RAPORT MECZOWY! 9. KOLEJKA - SEZON 25/25
Runda jesienna dobiegła końca! Znamy już drużyny, które spędzą najbliższe miesiące w wygodnym fotelu lidera, wiemy też, kto zdołał wdrapać się na podium, a komu pozostanie zastanowić się, co zrobić w nadchodzącym czasie, by wiosną wyglądało to zdecydowanie lepiej.
Nie da się ukryć, że niedzielne mecze w dużej mierze determinował przypadek oraz wymagające warunki. Z drugiej jednak strony - wszyscy grali w identycznych okolicznościach przyrody. Kto potrafił najlepiej je wykorzystać i zakończyć rundę zwycięstwem? Odpowiedź przyniosło boisko, a o szczegóły zadbali nasi koordynatorzy.
Ekstraklasa Ligi Fanów zawsze przynosi nam wiele emocji. Tym razem los skrzyżował ze sobą drużyny, które kończą rundę jesienną w odmiennych nastrojach. Gospodarze przystępowali do rozgrywek jako wicemistrzowie poprzedniej edycji i wszyscy kibice liczyli na to, że w tym sezonie pokażą się z równie dobrej strony. Od gości, jako od beniaminka, nie oczekiwaliśmy aż tak wiele, biorąc pod uwagę historię drużyn, które w poprzednich sezonach awansowały z 1. ligi do Ekstraklasy. Rzeczywistość jest jednak zgoła odmienna. FC Otamany rozczarowują swoją grą i do końca sezonu będą musiały walczyć o utrzymanie. KSB natomiast radzi sobie nadspodziewanie dobrze, kończąc pierwszą rundę w Ekstraklasie na podium.
Przechodząc do samego meczu - miał on bardzo wyrównany przebieg, na co też wskazują kolejne zdobywane gole przez oba zespoły. Szybko strzelanie rozpoczął Ruciński, ale nim się obejrzeliśmy, wyrównał Solomichuk. Kilka minut później gol Strzegockiego, a zaraz potem na 2:2 trafił Nievdakh. Cała pierwsza odsłona wyglądała podobnie i obfitowała w bardzo wiele sytuacji podbramkowych. Zawodników obu ekip trzeba zganić za skuteczność, a bramkarzy pochwalić za kapitalne interwencje. Po wymianie ciosów na przerwę zawodnicy schodzili przy wyniku 6:4 dla gospodarzy.
Druga połowa była kopią pierwszej. Raz za razem jedni i drudzy napierali na bramkę rywali. W 35. minucie wynik brzmiał 8:7 dla Otamanów i wydawało się, że KSB nabiera wiatru w żagle, że będzie w stanie wyrwać chociażby punkt w tym ciężkim pojedynku. Ostatnie słowo należało jednak do Ukraińców. Gole Malinowskiego oraz Averinova przypieczętowały zwycięstwo gospodarzy 10:7.
Śmiało mogliśmy mówić o hicie Ekstraklasy. Naprzeciw siebie stanęły zasłużone ekipy, z wybitnymi zawodnikami i rzeszami kibiców, a wisienką na torcie było kilka nietuzinkowych trafień. Początek meczu zdecydowanie należał do Tura, który objął prowadzenie już w 6. minucie gry – podanie Oskara Kwapisza wykorzystał strzałem podcinką w okienko Bartosz Mazurek. Pięć minut później gospodarze wyrównali za sprawą akcji duetu Solecki–Michalski, lecz rywale nie dali im choćby chwili oddechu i drogę do siatki znalazł Aleksander Czyż, obsłużony przez Roberta Hankiewicza. Dobra postawa Tura zaowocowała kolejną zdobyczą bramkową, a tym razem golem z kategorii „stadiony świata” popisał się Piotr Leśniewicz, przelobowując wysuniętego Czarka Chwaścińskiego ze znacznej odległości.
Jednak tak poukładany zespół jak Ogień Bielany wiedział, że najlepiej będzie zaatakować Tura w momencie, gdy jego młodzi zawodnicy złapią zadyszkę. Podopieczni Janka Napiórkowskiego byli w końcówce pierwszej połowy bezlitośni wobec pomyłek oponentów i po golach Nowaka oraz Michalskiego mogli zejść na przerwę z jednobramkową zaliczką.
W drugiej odsłonie zmagań Ogień rozkręcił się na dobre, a Tur z każdą minutą coraz bardziej gasł. Chociaż Igor Rożen robił wszystko, co w jego mocy, by strzały piłkarzy Ognia nie kończyły w bramce, to przy sytuacjach Lisieckiego i Soleckiego był całkowicie bezsilny. Nawet wprowadzenie lotnego bramkarza, którego rolą podzielili się Hankiewicz i Salamon, nie przyniosło Turowi żadnych wymiernych korzyści.
Tymczasem w szeregach Ognia wyjściowa szóstka ulegała licznym rotacjom, które nie obniżyły poziomu sportowego, a wręcz przeciwnie – dawały szansę odpoczynku podstawowym zawodnikom i możliwość pokazania się rezerwowym z jak najlepszej strony. Hat-triki skompletowali Kuba Solecki oraz Jan Nowak, a po jednym trafieniu dołożyli również Damian Warmiak i Błażej Romaniuk, niejednokrotnie pokazując wybitny kunszt techniczny. Po stronie Tura skutecznością emanował już tylko Piotr Jantarski, który zanotował dublet, lecz ogólnie rzecz biorąc, goście nie dochodzili już do takiej liczby sytuacji jak przed przerwą.
Na przypieczętowanie okazałego triumfu do siatki trafił Mateusz Michalski, kończąc mecz z dwoma golami i czterema asystami. Tym samym legendarny zespół z Ochoty, aktualnie przechodzący wymianę pokoleniową, został zmuszony przezimować do wiosny na ostatnim miejscu w tabeli, z kolei Ogień po stosunkowo średniej rundzie jesiennej wskoczył do górnej piątki, co niewątpliwie daje nadzieję na walkę o najwyższe cele.
In Plus & Alpan, by myśleć o walce o mistrzostwo, musiał liczyć na punkty w meczu z EXC Mobile Ochota. Od początku, wobec kilku absencji w zespole klubowych mistrzów Europy, wynik wydawał się sprawą otwartą. Tym bardziej że gospodarze grali bardzo dobrze w ofensywie i stwarzali sobie dogodne okazje. To właśnie team Janka Skotnickiego wyszedł na prowadzenie i gdyby był skuteczniejszy w pierwszej fazie meczu, wynik mógłby być jeszcze wyższy. EXC starało się strzelać z dystansu, a kilka prób Janka Grzybowskiego kapitalnie odbił Konrad Reszka. Gdy Patryk Szeliga strzelił drugą bramkę, wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą. Szybko jednak odpowiedział Mariusz Milewski, który strzałem z dystansu nie dał tym razem szans golkiperowi gospodarzy. In Plus & Alpan tuż przed przerwą podwyższył prowadzenie - tym razem niesygnalizowanym strzałem popisał się Bartek Januszewski i było 3:1 po 25 minutach rywalizacji.
Po zmianie stron EXC grało już dużo lepiej. Widać było mobilizację i wiarę w odwrócenie losów meczu. Gdy padła bramka kontaktowa, rywale jakby stracili impet. Strzały bramkarza nie robiły krzywdy ekipie Kamila Jurgi, a sam kapitan w kolejnej akcji wyrównał stan meczu. Od tego momentu bardziej skuteczni byli goście i to oni wyszli na prowadzenie. Zespół Janka Skotnickiego musiał zaryzykować, ale to ryzyko na nic się zdało. W końcówce Krystian Nowakowski, który spóźnił się na to spotkanie, wszedł i dwa razy znakomicie przejął piłkę rozgrywaną przez przeciwnika. Janek Grzybowski właśnie z podań Krystiana strzelił dwie bramki i ostatecznie to EXC wygrało spotkanie 3:7.
Jak wiemy, In Plus & Alpan przegrał również w niedzielę z Gladiatorami, tak więc z 15 punktami kończy tę rundę. Szansa na brązowe medale nadal jest, ale o mistrzostwie w tym sezonie raczej można już zapomnieć. EXC ma pięć oczek straty do Gladiatorów, ale w ich przypadku nadzieja na powalczenie o tytuł przedłużyła się wraz ze zwycięstwem w niedzielę.
Spotkanie zapowiadało się jako test powagi medalowych aspiracji Tanatosa, lecz już od pierwszych minut stało się jasne, że nie będzie to dla nich łatwa przeprawa. Choć Browarek prowadził grę i częściej utrzymywał się przy piłce, to właśnie Lakoksy prezentowały większą konsekwencję i konkret pod bramką rywala.
Początek meczu był wręcz szokujący dla gospodarzy – Lakoksy w kilka minut zadały dwa szybkie ciosy. Najpierw wynik otworzył Andrzej Czerw, a zaraz po nim Marcin Bogdan podwyższył prowadzenie. Gdy po kolejnych minutach Bogdan po raz drugi wpisał się na listę strzelców, tablica pokazywała 0:3, a Tanatos znalazł się w bardzo trudnym położeniu. Gospodarze próbowali wrócić do gry i zdobyli bramkę kontaktową, lecz Lakoksy natychmiast odpowiedziały kolejnym trafieniem. Na szczególne słowa uznania zasłużył bramkarz gości, Michał Papierz, który w pierwszej połowie bronił jak w transie, wyciągając piłki z sytuacji, które zwykle kończą się golami. Do przerwy 1:4 i duża niespodzianka.
Druga część meczu była zupełnie inną historią. Tanatos Browarek, wyraźnie sfrustrowany i podrażniony, ruszył do odrabiania strat z ogromnym impetem. W krótkim czasie gospodarze doprowadzili do remisu 4:4, a później jeszcze dwukrotnie odpowiadali na gole gości – aż zrobiło się 6:6. Wtedy wydawało się, że to Browarek ma większy impet i większe szanse na przechylenie meczu. Tymczasem to Lakoksy zachowały więcej zimnej krwi w końcówce, wykorzystując każdy błąd gospodarzy. W kilka minut zdobyły trzy kluczowe bramki, odskakując na 6:9 i praktycznie ustawiając spotkanie. Tanatos odpowiedział jeszcze jednym trafieniem, lecz czasu na kolejne ataki już zabrakło.
Największą różnicę po stronie gości zrobili Marcin Bogdan i Andrzej Czerw – obaj zagrali kapitalne zawody, łącząc skuteczność, dobre decyzje i ciągły ruch bez piłki. Mecz, który miał być potwierdzeniem formy Browarka, ostatecznie pokazał, że Lakoksy – mimo serii porażek – wciąż potrafią wejść na wysoki poziom i sprawić niemałą niespodziankę.
Gladiatorzy mieli w tej kolejce do rozegrania dwa mecze. Starcie z Impulsem było pierwsze i, teoretycznie, łatwiejsze, więc można było się spodziewać, że ekipa Michała Dryńskiego podejdzie do niego z lekką rezerwą. Jak widać po wyniku, wystarczyło to na osłabioną brakiem Vlada Budza ekipę gości, bo zasadniczo w żadnym momencie meczu Impuls nie był w stanie realnie zagrozić drużynie gospodarzy. Gladiatorzy błyskawicznie zaczęli zdobywać bramki i po trzech minutach było już 2:0 - na protokole zapisali się kolejno: Borys Ostapenko i Damian Górka jako strzelcy, oraz Michał Kielak i Tomasz Pietrzak jako asystenci.
W 9. minucie z rzutu rożnego podał Kuba Wardzyński, a pewnym strzałem głową popisał się Damian Górka. W 14. minucie ponownie po stałym fragmencie gry asystował Kuba Wardzyński, a Borys Ostapenko pięknie uderzył z pierwszej piłki. Chwilę później Impuls odpowiedział trafieniem Kirila Povolotskiego, ale - co tu dużo mówić - nie miało to większego znaczenia, bo różnica klas między obiema ekipami była widoczna gołym okiem. Gladiatorzy dołożyli jeszcze jedno trafienie i schodzili na przerwę z solidnym prowadzeniem 5:1.
Po zmianie stron co chwilę dokładali kolejne gole, a ofensywne trio Ostapenko–Górka–Wardzyński bezlitośnie punktowało defensywę Impulsu. Swoją cegiełkę dołożył praktycznie każdy zawodnik Gladiatorów, który choć raz pojawił się na boisku. Fortuna też nie była tego dnia po stronie gości, bo zdarzyły się im dwa trafienia samobójcze. Ostateczny wynik 14:5 bardzo wyraźnie pokazuje różnicę między liderem a strefą spadkową Ekstraklasy.
Był to drugi mecz tego samego dnia tych dwóch ekip. Gospodarze tuż przed tym pojedynkiem toczyli zacięty bój z EXC Mobile Ochotą, której ulegli 3:5. Ich przeciwnicy bardzo pewnie rozprawili się z Impulsem UA i ze zdecydowanie lepszymi humorami przystępowali do tego spotkania. Początek należał do zawodników In Plusu, którzy dość szybko rozpoczęli strzelanie za sprawą Karola Szeligi. Nie nacieszyli się prowadzeniem zbyt długo, bo chwilę później wyrównał Damian Górka. Niedługo potem, po strzale Dryńskiego i odbiciu się piłki od Radkievicha, lider wyszedł na prowadzenie. Gospodarze starali się doprowadzić do wyrównania i udało im się to - po błędzie Gwoździa piłkę do bramki faworytów skierował Przyborek.
Rozwścieczeni goście rzucili się do ataków i przyniosło to pożądany efekt. Drugiego gola zdobył Górka. In Plus nie odpuszczał, cały czas próbował swoich szans w ofensywie, ale dobrze dysponowani Gladiatorzy nie pozwalali przeciwnikom na zbyt wiele. W końcu jednak popełnili błąd, który na bramkę zamienił Gomulski, ponownie doprowadzając do wyrównania. Ostatnie słowo przed przerwą należało do aktualnych mistrzów Ligi Fanów, a konkretnie do Dryńskiego, który wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Do przerwy goście wygrywali 4:3.
Druga odsłona to wymiana ciosów z jednej i drugiej strony. Więcej z gry mieli jednak goście i to oni - a konkretnie Pietrzak - zdobyli, jak się okazało później, jedynego gola po przerwie. Gospodarze ambitnie próbowali zagrażać bramce Gwoździa do samego końca pojedynku, ale nie przyniosło to zamierzonego efektu. Goście również tworzyli sobie mnóstwo sytuacji strzeleckich, ale cuda w bramce In Plusa wyczyniał Konrad Reszka. Ostatecznie Gladiatorzy pewnie zwyciężyli 5:3 i umocnili się na prowadzeniu w ligowej tabeli.
Pojedynek na szczycie 1. ligi okazał się rewelacyjnym widowiskiem, godnym ekip, które mają ambicję grać w przyszłym roku w Ekstraklasie Ligi Fanów. Cały mecz toczył się w zawrotnym tempie, a gra przenosiła się od bramki do bramki, choć początkowo inicjatywa była wyraźnie po stronie gospodarzy. Działo się tak między innymi dlatego, że kilku zawodników Łowców zwyczajnie spóźniło się na to spotkanie, ale gdy pojawili się na placu gry, początkowa przewaga Siriusa zaczęła szybko topnieć.
Po dwudziestu minutach gry było 2:0 po golach Vladyslava Burdy i Mykoli Ktitora, ale jeszcze przed przerwą Łowcy zdołali odrobić jedno oczko. Goście wywalczyli rzut karny i choć strzał Borysa Ostapenki został obroniony, to dobitka odbiła się od nóg jednego z obrońców i zatrzepotała w siatce.
Po zmianie stron obie ekipy wymieniły się ciosami i po golach Vadyma Rossokhatego i Yevhenia Androshchuka zrobiło się 3:2. Następnie Sirius wyprowadził dwie skuteczne akcje i dublet zgarnęli zarówno Mykola Ktitor, jak i Vadym Rossokhaty, a gospodarze odjechali z wynikiem na 5:2. Łowcy zdecydowali się na zmianę taktyki i przy posiadaniu piłki zmieniali bramkarza na lotnego. W tej roli wystąpił Denys Blank i szybko przyniosło to efekty – w 38. minucie zapunktował Oleksii Solop, a kilka minut później Blank popisał się pięknym uderzeniem z dystansu w samo okno i nagle przewaga Siriusa zmalała do zaledwie jednego gola.
Końcówka meczu to istna wojna nerwów. Na dwie minuty przed końcem Mykola Ktitor strzelił na 6:4, ale Łowcy błyskawicznie zripostowali trafieniem Damiana Patoki. Goście zaryzykowali i rzucili wszystkie siły do ataku. Po jednej z akcji bramkarz Siriusa, Yaroslav Smolin, pewnie złapał piłkę i posłał celny strzał przez całe boisko, ustalając wynik spotkania na 7:5.
Husaria była w tym spotkaniu typowana w roli solidnego faworyta, ale Korsarze pokazali się ze świetnej strony i w efekcie dostaliśmy wyjątkowo emocjonujące widowisko. Gospodarze nie przeszaleli z frekwencją – na plac gry dotarło tylko sześciu zawodników. Z drugiej strony ekipa gości miała dwie zmiany i team Tomka Hubnera musiał mądrze rozkładać siły przez cały mecz. Dało się to zauważyć szczególnie w pierwszej połowie, bo gospodarze raczej nie szarżowali w ofensywie i skupili się na powolnym budowaniu przewagi.
Wynik otworzył w 9. minucie Sebastian Maśniak, ale chwilę później Korsarze odpowiedzieli trafieniem Mateusza Marcinkiewicza. W 17. minucie na 2:1 strzelił Daniel Bogucki i znowu Husaria długo nie nacieszyła się prowadzeniem, bo wyrównał Maciej Grodzki. Tytaniczną pracę w bramce mokotowskiego teamu wykonywał jak zwykle Norbert Wierzbicki, ale nawet on nie miał nic do powiedzenia w 23. minucie, kiedy klasyczną, dwójkową akcję wykończył Maciej Grodzki. W efekcie Korsarze schodzili na przerwę ze skromnym prowadzeniem 2:3, a druga połowa zapowiadała się jeszcze ciekawiej.
Po zmianie stron gospodarze odzyskali spokój w grze i w 31. minucie wyrównał Sebastian Maśniak, a chwilę później Husaria wróciła na prowadzenie po golu Daniela Boguckiego. Kiedy Mateusz Marcinkiewicz został ukarany żółtym kartonikiem, ekipa z Mokotowa stanęła przed okazją, aby łatwo zwiększyć prowadzenie, ale goście skutecznie się bronili i dopiero pod sam koniec kary udało się Sebastianowi Maśniakowi pokonać Damiana Zalewskiego, przy okazji zgarniając hat-tricka. W tym momencie mecz nabrał kolorów, bo Korsarze znów byli zmuszeni do przerwania akcji taktycznym faulem i tym razem Bartłomiej Kowalewski został wykartkowany. Husaria nie tylko nie wykorzystała przewagi liczebnej, ale na dodatek sama straciła gola! W 43. minucie zrobiło się 5:4, a Maciej Grodzki cieszył się z trzeciego trafienia w tym meczu. Na chwilę przed końcem emocje sięgnęły zenitu, kiedy do remisu doprowadził Bartłomiej Kowalewski.
Niewiele zabrakło do niespodzianki, ale Husaria ostatkiem sił podkręciła tempo, a niezawodny Sebastian Maśniak urwał się obrońcom i nie dał szans Damianowi Zalewskiemu. Kropkę nad „i” postawił Jakub Cegiełka i rzutem na taśmę gospodarze zgarnęli trzy punkty.
Imponująco wygląda debiutancka, pierwszoligowa kampania w wykonaniu ekipy Inferno Team – oglądając ich w grze, nieraz można odnieść wrażenie, jakoby bawili się tym poziomem rozgrywkowym. Nie inaczej było w wieńczącym rundę jesienną starciu z Presleyem, który okupował strefę spadkową. Strzelanie rozpoczął Mikołaj Jakóbczak, wykorzystując podanie Oskara Górki, a zaraz potem ów podający strzałem z przedpola samodzielnie wpisał się na listę strzelców po asyście Stanisława Kołomańskiego. Gracze KS Presley złapali kontakt za sprawą swojego kapitana, Jakuba Wiktorowskiego, który skutecznie zmieścił piłkę w siatce z rzutu wolnego.
Mimo czasowego osłabienia po żółtej kartce dla Górki za dyskusje z sędzią, Inferno wcale nie spuściło z tonu – występ z absolutnego topu dowiózł nam Piotr Bartnicki. Tego, co wyprawiał z piłką, nie da się odpowiednio opisać — dość powiedzieć, że zdobył cztery bramki, wśród których dwie śmiało można nominować do trafienia kolejki. Kładł zwodami obrońców rywali jak chciał, wręcz niemożliwym było odebrać mu futbolówkę.
W drugiej odsłonie rywalizacji gospodarze wciąż dominowali, natomiast wyraźnie dało się odczuć całkiem spore rozluźnienie w ich szeregach, bo zbyt łatwo pozwalali Presleyowi na kolejne trafienia. Przy wyniku 8:1, za przepychanki podczas wykonywania autu, po „żółtku” otrzymali Górka i Michalak, a że pierwszy z nich już wcześniej taki kartonik obejrzał, to w konsekwencji złapał czerwoną kartkę i nie mógł już wrócić na plac gry. W jego buty weszli jednak inni młodzi i ambitni piłkarze Inferno, w szczególności w oczy rzucali się Hubert Suska i Maciej Świeciński. W tym momencie meczu obie strony zdobywały gole hurtowo, dzięki czemu Presley Gniazdowy doskoczył do przeciwników na odległość jedynie trzech trafień – największe zagrożenie dla Inferno stwarzali wśród rywali Serokin, Hamulczuk oraz Gołębiewski i to właśnie oni w dużej mierze przyczynili się do zmniejszenia przewagi oponentów.
Ostatnie akcenty należały jednak do podopiecznych Igora Patkowskiego i za sprawą Bartnickiego oraz Suski (gol piętką), obsłużonych przez Świecińskiego, Inferno przypieczętowało zwycięstwo 13:8.
W ostatniej kolejce rundy jesiennej 1. Ligi Fanów skrzyżowały się ekipy UKS Toho Grodzisk Mazowiecki oraz Explo Team. Jedni i drudzy zmagają się tej jesieni ze swoimi problemami, ale w tabeli wyżej stoi spadkowicz z Ekstraklasy. Szybko też odzwierciedliło się to na boisku, kiedy w 4. minucie gola na 1:0 zdobył Pawłowski. Radość gości nie trwała długo, bo 2 minuty później wyrównał Czyż. Następne minuty należały do Explo - to oni częściej gościli pod bramką przeciwników i byli też skuteczniejsi. Toho popełniało proste błędy w obronie, co poskutkowało golami dla rywali. Najbardziej z nich brylował Górecki, który zdobył 4 gole jeszcze przed przerwą. Swoje drugie trafienie dorzucił również Pawłowski. Gospodarze odpowiedzieli bramkami Górskiego oraz Czyża i do przerwy przegrywali 7:3.
Druga odsłona była zdecydowanie bardziej wyrównana. Toho wyciągnęło wnioski z pierwszych 25 minut, uszczelniając swoje szyki defensywne. Bardzo dobrze wyglądał zwłaszcza duet Czyż–Salomon - panowie mieli swój udział przy 6 z 8 goli całego zespołu. W 35. minucie pojedynku na 8:6 trafił Zasadzki i wydawało się, że gospodarze będą w stanie osiągnąć coś, co po pierwszej odsłonie wydawało się nieosiągalne, czyli zdobyć jakieś punkty w tym pojedynku. Ostatnie słowo należało jednak do Explo. Panowie świetnie rozegrali końcówkę tej potyczki, ostatecznie zwyciężając i dopisując bardzo ważne trzy oczka.
Runda wiosenna w 1. lidze zapowiada się bardzo ciekawie. Toho musi spróbować poczynić pewne wzmocnienia, jeśli chce myśleć o spokojnym pozostaniu na zapleczu Ekstraklasy kolejny sezon. Goście, zachęceni swoimi dobrymi występami, na pewno mają apetyt na top 3 i walkę o powrót do Ekstraklasy.
O godzinie 18:00 na Arenie AWF zmierzyły się ze sobą zespoły FC Kebavita i UEFA Mafia Ursynów. Zdecydowanym faworytem do zwycięstwa w tym starciu był zespół gości, który zajmował czwarte miejsce w tabeli, natomiast gospodarze niemal szurali po jej dnie.
Pierwszy cios zadała Ursynowska Mafia – wykorzystując błąd w defensywie rywala, wynik spotkania otworzył Jakub Komendołowicz. Jednak drużyna prowadzona przez Buraka Cana nie pozwoliła narzucić sobie stylu gry przeciwników i sama przeszła do ofensywy, zdobywając aż trzy trafienia, które wprowadziły chaos w szeregach gości. Kolejny błąd w obronie Kebavity kosztował ich drugiego gola, co pozwoliło Uefa Mafii złapać kontakt. „Bramkę do szatni” zdobył wybitny tego dnia Christian Nnamani, kompletując do przerwy hat-tricka po kolejnej już asyście architekta zespołu, Kamila Majorka.
Po zmianie stron gospodarze, wbrew oczekiwaniom, kontynuowali powiększanie swojego dorobku bramkowego i w pewnym momencie prowadzili już 6:2. Można było pomyśleć, że wynik jest przesądzony… ale nie dla UEFY. Goście rzucili się do odrabiania strat a kiedy ponownie trafił Komendołowicz, wiara w zwycięstwo wzrosła, a zaangażowanie całego zespołu było niesamowite. Za sprawą dwóch goli głównego snajpera oraz trafienia Adama Golenia na tablicy wyników pojawił się rezultat 7:6. Emocje sięgały zenitu, atmosfera na ławce gospodarzy była mocno napięta, natomiast goście, zbudowani kapitalnymi trafieniami, szarżowali po zwycięstwo.
Niestety dla goniących, ich sen przerwał nokautujący cios zadany ponownie przez świetnego Christiana Nnamaniego, który przypieczętował zwycięstwo FC Kebavity w stosunku 8:6.
Starcie Husarii z Contrą idealnie wpisało się w wagę spotkania, którą czuć było już w zapowiedzi. Mecz dla obu drużyn miał ogromne znaczenie, a jego przebieg tylko potwierdził, że margines błędu był minimalny. Tempo było wysokie, emocje trwały do samego końca, a wynik rozstrzygnął się praktycznie w ostatniej akcji meczu.
Lepiej zaczęli goście, którzy od pierwszych minut złapali właściwy rytm i bardzo szybko wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Husaria odpowiedziała trafieniem Tomasza Kruczyńskiego, który spokojnie skierował piłkę do pustej bramki. Chwilę później do remisu doprowadził Franek Lis, pakując piłkę w samo okienko potężnym uderzeniem z dystansu. Końcówka pierwszej połowy znów należała jednak do Contry - goście dołożyli dwa trafienia, dzięki czemu na przerwę schodzili przy korzystnym wyniku 2:4.
Po zmianie stron gra była wyrównana, akcja za akcję, lecz to Contra ponownie wykorzystała swoją skuteczność i odskoczyła na trzy bramki. Husaria jednak nie złożyła broni. Gospodarze konsekwentnie napierali, stopniowo zmniejszając stratę, aż w końcówce dopięli swego - doprowadzili do remisu 6:6. Gdy wydawało się, że mecz zakończy się podziałem punktów, Contra przeprowadziła jeszcze jeden szybki atak. Kuba Lisowski, wykorzystując kontrę i moment zawahania obrony, zdobył bramkę, która okazała się decydująca.
Contra wygrywa jednym golem, zgarniając niezwykle ważne trzy punkty i nadając zupełnie nowy kształt tabeli przed rundą wiosenną.
W hitowym starciu 2. ligi zmierzyły się ze sobą ekipy Cyrkulatki i Ternovitsii. Druga z wymienionych drużyn była dotychczas niepokonana, co stawiało ją w roli faworyta przed tym spotkaniem. Jak się jednak okazało, król został zdetronizowany – ekipa gości musiała tym razem uznać wyższość rywala, ponosząc pierwszą porażkę w tym sezonie.
Był to niezwykle intensywny mecz walki: nikt nie odstawiał ani nogi, ani głowy. Piłkarze obu drużyn byli ogromnie zdeterminowani, by to do nich powędrowały trzy punkty. Spotkanie miało wyrównany przebieg – za każdym razem, gdy gospodarze wychodzili na prowadzenie, goście niwelowali przewagę i doprowadzali do wyrównania.
Ostatecznie „rzutem na taśmę” Cyrkulatka zwyciężyła 5:4, a zwycięskiego gola zdobył Maks Kostrubiec. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Bartłomiej Panas, który tego dnia rozegrał kapitalne spotkanie. Dwukrotnie trafił do siatki, a dodatkowo zanotował mnóstwo wygranych pojedynków, często dryblując dwóch czy nawet trzech rywali.
Niemniej jednak cała drużyna Cyrkulatki zasługuje na pochwałę, ponieważ jako zespół zaprezentowali się ze znakomitej strony. Udało im się pokonać dotąd niepokonanego przeciwnika, tym samym zapowiadając swoje ambicje na drugą część sezonu.
Spotkanie ostatniej drużyny w tabeli z trzecią siłą ligi zwykle ma wyraźnego faworyta, ale futbol potrafi pisać własne, zaskakujące scenariusze. Tak było i tym razem. Już początek meczu przyniósł zdziwienie, bo Agape, grające bez nominalnego bramkarza, wyszło na prowadzenie po świetnie rozegranej akcji zakończonej dograniem na pustą bramkę. To była zapowiedź emocji, choć wydawało się, że szybko zostanie przygaszona.
Rock’n’Roll, zaskoczony otwarciem, otrząsnął się błyskawicznie i bezlitośnie wykorzystał brak klasowego golkipera po stronie gospodarzy. Kolejne strzały i szybkie akcje przyniosły prowadzenie 4:1, a z przebiegu gry wyglądało to tak, jakby następne trafienia były tylko kwestią czasu. Agape miało ogromne problemy z kryciem, a każde celniejsze uderzenie pachniało kolejną bramką. I nagle… wszystko się odwróciło.
Gospodarze, grający już z bramkarzem i odważnie budujący akcje trójkątami w rozegraniu, zaczęli wykorzystywać absolutnie każdy błąd gości. Ich determinacja rosła z każdą minutą, a Rock’n’Roll kompletnie nie potrafił zatrzymać naporu. W kilkanaście minut Agape zdobyło trzy bramki, doprowadzając do sensacyjnego 4:4 i całkowicie wybijając rywali z rytmu.
Rozdrażniony Rock’n’Roll ruszył mocniej do ataku, próbując na siłę odzyskać przewagę. Gospodarze bronili się jednak bardzo odpowiedzialnie i kompaktowo, nie dopuszczając przeciwników do klarownych sytuacji. W końcu mur został jednak przełamany w 49. minucie goście trafili na 4:5 i wydawało się, że sensacja zostanie ostatecznie zażegnana. Nic bardziej mylnego!
W ostatniej akcji meczu, po ogromnym zamieszaniu w polu karnym Rock’n’Rollu, to… bramkarz Agape dopadł do piłki i wpakował ją do siatki, doprowadzając do niesamowitego 5:5! Gol na wagę nie tylko punktu, ale również wyzerowania ujemnego dorobku gospodarzy. Agape kończy jesień z zaledwie jednym oczkiem, ale za to z ogromnym zastrzykiem wiary.
Rock’n’Roll natomiast musi czuć ogromną frustrację. Prowadzenie 4:1 wymknęło się z rąk, a walcząca tego dnia na pełnej determinacji drużyna Agape zadała im jeden z najbardziej bolesnych ciosów całej rundy.
Zdecydowanym faworytem w spotkaniu Warsaw Bandziors i FC Zoria Streptiv był zespół gości, który pomimo dopiero piątego miejsca w tabeli, ma najlepszy bilans bramkowy w całej 2. Lidze. Gospodarze natomiast notują passę porażek, którą - miejmy nadzieję - uda im się przełamać na wiosnę.
Zoria to wyjątkowo bramkostrzelna drużyna, co potwierdziła w tym spotkaniu. Wyszli na prowadzenie bardzo szybko - już po trzech minutach gry, dzięki trafieniu motoru napędowego całego zespołu, Vladyslava Burdy. Piękne akcje, wysoka skuteczność i płynne rozegranie zupełnie przyćmiły powolne budowanie ataków przez Bandziors, którym ewidentnie brakowało jakości w wykończeniu. Goście błyskawicznie odskoczyli na wysokie prowadzenie, a w pewnym momencie tablica wyników pokazywała aż 0:5. Gospodarze tuż przed przerwą zdobyli dwa trafienia, dając sobie jeszcze cień nadziei na lepszą drugą połowę i ewentualne wyszarpanie choćby punktu.
Po zamianie stron ekipa Zorii Streptiv jedynie podkręciła tempo gry, czym ostatecznie dobiła Warsaw Bandziors. Ich kapitalna, zespołowa gra robiła ogromne wrażenie. Zawodnicy rozumieli się niemal bez słów. Sposób zdobywania goli wyglądał wręcz bliźniaczo: dopieścić podanie tak, aby partner musiał tylko dostawić nogę. Poezja. Finalny rezultat wyniósł aż 6:15. Zoria przeprowadziła istny pokaz siły w ostatniej kolejce jesiennej rundy Ligi Fanów.
Mamy nadzieję, że Bandziorsi na wiosnę wrócą odmienieni i powalczą do ostatnich meczów o utrzymanie na obecnym poziomie rozgrywkowym. Na pewno ich na to stać.
Przed rozpoczęciem tego spotkania trudno było wskazać wyraźnego faworyta, choć to drużynie Dzików z Lasu dawaliśmy nieco większe szanse na zwycięstwo. Zgodnie z przewidywaniami to gospodarze od pierwszego gwizdka przejęli inicjatywę w posiadaniu piłki i konstruowali groźne akcje ofensywne. Ukrainian Vikings, głęboko cofnięci, starali się utrudniać grę rywalom.
Dziki z Lasu wyszły na prowadzenie jako pierwsze za sprawą Aleksandra Janiszewskiego. Gol dla rywali był jednak dla gości sygnałem, że czas wziąć się do pracy. Odpowiedź była natychmiastowa - szybko wyrównali, a w kolejne dziesięć minut dołożyli trzy bramki i na tablicy wyników mieliśmy 1:4. Dziki zdołały jeszcze odpowiedzieć przed przerwą, więc na pauzę schodziliśmy przy wyniku 2:4.
Po zmianie stron inicjatywę ponownie przejęli zawodnicy z Ukrainy, którzy w pewnym momencie prowadzili już 3:7. W drużynie gości świetne zawody rozgrywał bramkarz Mykhailo Oleynikov, popisując się licznymi udanymi paradami. Końcówka spotkania to już spora przewaga gospodarzy. Dziki z każdą minutą coraz mocniej atakowały bramkę rywali. Swoje dobre momenty udokumentował bramkami Szymon Kwiatkowski, który zmniejszył stratę do dwóch oczek. Na więcej nie starczyło jednak czasu i spotkanie ostatecznie zakończyło się wynikiem 5:7.
Dziki mogą żałować pierwszej odsłony meczu, w której pozwolili rywalom odskoczyć na aż trzy trafienia. Ta przewaga okazała się kluczowa w perspektywie całego spotkania, gdyż nie udało się jej odrobić. Porażka gospodarzy oznacza, że przerwę zimową spędzą tuż nad strefą spadkową, natomiast Ukrainian Vikings, dzięki wygranej, zbliżyli się do swoich dzisiejszych rywali na zaledwie trzy punkty.
Dla Tonie Majami starcie z Orzełami było smutnym zwieńczeniem tej rundy. Kolejny raz ekipa Patryka Kamoli nie zagrała tragicznie złego spotkania, ale wynik mówi o sytuacji zupełnie odwrotnej. Co tu dużo mówić – gospodarze znów nie dowieźli w kwestii frekwencji, co szczególnie było widoczne w drugiej części meczu.
Początkowo nie zanosiło się na taki stan rzeczy, a Majami nawet jako pierwsze wyszło na prowadzenie – w 7. minucie gola otwierającego zdobył Jan Krzyżanowski. Jednak im dalej w mecz, tym bardziej kurczyła się inicjatywa bloku ofensywnego gospodarzy, a rozkręcali się napastnicy Orzełów. Po kwadransie gry wyrównał Max Mahor, a w niecałe trzy minuty goście odwrócili losy meczu na swoją korzyść i wskoczyli na trzybramkową przewagę.
Po zmianie stron sytuacja Tonie Majami jedynie się pogorszyła – dwie szybkie akcje Tomasza Krzyżańskiego i Macieja Kiełpsza skończyły się golami i nagle Orzeły odjechały z wynikiem na 1:5. W 32. minucie Max Mahor skompletował dublet, ale chwilę później Tonie Majami stanęło przed szansą odrobienia strat. Golkiper Orzełów, Arkadiusz Ciołek, za nierozważny faul poza polem karnym został ukarany czerwonym kartonikiem. Gospodarze dostali w ten sposób sześć minut gry w przewadze, ale zamiast odwrócenia losów meczu doszło do symbolicznego podsumowania tej rundy. Gospodarze nie tylko nie zdołali wykorzystać przewagi liczebnej i odrobić strat, ale na dodatek sami stracili aż dwa gole.
Po wyrównaniu się składów goście dołożyli jeszcze jedno trafienie, a wynik na 2:9 w 46. minucie ustalił Kajetan Podgórski. Orzeły Stolicy w końcu zagrały na miarę swoich możliwości, ale trochę szkoda, że obudziły się dopiero pod koniec tej rundy. Tonie Majami ma teraz całą zimę na przebudowanie swojego składu, bo jak widać – 3. liga nie wybacza słabości.
Mecz FC Comeback – FC Prykarpattia otwierał niedzielne zmagania w 3. lidze i już od pierwszych minut było jasne, że gospodarze nie zamierzają zwalniać tempa, które narzucili w ostatnich tygodniach. Comeback, rozpędzony czterema kolejnymi zwycięstwami, wyszedł na boisko o godzinie 8:00 maksymalnie skoncentrowany, świadomy, że komplet punktów może dać im nawet pierwsze miejsce po rundzie jesiennej. Prykarpattia, choć podbudowana pierwszą wygraną w sezonie z poprzedniej kolejki, od początku miała ogromne problemy, by przeciwstawić się intensywności i jakości gospodarzy.
Do przerwy wynik 5:1 dla FCC praktycznie ustawił przebieg rywalizacji. Comeback kontrolował środek pola, agresywnie odbierał piłkę i błyskawicznie przechodził do ataku. Prykarpattia próbowała się bronić, ale różnica w dynamice i organizacji gry była zbyt widoczna, by myśleć o powrocie do rywalizacji punkt po punkcie. Każdy błąd gości był natychmiast wykorzystywany.
Druga połowa to już pełna dominacja faworytów, którzy – zamiast zwolnić – wrzucili jeszcze wyższy bieg. Show absolutnie skradł Kostiantyn Didenko, zdobywając aż osiem bramek i praktycznie w pojedynkę rozbijając defensywę przyjezdnych. Nie był jednak jedyną gwiazdą meczu – Mykhailo Harkavka rozegrał kapitalne zawody, dokładając do wyniku sześć asyst i będąc motorem napędowym większości akcji ofensywnych.
Ostateczne 12:4 to rezultat w pełni oddający przebieg rywalizacji. Comeback udowodnił swoją wyższość, potwierdził znakomitą formę i pewnym krokiem wskoczył na podium rozgrywek. Prykarpattia, mimo walki i jednego przebłysku w drugiej połowie, kończy spotkanie z poczuciem, że różnica klas była nie do nadrobienia.
Ważny mecz dla obu drużyn. Zwycięstwo oddalało od strefy spadkowej i jednocześnie przybliżało do walki o TOP 3, porażka zaś oznaczała krok w tył. Krótko mówiąc: klasyczne spotkanie o sześć punktów. Jak wszyscy wiedzą, w niedzielę pogoda nie rozpieszczała - boisko przykryte śniegiem, a dla chłopaków z Azerbejdżanu były to prawdopodobnie pierwsze takie warunki. Na pewno nie były komfortowe, ale w żadnym stopniu nie przeszkodziły im w dobrej grze.
Deluxe jak zwykle imponował szybkością, zwinnością i ogromnym zaangażowaniem. Wygrywali większość pojedynków 1 na 1, odbierali piłki i przebijali się tam, gdzie wydawało się to trudne lub wręcz niemożliwe. Głównym architektem sukcesu był Raul Mammadov, który rozegrał mecz po prostu kompletny. Gole? Hat-trick. Asysty? Dwie. Praca w defensywie? Na równie wysokim poziomie.
Pierwszą bramkę strzelili jednak Łowcy - piękne diagonalne podanie lewą nogą od Oresta Petryszyna, a Denis Deneha bez litości wykończył akcję. Radość gości nie trwała jednak długo. W kolejnej akcji Deluxe wyrównał, a w końcówce pierwszej połowy prowadził już pewnie 4:1. Dopiero błąd w samej końcówce pozwolił rywalom zdobyć drugiego gola i na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 4:2.
W drugiej połowie Barberzy powiększali przewagę, prowadząc już 7:2, i wszystko wskazywało na spokojne, pewne zwycięstwo. Tym bardziej że na listę strzelców wpisało się aż pięciu zawodników - oprócz Raula dublet zdobył Asim Mizzayev, a Elgun Alakbarov do gola dołożył aż trzy asysty. I właśnie wtedy Łowcy nagle „odpalili”. Zaczęli grać odważniej, częściej atakować i trafiać do siatki. Trzy gole Uladzimira Maroza i dwa trafienia Oleha Halki pozwoliły mocno zmniejszyć stratę, ale na remis zabrakło już czasu. Świetna pogoń, świetne emocje, szkoda tylko, że Łowcy nie włączyli wyższego biegu trochę wcześniej, bo końcówka naprawdę mogła być piekielnie gorąca.
Ostatecznie Deluxe Barbershop kończy pierwszą rundę z 15 punktami i zajmuje 5. miejsce, tuż za podium. Łowcy mają 10 punktów, czyli bezpiecznie poza strefą spadkową, choć do podium brakuje im aż dziewięciu oczek.
W ostatniej kolejce Ligi Fanów przed przerwą zimową spotkały się zespoły, które w tym sezonie spisują się w kratkę, ale cały czas znajdują się w górnej części tabeli. Dla gospodarzy strata punktów mocno skomplikowałaby ewentualne plany awansu do wyższej klasy rozgrywkowej, natomiast goście na wpadkę mogli sobie pozwolić, bo po 8 pojedynkach mieli o 2 oczka więcej od swojego przeciwnika.
Od początku widać było większą motywację w szeregach Husarii Mokotów. Bardzo często rozgrywali akcję z wysoko grającym bramkarzem, czym rozmontowywali obronę przeciwników. Pierwszy gol padł dość szybko, a jego autorem był Tomek Hubner. Po tym trafieniu jeden ze zrywów zaliczyli zawodnicy Warsaw Sinaloa - zryw zakończony golem Koperskiego. Później jednak do głosu doszli gospodarze i to oni dyktowali warunki boiskowe. Swoje bramki zdobyli dwukrotnie Borowski, Wdowiński, Urmanowski oraz Hubner, i do przerwy Husaria zasłużenie prowadziła aż 6:1.
Druga odsłona była zdecydowanie bardziej wyrównana, bo goście lepiej ustawili swoje szyki obronne. Szybko zdobyte gole Snopka i Koperskiego dawały nadzieję, że może uda się wywalczyć przynajmniej punkt. Z marazmu obudzili się jednak gospodarze - bramka Mamli ponownie wprowadziła spokój w ich poczynania. Końcówka meczu była wyrównana, jedni i drudzy mieli swoje szanse, które wykorzystywali, co ostatecznie złożyło się na końcowy rezultat 11:6 dla Husarii Mokotów.
To miał być hit zwieńczający walkę o podium 3. ligi. Niestety spotkanie szybko przerodziło się w mecz o to, kto lepiej radzi sobie w ekstremalnych warunkach pogodowych. A odpowiedź była jedna i oczywista – Vikersonn. Obfite opady śniegu i słaba frekwencja spowodowały, że gospodarzom wytrącono z rąk bardzo ważne atuty tej drużyny, między innymi dryblingi Sebastiana Dominiaka i Mateusza Rozkresa. O precyzyjną kontrolę piłki było ciężko, więc dużo skuteczniejsza była gra podaniami i tutaj ekipa Vikersonna miała kolosalną przewagę.
Goście jak zwykle tłumnie stawili się na placu gry i od pierwszego gwizdka realizowali swój klasyczny plan taktyczny. Już po trzech minutach było 0:2 po trafieniach Ivana Vovka i Valeriego Shulhy, a chwilę później mogło być nawet więcej, ale z linii bramkowej piłkę wybił Patryk Dominiak. Gospodarze zostali praktycznie zepchnięci do obrony, a w 12. minucie i tak musieli ponownie wyciągać piłkę z siatki. Dopiero w 22. minucie GLK nawiązało walkę, a rzut rożny Patryka Dominiaka na gola zamienił Mariusz Burzyński. W ostatniej akcji pierwszej połowy Vikersonn powrócił na trzybramkową przewagę, a druga część meczu to już praktycznie zupełna dominacja ukraińskiego zespołu. Wprawdzie w 31. minucie na 2:4 trafił Sebastian Dominiak, ale od tego momentu punktowali już tylko goście.
W 36. minucie na 2:5 trafił Yurii Rubinski, a minutę później było już 2:7 i choć do końca meczu pozostało jeszcze sporo czasu, to z zawodników GLK wyraźnie zeszło powietrze i ekipa Mateusza Rozkresa po prostu nie miała szans na dogonienie wyniku. Jedyne, co pozostało, to z godnością i honorem dograć mecz do końca.
Vikersonn po raz kolejny rozegrał świetny, drużynowy mecz i zasłużenie przezimuje na najwyższym stopniu podium. Pozostaje jedynie gdybać, jak wyglądałoby to spotkanie, gdyby było rozgrywane w normalnej pogodzie, ale jednego możemy być pewni – rewanż na wiosnę już teraz zapowiada się niezwykle ciekawie.
Starcie niepokonanego lidera z trzecią od końca drużyną tabeli raczej nie pozostawiało wątpliwości co do faworyta. Hetman w tym sezonie idzie jak burza, a Warszawska Ferajna musi szukać swoich punktów, więc już przed pierwszym gwizdkiem można było przewidzieć scenariusz. Jednak pierwsze minuty pokazały, że sam mecz wcale nie był jednostronnym szturmem od razu po starcie.
Początek pojedynku to kontrola Hetmana w środku pola, częste posiadanie piłki i próby rozciągania defensywy gości, ale bez konkretów pod bramką. Ferajna natomiast próbowała przetrwać pierwsze fale ataków, dobrze się przesuwała i na początku skutecznie zamykała dostęp do własnego pola karnego. Wydawało się, że lider potrzebuje chwili, żeby wejść na swoje właściwe obroty.
I ta chwila przyszła błyskawicznie. Hetman odpalił pełną moc i w krótkim odstępie czasu strzelił trzy bramki, pokazując, jak zabójczy potrafi być, gdy tylko dostanie trochę przestrzeni pod polem karnym rywala. Ferajna jednak nie odpuściła i tuż przed przerwą zdobyła gola na 3:1, dając sobie niewielki punkt zaczepienia przed drugą połową. Mimo to obraz meczu pozostawał zgodny z przewidywaniami. Hetman kontrolował tempo, dyktował warunki i wyglądał pewnie w każdym sektorze.
Po zmianie stron wszystko wróciło do typowego dla lidera rytmu. Hetman nie zwalniał, atakował falami i utrzymywał piłkę wysoko. Kluczową postacią był Filip Motyczyński, który świetnie obsługiwany przez kolegów skompletował hat-tricka, podkreślając swoją dyspozycję i skuteczność w polu karnym. Ostatecznie Hetman domknął wynik na 7:2, po raz kolejny demonstrując zarówno ogromną siłę ofensywną, jak i pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Ten zespół wygląda na gotowy do marszu po awans. Komplet punktów i imponująca regularność mówią same za siebie.
Warszawska Ferajna z kolei przeżyła kolejną trudną lekcję. Choć fragmentami potrafili odpowiedzieć i stworzyć zagrożenie, to wiosną czeka ich wymagająca walka o utrzymanie. Zadanie trudne, ale wciąż jak najbardziej realne.
Dziewiąta kolejka 4. Ligi przyniosła starcie BJM Development z Bad Boys, w którym faworytem - przynajmniej według tabeli - byli gospodarze. Po ośmiu rozegranych spotkaniach mieli na swoim koncie 16 punktów, podczas gdy ich rywale o sześć mniej. Różnica jednak szybko przestała mieć znaczenie, bo boiskową rzeczywistość zweryfikowały warunki zimowej aury oraz szeroki skład gości, podczas gdy BJM przystępowało do meczu tylko z jedną zmianą.
Spotkanie rozpoczęło się dynamicznie. Już na początku Bad Boys wyszli na prowadzenie za sprawą Soleckiego. Gospodarze zdołali jednak błyskawicznie odpowiedzieć i to w nieco kuriozalny sposób, bo piłkę do własnej bramki skierował Borowski. Ten sam zawodnik szybko naprawił swój błąd, zdobywając gola już po właściwej stronie boiska, a chwilę później kolejne trafienia Soleckiego i Dryki dały gościom wyraźne prowadzenie 4:1. Tuż przed przerwą BJM zmniejszyło jeszcze straty i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:4.
Druga część gry nie przyniosła większej zmiany obrazu meczu. Obie ekipy wypracowywały dogodne sytuacje, lecz skuteczniejsi pozostawali Bad Boys. Już na początku Solecki skompletował kolejne trafienie, podnosząc prowadzenie do 5:2. Wtedy jednak gości dopadł chwilowy kryzys, z którego skrzętnie skorzystali gospodarze. Dwa gole Odolińskiego pozwoliły wrócić do gry i doprowadzić do stanu 4:5.
Ostatnie fragmenty należały jednak bezsprzecznie do Bad Boys. Najpierw znów błysnął nieomylny tego dnia Solecki, a następnie Stępień i Wardzyński dobili rywali, ustalając rezultat na 8:4. Bad Boys, mimo niższej pozycji w tabeli, pokazali większą konsekwencję, lepiej wykorzystali szeroki skład i w pełni zasłużenie podnieśli z boiska komplet punktów.
Padający przez całe spotkanie śnieg nadał temu meczowi nie tylko zimowy klimat, ale i znacznie utrudnił grę obu drużynom. Warunki sprawiały, że każdy kontakt, każdy sprint i każdy drybling wymagały podwójnej energii. W takich realiach kluczowa okazała się fizyczność, determinacja i umiejętność adaptacji. Wszystko to znacznie lepiej opanował Team Ivulin, który od pierwszej chwili wyglądał tak, jakby śnieg działał wyłącznie na ich korzyść.
Już pierwsze minuty pokazały wyraźnie, że gospodarze podeszli do meczu z większą intensywnością. Twarde wejścia, szybkie odbiory i mocna gra na kontakt - Ivulin wykorzystał wszystkie elementy, które w takich warunkach są kluczem do zwycięstwa. Od początku było też widać, że ta drużyna ma umiejętności znacznie większe, niż sugeruje ich pozycja w tabeli. Tym razem wszystko zaczęło się zazębiać. Centralną postacią meczu był Antoś Łahviniec, który popisał się hat-trickiem i absolutnie wyróżniał się na ośnieżonym boisku. Jego wejścia w tempo, determinacja i pewność w wykończeniu robiły ogromną różnicę. Jednym z jego trafień był ładny strzał z dystansu, oddany z pełnym przekonaniem - piłka uderzona z siłą prześlizgnęła się po ośnieżonej siatce i pozostawiła bramkarza bez reakcji.
Ivulin konsekwentnie dokładał kolejne trafienia, kontrolując przebieg meczu zarówno w środku pola, jak i pod obiema bramkami. Ukraine United próbowało odpowiadać pojedynczymi zrywami, ale przez większość czasu było o krok za rywalem. Dopiero w końcówce spotkania zdołali zdobyć dwa honorowe gole, podnosząc wynik do bardziej znośnego 8:3, jednak była to wyłącznie kosmetyczna korekta przy zdecydowanej dominacji gospodarzy.
Obie drużyny mają za sobą trudną jesień. Team Ivulin z dorobkiem 3 punktów i Ukraine United z zaledwie 2 oczkami wiedzą, że do bezpiecznego miejsca droga jest długa. Ale ten mecz pokazał, że waleczności im nie brakuje. Wiosna zapowiada się dla obu ekip jako czas walki o przetrwanie i jedno jest pewne: jeśli zachowają determinację z tego meczu, mogą jeszcze rzutem na taśmę odwrócić swój los.
Jeszcze zanim mecz się zaczął, wiedzieliśmy, że będzie to wyjątkowo emocjonujące starcie. Wszak spotkały się dwie ekipy, które z powodzeniem mogą uchodzić za jedne z najbardziej nieustępliwych w naszej lidze. I emocji oczywiście nie zabrakło - niestety nie tylko tych futbolowych. Na wstępie warto również zaznaczyć, że mecz był rozgrywany w wyjątkowo złych warunkach pogodowych, bo padający śnieg wyraźnie utrudniał kontrolę nad piłką i zmusił obie ekipy do bardziej otwartej gry.
I choć była to wyjątkowo niebrazylijska pogoda, to właśnie Furduncio rewelacyjnie weszło w mecz i już w pierwszej minucie podanie z rzutu rożnego Ismileya Mai na gola zamienił Eduardo Kanela. W 8. minucie precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego wyrównał Daniel Lasota, a chwilę później Zakapiory wykorzystały przewagę liczebną po żółtej kartce dla Huberta Urbanka i na 1:2 trafił Krzysztof Westenholz. W 14. minucie na 1:3 gola zdobył Artur Trojanowski, ale Furduncio znów wywalczyło rzut rożny – tym razem dośrodkowywał Rafael Andrade, a piłkę do siatki zapakował Ismiley Maia. Ostatnie trafienie pierwszej połowy wpadło na konto Artura Trojanowskiego i na protokole widniał wynik 2:4.
Po zmianie stron Zakapiory szybko dołożyły kolejne trafienie, a w 31. minucie obie drużyny wymieniły się ciosami i po golach Łukasza Figury oraz Rafaela Andrade mieliśmy wynik 3:6. Niestety przez cały mecz napięcie między zawodnikami obu drużyn nieustannie rosło, a kiedy w 37. minucie Zakapiory zdobyły kolejnego gola, awantura praktycznie wisiała w powietrzu. Doszło do niej po celowym i brutalnym faulu Hugo Chiariady, a przepychanki i wzajemne wyzwiska przerodziły się niemalże w bijatykę.
W efekcie sędzia pokazał aż trzy czerwone i jedną żółtą kartkę, a obie ekipy wróciły do gry, mając raptem po czterech zawodników. Zakapiory dołożyły jeszcze dwa trafienia i ostatecznie wygrały 4:8, a my już teraz możemy się domyślać, że wiosenny rewanż między tymi drużynami będzie jednym z najbardziej wyczekiwanych meczów przyszłej rundy.
Zimowa aura, jaka rozkręciła się tej niedzieli, nie przeszkodziła ekipom Bulls i Boca Seniors w stworzeniu kapitalnego widowiska na arenie AWF-u. Oba zespoły walczą o podium, stąd nic dziwnego, że z determinacją przystąpiły do rywalizacji. Początek należał do gospodarzy. Szybko objęli prowadzenie i zdominowali grę w środku pola. Goście nie mogli wejść w swój rytm i często ich akcje były niedokładne. Problemy zaczęły się, gdy ekipa z Ukrainy strzeliła kolejne bramki. W pierwszej połowie Boca Seniors nie potrafiło skutecznie się przeciwstawić rywalom i na przerwę ekipy schodziły z wynikiem 3:0.
Męska rozmowa w sztabie gości podziałała mobilizująco na zawodników i w drugiej odsłonie zobaczyliśmy totalnie odmieniony zespół. Oczywiście Kuba Sidor, bramkarz Boca Seniors, trzymał swoją ekipę w grze, notując kilka interwencji na początku drugiej odsłony - to właśnie jego paradami zaczęła się przemiana gości. Zawodnikiem, który potrafił zaskoczyć defensywę przeciwnika, był Andrzej Łukomski. Dwa razy się nie pomylił, wykorzystując podania kolegów, i przy stanie 3:2 mieliśmy pasjonującą końcówkę meczu.
W niej sporo było emocji. Posypały się kartki, gdy zawodnicy, czując stawkę tego meczu, nie potrafili utrzymać nerwów na wodzy. W końcu, na kilka sekund przed końcem, padła bramka dająca remis w tym spotkaniu. Faulowany był zawodnik Boca Seniors. Goście szybko ustawili piłkę i wykorzystali gapiostwo rywali, którzy zamiast dobrze ustawić się w obronie, protestowali, twierdząc, że faulu nie było. Dominik Banasiewicz dostał piłkę w polu karnym i strzelił nie do obrony, dając tym samym punkt swojemu zespołowi.
Po końcowym gwizdku emocje nie opadły i sędzia pokazał jednemu z zawodników czerwoną kartkę za niesportowe zachowanie. Sam mecz stał na wysokim poziomie i oba zespoły mają na wiosnę realne szanse powalczyć o medale w tym sezonie.
Spotkanie Kryształu z Dzikami z Lasu II potwierdziło wszystko, co zapowiadało się przed tym starciem: ogromną determinację gości, świetną formę gospodarzy i przede wszystkim mecz pełen zwrotów akcji.
Już w 2. minucie Kryształ objął prowadzenie po trafieniu Nikodema Łęczyckiego, ale Dziki błyskawicznie odpowiedziały pięknym strzałem Janka Napiórkowskiego. Ten sam zawodnik jeszcze raz popisał się kapitalnym uderzeniem z dystansu, które dało wyrównanie po tym, gdy gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie.
Chwilę później to jednak goście złapali wiatr w żagle - zdobyli kolejne dwa gole i niespodziewanie odskoczyli. Końcówka pierwszej połowy była szalona: Kryształ najpierw wyrównał, a tuż przed przerwą zdołał jeszcze przechylić szalę na swoją korzyść. Po bardzo dynamicznej wymianie ciosów gospodarze schodzili do szatni przy wyniku 5:4.
Druga połowa zaczęła się od kolejnego ciosu dla Dzików - Mateusz Sidor trafił na 6:4, dając Kryształowi chwilę spokoju. Ten jednak nie potrwał długo, bo mecz znów zamienił się w otwartą wymianę argumentów. Obie drużyny grały odważnie, często zapominając o defensywie, i w końcówce wynik zatrzymał się na 8:8. Gdy wydawało się, że padnie remis, decydujący moment należał do Kryształu. Kacper Kubiszer, zachowując zimną krew w ostatnich minutach, zdobył bramkę, która dała gospodarzom zwycięstwo.
FC Kryształ Targówek wygrywa 9:8, rzutem na taśmę dopisując kolejne trzy punkty i kończąc rundę jesienną w świetnym stylu.
Przez większą część pierwszej połowy kibice oglądali zacięte, ale bezbramkowe spotkanie. Obie drużyny tworzyły okazje, jednak brakowało wykończenia. Dopiero końcówka tej części gry przyniosła gole, a jako pierwsi do głosu doszli gospodarze. Po składnej akcji Wojciech Buraś wykorzystał swoją sytuację i wyprowadził Lagę Warszawa na prowadzenie. Jak się później okazało, był to jedyny pozytywny moment gospodarzy w tym meczu.
Goście odpowiedzieli błyskawicznie - Łukasz Walo kilka minut przed przerwą doprowadził do wyrównania, ustalając wynik pierwszej połowy na 1:1.
Po zmianie stron boisko należało już wyłącznie do drużyny Tylko Zwycięstwo. Goście grali konsekwentnie, agresywnie w odbiorze i niezwykle skutecznie pod bramką przeciwnika. W kolejnych minutach dołożyli aż sześć trafień, całkowicie dominując gospodarzy. Największy udział w efektownym zwycięstwie miał niezawodny Łukasz Walo, który zdobył w sumie 5 bramek, po raz kolejny stając się absolutnym bohaterem spotkania.
Ostatecznie Tylko Zwycięstwo triumfuje 7:1, potwierdzając świetną formę i wysokie aspiracje w 5. lidze. Czy wiosna będzie należała do nich? Wiele na to wskazuje.
O godzinie 22:00 na Arenie AWF rozegrano jedno z ostatnich spotkań jesiennej rundy Ligi Fanów. Naprzeciw siebie stanęły ekipy Warsaw Eagle i Na2Nóżkę. Zdecydowanym faworytem tego meczu był zespół gości, który w tym sezonie prezentuje solidną formę. Co więcej, na mecz stawili się w pokaźnym, bo aż jedenastoosobowym składzie. Tego samego nie można powiedzieć o gospodarzach, którzy od dłuższego czasu borykają się z problemami kadrowymi.
Początek spotkania należał w pełni do zespołu Na2Nóżkę, który wszedł w mecz w pięknym stylu dzięki precyzyjnemu wykończeniu z piętki Mateusza Rosłanowskiego, po równie genialnej asyście bramkarza gości. Warsaw Eagle nie pozostali dłużni i niewiele musieliśmy czekać na bramkę wyrównującą. Nastąpiła wymiana ciosów; w ciągu pięciu minut ujrzeliśmy aż trzy trafienia i to goście ponownie wyszli na prowadzenie. Gdy mecz się ustabilizował i nic nie wskazywało na to, że przed przerwą wydarzy się coś więcej, Orły wróciły do gry. Bramka do szatni autorstwa Jana Rakoczego doprowadziła do wyrównania.
Po zamianie stron mecz stał się jednostronny. Brak zmian w szeregach Warsaw Eagle dawał o sobie znać, a zmęczenie było widoczne gołym okiem. Ekipa Na2Nóżkę wykorzystała ten fakt i stale napierała, powiększając swój dorobek bramkowy. Na szczególne wyróżnienie zasługuje bramkarz gospodarzy, Karol Dębowski, bo gdyby nie jego kapitalne interwencje, wynik mógłby być znacznie wyższy.
Finalny rezultat 2:5 to niski wymiar kary dla Warsaw Eagle. Ich gra napawa optymizmem, lecz zdecydowanie muszą popracować nad frekwencją na wiosnę.
W ramach 5. ligi stanęły naprzeciwko siebie ekipy Ajaksu oraz After Woli. Niekwestionowanym faworytem tego spotkania była ekipa gospodarzy ze względu na pozycję w tabeli i dotychczasową dyspozycję. Jak się okazało, piłkarze Ajaksu bez najmniejszego problemu rozwiali wszelkie wątpliwości i nie tyle pokonali, co wręcz rozbili After Wolę, wygrywając aż 8:1.
Co do samego meczu, trudno doszukiwać się pozytywnych aspektów w drużynie gości. Byli jedynie cieniem graczy Ajaksu i nie potrafili znaleźć remedium na rozpędzonych rywali. Całe spotkanie przebiegało pod pełną kontrolą gospodarzy.
A jeśli mowa o zawodnikach Ajaksu, na szczególne wyróżnienie zasługuje trójka graczy: Natan Czyżewski, Dominik Kossowski oraz zawodnik meczu – Bartek Kopacz. Każdy z wymienionych odznacza się fantastyczną techniką, szybkością i zwinnością, a dodatkowym atutem jest to, że w ich przypadku trudno mówić o „słabszej nodze”, o czym dobitnie przekonali się piłkarze After Woli.
Ajaks po serii remisów wreszcie notuje pewne i zasłużone zwycięstwo, mając na koncie 10 punktów i oddalając się od strefy spadkowej, natomiast zawodnicy After Woli muszą jeszcze poczekać i odnaleźć formę z poprzednich lat.
Ważne spotkanie na szczycie 5. ligi - prawdziwy mecz o sześć punktów. Zwycięstwo Mareckich Wyg gwarantowało im pierwsze miejsce na zimę oraz sześciopunktową przewagę nad Fenixem. Z kolei w przypadku wygranej Feniksa Mareckie Wygi straciłyby pozycję lidera, a obie drużyny zakończyłyby rundę jesienną z taką samą liczbą punktów.
Zespoły wybiegły na ośnieżone boisko, gotowe wyrwać te cenne punkty. Poziom fizycznego kontaktu był bardzo wysoki a sędzia pozwalał grać twardo, a zawodnicy z tego korzystali. Dwa razy skończyło się to żółtymi kartkami, ale mimo ostrej rywalizacji obyło się bez przepychanek. W tym fizycznym starciu lepiej wyglądali zawodnicy Mareckich Wyg. Pierwsza połowa była dość wyrównana, jednak na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 4:1 dla gospodarzy. Kluczowymi elementami sukcesu były: świetna dyspozycja bramkarza Mateusza Klefasa, który zanotował kilka niezwykle ważnych interwencji i grając w osłabieniu zachował czyste konto, oraz tradycyjnie błyskotliwa gra ofensywna Ołeksandra Hutarova i Igora Zuchory.
W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Mecz pozostawał wyrównany, Fenix naciskał i szukał kontaktu, ale świetnie dysponowany Mateusz Klefas raz za razem ratował swoją drużynę, a jego koledzy znakomicie wykorzystywali kontry. Kluczowym momentem była obroniona przez niego "jedenastka", bo chwilę później Mareckie Wygi zdobyły kolejną bramkę i praktycznie zamknęły kwestię zwycięstwa.
W końcówce Fenix zdołał strzelić dwa gole, ale to było zdecydowanie za mało. Ostatecznie 7:3 i pewna wygrana Mareckich Wyg, które zostają mistrzami jesieni. Fenix kończy rundę poza podium, ale cała walka dopiero się zaczyna - szanse na włączenie się nawet w bój o mistrzostwo są wciąż realne, co zapowiada niezwykle ciekawy rewanż tych drużyn.
Mecz lidera z zespołem ze strefy spadkowej mógł mieć tylko jednego faworyta. Mikstura w tym sezonie gra fenomenalnie i trudno znaleźć zespół, który byłby w stanie jej dorównać. Z drugiej strony warunki pogodowe były, delikatnie mówiąc, niesprzyjające do gry w piłkę, a zalegający na murawie śnieg sprawiał, że na boisku wiele zależało od przypadku. Taka aura nieco sprzyjała zespołom niżej notowanym i przez długi czas Mikstura nie była w stanie „napocząć” swojego oponenta.
Pierwszą bramkę zobaczyliśmy dopiero w 17. minucie, kiedy to wynik otworzył Artur Zawadziński, ale gospodarze nie poszli za ciosem, a wręcz przeciwnie – to rywale skutecznie zaatakowali i do przerwy mieliśmy remis 1:1. Druga odsłona rozpoczęła się idealnie dla gospodarzy, którzy pokazali, że jednak można w takich warunkach wymienić kilka podań po ziemi – piłka chodziła wśród zawodników Mikstury jak po sznurku, a świetne podanie Mateusza Jochemskiego wykorzystał Mateusz Pawlik.
Od tego czasu mecz zaczął układać się po myśli faworytów. Bardzo dobre zawody rozgrywali Filip Junowicz i Artur Zawadziński, którzy wykonali ogromną robotę w ofensywie – to głównie za ich sprawą Mikstura stwarzała zagrożenie pod bramką Sante. Druga połowa była już o wiele bardziej jednostronna, a cały mecz zakończył się pewną wygraną Mikstury 9:2, dzięki której umocniła się na pozycji lidera przed rundą rewanżową.
Zawodnicy Georgian Team świetnie weszli w mecz. Już przy jednej z pierwszych akcji Lasha Gabrichidze wykorzystał swoją okazję i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Wydawało się, że to dobry sygnał na resztę spotkania, ale kolejne minuty całkowicie odmieniły obraz gry. Bartolini Pasta szybko przejęli inicjatywę i pokazali imponującą skuteczność. Hattrick Michała Cholewińskiego oraz trafienie Mateusza Brożka sprawiły, że goście schodzili do szatni z bardzo komfortowym prowadzeniem 4:1, które wyglądało wręcz na bezpieczne.
Druga połowa to jednak zupełnie inna historia. Georgian Team ruszyli do odrabiania strat, grając z ogromną determinacją i wiarą. Ich wysiłki przynosiły efekt za efektem, a kiedy na kilka minut przed końcem wyszli na prowadzenie 5:4, wydawało się, że dokonają spektakularnego powrotu i dopiszą do tabeli komplet punktów. Bartolini Pasta nie zamierzali jednak odpuszczać. Do samego końca walczyli o korzystny rezultat i tuż przed ostatnim gwizdkiem doprowadzili do wyrównania, ustalając remis 5:5.
Ostateczny wynik można uznać za sprawiedliwy, bo oba zespoły pokazały ogromny charakter, a kibice byli świadkami solidnego piłkarskiego widowiska.
Liczyliśmy na wielkie emocje w meczu Zaborowa ze Szmulkami, ale ekipa z Pragi ewidentnie tego dnia nie dojechała na mecz mentalnie, stąd oglądaliśmy jednostronne starcie, w którym doświadczenie wzięło zdecydowanie górę. Gospodarze po okresie słabszej gry w ostatnim meczu sezonu dali popis skutecznej i pragmatycznej do bólu piłki. Sporo walki, determinacja i wzajemna mobilizacja - to wszystko dało niesamowite efekty. Już do przerwy Zaborów prowadził 6:0.
Popis gry dał Franciszek Ratajczak, który świetnie dryblował, strzelał i kreował kolejne sytuacje dla swoich kolegów. Szmulki oczywiście były osłabione brakiem jednego ze swoich najlepszych graczy Kuby Kaczmarka, ale to nie może być usprawiedliwieniem dla słabej, a momentami wręcz fatalnej postawy defensywnej. Jedynie bramkarz Karol Dębowski grał na swoim poziomie, ale był bezradny wobec tak kiepskiej gry obronnej swojego teamu.
Po zmianie stron, mimo wysokiego wyniku, gospodarze nie zatrzymywali się i chcieli wygrać jak najwyżej. Ekipa z Pragi zdobyła dwie bramki autorstwa Filipa Pacholczaka i Wiktora Januszewskiego, ale ostatecznie przegrała ten mecz 12:2, co jasno pokazuje, kto tego dnia był lepszy na boisku. Zaborów po dziewięciu kolejkach zajmuje drugie miejsce w tabeli, a Szmulki - mimo porażki - mają tylko trzy oczka straty do podium, więc na wiosnę trzeba będzie szykować formę na poziomie z początku sezonu, kiedy ta ekipa seryjnie wygrywała swoje mecze.
Powoli zaczynamy chyba wierzyć, że nad ekipą Green Lantern ciąży jakaś klątwa – wszystko wskazywało na to, że w 9. kolejce uda im się w końcu wywieźć upragnione trzy punkty w starciu z Saską Kępą, ale nawet prowadzenie 1:5 do przerwy nie wystarczyło, by ziściło się to marzenie. Pomimo kiepskich warunków pogodowych wszystko zaczęło się bardzo pomyślnie dla gości, którzy wyszli na prowadzenie po płaskim strzale Sebastiana Bartczuka. Wprawdzie nie minęło dużo czasu i Saska wyrównała za sprawą Marcina Nowaka, któremu podawał Łukasz Pastewka, lecz pozostała część pierwszej odsłony zmagań była już wyraźną dominacją Zielonej Latarni, która dzięki dubletom Mikołaja Wysockiego i Sebastiana Świpiarskiego skwitowała swoją znakomitą postawę prowadzeniem 1:5.
W drugiej połowie gospodarze dochodzili do coraz dogodniejszych sytuacji i – co najważniejsze – zaczęli je wykorzystywać. Jak w oka mgnieniu przewaga rywali stopniała do ledwie jednej bramki. Choć Daniel Piecyk między słupkami dwoił się i troił, by Green Lantern nie zdołali odbudować bramkowego dystansu, to w obliczu ofensywnej akcji duetu Przygoda–Podgórski był już bezradny. Branowski, Zgórzak, Witan, Troszczyński – te cztery nazwiska na pewno na długo zapadną w pamięć Wysockiego i spółki, bowiem to właśnie ci wymienieni gracze brali udział przy trzech bramkach, które przyczyniły się do niewytłumaczalnej porażki gości.
A gol na 7:6 autorstwa Marcina Branowskiego? Przerzut piłki nad rywalem i precyzyjny strzał przy słupku – coś wspaniałego! Tak oto niemożliwe stało się możliwe i po kolejnym, nie najgorszym meczu Green Lantern ostatecznie pozostał z niczym. Oby na wiosnę wstąpiły w nich nowe pokłady sił, bo w przeciwnym razie spadek do 7. ligi przemieni się z sennego koszmaru w brutalną rzeczywistość.
Starcie dwóch zespołów z równą liczbą punktów w tabeli od początku zapowiadało się emocjonująco, ale pierwsza połowa przebiegła całkowicie pod dyktando gospodarzy. Shot DJ rozpoczęli mecz idealnie, a głównym sprawcą ich świetnego wejścia był Jan Jabłoński, który tego dnia imponował formą i pewnością siebie. Najpierw otworzył wynik spotkania, a chwilę później popisał się precyzyjnym uderzeniem z rzutu wolnego, podwyższając na 2:0. Jeszcze przed przerwą rezultat na 3:0 ustalił Maksim Hluschenko, dając swojej drużynie komfortową zaliczkę przed drugą połową.
Choć mogło się wydawać, że Shot DJ mają spotkanie pod pełną kontrolą, początek drugiej części gry przyniósł zmianę obrazu meczu. Old Eagles Koło szybko zdobyli bramkę, zapowiadając ambitny pościg. Gospodarze odpowiedzieli kolejnymi trafieniami, ale upór gości sprawiał, że emocje rosły z każdą minutą. Tuż przed końcem przewaga Shot DJ stopniała do zaledwie jednego gola, a Old Eagles mocno naciskali, licząc na wyrównanie.
W końcówce wszystko jeszcze mogło się zdarzyć, jednak to faworyci zadali decydujący cios. W jednej z ostatnich akcji meczu podwyższyli wynik na 6:4, pieczętując swoje zwycięstwo i zasłużone trzy punkty.
Ostatnia kolejka rundy jesiennej zapowiadała się bardzo ciekawie. Z jednej strony Warsaw Gunners, siedzący w strefie spadkowej, z drugiej Wataha, która do końca biła się o podium. Obie drużyny były w dobrej formie, ale to goście byli naturalnym faworytem. I sam początek meczu tylko to potwierdził. Od pierwszych minut Wataha ruszyła z dużą pewnością siebie. A że w tej rundzie Hubert Korzeniewski jest w życiowej formie, to po dziesięciu minutach miał już na koncie dwa kolejne gole. Chwilę później zrobiło się nawet 4:1 i wyglądało na to, że goście spokojnie odjadą z wynikiem.
Gunnersi jednak nie zamierzali się temu biernie przyglądać. Walczyli, gonili wynik, ale pierwsza połowa i tak skończyła się 3:5 dla Watahy, która wydawała się mieć mecz pod kontrolą. Druga część gry przyniosła jednak zupełnie inną historię. Gospodarze wyszli na murawę bardziej skoncentrowani, odważniejsi i agresywniejsi – szczególnie na połowie rywala. I to szybko przyniosło efekty.
Sebastian Lisocki, który już wcześniej wyglądał znakomicie, dołożył bramkę kontaktową, kompletując hat-tricka. Chwilę później, po pewnie wykonanym rzucie karnym, zrobiło się 5:5. Remis nie utrzymał się długo, ale nie dlatego, że Wataha znów odjechała. To Gunnersi przejęli inicjatywę. Najpierw pięknym strzałem popisał się Ziółkowski, potem trafił Jabłoński, a swoje dorzucił też ponownie Lisocki. Nagle z wyniku 3:5 zrobiło się 8:5 dla gospodarzy, a cała przewaga gości z pierwszej połowy rozpłynęła się w powietrzu.
Wataha odpowiedziała jeszcze jednym golem, ale to było wszystko, na co tego dnia było ich stać. W końcówce wyglądali na bezradnych, jakby energia i pomysły skończyły się wraz z przerwą. Nawet Korzeniewski, który zwykle ciągnie tę drużynę za uszy, nie był w stanie odwrócić losów spotkania. Gunnersi natomiast grali jak natchnieni – pewni siebie, skuteczni i konsekwentni. Finalnie domknęli mecz wynikiem 8:6, serwując jedną z największych niespodzianek kolejki i kończąc rundę w świetnym stylu.
Mroźna, śnieżna aura stworzyła wyjątkowy klimat na Arenie Grenady, gdzie do rywalizacji stanęły dwie ekipy zamykające tabelę. Już przed pierwszym gwizdkiem było jasne, że ten mecz będzie miał ogromne znaczenie dla obu drużyn, a emocji na pewno nie zabraknie.
Spotkanie rozpoczęło się od błyskawicznego uderzenia KS Driperów. W 3. minucie wykorzystali oni fatalny błąd w rozegraniu bramkarza Tornado Squad, a Wiktor Stojek dopadł do bezpańskiej piłki i skierował ją do pustej bramki. Po szybkim otwarciu wynik gra wyrównała się – obie strony dochodziły do sytuacji, ale golkiperzy byli czujni i nie pozwalali na zmianę rezultatu. W 10. minucie Driperzy ponownie znaleźli sposób na rywali, tym razem po wzorowej, zespołowej akcji. Piłka krążyła jak po sznurku, aż trafiła ponownie do Stojka, który tuż sprzed bramki podwyższył na 2:0. Z minuty na minutę przewaga gospodarzy stawała się coraz bardziej widoczna. Tornado próbowało odgryzać się kontrami, lecz kiedy już dochodzili do klarownych sytuacji, świetnymi interwencjami popisywał się Sebastian Papierz. W końcówce pierwszej połowy Stojek dopełnił swojego dzieła i skompletował hat-tricka, dając Driperom komfortowe prowadzenie 3:0.
Po zmianie stron Tornado Squad wreszcie się przebudziło. Najpierw rzut wolny zakończył się uderzeniem w słupek, ale przy dobitce Franek Orłowski zachował się najlepiej i wbił piłkę do siatki. W 33. minucie goście złapali już pełny kontakt po trafieniu na 3:2. Kiedy wydawało się, że Tornado może doprowadzić do wyrównania, Driperzy uspokoili sytuację kolejnym trafieniem, odzyskując dwubramkową przewagę.
Obie drużyny stworzyły sobie kolejne sytuacje, a w ostatnich minutach padły jeszcze dwa gole, po jednym dla każdej ze stron. Ostatecznie KS Driperzy wygrali 5:3, kończąc rundę jesienną bardzo pozytywnym akcentem i oddalając od siebie widmo ostatniego miejsca w tabeli. Tornado Squad musi szukać punktów na wiosnę, bo kryzys trwa i robi się naprawdę niebezpiecznie.
W ostatniej serii gier na AWF-ie doszło do starcia pomiędzy ekipami Virtualne Ń oraz Oldboys Derby. Spotkanie wygrali Virtualni, pokonując rywala 5:3. W mecz lepiej weszli gracze Oldboys, gdyż otworzyli wynik za sprawą bramki kapitana drużyny, Marcina Wiktoruka. Dobry początek został jednak szybko przyćmiony, ponieważ do głosu doszli gospodarze. Udało im się wyrównać dzięki trafieniu Szymona Kolasy, co ustaliło wynik pierwszej połowy.
Druga część meczu była już, niestety dla nas – widzów – widowiskiem jednostronnym. Ogromny wpływ na zmianę oblicza rywalizacji miał wspomniany wcześniej Szymon, który na boisku robił absolutnie wszystko: asystował, strzelał, kiwał, odbierał piłkę, pressował. Jego wkład nie przeszedł bez echa, bo nawet zawodnicy rywali zgodnie przyznali, że to był jego dzień, wybierając go na zawodnika meczu.
Gracze Virtualnych całkowicie przejęli inicjatywę, raz po raz atakując i zmuszając bramkarza przeciwników do wyciągania piłki z siatki. Gospodarze zbudowali sobie bezpieczną, czterobramkową zaliczkę, której nie wypuścili z rąk aż do ostatniego gwizdka. Oldboys przebudzili się w końcówce, jednak było to zdecydowanie za mało, by odmienić losy spotkania.
Virtualni dopisują więc do swojego konta cenne punkty i przeganiają Oldboys w tabeli, tracąc do lidera zaledwie cztery oczka, co zapowiada ciekawą rywalizację na wiosnę.
Spotkanie Skry Warszawa z Eagles FC od pierwszych minut zapowiadało się na zacięte i pełne emocji – i dokładnie takie było. Pierwsza połowa zakończyła się remisem 2:2, co dobrze oddaje jej obraz: wymiana ciosów, szybkie ataki i sporo miejsca do gry dla obu drużyn. Eagles FC starali się prowadzić piłkę cierpliwie i szukać swoich okazji, natomiast Skra odpowiadała bardziej bezpośrednim, dynamicznym futbolem.
Kluczowym czynnikiem okazała się skuteczność, a tę gospodarze mieli po prostu wyższą. Po przerwie zaczęli konsekwentnie wykorzystywać swoje sytuacje, a ich gra nabrała większej płynności i pewności. Decydujące jednak było to, że w szeregach Skry znajdował się zawodnik, który w tym meczu w pełni zdeklasował swoich rywali.
Lewis Onuigbo dał prawdziwy pokaz indywidualnych umiejętności. Zdobył aż 5 bramek, a każda z nich potwierdzała, że tego dnia był absolutnie nie do powstrzymania. Szybkość, dynamika, zwrotność, fizyczność – wszystko na najwyższym poziomie. Raz mijał rywali balansem ciała, innym razem przebiegał obok nich jak sprinter, a gdy już dochodził do sytuacji strzeleckiej… zwykle kończyło się to golem.
Eagles FC walczyli ambitnie i sami potrafili zagrozić bramce gospodarzy, ale przy takim występie Onuigbo szanse na korzystny wynik drastycznie malały. Jego popis przesądził losy spotkania, a Skra w pełni zasłużenie wygrała 7:4.
Na poziomie 7. ligi, w ramach ostatniej kolejki rundy jesiennej, naprzeciwko siebie stanęły ekipy Czasoumilaczy i Alash FC. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem drużyny Alash, która pokonała rywala dość skromnym jak na standardy naszej ligi wynikiem, bo zaledwie 3:1. Niemniej jednak nie odbiera to jakości widowiska, ponieważ był to niezwykle intensywny mecz walki o każdy skrawek boiska.
Co ciekawe, drużyna gospodarzy otworzyła wynik za sprawą Dimy Rumezhaka i skrupulatnie broniła prowadzenia przez pierwsze 25 minut, oddając inicjatywę piłkarzom rywali. Był to niezwykle skuteczny plan i przyniósł efekty w pierwszej części spotkania, lecz w drugiej już nie zdał egzaminu. Napór przeciwnika był zbyt silny, a Kacper Puławski był zmuszony do trzykrotnej kapitulacji.
Na wyróżnienie w drużynie Alash FC zasługuje zawodnik z numerem 22, czyli Madiyar Seiduali. Mimo że nie zdobył bramki ani nie zanotował asysty, ilość tytanicznej pracy, jaką wykonał w obronie oraz przy wyprowadzaniu piłki, budzi ogromny podziw. To niezwykle techniczny zawodnik, dysponujący imponującym przyspieszeniem, balansem i kontrolą piłki. Mając go w drużynie, każdy mógłby czuć spokój o rozegranie akcji.
Ostatecznie Alash opuścił AWF, dopisując kolejne trzy punkty do dorobku i kończąc rundę jesienną na fotelu lidera.
Starcie ostatniego w tabeli Dnipro z Force Fusion miało zdecydowanego faworyta. Goście liczyli się w walce o czołowe lokaty i z zamiarem walki o komplet punktów przystąpili do rywalizacji w niedzielny poranek na arenie AWF-u. Od początku widać było większą jakość po stronie Force Fusion i dość szybko wyszli oni na prowadzenie. Kolejne akcje dawały bramki i już w zasadzie po piętnastu minutach gospodarze mieli spory dystans do odrabiania. Ruslan Yakubiv był zdecydowanie zawodnikiem, który swoją skutecznością dał drużynie bezpieczne prowadzenie.
Dnipro dopiero przy stanie 0:5 strzeliło bramkę, a ponieważ po chwili sędzia zakończył pierwszą połowę, to po 25 minutach rywalizacji mieliśmy wynik 1:5. Po zmianie stron gospodarze starali się grać dokładniej i stworzyli sobie kilka szans pod bramką rywali, ale tego dnia byli nieskuteczni. Goście natomiast konsekwentnie dążyli do strzelania kolejnych goli i ta sztuka im się udawała.
Dużo zamieszania w szeregach defensywy stwarzali napastnicy Force Fusion, którzy rotowali pozycjami na boisku. Faworyci kompletnie odjechali z wynikiem i dopiero w samej końcówce rywale potrafili zdobyć drugą bramkę w tej rywalizacji. Najlepszy w zespole Dnipro – w naszej ocenie – Oleksandr Tovchyha, po podaniu od Zakhariego Mora, precyzyjnie uderzył przy słupku, ale był to tylko gol na zmniejszenie wysokiego rezultatu.
Force Fusion wygrywa 2:9 z Dnipro i melduje się na drugiej pozycji w tabeli po rundzie jesiennej. Gospodarze zamykają stawkę w tej lidze, ale na wiosnę nadal mają szanse na utrzymanie się na tym poziomie rozgrywek.
Zimowa aura i zaśnieżona murawa przy ul. Grenady stworzyły scenerię, w której trudno było przewidzieć, kto lepiej odnajdzie się w początkowych fragmentach meczu. Śliska nawierzchnia spowalniała reakcje, a piłka żyła własnym życiem, przez co każdy błąd mógł kosztować bardzo dużo. W tych warunkach obie drużyny weszły w mecz odważnie, a pierwsza połowa była wyjątkowo wyrównana i pełna wymian ciosów. Shitable trzykrotnie wychodziło na prowadzenie - najpierw na 0:1, potem na 1:2 i 2:3 - za każdym razem wykorzystując moment dekoncentracji gospodarzy. Legion jednak reagował natychmiast, doprowadzając do wyrównania, a tuż przed przerwą wyprowadził akcję na 4:3, która ustawiła mentalnie dalszą część spotkania.
Po przerwie wydarzyło się coś, czego nikt nie mógł przewidzieć. Legion wszedł w drugą połowę jak zupełnie nowy zespół, grając szybciej, czyściej i z ogromną pewnością siebie. To nie była już wyrównana walka, to był jednostronny pokaz siły. Piłka zaczęła płynąć od nogi do nogi, a Shitable nie było w stanie nadążyć za tempem narzuconym przez gospodarzy. W krótkich odstępach czasu padały kolejne trafienia, a każda akcja Legionu pachniała bramką. Widzowie zobaczyli nawet piękne trafienie z własnej połowy, które w tej zimowej scenerii wyglądało jak spadająca świąteczna bombka wprost pod choinkę.
Hat-tricki posypały się jeden po drugim. Bracia Chornobai raz po raz rozrywali defensywę rywali swoimi szybkimi wejściami i świetnym wykończeniem. Andrii Hehelskyi dorzucił swoje trzy grosze, a Oleh Kremienishchuk imponował kontrolą piłki i pewnością przy strzałach, kilkukrotnie zostawiając obrońców rywali bez reakcji. To właśnie ich skuteczność napędziła potężny rezultat, który ostatecznie zatrzymał się na 17:3.
Legion może być niezwykle zadowolony, bo kończy rok pewnie, w środku tabeli, z realnymi perspektywami walki o podium na wiosnę. Shitable natomiast, choć przegrało wysoko, wciąż ma o co walczyć. Do bezpiecznej strefy brakuje im zaledwie jednego punktu i z pewnością będą chcieli udowodnić wiosną, że potrafią wrócić na właściwe tory.
W 9. kolejce 8. ligi lider rozgrywek, Q-Ice, podejmował FC Pers, zespół walczący o utrzymanie. Już od pierwszych minut było wyraźnie widać różnicę klas i pewność siebie gospodarzy. Q-Ice prezentowało lepsze przygotowanie techniczne, dłużej utrzymywało się przy piłce i zdecydowanie kontrolowało tempo gry.
Gospodarze szybko udokumentowali swoją przewagę, zdobywając gola na 1:0. Wydawało się, że kolejne trafienia są jedynie kwestią czasu, ale niespodziewanie to goście wyrównali. Obidov wykorzystał moment nieuwagi defensywy i trafił na 1:1. Był to jednak jedyny jasny punkt FC Pers w pierwszej połowie, bo od tego momentu rozpoczęła się jednostronna dominacja lidera. Najpierw na 2:1 podwyższył Pidluzhnyi, a następnie show skradł Yarmoliuk, który zanotował serię trzech trafień, kompletując hat-tricka i wyprowadzając Q-Ice na pewne prowadzenie 5:1. Taki wynik utrzymał się do przerwy.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Gospodarze nadal wyglądali lepiej pod każdym względem - grali szybciej, dokładniej i z większą determinacją. Plaksa dołożył dwa kolejne gole, podnosząc wynik na 6:1 i 7:1. Goście wprawdzie zdołali odpowiedzieć trafieniem na 7:2, lecz Q-Ice natychmiast odrobiło to golem na 8:2.
Końcówka należała do FC Pers, które zdobyło jeszcze dwa trafienia - autorami byli Odirov i ponownie Obidov. Były to jednak jedynie gole zmniejszające rozmiary porażki. Czasu na realne zagrożenie pozycji lidera zabrakło i ostatecznie Q-Ice pewnie zwyciężyło 8:4.
Pierwszy mecz na sektorze A i od razu pierwszy comeback! Takiego wyczynu dokonali piłkarze Kresovii Warszawa w starciu z będącymi lekkim faworytem Synami Księdza. Otwarcie nastąpiło już w pierwszej minucie meczu, kiedy to niecelnie zagraną piłkę przechwycił w środku pola Łukasz Kucharski, odegrał ją do stojącego tyłem do bramki Roberta Łuczaka i po otrzymaniu zwrotnego podania oddał strzał z powietrza nie do obrony. Późniejsze obicie słupka przez Alizarowicza zwiastowało, że Kresovia nie podłamie się tak szybko straconym golem i faktycznie, chwilę potem na wagę remisu do siatki trafił Kirill Pshyk.
Gospodarze wciąż stwarzali jednak zagrożenie pod bramką rywala i skwitowali to dwubramkową przewagą, którą wypracowali po trafieniach Ziembińskiego i Gołębiewskiego. Kresovia, wyciągnąwszy wnioski z niedawnych porażek, absolutnie nie „siadła” mentalnie i wzięła się za odrabianie strat. Alizarowicz po wystawce Kazakowa oraz Pshyk po przechwycie i nim się obejrzeliśmy, do przerwy na tablicy wyników widniało 3:3.
Po zmianie stron goście jeszcze mocniej stłamsili Synów Księdza, zmuszając nawet Gołębiewskiego do wybicia futbolówki z linii bramkowej. Wraz z boiskową dominacją przyszły kolejne trafienia. Mocno „rozstrzelał się” Mirosław Nowacki, który oprócz gola strzelonego rywalom, wpakował też piłkę do własnej bramki. Przy stanie 4:5 faulu przerywającego kontratak Kresovii dopuścił się Łukasz Gonta, a że był „ostatnim zawodnikiem”, to decyzja sędziego nie mogła być inna niż kartka czerwona.
Osłabionym gospodarzom po golu wpakowali jeszcze Pshyk, Nowacki i Alizarowicz, praktycznie zapewniając Kresovii trzy punkty w tym emocjonującym spotkaniu. Na otarcie łez, bezpośrednio z rzutu rożnego, drogę do siatki znalazł Gołębiewski, dopatrując się wcześniej złego ustawienia Huseynliego między słupkami. Tym samym Synowie Księdza, na ostatniej prostej, zostali wypchnięci z podium, a Kresovia oddaliła się od strefy spadkowej na odległość czterech oczek.
Spotkanie pomiędzy Klubem Sportowym Sandacz a Królewskimi Wola to kolejne starcie na tym szczeblu rozgrywkowym, jakie mieliśmy okazję oglądać w zeszłą kolejkę. Atmosfera nie sprzyjała żadnej drużynie grającej tego dnia w naszych ligach, jednak trzeba przyznać, że to zespół gości znacznie lepiej odnalazł się w zimowej aurze. Wyglądało na to, że warunki zrobiły mniejsze wrażenie na zawodnikach z Woli niż na ich rywalach.
Spotkanie rozpoczęło się dosyć spokojnie. Obie drużyny badały się i szukały sposobów na rozmontowanie szyków obronnych przeciwnika. Ta sztuka udała się dwukrotnie gościom, za sprawą Olwińskiego i Kłosowskiego, dwóch zdecydowanie najlepszych i najgroźniejszych zawodników Królewskich tego dnia. Wynik 0:2 utrzymał się do końca pierwszej części meczu.
W drugiej odsłonie Sandacze bardzo długo szukały pomysłu na to, jak pokonać fenomenalnie dysponowanego Kamila Ostapińskiego, ale ten praktycznie w każdej akcji znajdował sposób na zatrzymanie pasjonatów drapieżnych ryb słodkowodnych i zachował czyste konto aż do końca spotkania. Z kolei ofensywa gości dołożyła jeszcze cztery trafienia - trzy autorstwa świetnie dysponowanego tego dnia Adriana Olwińskiego.
Spotkanie zakończyło się wynikiem 0:6, co dobitnie pokazuje, że przewaga w tym meczu była zdecydowanie po stronie gości. To oni przejmowali inicjatywę, kiedy tylko chcieli, a świetnie dysponowany bramkarz z minuty na minutę odbierał rywalom chęci do gry.
Gratulujemy zwycięstwa i życzymy obu drużynom samych sukcesów w rundzie rewanżowej!
W ostatniej kolejce rundy jesiennej na poziomie 9. Ligi Fanów trafił się nam prawdziwy mecz na szczycie - trzecie w tabeli LaFlame Bielany podejmowało obecnego lidera, KS Iglicę Warszawa.
Początek spotkania ułożył się dla gospodarzy jak w idealnym scenariuszu. Szybko, bo już po niespełna pięciu minutach gry, wyszli na prowadzenie po potężnym uderzeniu Filipa Grygorczuka na długi słupek. Okrzyki radości zespołu LaFlame były jeszcze głośniejsze, gdy parę akcji później podwyższyli wynik spotkania na 2:0.
Po tych dwóch potężnych ciosach zespół prowadzony przez Radosława Sówkę otrząsnął się i finalnie doszedł do głosu. Pięć minut Iglicy przypadło na samą końcówkę pierwszej odsłony. Najpierw bramkę kontaktową zdobył genialny tego dnia Kacper Kubiszer, który świetnie wbiegł w przestrzeń i swoim ruchem zrobił przewagę. Gdy wszyscy byliśmy przekonani, że rezultat 2:1 utrzyma się do przerwy, Kacper Romanowski uświadomił nas, że byliśmy w błędzie. Precyzyjnym strzałem sprzed pola karnego pokonał bramkarza rywali i doprowadził do wyrównania. Wszystko musiało więc rozstrzygnąć się w drugiej odsłonie meczu.
Po zamianie stron obie ekipy nie odkładały nogi ani na krok. Widać było, że w szatni padły mocne słowa, bo obie drużyny wyszły na boisko bardzo zmotywowane. Ponownie na prowadzenie jako pierwsi wyszli gospodarze, po wykorzystanym z zimną krwią sam na sam w wykonaniu Kornela Przewoźnego. Odpowiedź przyszła błyskawicznie - ponownie do siatki trafił popularny "Roman". Emocje sięgały zenitu, a z każdą minutą atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Na pięć minut przed końcem oblężenie bramki gości zamieniło się w kolejne tego dnia prowadzenie LaFlame. I gdy wydawało się, że gospodarze nie wypuszczą zwycięstwa z rąk, niespodziewanie strzałem z własnej połowy popisał się Krystian Sobierajski, który kontynuował sen Iglicy.
Gościom było jednak mało. Remis ich nie zadowalał i poszli na całość. Bohaterem Iglicy okazał się być Kacper Kubiszer, który po dobitce trafił do siatki, a jego gol zdecydował o tym, że KS Iglica Warszawa pozostaje niewyciężona w 9. Lidze Fanów!
Od pierwszego gwizdka było jasne, że KSB II Warszawa zamierza zakończyć rundę z przytupem. Spotkanie od samego początku przebiegało pod pełną kontrolą gospodarzy, którzy grali swobodnie, ofensywnie i - co najważniejsze - z dużą radością. Kolejne akcje KSB wyglądały jak z dobrze naoliwionej maszyny: szybkie tempo, kreatywne rozegranie i skuteczne wykończenia. Efekt? Do przerwy imponujące 8:0 i świetne nastroje w drużynie.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Druga drużyna KSB w dalszym ciągu dyktowała warunki na boisku, raz po raz nękając obronę Scorpionsów i dokładnie wykańczając tworzone sytuacje. Goście zdołali odpowiedzieć trzema trafieniami, ale wobec świetnie dysponowanego rywala nie byli w stanie nawiązać równorzędnej walki. Ostatecznie KSB II Warszawa zwyciężyło aż 17:3. Wynik w pełni oddaje przebieg spotkania. A gdyby gospodarze byli bardziej precyzyjni, wygrana mogłaby być nawet okazalsza...
W dziewiątej kolejce 9. ligi rozpędzone ASAP Vegas FC podejmowało Bielany Legends. Gospodarze, znajdujący się na wyraźnej fali wznoszącej i realnie myślący o awansie, byli zdecydowanym faworytem. Goście natomiast prezentowali się w ostatnich tygodniach bardzo nierówno, a w tabeli balansowali tuż nad strefą spadkową. Boisko szybko potwierdziło różnicę formy obu zespołów.
ASAP Vegas FC rozpoczęło spotkanie z dużą energią i już na początku wyszło na prowadzenie dzięki trafieniu Drozdowicza. Kolejne minuty należały do Czerwionki, który najpierw sam zdobył bramkę na 2:0, a następnie zanotował asystę przy trafieniu Rzący na 3:0. Dominację gospodarzy w pierwszej części gry podkreślił jeszcze Drozdowicz, ustalając wynik do przerwy na bardzo pewne 4:0.
Po zmianie stron gra stała się bardziej wyrównana, choć to wciąż gospodarze skutecznie wykorzystywali swoje okazje. ASAP dołożyło dwa kolejne trafienia, po czym Bielany Legends odpowiedziały golem Borczyka - najlepszego wśród gości - który trafił na 6:1. Niedługo później Wieszczyk podwyższył na 7:1, ale Bielany nie zamierzały rezygnować: drugi raz na listę strzelców wpisał się Borczyk, zmniejszając straty do 7:2.
Drozdowicz jednak nie zamierzał zwalniać tempa i skompletował hat-tricka, podnosząc rezultat na 8:2. W końcówce goście strzelili jeszcze dwa gole, lecz było to jedynie kosmetyczne zmniejszenie strat. Czasu na pogoń zabrakło, a ASAP Vegas FC pewnie i w pełni zasłużenie pokonało Bielany Legends 8:4.
Powiedzieć, że Gamba Veloce znajduje się w dołku formy, to jak nic nie powiedzieć – a mecz z ostatnim TRCH dobitnie nam to potwierdził. Wyglądało to tak, jakby piłkarze gospodarzy grali z przymusu i mentalnie nie dojechali na spotkanie, z kolei przeciwnicy byli pełni polotu, jak wówczas, gdy wygrywali 9. ligę w sezonie 2022/2023. Pierwsza odsłona zmagań to absolutna dominacja gości, a pierwszoplanową rolę w tym spektaklu odgrywał Bartek Fiks – najpierw zdobył bramkę po asyście piętką Kamila Pasika, potem skompletował dublet po podaniu Dąbrowskiego, a na koniec sam odwdzięczył się koledze, notując ostatnie podanie przy jego golu.
Po przerwie nic się nie zmieniło, a TRCH przeprowadziło zespołową „akcję życia” na jeden kontakt, zakończoną golem Fiksa zewnętrzną częścią stopy. Z dobrych wieści dla Gamby - wreszcie dojechał spóźniony Kuba Skwirtniański i od razu po wejściu na boisko jego świetne rozumienie gry z Filipem Wolskim przyniosło gospodarzom premierowe trafienie. Była to jednak tylko drobna przerwa w koncercie gości, bowiem niedługo później piękny przerzut z linii obrony wykonał Kamil Pasik, znajdując pod bramką rywali Igora Tokarskiego – a ten dopełnił formalności.
Po tym golu dorzucili jeszcze Fiks i Gutowski, na 2:7 odpowiedział Filip Wolski, a całe przedstawienie zakończył gol Kuby Grabowskiego, któremu z autu rzucał grający menadżer ekipy z Tarchomina, Jakub Libera. Przykro było patrzeć, jak tak ambitna i zadziorna ekipa jak Gamba Veloce oddaje mecz bez walki – wygląda na to, że przerwa w rozgrywkach przyda się jej jak mało komu. Oddajmy jednak królowi, co królewskie – chłopaki z TRCH zaprezentowali się tego dnia naprawdę wyśmienicie.
To był mecz, który idealnie podsumował rundę jesienną obu zespołów: pełen chaosu, bramek, emocji i kompletnie nieprzewidywalny od pierwszej do ostatniej minuty.
Od samego początku było wiadomo, że defensywy w tym spotkaniu mają dzień wolny. Wczorajsi rozpoczęli świetnie – w kilka minut zdobyli trzy bramki, wychodząc na szybkie prowadzenie. Problem w tym, że Bulbez tym razem również miał „dzień strzelecki” i błyskawicznie odpowiedział serią trafień, doprowadzając do remisu. Chwilę później… znów to Wczorajsi odskoczyli na trzy bramki, a kilka minut później Bulbez po raz drugi w meczu tę stratę skasował.
Gra była kompletnie otwarta, pełna kontr i nieskoordynowanych wymian ciosów. Obie drużyny wyglądały tak, jakby bardziej interesowało je to, co zrobić z piłką z przodu, niż jak zapobiec stracie z tyłu. Stąd wzięła się szalona, ale oddająca obraz pierwszej połowy tablica wyników: 6:6 do przerwy.
Po zmianie stron festiwal bramek trwał, jednak gospodarze zaczęli przejmować inicjatywę. Kluczowy okazał się tercet Erbel – Muzyka – Łączny. Ich współpraca była absolutnie znakomita, każdy zakończył spotkanie z co najmniej sześcioma punktami w klasyfikacji kanadyjskiej. To oni napędzali każdą akcję, wygrywali pojedynki i precyzyjnie zamykali kontry. Bulbez próbował jeszcze trzymać tempo, ale im dłużej trwało spotkanie, tym bardziej było widać różnicę w organizacji gry i w jakości wykończenia. Wczorajsi konsekwentnie budowali przewagę, aż w końcu odjechali na bezpieczny dystans, którego goście nie byli już w stanie zniwelować.
Ostatecznie padł wynik 14:9, który doskonale pokazuje charakter tego starcia: dużo goli, dużo emocji i niewiele kalkulacji. Wczorajsi kończą rundę mocnym akcentem i z dawką pozytywnego impulsu przed wiosną. Bulbez z kolei znów pokazał ofensywny potencjał, ale defensywne problemy po raz kolejny przesądziły o końcowym rezultacie.
Jeśli kapitan Fuszerki miał przed tym meczem przygotowaną taktykę na Depserados, to była ona wyjątkowo trudna w realizacji przy tak słabej frekwencji i braku nominalnego bramkarza. Z drugiej strony gospodarze również nie zaszaleli z ławką rezerw, ale podeszli do tego meczu na zupełnym luzie i przyniosło to zadziwiająco solidne efekty - już po dziesięciu minutach prowadzili 3:0 po golach Jana Szcześniaka, Daniela Kłosa i Czarka Pawlaka.
Formacja ofensywna Fuszerki długo nie mogła odnaleźć się w trudnych warunkach pogodowych, w jakich rozgrywane było to spotkanie, ale w 13. minucie gola kontaktowego zdobył Jurij Martynowicz. Napastnicy gości w końcu złapali rytm i kilka minut później, po jednej z ich akcji, padł gol samobójczy po stronie Depserados i nagle zrobiło się 2:3.
Gospodarze jeszcze przed przerwą odzyskali solidne prowadzenie. Najpierw dublet skompletował Czarek Pawlak, a w ostatniej akcji tej połowy Jan Szcześniak po raz drugi zapakował piłkę do siatki. Po zmianie stron goście radzili sobie z minuty na minutę coraz lepiej. W 35. minucie Jurij Martynowicz strzelił na 5:3, a chwilę później skompletował hat-tricka i sytuacja Depserados nie wyglądała już tak kolorowo.
Zawodnicy Fuszerki rzucili się do ataku i niewiele brakowało do imponującego comebacku, ale w 42. minucie spadł na nich zimny prysznic w postaci gola Czarka Pawlaka, a chwilę później Daniel Kłos trafił bramkę na dobicie. Choć goście walczyli do końca, nie byli w stanie odwrócić losów meczu, a kropkę nad „i” w ostatniej akcji spotkania postawił Jan Szcześniak. Depserados przezimują na fotelu wicelidera 10. ligi.
Gawulon w tej rundzie wyglądał naprawdę dobrze i nic dziwnego, że przystępował do meczu jako faworyt. PoNalewce było w środku tabeli, sześć punktów za nimi, ale od pierwszych minut było wiadomo, że to nie będzie spacer. Gospodarze szybciej weszli w mecz i strzelili jako pierwsi. Chwilę później PoNalewce odpowiedziało i już wtedy było widać, że Dima Balysh będzie głównym problemem Gawulonu, bo praktycznie każda jego akcja robiła zamieszanie.
Gawulon znów wyszedł na prowadzenie po golu Marcina Zakrzewskiego, ale końcówka pierwszej połowy należała do gości. Najpierw wyrównali, a zaraz potem Dima ponownie trafił i to jego zespół schodził na przerwę z prowadzeniem.
Po zmianie stron to Maciej Rajkowski zaczął ciągnąć Gawulon do przodu i dał swojej drużynie wyrównanie. Problem w tym, że po drugiej stronie cały czas był Dima, który nie zamierzał zwalniać. Raz wyrównał, raz wyprowadził swój zespół na prowadzenie i praktycznie cały czas był pod grą. W pewnym momencie zrobiło się 6:4 dla Nalewki i wydawało się, że jest po meczu, ale Rajkowski nie odpuszczał. Strzelił dwie bramki i znów zrobiło się remis. Jednak końcówka należała do Dimy. Jeszcze jedno jego trafienie ustaliło wynik na 7:6 dla gości.
Dla Gawulonu to na pewno duży niedosyt. Taki mecz równie dobrze mogli wygrać, ale zabrakło im trochę dokładności w obronie i spokoju w kluczowych momentach. Rywale za to zagrali bardzo solidnie i przede wszystkim mieli tego dnia zawodnika, który zrobił różnicę.
Na Arenie Grenady dzień zakończyliśmy starciem dobrze znanych sobie rywali - FC Górka Kazurka i FC Polska Górom. Obie drużyny sąsiadowały w tabeli, a dodatkowego smaczku dodawał fakt, że w poprzednim sezonie dwukrotnie górą była Górka Kazurka. Dla gości była to więc idealna okazja, aby wreszcie przełamać niekorzystną serię.
Mecz od samego początku toczony był w wysokim tempie. Już w 4. minucie gospodarze otworzyli wynik po składnej akcji. Michał Mazur dograł piłkę do Kuby Dziurzyńskiego, który pewnym strzałem dał swojej drużynie prowadzenie. FC Polska Górom nie zamierzała jednak przyjmować ciosu bez odpowiedzi. Ich szybkie próby wyrównania długo były blokowane, lecz w 9. minucie Krzysiek Haponiuk precyzyjnym, płaskim uderzeniem doprowadził do remisu. W kolejnych fragmentach oglądaliśmy bardzo wyrównaną rywalizację, pełną pojedynków i zaciętości, ale z niewielką liczbą klarownych sytuacji. Kreatywności z obu stron brakowało, przez co następna bramka padła dopiero pod koniec pierwszej połowy. Po szybkim kontrataku gości piłkę do siatki skierował Oskar Zakrzewski, dając Polska Górom prowadzenie 2:1 na przerwę.
W drugiej połowie, w krótkim odstępie czasu, dwóch zawodników obejrzało żółte kartki, co sprawiło, że Górka musiała przez chwilę grać w podwójnym osłabieniu. Goście wykorzystali tę przewagę i zdobyli kolejną bramkę. W 37. minucie mogli podwyższyć wynik jeszcze bardziej, jednak Dawid Greguła nie wykorzystał rzutu karnego. Mimo to bramka dla Polski Górom wisiała w powietrzu i niedługo później faktycznie padła, powiększając przewagę gości do trzech trafień. Chwilę później odpowiedziała Górka Kazurka. Mikołaj Mogilnicki popisał się sprytnym, technicznym zagraniem, którym kompletnie zmylił bramkarza, zdobywając gola na 2:4 i wyraźnie budząc nadzieję gospodarzy. Rzeczywiście, nabrali wiatru w żagle i stworzyli sobie kolejne okazje, jednak świetnie dysponowany Kamil Nowak, wspierany przez walecznego tego dnia Borysa Guza, skutecznie utrzymywał przewagę.
W końcówce Górka zdołała zdobyć jeszcze jedną bramkę, ale nie wystarczyło to, by odmienić losy meczu. Ostatecznie FC Polska Górom wygrała i po raz pierwszy w historii pokonała FC Górkę Kazurkę, jednocześnie zamieniając się z nią miejscami w tabeli. Rewanż na wiosnę zapowiada się naprawdę ciekawie. Po takim spotkaniu można mieć pewność, że emocji z pewnością nie zabraknie.
Coś nieprawdopodobnego wydarzyło się na finale rundy jesiennej w 10. lidze. Lider tabeli, niepokonani Grajki i Kopacze, ulegli czwartej drużynie mokotowskiej Husarii. Na samym początku nic nie zwiastowało takiego obrotu spraw, choć po piłkarzach gości widać było ogromną determinację, co w poprzednich kolejkach nie było widokiem tak regularnym. Tradycyjnie jednak to GiK wyszło na prowadzenie, konstruując błyskawiczny kontratak, w którego końcowej fazie podanie Przemka Nieszporka wykorzystał Jakub Zarychta.
Wyrównanie nadeszło ledwie chwilę później, kiedy to precyzyjne dośrodkowanie z głębi pola posłał w pole karne Piotr Gwóźdź, a do siatki głową trafił Sergio Balej. Obaj golkiperzy - Łukasz Warda i Norbert Wierzbicki - stale udowadniali, że należą do absolutnej czołówki ligi w swoim fachu, niejednokrotnie udaremniając przeciwnikom zdobycie kolejnych goli. Husaria nie zamierzała odpuszczać i pieczołowicie zbudowaną od tyłu akcję bramkową wykorzystał Kuba Skrzyniasz, dając swojej drużynie skromną zaliczkę. Przed przerwą goście zbyt ochoczo podłączyli się do jednego z ofensywnych zrywów i przypłacili to kontrą na wagę remisu, gdy na listę strzelców wpisał się Nieszporek po asyście Kuby Dworakowskiego.
Jednak prawdziwe cuda miały miejsce po zmianie stron. Przy pozornie niegroźnej dla GiK sytuacji Piotr Gwóźdź, otrzymawszy piłkę od bramkarza, z dużym spokojem ją przyjął, po czym błyskawicznie zerwał się prawą stroną boiska, zaskakując kryjącego go rywala, i zdobył gola sprytnym strzałem przy bliższym słupku. Defensorzy gospodarzy sami następnie „wrzucili się na konia”, zagrywając tak niecelną piłkę, że przechwycił ją Skrzyniasz, który w sytuacji sam na sam z Wardą nie miał najmniejszych problemów.
Podobnej pomyłki dopuściła się Husaria i na 3:4 trafił Tomasz Kowalczyk, lecz w najmniej spodziewanym momencie znów błysnął „Tata wszystkich dzieci Husarii”. Sprytnie strącił piłkę w polu karnym w kierunku Bartka Daniela, a ten dopełnił formalności, odzyskując dla ekipy z Mokotowa dwubramkowe prowadzenie. Dzieła zniszczenia dopełnił sam kapitan i ku zaskoczeniu wszystkich odprawił Grajków i Kopaczy z pustymi rękami.
Wprawdzie to mała skaza na wizerunku ekipy Przemka Nieszporka, lecz dobitnie pokazuje, że w piłce niczego nie można być pewnym w stu procentach - nawet wygranej GiK w 10. lidze.
Lider, czyli Choszczówka, podejmujący siódme Patetikos, to kolejny mecz, który tego dnia mieliśmy przyjemność oglądać na naszych piłkarskich obiektach. Spotkanie, które przed rozpoczęciem wydawało się raczej z gatunku tych „do jednej bramki”, okazało się niezwykle wyrównane, pełne zwrotów akcji i jeszcze większej dawki piłkarskich emocji.
Pierwsza połowa, podobnie jak cały mecz, miała bardzo równy przebieg. Obydwie ekipy wymieniały się golami niczym bokserzy na ringu - cios za cios, bez chwili wytchnienia. Z tego starcia minimalnie lepsi byli zawodnicy gości, którzy strzelili jedną bramkę więcej.
Druga odsłona przyniosła jednak zwrot akcji. Gospodarze ruszyli szaleńczo do odrabiania strat, by nie dopuścić do wielkiej niespodzianki tego dnia. W końcu to faworyzowany przed meczem lider powinien teoretycznie mieć spotkanie pod kontrolą, a tak wcale nie było. Na szczęście dla nich, w kluczowych momentach meczu Kochanowski dwukrotnie znalazł drogę do bramki i to właśnie jego gole pod sam koniec spotkania dały Choszczówce zwycięstwo.
Lider zgarnia komplet punktów, ale po bardzo ciężkim starciu. Trzeba jednak pochwalić zespół Patetikos. Postawili się wyżej notowanemu rywalowi, a do zdobycia punktów zabrakło im detali.
Życzymy powodzenia obu ekipom w drugiej rundzie na wiosnę!
Potyczka pomiędzy FC Warsaw Wilanów a Piwem Po Meczu do najpiękniejszych dla oka nie należała. Bardziej przypominała wewnętrzną bitwę zawodników z własnymi ograniczeniami, nieskutecznością i śniegiem na boisku. W tym lekkim bałaganie lepiej odnajdywali się goście, którzy niespodziewanie wyszli na dwubramkowe prowadzenie po golach Mikołaja Urbańskiego i Marcina Jančurevicia. Gospodarze prezentowali się zdecydowanie poniżej oczekiwań. Do tego stopnia, że jedyna bramka na ich koncie w pierwszej połowie była samobójczym trafieniem Macieja Szcześniaka.
Po przerwie rywalizacja stała się wyraźnie ciekawsza, bo częściowe odśnieżenie boiska i słabsze opady śniegu ułatwiły obu stronom kreowanie akcji bramkowych. Piwo pokazywało, że nie straszny im rosnący napór rywali; ba, to właśnie oni powiększyli przewagę, „nabijając” Marcina Sieradzkiego, który niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki.
Trzeba przyznać, że z przebiegu meczu nie zanosiło się, by Wilanów miał powalczyć o pełną pulę punktów, a jednak zespół ten pokazał ogrom klasy i zdołał postawić na swoim. W remontadę zaangażował się w istocie cały zespół, a udziały bramkowe rozłożyły się dość równomiernie pomiędzy kilku graczy, co pozwoliło doprowadzić do stanu 5:3.
Akcja starej gwardii Piwoszy - Szcześniaka i Zakrzewskiego - pozwoliła złapać kontakt i podtrzymać nadzieję na remis, lecz wszelkie wątpliwości rozwiał po przechwycie Karol Kowalski, jak na swoje standardy wyjątkowo tego dnia niewidoczny. Rezultat 6:4 niczego w kontekście tabeli nie zmienił - FC Warsaw Wilanów umocniło się na drugim stopniu podium, natomiast Piwo Po Meczu wciąż zamyka stawkę 11. ligi.
Odśnieżone boisko przy ul. Grenady po raz kolejny przywitało zawodników zimową aurą. L:edwo uporano się ze śniegiem, a ten znów zaczął prószyć tuż przed pierwszym gwizdkiem. W takich warunkach łatwo o chaos, ale oba zespoły podeszły do meczu z dużą koncentracją. Początek spotkania był bardzo wyrównany: Mocny Narket tradycyjnie próbował budować ataki cierpliwie, rozgrywając piłkę przez bramkarza, natomiast CWKS Ferajna szukała szybszej, kombinacyjnej gry na jeden–dwa kontakty.
Pierwsze minuty przyniosły kilka sytuacji z obu stron, lecz brakowało precyzji w finalizacji. Dopiero w 20. minucie gospodarze przełamali impas - do piłki dopadł Puchalski, zachował chłodną głowę i pewnym strzałem pokonał Nieścieruka. Radość Ferajny nie trwała jednak długo, bo Nocny Market odpowiedział niemal natychmiast, doprowadzając do wyrównania. Ferajna zareagowała błyskawicznie i jeszcze przed przerwą wróciła na prowadzenie. Do szatni schodzili przy wyniku 2:1, ale było jasne, że najważniejsze momenty dopiero nadejdą.
Po zmianie stron gospodarze zaczęli wyglądać coraz pewniej. Trio Puchalski – Wojnacki – Sitarek przejęło stery w ofensywie, coraz częściej przedzierając się pod pole karne rywali. Kilka szybkich, świetnie rozegranych akcji po ziemi dało Ferajnie dwa kolejne trafienia i wynik 4:1, który na chwilę uspokoił gospodarzy. Mocny Narket jednak nie zamierzał składać broni. Goście podkręcili intensywność, skrócili grę i doprowadzili do wyniku 4:3, ponownie wracając do rywalizacji. Mieli nawet idealną okazję na wyrównanie - rzut karny, który mógł wywrócić mecz do góry nogami. Strzał jednak minął bramkę. Był to moment, który ostatecznie podciął gościom skrzydła. W ostatniej akcji spotkania wynik przypieczętował Sitarek, finalizując szybkie wyjście Ferajny i ustalając rezultat na 5:3.
Dla CWKS Ferajna to zwycięstwo ma ogromne znaczenie, bo dzięki niemu realnie włączają się do walki o podium w rundzie wiosennej. Mocny Narket, który wciąż traci trzy punkty do bezpiecznego miejsca, musi poprawić regularność, bo w tej lidze margines błędu pozostaje wyjątkowo mały.
Mecz dwóch drużyn, które mają zupełnie odmienne cele na ten sezon. Legijna Ferajna walczy o wydostanie się ze strefy spadkowej, natomiast Hiszpański Galeon celuje w podium. Choć obecnie zajmują dopiero piąte miejsce, do wymarzonej drugiej lub trzeciej pozycji tracą odpowiednio tylko cztery i trzy punkty, więc cel jest jak najbardziej realny. Oczywiste jednak było, że jeśli chcą o to walczyć, nie mogą pozwolić sobie na stratę punktów w starciu z zespołem znajdującym się niżej w tabeli.
Mimo że na boisko wybiegły dwie bardzo młode drużyny, od początku było widać, że po stronie Hiszpańskiego Galeonu stoi większe doświadczenie i zgranie. Pierwsze dwanaście minut były wyrównane, przynajmniej pod względem wyniku. Na gola Galeonu szybko odpowiedziała Legijna Ferajna, ale później przewaga gości była coraz bardziej widoczna. Zawodnicy częściej wygrywali pojedynki indywidualne, a jednocześnie potrafili tworzyć składne, przemyślane akcje. To wszystko sprawiło, że na koniec pierwszej połowy zasłużenie prowadzili 4:1.
W drugiej części meczu Galeon grał jeszcze pewniej, swobodniej i odważniej, jakby wynik zdjął z nich presję i pozwolił po prostu robić to, co potrafią najlepiej. Padło kilka kolejnych bramek, a co szczególnie warte podkreślenia aż siedmiu zawodników Galeonu zanotowało przynajmniej po jednym golu i jednej asyście. Dublami strzeleckimi popisali się Jakub Zwolak, Franek Zakrzewski i Misha Lishtwan, natomiast Krzysiek Małażewski dorzucił dublet asyst.
Zawodnikom Legijnej Ferajny nie można odmówić walki. Zdołali jeszcze raz trafić do siatki, ale oczywiście było to zbyt mało, by odmienić losy spotkania. Hiszpański Galeon odniósł pewne, wysokie zwycięstwo 10:2. Tym samym zadania obu drużyn pozostają niezmienne. Po zimowej przerwie Hiszpański Galeon będzie kontynuował swoją walkę o medale, natomiast Legijna Ferajna spróbuje wydostać się ze strefy spadkowej.
Mecz drużyn, które w obecnym sezonie znajdują się w górnej części tabeli i realnie liczą się w walce o awans do wyższej klasy rozgrywkowej, zapowiadał się niezwykle ciekawie. Obie ekipy miały apetyt na dobre zakończenie rundy jesiennej, które zapewniłoby im miejsce na podium i świetną pozycję wyjściową przed rundą rewanżową.
Pierwsza połowa, mimo że wynik tego zupełnie nie odzwierciedlał, była dość wyrównana. Zarówno Mistrzowie Chaosu, jak i MWSP mieli swoje okazje na zdobycie bramki, z tą różnicą, że goście byli zdecydowanie skuteczniejsi. Dwa gole Wrotniaka oraz po jednym Sołdaczuka i Wróblewskiego dały im solidną, czterobramkową przewagę. Gospodarze odpowiedzieli tylko trafieniem Gadomskiego. Cuda w bramce MWSP wyczyniał Krzysztof Stec i to była główna przyczyna tak skromnej zdobyczy Mistrzów Chaosu.
W drugiej odsłonie optyczną przewagę mieli gospodarze. Częściej utrzymywali się przy piłce i regularnie tworzyli sytuacje strzeleckie. Stec jednak nie obniżył lotów i dalej imponował interwencjami, skutecznie zniechęcając rywali. Zdołali pokonać go tylko raz, za sprawą Cieślaka. Goście również dołożyli jedno trafienie, a konkretnie dublet Sołdaczuka i ostatecznie MWSP pokonało Mistrzów Chaosu 5:2, umacniając się w górnej części tabeli oraz jasno pokazując, że ich celem na ten sezon jest awans do wyższej ligi.
W ekstremalnie trudnych warunkach mierzyli się ze sobą gracze Dynamo Wołomin i Rodziny Soprano. Zalegający śnieg sprawiał, że na boisku w dużej mierze rządził przypadek, trudno było wymienić kilka celnych podań, nie mówiąc już o tworzeniu koronkowych akcji. Kluczowe było więc jak najszybsze przystosowanie się do panujących warunków.
Spotkanie zaczęło się po myśli gospodarzy. Już w 3. minucie błąd bramkarza wykorzystał Mikołaj Matera, otwierając wynik. Trzy minuty później ten sam zawodnik podwyższył prowadzenie, a i tym razem golkiper rywali nie popisał się decyzją – niepotrzebnie wyszedł poza pole karne, źle obliczył tor lotu piłki, a Matera z ostrego kąta posłał futbolówkę do siatki. Rodzina Soprano była zmuszona do ataku pozycyjnego, ale trudno było przedostać się przez szczelną defensywę przeciwnika. W końcu jednak dopięła swego i na przerwę obie ekipy schodziły przy wyniku 2:1.
Po zmianie stron goście dążyli do wyrównania, ale uderzali głową w mur. Murawa nie nadawała się do gry kombinacyjnej, a Rodzina Soprano próbowała budować przewagę z wysoko wysuniętym bramkarzem, co kompletnie nie zdawało egzaminu. Dynamo wykorzystało to bezlitośnie - Michał Matyja podwyższył na 3:1 strzałem z własnej połowy do opuszczonej bramki. Wtedy team Grześka Bogdańskiego podkręcił tempo. Najpierw sam Bogdański zdobył bramkę kontaktową, a chwilę później Tomasz Dzięcioł niefortunnie trafił do własnej bramki i nagle był remis! Co więcej, Rodzina Soprano wyszła nawet na prowadzenie 3:4. Jednak ostatnie słowo należało do Dynamo. Najpierw Mikołaj Matera skompletował hat-tricka, a potem Adam Domidowicz zapewnił ferajnie Maćka Kosińskiego niespodziewane zwycięstwo, patrząc choćby na kursy w Superbet.
Na papierze Rodzina Soprano powinna ten mecz wygrać, bo stawiła się w bardzo mocnym składzie. Jednak zaangażowanie całego zespołu Dynamo, walka na całym boisku, mnóstwo bloków oraz błysk formy Mikołaja Matery sprawiły, że trzy punkty powędrowały do Wołomina. A to oznacza, że czeka nas niezwykle ciekawa wiosna, bo różnice punktowe są naprawdę niewielkie.
W normalnych okolicznościach taki mecz miałby jednego, oczywistego faworyta. FC Melange – drużyna z górnej części tabeli, walcząca o medale, kontra Gentlemen Warsaw Team, który wciąż szuka sposobu, by wydostać się ze strefy spadkowej. Jednak tego dnia… warunki zrobiły swoje. Śnieg, śliska nawierzchnia, piłka uciekająca jak żywa – wszystko to sprawiło, że spotkania, które na papierze powinny być jednostronne, zamieniały się w wyrównane batalie. I tutaj również nie zabrakło niespodzianek.
Melange otworzył wynik błyskawicznie. Łukasz Słowik zameldował się na liście strzelców już na samym początku i wydawało się, że gospodarze pójdą za ciosem. Tymczasem goście momentalnie odpowiedzieli – i to podwójnie. Dwie szybkie akcje Gentlemenów wywróciły przebieg meczu do góry nogami i zrobiło się niespodziewane 1:2. Dopiero piękne trafienie Marcina Godlewskiego głową, w stylu przypominającym legendarne uderzenie Bartłomieja Dębickiego z meczu z Portugalią sprzed lat – przywróciło gospodarzy do gry.
A potem… rozpoczął się koncert Łukasza Słowika. Gdy bohater gospodarzy zaczął strzelać, wyglądało to tak, jakby ktoś przełączył go w tryb „nie do zatrzymania”. Najpierw szybki hat-trick, później kapitalny strzał na 5:2, który wydawał się zamykać temat. Słowik usiadł na ławce, uznając, że misja wykonana. Ale rywale postanowili popsuć mu odpoczynek. Najpierw sygnał do pościgu dał Piotr Loze, a chwilę później Gentlemeni doprowadzili do wyrównania. Z 5:2 zrobiło się 5:5 i nagle z bezpiecznej przewagi zostało tylko widmo straty punktów.
Wtedy Melange znów potrzebował swojego lidera. Łukasz wrócił na boisko i błyskawicznie zrobił to, czego od niego oczekiwano – zdobył swoją piątą bramkę, trafienie na wagę zwycięstwa. Jednoosobowa armia. Absolutny bohater spotkania i człowiek, bez którego gospodarze nie wywieźliby z tego meczu kompletu punktów.
Faworytem w tym spotkaniu była brazylijska ekipa, ale nikt nie mógł przewidzieć, w jak fatalnych warunkach pogodowych przyjdzie rozgrywać ten mecz. Nie ma sensu udawać, że obfite opady śniegu nie miały bezpośredniego wpływu na przebieg widowiska. Goście mieli wyraźne problemy z wykorzystaniem swoich naturalnych atutów, a śliska murawa mocno ograniczała zwinność takich zawodników jak Marcos Santana czy Bruno Pessoa.
W porównaniu do Vox Populi Furduncio również nie zaszalało z frekwencją - długość ławek obu ekip znacząco się różniła. Nie był to też mecz pełen klarownych sytuacji strzeleckich. Podejście z piłką pod bramkę przeciwnika było niezwykle trudne, a strzały z dystansu świetnie parowali zarówno Kamil Paryż, jak i Juan Agudelo.
Pierwszy gol padł w dość niekonwencjonalnych okolicznościach. W 8. minucie Gabriel Gliwic skiksował przy wybiciu piłki ze swojego pola karnego, a futbolówka nabrała zadziwiającej rotacji i wpadła do bramki Furduncio przy samym spojeniu. W 18. minucie na 2:0 dla Vox Populi podwyższył Krzysztof Stachowicz, który przedarł się przez blok defensywny Brazylijczyków i nie dał szans bramkarzowi. W ostatniej akcji pierwszej połowy bardzo ładną, dwójkową akcję rozegrali Bruno Pessoa i Lucas Monteiro, dzięki czemu na przerwę schodziliśmy przy wyniku 2:1.
Po zmianie stron obie ekipy długo walczyły nie tylko ze sobą, ale też z pogarszającymi się warunkami. Bardzo aktywny był Bruno Pessoa, który często ostrzeliwał bramkę gospodarzy, lecz Kamil Paryż imponował refleksem.
Mecz rozstrzygnął się na korzyść Vox Populi dopiero w końcówce. W 48. minucie Juan Agudelo obronił strzał, ale nie utrzymał piłki w rękawicach - dopadł do niej Michał Korol i trafił na 3:1. Minutę później ten sam zawodnik wykorzystał podanie od pędzącego lewym skrzydłem Michała Madaja i Vox Populi zakończyło rundę jesienną, zgarniając komplet punktów.
Spotkanie Lumina – Vikersonn UA II rozgrywane o godzinie 9:00 w 12. lidze mogło być dla obu zespołów momentem przełomowym, jednak tylko goście potrafili to wykorzystać. Vikersonn, który jeszcze kilka tygodni temu był liderem rozgrywek, a ostatnio wpadł w wyraźny dołek formy, przyjechał na to starcie pod ogromną presją. Trzy kolejne porażki sprawiły, że drużyna spadła na siódme miejsce, a dystans do czołówki zaczął wyglądać coraz groźniej. Lumina z kolei absolutnie rozpaczliwie potrzebowała punktów – strata do bezpiecznego miejsca już przed meczem wynosiła osiem oczek, a każde niepowodzenie coraz mocniej spychało zespół w kierunku pewnej degradacji.
Od pierwszych minut nie było jednak wątpliwości, która drużyna jest o klasę lepsza. Vikersonn dominował w każdym aspekcie gry. Szybciej operował piłką, agresywnie pressował i tworzył kolejne sytuacje. Jedyną zagadką pozostawało to, dlaczego wynik do przerwy wynosił „zaledwie” 0:3, bo gospodarze praktycznie nie byli w stanie wydostać się spod własnej bramki.
Po przerwie obraz meczu nie uległ zmianie, ale skuteczność gości już tak. Kolejne gole zaczęły wpadać w regularnych odstępach, a Lumina mogła jedynie bezradnie patrzeć, jak przewaga Vikersonna rośnie do rozmiarów pogromu. Mecz zakończył się wynikiem 1:12, a jedyną chwilą radości dla gospodarzy była honorowa bramka zdobyta przez Danyla Polikevycha. Gdy piłka wpadła do siatki, cała ławka Luminy eksplodowała z radości, jakby była to bramka na wagę utrzymania.
Vikersonn natomiast pokazał, że kryzys może mieć już za sobą. Drużyna wyglądała pewnie, drużynowo i dojrzale, dając jasny sygnał, że w rundzie rewanżowej znów zamierza walczyć o medale.
Łazarski podchodził do tego meczu w świetnej formie, mając na koncie trzy zwycięstwa z rzędu. Z kolei Razem w poprzednim spotkaniu również zdołał wywalczyć bardzo ważne, drugie zwycięstwo w sezonie. Mimo tego wyraźnym faworytem pozostawała ekipa z Łazarskiego, która plasowała się w czołowej trójce ligi. Dodatkowym problemem dla Razem był brak bramkarza - z powodu kolizji drogowej w śnieżnej pogodzie nie był on w stanie dotrzeć na mecz. Mecz to mecz, ale przede wszystkim życzymy, by wszystko skończyło się dla niego dobrze!
Jeśli chodzi o samo spotkanie - większych emocji nie było. Bramki zaczęły wpadać do siatki Razem jedna po drugiej już w pierwszej połowie. Do 25. minuty wynik był praktycznie rozstrzygnięty, a Łazarski prowadził 6:0. Pełna dominacja należała do nich. Razem miał kilka niezłych sytuacji, by zmniejszyć stratę, lecz na linii świetnie spisywał się Deniz Suicmez.
W drugiej połowie obraz gry znacząco się nie zmienił, bo ogromna przewaga Łazarskiego była widoczna przez cały czas. Trzeba jednak podkreślić, że mimo wyniku zawodnicy Razem się nie poddawali, a mecz oglądało się przyjemnie, również dzięki zimowej, śnieżnej atmosferze. Razem zdołał zdobyć dwa gole, a Szymon Raducki obronił rzut karny, lecz to wciąż było za mało, by zatrzymać rozpędzony Łazarski, który ponownie strzelił sześć bramek w jednej połowie, wygrywając całe spotkanie 12:2. Aż siedmiu zawodników wpisało się na listę strzelców. Największymi gwiazdami meczu byli: Zhasulan Kamantay (4 gole i 2 asysty), Nurali Omarkul (1 gol i 3 asysty) oraz Stepan Czerevko, który zanotował identyczny dorobek jak Nurali.
W ten sposób drużyna Łazarskiego schodzi na zimową przerwę jako wicelider, choć walka o podium dopiero się zaczyna, to i tak świetna pozycja. Razem natomiast pozostaje w strefie spadkowej, choć ducha walki tej ekipie zdecydowanie odmówić nie można, a to jest dobry prognostyk na rundę wiosenną.
Mecz Cockpit United z Borowikami zapowiadał się jako starcie dwóch sąsiadów z tabeli. Gospodarze zajmowali 9. miejsce, goście byli tuż obok wyżej i z minimalną przewagą punktową. To był więc typowy mecz „o sześć punktów”, w którym obie strony miały realną szansę przesunąć się w górę stawki. I rzeczywiście już od początku było wiadomo, że będzie ciekawie.
Po zaledwie pięciu minutach Cockpit objął prowadzenie po trafieniu Aleksandra Sitka. Borowiki nie kazały jednak długo czekać na odpowiedź i chwilę później wyrównały. Ten schemat wracał jak refren: gospodarze wychodzili na prowadzenie, goście odrabiali straty. Dopiero na pięć minut przed przerwą Borowiki po raz pierwszy wyszły na prowadzenie i do szatni schodziły przy wyniku 2:3. Choć pierwsza połowa była wyrównana, już wtedy widać było, że to goście stwarzają więcej zagrożenia i lepiej wykorzystują przestrzeń, którą zostawiała im defensywa Cockpitu.
Po przerwie obraz gry zmienił się wyraźnie. Borowiki ruszyły od razu i szybko podwyższyły wynik. Cockpit odpowiedział jeszcze bramką kontaktową na 3:4, ale była to ich ostatnia udana akcja tego dnia. Od tego momentu inicjatywa należała już tylko do gości. Borowiki złapały rytm, zaczęły grać swobodniej i raz po raz wykorzystywały błędy gospodarzy w obronie. Ostatnie kilkanaście minut to właściwie jednostronne strzelanie, bo goście wyglądali, jakby z każdą minutą napędzali się coraz mocniej. Cockpit próbował odgryzać się kontrami, ale brakowało im dokładności i spokoju pod bramką rywala.
Ostatecznie Borowiki wygrały aż 3:9, pokazując, że choć pierwsza połowa była wyrównana, to w drugiej różnica między drużynami była już bardzo wyraźna. Gospodarzom nie można odmówić momentów dobrej gry, ale brak koncentracji w defensywie i zbyt duże przerwy między formacjami sprawiły, że zostali przez Borowiki najzwyczajniej w świecie rozbrojeni.
Boiskowy Folklor podejmujący Lisy bez Polisy to kolejny mecz, jaki miał miejsce w zeszły weekend na naszych piłkarskich obiektach. Aura tego spotkania zdecydowanie nie sprzyjała grze w piłkę, jednakże po gospodarzach nie było widać większej różnicy - wręcz przeciwnie, wyglądali zdecydowanie lepiej już od pierwszych minut pojedynku.
W ofensywie bardzo równy, efektowny i efektywny był tercet Kucharski – Trębacz – Miriuk. Każdy z wymienionych zawodników ustrzelił dublet, jednak to Miriuk dołożył do tego dwie asysty, czym wyróżnił się w oczach rywali i został wybrany MVP całego spotkania. Pierwsza część meczu, zakończona wynikiem 5:1, zwiastowała raczej dominację niż wyrównane starcie i druga odsłona nie przyniosła w zasadzie większych zmian. Co prawda ujrzeliśmy mniej bramek, ale spotkanie ciągle było pod dyktando zespołu gospodarzy.
Na wyróżnienie zasługuje również bramkarz Boiskowego Folkloru, Patryk Świtaj, który na tym śniegu czuł się niczym ryba w wodzie i „płynął” między słupkami, tracąc zaledwie po jednej bramce na każdą z połów. Jego fantastyczna dyspozycja zapewne odbierała chęci rywalowi. Granie w takich warunkach samo w sobie nie jest łatwe, a jeśli jeszcze bramkarz przeciwnika ma swój dzień, to naprawdę ciężko o pomyślność w ofensywie.
Tym samym gospodarze zdobywają komplet punktów i będąc na równi punktowej z inną ekipą z tej ligi, przewodzą całej stawce. Gościom natomiast spadek na razie nie grozi, ale muszą mieć się na baczności, bo czujemy, że runda rewanżowa może przynieść nam jeszcze wiele piłkarskich wrażeń.
Joga Bonito podejmujące White Foxes to kolejny mecz tego dnia, jaki mieliśmy okazję obserwować. Pierwsza odsłona spotkania to niezwykle wyrównane starcie, w którym górą były raczej obie formacje defensywne, na czele ze swoimi bramkarzami, niż ofensywne zestawienia przygotowane na ten mecz przez obu kapitanów.
Po stronie gospodarzy już od pierwszych minut swoją kandydaturę do miana MVP spotkania zgłosił Mateusz Hnatio. Autor łącznie czterech goli i trzech asyst jak się później okazało brał udział przy każdej bramce zdobytej przez swoją drużynę i bezapelacyjnie nie pozostawił złudzeń, kto był w tym meczu po prostu najlepszy.
Jeśli chodzi o gości, bramkę dającą nadzieję na odwrócenie losów tego spotkania, zdobył Dawid Płatek. Niestety dla postronnego kibica druga część meczu to już kompletna dominacja gospodarzy. Zdobywszy pięć goli, nie pozwolili oni na stratę żadnego i pewnie wygrywają to spotkanie wynikiem 7:1.
Gospodarze byli w drugiej połowie dużo bardziej skuteczni ofensywnie i zdecydowanie lepiej ułożeni taktycznie w defensywie, dzięki czemu zasłużenie zgarniają kolejne trzy punkty i utrzymują pozycję lidera. Goście natomiast kończą zmagania w strefie spadkowej, ale z dużymi nadziejami na jej opuszczenie w drugiej części sezonu.
Tym samym obie ekipy kończą rywalizację w tej rundzie. Życzymy im powodzenia i samych wygranych w rewanżach!
Runda jesienna w wykonaniu Zarubów z pewnością nie należała do najlepszych w historii tego zespołu. Nawet zwycięstwo nie zmieniłoby zbyt wiele w sytuacji w tabeli, więc gospodarze grali głównie o to, by godnie zakończyć rozgrywki przed zimową przerwą. Tyle tylko, że Nieuchwytni akurat w końcówce rundy złapali świetną formę, więc o wygraną nie było łatwo.
Pierwsza połowa to kwintesencja występów gospodarzy w tym sezonie. Teoretycznie nie grali aż tak źle, jak wskazywał na to wynik, nie odstawali mocno od rywala, ale kilka pechowych wydarzeń całkowicie zdeterminowało przebieg meczu. W pierwszej części Zaruby zanotowały dwa samobóje, grę w osłabieniu, w czasie której straciły bramkę, a do tego większość przebitek wygrywali rywale. Koniec końców do przerwy przegrywali już 0:5.
Po zmianie stron coś wreszcie drgnęło w grze outisderów. Na początku drugiej części udało się zdobyć dwie bramki i postawa gospodarzy wyglądała o wiele lepiej. Nieuchwytni mieli jednak w swoim teamie Oleksii Kyselova, który strzelając dwie bramki, ponownie wyprowadził swój zespół na pięciobramkowe prowadzenie. I w tym momencie było już jasne, że Zaruby nie odwrócą losów tego meczu, choć trzeba im oddać, że walczyli do samego końca.
Nieuchwytni w drugiej części byli o wiele bardziej skuteczni i zasłużenie wygrali to spotkanie 4:11, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie fatalna pierwsza połowa w wykonaniu Zarubów, końcowy wynik nie byłby aż tak wysoki na korzyść gości. Jest jednak jakaś iskierka nadziei dla gospodarzy, że runda wiosenna będzie w ich wykonaniu lepsza niż obecna. Z kolei Nieuchwytni dobrą postawą w ostatnich meczach dali sobie realną szansę na walkę o strefę medalową.
W 9. kolejce doszło do spotkania dwóch sąsiadujących ze sobą zespołów, które walczą bezpośrednio o trzecie miejsce w ligowej tabeli. Kresowia Warszawa II podejmowała doświadczony zespół Elitarnych Gocław. Uwzględniając pozycję obu drużyn, mecz zapowiadał się na wyrównane starcie.
Już od pierwszej minuty obie strony grały szybką piłkę, próbując atakiem pozycyjnym rozpracować rywala. Wynik spotkania otworzył Wojciech Sekulak, wyprowadzając gości na prowadzenie. Chwilę później Daniil Mikulich wyrównał i mieliśmy 1:1. Gra była otwarta, oba zespoły starały się rozgrywać piłkę, jednak warunki panujące tego dnia na Arenie AWF nie pozwalały na szybką, techniczną grę. Kolejne minuty przyniosły po bramce z obu stron. Najpierw piłkę na dziewiątym metrze ustawił Marcin Bielski i pewnym strzałem pokonał golkipera gospodarzy, a jeszcze przed przerwą do wyrównania doprowadził… bramkarz gości, który przypadkowo wpakował piłkę do własnej bramki. Na przerwę schodziliśmy przy wyniku 2:2.
W drugiej połowie role ponownie się odwróciły i tym razem to goście musieli gonić wynik. Dość szybko po wznowieniu gry bramkę zdobył Mirosław Nowacki i Kresowia prowadziła 3:2. Od tego momentu coś w grze gospodarzy się popsuło, a zawodnicy Mikulicha zaczęli seryjnie popełniać błędy. To była woda na młyn dla tak doświadczonej ekipy jak Elitarni. Gracze z Gocławia najpierw wyrównali dzięki trafieniu Bielskiego, a chwilę później ten sam zawodnik wyprowadził ich na prowadzenie. Końcówka spotkania to już wymiana ciosów. Kresowia atakowała, jednak gospodarze nie potrafili pokonać bramkarza Elitarnych. W samej końcówce wynik na 3:5 pięknym lobem ustalił Kamil Faryniarz i to zespół Elitarnych zgarnął jakże ważne trzy punkty.
Dzięki wygranej goście wskakują na trzecie miejsce w tabeli, przeskakując tym samym swoich niedzielnych rywali. Teraz dla obu zespołów czas na odpoczynek i przerwę, którą można wykorzystać na przygotowanie do rundy rewanżowej.
Spotkanie FC Olimpik z Heavyweight Heroes było jednym z najbardziej emocjonujących meczów tej kolejki – pojedynkiem, który idealnie pokazał, że w piłce nożnej żadna przewaga nie jest bezpieczna, jeśli zabraknie konsekwencji i koncentracji. Pierwsza połowa była niemal wzorcowa w wykonaniu gospodarzy. Olimpik od początku narzucał tempo, wysoko ustawiał pressing, a ich płynne, szybkie wymiany podań wielokrotnie rozrywały formacje gości. W pełni zasłużenie schodzili na przerwę, prowadząc 3:1 i kontrolując przebieg gry.
Wydawało się, że mecz jest już pod kontrolą, ale po zmianie stron wszystko odwróciło się o 180 stopni. Heavyweight Heroes, mimo że dysponowali tylko jednym rezerwowym, nie zamierzali składać broni. Zagrali z ogromnym sercem, agresją i wiarą, jakby nagle zapomnieli o brakach kadrowych. Zaczęli wygrywać pojedynki fizyczne, szybciej przechodzić do ataku i bezlitośnie wykorzystywać momenty nieuwagi gospodarzy. Każdy błąd Olimpiku zamieniali w szansę, a komfortowa wcześniej przewaga gwałtownie zaczęła topnieć.
W pewnym momencie zrobiło się 5:4, a gospodarze zamiast spokojnie „dowieźć” wynik, musieli ponownie wejść na najwyższe obroty. Końcówka była nerwowa, pełna niepewnych podań, ostrej walki i desperackich prób wybicia piłki z własnego pola karnego. Heavyweight Heroes grali va banque – otworzyli się maksymalnie, licząc na wyrównanie. Mimo ogromnej ambicji i naprawdę świetnej drugiej połowy nie zdołali jednak doprowadzić do remisu.
Finalnie FC Olimpik wygrywa 5:4, choć zamiast spokojnego zwycięstwa dostał mecz pełen dramaturgii. Gospodarze zgarniają trzy punkty, ale muszą zadać sobie pytanie: jak to możliwe, że tak komfortowe prowadzenie niemal wymknęło im się z rąk? Herosi natomiast udowodnili, że serce do walki potrafi zdziałać rzeczy większe niż liczba zawodników na ławce.
Na sektorze B, gdy murawę pokrywały jeszcze fałdy śniegu, a aura dobitnie sygnalizowała, że jesień ustępuje miejsca zimie, do walki o ostatnie w tej rundzie punkty ruszyły dwie drużyny, które do tej pory radziły sobie jak najbardziej poprawnie. Dla gospodarzy był to mecz o zbliżenie się na odległość zaledwie jednego punktu do strefy medalowej, natomiast dla gości szansa na opuszczenie strefy spadkowej. Patrząc na tabelę, to zawodnicy z Bródna uchodzili za faworytów, bo przystępowali do spotkania z wyższej pozycji.
Jak się jednak okazało, Elekcyjni sprawili psikusa wszystkim – rywalom, obserwatorom, a kto wie, czy nie nawet samym sobie.
Już do przerwy – mówiąc kolokwialnie – wydawało się, że jest pozamiatane. Goście prowadzili 4:1 i nie zamierzali zdejmować nogi z gazu. Efekt? Piorunujący. Chwilę po wznowieniu gry padła kolejna bramka dla Elekcyjnej… i następna, i jeszcze jedna, i… jeszcze jedna. W pewnym momencie tablica wyników wskazywała aż 8:1 dla gości, co było wręcz pogromem.
Finalnie stanęło na 3:9, a głównym bohaterem tego spektaklu został Jakub Mydłowiecki – autor sześciu goli i jednej asysty. Jego bezpośredni udział przy siedmiu z dziewięciu trafień najdobitniej pokazuje, kto był tego dnia absolutnym szefem.
Zdecydowanym faworytem byli w tym meczu zawodnicy Oldboys Derby II, celujący w utrzymanie miejsca w czołówce tabeli. Po drugiej stronie stanęli Warsaw Pistons, pragnący przerwać serię czterech meczów bez zwycięstwa i zakończyć rundę pozytywnym akcentem.
Gospodarze lepiej weszli w mecz i już w 4. minucie, po prostopadłym podaniu Łukasza Łukasiewicza, do piłki dopadł Piotr Grudzień. Uprzedził wychodzącego bramkarza i pewnym strzałem otworzył wynik spotkania. Pistons częściej utrzymywali się przy piłce, jednak brakowało im skutecznego wykończenia a ich próby albo mijały cel, albo były blokowane przez defensywę Derby. Z czasem gra stała się bardziej wyrównana: nieco chaotyczna, z wieloma pojedynkami w środku pola i sporą liczbą niedokładnych zagrań. Dopiero pod koniec pierwszej połowy gospodarze ponownie znaleźli sposób na defensywę rywali. Długi wyrzut ręką Rafała Wieczorka wypuścił na wolne pole Łukasiewicza, który ponownie wykorzystał swoją sytuację i podwyższył na 2:0.
Drugą połowę od mocnego akcentu mogli rozpocząć goście, jednak strzał Kacpra Romanowskiego zatrzymał się na poprzeczce. Kilka minut później Pistons dopięli jednak swego i zdobyli gola kontaktowego, rozpoczynając najbardziej szaloną fazę meczu. W krótkim odstępie czasu padły aż cztery bramki, a wynik zatrzymał się na 4:3 dla Oldboysów. Gdy wydawało się, że „Tłoki” łapią wiatr w żagle i mogą realnie powalczyć o punkty, gospodarze ponownie wrzucili wyższy bieg. Oldboys Derby II wykorzystali błędy rywali i z zimną krwią dołożyli kolejne trafienia, odskakując na różnicę czterech bramek.
Ostatecznie wygrali aż 9:4, kończąc rundę na trzecim miejscu w tabeli. Warsaw Pistons nie zdołali przerwać złej passy. Kończą jesień z dużym niedosytem i będą zimować w strefie spadkowej, co stawia przed nimi trudne wyzwanie na wiosnę.
W niedzielne popołudnie na Arenie Grenady lider tabeli, BS Zadymiarze, podejmował drużynę Santiago Remberteu w ramach 9. kolejki 14. ligi. Już pierwsze minuty pokazały, kto będzie dyktował warunki w tym spotkaniu. Mecz błyskawicznie otworzył Jakub Pawelec, wykorzystując dobre wejście gospodarzy w mecz. Chwilę później ten sam zawodnik podwyższył na 2:0, czym rozpoczął prawdziwy festiwal strzelecki swojej drużyny.
Zadymiarze wrzucili wyższy bieg i w pewnym momencie prowadzili już 5:0, całkowicie kontrolując wydarzenia na boisku. Goście próbowali wrócić do gry za sprawą podyktowanego rzutu karnego, lecz ich nadzieje zgasił świetną interwencją Jakub Szymborski - bramkarz gospodarzy pewnie obronił "jedenastkę". Dopiero w końcówce pierwszej części spotkania Konrad Wróblewski zdobył bramkę dla Santiago Remberteu, jednak na tym skończyło się ich strzelanie przed przerwą.
Druga połowa rozpoczęła się od ambitnych prób odrabiania strat przez gości, które przyniosły im pierwsze trafienie po zmianie stron. Mimo tego to Zadymiarze przez cały czas utrzymywali kontrolę nad meczem i konsekwentnie powiększali swoją przewagę, pokazując, że nie bez powodu zasiadają na fotelu lidera 14. ligi.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się ich bardzo wysokim zwycięstwem 10:5, które tylko potwierdza świetną dyspozycję lidera i jasno wskazuje ich aspiracje na dalszą część sezonu.
W samo południe do rywalizacji przystąpił zespół YUG.BUD, który po pierwszej stracie punktów w poprzedniej kolejce był wyjątkowo zmotywowany, by udowodnić, że był to jedynie wypadek przy pracy. Po drugiej stronie stanął Szereg Homogenizowany, drużyna znajdująca się ostatnio w świetnej formie, choć tym razem wystąpiła w bardzo wąskiej kadrze i bez swojego kluczowego zawodnika, Jakuba Myszóra. To rodziło pytanie: czy uda im się utrzymać dotychczasowy poziom?
Początek spotkania był wyrównany, z dynamicznym przenoszeniem akcji z jednej strony boiska na drugą. Mimo to to Szereg stworzył lepsze okazje, ale w bramce gospodarzy kilka razy świetnie interweniował Dmytro Czui. W końcu jednak goście znaleźli sposób na przełamanie defensywy, a po trafieniu Aleksandara Ryszawy otworzyli wynik meczu. W grze obu stron pojawiło się sporo niedokładności. Śliska murawa i warunki atmosferyczne wyraźnie utrudniały rozgrywanie akcji. YUG.BUD próbował odrobić straty, lecz ich uderzenia mijały bramkę. Tymczasem Szereg Homogenizowany konsekwentnie wykorzystywał swoje okazje i podwyższył prowadzenie na 0:2.
Gospodarze mogli błyskawicznie odpowiedzieć, ale najpierw trafili w poprzeczkę, a chwilę później w słupek. Mimo zmarnowanych okazji YUG.BUD nie spuścił głów - krótko potem zdobyli bramkę kontaktową, a jeszcze przed przerwą Volodymyr Kharin precyzyjnym strzałem zza pola karnego doprowadził do remisu, zamykając pierwszą połowę wynikiem 2:2.
W drugiej odsłonie, po zamieszaniu w polu karnym gospodarzy, piłkę do siatki wepchnął Eryk Borczon, ponownie wyprowadzając Szereg na prowadzenie. Niedługo później Artur Moczulski strzałem z ostrego kąta podwyższył na 2:4. Mecz stał się bardzo fizyczny, pełen walki o każdy metr boiska. YUG.BUD miał świetną okazję na bramkę kontaktową po mocnym strzale z dystansu, ale bramkarz Szeregu popisał się kapitalną paradą. Gospodarze jednak nie zamierzali rezygnować. Ich zawzięte próby przyniosły efekty - duet Oleksandr Pliakin i Volodymyr Kharin najpierw zmniejszył stratę, a chwilę później YUG.BUD doprowadził do wyrównania 4:4.
Szereg Homogenizowany urwał niezwykle cenny punkt liderowi, choć z pewnością czuje niedosyt, bo przez długi czas byli o krok od kompletu punktów. YUG.BUD, mimo lekkiej zadyszki w końcówce rundy, utrzyma się na fotelu lidera i w tej roli przystąpi do drugiej części sezonu.
Niedzielni w tym sezonie nie mają zbyt wielu powodów do radości. Przed meczem z Pogromcami zamykali tabelę i nawet zwycięstwo nie dałoby im wyjścia ze strefy spadkowej. Ekipa Mateusza Niewiadomego notuje natomiast najlepszą rundę w swojej historii, a sama obecność na podium przed ostatnią kolejką była sporą niespodzianką. Te mecze jednak rządzą się swoimi prawami, więc wynik pozostawał sprawą otwartą.
Początek należał do gości, ale ich skuteczność była na słabym poziomie, stąd długo utrzymywał się wynik bezbramkowy. Bardzo dobrze między słupkami spisywał się Kamil Jarosz, który kilka razy efektownie ratował swój zespół. Po okresie przewagi Pogromców coraz częściej do głosu dochodzili gospodarze i to oni zdobyli jedyną bramkę pierwszej połowy. Przemek Sosnowski wykorzystał nieporadność defensywy i pokonał Michała Trelę. Po 25 minutach mieliśmy 1:0.
Po zmianie stron goście wyszli w nieco innym zestawieniu i szybko przyniosło to wymierne efekty. Najpierw Mateusz Niewiadomy wyrównał, a chwilę później Marcin Kowalski dał Pogromcom prowadzenie. Od stanu 1:2 wydawało się, że pójdą za ciosem, ale to Niedzielni stworzyli sobie kilka naprawdę dobrych okazji na remis. Niestety, ofensywie ekipy Jana Wójcika w tej rundzie wybitnie nie idzie. Złe decyzje pod bramką rywali oraz kolejne udane interwencje świetnie grającego w defensywie Michała Kowalskiego utrzymywały korzystny rezultat dla gości.
W końcówce kapitan Pogromców zdobył trzecią bramkę, zapewniając swojej drużynie cenne trzy punkty z rywalem, który - niezależnie od tabeli - zawsze stawia twarde warunki. Pogromcy kończą rundę jesienną na pudle, jak nigdy wcześniej, choć trudno będzie tę pozycję utrzymać. Niedzielni natomiast potrzebują zimą poważnej metamorfozy, jeśli chcą powalczyć na wiosnę o utrzymanie w lidze.
To był jeden z tych meczów, które od pierwszej minuty trzymają w napięciu i nie pozwalają choćby na sekundę oderwać wzroku od boiska. Bezbramkowy remis do przerwy w 15. Lidze to rzadki widok, ale tym razem był jak najbardziej zasłużony, bo oba zespoły zagrały na ogromnej intensywności, a przede wszystkim miały między słupkami bramkarzy w absolutnie wyśmienitej formie.
Pierwsza połowa to prawdziwy pokaz parad i instynktownych interwencji, wybić z linii oraz akcji toczących się błyskawicznie od jednego pola karnego do drugiego. Zarówno Syrenka, jak i Wombaty mogły prowadzić nawet dwoma bramkami, lecz golkiperzy dosłownie wyczyniali cuda. Gdy już wydawało się, że piłka wpadnie do siatki, zawsze ktoś w ostatniej chwili zatrzymywał ją nogą, ręką, głową, albo po prostu cudem. Kibice uwielbiają takie mecze: szybkie, otwarte, pełne zwrotów akcji, a jednocześnie piekielnie wyrównane.
Po przerwie doczekaliśmy się wreszcie przełamania. Jako pierwsi uderzyli goście. Piotr Kwiatkowski wykorzystał idealne dogranie Jana Śmigielskiego i dał Wombatom prowadzenie. Syrenka odpowiedziała jednak natychmiast. Jakub Wawrzyk po asyście Kacpra Stępniaka wyrównał stan meczu i wyraźnie nakręcił ofensywę gospodarzy. Kluczowy moment spotkania nadszedł chwilę później, gdy do głosu doszedł niezawodny Maksymilian Pająk. Jego precyzyjne uderzenie na 2:1 zapewniło Syrenie niezwykle cenne zwycięstwo, wywalczone w szalonym tempie i ogromnym wysiłkiem.
Choć wynik mógł wyglądać zupełnie inaczej, bo obie ekipy miały sytuacje na kilka bramek, to dzięki kapitalnym bramkarzom i nieustępliwej walce był to jeden z najbardziej emocjonujących meczów całej kolejki.
W lekko topniejącym śniegu rozegrano mecz, który mimo chłodu potrafił solidnie podgrzać atmosferę. Boisko przywitało zawodników warunkami wymagającymi koncentracji i mocnej gry na nogach, a to w połączeniu ze stylem obu drużyn zapowiadało widowisko pełne bramek. I dokładnie takie otrzymaliśmy - emocjonalny rollercoaster, w którym każda akcja mogła zmienić obraz meczu.
Od pierwszego gwizdka zarówno Los Rogalos, jak i Inter wyszli na murawę z jasno sprecyzowanym celem: atakować i strzelać. Pierwszy cios zadał Inter, nieco szybciej odnajdując rytm w trudnych warunkach. W pierwszej połowie goście trzykrotnie wychodzili na prowadzenie, pokazując skuteczność i dobre tempo gry, ale Rogalos za każdym razem odpowiadało błyskawicznie. Gospodarze imponowali charakterem i za każdym razem, gdy Inter przechylał wynik na swoją stronę, chwilę później padała odpowiedź. Nic dziwnego, że pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:3.
Po przerwie losy spotkania na chwilę zdecydowanie przechyliły się na korzyść gospodarzy. Mateusz Drumlak, autor hat-tricka, odpalił prawdziwą petardę z rzutu wolnego. Jego precyzyjne uderzenie po długim rogu wpadło do siatki i wywołało euforię na ławce Rogalos. Gdy gospodarze wyszli na 4:3, wyglądało na to, że niesieni falą energii są gotowi odwrócić przebieg meczu na dobre. Jednak Inter to drużyna z dużym doświadczeniem, która nie traci chłodnej głowy nawet pod presją. Zamiast się cofnąć, goście przyspieszyli i w krótkim czasie przejęli inicjatywę. Z wyniku 4:3 zrobiło się 4:6, a kluczową postacią w ofensywie Interu był Bohdan Kulbashny - autor dwóch bramek i asysty, pojawiający się dokładnie tam, gdzie akcja potrzebowała jakościowego wykończenia.
Rogale zdołali jeszcze zdobyć bramkę na 5:6, dając sobie cień nadziei, ale czasu było już zbyt mało, by doprowadzić do kolejnego wyrównania. Inter zagrał dojrzale, kontrolując ostatnie minuty i nie pozwalając gospodarzom stworzyć klarownych okazji. Ostatecznie Inter wygrywa minimalnie i będzie zimować z realnymi ambicjami walki o podium w rundzie wiosennej. Los Rogalos czeka walka o utrzymanie, lecz jeśli zachowają ofensywny pazur z tego meczu, mają narzędzia, by tę walkę wygrać.
Green Team rozegrał jeden z najbardziej pewnych i kompletnych meczów w tym sezonie. Od pierwszych minut gospodarze narzucili tempo, które całkowicie zaskoczyło trzeci w tabeli zespół OldBoys Derby. Do przerwy prowadzenie 3:0 było w pełni zasłużone. Szybka gra, agresywny pressing, determinacja i przede wszystkim wysoka skuteczność przełożyły się na pełną kontrolę spotkania.
Największym bohaterem wieczoru był Waszczuk, który skradł całe show. Jego trzy gole to nie tylko efekt precyzyjnych strzałów, ale także doskonałego ustawiania się, snajperskiego instynktu i odwagi w podejmowaniu decyzji. Za każdym razem pojawiał się dokładnie tam, gdzie powinna znajdować się „dziewiątka” - blisko bramki, w idealnej pozycji do wykończenia akcji. To był jego mecz i absolutnie jego moment. OldBoys Derby III mimo wysokiej straty nie odpuścili i próbowali wrócić do gry. Mieli fragmenty, w których przejmowali inicjatywę w środku pola, lecz brakowało im wykończenia oraz wystarczającej determinacji pod bramką rywala. Kiedy już stwarzali groźną sytuację, zawodziło ostatnie podanie albo strzał był zbyt łatwy do obrony.
W drugiej połowie Green Team wciąż pewnie kontrolował przebieg meczu, dorzucając kolejne dwa trafienia i skutecznie pilnując, by nie dopuścić do nerwowej końcówki. Goście odpowiedzieli jedynie bramką honorową, która nie była początkiem pościgu, a jedynie kosmetyczną korektą wyniku.
Ostateczne 5:1 idealnie oddaje różnicę w skuteczności obu zespołów. Green Team był dokładniejszy, bardziej zdecydowany i miał swojego lidera w osobie fenomenalnego Waszczuka. OldBoys Derby pokazali ambicję, ale tego dnia było to zdecydowanie za mało, by nawiązać realną walkę.
O godzinie 13:00, w białej scenerii świeżo posypanego śniegiem boiska, do gry o pierwsze ligowe punkty stanęła ekipa NWD Gamers wraz z FC Ballersami, którzy po dobrym początku zanotowali duży regres. Efektem tego dołka był zaledwie jeden punkt na dwanaście możliwych. Na szczęście dla gości teraz przyszło grać z zespołem, na którym kilka tygodni temu udało się bezproblemowo zapunktować "za trzy", wygrywając aż 14:0!
Tym razem aż tak łatwo nie było, choć już po siedmiu minutach Ballersi prowadzili pewnie trzema bramkami. W 14. minucie jednak gospodarze zdołali się odgryźć, zdobywając gola na 1:3. Z upływem czasu przewaga gości robiła się coraz pokaźniejsza, czego efektem było pewne prowadzenie 6:2 do przerwy.
Druga odsłona? Niemalże kopia pierwszej – totalna dominacja Ballersów, trzymanie oponenta na dystans i powiększanie przewagi. Sensacji więc nie było. NWD Gamers niestety nadal musi czekać na pierwsze punkty i wierzymy, że te pojawią się na wiosnę. Zaś goście dzięki trzem punktom wrócili do walki o górną połówkę tabeli.
Obie połowy tego spotkania zakończyły się tym samym rezultatem: dwa razy po 6:2 dla Ballersów. Finalny wynik 12:4 poszedł więc w świat, a obie ekipy teraz udadzą się na zasłużony odpoczynek i ładowanie akumulatorów przed rundą wiosenną!
Bitwa o drugie miejsce - tak można było określić starcie rezerw Ternovitsii z Vitaurą. I choć wynik końcowy może sugerować coś innego, sama walka była naprawdę godna tego miana. Mecz rozpoczął się w pięknej zimowej scenerii, a śnieg sprawiał, że na boisku było mniej taktyki, a więcej fizycznej walki. Obie drużyny potrafią grać kombinacyjnie, ale jednocześnie nie unikają twardych pojedynków. I dokładnie tak wyglądało to spotkanie.
W pierwszej połowie okazji podbramkowych było niewiele - dominowała walka, dużo pressingu i gra głównie w środkowej strefie oraz na skrzydłach. Mimo to pierwszy na prowadzenie wyszedł zespół z Ukrainy. Ich radość nie trwała jednak długo, albowiem szybka odpowiedź Vitaury w wykonaniu Marcelego Kopca po podaniu Patryka Umiastowskiego przywróciła remis. Tuż przed przerwą Ternovitsia II trafiła po raz drugi i schodziła do szatni z zasłużoną przewagą. A kto był głównym bohaterem zespołu? Oczywiście ponownie Uladzimir Hrydovyi.
W drugiej połowie jego rola była jeszcze większa. To właśnie on powiększył prowadzenie swojej drużyny do bezpiecznego poziomu i praktycznie zapewnił jej pewne zwycięstwo. Hrydovyi skompletował w tym meczu poker, a do świetnej gry ofensywnej dołożył również bardzo solidną pracę w defensywie. Vitaura próbowała odrabiać straty, tworzyła dobre sytuacje, ale w bramce Ternovitsii kapitalnie spisywał się Marian Karkhut, który w kluczowych momentach ratował swój zespół.
W efekcie Ternovitsia II awansowała na 2. miejsce w tabeli, tracąc zaledwie trzy punkty do lidera. Vitaura natomiast wypadła z TOP 3, choć jej strata do rezerw Ternovitsii również wynosi jedynie trzy oczka. Rewanż tych dwóch drużyn zapowiada się więc wyjątkowo ciekawie.
Przed pierwszym gwizdkiem wszystko wskazywało na to, że Standart tylko przedłuży swoją znakomitą serię. Pięć meczów, pięć zwycięstw, świetny bilans bramkowy - wyglądało to jak drużyna zmierzająca pewnym krokiem po mistrzostwo. Tornado? Siedem punktów, minusowy bilans i łatka ekipy z dolnej połówki tabeli. Na papierze różnica była ogromna. Tyle że tego meczu nie grano na papierze. Grano go w śnieżycy, na boisku, które coraz bardziej przypominało białą taflę niż murawę. I to właśnie aura zmieniła wszystko. Naturalne atuty Standartu, czyli szybka gra, kombinacyjne akcje, pressing nagle przestały działać. Piłka ślizgała się jak żywa, a jeden zły krok mógł oznaczać stratę lub… bramkę.
Pierwsza połowa była więc koncertem Tornado. Standart próbował budować atak za atakiem, ale zamiast kontrolować przebieg meczu, otwierał się na zabójcze kontry. W 8. minucie Nowicki idealnie wypuścił Czerwońskiego, który pewnym strzałem otworzył wynik. I to był dopiero początek. Tornado grało mądrze, pragmatycznie i skutecznie. Po 20 minutach było już 0:4, a gospodarze wyglądali jak zagubieni we własnym tempie gry. Dopiero w 21. minucie Standart w końcu trafił, raczej z ulgi niż z odzyskania kontroli. Frustracja jednak narastała, a Tornado nawet na chwilę nie zwalniało. Jeszcze przed przerwą dorzucili piątą bramkę i do szatni schodzili przy wyniku 1:5, co przy formie oponentów można było uznać za gigantyczną sensację.
Po zmianie stron obraz gry odwrócił się o 180 stopni. Standart wreszcie odpalił swój futbol. W kilka minut przewaga rywali stopniała z czterech bramek do dwóch, potem do jednej, aż w końcu, po samobójczym trafieniu, zrobiło się 5:5. Przez moment wydawało się, że gospodarze uratują swoją piękną serię i wyciągną mecz, który kompletnie im się nie układał. Ale Tornado miało jeszcze jedną odpowiedź.
Dwie minuty po wyrównaniu Filip Convain skompletował hat-tricka, mierzonym strzałem zdobywając gola na 5:6 - trafienie, które jak się okazało, przesądziło o losach całego spotkania. Standart próbował jeszcze odwrócić wynik, lecz tym razem zabrakło chłodnej głowy i odrobiny szczęścia, które tak często było po ich stronie.
Tornado rozegrało niezwykle dojrzały mecz: świetna defensywa w pierwszej połowie, zabójcze kontry i ogromna odporność psychiczna po przerwie. Dla Standartu to pierwsza porażka w sezonie, ale trudno mówić o wpadce. Warunki były ekstremalne, a rywal zagrał jeden ze swoich najlepszych meczów w tej rundzie.




Warszawa
Łódź






)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)