RAPORT MECZOWY! 8. KOLEJKA - SEZON 25/25
Spotkanie Gladiatorów Eternis z EXC Mobile Ochota było bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem poprzedniej serii gier. Nie oznacza to jednak, że w niższych ligach zabrakło emocji. Wręcz przeciwnie - zobaczyliśmy wiele świetnych meczów, które może nie dorównywały hitowi Ekstraklasy poziomem sportowym, ale pod względem dramaturgii potrafiły go nawet przebić.
Szalony mecz oglądaliśmy w starciu Ognia Bielany z KSB Warszawa. Goście przed tygodniem niespodziewanie pokonali In Plus & Alpan i nie zamierzali oddawać pola gospodarzom, którzy w tym sezonie grają efektownie, ale w defensywie wyglądają niestety nie najlepiej. W pierwszej połowie mieliśmy bramkę za bramkę. Gdy tylko ekipa Janka Napiórkowskiego wychodziła na prowadzenie, team Michała Tarczyńskiego natychmiast odpowiadał, więc wynik cały czas był na styku. Pierwsze 25 minut obie drużyny zakończyły remisem 4:4.
W drugiej połowie Ogień odskoczył na 6:4, ale gdy tylko złapał przewagę, w jego szykach obronnych pojawiło się rozluźnienie. KSB, mimo słabszego momentu, nadal biegało, walczyło i odrobiło straty. Ponownie świetnie zagrał lider drużyny, Maciek Grabicki, który był niemal wszędzie na boisku. Od stanu 6:6 goście po raz pierwszy objęli prowadzenie. To gospodarze musieli gonić wynik, ale dobry moment gry złapał Kuba Solecki - po jego bramkach udało się wyrównać.
Na kilka sekund przed końcem meczu mieliśmy remis 8:8 i wtedy dał o sobie znać Jacek Strzegocki. To jego trafienie zapewniło zwycięstwo w tym starciu, a co ważne — właśnie w końcówce meczu zawodnik ten zdobył trzy bramki i niemal każdą piłkę, którą otrzymał, zamieniał na gola.
Goście zgarniają trzy punkty i są obecnie trzecią siłą ligi. Ogień Bielany znajduje się w lekkim kryzysie, a to, co szczególnie rzuca się w oczy w tej rundzie, to słaba defensywa, która sprawiła, że gospodarze przegrali już kilka kluczowych spotkań mogących zaważyć na losach medali w tej kampanii.
Tur Ochota miał jak dotąd najgorszą sytuację w tabeli i w niedzielę musiał szukać punktów w starciu z Tanatosem Browarkiem. Goście, po zwycięstwie z Ogniem Bielany, chcieli dorzucić kolejne trzy punkty i tym samym zbliżyć się do ekip z czołówki.
Początek to walka z obu stron, a gospodarze pokazali w pierwszym fragmencie meczu, że nie zamierzają oddawać pola rywalowi. Mieli szansę w przewadze, gdy żółtą kartkę otrzymał Janek Szklarzewicz. Paradoksalnie jednak właśnie wtedy stracili bramkę. Tomek Kotus mobilizował swój zespół do walki i Tur potrafił wyrównać. Goście jednak ponownie objęli prowadzenie. Gdy wydawało się, że dowiozą skromną przewagę do przerwy, stracili gola i po 25 minutach mieliśmy remis 2:2.
Po zmianie stron to zespół Michała Sobieralskiego wyszedł na dwubramkową przewagę i wydawało się, że będzie miał wydarzenia na boisku pod kontrolą. Tur jednak nie rezygnował i zdjął bramkarza, by zyskać przewagę w polu. Ta sztuka się udała i padła bramka kontaktowa. Od stanu 4:3 Tanatos Browarek zdołał dorzucić kolejne trafienie, ale wciąż nie mógł być pewny końcowego wyniku.
Gospodarze mozolnie konstruowali kolejne ataki i dopięli swego - na niespełna dwie minuty przed końcem było 5:5. Finisz należał jednak do gości, którzy zdobyli gola dającego komplet punktów w tym pojedynku. Tur nadal z trzema „oczkami” zamyka tabelę Ekstraklasy, a Tanatos Browarek przesuwa się w górę stawki i ma realne szanse na walkę o podium w tym sezonie.
Hit Ekstraklasy ponownie nie zawiódł i po raz kolejny oglądaliśmy mecz na niesamowitym poziomie. Ktoś mógłby powiedzieć, że momentami było nudno, bo drużyny sporo grały z bramkarzami, rozgrywając swoje akcje, ale to właśnie jedne z nielicznych ekip w Lidze Fanów, które podchodzą do rywalizacji przygotowane taktycznie i mają wypracowane konkretne schematy na boisku.
Początek należał do EXC. Karol Bienias huknął z dystansu i Ochota prowadziła. Jednak gospodarze szybko odpowiedzieli, a co więcej – poszli za ciosem, wykorzystując błędy w defensywie i brak asekuracji. Zgarnęli dwie świetne piłki odbite przez Krzyśka Jabłońskiego. Gdy Michał Kielak strzelił trzeciego gola, goście wiedzieli, że będzie ciężko odrobić straty. Przed przerwą nadzieję na to, że wszystko może się odwrócić, dał Mateusz Olszak, który idealnie wbiegł w pole karne i oddał strzał, będąc sam w otoczeniu czterech zawodników Gladiatorów. Do przerwy 3:2 i drugie 25 minut zapowiadało się niezwykle ciekawie.
Po zmianie stron EXC niemal nie schodziło z połowy przeciwnika. Strzały z dystansu i próby rozmontowania defensywy rywala akcjami kombinacyjnymi długo nie przynosiły efektu. Niemoc przełamał dopiero Miłosz Nowakowski i mieliśmy remis. Napór EXC trwał, ale tego dnia w bramce swój popis dał Bartek Gwóźdź. Chyba nikt nie mógł podważyć jego występu w kategorii MVP całej kolejki. Gladiatorzy czekali na swoje szanse i się doczekali. Mariusz Zalewski po jednej z akcji dał prowadzenie, a w końcówce piekielnie mocny strzał Borysa Ostapenko zapewnił komplet punktów zespołowi Michała Dryńskiego.
EXC w tym sezonie była najlepsza w Europie i w Polsce, ale Gladiatorzy mają wybitny patent na wygrywanie z tym zespołem i po raz kolejny pokonali ekipę Ochoty w meczu na szczycie.
W ramach ósmej kolejki Ligi Fanów na najwyższym szczeblu rozgrywkowym spotkały się drużyny zajmujące miejsca w strefie spadkowej. Ekipa FC Impuls UA podejmowała zespół FC Lakoksy. Było to starcie dwóch beniaminków, którym dotychczas udało się wygrać zaledwie dwa spotkania, co z pewnością jest dla obu drużyn sporym niedosytem. Niedzielny mecz wydawał się przysłowiowym starciem o sześć punktów, dlatego spodziewaliśmy się ciekawego widowiska.
Już od początku meczu widać było duże zaangażowanie po obu stronach boiska. Jako pierwsi z bramki cieszyli się gospodarze, którzy za sprawą Daniila Kuznetsova objęli prowadzenie. Odpowiedź gości była piorunująca - w zaledwie kilka minut z prowadzenia cieszyli się już zawodnicy Lakoksów. Zdobywcą obu bramek został Mikołaj Zawadzki. W kolejnej fazie meczu inicjatywę przejęli gospodarze, którzy raz po raz atakowali bramkę Bartka Czajki. W końcówce pierwszej połowy poważnie wyglądającej kontuzji nabawił się jeden z liderów FC Impuls, Vladyslav Budz, który zmuszony był opuścić boisko. Grający od tego momentu bez zmian zespół gospodarzy nie zamierzał się poddawać. Dzięki dwóm bramkom Igora Petlyaka zawodnicy z Ukrainy ponownie objęli prowadzenie 3:2. Jeszcze przed przerwą wynik podwyższył Kiril Povolotskyi i schodziliśmy na nią przy rezultacie 4:2.
Druga połowa to szarpana gra z obu stron. Na boisku robiło się coraz więcej miejsca, a zmęczenie zawodników było coraz bardziej widoczne. Lepiej tę część meczu rozpoczęli goście, którzy jako pierwsi strzelili gola po przerwie. Autorem bramki był Jan Kowalski, który przejął piłkę i pokonał bezradnego bramkarza rywali. Lakoksy starały się odrobić straty - należy docenić ich zaangażowanie, nieustępliwość oraz ambicję. Niestety, braki kadrowe i kontuzje nie pomagały w osiągnięciu korzystnego wyniku. Impuls kontrolował przebieg meczu do samego końca. Gospodarze dorzucili jeszcze trzy bramki, podwyższając prowadzenie do 7:3. Ostatnie słowo należało jednak do Lakoksów. W końcówce Kacper Bartoszewski zmniejszył rozmiary porażki. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 7:4.
Gospodarze wychodzą z tego starcia zwycięsko i dopisują sobie bardzo cenne trzy punkty. To z kolei następna porażka zespołu Bartka Królaka. Runda zbliża się do końca i to chyba dobry moment, by ochłonąć i już teraz pomyśleć o rundzie rewanżowej oraz ewentualnych wzmocnieniach. Wierzymy, że panowie z Góry Kalwarii dadzą radę i na wiosnę wrócą jeszcze silniejsi, bo jak wiemy: Lakoksy to nie napis na dropsach!
Mecz drużyn, które w tym sezonie na boisku jeszcze nie przegrały. Gospodarze jedyne punkty stracili w ubiegłym tygodniu, remisując z UEFA Mafią Ursynów. Z tą samą drużyną w pierwszym meczu sezonu przegrali Łowcy. Na boisku zwyciężyli, ale okazało się, że w ich barwach zagrało kilku nieuprawnionych zawodników, co w konsekwencji dało walkower na korzyść rywali.
Inferno Team przystępowało do meczu na szczycie bez pauzujących za kartki Patryka Abbassiego oraz Oskara Pyrzyny, co wydawało się sporą stratą. Od początku pojedynku optyczną przewagę mieli goście, którzy częściej dochodzili do sytuacji strzeleckich, ale albo pudłowali, albo kapitalnie między słupkami spisywał się Paweł Stanek. Pierwszy gol padł w 17. minucie, kiedy błąd w wyprowadzeniu piłki przez rywali wykorzystał Kołomański. Dalsza część pierwszej połowy wyglądała podobnie - Łowcy starali się konstruować atak pozycyjny, a Inferno Team dobrze się broniło i groźnie kontratakowało. Do przerwy wynik nie uległ zmianie.
W drugiej odsłonie goście dość szybko zdecydowali się na grę z lotnym bramkarzem. Manewr nie okazał się udany, bo błąd przy wyprowadzeniu piłki wykorzystał Wielgat, podwyższając prowadzenie. Błyskawicznie odpowiedział Solop, strzelając gola kontaktowego. Tego dnia jednak niesamowite zawody rozgrywał Sylwester Wielgat, który był bohaterem swojej ekipy. W 39. minucie zdecydował się na rajd boczną strefą boiska zakończony celnym strzałem. Chwilę później ponownie wpisał się na listę strzelców, wykorzystując błąd w rozegraniu ataku pozycyjnego przeciwników. W 42. minucie dopisał do dorobku asystę przy bramce Świecińskiego.
Zawodnicy Łowców mieli problemy ze skutecznością, więc z pomocą - choć niezamierzoną - przyszli im przeciwnicy. Kołomański wpakował piłkę do własnej bramki i na około pięć minut przed końcem gospodarze prowadzili 5:2. Ostatnie słowo należało jednak do miejscowych, a szczególnie do Wielgata, który jeszcze dwukrotnie trafił do siatki rywali.
Ostatecznie w meczu na szczycie 1. Ligi Fanów Inferno Team zasłużenie pokonało FC Łowcy 7:3.
Spotkanie pomiędzy Betterstyle Husaria Mokotów a UKS Toho Adifeed G.M. to kolejne starcie, jakie miało miejsce w poprzedniej kolejce na naszych ligowych obiektach. Mecz zapowiadał się naprawdę interesująco, bowiem mieliśmy do czynienia z zespołami, które dzieliła raptem dwupunktowa przewaga w tabeli na korzyść gospodarzy. Zapowiadał się więc zacięty, wyrównany pojedynek i dokładnie takie widowisko obejrzeliśmy w niedzielny wieczór.
W mecz dużo lepiej weszli goście. Dwa szybkie gole Zasadzkiego i Czyża dały zespołowi Kacpra Flisa pewną przewagę, którą zapewne Toho miało w planach skutecznie bronić. Ta sztuka się jednak nie udała. Jeszcze przed przerwą najpierw gola kontaktowego strzelił Maciek Grabicki, a chwilę później Jakub Brzeski doprowadził do wyrównania. Gdy zespoły schodziły na przerwę, było wyraźnie widać niezadowolenie gospodarzy, którzy czuli się tego dnia mocni. To właśnie po stronie Husarii, prowadzonej przez Tomka Hubnera, widać było więcej pewności siebie przed drugą połową.
Szczególną pewnością siebie, świetnym wyczuciem miejsca i czasu emanował Maciej Grabicki, a więc autor dwóch kolejnych trafień po przerwie, z czego jedno, przepiękne uderzenie w samo okienko, dało gospodarzom chwilę oddechu i teoretycznie miało ustawić mecz. Nic bardziej mylnego - Toho szybkimi dwoma trafieniami ponownie doprowadziło do remisu.
Do końca spotkania obie drużyny walczyły łeb w łeb, wymieniając się golami. Ostatecznie lepiej z tego pojedynku wyszli zawodnicy Husarii, którzy utrzymali przewagę uzyskaną na kilka minut przed końcem. Toho miało swoje sytuacje, jednak niewykorzystane okazje w samej końcówce meczu oraz brak dokładności przy ostatnim podaniu odebrały im możliwość zdobycia choć jednego punktu. A naszym zdaniem z przebiegu gry naprawdę na niego zasłużyli swoją zespołową, zorganizowaną postawą.
Spotkanie kończy się ostatecznym zwycięstwem gospodarzy, którzy dopisują kolejne trzy punkty do ligowej tabeli. Husaria miała po swojej stronie więcej piłkarskich atutów. Może zespołowo nie wyglądała tak dobrze jak Toho, ale dysponowane przez nich indywidualności przeważyły i zadecydowały o końcowym triumfie.
Spotkanie ekipy Sirius z drużyną Kebavita to starcie drużyn z dwóch zupełnie różnych biegunów, jeśli chodzi o sytuację i miejsce w ligowej tabeli. Gospodarze walczą przecież o mistrzostwo pierwszej ligi, natomiast Kebavita, znajdująca się w strefie spadkowej, nie może uznać tego sezonu za udany.
Mecz rozpoczął się zaskakująco dobrze dla ekipy Buraka Cana. Mocnym strzałem po długim słupku Dima Kaszuba zaskoczył bramkarza rywali. To trafienie zadziałało jednak motywująco na gospodarzy, którzy od tego momentu zaczęli grać swoją piłkę i przejęli całkowitą kontrolę nad spotkaniem. O ile w pierwszej odsłonie aż sześć razy ktoś z ekipy Siriusa wpisywał się na listę strzelców, a goście odpowiedzieli trzykrotnie. O ile ten wynik nie był jeszcze tragiczny dla Kebavity, o tyle druga połowa to już kompletna dominacja faworytów.
Sirius, sprawiając wrażenie ekipy grającej małym kosztem sił, dołożył kolejne pięć trafień, tracąc zaledwie jedną bramkę. To honorowe trafienie gości, jedynie „na otarcie łez”, było jednak przepiękne - wspomniany wcześniej Kaszuba, zza pola karnego, technicznym strzałem wpakował piłkę w prawy górny róg, z pomocą sprzyjającej tym razem poprzeczki. W ekipie gospodarzy wyróżniającą postacią był zdecydowanie Maksim Semenov. Autor pięciu goli i dwóch asyst był wszędzie tam, gdzie trzeba, i znacząco przyczynił się do końcowego triumfu nad niżej sklasyfikowanym rywalem.
Sirius dopisuje kolejne trzy oczka do ligowej tabeli, natomiast Kebavita po raz kolejny schodzi z boiska pokonana. Mimo całkiem niezłej gry, musi szukać punktów w ostatniej kolejce rundy jesiennej.
Korsarze zderzyli się ze ścianą w meczu z faworyzowanymi gospodarzami. UEFA Mafia Ursynów dość gładko rozprawiła się z drużyną gości, mimo że pierwsze trafienie należało do Damiana Zalewskiego. Niestety dla utalentowanego bramkarza Korsarzy, to było jego jedyne dobre wspomnienie z tego spotkania. Już chwilę później jego kolegom urwał się Jakub Komendołowicz i potężnym uderzeniem niechcący znokautował rywala. Mowa oczywiście o nieszczęśliwym kopnięciu piłką. Dość powiedzieć, że Damian potrzebował krótkiej przerwy, aby zatamować krwawienie z nosa i wargi.
Mimo tych niedogodności (i zapewne posmaku krwi w ustach) bramkarz Korsarzy spisywał się świetnie. Problem polegał jednak na tym, że równie dobrze wyglądało kilku zawodników faworyzowanych gospodarzy. Jakub Komendołowicz wyprowadzał kolejne ataki, wspierali go Adam Goleń i Krzysztof Bartkiewicz, a gra toczyła się praktycznie wyłącznie na połowie gości. Do przerwy UEFA Mafia Ursynów prowadziła 4:1, mimo kilku świetnych interwencji bramkarza słabszej drużyny, w tym wygranego pojedynku sam na sam z Kubą Komendołowiczem.
Druga połowa to dalsza dominacja faworytów. Padały kolejne bramki, a przewaga rosła w oczach. Dopiero przy wyniku 9:1 mecz się wyrównał, a Korsarze zaczęli odpowiadać na ataki zwycięskiej ekipy. W ostatnich minutach zdobyli kilka goli na osłodę, jednak na odwrócenie losów spotkania było już zdecydowanie za późno. Wynik ustalił Jan Goleń, strzelając na 11:4.
Co najważniejsze z perspektywy gospodarzy - dzięki siedmiu punktom zdobytym w ostatnich trzech spotkaniach powoli zbliżają się oni do strefy medalowej. UEFA Mafia Ursynów traci do trzeciego miejsca pięć oczek i ma przed sobą teoretycznie prosty mecz z FC Kebavitą. Co więcej, ktoś z podium na pewno straci punkty w najbliższą niedzielę, bo FC Łowcy zmierzą się z Siriusem.
Korsarze natomiast o poprawę humorów przed przerwą zimową powalczą z BetterStyle Husarią Mokotów.
Spotkanie Explo Team z Presleyem Gniazdowym rozpoczęło się w dość nietypowych okolicznościach. Goście mieli poważne problemy z dojazdem, przez co pierwszy gwizdek opóźnił się o około 15 minut. Niestety dla Presleya, zanim zdążyli „wejść” w mecz i odpowiednio się dogrzać, już przegrywali i grali w osłabieniu.
Już pierwsze minuty przyniosły Explo wymarzony start. Wynik otworzył Górecki, a chwilę później goście znaleźli się w jeszcze trudniejszej sytuacji. Szadkowski obejrzał czerwoną kartkę za faul na zawodniku wychodzącym na czystą pozycję, a po rzucie wolnym wynik na 2:0 podwyższył Włudarski.
Explo grało w przewadze i konsekwentnie kontrolowało przebieg meczu, choć przez dłuższy czas brakowało skuteczności, by udokumentować dominację kolejnymi golami. Dopiero gdy siły na boisku się wyrównały, Presley zaczął kreować swoje sytuacje, lecz znakomicie interweniował Łuczyk, zatrzymując każdy groźniejszy strzał. W 20. minucie zrobiło się 3:0 po kolejnym trafieniu Góreckiego, a chwilę później ten sam zawodnik skompletował hat-trick, dając gospodarzom jeszcze większy komfort. Dosłownie minutę później miała miejsce jedna z najbardziej efektownych akcji meczu - Łuczyk zdecydował się na niesygnalizowany strzał spod własnego pola karnego i kompletnie zaskoczył bramkarza rywali, podwyższając na 5:0. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie.
Zaraz po wznowieniu gry goście wysłali jasny sygnał, że nie składają broni, bo Wiktorowski szybko trafił na 5:1, próbując pobudzić drużynę do walki. Reakcja Explo była natychmiastowa - chwilę później gospodarze zdobyli bramkę na 6:1 i ponownie przejęli pełną kontrolę nad meczem. Na około dziesięć minut przed końcem Zapolski dorzucił trafienie na 7:1, praktycznie przesądzając losy spotkania. Od tego momentu rozpoczął się prawdziwy festiwal bramek. W końcówce Explo zdobyło aż pięć kolejnych goli, prezentując kapitalną skuteczność i bardzo wysokie tempo gry. Presley próbował odpowiadać i strzelił jeszcze dwa gole, ale nie miało to wpływu na końcowy rezultat.
Ostatecznie Explo Team zwyciężył aż 12:3, zgarniając pewne trzy punkty i pokazując, że w tym sezonie może być groźny dla każdej drużyny. Presley Gniazdowy, mimo trudnego początku i gry w osłabieniu, walczył do końca, lecz różnica klas i skuteczności była w tym meczu wyraźna.
Bez niespodzianki obyło się w pierwszym spotkaniu 2. ligi - faworyt od początku kontrolował przebieg meczu. Już w pierwszej akcji Volodymyr Grabowski otworzył wynik, a Ternovitsia nie zwalniała tempa. Po chwili, po przechwycie, Grabowski podwyższył na 0:2, a Contra wciąż próbowała wypracować jakiekolwiek sytuacje strzeleckie. Pierwszy soczysty strzał jednej z najbardziej rozpoznawalnych drużyn Ligi Fanów zobaczyliśmy dopiero w 13. minucie, kiedy Jakub Dąbrowski próbował pokonać Danylo Artemenkę. W końcu po rzucie rożnym Dąbrowski zdobył gola kontaktowego i wśród rezerwowych Contry pojawiła się iskierka nadziei na korzystny wynik.
Niestety, została ona szybko zgaszona. Przez kilka minut Damian Zalewski ratował zespół świetnymi interwencjami, jednak jego opór w końcu został przełamany. Najpierw Serhii Romanovskyi podwyższył na 1:3, a następnie Volodymyr Hrydovyi, najlepszy zawodnik gości w tym spotkaniu, wygrał pojedynek sam na sam z bramkarzem gospodarzy i podwyższył na 1:4. Contra zdołała jeszcze przed przerwą odpowiedzieć jednym trafieniem, lecz goście i tak byli poza zasięgiem.
Rezultat 2:6 do przerwy raczej nie pozostawiał wątpliwości co do tego, kto zgarnie komplet punktów. W drugiej odsłonie gospodarze weszli lepiej, szybko strzelili na 3:6, jednak nie byli w stanie pójść za ciosem. Ostatecznie losy spotkania przypieczętowała żółta kartka dla Damiana Zalewskiego. Po niej goście ponownie nabrali rozpędu. Kolejne dwa gole Volodymyra Hrydovyiego ustaliły wynik na 3:8 i praktycznie zamknęły mecz. W końcówce padło jeszcze kilka bramek, ale nie zmieniły obrazu gry. Liderzy wygrali z Contrą 10:5 i z kompletem punktów przewodzą tabeli 2. ligi.
Contra natomiast potrzebuje przynajmniej punktu w starciu z We Love Life Husaria Mokotów lub korzystnego wyniku meczu Dziki z Lasu – Ukrainian Vikings, aby przezimować nad strefą spadkową.
Apetyty na to spotkanie były ogromne, ponieważ obie drużyny przystępowały do meczu z identycznym dorobkiem punktowym. Gospodarze jako pierwsi przejęli inicjatywę. Najpierw Bartosz Żebrowski otworzył wynik, skutecznie finalizując swoją sytuację, a zaledwie chwilę później na listę strzelców wpisał się Vladyslav Rakhmail, podwyższając rezultat na 2:0. Husaria jednak nie zamierzała odpuszczać. Kontaktowe trafienie Kamila Kapicy z pewnością przywróciło gościom nadzieję. Ich radość nie trwała długo - indywidualny popis Maksima Hladchenko ponownie dał gospodarzom dwubramkowe prowadzenie. Rock’n Roll mogli jeszcze przed przerwą powiększyć swój dorobek bramkowy, jednak Vladyslav Voronov nie wykorzystał rzutu karnego.
Druga odsłona to ponownie mocne otwarcie gospodarzy. Najpierw kolejne trafienie dołożył Hladchenko, a chwilę później wynik na 5:1 podwyższył Filip Hebda. Husaria grała jednak ambitnie i potrafiła stworzyć sobie wiele groźnych sytuacji, które szybko przyniosły bramki. Goście zbliżyli się na dystans dwóch trafień, podkręcając emocje w końcówce. Niestety był to ich ostatni pozytywny akcent. Najpierw Rakhmail pewnie wykorzystał rzut karny, a chwilę później hat-tricka skompletował znakomity tego dnia Maksim Hladchenko.
Rock’n Roll Warsaw wygrywa 7:3, pokazując skuteczność i dużą determinację. Mecz był stosunkowo wyrównany, Husaria walczyła do końca, ale tym razem nie udało jej się poprawić swojego dorobku punktowego.
To spotkanie miało potencjał, by na boisku wybuchły iskry. Bandziorsi to drużyna, która potrafi grać z najlepszymi, a Cyrkulatka jest jednym z najmocniejszych kolektywów w całej lidze. Jednak tym razem emocje zostały bardzo szybko utemperowane. Cyrkulatka przyjechała w wyjątkowo mocnym składzie, a ich gra wyglądała jak perfekcyjnie naoliwiona maszyna.
Różnicę było widać już od pierwszych minut. Bartłomiej Panas, wracający po kontuzji, od razu przypomniał, jaką jakość potrafi wnieść na boisko. Dynamika, timing, czucie przestrzeni - wszystko to sprawiało, że ofensywne akcje gości płynęły z niesamowitą lekkością. A przecież w tej drużynie każdy zawodnik wyróżnia się przygotowaniem fizycznym i techniką. W klasycznym stylu znakomicie współpracowali bracia Wieliczuk: Maciek podawał, a Marcin kończył, pokazując pełną zgodność i automatyzm, który można wypracować tylko latami wspólnej gry. Swoje dorzucił również Rząd, który jak zwykle był nie do zatrzymania w pojedynkach, a defensywa Cyrkulatki grała z taką pewnością, jakby wynik od początku był zapisany na ich korzyść.
Bandziorsi nie byli jednak tylko tłem. W ofensywie także pokazali kilka naprawdę jakościowych akcji, przede wszystkim piękną bramkę Macieja Kiełpsza, który huknął z dystansu w sposób, przy którym nawet rywale musieli kiwnąć głową z uznaniem. Do tego gospodarze dwukrotnie trafiali z rzutów wolnych, co tylko podkreśla, że po ich stronie nie brakowało piłkarskiej jakości. Problem w tym, że Cyrkulatka prezentowała o klasę wyższą dynamikę, szybciej podejmowała decyzje i skuteczniej finalizowała akcje. Z każdą minutą ich przewaga rosła, a Bandziorsi, mimo ambitnej gry, nie byli w stanie dotrzymać tempa.
Ostatecznie goście wygrali 13:5, potwierdzając, że są jednym z głównych kandydatów do mistrzostwa. Po ośmiu kolejkach Cyrkulatkę czeka prawdopodobnie najważniejszy mecz sezonu, a więc starcie z Ternovitsíą. Z kolei Bandziorsi… cóż, aż trudno uwierzyć, że mają na koncie tylko 4 punkty. Potencjał jest, jakość jest, brakuje jedynie przełożenia tego na regularne wyniki.
Dziki z Lasu spokojnie zrealizowały plan, jakim było zdobycie kompletu punktów z zamykającym tabelę AGAPE Team, choć trzeba przyznać, że goście nie poddali się bez walki. Mało tego, wykorzystując kilka błędów gospodarzy, zawodnicy w białych koszulkach schodzili na przerwę prowadząc 1:2. Świetne zawody rozgrywał Vladyslav Martynov - najpierw z ostrego kąta pokonał Kamila Wiktorowicza, a pod koniec połowy asystował Michałowi Adamowskiemu. Swoje do wyniku dorzucił też Hubert Kałucki, który m.in. obronił sytuację sam na sam.
Niepokojące dla gospodarzy mogło być to, że 1:2 stanowiło najmniejszy wymiar kary. Goście powinni zdobyć jeszcze dwa gole. Raz świetnie interweniował Kamil Wiktorowicz, a innym razem uderzenie zawodnika Agape obiło poprzeczkę.
W drugą połowę Dziki weszły z większą determinacją, co szybko odmieniło losy spotkania. Najlepszy na boisku Patryk Kępka mocnym uderzeniem po ziemi zaskoczył zasłoniętego bramkarza, a chwilę później asystował przy golu Bartka Rudnika i z 1:2 zrobiło się 3:2. Od tego momentu AGAPE brakowało już siły rażenia oraz kondycji, by realnie zagrozić rywalom.
Jednostronna druga połowa przyniosła kolejne trafienia gospodarzy, którzy ograniczyli zapędy Vladyslava Martynova i konsekwentnie punktowali bezradnych gości. Ostatecznie FC Dziki z Lasu wygrały drugą odsłonę aż 7:0, a całe spotkanie 8:2. Najjaśniej świecił wspomniany Kępka, który dopisał do „kanadyjki” cztery punkty - trzy asysty i jedno trafienie.
Spotkanie pomiędzy Zoria Streptiv a Ukrainian Vikings kompletnie nie zwiastowało tego, co ujrzeliśmy po pierwszym gwizdku sędziego. Zespoły dzieli w tabeli raptem jedna drużyna, a mimo to przeskok formy oraz jakości, jaki zobaczyliśmy tego dnia, był po prostu zdumiewający. Ekipa Zorii już od pierwszych chwil włączyła pierwszy, drugi, a najczęściej piąty bieg i z minuty na minutę dosłownie demolowała swojego rywala. Wychodziło im praktycznie wszystko - strzały, magiczne podania czy sytuacyjne odbitki. Jak głosi stare przysłowie: szczęście sprzyja lepszym. I tak też było tym razem.
Obie części tego widowiska były pogromem w wykonaniu gospodarzy, których najjaśniejszym punktem był zdecydowanie Vladyslav Burda. Autor aż siedmiu asyst i trzech goli był fenomenalny, a swoją dyspozycją z tego meczu, śmiemy twierdzić, potrafiłby zagrać na nerwach niejednej ekipie z naszej ekstraklasy. Mocno wspierał go również Maksym Bozhko, autor pięciu goli, oraz Yauheni Novik, strzelec hat-tricka.
Najbardziej szkoda tego, że mecz rozpoczął się z ponad dziesięciominutowym opóźnieniem, a zakończył… osiem minut przed czasem. Ekipa gości uznała, że trzynaście straconych bramek to dla niej za dużo i przedwcześnie zeszła z boiska, nie wyrażając chęci do kontynuowania gry. Takiego zachowania nie pochwalamy, a z tego miejsca chcielibyśmy wyrazić odrobinę współczucia dla gospodarzy, bo ich fantastyczna dyspozycja niemal na pewno dałaby im jeszcze kilka trafień. A tak muszą obejść się smakiem, podobnie jak my, którzy zamiast pełnego widowiska otrzymaliśmy skrócony mecz w przedostatniej kolejce rundy jesiennej.
Mecz dwóch drużyn ze strefy spadkowej, które praktycznie straciły już szanse na walkę o medale, a nawet samo wyjście z tej strefy wydaje się dla nich trudnym zadaniem. Brzmi to może trochę smutno, ale z drugiej strony wszyscy kochamy futbol właśnie za samą grę. Nawet jeśli zespoły nie rywalizują o najwyższe pozycje, każdy z zawodników chce grać, czerpać radość z boiska i pokazywać swoje umiejętności.
Często mówi się o syndromie „króla treningów”, kiedy na treningu wszystko wychodzi perfekcyjnie, a w lidze presja odbiera pewność siebie. Tutaj mogło być podobnie: przez długi czas drużyny nie potrafiły pokazać swojego potencjału, ale znalazłszy się w sytuacji, w której nie mają nic do stracenia, mogły wreszcie zagrać bez stresu i napięcia. I właśnie taki mecz zobaczyliśmy w niedzielę - otwarty, ofensywny, pełen radości z gry oraz prawdziwej piłkarskiej energii.
Pierwsza połowa należała do Orzełów. Na boisku wyraźnie wyróżniali się Adam Wownysz (2 gole i 2 asysty) oraz Mateusz Wydrzyński (gol i asysta). To głównie dzięki nim Orzeły prowadziły do przerwy 4:2. Trudno to dokładnie opisać, ale zespół wyglądał na swobodniejszy i bardziej zdeterminowany, jakby zwycięstwo po prostu „ciągnęło ich do przodu”.
W drugiej połowie obraz gry się zmienił. Teraz to zespół Prykarpattia bardziej chciał odwrócić losy meczu, podczas gdy Orzeły starały się utrzymać prowadzenie. I to właśnie Ukraińcom udało się przełamać spotkanie i wyszarpać pierwsze zwycięstwo w sezonie. Bohaterem bezdyskusyjnie został Vlad Khmara, który zdobył 4 z 6 bramek swojej drużyny - utrzymał zespół przy życiu w pierwszej połowie i poprowadził go do triumfu po przerwie.
Obie drużyny pokazały, jak pięknie może wyglądać mecz, nawet jeśli mówimy o dolnych rejonach tabeli czy słabym początku sezonu. Orzełom życzymy, aby przyjęli to niepowodzenie z podniesioną głową i nadal grali swoje, ponieważ grać w piłkę potrafią na pewno. A Prykarpatti, by to zwycięstwo dało im impuls, pozwoliło złapać serię i zakończyć rundę w dużo lepszym nastroju.
Spotkanie Deluxe Barbershop z Tonie Majami zapowiadało się niezwykle emocjonująco. Gospodarze przed tą kolejką znajdowali się tuż nad strefą spadkową, natomiast goście zamykali ligową tabelę. Dla obu stron oznaczało to jedno - ten mecz trzeba było wygrać, niezależnie od okoliczności.
Od pierwszego gwizdka nie było mowy o badaniu sił. Fajerwerki zaczęły się już w 3. minucie, kiedy Mammadov otworzył wynik. Zanim goście zdążyli otrząsnąć się po tym ciosie, Jafar podwyższył na 2:0. Tonie Majami jednak nie zamierzali odpuszczać, bo dosłownie kilkanaście sekund później Krzyżanowski trafił kontaktowego gola na 2:1.
Radość przyjezdnych nie trwała długo, bo chwilę później znów błysnął Mammadov, zdobywając bramkę na 3:1 i jeszcze bardziej napędzając ofensywę Deluxe Barbershop. To był jednak dopiero początek prawdziwej wymiany ognia. Między 13 a 20 minutą oglądaliśmy festiwal bramek: Świercz trafił na 3:2, Mammadov odpowiedział na 4:2, Sobczak zmniejszył straty na 4:3, a Mizzayev domknął tę szaloną serię golem na 5:3.
Po tej burzliwej wymianie trafień tempo nieco spadło, ale do przerwy Barberzy prowadzili 5:3 i to oni mieli mecz pod kontrolą, choć Tonie Majami pozostawali w grze. Drugą połowę Deluxe Barbershop dokładnie tak samo jak pierwszą, czyli od mocnego uderzenia. Kolejne trafienie Mammadova podwyższyło wynik na 6:3, a napastnik gospodarzy po raz kolejny udowodnił, że jest absolutnie nie do zatrzymania. Później gra się wyrównała, obie drużyny stworzyły swoje okazje, ale skuteczniejsi znów byli gospodarze, którzy podwyższyli na 7:3, praktycznie zamykając spotkanie. W końcówce zobaczyliśmy jeszcze trzy gole - dwa dla Deluxe Barbershop i jedno trafienie Tonie Majami, które nie miały już wpływu na losy meczu, a jedynie podbiły ofensywne statystyki.
Ostatecznie Deluxe Barbershop zwyciężyło 9:4, dopisując niezwykle ważne trzy punkty w walce o ucieczkę ze strefy zagrożenia. Tonie Majami pokazało momentami charakter i skuteczność, ale wobec mocy duetu Mammadov–Mizzayev nie było w stanie nawiązać równorzędnej walki i punktów musi szukać w kolejnych spotkaniach.
Spotkanie Husarii Mokotów z FC Comeback zaczęło się bardzo zachowawczo. Pierwsza połowa upłynęła bez bramek, co w dużej mierze wynikało z ogromnej niedokładności gospodarzy. Husaria miała momenty pressingu i kilka nieźle zapowiadających się ataków, ale ostatnie podania, przyjęcia czy decyzje w kluczowych fragmentach akcji kompletnie nie trzymały jakości. FC Comeback natomiast od początku wyglądał solidnie. Może bez fajerwerków, ale równo, spokojnie i z bardzo dobrym porządkiem taktycznym.
Po przerwie wszystko się posypało. Comeback przyspieszył grę, zaczął szybciej przenosić piłkę pod pole karne i w końcu przełamał defensywę gospodarzy. Sporym problemem Husarii było to, że zamiast uspokoić sytuację, jeszcze częściej traciła piłkę w środku pola, co rywale wykorzystywali bez litości.
Choć Comeback wygrał aż 5:2, najciekawsze jest to, że trudno było wskazać jednego dominującego lidera. Drużyna zagrała niezwykle równo a każdy „robił swoje”, każdy dokładał swoją cegiełkę. Całość złożyła się na bardzo dojrzały, zespołowy występ. Jedynym zawodnikiem, który w pełni zasłużył na indywidualne wyróżnienie, był Ivan Vidosević. Jego dwie bramki i asysta okazały się kluczowe w momentach, gdy mecz się otwierał i wymagał konkretów pod bramką Husarii.
Husaria próbowała jeszcze gonić wynik i zdobyła dwa gole, jednak Comeback miał spotkanie pod pełną kontrolą, a kolektywna, poukładana gra dała im bardzo pewne i w pełni zasłużone zwycięstwo.
Cóż za widowisko zgotowały nam w ten weekend ekipy GLK oraz FC Łowcy II. W meczu lidera z nabierającym tempa zespołem nie brakowało niczego. Byliśmy świadkami pięknych goli, walecznej gry i aż dwóch rzutów karnych, co ostatecznie zakończyło się sprawiedliwym podziałem punktów.
Obie ekipy przyjechały na mecz w mocno okrojonych składach, przez co wytrzymałość zawodników odgrywała kluczową rolę, aby utrzymać tempo gry, które towarzyszyło przez całe spotkanie. Pierwsza połowa zdecydowanie należała do młodszego i lepiej zorganizowanego zespołu Łowców, którzy jako pierwsi wyszli na prowadzenie dzięki trafieniu Alekseya Chekaldyna. Goście świetnie wykorzystali swoje pięć minut, a po asyście strzelca pierwszej bramki do siatki trafił Anton Nautiak, wyprowadzając swój zespół na dwubramkowe prowadzenie. Gdy wydawało się, że GLK będzie musiało gonić wynik dopiero po przerwie, nadarzyła się szansa w postaci rzutu karnego - po dobitce wykorzystał go Mateusz Grabowski i obie ekipy schodziły do szatni przy wyniku 1:2.
Po zmianie stron przegrywający rzucili się do odrabiania strat, a strzałem po ziemi z rzutu wolnego gola zdobył Damian Sawicki, doprowadzając do remisu. Mecz rozstrzygnął się dopiero w ostatnich dziesięciu minutach, kiedy to Łowcy ponownie wyszli na prowadzenie, a chwilę później prowadzili już dwoma golami po samobójczym trafieniu jednego z zawodników GLK. Historia jednak lubi się powtarzać - gospodarze raz jeszcze odrobili straty: najpierw po kolejnej jedenastce wykorzystanej przez Grabowskiego, a finalnie bohaterem okazał się ponownie Damian Sawicki.
GLK nie odstawiało nogi do samego końca i wywalczyło w pełni zasłużony remis 4:4. Heroiczny powrót, mimo chwilowej euforii, przełożył się jednak na spadek z fotela lidera ligowej tabeli.
Spotkanie Warsaw Sinaloa z Vikersonn UA I było jednym z hitów 8. kolejki 3. Ligi. Gospodarze przystępowali do niego z czwartego miejsca w tabeli, a goście zajmowali pozycję wicelidera. Niestety dla Sinaloi, w starciu z jedną z najmocniejszych ekip ligi musieli radzić sobie w poważnym osłabieniu - zabrakło m.in. pauzującego za kartki Patryka Abbassiego, co wyraźnie odbiło się na organizacji gry.
Mecz rozpoczął się jednak znakomicie dla gospodarzy. Już w 1. minucie Snopek wykorzystał błąd rywali i otworzył wynik, dając swojej drużynie szybkie prowadzenie. Sinaloa próbowała pójść za ciosem, lecz z każdą minutą coraz więcej do powiedzenia miał Vikersonn. Im bliżej końca pierwszej połowy, tym większa była przewaga gości zarówno w posiadaniu, jak i w liczbie sytuacji bramkowych. Kluczowy okazał się fragment między 13. a 20. minutą, kiedy goście trafili aż czterokrotnie, całkowicie odwracając losy rywalizacji. Sinaloa miała problem z wyprowadzeniem piłki, a niemal każdy błąd gospodarzy natychmiast kończył się stratą gola. Do przerwy wicelider prowadził pewnie 4:1.
Druga połowa tylko potwierdziła dominację Vikersonn. Kapitalnie funkcjonował duet Vovk – Rubinski: pierwszy kreował akcje i rozdawał podania, drugi bezlitośnie je wykańczał. W ciągu zaledwie siedmiu minut duet ten skompletował trzy kolejne trafienia, powiększając przewagę do rozmiarów nie do odrobienia. Na domiar złego w 35. minucie Nejman pechowo skierował piłkę do własnej bramki, podwyższając na 1:8.
Warsaw Sinaloa próbowała jeszcze odgryzać się kontratakami i w końcówce odpowiedziała jednym trafieniem - znów za sprawą aktywnego Nejmana, tym razem po właściwej stronie boiska. Chwilę później sędzia zakończył mecz, a ponieważ wcześniej goście dołożyli jeszcze dwa gole, Vikersonn UA I zwyciężył bardzo pewnie 10:2, potwierdzając swoją wysoką formę i umacniając się w czołówce tabeli.
Gospodarze, mimo ambitnego początku, nie byli w stanie przeciwstawić się rozpędzonemu przeciwnikowi, który od 13. minuty kontrolował przebieg całego spotkania.
Starcie BJM Development z Warszawską Ferajną miało być konfrontacją drużyn o zupełnie innych celach. Gospodarze konsekwentnie utrzymują się w górnej części tabeli i walczą o awans, podczas gdy Ferajna musi szukać punktów w każdym meczu, aby wydostać się ze strefy spadkowej. Od pierwszych minut było jednak widać, że to BJM jest zespołem zdecydowanie lepiej poukładanym pod względem piłkarskim.
Gospodarze szybko narzucili swoje tempo i już w 5 minucie wynik otworzył Aleksander, potwierdzając dominację BJM. W 13 minucie po kolejnej składnej akcji padł gol Flisa, a chwilę później na 3:0 podwyższył Matuszewski. BJM nie zamierzało zwalniać. W 17 minucie do siatki trafił Zawistowski, a zaraz po nim ponownie Matuszewski, który zapewnił gospodarzom imponujące 5:0 jeszcze przed dwudziestą minutą meczu. Końcówka pierwszej połowy nie przyniosła już kolejnych trafień, ale BJM schodziło do szatni z ogromną zaliczką.
Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Gospodarze od razu ruszyli do ataku i szybko zdobyli bramki numer 6 i 7, jeszcze bardziej uciekając przeciwnikom. Dopiero wtedy Warszawska Ferajna zanotowała swój najlepszy fragment w całym spotkaniu. Najpierw Komorowski trafił na 7:1, a chwilę później Domański pewnie wykorzystał rzut karny, zmniejszając stratę do 7:2. Goście mieli w tym okresie jeszcze jedną świetną okazję, lecz nie zdołali jej wykorzystać. Zamiast kontaktu nadeszła kolejna odpowiedź BJM. Zawistowski znalazł sposób na bramkarza Ferajny i podwyższył na 8:2. Goście jeszcze raz poderwali się do walki dzięki drugiemu trafieniu Domańskiego, ale końcówka należała zdecydowanie do gospodarzy. Najpierw Matuszewski skompletował hat-tricka, strzelając na 9:3, a następnie Aleksander ustalił wynik na 10:3, domykając pokaz siły drużyny walczącej o awans.
BJM Development zaprezentowało się jako zespół dojrzalszy, skuteczniejszy i znacznie lepiej zorganizowany, natomiast Warszawska Ferajna po raz kolejny musi zmierzyć się z realiami walki o utrzymanie.
Hetman FC kontynuuje swój imponujący marsz przez sezon, a niedzielne spotkanie na Arenie Grenady tylko potwierdziło, że lider 4. ligi jest obecnie w znakomitej formie. Po drugiej stronie barykady znalazł się Team Ivulin - drużyna, która wciąż czeka na pierwsze ligowe punkty.
Choć przepaść w dorobku punktowym pomiędzy zespołami była ogromna, pierwsza połowa długo nie ujawniała różnicy klas. Gra była zaskakująco wyrównana, a obie drużyny stworzyły sobie kilka naprawdę obiecujących okazji. Jako pierwsi przełamali jednak rywali gospodarze. Po mocnym dośrodkowaniu w pole karne niefortunnie interweniował Siarhiej Mikałajenka, pakując piłkę do własnej bramki. Chwilę później Hetman wyprowadził dwójkową akcję: Grzegorz Himkowski odegrał do Damiana Kucharczyka, a ten bez wahania podwyższył na 2:0. Z takim wynikiem obie drużyny schodziły do szatni.
Po przerwie zawodnicy Teamu Ivulin wreszcie mieli powód do radości. Już na początku drugiej części gry kontaktowego gola zdobył Anton Naryński, dając swojemu zespołowi nadzieję na odwrócenie losów meczu. Niestety dla gości był to ich ostatni jaśniejszy moment tego dnia. Hetman szybko odzyskał kontrolę, wrzucił wyższy bieg i z ogromną skutecznością zaczął rozbijać defensywę rywali. Gdy gospodarze się rozpędzili, Team Ivulin nie był już w stanie zatrzymać ich ofensywy. Kolejne trafienia Hetmana tylko powiększały różnicę, a przewaga lidera stawała się coraz bardziej przytłaczająca.
Ostatecznie miejscowi zwyciężyli pewnie 9:1, po raz ósmy w sezonie dopisując do swojego konta komplet punktów. Hetman potwierdził, że jest głównym kandydatem do tytułu mistrzowskiego, a Team Ivulin wciąż musi szukać pierwszego przełamania.
Mecz, choć niezwykle ważny dla obu drużyn w kontekście ucieczki od strefy spadkowej, od początku toczył się w zaskakująco spokojnym rytmie. Bad Boys i Sportowe Zakapiory znają się od lat, co było widać w każdym fragmencie gry - szacunek, ostrożność, cierpliwe szachy. Mało emocji, mało bramek, dużo taktyki i czekania na ruch rywala. Ogromny wpływ na obraz spotkania miała kapitalna postawa obu bramkarzy. Konrad Litwiniuk po stronie Bad Boysów i Andrzej Groszkowski po stronie Zakapiorów kilkukrotnie ratowali swoje zespoły, wyciągając strzały, które w normalnych okolicznościach powinny kończyć się golami. Ten mecz mógł potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby nie ich interwencje.
Jako pierwsi prowadzenie objęli goście. Paweł Groszkowski wykorzystał moment zawahania obrony Bad Boysów i otworzył wynik. Gospodarze odpowiedzieli jeszcze przed przerwą: Piotr Wardzyński świetnie odnalazł się w polu karnym po podaniu Karola Kalickiego i doprowadził do wyrównania, zamykając tym samym worek z golami w pierwszej połowie.
Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił, choć tempo nieco wzrosło. Sportowe Zakapiory ponownie wyszły na prowadzenie, tym razem za sprawą Pawła Dąbrowskiego, który dał swojej drużynie realną nadzieję na bardzo cenne zwycięstwo. Patrząc na przebieg meczu, długo zanosiło się na to, że właśnie tak się stanie. Ataki gospodarzy były rwane, nieskładne, często wyglądały tak, jakby brakowało finalnego pomysłu na rozegranie.
I wtedy przyszła końcówka, która odwróciła wszystko. Najpierw Krystian Stępień huknął z dystansu tak precyzyjnie, że piłka minęła wszystkich obrońców i bramkarza Zakapiorów, zatrzymując się dopiero w siatce. Było 2:2 i wydawało się, że mecz zakończy się remisem, bo czas praktycznie się skończył. Ale Bad Boys w ostatniej akcji meczu zrobili coś, czego nikt się już nie spodziewał. W polu karnym Zakapiorów powstał potężny chaos. Wybicie, zamieszanie, piłka lecąca w górę. I nagle zza pleców obrońców wyskoczył Piotr Wardzyński, który po raz kolejny fenomenalnie odnalazł się w odpowiednim miejscu. Idealnie wszedł pod piłkę i głową wpakował ją do bramki, dając Bad Boysom zwycięstwo w absolutnie dramatycznych okolicznościach.
Drużyna Barka Podobasa wygrała mecz, który długo nie wyglądał na taki, który uda się odwrócić. A jednak - cierpliwość, determinacja i indywidualne błyski sprawiły, że trzy punkty zostały po ich stronie.
Zawodnicy Boca Seniors z pewnością inaczej wyobrażali sobie mecz z drużyną z samego dna tabeli, tym bardziej gdy zobaczyli, że rywale przyjechali bez żadnych zmian i bez nominalnego bramkarza. W takim momencie łatwo pomyśleć, że czeka cię spacerek, ale nic z tych rzeczy. Otrzymaliśmy bardzo wyrównane spotkanie, z którego obie drużyny wyrwały po jednym punkcie.
Przez większą część meczu przewagę w posiadaniu piłki miała Boca, jednak zamienianie jej na bramki i groźne sytuacje przychodziło jej z dużym trudem. Mimo to to właśnie ona prowadziła przez większość spotkania. Do przerwy schodziła z wynikiem 3:2. W drugiej połowie nadal była minimalnie z przodu, ale wciąż nie potrafiła odskoczyć rywalowi na więcej bramek.
Kluczowy moment meczu nastąpił przy stanie 4:4. Po rzucie rożnym Boca zdobyła gola, lecz sędzia go nie uznał, odgwizdując faul w ataku. Kilkanaście sekund później, w kolejnej akcji, Dmytro Kuźmin wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. To właśnie on był liderem zespołu: raz za razem tworzył kolejne sytuacje, wszyscy wiedzieli, co zamierza zrobić, ale i tak nie byli w stanie zatrzymać jego mocnej, precyzyjnej lewej nogi. Do tej bramki dołożył również dwie asysty. W ukraińskiej drużynie mocno wyróżniał się także Anatolii Kuźmin, autor hat-tricka.
W barwach Seniors bohaterem został Łukasz Pruszyński, który potężnym uderzeniem doprowadził do remisu i uratował swojej drużynie jeden punkt, kompletując jednocześnie dublet. Na więcej zabrakło już czasu i sił, choć Boca wyraźnie chciała grać o zwycięstwo. Ukraine United również nie zamierzała zadowalać się remisem. Ostatecznie jednak właśnie z tym wynikiem obie ekipy zeszły z boiska.
Tym samym ukraińskiej drużynie wciąż nie udało się odnieść pierwszego zwycięstwa w sezonie, choć ponownie pokazała dobry futbol mimo problemów kadrowych. Z kolei Boca traci bardzo ważne punkty w walce o TOP 3 - aż trzy drużyny mają obecnie po 16 punktów, co zapowiada niesamowicie gorącą walkę o medale. W takiej sytuacji absolutnie nie można już pozwolić sobie na straty punktów z ekipami z dolnej części tabeli.
FC Bulls, podobnie jak Furduncio, ma aspiracje do walki o najwyższe cele, dlatego bezpośredni mecz był niezwykle ważny w kontekście układu tabeli. Spotkanie rozpoczęło się od ataków gości i bramkarz gospodarzy miał sporo pracy. Brazylijczycy jednak tego dnia byli nieskuteczni i mieli problemy ze stworzeniem klarownych sytuacji w ofensywie. Ekipa z Ukrainy przeczekała trudniejszy moment i z czasem zaczęła coraz lepiej konstruować swoje akcje. To przyniosło efekty, bo w końcówce pierwszej połowy Bulls wyszli na prowadzenie, a kapitalnym strzałem popisał się Vadym Churiukanov.
Goście chcieli szybko odpowiedzieć, ale zamiast wyrównać, stracili bramkę po samobójczym trafieniu Luciano Santany. Do przerwy mieliśmy więc nieoczekiwane 2:0. Po zmianie stron Brazylijczycy nadal próbowali odrabiać straty, ale tego dnia wyraźnie nic im nie wychodziło. Gospodarze konsekwentnie i mądrze grali w defensywie, a gdy tylko nadarzała się okazja, wyprowadzali groźne kontry. Gdy padła bramka na 3:0, wydawało się, że jest po meczu. Wtedy wreszcie niemoc Furduncio przełamał Rafael Andrade, dając cień nadziei na odwrócenie losów spotkania. Końcówka należała jednak do Byków, którzy wykorzystali błędy rywali i dołożyli dwa kolejne trafienia, ostatecznie przypieczętowując zwycięstwo.
Goście ponoszą drugą porażkę z rzędu i w ostatnim meczu tej rundy muszą zagrać zdecydowanie lepiej, by nie stracić kontaktu z czołówką. Gospodarze natomiast, po kapitalnym występie, znajdują się obecnie na podium i mają realną szansę zakończyć jesień na miejscu medalowym.
W 5. lidze spotkały się dwie drużyny z samego końca tabeli - Warsaw Eagles i FC Dziki z Lasu 2. Obie miały po cztery punkty i zajmowały ostatnie miejsca, więc było to starcie o bardzo ważny komplet punktów, który mógł poprawić ich sytuację, nawet jeśli jeszcze nie wyciągał nikogo z dna tabeli.
Początek należał do Eagles. Już na starcie trafił Mikołaj Wysocki, a kilka minut później Konrad Szela podwyższył na 2:0. Jednak obraz meczu szybko się zmienił. Goście ruszyli z odpowiedzią. Gole Kajetana Jasińskiego i Maksa Sadkowskiego wyrównały wynik, a po chwili Mateusz Oleszczuk dał im prowadzenie. W niecałe dziesięć minut padło pięć bramek, więc tempo było naprawdę wysokie.
Końcówka pierwszej połowy znów należała do gospodarzy. Trzy szybkie trafienia, w tym kolejne autorstwa Konrada Szeli, dały Eagles prowadzenie 5:3 do przerwy. Wspomniany Konrad był w tej części meczu zdecydowanie kluczową postacią w ekipie Orłów.
Po zmianie stron Dziki szybko zdobyły gola na 5:4, ale… był to ich ostatni moment radości. Od tego czasu mecz całkowicie przejął Warsaw Eagles. Obrona zaczęła funkcjonować dużo pewniej, Karol Dębowski zanotował kilka dobrych interwencji, a goście przestali wykorzystywać swoje sytuacje. Z kolei gospodarze wkroczyli w najlepszą fazę spotkania. Mikołaj Wysocki ostatecznie zakończył mecz z pięcioma trafieniami, będąc absolutnym liderem drugiej połowy. Doskonale współpracował z Mateuszem Telakowcem, który regularnie dogrywał mu piłki i napędzał ataki.
Ostatecznie chłopaki wygrali 10:4. Rywale mieli moment, w którym wyglądało na to, że mogą powalczyć o coś więcej, ale druga połowa pokazała dużą przewagę Eagles, którzy grali dojrzalej, skuteczniej i lepiej wykorzystywali swoje okazje. Zwycięstwo pewne i w pełni zasłużone, choć wciąż pozostawiające im jeszcze sporo pracy nad sytuacją w tabeli.
Mecz wyrównany, może niezbyt obfitujący w gole, ale za to pełen imponujących akcji bramkowych - właśnie to zaserwowały nam drużyny Ajaksu i Lagi. Znacznie lepiej w to spotkanie weszli gospodarze, którzy między dziewiątą a dwunastą minutą wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Po jednym golu i asyście zanotowali w tym okresie Natan Czyżewski oraz Dominik Kossowski. Jednak ledwie minutę po trafieniu tego pierwszego wspaniałym uderzeniem z rzutu wolnego zewnętrzną częścią stopy popisał się Kamil Poulain, dając swojej ekipie upragniony kontakt.
Reszta pierwszej połowy upłynęła pod znakiem częstego grania górnych piłek, przez co żadna ze stron nie zdołała wykreować konkretu pod bramką rywala. W drugiej odsłonie, po wielu udanych interwencjach bramkarzy, nadszedł moment przełomowy. Przed szansą z rzutu karnego stanął Czyżewski, jednak jego intencje doskonale wyczuł Maciej Zajdel, broniąc „jedenastkę”. Jak mawia klasyk: „niewykorzystane sytuacje lubią się mścić”, i tak też los zadrwił z Ajaksu. Laga najpierw doprowadziła do wyrównania, a następnie wyszła na prowadzenie po golach Burasia i Muszyńskiego.
Gospodarze po dużym wysiłku zdołali jednak wyrównać, gdy Kamil Ostrowski wyłożył piłkę na pustą bramkę Czyżewskiemu. Choć Ajaks zapowiadał, że remis ich nie interesuje i zamierzają powalczyć o pełną pulę, nie zdołali już sforsować dobrze ustawionej defensywy Lagi i mecz zakończył się podziałem punktów.
Ten rezultat oznacza, że Laga Warszawa zremisowała już czwarte spotkanie z rzędu (!), a piąte w całej rundzie (!!). Na nieszczęście obu ekip górna część tabeli wciąż się oddala, a widmo walki o utrzymanie przez całą wiosnę staje się scenariuszem coraz bardziej realnym.
Spotkanie kolejki w Lidze Fanów? Bardzo możliwe, że obejrzeliśmy je na sektorze B areny AWF. Faworyt i lider tabeli, Mareckie Wygi, podejmowały rozpędzony FC Kryształ Targówek. Początek jednak w ogóle nie zapowiadał wielkich emocji - drużyna z podwarszawskiej miejscowości szybko wyszła na bezpieczne, czterobramkowe prowadzenie, a goście mieli ogromne problemy z tworzeniem jakichkolwiek akcji. Dopiero około 13. minuty, przy wyniku 0:3, oddali pierwszy celny strzał na bramkę Mateusza Klefasa.
W końcu jednak inicjatywę przejęli zawodnicy z Targówka, napędzani przez duet Igor Ruciński – Kacper Kubiszer. Do przerwy udało im się zredukować większość strat i po pierwszej odsłonie Mareckie Wygi prowadziły już tylko 4:3.
Druga połowa przypominała pojedynek bokserów wagi ciężkiej, którzy niewzruszeni kolejnymi ciosami wciąż parli do przodu. Jeszcze dobrze nie przebrzmiał gwizdek rozpoczynający drugą połowę, a na tablicy widniało już 6:4. W drużynie gospodarzy błyszczeli Oleksandr Hutarov i Oleksandr Kuzmov, autorzy pierwszych sześciu z siedmiu bramek zespołu. Goście jednak za każdym razem odpowiadali błyskawicznie, natychmiast strzelając gole kontaktowe.
Najlepszą okazję, by odskoczyć na bezpieczne prowadzenie, gospodarze mieli w okolicach 40. minuty - najpierw trafili w słupek, później w poprzeczkę, po której piłka zatańczyła na linii bramkowej, aż w końcu Igor Zuchora wykorzystał grę w przewadze i podwyższył na 8:6.
Jak się potem okazało, było to ostatnie trafienie Mareckich Wyg. Duet Ruciński – Kubiszer ponownie przejął stery i w końcówce kompletnie zszokował liderów. Bramki wypracowane pressingiem i nieustępliwością w defensywie sprawiły, że dwubramkowa przewaga gospodarzy w ostatnich minutach zmieniła się najpierw w remis, a następnie w prowadzenie gości 8:9. Kulminacją historii tego meczu była kapitalna akcja Kacpra Kubiszera w ostatnich sekundach. Przechwycił niedokładnie rozegraną piłkę, pognał lewym skrzydłem i idealnym uderzeniem przy słupku ustalił wynik na 8:10.
Biorąc pod uwagę rosnącą z kolejki na kolejkę formę FC Kryształ Targówek, końcowy wynik może nie być aż tak wielką niespodzianką, jak sugerowała tabela. Emocje były jednak absolutnie gigantyczne, a całe widowisko to istny „must-watch” dla wszystkich fanów Ligi Fanów. Udanego seansu!
Mecz na szczycie 5. ligi od początku zapowiadał się emocjonująco, a rywalizacja FC Fenix z Tylko Zwycięstwem miała wyraźny ciężar gatunkowy - obie drużyny walczyły o czołowe lokaty. Początek należał do gospodarzy. Już w pierwszej minucie Maksim Surko otworzył wynik, a przez dłuższy czas gra była wyrównana, choć bez kolejnych trafień. Dopiero w końcówce pierwszej połowy do głosu doszedł Mykola Vietrienko, który najpierw podwyższył na 2:0, a chwilę później zdobył trzeciego gola, ustalając rezultat do przerwy na 3:0.
Goście źle weszli w mecz, ale po zmianie stron zaczęli odrabiać straty. Już na początku Bogusz Sordyl zdobył gola, a następnie Andrzej Morawski dołożył dwa kolejne trafienia. Tylko Zwycięstwo pokazało w tej fazie, że doświadczenie naprawdę robi różnicę. Drużyna grająca razem od lat, mająca za sobą występy nawet w Ekstraklasie, świetnie wyczuła moment i potrafiła odwrócić losy rywalizacji. Łukasz Walo dorzucił kolejną bramkę, a Morawski skompletował hat-tricka, dając swojej ekipie dwubramkowe prowadzenie.
FC Fenix nie zamierzał jednak składać broni i zdołał doprowadzić do wyrównania. Ostateczny cios należał jednak do Tylko Zwycięstwo. Ponownie Morawski znalazł drogę do siatki i ustalił wynik na 5:6. W końcówce gospodarze mieli sytuacje, by znów doprowadzić do remisu, lecz zabrakło skuteczności i goście dowieźli prowadzenie do końca, przeskakując Fenix w tabeli i wskakując na drugie miejsce.
To była prawdziwa lekcja cierpliwości i doświadczenia ze strony Tylko Zwycięstwo. Mimo bardzo słabej pierwszej połowy potrafili nie tylko wrócić do gry, ale też wykorzystać swoje atuty w kluczowych momentach, dzięki czemu zgarnęli niezwykle cenne trzy punkty.
To spotkanie nie zdążyło się jeszcze dobrze rozkręcić, a już było niemal pewne, że okaże się meczem do jednej bramki. Już sam rzut oka na ławki rezerw pokazywał ogromną dysproporcję - gospodarze zdołali zmobilizować większość swoich zawodników, podczas gdy After Wola przyjechał zaledwie z dwoma zmiennikami. Sytuacja na boisku okazała się dla gości jeszcze bardziej dramatyczna. Nie minęło nawet pięć minut, a N2N prowadziło już 3:0 po dwóch trafieniach Wiktora Sląza i jednym golu Alexandru Budihalaxa.
Co ciekawe, w 10 minucie ekipa z Woli zdobyła gola, a potężnym strzałem z dystansu popisał się… bramkarz Jakub Czajka. Był to jednak jeden z niewielu pozytywnych momentów w grze gości, bo jeszcze przed przerwą stracili kolejne dwie bramki, zdobywając w tym czasie tylko jedną, i pierwsza połowa zakończyła się solidnym prowadzeniem N2N 5:2.
Po zmianie stron gospodarze błyskawicznie dołożyli następne trafienie i było już jasne, że tego dnia całkowicie dominują. W szeregach Na2Nóżkę panowała raczej rozluźniona atmosfera, ale zawodnicy w czarnych trykotach nie pozwolili sobie na nonszalancję i konsekwentnie dokładali kolejne gole. W 35 minucie ostatnie trafienie dla After Woli zdobył Przemysław Socik. Od tego momentu punktowali już tylko gospodarze, a licznik zatrzymał się na wyniku 13:3.
Na2Nóżkę zgarnęło łatwe, ale niezwykle ważne trzy punkty. Dla After Woli to wyraźny sygnał, że konieczne są zmiany w składzie, bo z taką frekwencją nie da się realnie nawiązać walki w 5. lidze.
Niezwykle ważne w kontekście układu tabeli starcie oglądaliśmy w szóstej lidze. Zarówno Saska Kępa, jak i Sante liczyły na walkę o coś więcej niż tylko utrzymanie. Od początku mecz toczył się głównie w środkowej części boiska i obie ekipy miały problemy ze stworzeniem sobie dobrej okazji strzeleckiej. Pierwsi niemoc przełamali gospodarze, gdy po dobrym dograniu Marcina Nowaka Mariusz Zgórzak popisał się kapitalnym uderzeniem, nie dając szans bramkarzowi rywali.
Sante próbowało szybko odpowiedzieć, ale gdy pojawiały się okazje, brakowało wykończenia. Kiedy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się skromnym prowadzeniem gospodarzy, Saska Kępa podwyższyła wynik po rzucie rożnym. Po 25 minutach było 2:0.
Po zmianie stron goście ruszyli z nastawieniem na odwrócenie losów spotkania i zaczęli lepiej funkcjonować na boisku. Szybko przyniosło to efekty. Maksymilian Jędrzejczak zdobył bramkę kontaktową. Problem w tym, że chwilę później Saska Kępa ponownie odskoczyła na dwa gole. Gdy padło trafienie na 4:1, wydawało się, że emocje w tym meczu już się skończyły. Wtedy jednak Sante niespodziewanie rzuciło się do pościgu. Najpierw Piotr Wirboł zanotował asystę przy bramce Tomasza Cacko, a następnie sam pokonał bramkarza gospodarzy. W końcówce zrobiło się naprawdę gorąco dla zespołu Korneliusza Troszczyńskiego, ale mimo ambitnej walki do samego końca goście nie zdołali doprowadzić do remisu.
Saska Kępa zdobywa cenne punkty i wciąż może liczyć na coś więcej niż tylko walkę o utrzymanie. Sante natomiast musi szukać lepszych wyników w ostatniej kolejce. Ta runda zdecydowanie nie należała do najbardziej udanych w ich wykonaniu.
O godzinie 8:00 na Arenie AWF zmierzyły się ekipy FC Zaborów i Shot DJ. Faworytem do wygrania byli zdecydowanie gospodarze, którzy do spotkania przystępowali z pozycji wicelidera, natomiast goście zajmowali szóste miejsce i mieli o pięć punktów mniej od swoich niedzielnych rywali.
Pierwsza połowa była pełna goli oraz emocji. Jako pierwszy do siatki trafił niespodziewanie Jeremi Szymański, wyprowadzając Shot DJ na prowadzenie już na samym początku meczu. Zaborów odpowiedział błyskawicznie. Kolejne minuty przebiegły już jednak pod dyktando przyjezdnych. Kapitalną skutecznością ponownie popisał się ich lider, Jeremi Szymański, który już po niespełna dziesięciu minutach gry skompletował hat-tricka. Shot DJ umacniało swoją pozycję, i tuż przed przerwą na tablicy wyników widniał rezultat 2:5. Bramkę do szatni, która dała gospodarzom nadzieję na walkę w drugiej odsłonie, ponownie zdobył precyzyjnym strzałem Czarek Zahorodny. Ostatecznie obie ekipy schodziły na przerwę przy wyniku 3:5.
Po zmianie stron mecz ułożył się już w pełni na korzyść Shot DJ, którzy wykorzystywali błędy przeciwników i stale powiększali swój dorobek bramkowy. Goście zaprezentowali się rewelacyjnie - byli drużyną, w której każdy zawodnik biegał do utraty tchu, wspierając kolegów po każdej stracie. FC Zaborów również pokazał się z pozytywnej strony. Mimo porażki wyglądali solidnie, długo utrzymywali się przy piłce i cierpliwie rozegrali akcje, czekając na błąd rywali.
Po tej wpadce gospodarze wciąż zajmują drugie miejsce w tabeli, lecz margines błędu maleje. Kolejne porażki mogą skutkować spadkiem z podium 6. Ligi...
Spotkanie Georgian Team z Old Eagles Koło było jednym z tych meczów, w których wynik końcowy nie oddaje pełni emocji. Pierwsza połowa zakończyła się skromnym 1:0 dla gospodarzy, ale wcale nie dlatego, że Old Eagles nie mieli sytuacji. Wręcz przeciwnie - goście kilkukrotnie poważnie zagrozili bramce rywali. Świetnie spisywał się również Jan Drabik, bramkarz Old Eagles, który przez większą część meczu trzymał swoją drużynę przy życiu. Wyciągał strzały z bliska, bronił kąśliwe uderzenia z dystansu, a momentami wyglądał wręcz niesamowicie.
Po przerwie Georgian Team zaczęli podkręcać tempo i wydawało się, że zaczną odjeżdżać z wynikiem, jednak Old Eagles pokazali charakter. Doprowadzili do stanu 5:4, a ich odważna gra sprawiła, że przez chwilę zapachniało nawet remisem. Grali wysoko, agresywnie, często całym zespołem. A przy takim stylu zawsze otwiera się przestrzeń za plecami. Georgian Team potrafił to wykorzystać bezlitośnie.
Największą gwiazdą gospodarzy był Saba Lomia, zdobywca trzech bramek. Był wszędzie: dynamiczny, silny, świetnie ustawiony w polu karnym. Dawał swojej drużynie ciągły impuls, szczególnie wtedy, gdy Orzełki łapali kontakt i napędzali się do dalszej walki.
Końcowe 7:4 może sugerować jednostronne widowisko, ale Old Eagles zagrali odważnie, momentami naprawdę dobrze, a Drabik w bramce zasłużył na osobne wyróżnienie. Gdyby nie jego interwencje, Georgian Team mógłby zamknąć mecz znacznie wcześniej. Ostatecznie gospodarze byli skuteczniejsi i w końcówce bezlitośnie wykorzystali ryzyko podjęte przez rywali.
Szmulki Warszawa po porażce w poprzedniej kolejce liczyły na wygraną w meczu z Bartolini Pasta. Spotkanie rozpoczęło się w okrojonych składach, ponieważ gospodarze czekali na szóstego zawodnika, a żeby nie przedłużać rozpoczęcia meczu, goście zgodzili się zagrać o jednego mniej w polu. Paradoksalnie to właśnie grając w czwórkę ekipa z Pragi strzeliła pierwszą bramkę. Zespół Michała Cholewińskiego mógł przez chwilę żałować swojej decyzji, ale szybko wziął się do pracy i doprowadził do wyrównania.
Od tego momentu lepiej prezentował się zespół gości, który poszedł za ciosem i zdobył kolejne trafienia. Przy stanie 1:3 na boisku zrobiło się nieco nerwowo. Gracze Bartolini Pasta mieli pretensje do sędziego o brak odgwizdania zagrania ręką u przeciwników, ale arbiter tłumaczył, że zgodnie z przepisami nie było podstaw do użycia gwizdka. Dopiero w końcówce pierwszej połowy musiał interweniować, gdy Jakub Kaczmarek zatrzymał piłkę ręką w dogodnej sytuacji. Sędzia pokazał czerwoną kartkę i wskazał na wapno, lecz Przemysław Sierpiński zmarnował rzut karny. Do przerwy mieliśmy więc wynik 1:3.
Po zmianie stron długo utrzymywał się rezultat z pierwszej połowy. Goście dołożyli jednak kolejne bramki i przy stanie 1:5 wydawało się, że wszystko mają pod pełną kontrolą. Zryw ekipy z Pragi dał jednak nadzieję na korzystny wynik. Przy 3:5 Szmulki miały świetną okazję na gola kontaktowego, ale dobrze w bramce spisał się Piotr Szczypek. W końcówce Adam Kubajek najpierw popisał się asystą, a chwilę później sam zakończył strzelanie w tym meczu.
Ostatecznie Bartolini Pasta pokonuje Szmulki 7:4 i zdobywa cenne trzy punkty.
OChoć te dwie zasłużone stażem w Lidze Fanów ekipy znajdowały się na dwóch przeciwnych krańcach tabeli, to z przebiegu meczu absolutnie nie było widać tej punktowej przepaści. Przez długi czas nie padały bramki, choć wcale nie oznaczało to braku emocji. Gospodarze długo utrzymywali się przy piłce, a goście świetnie odnajdywali się w grze na jeden kontakt, tworząc naprawdę sporo dogodnych sytuacji. Serię niecelnych strzałów lub uderzeń prosto w bramkarza przerwało dopiero precyzyjne trafienie Filipa Junowicza z prawej nogi w końcówce pierwszej połowy.
Po przerwie, niespodziewanie, choć w pełni zasłużenie, prowadzenie objęli reprezentanci Zielonych Latarni. Najpierw po akcji duetu Podgórski – Świpiarski, a następnie dzięki sprytnemu zachowaniu w polu karnym Adriana Rzepeckiego. Szybka gra kombinacyjna Mikstury w końcu zaczęła dawać efekty i po podaniu Patryka Zycha na 2:2 trafił Mateusz Pawlik.
Gospodarze, chcąc urwać punkty liderowi, nie zamierzali składać broni i dzięki indywidualnemu kunsztowi Mikołaja Wysockiego ponownie wyszli na prowadzenie. Nie trwało ono jednak długo, bo błyskawicznie odpowiedział Artur Zawadziński, uderzając przy słupku i znów wyrównując stan meczu.
Choć większość spotkania przebiegała w spokojnej atmosferze, to w pewnym momencie - w obliczu narastającej frustracji i braku akceptacji decyzji sędziowskich - arbiter ukarał żółtą kartką bramkarza Green Lantern, Jana Wysockiego. Mimo tego to gospodarze zdobyli gola na 4:3 i lider 6. ligi po raz kolejny musiał gonić wynik.
Jak się okazało, końcówka była kluczowa dla ostatecznego rezultatu. Mikstura zdobyła jeszcze trzy bramki i to ona dopisała sobie po tym zaciętym boju komplet punktów, zostawiając dzielnie walczących rywali w pokonanym polu.
Po zeszłotygodniowej wiktorii nad Alashem spodziewaliśmy się, że Skra pójdzie za ciosem i ponownie pokaże się z dobrej strony. Stało się jednak inaczej - goście stawili się na placu w dość eksperymentalnym składzie i zaledwie z jedną zmianą. Gospodarze za to przyszli licznie i już od samego początku narzucali swoje warunki. W efekcie już w 2. minucie oglądaliśmy gola otwierającego autorstwa Filipa Giełczewskiego, a chwilę później Bartosz Kaca dwukrotnie wypracował kolegom sytuacje strzeleckie. Na protokole w roli strzelców zapisali się kolejno Jakub Majewski oraz Szymon Kolasa.
Gościom trudno było poskładać się po tak fatalnym początku, ale w końcu, w 16. minucie, Lewis Onuigbo odnalazł drogę do siatki Virtualnego Ń. Po tym golu inicjatywa zaczęła powoli przechylać się na stronę Skry. Gospodarzom jakby zabrakło pomysłów w ofensywie, za to napastnicy przyjezdnych stawali się coraz groźniejsi. Fortuna sprzyjała jednak drużynie Marka Giełczewskiego - jeszcze przed przerwą udało się podwyższyć prowadzenie do dwóch bramek, choć paradoksalnie po golu samobójczym.
W przerwie goście skutecznie przedyskutowali swoje zaangażowanie, bo po zmianie stron Skra była wyraźnie bardziej aktywna. W 29. minucie dwa szybkie trafienia, najpierw Israela Mipakatahara, a następnie Zemudina Zidane’a, sprawiły, że przewaga Virtualnego Ń stopniała do zaledwie jednego gola. Wyraźnie głodny trafień był też Lewis Onuigbo, który coraz mocniej podkręcał tempo swoich akcji, aż w 38. minucie zdobył bramkę wyrównującą.
Skra nie ustawała w atakach i wydawało się, że w końcu wyszarpie gola dającego prowadzenie, ale gospodarze zachowali zimną krew i nie pozwalali się zaskoczyć. Absolutnie tytaniczną pracę wykonał golkiper zielonych, Jerzy Modzelewski, który kilkukrotnie popisał się fenomenalnymi interwencjami i głównie dzięki jego dyspozycji gospodarze uniknęli straty bramki. Niekwestionowanym bohaterem Virtualnego Ń został w 48. minucie, kiedy przy wyniku 4:4 wygrał sytuację sam na sam.
A koledzy z ataku pięknie mu się odwdzięczyli. W ostatniej minucie meczu na 5:4 trafił Jakub Majewski, a chwilę później zwycięstwo gospodarzy przypieczętował Szymon Kolasa. Virtualne Ń mogło cieszyć się z trzech punktów.
Spotkanie KK Wataha Warszawa z OldBoys Derby od początku zapowiadało się emocjonująco - obie drużyny sąsiadują w tabeli i walczą o miejsce w top-3 siódmej ligi. Początek należał zdecydowanie do gospodarzy. Już w pierwszej minucie Anass El Ansari wyprowadził Watahę na prowadzenie, wykorzystując wolną przestrzeń między rywalami i trafiając do siatki. Chwilę później swoje bramki zdobywali Hubert Korzeniewski i ponownie Anass, a w ciągu ośmiu minut Wataha prowadziła już 4:0.
Po tym błyskawicznym starcie inicjatywa nieco przygasła, co pozwoliło rywalom wrócić do gry. Maciej Sasal i Jacek Pryjomski odpowiedzieli serią trafień, a w końcówce pierwszej połowy OldBoysi zdobyli jeszcze jedną bramkę, doprowadzając do stanu 4:3. Po świetnym początku Wataha pozwoliła przeciwnikom zbliżyć się bramkowo, a gra zrobiła się stykowa i pełna napięcia.
Po zmianie stron sytuacja na boisku nieco się wyrównała, ale Anass El Ansari szybko skompletował hat-tricka, oddalając Watahę na bezpieczny dystans. Potem zaczęła się wymiana ciosów między bohaterami meczu. Marcin Wiktoruk odpowiadał za bramki gości, a Hubert Korzeniewski, który został MVP spotkania, błyskawicznie odpowiadał trafieniami dla gospodarzy. Bramka za bramką, akcja za akcją, wynik cały czas był bliski, ale skuteczność i wyczucie kluczowych momentów należały do zawodników w czarnych koszulkach.
Na pięć minut przed końcem Wataha prowadziła 7:5. OldBoys zdobyli jeszcze kontaktowego gola, ale nie zdołali już wyrównać. Wataha wygrała 7:6, zdobywając cenne trzy punkty i przeskakując rywali w tabeli, meldując się na trzecim miejscu. Choć goście prezentowali dobrą grę, potrafili utrzymać się w akcjach, a ich ustawienie było solidne, to skuteczniejsza Wataha znalazła momenty decydujące o wyniku i potrafiła je wykorzystać.
Starcie zamykającego tabelę Tornado Squad z liderem rozgrywek Eagles FC zapowiadało się na jednostronne, jednak gospodarze od pierwszych minut pokazali, że nie zamierzają oddać pola bez walki. Mecz rozpoczął się na korzyść gości, którzy jako pierwsi znaleźli drogę do siatk. Adam Kartaev wykorzystał swoją okazję i pewnym uderzeniem dał Eagles prowadzenie. Odpowiedź Tornado była jednak natychmiastowa. Kilka minut później Arek Sajnog popisał się efektownym strzałem, wyrównując stan meczu i na moment tchnąć w gospodarzy dodatkową energię.
Obie ekipy miały swoje okazje, a tempo spotkania nie zwalniało, jednak jeszcze przed przerwą to Eagles FC odzyskali przewagę. Michał Rybiński dołożył trafienie na 2:1, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie do szatni.
Druga połowa znów zaczęła się pod dyktando lidera. Javid Suleymanov wykorzystał swoją szansę i podwyższył wynik, a Eagles coraz mocniej kontrolowali przebieg meczu. Tornado Squad nie zamierzało się poddawać. Ambitnie walczyli o każdą piłkę i kilkukrotnie próbowali zmniejszyć stratę do jednej bramki. Problem w tym, że za każdym razem, gdy gospodarze łapali kontakt, Eagles szybko odpowiadali kolejnym golem, odbudowując bezpieczną przewagę.
Ten schemat powtórzył się dwukrotnie: Tornado zdobywało bramkę dającą nadzieję, a goście natychmiast ją odbierali skuteczną odpowiedzią. Ostatecznie liderzy tabeli triumfują 7:3 i umacniają swoją pozycję na szczycie 7. ligi. Zawodnikom Tornado Squad, mimo porażki, niewątpliwie należą się brawa za walkę i zaangażowanie.
Czasem ważniejsze od tego, jak się kończy, jest to, jak się zaczyna. Takie wnioski można wyciągnąć ze spotkania między warszawskimi kanonierami a Alash FC. Goście zdominowali pierwsze minuty, już na start zdobywając gola na 0:1. Nawet trafienie na 1:1 nie wybiło ich z rytmu - w kolejnych minutach konsekwentnie powiększali prowadzenie. Warsaw Gunners FC próbował zagrozić rywalom głównie za pomocą stałych fragmentów gry, ale było ich zdecydowanie za mało, a goście dominowali kondycją i determinacją dosłownie rzucali się na każdą piłkę stykową. Do przerwy wynik wynosił 2:6 i nic nie wskazywało na to, by losy spotkania miały się odwrócić po zmianie stron.
I faktycznie, gospodarzom nie udało się odrobić strat, choć trzeba przyznać, że po przerwie Kanonierzy wyglądali znacznie lepiej niż na początku meczu. Czy była to zasługa „męskich rozmów”? Nie wiadomo. Pewne było natomiast to, że Alash FC nie było w stanie utrzymać tempa, które samo narzuciło w pierwszej połowie. Z minuty na minutę goście słabli fizycznie i nie byli już w stanie walczyć o każdą piłkę. Jednak bezpieczna, czterobramkowa przewaga z pierwszej odsłony okazała się aż nadto wystarczająca, by dowieźć zwycięstwo do końca.
Warsaw Gunners FC najbliżej urwania punktów był na kilka minut przed końcem, po trafieniu na 4:6, jednak ostatecznie Alash FC wygrał 4:7. Na pochwały szczególnie zasługują Olzhas Zhambil i Yunus Karakaz, którzy byli motorami napędowymi kazachskiej drużyny. Wygrana sprawia, że goście są niezwykle blisko spędzenia zimy na miejscu premiowanym awansem do wyższej ligi, a wystarczy im do tego remis z Czasoumilaczami lub korzystne wyniki w pozostałych spotkaniach. Siódma liga jest tak wyrównana, że nie można wykluczyć żadnego scenariusza.
Warsaw Gunners FC, by "świętować" nowy rok spoza strefy spadkowej, musi zdobyć przynajmniej punkt z Watahą i liczyć na porażkę Skry z liderem.
OW ubiegłą niedzielę doszło do starcia pretendenta 7. ligi, a więc ekipy Czasoumilaczy z aktualnym spadkowiczem, drużyną Driperów. Zdecydowanym faworytem, patrząc na dotychczasową dyspozycję, był zespół gości. I bez większego zaskoczenia pewnie wygrał to spotkanie 10:5.
Od samego początku było widać różnicę w sposobie prowadzenia meczu przez oba zespoły. Czasoumilacze grali lepiej, zarówno na płaszczyźnie zespołowej, jak i indywidualnej. Dysproporcja klas była widoczna gołym okiem. Ponadto zawodnicy w niebieskich strojach byli znacznie lepiej ustawieni: każdy znał swoją rolę i wykonywał ją bez zarzutu.
Cała drużyna gości zasługuje na pochwałę, jednak jak zawsze znaleźli się zawodnicy, którzy wyraźnie wybili się ponad resztę. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Mikołaj Kuszka, który rozegrał kapitalne spotkanie. Zanotował 3 gole oraz 2 asysty, pokazując pełną wszechstronność. Gospodarze natomiast nie bardzo wiedzieli, jak przebić się pod bramkę rywala. W ich grze dominował chaos, próbowali opierać się na indywidualnych zrywach i na siłę przedostać pod pole karne przeciwnika, co nie przynosiło efektów.
Było to niezwykle cenne zwycięstwo dla Czasoumilaczy w kontekście walki o fotel lidera z idącymi z nimi łeb w łeb zespołami FC Alash i Eagles FC.
Kresowia po świetnym początku złapała mocną zadyszkę i trzy ostatnie mecze kończyła porażkami. To sprawiło, że w krótkim czasie z pozycji wicelidera spadła na miejsce tuż nad strefą spadkową. Nieco lepiej radził sobie w tym czasie Force Fusion FC, dzięki czemu do tej rywalizacji podchodził w roli faworyta. I o ile można było się spodziewać wygranej nominalnych gości, o tyle jej rozmiary mogły być sporym zaskoczeniem.
Zespół Ruslana Yakubiva od początku narzucił swoje warunki. Nie minęła jeszcze pierwsza minuta spotkania, a już prowadził 0:1, choć trzeba dodać, że duży udział przy tym golu miał bramkarz gospodarzy. Taki początek mógł podciąć skrzydła Kresowii, która próbowała nawiązać walkę, ale ewidentnie nie miała swojego dnia. W 4. minucie miała świetną okazję do wyrównania, jednak zawodnik Force Fusion wybił piłkę z linii bramkowej, a chwilę później rywale wyszli z kontrą i zamiast 1:1 zrobiło się już 0:2. Po sześciu minutach było 0:3, a nawet gdy Kresowia zdobyła swojego premierowego gola, przeciwnik błyskawicznie odpowiedział kolejnymi trafieniami. Do przerwy widniał wynik 1:5.
Jeżeli Kresowia wychodziła na drugą połowę z przekonaniem, że losy meczu da się jeszcze odwrócić, to po kilku minutach musiała zdać sobie sprawę, że nie jest to jeden z tych dni, w których udaje się dokonać spektakularnej remontady. Force Fusion był do bólu skuteczny - w 30. minucie wynik brzmiał 1:9 i właściwie było już po meczu.
Choć Kresowii nie można odmówić zaangażowania i walki do samego końca, to jednak nie miała w tej rywalizacji wielu argumentów. Force Fusion świetnie wykorzystywał kontrataki, stałe fragmenty gry oraz każdy błąd defensywy oponenta. Wygrywał pojedynki stykowe, solidnie się bronił i nie marnował zbyt wielu okazji w ofensywie. Wynik 2:13 w pełni oddaje przebieg tego pojedynku. Faworyci byli zdecydowanie lepszym zespołem. Szkoda jedynie, że Kresowia nie potrafiła znaleźć właściwego rytmu, bo liczyliśmy na znacznie bardziej wyrównaną rywalizację.
Od pierwszego gwizdka było jasne, że zapowiedzi o zaciętych derbach nie były ani trochę przesadzone. Mecz stał na wysokim poziomie intensywności, a obie drużyny grały otwarty, odważny futbol, który od razu zwiastował bramkowy festiwal.
Lepiej rozpoczęli goście, którzy szybciej złapali rytm i udokumentowali to dwoma trafieniami. Najpierw do siatki trafił Lazaruk, a chwilę później podwyższył Buzulak, dając Alliance solidną zaliczkę. Gospodarze jednak nie zamierzali tego tak zostawić. Konsekwentnie przesuwali grę pod pole karne rywali i w końcu doczekali się efektów. Najpierw doprowadzili do remisu, a następnie wyszli na prowadzenie po świetnie wykonanym rzucie wolnym Ivana Pushkarenki. Alliance odpowiedziało tym samym, również z rzutu wolnego, tym razem za sprawą Rossokhatyiego i pierwsza część zakończyła się wynikiem 3:3, idealnie oddającym przebieg gry.
Po przerwie tempo nie spadło ani na moment. Zawodnicy nie oszczędzali siebie nawzajem, a dynamika akcji zmieniała się dosłownie z minuty na minutę. Obie drużyny szły cios za cios, aż w pewnym momencie to goście wyszli na dwubramkowe prowadzenie i zrobiło się 4:6, co stawiało Legion w trudnej sytuacji. Przegrywający jednak pokazali ogromny charakter. Nie tylko się nie załamali, ale ruszyli z energią, która całkowicie zmieniła obraz końcówki. Kolejne ataki przyniosły skutek, a bramkę na 6:6 zdobył Andrii Panasiuk, domykając wynik, który patrząc na przebieg meczu, był najbardziej sprawiedliwy z możliwych.
Derby „Legionów” ponownie dostarczyły ogromnych emocji, a podział punktów idealnie oddaje to, jak wyrównane są oba zespoły w tej rundzie.
Na papierze był to mecz drużyn z dwóch różnych biegunów tabeli, ale początek zupełnie tego nie potwierdzał. Gospodarze zagrali jedną z najlepszych pierwszych połówek w tej rundzie - byli zorganizowani, szybcy, zdecydowani. Grali tak, jakby walczyli o czołowe lokaty, a nie o ucieczkę z dołu tabeli. Najpierw w 9. minucie prowadzenie dał im Vladyslav Serheiev, a chwilę później do siatki trafił Ilya Grunchak i zrobiło się 2:0. Synowie Księdza odpowiedzieli golem kontaktowym, ale natychmiast dostali kolejne trafienie i pierwsza połowa zakończyła się zasłużonym 3:1 dla Dnipro. Goście mieli wyraźny problem z wejściem w mecz, a gospodarze wyglądali bardzo pewnie.
Druga część spotkania przyniosła jednak zupełnie inny obraz gry. Synowie Księdza ruszyli po swoje i szybko zaczęli odrabiać straty. Najpierw Piotr Ziembiński zmniejszył dystans, potem padł precyzyjny strzał z dystansu i było 3:3. Dnipro jeszcze raz odzyskało prowadzenie a gola strzelił Vladyslav Budz, który pojawił się na boisku później i od razu zrobił różnicę. I właśnie w tym momencie mecz się odwrócił.
Dnipro nadal tworzyło sytuacje, miało swoje momenty i wcale nie wyglądało na drużynę, która miała się zaraz posypać. Problem w tym, że Paweł Pryciński bronił praktycznie wszystko. Kilka jego interwencji ewidentnie podcięło gospodarzom skrzydła. Każda kolejna akcja była blokowana, wybijana albo łapana, a zespół coraz bardziej tracił energię i wiarę, że utrzyma przewagę.
Synowie Księdza wykorzystali to w idealnym momencie. Gdy gospodarze zaczęli słabnąć, goście ruszyli. W 20. minucie drugiej połowy Mateusz Gołębiewski doprowadził do remisu 4:4, chwilę później trafił Sudowski, i od tego momentu wszystko runęło. W pięć minut Synowie Księdza wpakowali sześć bramek, zmieniając wynik z 4:3 na 4:9. Dnipro całkowicie siadło. Pojawiły się błędy w obronie, chaos pod własną bramką i brak reakcji na rosnącą presję.
Wynik wygląda na wysoki, ale absolutnie nie oddaje tego, jak trudne było to spotkanie dla Synów Księdza. Dnipro naprawdę długo grało bardzo dobry mecz, jednak dyspozycja Pawła Prycińskiego, zarówno w bramce, jak i przy wyprowadzaniu akcji miała ogromny wpływ na to, że goście w ogóle zdołali odwrócić losy meczu. Synowie Księdza dopisali kolejne trzy punkty i umocnili się w górnej części tabeli, a gospodarze mogą czuć niedosyt, bo przez ponad połowę spotkania grali naprawdę dobrze.
Starcie Shitable z FC Pers zapowiadało się jako jeden z kluczowych pojedynków w dolnej części tabeli. Obie drużyny znajdowały się przed tym spotkaniem w strefie spadkowej, a absolutnie każda zdobycz punktowa była dla nich na wagę złota i było to widać praktycznie od pierwszego gwizdka.
Lepiej w mecz weszli goście, którzy szybko objęli prowadzenie po trafieniu Obidova. Shitable jednak nie zamierzało składać broni i niemal natychmiast odpowiedziało golem Shemanuieva, doprowadzając do stanu 1:1. Ten moment mógł zwiastować wyrównany bój, ale FC Pers miał zupełnie inne plany. Kolejne minuty należały już wyłącznie do przyjezdnych. Najpierw trafił Musoev, dając swojej ekipie ponowne prowadzenie, a chwilę później Obidov skompletował dublet, podwyższając wynik na 1:3. To jednak nie był koniec popisu duetu, który okazał się absolutnie kluczowy dla przebiegu pierwszej połowy. W 20. i 23. minucie gole ponownie zdobyli Obidov i Musoev, dzięki czemu do przerwy FC Pers prowadził już 5:1 i w pełni kontrolował spotkanie.
Po zmianie stron to jednak Shitable zaczęło wracać do gry. Gospodarze narzucili swoje tempo i szybko zdobyli gola na 2:5, a jego autorem był Romashenko. W 35. minucie, po trafieniu Danylenki, zrobiło się 3:5 i wydawało się, że gospodarze mogą spróbować dokonać wielkiego powrotu, zwłaszcza że gościom zaczęły puszczać nerwy. Persowie raz po raz łapali kolejne kartki, tracąc kontrolę nad emocjami i rytmem gry. Shitable miało przewagę liczebną, miało sytuacje bramkowe, miało też wyraźny impuls w ofensywie, ale zabrakło skuteczności oraz chłodnej głowy w kluczowych momentach. Ostatecznie wynik nie uległ już zmianie, a FC Pers dowiózł zwycięstwo 5:3, choć końcówka meczu była dla tej drużyny bardzo nerwowa.
Na koniec warto dodać ważny apel do zawodników FC Pers - Panowie, konieczne jest zachowanie większej kultury boiskowej i panowanie nad językiem. Kolejne takie ekscesy będą skutkowały znacznie dłuższymi wykluczeniami niż te przewidziane regulaminem.
Starcie, które od początku miało jednego faworyta, szybko potoczyło się zgodnie z przewidywaniami. TRCH przyjechało w okrojonym składzie i nawet nie zdołało rozpocząć meczu o czasie, co od razu zwiastowało problemy. Królewscy Wola od pierwszej sekundy wyglądali natomiast tak, jakby chcieli jak najszybciej zamknąć temat i potwierdzić swoją rosnącą formę.
Gospodarze rozpoczęli prawdziwy szturm - dwie szybkie bramki ustawiły przebieg spotkania, a TRCH mogło liczyć jedynie na kontry. Jedna z nich przyniosła gola kontaktowego, dając gościom odrobinę nadziei, lecz ta okazała się krótkotrwała. Królewscy dołożyli kolejne trzy trafienia, całkowicie przejmując kontrolę nad wydarzeniami na boisku.
Największym bohaterem tej części meczu, jak i całego spotkania był Dominik Brzostowski. Już do przerwy skompletował hat-tricka, a jego wpływ na ofensywę gospodarzy był absolutnie kluczowy. TRCH odpowiedziało jeszcze jedną bramką, ale pierwsza połowa i tak zakończyła się wynikiem 5:2, który równie dobrze mógł być wyższy.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Królewscy bawili się futbolem, prowadzili atak za atakiem i wykorzystywali niemal każdy błąd przeciwnika. TRCH walczyło głównie o to, by przetrwać i nie pozwolić na jeszcze większe rozmiary porażki, choć ta misja zakończyła się tylko połowicznym sukcesem. Faworyci dorzucili kolejne pięć trafień, a show ponownie skradł Dominik Brzostowski, kończąc mecz z niewiarygodnym bilansem 6 bramek i 2 asyst.
TRCH odpowiedziało jedynie jednym golem, a końcowy rezultat 10:3 idealnie oddaje różnicę w jakości, organizacji i formie obu drużyn. Królewscy Wola wykonali pewny krok w kierunku spokojnego zimowania w górnej części tabeli, natomiast drużyna z Tarchomina musi jak najszybciej znaleźć sposób na zatrzymanie negatywnej spirali.
Zadyszka Gamba Veloce trwa. Po dwóch porażkach z drużynami ze strefy medalowej (KS Iglica Warszawa oraz LaFlame Bielany), tym razem Szybkonodzy musieli uznać wyższość Bielany Legends.
Początek spotkania był ospały z obu stron. Żadna drużyna nie potrafiła przejąć kontroli nad meczem, a dobrych okazji było jak na lekarstwo. Ostatecznie jednak na prowadzenie wyszli gospodarze: Olek Florczuk strzelił z ostrego kąta między nogami Damiana Urbaczewskiego. W kolejnych minutach więcej z gry zaczęli mieć goście i w końcu dopięli swego, bo tuż przed przerwą pokonali Marka Kurzelewskiego.
Remis 1:1 z pewnością nie satysfakcjonował gości, którzy w drugą połowę weszli mocno zmotywowani. Walczyli o każdą piłkę i każdy metr boiska. Gambie natomiast brakowało filiżanki mocnej, włoskiej kawy. Nawet po bramce Konrada Wielkiego na 1:2 zawodnicy rezerwowi gospodarzy byli przekonani o końcowym zwycięstwie. Przesadna pewność siebie i brak poczucia zagrożenia okazały się zgubne dla faworytów. Konrad Wielki ponownie wykazał się największą przytomnością na boisku, zebrał bezpańską piłkę i podwyższył wynik na 1:3. Dopiero wtedy, choć tylko na chwilę, gospodarze się przebudzili. Grzesiek Wolski zdobył bramkę kontaktową, jednak chwilę później goście znów pokazali większą determinację. Tym razem trafił Mateusz Borczyk, podwyższając prowadzenie do 2:4.
Jak później się okazało, Gamba Veloce nie była już w stanie przyspieszyć. Brak intensywności z pierwszych 40 minut okazał się bardzo kosztowny. Goście wykorzystywali swoje doświadczenie i wygrywali większość piłek stykowych. Ostatecznie zawodnicy z Bielan zakończyli mecz dość zaskakującym, ale w pełni zasłużonym zwycięstwem.
Spotkanie lidera ligi z drużyną znajdującą się w strefie spadkowej zazwyczaj jasno wskazuje faworyta. Z drugiej strony wszyscy doskonale wiemy, że to Liga Fanów - tutaj brak jednego gracza lub, przeciwnie, jego obecność potrafi diametralnie zmienić układ sił. Tak jak w poprzedniej kolejce, gdy obecność Maksa Hluschenki znacząco pomogła jego drużynie rozbić rywala. Tym razem Maks nie zagrał, ale mimo to KSB potrafiło postawić się ASAP Vegas.
W pierwszej połowie, podobnie jak w całym meczu, ASAP wyraźnie dominował w posiadaniu piłki, cierpliwie budując ataki pozycyjne. Nie zawsze kończyły się one powodzeniem, ale co jakiś czas zagrożenie pod bramką KSB było bardzo realne. Mimo tego KSB trzymało się swojego planu - solidna defensywa i szybkie kontry. Jedna z takich akcji zakończyła się otwarciem wyniku, a do siatki trafił Vitalii Balandziuk.
Nacisk ASAP Vegas jednak w końcu przyniósł rezultatu. Chłopaki odrobili straty i wyszli na prowadzenie 2:1. Ale KSB ponownie odpowiedziało kontrą, a Vitalii po raz drugi trafił w tym meczu. Wydawało się, że drużyny zejdą na przerwę przy wyniku 2:2, lecz Łukasz Czerwionka miał inne plany. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego oddał strzał z kozłem, po którym piłka wzniosła się w powietrze i przelobowała bramkarza. Może był w tym łut szczęścia, ale wyglądało to jak prawdziwy majstersztyk.
Być może ten gol podciął skrzydła KSB, bo w drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. ASAP Vegas dalej prowadził grę, podczas gdy KSB miało coraz większy problem z odpowiadaniem groźnymi akcjami. Na boisku zaczęły się pojawiać słowne i fizyczne spięcia, co poskutkowało czterema żółtymi kartkami, ale nie pomogło to żadnej ze stron. Ostatecznie ASAP zdołał tylko powiększyć przewagę i pewnie dowieźć zwycięstwo do końca. Warto zaznaczyć, że aż czterech zawodników triumfatorów zapisało się w statystykach, ale szczególnie wyróżnił się Piotr Grygiel, który zamiast wdawać się w dyskusje, skupił się na grze i zdobył bardzo ważny dublet.
Tym samym ASAP Vegas utrzymuje drugie miejsce i wciąż ma realną szansę, by jeszcze przed zimową przerwą wskoczyć na fotel lidera. KSB natomiast pozostaje w strefie spadkowej. Wyjście z niej jest możliwe, ale walka o TOP 3 będzie już bardzo trudna. Kluczowe będzie, by nie tracić motywacji i dalej konsekwentnie grać swoje.
Jeśli ktoś liczył na ewentualną niespodziankę w tym spotkaniu, bardzo szybko został sprowadzony na ziemię. Wprawdzie już w pierwszej akcji meczu gospodarze obili słupek bramki Szymona Lisieckiego, jednak chwilę później gra przeniosła się na drugą część boiska, a gola otwierającego wynik zdobył Jan Napiórkowski. Skorpiony dość długo stawiały opór, ale w 10. minucie worek z bramkami się rozerwał i w niecałe dwie minuty LaFlame podwyższyło na 0:4. Najpierw z rzutu wolnego precyzyjnym strzałem popisał się Kornel Przewoźny, dosłownie w kolejnej akcji ten sam zawodnik ponownie zapisał się na protokole, a chwilę później dublet skompletował Jan Napiórkowski.
Po kwadransie gry w końcu przełamała się formacja ofensywna gospodarzy, a gola kontaktowego zdobył Maciej Morra. Goście błyskawicznie zripostowali trafieniem Bartosza Kaczmarczyka, ale Scorpions skutecznie odpowiedzieli drugim golem Macieja Morry i na tablicy widniał wynik 2:5. W grze gospodarzy brakowało jednak konsekwencji, a i z komunikacją wewnątrz zespołu Artura Kałuskiego były poważne problemy. W 23. minucie, za zupełnie nieuzasadnione pretensje do sędziego, żółtą kartką został ukarany Maciej Błaszczyk, a prezent w postaci przewagi liczebnej LaFlame szybko przekuło na bramkę. Jeszcze przed przerwą hat-tricka zdobył Kornel Przewoźny.
Po zmianie stron Maciej Błaszczyk zrehabilitował się za sytuację z pierwszej połowy, trafiając na 3:7, ale o jakimkolwiek comebacku nie było mowy. LaFlame Bielany było po prostu lepsze w niemal każdym aspekcie gry i kontrolowało przebieg meczu do samego końca. Wprawdzie gospodarzom udało się jeszcze trzykrotnie znaleźć drogę do siatki, ale warto pamiętać, że broniący tego dnia bramki LaFlame Szymon Lisiecki nie jest nominalnym golkiperem tej ekipy. Goście nie forsowali tempa i również trzykrotnie pokonali bramkarza Scorpions, na spokojnie dowożąc korzystny wynik do końca.
W starciu KS Iglica Warszawa z Klubem Sportowym Sandacz emocji naprawdę nie brakowało, choć gospodarze finalnie dowieźli pewne zwycięstwo. Pierwsza połowa to wyraźna dominacja Iglicy, która stworzyła sobie mnóstwo sytuacji - momentami wręcz hurtowo. Problem w tym, że skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Mimo tego udało się wypracować solidne prowadzenie 4:1, dające komfort na drugą odsłonę.
Po przerwie obraz gry na chwilę obrócił się o 180 stopni. Sandacz, zamiast się poddać, zaczął grać odważniej, agresywniej i przede wszystkim konkretniej pod bramką rywala. Efekt? Zrobiło się 4:3, a gospodarzom zaczęło palić się pod nogami. Kilka prostych strat, odrobina chaosu w ustawieniu i nagle mecz, który wydawał się kontrolowany, mógł wymknąć się z rąk.
Właśnie wtedy odżyła ofensywa Iglicy, która wykorzystała moment rozluźnienia u gości i dobiła rywala dwiema kolejnymi bramkami. Kluczową postacią gospodarzy był Sebastian Szczygielski, autor trzech goli. To on najczęściej ciągnął grę do przodu, wygrywał pojedynki i dawał impuls, gdy drużyna potrzebowała oddechu. Jego występ był zdecydowanie najjaśniejszym punktem meczu w szeregach Iglicy.
Ostateczne 6:3 to wynik zasłużony, choć Iglica może mieć lekki niedosyt, bo gdyby lepiej wykorzystywała swoje sytuacje, końcówka mogła być znacznie spokojniejsza. Sandacz natomiast pokazał charakter i momentami naprawdę dobrą piłkę, ale to faworyci zasłużenie zgarnęli pełną pulę.
To było starcie dwóch drużyn z samego dołu tabeli i dla obu miało duże znaczenie. Bulbez bardzo potrzebował punktów, a Górka Kazurka próbowała utrzymać się nad kreską. Dodatkowy smaczek - zderzenie doświadczenia gospodarzy z młodością gości.
Początek należał zdecydowanie do Górki. Michał Mazur otworzył wynik, a chwilę później Michał Majcherek dorzucił drugiego gola. Ten duet praktycznie ciągnął ofensywę gości przez cały mecz i od razu zaznaczył swoją obecność. Gospodarze potrzebowali czasu, by wejść w spotkanie. W 15. minucie Rafał Dobrosz trafił na 1:2, a tuż przed przerwą ponownie wpakował piłkę do siatki, doprowadzając do stanu 2:2. Wynik jak najbardziej oddający przebieg gry - fragmenty dobre z jednej i drugiej strony, bez wyraźnej dominacji.
Druga połowa zaczęła się podobnie do pierwszej. Górka znów szybciej złapała rytm i dzięki trafieniu Kamila Grudzińskiego wróciła na prowadzenie. Bulbez odpowiedział, ale tylko na chwilę, gdyż goście szybko dorzucili kolejne trafienie. A potem zrobiło się już naprawdę komfortowo dla Górki. Mazur i Majcherek dołożyli następne gole i na dziesięć minut przed końcem było 3:6. Wydawało się, że goście spokojnie dowiozą wynik.
Wtedy zaczęło się trochę nerwów. Bramkarz Górki, Jan Lewandowski, który przez większość meczu prezentował się pewnie i dużo dawał drużynie ustawianiem oraz podpowiedziami, miał kilka słabszych momentów. Bulbez to wykorzystał. Dobrosz znów trafił, kompletując hat-tricka, i zrobiło się tylko 5:6. Górka poczuła presję, bo jedna bramka dzieliła gospodarzy od remisu.
Prowadzący jednak wytrzymali. W końcówce Mikołaj Mogilnicki spokojnie wykończył akcję na 5:7, zamykając całe spotkanie. Dla Górki to bardzo ważne trzy punkty, bo dzięki nim utrzymuje się nad strefą spadkową. Natomiast ekipa z Bemowa walczyła, miała swoje momenty, ale znów zabrakło jej wykończenia w kluczowych fragmentach.
Mecz, który zapowiadał się na jedno z ciekawszych starć kolejki, od samego początku układał się pod dyktando gospodarzy. Grajki i Kopacze weszli w to spotkanie z ogromną energią, determinacją i odwagą, która błyskawicznie przełożyła się na wydarzenia boiskowe. Już pierwsze minuty pokazały, że mają w sobie więcej głodu, więcej agresji i zwyczajnie więcej intensywności.
Wysokie doskoki oraz świetnie zsynchronizowany pressing nie pozwalały Gawulonowi nabrać rozpędu. Goście, którzy zwykle dobrze czują się w grze z piłką, tym razem byli stale zmuszani do oddawania jej w niekomfortowych sytuacjach. Brakowało im czasu, przestrzeni i swobody w rozegraniu - efekt perfekcyjnie zorganizowanej pracy gospodarzy.
W ofensywie Grajki i Kopacze grali odważnie i bez kompromisów. Dynamiczne przejścia, szybkie wymiany podań oraz umiejętność napędzania ataku po każdym przechwycie dały bramki, które już w pierwszej połowie ustawiły ten mecz. Do przerwy było 4:1, a sama gra jasno wskazywała, że to gospodarze kontrolują wydarzenia i mają mecz w swoich rękach.
Po zmianie stron Gawulon próbował jeszcze wrócić do gry. Kilka fragmentów wyglądało naprawdę obiecująco, a momentami goście potrafili skrócić dystans. Jednak za każdym razem, gdy pojawiała się nadzieja na odwrócenie losów meczu, gospodarze odpowiadali błyskawicznie. Czy to kontrą, czy konsekwentnym pressingiem.
Dla Gawulonu to bardzo cenna lekcja. Jeśli chcą regularnie rywalizować z topowymi drużynami, muszą podnieść poziom intensywności, odwagi w rozegraniu i jakości doskoku. Klasowe ekipy nie wybaczają momentów zawahania, a ten mecz pokazał to jak w pigułce. Dla Grajków i Kopaczy to z kolei potwierdzenie, że ich styl i wysokie tempo potrafią złamać nawet silnego przeciwnika.
Husaria Mokotów IV, przełamawszy przed tygodniem serię niepowodzeń, liczyła na kontynuację dobrej passy. Po drugiej stronie boiska stanęli jednak młodzi i niezwykle dynamiczni FC Depserados, którzy z całą pewnością są jedną z rewelacji bieżącego sezonu na poziomie 10. ligi.
Goście od pierwszych minut narzucili szybkie tempo i błyskawicznie zostali za to wynagrodzeni. Już po dziesięciu minutach prowadzili 3:0 po trafieniu Piotrka Ziembickiego i dwóch golach Jana Forysia. Husaria odpowiedziała golem Piotra Gwoździa, jednak radość nie trwała długo. W krótkim, pełnym chaosu fragmencie gry gospodarze stracili aż pięć kolejnych bramek, co praktycznie ustawiło przebieg spotkania. Mimo tak trudnej sytuacji Husaria nie zamierzała odpuszczać. Walka o każdą piłkę przyniosła efekty i jeszcze przed przerwą udało im się zmniejszyć straty. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 8:3 dla FC Depserados.
Po zmianie stron goście ponownie jako pierwsi znaleźli drogę do siatki, podwyższając prowadzenie. Husaria jednak grała ambitnie do samego końca, stopniowo odrabiając część strat i prezentując ofensywny styl. Choć druga połowa była zdecydowanie bardziej wyrównana, przewagi wypracowanej przez Depserados w pierwszej części meczu nie udało się już zniwelować.
Spotkanie zakończyło się wynikiem 11:8 dla FC Depserados. Husaria może czuć niedosyt, zwłaszcza z powodu krótkiego momentu dekoncentracji, który kosztował ją kilka szybkich bramek. Gdyby nie ten fragment gry, losy meczu mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Zawodnicy FC Depserados potwierdzili jednak, że nieprzypadkowo uchodzą za jedną z najbardziej niebezpiecznych drużyn w lidze.
W niedzielę zmierzyły się zespoły z dolnej części tabeli 10. ligi - FC Polska Górom oraz FC Wczorajsi. Górą z tego starcia wyszli gospodarze, odnosząc zwycięstwo 9:6. Był to mecz pełen zwrotów akcji i niespodziewanych sytuacji, w którym każda z drużyn miała swoje lepsze i gorsze momenty.
Lepiej w mecz weszli gospodarze, obejmując prowadzenie 2:0, lecz chwilowe rozluźnienie sprawiło, że goście błyskawicznie odrobili straty, i co więcej sami wyszli na prowadzenie 3:2. Schodzili na przerwę z jednobramkową zaliczką, ale umówmy się, że w szóstkach taka przewaga to żadna przewaga.
Udowodnili to dobitnie gracze gospodarzy, którzy po 25 minutach gry ruszyli do zaciekłych ataków i wyraźnie dostali wiatru w żagle. Grali odważniej, szybciej i co najważniejsze - znacznie skuteczniej, czego efektem była seria trafień. Cała druga połowa przebiegała pod ich dyktando; wypracowali sobie trzybramkową przewagę i już jej nie oddali.
Ostatecznie prowadzący odnieśli w pełni zasłużone zwycięstwo - po trudnej pierwszej połowie potrafili się podnieść i wygrać to starcie.
To spotkanie od początku miało swoje dodatkowe tło. Trudne warunki, mokra murawa i śliska piłka sprawiały, że każdy kontakt i każdy błąd mógł mieć ogromne znaczenie. Mimo to obie drużyny od pierwszej minuty narzuciły wysokie tempo, a mecz szybko przerodził się w wyrównaną i fizyczną rywalizację, w której nikt nie zamierzał odpuszczać.
Jako pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze. Fuszerka wykorzystała zamieszanie w polu karnym, a szybka dobitka po sytuacyjnej piłce dała im zasłużone 1:0. Goście jednak szybko odpowiedzieli. Kilka minut później wyrównali po pięknie wykonanym rzucie wolnym Łukasza Gaby, który idealnie przymierzył obok muru, zostawiając bramkarza bez szans. W trudnych warunkach Fuszerka potrafiła znaleźć sposób na ponowne wyjście na prowadzenie. Po dobrze wyprowadzonym ataku wykorzystali sytuację sam na sam i ustalili wynik na 2:1. Gdy wydawało się, że dowiozą korzystny rezultat do przerwy, zostali ukarani błyskawiczną kontrą. Szybkie przejście gości zakończyło się bramką na 2:2, która dodała emocji całej rywalizacji.
Druga połowa była równie wyrównana jak pierwsza - dużo walki, dużo biegania i liczne starcia w środku pola. Obie drużyny szukały swoich momentów, ale długo żadna nie potrafiła przełamać impasu. Decydujące okazały się trzy minuty między 34. a 37., kiedy Fuszerka przeprowadziła dwa skuteczne ataki i wyszła na dwubramkowe prowadzenie 4:2. W tak wyrównanym meczu była to przewaga ogromnej wagi. Goście walczyli do samego końca, a ich determinacja przyniosła bramkę kontaktową w ostatniej akcji spotkania. Na więcej jednak nie pozwolił czas ani dobre ustawienie gospodarzy.
Ostatecznie Fuszerka wygrywa 4:3 i pozostaje realnie w walce o podium w jesiennej części rozgrywek. Było to zwycięstwo ciężkie, wywalczone i okupione dużym wysiłkiem, ale w pełni zasłużone.
To spotkanie od początku zapowiadało się na zderzenie młodości z doświadczeniem i dokładnie taki obraz ujrzeliśmy na murawie. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, niezwykle fizyczna i pełna walki o przestrzeń. Obie drużyny miały swoje momenty, ale brakowało im ostatniego podania, błysku albo odrobiny chłodnej głowy pod bramką. Rezultat 1:1 do przerwy doskonale oddawał to, co działo się na boisk. Ciężka, szarpana gra i żadna ze stron nie była w stanie przejąć inicjatywy na dłużej.
Po zmianie stron obraz gry zmienił się diametralnie. W drugiej połowie to Patetikos pokazał, że ma w swoich szeregach zawodników ogranych, świadomych i potrafiących zachować spokój w kluczowych momentach. Ich akcje były bardziej poukładane, odważniejsze i zwyczajnie dojrzalsze. Z kolei u młodych zawodników Legijnej Ferajny uwidocznił się brak doświadczenia. Zabrakło konsekwencji w obronie i konkretu w rozegraniu, a każde zawahanie było bezlitośnie wykorzystywane.
Główne skrzypce w ofensywie gości zagrał Balandin, który skompletował efektownego hat-tricka i był absolutnym liderem drugiej połowy. Potrafił znaleźć się w odpowiednim miejscu, korzystał z błędów przeciwnika i świetnie wykańczał wypracowane sytuacje. Jego bramki idealnie podkreśliły różnicę w boiskowej „dojrzałości” między obiema ekipami. Na otarcie łez gospodarze dostali jednak coś wyjątkowego - fantastyczną bramkę Oskara Kwapisza, który potężnym strzałem z dystansu dosłownie zdjął pajęczynę z okienka bramki rywali. Gol zdecydowanie warty braw i powtórek.
Ostatecznie Patetikos wygrywa 8:3. Zasłużenie, dzięki lepszej organizacji po przerwie i chłodnej głowie tam, gdzie Legijna Ferajna musi jeszcze zdobyć doświadczenie. Zwycięstwo pozwala gościom utrzymać się w bezpiecznej części tabeli, natomiast Legijna z dorobkiem 6 punktów pozostaje na przedostatnim miejscu, choć waleczności i ambicji nie można jej odmówić.
Goście, zgodnie z nazwą, okazali się być świetnie przygotowani na szalony mecz w trudnych warunkach atmosferycznych pomiędzy CKS Ferajna Warszawa a Mistrzami Chaosu. Od pierwszych minut spotkanie było nieprzewidywalne i pełne zwrotów akcji. Już w 3. minucie bramkarz gospodarzy podłączył się do ataku CWKS i niedokładnie podał, dzięki czemu Mateusz Serafin przechwycił piłkę i z własnej połowy przelobował obrońcę asekurującego atakującego bramkarza. Mistrzowie Chaosu prowadzili 0:1.
Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że w 7. minucie wydarzyło się… dokładnie to samo. Bramkarz CWKS rozgrywał, piłkę ponownie przejął Serafin i po kolejnym uderzeniu z własnej połowy (tym razem po ziemi) goście prowadzili 0:2.
Jednak CWKS szybko się pozbierał i strzelił bramkę na 1:2. Wydawało się nawet, że z czasem zacznie kontrolować spotkanie. Bartosz Puchalski doprowadził do wyrównania jeszcze przed upływem dziesiątej minuty, a później mecz wyraźnie spowolnił. Na kolejne trafienie musieliśmy czekać aż do 20. minuty, kiedy Janek Tyski uderzył z dystansu po ziemi, tuż przy słupku. Zaskoczony Stanisław Dąbrowski nawet się nie rzucił - 2:3. Ostatecznie jednak to gospodarze schodzili na przerwę z prowadzeniem, gdy dwa potężne uderzenia w końcówce pierwszej odsłony pozwoliły im uzyskać skromną przewagę.
Na początku drugiej połowy, po zamieszaniu w polu karnym gospodarzy, piłka została wybita. Dopadł do niej Janek Tyski i potężnym uderzeniem wyrównał wynik spotkania. Co zaskakujące, było to ostatnie trafienie w tym meczu. Pomimo wielu prób z obu stron i mokrej murawy żadnej drużynie nie udało się już zmienić losów spotkania, a mecz zakończył się remisem 4:4.
W końcowym rozrachunku to Mistrzowie Chaosu powinni być z tego wyniku bardziej zadowoleni. Zdobyli cztery bramki, ani razu nie uderzając z pola karnego CWKS-u. Natomiast gospodarze mogą sobie pluć w brodę, bo na własne życzenie wypuścili z rąk komplet punktów.
Warsaw Wilanów podejmujący MWSP to kolejny mecz rozegrany w poprzedniej kolejce na jedenastym szczeblu rozgrywkowym. Pierwsza odsłona tego starcia zdecydowanie należała do zespołu Macieja Wrotniaka. W trakcie tej części meczu zdobyli oni trzy bramki i wyraźnie przeważali na każdym centymetrze boiska. Gospodarze opierali swoją grę głównie na kontratakach, ale ta sztuka niestety im się nie udawała, gdyż często brakowało skuteczności lub zrozumienia pod bramką rywala.
Przed przerwą jedną ze składnych akcji gospodarzy mocnym, płaskim strzałem zakończył Sieradzki, dając swojej drużynie jeszcze odrobinę nadziei na odrobienie strat w drugiej odsłonie. To jednak nie nastąpiło. MWSP po zejściu do szatni omówiło taktykę na drugą część meczu, która okazała się niezwykle skuteczna. Dorzucili dwie kolejne bramki, a w zasadzie jedną, ponieważ przy drugim trafieniu pomogło im samobójcze uderzenie Piotra Kęski. Na zakończenie spotkania gospodarzom pozostała jedynie bramka na otarcie łez autorstwa Karola Kowalskiego. Dołożył on nogę z najbliższej odległości po bardzo dobrym podaniu Jakuba Zaręby, zamieniając je na gola.
Goście ostatecznie wychodzą z tej konfrontacji zwycięsko. Po meczu, który nie sprawił im większych trudności, dopisują trzy punkty do ligowej tabeli, dzięki czemu zbliżyli się do swojego rywala na zaledwie jeden punkt. To zwiastuje bardzo ciekawą ostatnią kolejkę, na którą z tego miejsca serdecznie wszystkich zapraszamy.
Niezwykle zacięty mecz oglądaliśmy pomiędzy Hiszpańskim Galeonem a AC Choszczówką. Od początku oba zespoły chciały narzucić swój styl gry. Gospodarze agresywnie starali się odbierać piłkę już na połowie rywala i to dało efekty w postaci trafienia Franka Sosnowskiego. Goście jednak szybko odpowiedzieli, gdy Michał Jończyk kapitalnym strzałem pokonał bramkarza rywali. Od tego momentu to oni przejęli inicjatywę i, co więcej, byli znacznie bardziej skuteczni. Dwie bramki dały im komfort, a ekipa Magnusa Michalskiego musiała gonić wynik. Do przerwy mieliśmy 1:3.
Po zmianie stron, po korektach taktycznych w Hiszpańskim Galeonie, gospodarze zaczęli lepiej operować piłką i w niespełna trzy minuty stworzyli dwie dobre okazje bramkowe. Ten dobry okres gry w końcu przyniósł gole. Najpierw Krzysiek Małażewski huknął z dystansu i zdobył bramkę kontaktową, a chwilę później kolejna akcja zakończyła się trafieniem dającym remis.
Gdy wydawało się, że gospodarze pójdą za ciosem, Choszczówka odpowiedziała bramką Bartosza Sałaty i ponownie wyszła na prowadzenie. Ekipa Galeonu nie miała już nic do stracenia i ruszyła do ataku. Zamiast jednak cierpliwie rozgrywać piłkę, zbyt szybko próbowała zdobywać przestrzeń, co w jednej z akcji skończyło się stratą i bramką dla rywali.
Od stanu 3:5 gospodarze musieli jeszcze bardziej zaryzykować i starali się choćby wyrwać punkt, ale ostatecznie im się to nie udało. To goście zgarnęli kolejne trzy punkty w tym sezonie. Brawa dla obu ekip za mecz na wysokim poziomie, który dostarczył kibicom wielu emocji.
To spotkanie od samego początku miało swój rytm. Obie drużyny podeszły do meczu z dużą ostrożnością, jakby doskonale wiedziały, że pierwszy gol może ustawić całe widowisko. Pierwsza połowa była przez to bardzo taktyczna - dużo cierpliwej gry, dokładnego ustawienia i unikania niepotrzebnego ryzyka.
Mocny Narket konsekwentnie próbował budować swoje akcje od bramkarza, spokojnie wciągał rywali i szukał okazji do oddania strzałów z dystansu. Z kolei Piwo Po Meczu broniło uważnie, czekając na błąd lub przechwyt, aby ruszyć z groźną kontrą. Mecz przez długi czas był zamknięty, a obie ekipy grały, jakby „na pół gwizdka”, choć w bardzo kontrolowany sposób. Nikt nie chciał być tym, kto pierwszy pęknie.
Przełamanie nadeszło w 24. minucie, niemal tuż przed przerwą. Po szybkim kontrataku piłka trafiła pod nogi Kuby Dąbka, a ten z zimną krwią huknął w stronę bramki, dając gospodarzom zasłużone 1:0 i sporo spokoju mentalnego na drugą połowę.
Po wznowieniu gry Piwo Po Meczu musiało się otworzyć - i tu pojawił się problem. W tym meczu po prostu brakowało im „otwieracza”, zawodnika, który jednym zagraniem lub indywidualną akcją mógłby odwrócić losy spotkania. Kto wie… może faktycznie było już „po meczu”. Tymczasem Mocny Narket wziął sprawy w swoje ręce, a konkretniej w ręce i nogi swojego bramkarza. To właśnie on zaserwował kibicom najładniejszy moment spotkania, kiedy potężnym uderzeniem niemal z własnej połowy trafił w samo okienko bramki rywali. Prawdziwa „pianka”, która mogłaby zdobić każdy piłkarski spektakl. Jakby tego było mało, chwilę później dorzucił kolejne trafienie oraz zapisał na koncie asystę, czyniąc swój występ jednym z najbardziej efektownych w tej serii gier.
Piwo Po Meczu stać było jedynie na honorowe trafienie w ostatniej minucie. Zbyt późno, by zagrozić wynikowi. Mocny Narket wygrał w pełni zasłużenie: spokojnie, dojrzale i z błyskiem, który zrobił różnicę.
W przedmeczowych zapowiedziach zastanawialiśmy się, czy ktoś w tej rundzie będzie w stanie zatrzymać Rodzinę Soprano. Okazało się, że to pytanie zadaliśmy w idealnym momencie, bo uprzedzając nieco fakty, takim zespołem okazał się FC Łazarski. Oczywiście zauważaliśmy, że nominalni goście ostatnio radzili sobie całkiem nieźle, ale faworytem meczu pozostawał team Grześka Bogdańskiego. Przynajmniej do czasu, aż poznaliśmy składy obu drużyn.
W obozie gospodarzy brakowało kilku kluczowych zawodników: Filipa Motyczyńskiego, Krzyśka Kulibskiego, Jana Szaraty - graczy, którzy mogą zrobić różnicę. Takich problemów nie miał Łazarski, który stawił się w pełnej sile, wraz ze swoimi gwiazdami: Zhasulanem Kamantayem czy Yehorem Holubko.
Mecz zaczął się po myśli gospodarzy. Już w pierwszej minucie objęli prowadzenie po golu Wiktora Stańczaka. Był to chyba najłatwiejszy gol w jego życiu: po błędzie bramkarza wpakował piłkę praktycznie z linii bramkowej. Były to jednak miłe złego początki, bo chwilę później Łazarski doprowadził do wyrównania. I od tego momentu zaczął się koncert nominalnych gości. Łatwość, z jaką strzelali kolejne bramki, była godna podziwu. Strzały z dystansu, wystawienia do pustej bramki, stałe fragmenty - przekrój był naprawdę szeroki. Jeszcze przez moment Rodzina Soprano mogła myśleć o podjęciu rękawicy, ale trzy trafienia w końcówce pierwszej połowy właściwie przypieczętowały wygraną Łazarskiego. Po 25 minutach mieliśmy wynik 1:7.
Po zmianie stron przewaga Łazarskiego była widoczna nadal, co potwierdziły kolejne trzy bramki. Dopiero przy stanie 1:10 do głosu zaczęli dochodzić gospodarze, zmniejszając straty do 3:10. Do końca meczu pozostawało około dziesięciu minut, ale wynik już się nie zmienił, za to zaczęły mnożyć się faule, co nie wpłynęło korzystnie na jakość widowiska.
Koniec końców Łazarski zasłużenie wygrał to spotkanie, bo był zespołem znacznie lepszym, a tym razem piłkarska jakość była wyraźnie po jego stronie.
Było to starcie ekip, które dawno nie posmakowały zwycięstwa. Spodziewaliśmy się raczej wyrównanego meczu i przez pierwsze kilkanaście minut dokładnie taki on był. Obie drużyny kreowały dużo okazji strzeleckich, a gra przenosiła się spod jednej bramki pod drugą. Dopiero w 10. minucie udało się wykorzystać chwilę nieuwagi w szeregach obrony Luminy - Nikita Kolokoltsev przejął niedokładne rozegranie, podał do Andreia Yakimuka, a ten nie dał szans bramkarzowi i Razam wyszedł na prowadzenie.
Jeszcze w pierwszej połowie można było zauważyć wyraźną różnicę w stylu obu zespołów. Gospodarze skupiali się na rozgrywaniu piłki i konstruowaniu drużynowych akcji, goście zaś stawiali na dynamiczne kontrataki. Jednak to FC Razam było wyraźnie skuteczniejsze w realizacji swoich założeń. Już w tej części spotkania gospodarze zbudowali przewagę, która okazała się dla Luminy nie do odrobienia. W 19. minucie gola „na raty” strzelił Maxim Shik, a w ostatniej akcji tej części meczu precyzyjnym uderzeniem przy słupku na 3:0 trafił Nikita Kolokoltsev.
Po zmianie stron ogólny obraz gry zasadniczo się nie zmienił, choć zmęczenie wyraźnie wpływało na siłę i celność strzałów po obu stronach. Na kolejnego gola trzeba było czekać niemal do samego końca. W 45. minucie Lumina w końcu zdobyła bramkę kontaktową, a na listę strzelców wpisał się Dmitry Prozorovskiy. Na więcej gospodarze jednak nie pozwolili, sami wyprowadzając dwa zabójcze ciosy. W 47. minucie szanse na ewentualny comeback gości zgasił Kiryl Karabeika, a chwilę później kropkę nad i postawił Władek Loikuts i FC Razam mogło cieszyć się ze swojego drugiego zwycięstwa w tej rundzie.
Vikersonn II kontra Vox Populi było spotkaniem, które nie dostarczyło wielu goli, a hejterzy nazwaliby je meczem dla koneserów. My jednak potrafimy docenić solidne formacje defensywne. Trzeba jasno powiedzieć: był to bardzo wyrównany mecz.
Pierwsza połowa zdecydowanie lepiej zostanie zapamiętana przez zespół gości. To właśnie oni otworzyli wynik spotkania, i to dwukrotnie, nie pozwalając przeciwnikom na zdobycie choćby jednej bramki. Świetnie świadczy to o defensywie Vox Populi, na której czele stał tego dnia niezwykle pewny punkt całej drużyny Piotr Pieńkowski. Emanował spokojem i pewnością siebie, a jego kolejne, coraz bardziej spektakularne interwencje z pewnością mocno siedziały w głowach zawodników gospodarzy.
Druga część meczu była jednak bardziej optymistyczna dla Vikersonn II. Gospodarze rzucili się do szaleńczego odrabiania strat. Choć stracili trzeciego gola, zdołali odpowiedzieć dwoma trafieniami autorstwa Kyselova i wciąż tworzyli kolejne sytuacje. Ich gra momentami wyglądała naprawdę dobrze, lecz na ich nieszczęście bramkarz Vox Populi był w kapitalnej dyspozycji i nie pozwolił na zdobycie kolejnych bramek. Gospodarze mieli jeszcze wiele okazji, ale często brakowało im ostatniego podania lub precyzyjniejszego uderzenia. A jak wiemy 'niewykorzystane sytuacje lubią się mścić'. Nie inaczej było i tym razem. To Vox Populi wywozi komplet punktów i dopisuje kolejne trzy oczka do ligowej tabeli.
Vikersonn II, po trzech porażkach z rzędu, musi w ostatniej kolejce koniecznie zapunktować, jeśli chce jeszcze myśleć o wiosennej walce o strefę medalową. Goście natomiast, w znacznie lepszych nastrojach, podejdą do swojego ostatniego meczu tej jesieni. Po dwóch porażkach wreszcie nadeszło długo wyczekiwane zwycięstwo.
Ta konfrontacja zapowiadała się na naprawdę zacięty pojedynek, bo obie ekipy znamy dobrze i wiemy, że żadna z nich nie odstawia nogi, a słownych potyczek czy fizycznych konfrontacji się nie boi.
To goście dużo lepiej weszli w to spotkanie. Mocnym strzałem w krótki róg bramkarza gospodarzy zaskoczył Łukasz Słowik, a chwilę później Kamil Marciniak pewnie zamienił rzut karny na gola. Niestety dla Melange, dali się łatwo sprowokować temperamentnym stylem gry Furduncio i od tego momentu zaczęły się ich problemy. Brazylijczycy jeszcze przed przerwą ustrzelili dwa gole, doprowadzając do wyrównania, a oba trafienia należały do genialnego tego dnia Marcosa Santany.
W przerwie słychać było motywacyjne okrzyki kibiców i apele o zachowanie chłodnej głowy kierowane do obu drużyn. Jednak gdy ekipy wróciły na boisko, dopiero wtedy zobaczyliśmy prawdziwe emocje. To świetne, pełne zwrotów akcji „meczycho” dostarczyło kilku kartek oraz zmian w prowadzeniu. Ostatecznie więcej spokoju zachowali gospodarze, stwarzając zabójcze kontry prowadzone przez wcześniej wspomnianego Marcosa Santanę, bez dwóch zdań najlepszego zawodnika tego spotkania.
Gdy Furduncio wyszło już na trzybramkowe prowadzenie, Melange próbowało jeszcze odrabiać straty, m.in. dzięki drugiemu podyktowanemu rzutowi karnemu, ponownie pewnie wykorzystanemu przez Marciniaka. Czasu jednak zabrakło i to Canarinhos ostatecznie wygrywają ten mecz, zgarniając bardzo cenne trzy punkty do ligowej tabeli.
Mecz pomiędzy Dynamo Wołomin a Gentleman Warsaw Team zapowiadał się wyjątkowo emocjonująco ze względu na sytuację w ligowej tabeli. Mierzyły się ze sobą sąsiadujące ekipy, jednak to goście znajdowali się przed meczem w strefie spadkowej ze znacznie słabszym bilansem bramkowym od swoich rywali.
Spotkanie otworzył Adam Domidowicz, który strzałem na dłuższy słupek pokonał bramkarza Gentlemanów i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Dynamo Wołomin dzięki zaangażowaniu, komunikacji i determinacji prowadziło grę, kreowało sytuacje, a ataki gości skutecznie neutralizowało dobrą grą w strefie. Sumiennie dorzucali kolejne trafienia, a żelazna defensywa pozwoliła zachować czyste konto do przerwy. Obie ekipy schodziły do szatni przy wyniku 3:0.
Druga odsłona przyniosła masę emocji, ponieważ obfitowała aż w jedenaście goli zdobywanych ze zmiennym szczęściem. Początek znów należał do ekipy z Wołomina, która dorzuciła kolejne trzy trafienia. Na wyróżnienie zasługuje współpraca Adama Domidowicza i Andrzeja Śliwki i być może gdyby nie ich obecność, mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej. Widać było jednak, że w szeregach gospodarzy nastąpiło drastyczne rozluźnienie, wynikające z przekonania o pewnym zwycięstwie. Brak komunikacji był jednym z czynników, które pozwoliły Gentleman Warsaw Team wrócić do gry.
Dwa trafienia Piotra Loze oraz aż trzy gole strzelone przez wchodzącego do pola bramkarza gości, Sebastiana Bartosika, sprawiły, że w pewnym momencie wynik brzmiał 7:5, a atmosfera na ławce gospodarzy była napięta. Ostatecznie Dynamo Wołomin dorzuciło w końcówce dwa trafienia i zwyciężyło nad Gentleman Warsaw Team 9:5.
Spotkanie na dole tabeli rozpoczęło się bardzo spokojnie - wręcz zaskakująco, biorąc pod uwagę problemy, z jakimi obie drużyny mierzą się w ostatnich tygodniach. Pierwsza połowa upłynęła pod znakiem ostrożności i długiego „badania” przeciwnika. Sytuacji bramkowych było jak na lekarstwo, a jeśli już się pojawiały, obaj bramkarze zachowywali czujność i trzymali swoje zespoły przy życiu.
Delikatną przewagę w tej fazie meczu zbudowały jednak Borowiki, które wyglądały na bardziej poukładaną drużynę. Jedyna bramka przed przerwą padła po dobrej, szybkiej wymianie podań, zakończonej skutecznym strzałem Aleksandra Anishchenkova, który tego dnia miał jeszcze wielokrotnie błyszczeć. Do szatni goście schodzili z wynikiem 0:1, pozostawiając gospodarzom nadzieję na odwrócenie losów spotkania.
Po przerwie te nadzieje runęły w ekspresowym tempie. Borowiki wyszły na drugą połowę jak zupełnie inna drużyna. Agresywniejsze, szybsze, pewniejsze w swoich działaniach. Przejęły pełną kontrolę nad meczem, sukcesywnie odbierając Zarubom jakąkolwiek możliwość konstruowania groźnych akcji. Gospodarze zostali całkowicie zneutralizowani i nie stworzyli praktycznie żadnej okazji, która mogłaby dać im choćby cień szansy na kontakt. Goście natomiast urządzili sobie prawdziwy pokaz skuteczności. W drugiej połowie zdobyli aż 7 bramek, raz po raz wykorzystując błędy i nonszalancję defensywy Zarubów. Jednym z głównych architektów pogromu był ponownie Aleksandr Anishchenkov, który dorzucił kolejne trafienie i asysty, kończąc mecz z dorobkiem 2 goli i kilkoma kluczowymi podaniami.
Ostateczny wynik 0:8 odzwierciedla różnicę jakości i formy obu ekip. Borowiki wywalczyły długo oczekiwane przełamanie, natomiast Zaruby United po raz kolejny muszą przełknąć gorzką pigułkę i zastanowić się, jak zatrzymać coraz groźniej wyglądający kryzys.
Absolutna dominacja! Wprawdzie spodziewaliśmy się, że po niechlubnej porażce z Nieuchwytnymi w ubiegłym tygodniu Joga Bonito będzie chciała pokazać się z możliwie najlepszej strony, ale na pewno nie przyszłoby nam do głowy, że aż tak wyraźnie zdominuje zajmującą trzecią lokatę Kresowię II.
Wszystko rozpoczęło się od wspaniałej górnej piłki od Łukasza Krysiaka, która pozwoliła Sebastianowi Kluczkowi strzelić gola… klatką piersiową. Na 2:0 podwyższył sprytnym strzałem Hnatio i kompletnie nie zanosiło się, by druga ze stron miała w najbliższym czasie zagrozić bramce oponentów. Niefortunny samobój kapitana Kresowi, Daniela Mikulicha, oraz gol Doriana Kwiecińskiego, który przeciął piłkę wstrzeloną w pole karne przez Mateusza Hnatio, dawały już naprawdę konkretną zaliczkę ekipie Jogi.
Wyczekiwanego gola zdobyły wreszcie rezerwy Kresowi - Władysław Łozowski, po podaniu Olega Tsetsemy, czubkiem buta skierował piłkę do siatki pod nogami Patryka Wąsowskiego. Przed przerwą podwyższyli jeszcze Pietrzykowski oraz Hnatio, dzięki czemu gospodarze mogli podejść do drugiej odsłony w znacznie lepszych nastrojach.
Po zmianie stron żaden przełom nie nastąpił. Błąd w wyprowadzeniu piłki jednego z defensorów Kresowi sprezentował gola Sebastianowi Kluczkowi. Sam mecz obfitował w wiele utarczek słownych, prowokacji i ostrej gry, choć sędzia zdecydował się pokazać tylko jeden żółty kartonik. Na drugiego gola Kresowia musiała czekać aż do rzutu karnego, który pewnie wykorzystał Artem Janczylik. Była to ostatnia bramka gości w tej rywalizacji.
Później na listę strzelców wpisywali się już tylko zawodnicy Jogi Bonito, ustalając wynik na pokaźne 10:2. Mimo tak dotkliwej porażki rezerwy warszawskiej Kresowi utrzymały miejsce na ostatnim stopniu podium, choć jeśli chcą je zachować, muszą mieć się na baczności - różnice punktowe w grupie pościgowej są naprawdę niewielkie. Z kolei gospodarze wypracowali sobie aż dziewięciopunktową zaliczkę nad czwartym miejscem. Jeśli utrzymają obecną formę, medale będą jedynie formalnością.
Mecz lidera ligi z pretendentem do TOP 3 zdecydowanie spełnił oczekiwania. Może nie w pełni, ale z pewnością na bardzo solidnym poziomie. Bojskowy Folklor, podobnie jak Joga Bonito, kapitalnie rozpoczął sezon: tylko jedna porażka w ośmiu kolejkach, a większość spotkań kończył przekonującymi zwycięstwami. Elitarni natomiast przeplatali dobre mecze słabszymi, dlatego przed tym starciem byli uznawani za wyraźnego outsidera. Na boisku jednak udowodnili, że potrafią rywalizować i grać dobry futbol nawet przeciwko tak silnemu zespołowi jak Boiskowy Folklor.
Początek spotkania był wyrównany, czyli dużo walki, niewiele czystych sytuacji. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli zawodnicy Folkloru po niefortunnej interwencji i samobóju Wojciecha Sekulaka. Ten jednak szybko się zrehabilitował: po świetnym strzale głową po rzucie rożnym doprowadził do wyrównania. Radość Elitarnych nie trwała jednak długo. Na boisku pojawił się spóźniony na mecz Franek Ciastko, któremu wystarczyło zaledwie kilkadziesiąt sekund i dwa kontakty z piłką, by strzelić gola na 2:1. Franek został prawdziwym bohaterem tego spotkania - zdobył dwie bramki, zaliczył asystę, zgarnął tytuł Superstar oraz miejsce w TOP6 zawodników kolejki.
W dalszej części meczu przewagę miał przede wszystkim Folklor, choć Elitarni naprawdę stawiali opór. Przez długi czas wynik utrzymywał się na poziomie 3:1, jednak w końcówce Elitarni zaryzykowali, odsłonili się, a Folklor bezlitośnie wykorzystywał kontry. Co ciekawe, w tym spotkaniu ani razu nie trafił lider klasyfikacji strzelców Ariel Kucharski, za to dubletem popisali się Kacper Miriuk oraz Bartłomiej Trębacz.
Ostatecznie Boiskowy Folklor umocnił swoją pozycję i wszystko wskazuje na to, że czeka nas bezpośrednia walka z Joga Bonito o pierwsze miejsce. Elitarni pozostają na czwartej lokacie, a teraz przed nimi decydujący mecz o TOP 3 w ostatniej kolejce. Z pewnością będą chcieli zakończyć rundę w dobrym nastroju i utrzymać się w grze o brąz.
Nieuchwytni, podejmujący zespół Cockpit Country, który tracił do nich zaledwie jeden punkt - to zapowiadało się na naprawdę wyrównane starcie i wspaniałe widowisko. Mecz jednak skończył się pewną wygraną gospodarzy, czego kompletnie nie oddaje sam wynik.
Pierwsza połowa należała do Nieuchwytnych. Dłużej utrzymywali się przy piłce i tworzyli znacznie groźniejsze sytuacje bramkowe. I choć to goście otworzyli wynik spotkania po strzale Aleksandra Sitka, później rozjuszeni gospodarze pokazali, że to oni przyjechali po trzy punkty. Dwa gole Tomasza Gaworskiego i jedno trafienie Maksyma Zhukova dały im solidną zaliczkę przed drugą częścią meczu, którą teoretycznie wystarczyło już tylko bezpiecznie bronić.
Ci jednak postanowili dalej atakować i podwyższać prowadzenie. Wspomniany wcześniej Zhukov ponownie przymierzył w bramkę gości, zdobywając kolejne trafienie, a do tego rozdał dwa znakomite podania kolegom z zespołu. W tej części meczu z bardzo dobrej strony pokazał się również Oleksii Kyselov. Wspólnie z Zhukovem i Gaworskim stworzyli bajeczny tercet, niczym dawne MNS czy BBC, które niegdyś dominowały ligę hiszpańską. Trzeba jednak oddać gościom, że mimo iż rywal był wyraźnie lepszy, nie złożyli broni i walczyli na tym piłkarskim polu bitwy do ostatniej kropli potu. W efekcie zdołali zdobyć trzy bramki w drugiej odsłonie, które mogą potraktować na otarcie łez, notując jednak czwartą porażkę z rzędu.
Nieuchwytni natomiast, po kolejnym zwycięstwie, pną się w górę tabeli i być może walka o strefę medalową wciąż jest dla nich jak najbardziej realna. Czas pokaże, czas pokaże.
O godzinie 9:00 na Arenie AWF zmierzyły się ekipy White Foxes i Lisy Bez Polisy. Faworytem w derbowym starciu „lisów” był zespół gości, który plasował się o dwie lokaty wyżej i posiadał znacznie lepszy bilans bramkowy od swoich niedzielnych rywali. Nim pierwszy gwizdek zdążył porządnie wybrzmieć, gospodarze wyszli na prowadzenie za sprawą trafienia swojego asa, Jakuba Sokołowskiego.
Ekipa pomarańczowych prezentowała wysoki poziom i wykorzystała swoje pięć minut. po jednym z oblężeń bramki gospodarzy akcję z zimną krwią wykończył Kamil Jarosz, doprowadzając do wyrównania. Lisy Bez Polisy nie potrafiły jednak utrzymać koncentracji do przerwy, dzięki czemu White Foxes, po dwóch szybkich atakach, schodziło do szatni z dwubramkowym prowadzeniem.
Po zmianie stron gospodarze podtrzymali skuteczność, pewnie zwyciężając nad drużyną Pomarańczowych. Cieszyli się grą, dryblowali, a ich akcje zespołowe często sprawiały rywalom ogromne kłopoty. Ten sukces nie byłby jednak możliwy bez dwóch kluczowych zawodników White Foxes. Na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim współpraca między Jakubem Sokołowskim, autorem hat–tricka, a Robertem Wróblewskim, który zanotował aż cztery asysty przy trafieniach kolegów z drużyny.
Rywalizacja w 13. Lidze Fanów jest ogromna. White Foxes po tym spotkaniu wciąż pozostają na siódmym miejscu, ale do podium brakuje im zaledwie dwóch punktów, co świetnie pokazuje, jak zacięta jest sytuacja na tym szczeblu rozgrywkowym.
Spotkanie pomiędzy zespołami Warsaw Pistons a FC Olimpik zapowiadało się jako niezwykle wyrównane, z uwagi na zbliżoną pozycję obu ekip w tabeli. Lepiej w mecz weszli gospodarze, którzy otworzyli wynik za sprawą trafienia Filipa Reńca. Długo jednak nie cieszyli się z prowadzenia, ponieważ goście szybko doprowadzili do wyrównania.
Większość pierwszej połowy miała szarpany przebieg - dużo chaosu, walki w środku pola i przepychania akcji na połowę rywala. Drużyny szły łeb w łeb, jednak ostateczny cios w tej części gry wyprowadził Kacper Romanowski, dzięki czemu Pistons schodzili na przerwę z jednobramkową zaliczką.
Druga połowa miała już zupełnie inny obraz. Goście wyciągnęli wnioski z przeciętnych pierwszych 25 minut i przejęli kontrolę nad spotkaniem. Atakowali częściej, z większym pomysłem, lepiej się ustawiali, co umożliwiało im szybkie i skuteczne kontry. A te zdawały egzamin znakomicie. Na szczególne wyróżnienie zasługuje zawodnik z numerem 77, czyli Valentyn Hordichuk. W meczu przeciwko Warsaw Pistons dał się poznać jako bezlitosny egzekutor: aż czterokrotnie trafił do siatki rywali, co bez wątpienia miało kluczowy wpływ na ostateczny wynik.
FC Olimpik odniósł może nie pewne, lecz niezwykle cenne zwycięstwo 5:4, dzięki czemu opuścił strefę spadkową 14. ligi.
Nieprzerwanie od 6. kolejki tabela 14. Ligi dzieli się na połowę walczącą o medale oraz połowę broniącą się przed spadkiem, a mecz rembertowskiego Santiago z Elekcyjną idealnie wpisywał się w kanon starć pomiędzy tymi dwoma „światami”. Choć goście stawiali trudne warunki, przewaga jakościowa podopiecznych Krzysztofa Bienkiewicza ostatecznie przechyliła szalę zwycięstwa na ich stronę.
Pierwszego gola gospodarze zdobyli po wrzucie z autu Szymona Czyżewskiego do Konrada Domańskiego, lecz bardzo szybko odpowiedziała Elekcyjna, gdy Jakub Mydłowiecki położył bramkarza zamarkowaniem strzału i spokojnie wpakował piłkę do siatki. Następnie strzelec pierwszej bramki dla Remberteu, czyli Domański, postanowił wcielić się w inną rolę i asystował przy trafieniach Czyżewskiego oraz Wójtowicza. Ekipa Adriana Kanigowskiego złapała wprawdzie kontakt za sprawą Mydłowieckiego, lecz do końca pierwszej połowy rywale zdołali odskoczyć na dystans aż czterech trafień.
Druga odsłona rywalizacji zaczęła się od kardynalnego błędu jednego z defensorów gości, który zagrał do kolegi tak niecelnie, że umożliwił Czyżewskiemu podwyższenie wyniku na 7:2. Dopiero ta niefortunna sytuacja ponownie rozbudziła w Elekcyjnej głód goli z początku meczu. Po bramkach Kępczyńskiego, Gierowskiego oraz Mydłowieckiego wiara w korzystny wynik wróciła do graczy w żółtych koszulkach. Czasu było już jednak zbyt mało i obie ekipy dorzuciły jeszcze po jednym trafieniu, ustalając rezultat na 8:5, co tylko pogłębiło różnicę punktową między dolną a górną częścią tabeli.
Starcie Kanarków z Heavyweight Heroes od początku zapowiadało się jako widowisko pełne otwartej gry i dużej liczby bramek. I dokładnie to dostaliśmy. Pierwsza połowa to wymiana ciosów w najlepszym wydaniu. Kanarki szybko narzuciły swoje tempo, ale Heroes ambitnie odpowiadali, wykorzystując każdą okazję do kontrataku. Wynik 5:3 do przerwy idealnie oddawał charakter spotkania: sporo sytuacji, trochę chaosu, dużo ofensywnego grania.
Po zmianie stron tempo meczu zaczęło jednak układać się wyłącznie pod gospodarzy. Herosi, mimo walki i kilku naprawdę dobrych fragmentów, zaczęli wyraźnie odczuwać trudy spotkania. Brakowało szybkości w powrotach, intensywności w pressingu, a przede wszystkim świeżości, by utrzymać rytm z pierwszej połowy. Kanarki bezlitośnie to wykorzystały, dokładając kolejne trafienia i stopniowo przejmując pełną kontrolę nad meczem.
Najlepszym zawodnikiem meczu był bezapelacyjnie Jakub Kowalski, autor czterech bramek. To on napędzał ofensywę Kanarków, świetnie odnajdywał się między liniami, błyskawicznie reagował na błędy rywala i z zimną krwią finalizował akcje. Kiedy drużyna potrzebowała impulsu - dawał go. Kiedy trzeba było uspokoić grę - robił to. Perfekcyjny balans między instynktem strzeleckim a inteligentnym poruszaniem się po boisku.
Końcowy wynik 8:4 pokazuje różnicę, jaka pojawiła się w drugiej połowie: Kanarki były świeższe, bardziej zdyscyplinowane i miały zawodnika, który zrobił różnicę. Heavyweight Heroes walczyli, ale tym razem musieli uznać wyższość lepszej i bardziej konsekwentnej ekipy.
To był jeden z tych meczów, które ogląda się z szeroko otwartymi oczami i z pytaniem: „co tu się właśnie wydarzyło?” - totalny rollercoaster, pełen walki, tempa i szalonych strzałów z dystansu. Milkeen FC i BRD Young Warriors zafundowali kibicom prawdziwy pokaz ofensywnego futbolu, w którym defensywy po prostu nie nadążały za rozkręconymi atakami.
Pierwsza połowa zakończyła się jeszcze względnie spokojnym 1:1, choć już wtedy było widać, że obie drużyny nie zamierzają kalkulować. Były pojedynki bark w bark, agresywne odbiory, szybkie przejścia i odważne uderzenia z dalszej odległości. I właśnie te strzały - często bardzo efektowne - stały się znakiem rozpoznawczym całego meczu.
Po przerwie rozpoczął się strzelecki chaos, z którego finalnie zwycięsko wyszli goście. BRD Young Warriors wykorzystywali niemal każdą lukę w ustawieniu gospodarzy, a kluczową postacią okazał się Maciej Karczewski, a więc autor 4 bramek i 2 asyst. Zarówno w finalizacji akcji, jak i w rozgrywaniu piłki Karczewski był absolutnym liderem ofensywy: dynamiczny, pewny przy piłce, podejmujący świetne decyzje.
Milkeen FC jednak nie pozostawał dłużny. Ich odpowiedzią był Rafał Maciejewski, który zanotował fenomenalne 5 bramek i 1 asystę. Wziął na siebie ogromny ciężar gry i przez długi czas samodzielnie utrzymywał gospodarzy w meczu. Trafiał zarówno po szybkich akcjach, jak i po indywidualnych rajdach. Gdyby nie jego kapitalna dyspozycja strzelecka, końcowy wynik byłby zapewne dużo mniej korzystny.
W drugiej połowie gra przeistoczyła się w szaloną wymianę ciosów. 7:9 to rezultat, który świetnie oddaje charakter widowiska - ofensywna fiesta, defensywna loteria i mnóstwo emocji do samego końca. W ostatecznym rozrachunku BRD Young Warriors byli po prostu bardziej skuteczni i lepiej wykorzystywali momenty przewagi, ale Milkeen FC zostawił po sobie ogromne wrażenie walecznością i nieustępliwością.
Mecz kompletnie zwariowany i dokładnie za takie mecze kocha się niższe ligi.
Prawdziwy mecz na szczycie 14. Ligi rozegrał się pomiędzy zespołem niepokonanych od sześciu kolejek BS Zadymiarzy a „dwójką” Oldboys Derby. Goście, jak to mają w zwyczaju, skupili się na defensywie, pozostawiając całą ofensywną inwencję bramkostrzelnemu Łukaszowi Łukasiewiczowi, który już w pierwszych minutach zmusił Kubę Szymborskiego do kilku interwencji. Jednak to dominujący z piłką przy nodze gospodarze jako pierwsi wyszli na prowadzenie - podanie za plecy obrońców od Szymona Fabisiaka wykorzystał Dominik Zawiślak.
Formacja obronna Oldboyów robiła wszystko, by rywale nie zwiększali przewagi. Pełne ręce roboty miał Rafał Wieczorek, który bronił jak natchniony, a w jednej z sytuacji piłkę z linii bramkowej blokował ciałem Marcin Sobczak, dzięki czemu rezultat nie uległ zmianie aż do przerwy.
W drugiej połowie, obok Zawiślaka, wyróżniającą się postacią w szeregach Zadymiarzy był Michał Nestorowicz. Zanotował dwie asysty przy trafieniach Pawelca i Fabisiaka (gol głową po rzucie rożnym). Na 4:0 podwyższył ponownie Jakub Pawelec i wydawało się, że wszystko jest już pod pełną kontrolą młodszej z drużyn.
Jednak gdy goście przypomnieli o sobie dwoma golami Łukasiewicza, sytuacja zaczęła wyglądać mniej komfortowo. Sprawy w swoje ręce wziął więc Zawiślak - po autowej piłce od Wójcika oddał strzał z lewej nogi, który „przełamał” ręce Wieczorka i zatrzepotał w siatce. Mimo że Oldboye postraszyli jeszcze rywali trzecim trafieniem swojego najlepszego strzelca, a przy jednej z akcji ofiarnie piłkę z linii bramkowej wybijał Hofman, nie zmieniło to już absolutnie nic w kwestii podziału punktów. Zadymiarze zgarnęli komplet oczek, a Derby musieli pogodzić się z porażką.
W 15. lidze odbyły się wyjątkowe derby - Inter zmierzył się z niepokonanym dotąd YUG.BUD, a obie drużyny to jedyne ukraińskie zespoły na tym poziomie rozgrywkowym. Spotkanie od początku było spokojne, żadna ze stron nie forsowała tempa, choć obie starały się atakować i szukać okazji. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:1. Zarówno Inter, jak i goście mieli swoje momenty, ale brakowało skuteczności, bo wiele strzałów mijało bramkę lub było zatrzymywanych przez bramkarzy.
Po przerwie obraz gry nie zmienił się znacząco, jednak Serhii Zaridze, bramkarz Interu, zdecydowanie wpłynął na losy spotkania, rozgrywając fenomenalny mecz. Kilkukrotnie obronił groźne uderzenia, które wydawały się pewnymi golami. Praktycznie murował bramkę i utrzymywał swój zespół w grze. Dzięki jego dyspozycji Inter stopniowo zaczynał budować przewagę, a kolejne akcje rywali, mimo naporu, wciąż nie przynosiły im goli.
W drugiej połowie Inter wysunął się na prowadzenie 3:2 i utrzymał wynik do samego końca. Spotkanie pokazało, że w piłce często decydują detale. W tym przypadku kluczowa była postawa bramkarza. Serhii Zaridze nie tylko ratował swój zespół, ale dzięki jego spokojowi i refleksowi gospodarze wywieźli z derbów zwycięstwo, przerywając serię meczów bez porażki rywali. Sam Zaridze zasłużenie zgarnął tytuł MVP kolejki.
Jeżeli chodzi o YUG.BUD, to ta porażka nie zmieniła ich pozycji w tabeli, jednak skuteczność zaprezentowana w tym spotkaniu może być niepokojąca. Zdecydowanie muszą ją poprawić, bo przewaga nad drugim miejscem zaczyna topnieć.
Spotkanie, które na papierze miało być dla Green Team formalnością, okazało się zaskakująco wymagające. Niedzielni mimo trudnego sezonu i ostatniego miejsca w tabeli pokazali się z odważnej, zorganizowanej strony i przez niemal cały mecz trzymali faworyta w napięciu.
Mecz rozpoczął się błyskawicznie. Już w 1. minucie po świetnym podaniu Piotra Waszczuka wynik otworzył Łukasz Kuna, dając gospodarzom szybkie prowadzenie. Niedzielni jednak nie zamierzali być tylko tłem. Po dobrze rozegranym fragmencie gry i idealnym dośrodkowaniu Przemek Sosnowski strzałem głową doprowadził do wyrównania. Goście wyglądali na drużynę, która odrobiła lekcje po poprzedniej kolejce i wyszła na boisko z dużo większą determinacją.
Green Team zdołał jednak opanować sytuację. Piotr Waszczuk popisał się precyzyjnym uderzeniem z rzutu wolnego, a chwilę później gospodarze podwyższyli wynik na 3:1. Wydawało się, że mecz zaczyna układać się zgodnie z przewidywaniami, ale Niedzielni nie odpuszczali i przed przerwą zmniejszyli straty, schodząc do szatni przy stanie 4:3, co zapowiadało naprawdę ciekawą drugą odsłonę.
Po zmianie stron Green Team podkręcił tempo i zdobył dwie kolejne bramki, wychodząc na trzybramkowe prowadzenie, które dawało im duży komfort. Niedzielni jednak cały czas walczyli. Nagrodą była jeszcze jedna, zasłużona bramka, zdobyta przez wyróżniającego się w ich szeregach Daniela Czekaja. Do pełnego powrotu zabrakło dwóch trafień, ale ambicji i jakości na pewno nie.
Ostatecznie Green Team wygrywa 6:4, utrzymując się w ścisłej czołówce, ale trzeba jasno powiedzieć: Niedzielni zagrali swój chyba najlepszy mecz w sezonie i pokazali, że stać ich na dużo więcej, niż dotychczas sugerowała tabela.
Zdecydowanym faworytem spotkania pomiędzy Pogromcami Poprzeczek a KP Syrenką był zespół gospodarzy, który do meczu przystępował z aż dziewięcioma punktami przewagi nad niedzielnym rywalem. Syrenka była jednak zbudowana dobrą passą, czyli pierwszym zwycięstwem w sezonie oraz remisem.
Początek spotkania był niezwykle wyrównany. Po obu stronach mogliśmy dostrzec dogodne sytuacje, przy których brakowało jedynie finalizacji. Przełomowym momentem dla biegu meczu było trafienie głową Olka Markowskiego, na które musieliśmy czekać aż dwadzieścia minut. Gol ten otworzył worek z bramkami - jeszcze przed przerwą obejrzeliśmy dwa kolejne trafienia. Jedno ponownie po stronie Pogromców Poprzeczek, gdy do siatki trafiła Karolina Figiel, oraz jedno w wykonaniu snajpera KP Syrenki, Maksymiliana Pająka. Jego gol „do szatni” dał drużynie nadzieję i wiarę w możliwość odrobienia strat w drugiej odsłonie.
Nim zdążył dobrze wybrzmieć gwizdek rozpoczynający drugą połowę, Pająk ponownie wpisał się na listę strzelców, doprowadzając do wyrównania. Pogromcy Poprzeczek szybko odpowiedzieli. Pierwszego gola tego dnia zdobył as gospodarzy, Marcin Kowalski, dokładając nogę do idealnie wymierzonego podania kolegi. Mecz był niesamowicie wyrównany, a poziom gry obu zespołów bardzo zbliżony, czego dowodem była kolejna zmiana wyniku. Syrenka wyszła na prowadzenie po stałym fragmencie gry wykorzystanym przez Jakuba Wawryka, a chwilę później z hat-tricka cieszył się Maksymilian Pająk.
Emocje sięgały zenitu, a całe spotkanie rozstrzygnęło się w ostatnich dziesięciu minutach, kiedy Pogromcy Poprzeczek wykazali się przebłyskiem piłkarskiego geniuszu i ogromną determinacją. Bramkę na remis dała akcja duetu Kowalskich. Podanie Michała w głąb pola karnego trafiło do Marcina, który dzięki świetnej grze na zastawkę doprowadził do wyrównania. Na nieszczęście KP Syrenki za chwilę było już po sprawie. Fatalny błąd jednego z obrońców skutkował kolejny golem Marcina Kowalskiego, co nie tylko zapewniło niezwykle cenne zwycięstwo Pogromcom Poprzeczek, ale też stanowiło idealne zwieńczenie jego występu.
Rezultat 5:4 zapewnił Pogromcom Poprzeczek umocnienie swojej pozycji w ścisłej czołówce tabeli, która robi się coraz bardziej napięta - między podium a szóstym miejscem są zaledwie dwa punkty różnicy. KP Syrenka natomiast może jedynie pluć sobie w brodę po tak łatwo wypuszczonym zwycięstwie. Ich gra jednak napawa optymizmem, a motor napędowy zespołu, Maksymilian Pająk, z pewnością zdobędzie jeszcze wiele bramek w biało-niebieskich barwach.
W tym starciu nie było niespodzianki i faworyzowany Szereg sięgnął po trzy punkty, choć musiał się nieco napracować. Już w 3. minucie gospodarze wyszli na prowadzenie, a błyskotliwe podanie Jana Mitrowskiego na gola zamienił Eryk Borczon. Rogalos zamurowali dostęp do bramki i kolejny gol padł dopiero w 10. minucie, gdy rzut karny wykorzystał Jakub Myszór.
Dwie minuty później gola kontaktowego dla gości zdobył Stanisław Korba, ale riposta przyszła błyskawicznie - chwilę nieuwagi w defensywie wykorzystał Aleksander Ryszawa. W 20. minucie oglądaliśmy najładniejszego gola meczu. Jan Mitrowski wyprowadził piłkę ze swojej połowy, minął trzech obrońców, oszukał bramkarza i strzelił na 4:1. Trzybramkowa przewaga Szeregu stopniała do dwóch w ostatniej akcji pierwszej połowy. Rogale sprytnie rozegrały rzut wolny, a ładnym uderzeniem popisał się Łukasz Chyb.
Po zmianie stron punktowali już tylko goście, choć dobrych okazji nie brakowało również po stronie gospodarzy. W 33. minucie kompletnie niekryty Jakub Myszór nie dał szans Maciejowi Jankowskiemu, a po kolejnej akcji było już 6:2 po golu Tomasza Świeczki. Piłka zatrzepotała w siatce po raz ostatni w 37. minucie - świetne podanie wykorzystał kapitan Szeregu, Artur Moczulski.
Choć do końca meczu zostało sporo czasu, gospodarze nie forsowali już tempa i kontrolując przebieg gry dowieźli korzystny wynik. Dzięki temu zwycięstwu Szereg wrócił do rywalizacji o podium i przy odrobinie szczęścia ma szansę przezimować na trzecim miejscu. W przypadku Los Rogalos sytuacja wygląda gorzej, ale widać, że ekipa pomarańczowych zaczyna łapać ligowego bluesa, choć do solidnej formy jeszcze trochę brakuje, Rogale stają się coraz bardziej niewygodnym przeciwnikiem i mogą sporo namieszać na wiosnę.
Mecz aspirujących do podium 15. Ligi Oldboyów z Wombatami, którzy od początku rundy znajdują się w strefie spadkowej, zgodnie z przewidywaniami nie miał większej historii. Bez większych taktycznych filozofii obie ekipy próbowały korzystać ze swoich największych atutów. Gospodarze bronili całym zespołem, raz po raz licząc na indywidualny geniusz Łukasza Łukasiewicza, natomiast FC Wombaty wykorzystywali przewagę motoryczną i pojedynki jeden na jednego.
W mecz lepiej weszli piłkarze z osiedla Derby, dość szybko obejmując prowadzenie za sprawą Marcina Chmielewskiego, który dobił własny strzał obroniony wcześniej przez Kacpra Mitręgę. Można było odnieść wrażenie, że najjaśniejszymi postaciami obu drużyn w pierwszej odsłonie byli bramkarze - zarówno Andrzej Gorzkowski, jak i wspomniany Mitręga wywiązywali się ze swoich obowiązków znakomicie, momentami wręcz ponad stan.
Strzelanie w drugiej połowie rozpoczęła firmowa akcja „ojciec do syna”, kiedy to wspaniałe podanie z obrony do Łukasza posłał Jacek Łukasiewicz. Starania o zdobycie gola przyniosły efekt również po stronie gości. Do bezpańskiej piłki przy rzucie rożnym dopadł Michał Kwiatkowski i bez zbędnych kalkulacji wpakował ją do siatki. Ten lepszy okres gry Wombatów, gdy nieustannie nękali defensywne zasieki rywali, pewnie dałby im prowadzenie w starciu z inną ekipą. Jednak mało kto tak dobrze czuje się w roli oblężonej twierdzy jak panowie z Oldboys Derby. Żółto-czerwoni wykorzystali moment, w którym przeciwnicy spuścili z tonu, i dołożyli kolejne dwie bramki, a autorem obu był młodszy z Łukasiewiczów.
Dla granatowo-białych wprawdzie trafił jeszcze Szymon Godoń, lecz gol nie został ostatecznie uznany z powodu faulu, który miał miejsce chwilę wcześniej. Wynik 4:1 zgodnie z planem pozwolił „trójce” Oldboys Derby utrzymać niewielki dystans do podium, natomiast Wombaty znów musiały obejść się smakiem i po raz piąty z rzędu zakończyły mecz w roli pokonanych.
NWDGamers wciąż nie poczuli smaku wygranej i po starciu z PPKS Tornado ten stan się nie zmienił. Mamy jednak wrażenie, że ekipa Karola Krawczykowskiego powoli zaczyna łapać ligowy dryg, bo choć ostatecznie uległa 5:9, Tornado musiało się naprawdę napocić, by wywieźć korzystny wynik z tego spotkania.
Co więcej, gospodarze po raz pierwszy w swojej ligofanowej historii wyszli na prowadzenie. W 8. minucie, po podaniu Kacpra Paciorkowskiego, gola otwierającego zdobył Jan Kwieciński. Riposta przyszła szybko: już w 11. minucie do remisu doprowadził Jakub Mogenot, a chwilę później było 1:2 dla Tornado po trafieniu Mateusza Kazimierczuka. W 16. minucie NWDGamers wyrównali golem Karola Krawczykowskiego, lecz goście odgryźli się dosłownie w kolejnej akcji, a tym razem na listę strzelców wpisał się Rafał Radzikowski.
Pierwsza połowa to klasyczna wymiana ciosów. Do remisu doprowadził niezawodny Kacper Paciorkowski, ale kolejny moment nieuwagi w obronie skończył się natychmiastową odpowiedzią Tornada - do bramki trafił Marcin Radzikowski. W tym momencie defensywa gospodarzy wyraźnie się zacięła, a po golach Rafała Radzikowskiego i Kamila Rusinka goście odskoczyli na 3:6. Taki wynik utrzymał się do przerwy.
Po zmianie stron gospodarze szybko zmniejszyli straty. Po świetnej dwójkowej akcji Paciorkowski skompletował dublet. W 32. minucie za faul przed polem karnym ukarany został Mateusz Janiszewski, ale NWDGamers nie tylko nie wykorzystali przewagi liczebnej, co szybko ją stracili. Przy jednym z kontrataków Kacper Hawryluk zachował się skrajnie nieodpowiedzialnie i sfaulował rywala bez piłki, za co również obejrzał żółtą kartkę. Długo jednak gospodarze tej kary nie odczuwali, bo precyzyjne dośrodkowanie spadło na głowę Jakuba Mogenota, który umieścił piłkę w siatce. Chwilę później kara dla Tornado dobiegła końca, a dwójkową akcję gości wykończył Mateusz Kazimierczuk - przy stanie 4:8 było już praktycznie po meczu, choć do końca pozostawało sporo czasu.
Kacper Paciorkowski dwoił się i troił, ale nie był w stanie odmienić losów spotkania. W 47. minucie goście przypieczętowali zwycięstwo trafieniem Marcina Radzikowskiego, a choć Gamers wykorzystali jeszcze rzut karny w ostatniej minucie meczu, to ekipa PPKS Tornado mogła cieszyć się ze zdobycia trzech punktów.
Choć sportowy poziom Vitaury spokojnie przewyższa znaczną część stawki w 16. Lidze, to jednak było to zdecydowanie za mało, by powstrzymać świetnie dysponowaną tej jesieni ekipę Standartu. Już w początkowych minutach goście mocno postraszyli rywali. Z rzutu wolnego nieznacznie pomylił się Ruslan Datskiv, a strzał Yuriego Darmohraia obił jedynie poprzeczkę. Była to jednak tylko zapowiedź tego, co piłkarze w zielono-białych strojach zamierzali zgotować Vitaurze.
Kiedy wyjściowy garnitur ukraińskiego zespołu, czyli Ruslan Datskiv, Dmytro Datskiv, Konopatskyi, Dziubak, Darmohrai i Spodaryk wszedł na najwyższe obroty, dosłownie nie było czego zbierać. Wynik 0:6 do przerwy mówił sam za siebie.
W drugiej połowie w szeregach Standartu pojawiło się pewne rozluźnienie, bo gospodarze zostali dopuszczeni do głosu na tyle, że ich strata stopniała do trzech bramek po trafieniach kolejno Przybysza, Kęska i Umiastowskiego. Taki obrót sprawił, że przez około dziesięć minut oglądaliśmy naprawdę wyrównane zawody. Najpierw podanie Prashchura z zimną krwią wykorzystał Spodaryk, na co odpowiedział mu Przybysz po asyście Kopcia. Następnie głową trafił Dziubak, a na 5:8 drogę do siatki znalazł Konrad Glinka, dzięki czemu dystans trzech goli wciąż pozostawał nienaruszony.
Jednak ostatnie siedem minut rywalizacji to już całkowita dominacja ukraińskiej drużyny. Spodaryk skompletował kolejnego hat-tricka, a po jednym golu dołożyli Prashchur, Darmohrai oraz strzałem w samo okienko Rublovskyi. Tym samym byliśmy świadkami kolejnej demolki w wykonaniu ekipy dowodzonej przez Sviatika Konopatskiego, która odskoczywszy grupie pościgowej już na sześć punktów, pewnie zmierza ku triumfowi na ostatnim szczeblu rozgrywek Ligi Fanów.
W 16. lidze Ternovitsia II i FC Ballers walczyły o miejsce w TOP 3. Faworytem wydawała się drużyna z Ternovitsii, przede wszystkim dzięki większej liczbie zdobytych punktów oraz obecności zawodników, którzy regularnie grają również w pierwszym zespole. Statystyki sugerowały większą stabilność tej ekipy. Jednak na boisku przez większość czasu oglądaliśmy bardzo wyrównany mecz, w którym prowadzenie kilkukrotnie się zmieniało i żadna z drużyn nie potrafiła odskoczyć.
Najczęściej to jednak Ternovitsia była minimalnie z przodu, a do zwycięstwa prowadzili ją bracia Mykhailo i Volodymyr Hrydovyi. Każdy z nich ustrzelił poker, a do tego dorzucił asysty - Volodymyr dwie, Mykhailo jedną. Statystyki absolutnie imponujące, a ich wpływ na grę był widoczny w każdym fragmencie spotkania. Volodymyr potrafił stwarzać sytuacje z niczego, niesamowicie walczył o każdą piłkę, natomiast Mykhailo był bezbłędny w wykończeniu i pewnie zamieniał swoje okazje na gole.
W drużynie Ballers wyróżniał się Siarkei Chura, który świetnie wykorzystywał instynkt napastnika i zdobył hat-tricka, a także Aliaksei Zubkouski, autor jednego gola i dwóch asyst. Jednak mimo ich wysiłków zabrakło tego, by wywalczyć choćby punkt. Po pierwszej połowie mieliśmy wynik 5:5, a druga część również długo trzymała w niepewności. Dopiero w końcówce Ternovitsia zdołała odskoczyć na trzy bramki, a mając taki zapas, spokojnie dowiozła zasłużone zwycięstwo.
W efekcie Ternovitsia II umacnia się na drugim miejscu i z pewnością będzie chciała powalczyć również o pozycję lidera. Ballers są od tego jeszcze trochę daleko, ale pokazują naprawdę dobry futbol i można być pewnym, że również będą walczyć o miejsce na podium.




Warszawa
Łódź






)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)