiej połowy zepchnęły przeciwników do głębokiej defensywy i rozpoczęły regularne bombardowanie bramki Syrenki. Z każdą kolejną minutą przewaga rosła, a gospodarzom coraz trudniej było powstrzymywać rozpędzonych rywali. Liderami ofensywy byli ponownie Wojtek Grabowski oraz Maciej Stąporek. Obaj po raz kolejny pokazali, że są kluczowymi postaciami zespołu, jeśli chodzi o kreowanie akcji i nadawanie tempa grze. Ich aktywność oraz skuteczność miały ogromny wpływ na przebieg drugiej połowy i końcowy rezultat.
Wombaty zakończyły sezon efektownym zwycięstwem 10:2, potwierdzając swoją jakość w ofensywie. Niestety dla nich trzy punkty zdobyte w ostatniej kolejce nie wystarczyły do utrzymania. Zespół kończy rozgrywki na 8. miejscu i żegna się z 15. ligą. Tuż za jego plecami uplasowała się Syrenka, która również nie zdołała uniknąć spadku. Mimo nieudanego sezonu obie drużyny pokazały charakter i do końca walczyły o jak najlepsze zakończenie rozgrywek.
Spotkanie Vitaury z Ice Teamem było bezpośrednią walką o miejsce na podium. Gospodarze potrzebowali zwycięstwa, by wskoczyć do czołowej trójki, natomiast gościom do osiągnięcia celu wystarczał remis. Stawka była więc wysoka, co od pierwszych minut było widać na boisku.
Mecz rozpoczął się w wymarzony sposób dla Ice Teamu, który już po kilkunastu sekundach objął prowadzenie. Stracona bramka podziałała jednak na Vitaurę mobilizująco. Gospodarze szybko podkręcili tempo, grali agresywnie i zdecydowanie, starając się wykorzystać przewagę warunków fizycznych nad rywalami. Ich determinacja przyniosła efekt. Po świetnie rozegranym krótkim rzucie wolnym Vitaura doprowadziła do wyrównania. Chwilę później sama jednak sprezentowała przeciwnikom gola, tracąc piłkę pod własną bramką. Spotkanie obfitowało w błędy po obu stronach, bo niedługo później również defensywa Ice Teamu popełniła kosztowną pomyłkę i na tablicy wyników ponownie pojawił się remis.
W świetnej dyspozycji znajdował się tego dnia Patryk Przybysz. To właśnie on dawał swojej drużynie najwięcej impulsu do walki, napędzał kolejne akcje i ciągnął zespół do przodu. Przed przerwą gospodarze zdołali jeszcze zdobyć trzecią bramkę i schodzili do szatni z wynikiem, który na tamten moment dawał im upragnione miejsce na podium.
Druga połowa miała jednak zupełnie inny przebieg. Ostra i zdecydowana gra Vitaury sprawiła, że atmosfera zrobiła się bardzo nerwowa. Zawodnicy obu drużyn nie odstawiali nogi, a kibice oglądali widowisko pełne walki, twardych pojedynków i ogromnych emocji. W takich warunkach lepiej odnaleźli się gracze Ice Teamu, którzy postawili na szybkość, spryt i skuteczność. Goście przejęli inicjatywę i zdobyli aż cztery bramki z rzędu, całkowicie odwracając losy spotkania. Ozdobą meczu było trafienie Olega Smolariuka, który przy próbie wybicia piłki popisał się kapitalnym lobem niemal z końca boiska, zaskakując wszystkich obecnych na stadionie.
Vitaura zdołała jeszcze odpowiedzieć golem w samej końcówce, jednak było już za późno na odrobienie strat. Ice Team wygrał 6:4 i to właśnie oni mogli po końcowym gwizdku cieszyć się z wywalczenia miejsca na podium.
To był niestety mecz bez większej historii. Przede wszystkim gospodarze nie przyszaleli z frekwencją i stawili się na placu gry z zaledwie jedną zmianą. Samo w sobie nie byłoby to może niczym strasznym, ale nie w takich warunkach pogodowych i nie przeciwko takiemu przeciwnikowi, jak druga ekipa Ternovitsii.
Goście, znani z szybkiego grania i rozgrywania piłki na jeden kontakt, praktycznie zabiegali swojego rywala. Ofensywne trio Oleh Liadryk – Serhii Romanovskyi – Volodymyr Hrydovyi bezlitośnie wykorzystywało każdy, nawet najmniejszy błąd defensywy BK FC. Pierwszy gol padł praktycznie chwilę po gwizdku rozpoczynającym spotkanie, a na nieszczęście gospodarzy niefortunną interwencję zaliczył golkiper Aleksander Pankratz, kierując piłkę do własnej bramki. Co ciekawe, gospodarze bardzo szybko odpowiedzieli. Do siatki trafił Albert Kołsut po asyście Macieja Czepiela, dając swojej drużynie chwilową nadzieję. Jak się później okazało, był to jeden z nielicznych jasnych punktów w wykonaniu Będziemy Krążyć FC.
Ternovitsia II dominowała tego dnia praktycznie w każdym aspekcie gry. Szybkość rozegrania, organizacja i skuteczność sprawiały ogromne problemy rywalom, a wynik 8:1 do przerwy doskonale oddawał charakter tej rywalizacji. Przy stanie 1:6 gospodarze zdecydowali się nawet na zmianę bramkarza, a między słupkami pojawił się Marcin Kondracki. W ogólnym obrazie meczu niewiele to jednak zmieniło, bo przewaga gości była po prostu zbyt duża.
Po zmianie stron BK FC zdołało jeszcze dwukrotnie wpisać się na listę strzelców. Na protokole zameldowali się Wojciech Adamczuk oraz Bartek Kwiatek, ale były to jedynie pojedyncze odpowiedzi na kolejne ataki rozpędzonych rywali. Ternovitsia II nie zamierzała się zatrzymywać. Goście niemal podwoili swój dorobek bramkowy z pierwszej połowy i zakończyli spotkanie z piętnastoma golami na koncie. Kapitalne zawody rozegrało wspomniane wcześniej trio ofensywne. Oleh Liadryk, Serhii Romanovskyi oraz Volodymyr Hrydovyi zanotowali hat-tricki, a Romanovskyi i Hrydovyi poszli o krok dalej, kompletując nawet podwójne hat-tricki.
Ostatecznie Ternovitsia II rozgromiła Będziemy Krążyć FC, potwierdzając swoją klasę i dominację. Można śmiało powiedzieć, że goście z przytupem zakończyli sezon, a przy mistrzostwie postawili już nie kropkę, lecz wyraźny wykrzyknik.
Spotkanie pomiędzy Rzeźnią Marki a PPKS Tornado przyniosło gospodarzom długo wyczekiwane przełamanie. Po serii czterech porażek z rzędu Rzeźnia wyszła na boisko niezwykle zmotywowana i od pierwszych minut było widać, że tym razem nie zamierza wypuścić punktów z rąk.
Gospodarze rozpoczęli mecz bardzo konkretnie, szybko narzucając własne tempo gry. Wynik spotkania otworzył Dominik Sobieraj po wzorowej asyście Konrada Bieńka. Rzeźnia szybko podwyższyła prowadzenie na 2:0, jednak PPKS Tornado nie pozostało dłużne. Po świetnym podaniu kolegi z zespołu Bartosz Wiśniewski umieścił piłkę w siatce, dając swojej drużynie bramkę kontaktową i przywracając nadzieję na korzystny rezultat. Po trzech trafieniach w pierwszych minutach spotkanie nieco straciło na dynamice. Obie drużyny walczyły o przejęcie kontroli nad wydarzeniami na boisku, ale na kolejnego gola trzeba było czekać aż do 20. minuty. Wówczas Rzeźnia Marki ponownie odskoczyła rywalom na dwa trafienia i przy wyniku 3:1 oba zespoły udały się na przerwę.
W drugich 25 minutach gospodarze wykazali się lepszą organizacją gry i przede wszystkim zdecydowanie większą skutecznością pod bramką przeciwnika. Co prawda PPKS próbowało wrócić do meczu za sprawą pięknego trafienia z woleja Mateusza Kazimierczuka, jednak pojedyncze bramki nie wystarczały, by dogonić rozpędzoną Rzeźnię, która z każdą minutą coraz pewniej kontrolowała przebieg spotkania.
W drugiej połowie gospodarze funkcjonowali jak prawdziwy kolektyw. Wielu zawodników wpisało się do protokołu meczowego, co było bardzo miłym akcentem na zakończenie sezonu Ligi Fanów. Składne akcje, dobra organizacja i skuteczność sprawiły, że przewaga Rzeźni systematycznie rosła. Ostateczny rezultat przypieczętował Paweł Kaczorek, który pewnie wykorzystał rzut karny i ustalił wynik meczu na 7:3.
Rzeźnia Marki zasłużenie sięgnęła po zwycięstwo, przełamując niekorzystną serię i kończąc sezon mocnym akcentem. PPKS Tornado mimo porażki zasługuje na uznanie za walkę i ambitną postawę, jednak tego dnia to gospodarze byli drużyną zdecydowanie skuteczniejszą, lepiej zorganizowaną i bardziej zdeterminowaną, co znalazło odzwierciedlenie w końcowym wyniku.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)