reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

RAPORT MECZOWY! 2. KOLEJKA - SEZON 25/25

Coraz więcej wiemy o sezonie 2025/26. Spora część zespołów potwierdziła swoją formę z inauguracji, dzięki czemu śmiało można zaliczyć je do grona faworytów na swoich poziomach rozgrywkowych. Ma to jednak także drugą stronę medalu – wiele ekip poniosło drugą porażkę z rzędu, co sprawia, że ich sytuacja staje się coraz trudniejsza.

Kto znalazł się w pierwszej grupie, a kto w tej drugiej? Odpowiedzi na te wątpliwości znajdziecie w relacjach naszych koordynatorów!

Opisy meczów 2. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :)
Życzymy Wam przyjemnej lektury!

Ekstraklasa

W drugiej kolejce Ekstraklasy Ligi Fanów doszło do niezwykle emocjonującego pojedynku pomiędzy EXC Mobile Ochota a Tur Ochota.

Mecz rozpoczął się znakomicie dla gospodarzy, którzy szybko objęli prowadzenie 2:0, prezentując dynamiczną i skuteczną grę ofensywną. Wydawało się, że EXC Mobile Ochota ma wszystko pod kontrolą, jednak Tur Ochota nie zamierzał się poddawać. Jeszcze przed przerwą goście pokazali charakter i determinację, doprowadzając do wyrównania na 2:2.

Druga połowa to była już prawdziwa jazda bez trzymanki. Tempo rosło z każdą minutą, a intensywność gry sprawiała, że kibice nie mogli oderwać wzroku od boiska. W jednej z akcji aż trzech zawodników Tura otrzymało żółte kartki, co oznaczało trzyminutowe kary i ogromne osłabienie zespołu. W tym samym czasie kartonik obejrzał także Kacper Cetlin z EXC, co tylko podgrzało atmosferę. Na boisku zrobiło się sporo miejsca, a gospodarze wykorzystali przewagę liczebną (5 na 3), zdobywając kluczowego gola. EXC Mobile Ochota nie spuściło z tonu i do końca utrzymywało wysoką intensywność. Ostatecznie gospodarze wygrali 6:3, udowadniając, że nawet w trudnych momentach potrafią znaleźć w sobie siłę i skuteczność, by sięgnąć po kolejne punkty.

Na wyróżnienie zasłużyli liderzy obu ekip. W drużynie Tura najwięcej zrobił Szymon Mazurek – gol i asysta sprawiły, że był jednym z najaktywniejszych graczy swojego zespołu. Po stronie EXC błyszczeli Jan Grzybowski (2 gole i 2 asysty) oraz Kacper Cetlin (1 bramka i 3 kluczowe podania). Warto też podkreślić wkład Krystiana i Miłosza Nowakowskich oraz Karola Bieniasa, którzy wnosili stabilność i jakość do gry gospodarzy.

EXC Mobile Ochota, mimo trudnych chwil, zdołała zdominować rywala i potwierdzić swoją pozycję faworyta. Tur pokazał natomiast, że będzie groźnym przeciwnikiem dla każdego, choć musi unikać nerwowych momentów i niepotrzebnych kar.

Przed sezonem powiedzielibyśmy, że w tym pojedynku faworyt może być tylko jeden – FC Otamany, czyli wicemistrzowie poprzedniego sezonu ekstraklasy Ligi Fanów. Wiedząc jednak, jakie trzęsienie ziemi zaszło w tej drużynie w aspekcie personalnym, mogliśmy spodziewać się wyrównanego meczu. Od pierwszego gwizdka to jednak goście, czyli Lakoksy, narzucili swoje tempo gry i już po 4 minutach prowadzili 3:0. Obraz gry się nie zmieniał, mimo że gospodarze ambitnie próbowali odrabiać straty. Ekipa Bartka Królaka konsekwentnie kontrowała i wykorzystywała błędy w obronie zawodników z Ukrainy. Do przerwy Lakoksy prowadziły aż 8:1, pokazując pełną dominację zarówno w ataku, jak i w obronie. Otamany próbowały wrócić do gry, ale brak zgrania nowych zawodników był bardzo widoczny. Druga odsłona dawała jeszcze nadzieję na korzystny wynik dla gospodarzy, bo tym razem to oni szybko zdobyli 3 gole. W miarę upływu czasu przewaga beniaminka tylko rosła, a wynik końcowy – 17:6 – mówi sam za siebie. Lakoksy były szybsze, lepiej zorganizowane i znacznie skuteczniejsze.

Prawdziwym bohaterem meczu był Andrzej Czerw, który rozegrał wręcz perfekcyjne spotkanie. Zanotował aż 9 bramek i 4 asysty, praktycznie samodzielnie rozmontowując defensywę Otamanów. Często sam po kolejnym trafieniu wydawał się zdziwiony, że wszystko przychodzi mu tak łatwo. Jego skuteczność była na najwyższym możliwym poziomie.

Warto podkreślić, że mimo statusu beniaminka, Lakoksy prezentują styl gry godny ekstraklasy. W ubiegłym tygodniu napsuli sporo krwi mistrzowi z poprzedniego sezonu, czyli Gladiatorom, a teraz pewnie pokonali wicemistrzów. Z taką formą i szerokim, wyrównanym składem mogą w tym sezonie powalczyć o coś więcej niż tylko utrzymanie. Z kolei Otamany muszą jak najszybciej odbudować zespół i poukładać grę, jeśli chcą pozostać w elicie na kolejny sezon. Choć to dopiero 2. kolejka, już widać, że z takim zestawem personalnym może być im o to bardzo trudno.

Pod pewnymi względami to spotkanie przypominało mecz Impulsu sprzed tygodnia, lecz tym razem to zespół Bohdana Ivaniuka poczuł na własnej skórze, co znaczy zostać stłamszonym przez przeciwnika. Co ciekawe, początkowo nic nie zapowiadało takiego scenariusza – wręcz przeciwnie. W 9. minucie goście otworzyli wynik: dośrodkowanie z rzutu rożnego Vlada Budza na gola zamienił Danil Kuznetsov, a chwilę później supersnajper ukraińskiej drużyny urwał się obrońcom i nie dał szans Adrianowi Krasowi. Wydawało się, że Impuls będzie dyktował warunki, ale od tego momentu wszystko układało się już tylko po myśli zawodników Ognia.

W 12. minucie gola kontaktowego zdobył Antoni Sidor, a po tym trafieniu gospodarze wskoczyli na wysokie obroty i zepchnęli Impuls do defensywy. W 15. minucie wyrównał Damian Warmiak, a w 19. minucie drugiego gola zaliczył Antoni Sidor. Presja gospodarzy była tak duża, że rywale mieli ogromne problemy już z samym rozegraniem piłki od własnej bramki.

Po przerwie Ogień atakował coraz mocniej i w okolicach 34. minuty praktycznie zamknął mecz. Trzy błyskawiczne trafienia – najpierw Kuby Soleckiego z rzutu karnego, a następnie dwa gole Antoniego Sidora – sprawiły, że gospodarze prowadzili już 6:2. Goście momentami byli całkowicie zagubieni, a w ich grę wkradała się frustracja. Mimo to Impuls nie byłby sobą, gdyby nie walczył do końca. W 38. minucie trochę wiary w serca kolegów wlał Roman Soltys, ale sytuację szybko ostudził niezawodny Antoni Sidor.

W końcówce Ukraińcy trafili jeszcze dwukrotnie, jednak byli dalecy od realnego zagrożenia przewadze Ognia. Spotkanie zakończyło się wynikiem 7:5, a gospodarze zasłużenie sięgnęli po komplet punktów.

Przed tym meczem niewielu dawało szanse KSB… włącznie z samymi zawodnikami zespołu Michała Tarczyńskiego. A mimo to chłopaki z Bródna napisali piękną historię i rozegrali spotkanie, którym odkupili wszystkie winy sprzed tygodnia. Przede wszystkim zagrali świetnie drużynowo i nie bali się – jak ostatnio – pograć dynamiczniejszymi podaniami.

Początkowo to Tanatos wyprowadzał groźniejsze ataki i zdawał się dyktować warunki gry, ale pierwszy gol padł dopiero w 14. minucie, a wynik otworzył Szymon Dąbrowski. Remis utrzymał się raptem minutę – wyrównał nowy nabytek KSB, Łukasz Szczerbowski. Goście weszli na wyższe obroty i chwilę później, po indywidualnej akcji, Maciej Grabicki wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Minutę później podwyższył Stanisław Tymiński, a ku zaskoczeniu wszystkich w 20. minucie po golu Vladyslava Voronova było już 1:4. Gospodarze byli takim obrotem spraw oszołomieni i nie mogli się pozbierać aż do końca pierwszej połowy.

Po wznowieniu gry Tanatos pokazał jednak wysoką klasę i zupełnie zmienił plan taktyczny. W rolę golkipera wcielił się Szymon Dąbrowski i grając z wysoko wysuniętym bramkarzem, gospodarze powoli, ale cierpliwie konstruowali akcje ofensywne. Szybko zaczęło to przynosić efekty. Choć KSB mądrze się broniło, a Cezary Wachnik dwoił się i troił między słupkami, napastnicy Tanatosa konsekwentnie znajdowali okazje i je wykorzystywali. W 29. minucie Piotr Jamróż trafił w samo okienko, minutę później Szymon Dąbrowski popisał się uderzeniem z dystansu, a w 34. minucie po dobitce Sebastiana Maśniaka było już 4:4.

Styl gry Tanatosa wyraźnie nie leżał KSB i można było odnieść wrażenie, że gospodarze odzyskują inicjatywę. W 39. minucie goście wrócili jednak na zwycięskie tory – Patryk Olkowicz dołożył nogę do dośrodkowania Stanisława Tymińskiego, a chwilę później sprytnym strzałem oszukał bramkarza rywali i zrobiło się 4:6. Te dwa ciosy zupełnie wybiły Tanatosa z rytmu, a po chwili Tymiński dorzucił kolejne trafienie.

Gospodarze rzucili wszystkie siły do ataku, ale efektem był gol Cezarego Wachnika, który przelobował całe boisko i praktycznie zamknął mecz przy stanie 4:8. Obie ekipy zdobyły jeszcze po jednym golu i ostatecznie KSB mogło cieszyć się z premierowych punktów w Ekstraklasie Ligi Fanów.

1 Liga

W meczu 1. Ligi Fanów pomiędzy FC Łowcy a UKS Toho Grodzisk Mazowiecki emocji nie brakowało od pierwszego gwizdka, który opóźnił się o kwadrans z powodu kłopotów kadrowych zawodników z Ukrainy. Trzeba pochwalić zespół Kacpra Flisa za wyrozumiałość i zdrowe podejście do sytuacji. Choć Łowcy rozpoczęli spotkanie bez żadnych zmian, pokazali ogromną determinację, charakter i świetną organizację gry. Mimo dużej intensywności wytrzymali to fizycznie i do przerwy prowadzili aż 3:0 po trafieniach Grzybowskiego, Boiki i Solopa. Toho, choć miało swoje okazje, raziło nieskutecznością i nie potrafiło znaleźć drogi do siatki, mimo że sytuacje ku temu były.

W przerwie sytuacja kadrowa Łowców uległa zmianie – na mecz dojechali Krystian Nowakowski (reprezentant Polski w Socca), Borys Ostapenko oraz Damian Patoka, co znacząco podniosło jakość gry drużyny. Toho, jako zespół z dużym doświadczeniem na arenie ogólnopolskiej, po przerwie postawiło znacznie cięższe warunki, poprawiając przede wszystkim grę w obronie.

Mimo tego to Łowcy jako pierwsi trafili do siatki po zmianie stron – Ostapenko wykończył składną akcję po świetnym podaniu Boiki, podnosząc wynik na 4:0. Dopiero wtedy Toho zaczęło skutecznie odpowiadać i zdobyło dwie bramki, łapiąc kontakt oraz zwiększając tempo gry. Wydawało się, że mecz może się jeszcze odwrócić, ale końcówka znów należała do Łowców. Kolejne trafienia Boiki i Grzybowskiego dały im pewne prowadzenie 6:2. Wynik spotkania na 6:3 ustalił w końcówce Tretiak.

To był solidny pokaz siły ze strony Łowców, którzy mimo problemów kadrowych rozegrali bardzo dojrzały i skuteczny mecz. Toho pokazało swoje doświadczenie i momentami dobrą grę, ale tego dnia to Łowcy byli po prostu skuteczniejsi i zasłużenie sięgnęli po 3 punkty.

Legendarna FC Kebavita, marząca o powrocie do dawnej chwały, czy ambitne Inferno Team, którego marzenia sięgają gwiazd – podobnie jak umiejętności zawodników? Odpowiedź na to pytanie poznaliśmy już w 2. kolejce 1. Ligi, i patrząc na przebieg meczu, nikt nie mógł czuć się zawiedziony. Choć trzeba przyznać, że wynik do przerwy wywołał zdumienie na wielu twarzach – w końcu nie każdy może prowadzić z Kebavitą 4:0, i to w tak imponującym stylu, jak zrobiło to Inferno.

Podopieczni Igora Patkowskiego świetnie czytali grę, dzięki czemu tiki-taka gospodarzy nie stwarzała większego zagrożenia. Sami zaś tak dobrze wychodzili na pozycje, że często wystarczały im zaledwie trzy podania, by stworzyć akcję bramkową. Punktami w klasyfikacji kanadyjskiej dzielili się Milencki, Świeciński, Wietecki, Niemiec i Abbassi – a asysta piętką tego ostatniego była ozdobą pierwszej odsłony.

Po przerwie na boisku w barwach Kebavity pojawił się długo wyczekiwany nigeryjski napastnik Christian Nnamani, który niemal od razu zaznaczył swoją obecność golem przy bliższym słupku. Gracze Inferno, nawet gdy Kebavita zaczęła prezentować się lepiej, potrafili zachować spryt – przykładem był błyskawicznie rozegrany rzut wolny, po którym na listę strzelców po raz drugi wpisał się Wiktor Niemiec. Chwilę później odpowiedział Nnamani, a w roli lotnego bramkarza pojawił się Azamat Qutpiddinov – dotychczasowy dyrygent środka pola. Był to jasny sygnał, że gospodarze zamierzają potroić wysiłki w ataku, nawet kosztem ryzyka w obronie.

Kiedy błąd defensorów Inferno wykorzystał Kamil Majorek, a wynik brzmiał 3:5, dało się poczuć, że przewaga gości może stopnieć. Na nieszczęście dla ekipy Buraka Cana w kapitalnej formie znajdował się Marek Wietecki, który znów dał Inferno bezpieczny dystans czterech goli. Końcówka meczu stała się bardziej chaotyczna i przypominała wymianę „punkt za punkt”, co ułatwiło Kebavicie gonitwę, ale nie na tyle, by urwać rywalom choćby punkt.

Po dwóch kolejkach plan „powrotu na szczyt” w wykonaniu Kebavity nie przebiega zgodnie z oczekiwaniami, choć z takim strategiem na ławce nie można ich jeszcze skreślać. Inferno Team natomiast skrupulatnie realizuje swoje przedsezonowe założenia i już teraz, z kompletem punktów, zaskoczyło niejednego niedowiarka.

W meczu 2. kolejki 1. Ligi Fanów UEFA Mafia Ursynów zmierzyła się z Betterstyle Husarią Mokotów. Choć formalnie gospodarze mieli na koncie trzy punkty po walkowerze z Łowcami, na boisku odnotowali drugą porażkę z rzędu. Husaria natomiast, po problemach kadrowych w pierwszym meczu z Siriusem, tym razem wystąpiła w solidnym zestawieniu i od początku wyglądała znacznie dojrzalej.

Od pierwszych minut drużyna prowadzona przez Tomka Hubnera przejęła inicjatywę i zaczęła dyktować warunki gry. Wynik szybko otworzył Maśniak po świetnym podaniu Przygody, a kolejne trafienia dołożyli Kulesza (po asyście Maśniaka) oraz Cegiełka. UEFA odpowiedziała golem Komendołowicza, ale kolejne ciosy zadawała już tylko Husaria – trafienia Przygody i Kuleszy dały jej pewne prowadzenie 5:1 do przerwy.

Po zmianie stron UEFA Mafia próbowała wrócić do gry – dwie szybkie bramki pozwoliły zbliżyć się na 3:5, ale był to ostatni zryw tej drużyny. Od tego momentu Husaria odzyskała pełną kontrolę i rozpoczęła koncert ofensywy. Kapitalnie dysponowany Maśniak zdobył aż pięć bramek w drugiej połowie, a wynik uzupełnił Kulesza. Honorowe trafienie dla UEFA w samej końcówce dołożył jeszcze raz Komendołowicz, ale ostatecznie to Husaria triumfowała aż 11:4.

Betterstyle Husaria Mokotów pokazała się w tym meczu jako drużyna z wyraźnym pomysłem, świetną organizacją i wysoką skutecznością, co jest doskonałym prognostykiem przed zbliżającą się Ligą Mistrzów Socca. UEFA Mafia, mimo walki i przebłysków dobrej gry, musi przede wszystkim popracować nad defensywą, bo proste błędy były bezlitośnie wykorzystywane przez rywali.

Czy może być świetne spotkanie, w którym – jak na realia szóstek – padło mało bramek, a mimo to dostarczyło ogromu emocji? Oczywiście, że tak! Pojedynek Explo z Siriusem zapowiadał się jako jedno z najbardziej pikantnych starć w całej Lidze Fanów.

Mecz rozpoczął się jednak dość ospale – obie drużyny długo się badały i szukały sposobu na sforsowanie obrony. Udało się to tylko raz i to gościom. Vladyslav Burda doskonałym podaniem po ziemi wystawił piłkę koledze, który z bliskiej odległości dopełnił formalności i wpakował ją do siatki.

Druga połowa także zaczęła się lepiej dla Siriusa. Najpierw potężną główką po wrzucie z boku boiska popisał się Pidluzhnyi, a chwilę później ten sam zawodnik, idealnie obsłużony, podwyższył wynik mocnym strzałem z lewej nogi z pola karnego. Explo jednak nie rezygnowało – ich ataki były naprawdę interesujące, ale w tym spotkaniu zawodziło wykończenie. Gospodarze bili głową w mur, a gdy po jednej z akcji bramkarz Siriusa złapał piłkę i potężnym strzałem przez całe boisko wpisał się na listę strzelców, gospodarze nieco opadli z sił i wiary w odrobienie strat.

Sirius do końca spotkania kontrolował sytuację, zachował czyste konto i w świetnym stylu odniósł swoje drugie zwycięstwo w lidze. Na ten moment wygląda na to, że pewnie zmierzają po swoje.

W zeszłym tygodniu Korsarze mieli problemy z frekwencją, a choć tym razem wzmocnili skład kilkoma obiecującymi zawodnikami, to wyraźnie zabrakło im zgrania – i to Presley wywiózł z tego meczu cenne punkty. Goście od samego początku byli zdecydowanie bardziej skuteczni, co potwierdzili już w 8. minucie, gdy wynik otworzył Przemek Pudełek. Chwilę później, w 12. minucie, na listę strzelców wpisał się Jakub Wiktorowski i Presley prowadził już 0:2.

Dopiero w 17. minucie Korsarze przełamali niemoc strzelecką – premierowego gola dla nowej ekipy zdobył Ignacy Sabadasz. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo, bo jeszcze przed przerwą Presley podwyższył na 1:3 i schodził do szatni ze skromnym, ale pewnym prowadzeniem.

Po zmianie stron goście szybko dołożyli kolejne trafienie autorstwa Andrzeja Skorupy. Chwilę później mieliśmy niecodzienną sekwencję – najpierw bramka samobójcza po stronie Korsarzy, a moment później identyczny prezent oddali im rywale. Na tablicy wyników było 2:5 i to gospodarze musieli gonić rezultat. W 38. minucie Korsarze poderwali się jeszcze do walki – gola na 3:5 zdobył Tymek Sabadasz. Presley odpowiedział błyskawicznie, a na zwycięskie tory wprowadził swój zespół Nikodem Hamulczyk. Gospodarze zdołali trafić jeszcze raz, lecz nie byli w stanie realnie zagrozić rywalowi.

Ostatecznie to Presley Gniazdowy zgarnął komplet punktów, a Korsarze – mimo kilku pozytywnych momentów – muszą wciąż pracować nad zgraniem, by zacząć punktować w kolejnych spotkaniach.

2 Liga

W hitowym starciu 2. Ligi na boiskach AWF zmierzyły się dwie bardzo mocne drużyny – Cyrkulatka oraz Contra. Spotkanie rozpoczęło się od mocnego uderzenia, bo już w 1. minucie Dominik Skubisz pewnie pokonał bramkarza rywali. Dla Cyrkulatki był to komfortowy początek – drużyna słynąca z wysokiej dynamiki i świetnego poruszania się po całym boisku od razu mogła grać pod swoje dyktando.

Contra, znana z wysokich umiejętności technicznych, szybko ruszyła do odrabiania strat. Atakowali często i groźnie, ale gospodarze dobrze się bronili, a momentami dopisywało im też szczęście – piłka w zamieszaniu nie znajdowała drogi do siatki. W 11. minucie na 2:0 podwyższył Ernest Rząd, choć chwilę później było już 2:1. Cyrkulatka jednak błyskawicznie odpowiedziała – dwa szybkie trafienia i wkrótce zrobiło się 4:1. Do przerwy Contra zdołała jeszcze zmniejszyć straty na 4:2.

Druga połowa była równie intensywna. Goście częściej przebywali na połowie rywala, ale Rząd i Wieliczuk bezlitośnie wykorzystywali swoje okazje i po pół godzinie gry było już 6:2. Nadzieję Contrze przywrócił Tomasz Zagórski – lider gości zdobył dwa szybkie gole i tchnął w swój zespół wiarę. Od tego momentu mecz zmienił się w wymianę ciosów – bramka za bramkę. Ostatecznie pogoń się nie powiodła i spotkanie zakończyło się wynikiem 9:7 dla Cyrkulatki.

Na szczególne wyróżnienie zasłużyli Ernest Rząd i Dominik Skubisz po stronie zwycięzców oraz Tomasz Zagórski w ekipie Contry – to oni nadawali ton ofensywie. Warto też wspomnieć o bramkarzach. Karol Krawczyk zanotował kilka kapitalnych interwencji i popisał się asystą przez całe boisko, a Łukasz Trąbiński nie tylko dobrze bronił, ale też dwukrotnie trafił i dorzucił asystę.

Cyrkulatka po tym meczu umocniła się na fotelu lidera. Czy utrzyma tę formę do końca sezonu? Contra z pewnością będzie chciała się zrewanżować w rundzie rewanżowej, a do walki o czołowe lokaty włączą się także Rock’n Roll, Ternovitsia i Husaria. Sezon 2. Ligi dopiero się rozkręca!

Kochający życie mokotowscy wojownicy w miniony weekend podejmowali piłkarzy Agape w meczu 2. kolejki 2. Ligi. We Love Life Husaria po zwycięstwie nad Zorią chciała potwierdzić, że w tym sezonie stać ich na walkę o czołówkę tabeli i że potrafią ograć kolejny mocny zespół. Goście z kolei, po dotkliwej porażce z Cyrkulatką, potrzebowali punktów, aby odbić się od dna.

Spotkanie rozpoczęło się bardzo energicznie. Husaria wykorzystała szybkie przejęcie piłki na połowie rywala i przeprowadziła skuteczną kontrę, którą wykończył Franek Lis. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać – niedokładne zagranie bramkarza gospodarzy zapoczątkowało akcję, po której Agape błyskawicznie wyrównało. W dalszej części pierwszej połowy większych emocji już nie było – obie ekipy swoje najlepsze atuty ewidentnie zachowały na drugą odsłonę.

A ta zdecydowanie dowiozła! Tuż po wznowieniu Agape ponownie zadało cios – Łukasz Niedźwiedź dał gościom prowadzenie i mocno podrażnił drużynę Tomka Hubnera. Wtedy rozpoczęło się prawdziwe show Husarzy. Najpierw błysnął Faizen Rahmatshoev – kreator gry, a zarazem zdobywca dwóch bramek, który dał impuls całej drużynie. Następnie do głosu doszedł kapitan, Kamil Kapica. W decydującym momencie spotkania dołożył dwa trafienia, zapewniając gospodarzom bezpieczną przewagę. Choć Agape rzuciło się do szaleńczego pościgu i w końcówce zdobyło jeszcze dwa gole, nie wystarczyło to, by odebrać zwycięstwo Husarii.

Był to świetny mecz – przede wszystkim w drugiej połowie. Jeśli ktoś w pierwszej części nieco przysnął, to po przerwie z pewnością się rozbudził i mógł podziwiać pełnię emocji oraz piękno tego sportu!

W drugiej lidze mogliśmy oglądać mecz dwóch ukraińskich ekip. Na ten moment skład Ternovitsii wygląda zdecydowanie stabilniej i ma większą głębię, co potwierdziła już pierwsza kolejka – ta drużyna rozpoczęła sezon od zwycięstwa, podczas gdy Zoria po wyrównanym spotkaniu musiała uznać wyższość rywala.

W tym meczu Ternovitsia objęła prowadzenie już w 3. minucie po golu Volodymyra Grabowskiego, który świetnie odnalazł się w polu karnym. Dwie minuty później mocnym uderzeniem zza szesnastki podwyższył Volodymyr Hrydovyi. Zoria odpowiedziała szybko – młody talent Martinian Delikatnyi popisał się efektowną akcją indywidualną i zmniejszył straty, ale był to właściwie ostatni pozytywny akcent gości w tym spotkaniu. Tuż przed przerwą Oleg Grabowski dorzucił swoje trafienie i Ternovitsia prowadziła 3:1.

Druga połowa to już pełna dominacja ekipy z Ternopola. Drużyna pewnie powiększała przewagę, kończąc spotkanie wynikiem 7:2. Głównymi bohaterami byli Volodymyr Hrydovyi, który skompletował klasycznego hat-tricka, oraz Serhii Romanovskyi – rozgrywający fenomenalny mecz pod względem asyst.

Ternovitsia może cieszyć się idealnym startem sezonu – 6 punktów w dwóch meczach – ale przed nimi jeszcze trudniejsze wyzwania. Zoria natomiast zaczęła rozgrywki słabo, lecz znając charakter tej drużyny, można się spodziewać, że wkrótce powalczy o pierwsze punkty.

W meczu 2. kolejki 2. Ligi Fanów zmierzyły się ekipy Rock'n Roll Warsaw oraz Ukrainian Vikings. Gospodarze przystępowali do spotkania w dobrych nastrojach po efektownym zwycięstwie nad Dzikami z Lasu, natomiast goście chcieli zrehabilitować się po porażce z Ternovitsią i udowodnić, że potrafią grać znacznie lepiej.

Pierwsza połowa była wyrównana, z sytuacjami po obu stronach, jednak to Rock’n Roll Warsaw udokumentował swoją przewagę – jedynego gola w tej części gry zdobył Voronov. Po przerwie gospodarze weszli na wyższy poziom. Szybko strzelili dwa kolejne gole, wychodząc na prowadzenie 3:0 i wyraźnie przejmując inicjatywę.

Przy tym wyniku Ukrainian Vikings mieli szansę wrócić do meczu – najpierw wywalczyli rzut karny, ale świetną interwencją popisał się bramkarz Rock’n Roll, Malenko. Chwilę później nie wykorzystali kolejnej stuprocentowej okazji, co błyskawicznie się zemściło. Dwa trafienia Pavlika sprawiły, że gospodarze prowadzili już 5:0 i praktycznie zamknęli spotkanie.

W końcówce goście zdołali jeszcze zmniejszyć rozmiary porażki – gole zdobyli Dvoliatyk i Yaremii, pokazując ambicję i wolę walki do samego końca. Mimo to zwycięstwo 5:2 dla Rock'n Roll Warsaw było w pełni zasłużone. Gospodarze zaprezentowali skuteczność i dobrą organizację gry, podczas gdy Vikings mogą żałować niewykorzystanych szans, które mogły odmienić losy rywalizacji.

W następnej kolejce zwycięzcy tego spotkania zagrają w meczu na szczycie z będącą w świetnej formie Cyrkulatką, natomiast „Wikingowie” podejmą Contrę.

Spotkanie drużyn, które przegrały na inaugurację – Dziki z Lasu kontra Warsaw Bandziors – było kolejnym meczem minionego weekendu na naszych ligowych obiektach. Starcie miało dwie wyraźnie różniące się od siebie połowy.

W pierwszej odsłonie gospodarze wyraźnie przeważali, co najlepiej oddaje wynik – dwa pewne trafienia i czyste konto pozwalały Dzikom patrzeć w przyszłość z optymizmem. Druga połowa rozpoczęła się podobnie: Bandziors mimo zrywów byli nieskuteczni, a Dziki – jak to bywa w okolicach lasu (a właśnie tam mieszczą się nasze sektory) – czuły się jak u siebie.

Liderem gospodarzy był Aleksander Janiszewski. Jego dwa gole i asysta miały ogromny wpływ na ostateczny rezultat, ale jeszcze ważniejsza była rola, jaką odegrał w kreowaniu gry – to on dyrygował tempem meczu, dawał sygnał do ataku i umiejętnie wspierał obronę. Ta ostatecznie skapitulowała trzykrotnie, bo Bandziors wreszcie przełamali swoją niemoc i trzy uderzenia znalazły drogę do siatki. Było to jednak za mało na dobrze naoliwioną maszynę gospodarzy, którzy nie czekali biernie na rozwój wydarzeń i sami dokładali kolejne trafienia.

Mecz zakończył się wynikiem 6:3, a Dziki z Lasu zdobyły pierwszy komplet punktów w tym sezonie. Goście muszą szukać punktów w kolejnych starciach – czego im oczywiście życzymy!

3 Liga

W minioną niedzielę drużyna Tonie Majami podejmowała P.P.B. Artel Husarię Mokotów. Gospodarze, po heroicznym pościgu i remisie z Warsaw Sinaloa w pierwszym meczu, liczyli na kolejne punkty. Naprzeciw stanął jednak silny i dobrze zorganizowany zespół Husarii, który przed tygodniem pokonał Orzeły Stolicy i do tego spotkania przystępował w roli faworyta.

I jak na faworyta przystało – Husaria świetnie rozpoczęła mecz. Już na początku prowadzenie dał jej Hubner, choć Tonie Majami szybko odpowiedziało trafieniem Kamoli. Kolejne minuty należały jednak do gości – Mamla oraz Borowski trafili do siatki i zrobiło się 3:1. Mimo przewagi po stronie Husarii, gospodarze nie zamierzali się poddawać. Gol Lipińskiego pozwolił zmniejszyć straty, ale błyskawicznie odpowiedzieli Urmanowski i Chojnacki, odskakując rywalowi na trzy trafienia. Tonie Majami jeszcze raz poderwało się do walki – dwa szybkie gole pozwoliły dojść na 4:5 i dały nadzieję na emocjonującą drugą połowę. Niestety dla gospodarzy, ostatnie słowo przed przerwą należało do Husarii. Bramki Borowskiego, Mamli i Urmanowskiego sprawiły, że goście schodzili do szatni z bezpiecznym prowadzeniem 8:4.

Druga połowa to już absolutna dominacja Husarii Mokotów. Gospodarze opadli z sił i nie zdołali ani razu trafić do siatki, natomiast goście urządzili sobie prawdziwy pokaz strzelecki. Zdobyli aż 7 bramek, a na listę strzelców wpisali się ponownie Mamla (dwukrotnie), Hubner, Chojnacki, Hermann, Wdowiński i Urmanowski. Ostatecznie Husaria wygrała bardzo pewnie 15:4, potwierdzając, że będzie jednym z głównych kandydatów do awansu.

Tonie Majami pokazali serce i wolę walki, szczególnie w pierwszej połowie, ale przy takiej sile ofensywnej rywala było to zdecydowanie za mało.

Prykarpattia vs Deluxe Barbershop to kolejny mecz minionej kolejki, który można śmiało skomentować starciem "dwóch różnych połów".

Pierwsza odsłona była niezwykle wyrównana. Przez większość czasu gospodarze prowadzili grę, co potwierdzał aktualny wynik 3:1. Niestety, w końcówce coś się w ich szeregach posypało – stracili dwie szybkie bramki i na przerwę schodzili już tylko z remisem.

Druga część to jednak całkowicie inna historia. Prykarpattia nie znalazła odpowiedzi na to, co wydarzyło się pod koniec pierwszej połowy, a na boisko wyszedł rozpędzony i głodny kolejnych goli zespół Deluxe Barbershop. Po przerwie goście funkcjonowali znakomicie, strzelając aż osiem bramek i kompletnie demolując swoich rywali. Byli skuteczniejsi, ich ataki zdecydowanie groźniejsze, a dodatkowej energii dostarczała im ciągła mobilizacja ze strony prezesa wspierającego drużynę z boku boiska. Ostatecznie Deluxe Barbershop wygrał aż 11:4, a prawdziwą „wisienką na torcie” było fenomenalne trafienie Raula Mammadova – uderzeniem z połowy boiska przelobował on bramkarza gospodarzy i postawił kropkę nad i w tym meczu.

Goście zdobywają więc pierwsze punkty w sezonie i odbijają się od dna tabeli, pozostawiając tam zespół Prykarpattii, któremu życzymy przełamania i punktów w następnych kolejkach.

W 2. kolejce Ligi Fanów doszło do starcia między Warsaw Sinaloa a Orzełami Stolicy, które zakończyło się pewnym zwycięstwem gospodarzy 8:3. Już w pierwszej połowie Warsaw Sinaloa narzuciła swoje tempo, prowadząc do przerwy 3:1 i kontrolując praktycznie każdy aspekt gry. Drużyna imponowała świetną organizacją w obronie i skutecznością w ataku, nie pozwalając rywalom rozwinąć skrzydeł.

Największą gwiazdą meczu był kapitan gospodarzy, Patryk Abbassi, który imponował formą. Zdobył trzy bramki i dołożył asystę, kreując niemal każdą groźną akcję swojego zespołu. Jego doświadczenie, precyzja i wyczucie czasu były kluczowe w budowaniu przewagi Sinaloa. Na wyróżnienie zasłużył również Rafał Złoty – rosły stoper, który mimo warunków fizycznych poruszał się z niezwykłą sprawnością. Zaliczył dwie asysty i zdobył gola, pokazując nie tylko siłę, ale też umiejętność efektywnego włączania się do ofensywy.

Po przerwie gospodarze utrzymali pełną kontrolę nad spotkaniem, systematycznie powiększając przewagę i zmuszając Orzeły do głębokiej defensywy. Sinaloa imponowała szybkością, płynnością podań i skutecznością wykończenia akcji. Mimo kilku prób kontrataków ze strony gości, gospodarze nie dopuścili do poważniejszego zagrożenia pod własną bramką.

Był to pokaz kompletnej gry Warsaw Sinaloa – zorganizowanej defensywy, kreatywnego środka pola i skutecznego ataku. Zaangażowanie całego zespołu oraz wybitne występy Abbassiego i Złotego przesądziły o przekonującym zwycięstwie. Drużyna udowodniła, że potrafi kontrolować mecz od pierwszej do ostatniej minuty, łącząc doświadczenie z przewagą fizyczną i techniczną nad przeciwnikiem.

W 2. kolejce 3. Ligi Fanów Łowcy 2 podejmowali FC Vikersonn UA. Gospodarze walczyli o pierwsze ligowe punkty, a goście chcieli podtrzymać dobrą passę po ubiegłotygodniowym zwycięstwie. Początek spotkania był dość spokojny – obie ekipy badały się wzajemnie. Worek z bramkami rozwiązał w 7. minucie Mahurchak, popisując się świetną indywidualną akcją. Radość Łowców nie trwała jednak długo, bo już 2 minuty później Tymkiv doprowadził do wyrównania. Strzelec gola na 1:1 jeszcze kilkukrotnie próbował pokonać Prikaziuka, ale ukraiński bramkarz znakomicie interweniował.

W 21. minucie niespodziewanym strzałem z rzutu wolnego ze swojej połowy popisał się Deneha, pokonując zasłoniętego Shchura. Ten sam zawodnik chwilę później mógł podwyższyć prowadzenie po kolejnym rzucie wolnym, tym razem tuż sprzed pola karnego przeciwnika, ale górą był dobrze interweniujący golkiper. Przed przerwą okazje mieli też zawodnicy gości, lecz ich strzały były niecelne.

Początek drugiej odsłony łudząco przypominał pierwszą część gry. Wszystko zmieniło się w okolicach 32. minuty, kiedy jeden z zawodników FC Vikersonn został ukarany żółtą kartką. Wydawało się, że Łowcy wykorzystają grę w przewadze i powiększą swoje prowadzenie, ale to goście za sprawą Tymkiva doprowadzili do wyrównania. Ich radość nie trwała jednak długo – kilka minut później Mahurchak dostrzegł ustawionego metr przed bramką rywali Denehę, a ten dopełnił formalności.

Przez kolejne minuty to Łowcy mieli optyczną przewagę, ale bramkę zdobyli goście – po podaniu Bondarenki na listę strzelców wpisał się Shulha. Do końca meczu obie drużyny miały jeszcze swoje okazje, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, lecz gole już nie padły. Spotkanie zakończyło się sprawiedliwym podziałem punktów.

Mecz drużyn, które w pierwszej kolejce sięgnęły po komplet punktów. Jako pierwsi do sytuacji strzeleckiej doszli gospodarze, a konkretnie Harkavka, jednak jego strzał z bliskiej odległości obronił Trzpioła. W 3. minucie było już 1:0 dla gości – po podaniu Zalecha wynik otworzył Grabowski.

Po straconym golu FC Comeback rzucił się do odrabiania strat i miał ku temu okazje, ale w kluczowych momentach brakowało skuteczności. W końcu, po dobrej indywidualnej akcji, Didenko pokonał świetnie dysponowanego tego dnia Trzpiołę. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo – chwilę później nieporozumienie obrońcy z bramkarzem wykorzystał Grabowski. Zaraz po tym Yasinskyi doprowadził do remisu, a moment później Didenko wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie.

W 16. minucie, po dobrze rozegranym rzucie rożnym i świetnym zachowaniu Zalecha w polu karnym, mieliśmy kolejny remis. Pod koniec pierwszej odsłony świetnie pod polem karnym rywala zachował się Grabowski, który obrócił się z obrońcą na plecach i wyłożył piłkę Burzyńskiemu do pustej bramki. Więcej goli w tej części meczu już nie padło.

Drugą połowę bardzo dobrze rozpoczęli gracze GLK, którzy raz po raz stwarzali sobie sytuacje strzeleckie. Jedną z nich wykorzystał Bassa. FC Comeback szybko próbował odpowiedzieć, ale nie potrafił znaleźć sposobu na Trzpiołę. Tymczasem w ataku szalał Grabowski, który po kolejnej indywidualnej akcji podwyższył prowadzenie swojego zespołu.

Niedługo później gola na 4:6 zdobył kapitan gospodarzy, Harkavka, ale to było wszystko, na co tego dnia było stać FC Comeback. Choć okazji nie brakowało po obu stronach, więcej bramek już nie zobaczyliśmy, a GLK zasłużenie sięgnęło po 3 punkty.

4 Liga

W meczu 2. kolejki naprzeciw siebie stanęły dwie drużyny, które nie mogły zaliczyć inauguracji sezonu do udanych. Zarówno Warszawska Ferajna, jak i Bad Boys przystępowały do rywalizacji bez punktów i obie ekipy miały apetyt na pierwsze zwycięstwo.

Od pierwszego gwizdka większą determinację pokazali goście, którzy już w 5. minucie prowadzili 2:0. Najpierw Damian Borowski popisał się celnym strzałem z rzutu wolnego, a chwilę później Kacper Stępień wykorzystał podanie od Kuby Soleckiego i podwyższył wynik. Warszawska Ferajna próbowała odpowiedzieć, jednak defensywa Bad Boys nie pozwalała na wiele. Jeszcze przed przerwą duet Michał Matynia – Kuba Solecki przeprowadził składną akcję zakończoną trzecim golem. Do szatni goście schodzili więc z komfortowym prowadzeniem 3:0.

Druga część meczu rozpoczęła się od kolejnego ciosu Bad Boys. Tym razem na listę strzelców wpisał się Krystian Stępień, podwyższając na 4:0. Gdy wydawało się, że losy spotkania są już przesądzone, gospodarze pokazali charakter. W krótkim odstępie czasu bramki zdobyli Kacper Domański i Anass El Ansari, zmniejszając straty do dwóch goli i dając Ferajnie nadzieję. Niestety dla goniących, ofensywa ta nie trwała długo. Bad Boys szybko odzyskali kontrolę i narzucili swoje tempo. Kolejne dwa trafienia skutecznie ostudziły zapał rywali i pozwoliły spokojnie kontrolować przebieg meczu.

W końcówce obie drużyny zdobyły jeszcze po jednym golu, a spotkanie zakończyło się wynikiem 7:3 dla Bad Boys, którzy dopisali do swojego konta pierwsze punkty w sezonie.

Z pierwszym gwizdkiem Hetman FC przejął pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Ich pressing, szybkie rozegranie i skuteczność były widoczne od samego startu – już do przerwy goście prowadzili aż 5:0. To była jasna dominacja: ofensywa Hetmana wchodziła w obronę Ukraine United jak w masło, a skuteczne wykończenia Damiana Kucharczyka i Oskara Kalickiego potwierdzały różnicę klas.

Gospodarze, mimo ofensywnego nastawienia, przez większość meczu nie potrafili przebić dobrze zorganizowanej defensywy rywala. Presja Hetmana uniemożliwiała spokojne budowanie akcji i prowadziła do strat, które były bezlitośnie karane. Dopiero w 38. minucie Levandovskyi symbolicznie uratował honor swojej drużyny, a chwilę później na 6:2 trafił Dmytro Kuzmin.

Reszta meczu przebiegła pod dyktando Hetmana – drużyna kontrolowała wydarzenia, ale nie brakowało też ambicji po stronie Ukraińców, którzy próbowali gry kombinacyjnej i szukali przełamań skrzydłami. Goście jednak odpowiadali z zimną krwią – kolejne gole Folca i Kucharczyka dopełniły dzieła.

Na wyróżnienie zasługuje Filip Motyczyński, który jako rozgrywający zanotował aż cztery asysty, świetnie uruchamiając swoich snajperów. Defensywa Hetmana również spisała się na medal, minimalizując błędy i neutralizując próby rywali.

Całe spotkanie było pokazem siły, organizacji i skuteczności Hetmana. Ukraine United nie zdołał postawić realnego oporu przez większą część meczu, a końcowy wynik 2:9 dobitnie pokazał, że obie drużyny znajdują się obecnie na przeciwnych biegunach.

Mecz rozpoczął się od mocnego uderzenia ze strony Furduncio – już w 1. minucie wynik otworzył Hugo Chariada. Na kolejnego gola trzeba było czekać aż kwadrans, ale wydarzenia na boisku były absolutnym przeciwieństwem nudy. Obie ekipy narzuciły sobie mordercze tempo i twarde warunki gry, które utrzymały się praktycznie do samego końca spotkania. Sędzia często sięgał po gwizdek, ale były to faule wynikające z walki o piłkę, a nie ze złośliwości.

W 16. minucie Furduncio podwyższyło prowadzenie – swoje pierwsze trafienie tego dnia zaliczył Luciano Sant’Ana. Minutę później Chariada obejrzał żółtą kartkę, a BJM wykorzystało grę w przewadze – kontaktowego gola zdobył Kuba Jóźwiak. Co ciekawe, sytuacja niemal dosłownie powtórzyła się w 22. minucie – druga żółta kartka dla Chariady i znów trafienie Jóźwiaka. Pierwsza połowa zakończyła się remisem 2:2.

Po zmianie stron pierwszy cios ponownie zadali Canarinhos. W 30. minucie asystował Hubert Urbanek, a drugiego gola zdobył Sant’Ana. Chwilę później Brazylijczyk popisał się kapitalnym uderzeniem niemal z połowy boiska – piłka wpadła do siatki mimo rozpaczliwej interwencji Patryka Siczka. Był to solidny kandydat do miana bramki kolejki. Furduncio odskoczyło na dwa gole, ale w 36. minucie po indywidualnej akcji Filipa Odolińskiego zrobiło się 4:3.

Riposta gospodarzy przyszła błyskawicznie – podanie Jeremiego Szymańskiego wykończył Douglas Mesquita. Choć więcej bramek już nie padło, emocje nie opuszczały kibiców do ostatniego gwizdka. Dopiero wtedy Furduncio mogło odetchnąć z ulgą i cieszyć się z kompletu punktów.

FC Bulls podejmowali w weekend Team Ivulin i choć końcowy rezultat 8:6 wskazuje na ofensywną ucztę, w samym przebiegu meczu nie brakowało także ostrej walki i solidnej dawki fizyczności.

Spotkanie rozpoczęło się fatalnie dla gości. Już w pierwszych minutach Team Ivulin zanotował dwa samobójcze trafienia, które ustawiły ton rywalizacji. Taki obrót spraw wyraźnie podciął skrzydła przyjezdnym, a gospodarze z zimną krwią wykorzystali okazję do powiększenia przewagi. Do przerwy FC Bulls prowadzili 4:1 i wydawało się, że kontrolują wydarzenia na boisku.

Po zmianie stron mecz nabrał jeszcze większej dynamiki. Oba zespoły postawiły na atak, a defensywy nie zawsze nadążały z reakcją. W szeregach gospodarzy błyszczał Vadym Churiukanov – autor dwóch goli i asysty – który raz po raz nękał defensywę rywali swoją aktywnością. Ważne role odegrali również Arkadii Kozenko, strzelec dwóch bramek, oraz Vladislav Serheiev, który zanotował dwie kluczowe asysty.

Team Ivulin nie zamierzał się jednak poddawać. Kapitalne zawody rozegrał Antoś Lahviniec, zdobywca hat-tricka, który robił wszystko, aby utrzymać swój zespół w grze. Choć jego determinacja i skuteczność pozwoliły gościom zmniejszyć stratę, gospodarze zachowali chłodną głowę w decydujących momentach i ostatecznie dowieźli zwycięstwo 8:6.

Dla FC Bulls to cenne trzy punkty, które budują morale zespołu. Team Ivulin natomiast musi szybko wyciągnąć wnioski, szczególnie z niefortunnego początku, który w dużej mierze przesądził o końcowym wyniku.

W swoim pierwszym meczu Boca Seniors rozbiła Bad Boys aż 11:0, natomiast Zakapiory przegrały 3:11 z Hetmanem. Logika mogłaby więc podpowiadać, że Boca łatwo ogra rywali… ale futbol nie zna tak prostych scenariuszy.

Pierwsza połowa była dość wyrównana, jeśli chodzi o sytuacje bramkowe. Ciekawostką jest, że wszystkie gole Boca padły nie po finezyjnych kombinacjach, lecz po potężnych uderzeniach z dystansu – dwukrotnie bramkarza Zakapiorów zaskoczył Łukasz Pruszyński. Goście odpowiedzieli wysokim pressingiem i błyskawiczną akcją na jeden kontakt, którą na gola zamienił Michał Obstawski.

Początek drugiej połowy to chwila chwały dla bramkarza Zakapiorów. Andrzej Groszkowski trafił bezpośrednio z własnego pola karnego – czy była to wrzutka, czy świadomy strzał pod słońce, które oślepiło Jakuba Sidora, pozostanie tajemnicą, ale na tablicy widniał już remis 2:2. Radość gości trwała jednak krótko – minutę później Dariusz Piwowarski zakończył szybką, składną akcję Boca, wyprowadzając gospodarzy na prowadzenie 3:2.

Przez kolejne dziesięć minut spotkanie mogło potoczyć się w obie strony, ale to Boca utrzymała kontrolę. Między 40 a 44. minutą fenomenalny Adrian Wolszczak ustrzelił hat-tricka, praktycznie rozstrzygając losy meczu. Zakapiory jeszcze zmniejszyły straty, lecz to było zbyt mało, by myśleć o punktach.

Ostatecznie Boca Seniors przedłużyła swoją zwycięską serię, choć tym razem nie wszystko układało się po ich myśli. Zakapiory natomiast wciąż czekają na pierwsze punkty, ale przy takiej grze można przypuszczać, że nadejdą one bardzo szybko.

5 Liga

W meczu 2. kolejki 5. Ligi zmierzyły się ekipy FC Dziki z Lasu II oraz Tylko Zwycięstwo. Od pierwszego gwizdka nie było wątpliwości, która drużyna tego dnia rozdaje karty. Goście od początku narzucili swoje warunki, prezentując dojrzały i zespołowy futbol, w którym nie brakowało zarówno taktycznej mądrości, jak i piłkarskiego sprytu.

Już w 4. minucie spotkania worek z bramkami otworzył Łukasz Walo, który tego dnia był absolutnie nie do zatrzymania. Napastnik Tylko Zwycięstwo prezentował instynkt rasowego snajpera, co potwierdził jeszcze przed przerwą, kompletując klasycznego hat-tricka. Dzięki jego skuteczności i dominacji całego zespołu goście schodzili do szatni z pewnym prowadzeniem 5:0.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Zespół Tylko Zwycięstwo kontynuował koncertową grę, dokładając kolejne trafienia. Łukasz Walo nie zwalniał tempa – w drugiej połowie dorzucił następne trzy bramki i zakończył mecz z imponującym dorobkiem 6 goli i 1 asysty. Bez wątpienia był to jego dzień.

Honorowe trafienie dla FC Dziki z Lasu II padło dopiero w końcówce spotkania, a jego autorem był… bramkarz Dawid Goździewski, który dobrym strzałem z rzutu wolnego zdobył jedyną bramkę dla swojej drużyny. Tego dnia jednak na boisku rządziła tylko jedna ekipa. Piłkarze Tylko Zwycięstwo pokazali, że są prawdziwym kandydatem do walki o najwyższe cele i zasłużenie sięgnęli po komplet punktów, wygrywając ostatecznie aż 12:1. Tak wysokiego wyniku chyba nikt się tutaj nie spodziewał.

W poprzedniej kolejce Na2Nóżkę zaliczyło bolesną porażkę, a wielu zastanawiało się, jak potoczyłby się mecz, gdyby na placu był obecny etatowy golkiper tej ekipy – Aleksander Sordyl. Tym razem był, i cóż tu dużo mówić – bramka gospodarzy przez większą część spotkania pozostawała niezagrożona.

Początek był wymarzony dla N2N. Już w 3. minucie wynik otworzył Mateusz Gąsiorowski, a chwilę później na 2:0 podwyższył Wiktor Sląz. Co prawda w 12. minucie Kryształ zdobył gola kontaktowego za sprawą Mateusza Jasztala, ale odpowiedź gospodarzy była błyskawiczna. Alexandru Budihalax przywrócił dwubramkową przewagę, a chwilę później podwyższył ją do trzech trafień. Do przerwy Na2Nóżkę prowadziło wyraźnie 4:1.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Kryształ próbował przebić się przez blok obronny gospodarzy, ale był on zbyt dobrze poukładany, by realnie zagrozić bramce Aleksandra Sordyla, który – jak zwykle – potwierdził solidną formę. W 28. minucie Budihalax skompletował hat-tricka, a po drugiej stronie wyróżniał się aktywny Kacper Kubiszer, który w 30. minucie w końcu zdobył upragnionego gola.

Przy stanie 6:3 w 37. minucie Kryształ poderwał się jeszcze do odrabiania strat, ale zryw ten szybko został zatrzymany – minutę później na 7:3 trafił Maciej Samoraj. Od tego momentu zawodnikom z Targówka wyraźnie zabrakło energii i nie byli już w stanie odwrócić losów meczu. Gospodarze dołożyli jeszcze dwa trafienia i pewnie wygrali 9:3.

Mecz pomiędzy After Wola a Lagą Warszawa w ramach 2. kolejki zakończył się zwycięstwem gospodarzy 4:2. Od pierwszych minut oglądaliśmy otwarte spotkanie – obie drużyny grały ofensywnie i szukały swoich okazji.

Laga szybko pokazała, że nie zamierza oddać pola rywalowi i na ataki oponentów odpowiedziała dwoma trafieniami Jana Bajka oraz Juliana Wzorka. After Wola reagowała jednak błyskawicznie i za każdym razem odzyskiwała kontrolę nad wynikiem. Bramki Bartłomieja Marczaka, Piotra Sadowskiego i Pawła Koryckiego sprawiły, że gospodarze schodzili na przerwę z prowadzeniem 3:2.

Druga połowa miała już inny przebieg. After Wola wyciągnęła wnioski z pierwszej części i zaczęła grać bardziej odpowiedzialnie w defensywie, nie rezygnując jednak z ofensywnych wypadów. Laga próbowała doprowadzić do wyrównania, tworzyła sobie sytuacje, ale brakowało jej skuteczności i zimnej krwi pod bramką przeciwnika. Gospodarze kontrolowali tempo i wykorzystywali swoje okazje. W końcówce meczu Korycki po podaniu Sadowskiego zdobył czwartego gola, zamykając rywalizację i odbierając rywalom nadzieję na remis.

Najlepszym zawodnikiem spotkania został wybrany Piotr Sadowski, który zapisał na swoim koncie bramkę oraz asystę i był aktywny w kluczowych momentach gry. After Wola zasłużenie sięgnęła po trzy punkty, pokazując solidność i skuteczność w najważniejszych fragmentach. Laga Warszawa z kolei zaprezentowała waleczność i ambicję, ale nie utrzymała intensywności przez całe 50 minut.

After Wola zaczyna odrabiać straty po walkowerze z pierwszej kolejki, natomiast Laga pozostaje z jednym punktem po dwóch seriach gier.

W meczu pomiędzy FC Fenix a Warsaw Eagle pewne zwycięstwo odnieśli gospodarze, pokonując rywali aż 14:6. Duży wpływ na przebieg spotkania miało to, że goście przyjechali bez zmian – mimo to walczyli ambitnie do końca i starali się nawiązać rywalizację.

Od pierwszych minut Fenix przejął pełną inicjatywę, raz po raz atakując bramkę strzeżoną przez Karola Dębowskiego. Już po dziesięciu minutach na tablicy wyników widniało 5:0 dla gospodarzy, którzy dominowali w każdym aspekcie gry – szybkością, wymiennością pozycji, indywidualnymi umiejętnościami. Warsaw Eagle próbowali się odgryzać, jednak ich akcje były łatwe do odczytania i skutecznie neutralizowane przez defensywę Fenixa. Do przerwy goście zdołali zdobyć dwa gole, ale nie miało to większego wpływu na obraz pierwszej połowy.

Po zmianie stron gospodarze wyraźnie spuścili z tonu, co starali się wykorzystać zawodnicy z Warszawy. Częściej atakowali i stwarzali sobie więcej okazji, przekładając to na kolejne trafienia. Jednak przy każdej stracie błyskawicznie nadziewali się na kontry, które Fenix wykorzystywał bez litości.

Ostatecznie gospodarze pewnie sięgnęli po swoje drugie zwycięstwo w sezonie, potwierdzając wysoką formę. Warsaw Eagle musieli uznać wyższość rywala, choć pokazali ambicję i charakter mimo trudnych warunków kadrowych.

W niedzielny wieczór na Arenie Grenady rozegrano spotkanie 2. kolejki 5. Ligi pomiędzy Mareckimi Wygami a Ajaksem Warszawa. Gospodarze, po bardzo udanej inauguracji sezonu, przystępowali do meczu w roli faworytów, natomiast Ajaks szukał pierwszych punktów po porażce w 1. kolejce.

Mecz bardzo szybko przyniósł kibicom pierwsze emocje. Już w 2. minucie Oleksandr Hutarov otworzył wynik spotkania na korzyść Mareckich Wyg. Chwilę później błysnął Szymon Pietrucha, który w krótkim odstępie czasu zdobył dwa gole. Szczególnie pierwszy z nich mógł się podobać – precyzyjnym uderzeniem z rzutu wolnego w samo okienko pokonał bramkarza Ajaksu. Choć gospodarze prowadzili już 3:0, goście nie zamierzali się poddawać. Bartek Kopacz dwukrotnie trafił do siatki, dając swojej drużynie kontakt i sprawiając, że na przerwę zespoły schodziły przy wyniku 3:2.

Druga połowa miała jednak tylko jednego bohatera. Mareckie Wygi całkowicie zdominowały wydarzenia na boisku, prezentując skuteczność i pewność siebie. Kolejne bramki szybko rozwiały nadzieje Ajaksu na odwrócenie losów meczu. Wynik 7:2 mówił sam za siebie. Goście odpowiedzieli jeszcze jednym trafieniem w końcówce, ale to oponenci zasłużenie dopisali do swojego konta kolejne trzy punkty, wygrywając ostatecznie 7:3.

Po dwóch kolejkach Mareckie Wygi mogą pochwalić się kompletem zwycięstw i imponującym bilansem bramkowym. Ajaks Warszawa z kolei wciąż czeka na swoje pierwsze ligowe punkty i po dwóch porażkach zamyka tabelę. Chciał wyzwań w tym sezonie? - no to ma! Ale wierzymy, że stawi im czoła.

6 Liga

Sante przystępowało do spotkania z FC Zaborów jako lider, choć 1. miejsce zawdzięczało jedynie lepszemu bilansowi bramkowemu. Oba zespoły miały po trzy punkty, więc mecz zapowiadał się ciekawie i miał pokazać, w jakiej formie faktycznie są obie drużyny.

Pierwsza połowa toczyła się w spokojnym tempie – dużo ostrożnej i odpowiedzialnej gry, bez większego ryzyka. Cierpliwe budowanie akcji opłaciło się w 7. minucie, gdy po składnej wymianie piłki prowadzenie dla Sante zdobył Maksymilian Jędrzejczak. Jak to często bywa, chwilę później koncentracja lidera spadła i Zaborów to wykorzystał – Jacek Wdowczyk dograł do niepilnowanego Kamila Czarneckiego, a ten bez problemów doprowadził do wyrównania. Końcówka połowy wyglądała podobnie: najpierw spokojna gra, potem bramka dla jednej strony i błyskawiczna odpowiedź drugiej. Do przerwy mieliśmy sprawiedliwy remis 2:2.

Po zmianie stron optyczną przewagę miał już FC Zaborów. Goście kreowali więcej sytuacji, ale długo nie potrafili znaleźć sposobu na Leszka Piotrowskiego. W końcu błąd w rozegraniu Sante dał rywalom okazję, którą Czarnecki wykorzystał z zimną krwią. Trudno powiedzieć, czy był to moment przełomowy, ale od tego czasu Zaborów złapał wiatr w żagle i dołożył kolejne trafienia, pieczętując pewne zwycięstwo.

Druga kolejka 6. Ligi Fanów przyniosła niezwykle ciekawy pojedynek pomiędzy Saską Kępą a Georgian Team. Obie drużyny miały za sobą nieudane inauguracje – gospodarze zostali rozbici przez Miksturę aż 2:11, a goście przegrali 6:9 z Zaborowem. Nic więc dziwnego, że przystępowały do spotkania z ogromną determinacją, by zapisać na swoim koncie pierwsze punkty.

Mecz rozpoczął się sensacyjnie. To Georgian Team złapał wiatr w żagle i już na początku objął prowadzenie 3:0, czym kompletnie zaskoczył gospodarzy. Wydawało się, że Saska Kępa może po raz kolejny przeżyć koszmar, jednak tym razem nastąpiła błyskawiczna reakcja. Gospodarze uporządkowali grę, przejęli inicjatywę i raz po raz punktowali rywala. Do przerwy tablica wyników pokazywała już 6:3, co było dowodem charakteru i całkowitego odwrócenia losów meczu.

Po zmianie stron Saska Kępa całkowicie zdominowała boisko. Gra gospodarzy była poukładana, schematyczna i przede wszystkim skuteczna. Każdy zawodnik dołożył swoją cegiełkę, a efekt końcowy nie pozostawił złudzeń – pewne zwycięstwo 13:5.

Na szczególne wyróżnienie zasłużył Korneliusz Troszczyński, który zanotował cztery bramki i asystę. Doświadczony zawodnik pokazał, że mimo upływu lat wciąż ma ogromny głód gry i potrafi poprowadzić drużynę do zwycięstwa. Ważną postacią był także Łukasz Kryczka, rozdzielający piłki kolegom i kończący spotkanie z trzema asystami.

To zwycięstwo daje Saskiej Kępie nową energię i pozwala uwierzyć, że jej potencjał sięga znacznie dalej niż pokazał to nieudany debiut. Georgian Team natomiast musi popracować nad koncentracją i stabilnością, bo mimo świetnego początku zabrakło konsekwencji.

Co się stanie, gdy zmieszamy Miksturę przy dobrym akompaniamencie DJ’a? Nie wiemy, choć się domyślamy… Wracając jednak do spraw boiskowych – w meczu Shot DJ z Miksturą obserwowaliśmy prawdziwy piłkarski spektakl!

Spotkanie rozpoczęło się z hukiem, i to dosłownie – w ciągu trzech minut goście zdobyli aż trzy bramki, a na listę strzelców wpisali się Michał Krzemiński, Mateusz Jochemski oraz Artur Zawadziński. Zaskoczeni gospodarze potrzebowali chwili, by dojść do siebie, ale z każdą minutą coraz wyraźniej przejmowali inicjatywę. Kilka okazji miał Jan Jabłoński i dwie z nich zamienił na gole. W 12. minucie było już tylko 2:3. Mikstura jednak nie zwolniła tempa i odpowiedziała dwoma mocnymi ciosami – ponownie błysnął Zawadziński, a towarzyszył mu Bartek Folc. Naprawdę imponujące pierwsze 15 minut gry! Jeszcze przed przerwą Jabłoński skompletował hat-tricka, ustalając wynik na 3:5.

Po zmianie stron tempo nieco opadło. Goście skupili się na obronie korzystnego rezultatu, a ataki Shot DJ długo nie przynosiły efektów. Przełom nastąpił po 36. minucie – wtedy oglądaliśmy dwie kapitalne bramki. Najpierw Jabłoński huknął z woleja w samo okienko, chwilę później pięknym strzałem od poprzeczki popisał się Michał Wasiak. Na tablicy było już 5:5, a do końca meczu pozostawało pięć minut.

Wtedy do akcji wkroczył Piotr Stefaniak, który znów wyprowadził Miksturę na prowadzenie i wprawił swój zespół w euforię – 5:6! Wydawało się, że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki, ale Shot DJ przez całe spotkanie gonił wynik i nie zamierzał pozwolić, by cały wysiłek poszedł na marne. W ostatniej akcji meczu bohater dnia, Jan Jabłoński, zszedł ze skrzydła i mocnym strzałem przy krótkim słupku uratował remis.

Hat-trick plus dwa kolejne trafienia – Jabłoński bezsprzecznie MVP tego widowiska!

Spotkanie Bartolini z Old Eagles Koło zapowiadało się bardzo ciekawie. Bartolini to drużyna solidna, choć na początku sezonu boryka się z problemami frekwencyjnymi. Old Eagles takiego kłopotu nie mają i wyszli w mocnym składzie.

Od pierwszych minut mecz toczył się w spokojnym tempie – było widać doświadczenie obu ekip, które rozegrały już niejeden ligowy pojedynek. Styl gry bardziej taktyczny, oparty na myśleniu niż na szybkim bieganiu czy fizyczności, mógł sprzyjać Bartolini. Jednak Old Eagles szybko pokazali, że nie zamierzają się temu podporządkować. Pierwszą połowę wygrali dzięki znakomitej dwójkowej akcji Józefiak–Parol, którą skutecznie zakończył ten pierwszy.

Bartolini odpowiedzieli błyskawicznie – Marcin Zaremba odegrał w stylu futsalowego „słupa”, a Michał Cholewiński mocnym strzałem umieścił piłkę w siatce. Niedługo później Adrian Olwiński dobrze odnalazł się w polu karnym i z dobitki ponownie wyprowadził Old Eagles na prowadzenie. Tuż przed przerwą padł gol, który mocno wpłynął na losy meczu – Cholewiński próbując przeciąć dośrodkowanie rywali niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki. Do szatni drużyny schodziły więc przy wyniku 3:1 dla ekipy z Koła.

Po zmianie stron długo utrzymywał się wynik bez bramek, choć obie drużyny miały swoje okazje. W 40. minucie Eagles podwyższyli na 4:1 i wydawało się, że sprawa jest rozstrzygnięta. Bartolini jednak nie odpuścili – wykorzystali kilka sytuacji i na cztery minuty przed końcem przegrywali już tylko 3:4. Długo napierali, ale nadziali się na kontry, które „Orły” zamieniły na kolejne bramki.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:3 na korzyść Old Eagles Koło. Bartolini muszą popracować nad frekwencją – w tym spotkaniu brakowało im zmian i świeżości, by odwrócić losy rywalizacji. Old Eagles z kolei pokazali doświadczenie i skuteczność, choć powinni szybciej zamykać takie mecze, zamiast dopuszczać do nerwowej końcówki.

Spotkanie pomiędzy Szmulki Warszawa a Green Lantern szybko dostarczyło emocji i pierwszych bramek podczas niedzielnego popołudnia na Arenie Grenady. Już w 1. minucie Artur Wydra otworzył wynik meczu, dając gospodarzom błyskawiczne prowadzenie. Goście jednak szybko odpowiedzieli – kilka minut później Sebastian Bartczuk doprowadził do wyrównania.

Mecz był wyrównany, ale to Szmulki prezentowały się pewniej i skuteczniej, co potwierdziły kolejnymi trafieniami. Najpierw na 2:1 strzelił Jakub Kaczmarek, a chwilę później Kacper Pacholczak podwyższył wynik na 3:1. Green Lantern nie zamierzali się poddawać – Patryk Podgórski zmniejszył straty, jednak ostatnie słowo w pierwszej połowie należało do gospodarzy. Borys Sułek ustalił wynik do przerwy na 4:2.

Druga część spotkania rozpoczęła się spokojniej, ale była to tylko cisza przed burzą. W 39. i 40. minucie gospodarze zdobyli dwa szybkie gole, odskakując na 6:2. Ten fragment meczu praktycznie przesądził o losach rywalizacji. Green Lantern odpowiedzieli jeszcze jednym trafieniem, lecz końcówka znów należała do Szmulek, które dołożyły kolejne dwa gole i ostatecznie zwyciężyły 8:3.

Było to widowisko pełne bramek, dynamicznych akcji i nieustannej walki. Szmulki Warszawa potwierdziły swoją dobrą formę, a Green Lantern – mimo ambitnej postawy – musieli uznać wyższość rywala.

7 Liga

Spotkanie pomiędzy Virtualnym Ń a Warsaw Gunners FC zakończyło się wynikiem 7:2, ale sam rezultat nie oddaje w pełni przebiegu meczu. Choć gospodarze byli zdecydowanie skuteczniejsi i potrafili zamieniać swoje okazje na gole, to Gunners przez całe spotkanie stwarzali wiele groźnych sytuacji i kilkukrotnie obili obramowanie bramki. Przy większej precyzji wynik mógł wyglądać zupełnie inaczej.

Pierwsza połowa rozpoczęła się od mocnego uderzenia Szymona Kolasy z rzutu wolnego – piłka wylądowała idealnie w okienku, otwierając wynik spotkania. W kolejnych minutach gospodarze grali szybko i z dobrą organizacją w ofensywie, co przyniosło im kolejne trafienia – w sumie aż cztery. Gunners odpowiedzieli jednym golem, ale jeszcze przed przerwą mogli spokojnie zdobyć dwa kolejne, bo ich strzały minimalnie mijały słupek lub zatrzymywały się na poprzeczce. Rezultat 4:1 do przerwy był więc nieco mylący.

Po zmianie stron Virtualne Ń utrzymało skuteczność i dołożyło trzy kolejne bramki, praktycznie przesądzając losy meczu. Warsaw Gunners nie poddawali się, atakowali do samego końca i zdobyli jeszcze jednego gola, lecz zabrakło im szczęścia w kluczowych momentach.

Gospodarze pokazali dojrzałość i chłodną głowę pod bramką rywala – niemal każda klarowna okazja kończyła się golem. Gunners natomiast udowodnili, że potrafią grać ofensywnie i kreować mnóstwo sytuacji, ale muszą popracować nad skutecznością i koncentracją w defensywie. Choć końcowy wynik sugeruje jednostronne widowisko, na boisku oglądaliśmy emocjonujący, znacznie bardziej wyrównany mecz.

W ubiegłą niedzielę, w ramach 2. kolejki rundy jesiennej, na przeciwko siebie stanęły ekipy KS Driperzy i KK Wataha Warszawa. Ostatecznie to goście okazali się lepsi, zwyciężając 9:5.

Pierwsza połowa była bardzo wyrównana – obie drużyny szły łeb w łeb. Gdy tylko Driperzy wychodzili na prowadzenie, rywale natychmiast odpowiadali i doprowadzali do remisu. Ciężko było wskazać ekipę mającą wyraźną przewagę, jednak to Wataha zadała decydujący cios tuż przed przerwą i schodziła do szatni przy prowadzeniu 4:3.

Po zmianie stron obraz gry zmienił się diametralnie – goście kompletnie zdominowali rywala. Kluczowymi postaciami byli tu Anass El Ansari oraz Hubert Korzeniewski. Pierwszy z nich, znany z występów w barwach Warszawskiej Ferajny, ponownie udowodnił, że jest świetnym kreatorem – niemal każda akcja przechodziła przez jego nogi, dyrygował zarówno defensywą, jak i ofensywą Watahy. Z kolei Korzeniewski był prawdziwym egzekutorem – aż sześciokrotnie wpisał się na listę strzelców, imponując skutecznością i pewnością pod bramką przeciwnika.

Fenomenalna druga połowa w wykonaniu gości sprawiła, że to właśnie KK Wataha Warszawa mogła cieszyć się z kompletu punktów, a Driperom pozostało szukać przełamania w kolejnych meczach.

W zapowiedziach nie stawialiśmy na ekipę Eagles i pierwsza połowa zdawała się potwierdzać te przypuszczenia. Już w 2. minucie Alash objął prowadzenie po golu Nurlykhana Yessenzhana i przez pierwszy kwadrans to goście prezentowali lepszą jakość, choć dobrych strzałów nie brakowało po obu stronach. W 15. minucie wyrównał Denisio Chea, ale chwilę później Alash znów wyszedł na prowadzenie po trafieniu Olzhasa Zhambila.

W 21. minucie ponownie był remis – i ponownie dla Eagles trafił Denisio Chea. Gra gospodarzy wciąż jednak pozostawiała wiele do życzenia: za dużo było indywidualnych prób, a za mało zespołowej współpracy. Kapitan Eagles najwyraźniej doskonale to wyczuł, bo w przerwie odpowiednio poukładał drużynę. Po wznowieniu role się odwróciły – Alash grał coraz bardziej nerwowo i bez pomysłu, natomiast Eagles z minuty na minutę się rozkręcali. Już pierwsza akcja drugiej połowy zakończyła się golem Michała Rybińskiego, pokazując, że to gospodarze przejęli inicjatywę.

Obie drużyny grały twardo, nie brakowało fauli, ale nie były one złośliwe. Na kolejnego gola trzeba było poczekać aż do 41. minuty, kiedy Anurag Bhurtel podwyższył na 4:2. Alash znalazł się pod ścianą i musiał gonić wynik. W 43. minucie kontaktowe trafienie zdobył Madiyar Seiduali, lecz Eagles momentalnie odpowiedzieli – hat-tricka skompletował Denisio Chea. W 47. minucie Daulet Niyazov znów dał gościom nadzieję, ale chwilę później faul zakończył się rzutem wolnym, który Chea zamienił na piękne trafienie, ustalając wynik spotkania na 6:4.

Na sam wieczór niedzielnych zmagań, czyli o 22:00 Oldboys Derby podejmowali Czasoumilaczy. Spotkanie od samego początku miało wyrównany przebieg – obie drużyny atakowały i szukały prowadzenia, ale największą przeszkodą była nieskuteczność pod bramką rywala. Zarówno Michał Piątkowski, jak i Kacper Puławski kilkukrotnie ratowali swoje zespoły, jednak ofensywa obu ekip tego dnia zawodziła. Do przerwy na tablicy wyników widniał remis 2:2.

Druga połowa przyniosła jednak zdecydowaną zmianę obrazu gry – i to na korzyść Oldboysów. Zespół Marcina Wiktoruka zaczął przejmować inicjatywę, głównie dzięki wejściu na boisko Miłosza Suchty, który był absolutnym bohaterem tego meczu. Strzelał gole, asystował, mijał rywali, odbierał piłkę – robił dosłownie wszystko. Jego obecność wniosła świeżość i energię, która udzieliła się całej drużynie.

Suchta zakończył spotkanie z hat-trickiem oraz dwiema asystami, a jego kapitalny występ bezpośrednio przełożył się na zwycięstwo gospodarzy. Oldboys Derby wygrali 8:5, zdobyli komplet punktów i awansowali na 2. miejsce w tabeli, odprawiając z kwitkiem ekipę Czasoumilaczy.

W ostatni dzień tygodnia na Arenie Grenady rozegrano spotkanie 2. kolejki pomiędzy Tornado Squad a Skrą Warszawa. Obie drużyny przystępowały do meczu w zupełnie odmiennych nastrojach – gospodarze po porażce na inaugurację, natomiast Skra po zwycięstwie i komplecie punktów. Trudno było wskazać faworyta, ale to Tornado błyskawicznie przejęło inicjatywę.

Już w 3. minucie wynik otworzył Arek Sajnog, który pewnym strzałem dał Tornado prowadzenie 1:0. Skra odpowiedziała natychmiast – dwie minuty później do remisu doprowadził Konrad Szymański. Radość gości nie trwała jednak długo. Już w kolejnej akcji efektownym trafieniem popisał się Patryk Skibiński, przywracając Tornado prowadzenie. Od tego momentu gospodarze złapali wiatr w żagle i w krótkim czasie całkowicie zdominowali przeciwnika. W ciągu zaledwie pięciu minut dołożyli trzy kolejne bramki, wychodząc na prowadzenie 5:1.

Skra próbowała wrócić do gry, a nadzieję dało trafienie Nikodema Marcinkowskiego. Końcówka pierwszej połowy znów jednak należała do gospodarzy – dwa kolejne gole sprawiły, że Tornado schodziło do szatni z bardzo komfortowym prowadzeniem 7:2.

Po przerwie piłkarze Skry rzucili się do ataku i szybko zdobyli bramkę, ale gospodarze nie zamierzali oddać inicjatywy. Odpowiedzieli trafieniem na 8:3, pokazując, że tego dnia są po prostu lepsi. Skra zdołała jeszcze dwukrotnie pokonać bramkarza rywali, lecz nie wystarczyło to, by odwrócić losy meczu. Spotkanie zakończyło się wynikiem 8:5 dla Tornado Squad, które po nieudanym starcie sezonu wraca na właściwe tory. Skra natomiast musi przełknąć gorycz porażki i wyciągnąć wnioski przed kolejnym spotkaniem.

8 Liga

To miał być ciekawy mecz – obie drużyny przegrały swoje pierwsze spotkania i bardzo chciały się zrehabilitować. Każda mogła wcześniej tłumaczyć się brakami kadrowymi: Shitable grało w mocno okrojonym składzie, a Force Fusion musiało radzić sobie bez kapitana i największej gwiazdy – Ruslana Jakubiva. Tym razem żadna ze stron nie miała już wymówek: Ruslan wrócił do gry, a Shitable dysponowali szeroką ławką i nowymi zawodnikami.

Rezultat zmian? Już w 12. minucie było 3:0, a wszystkie gole zdobył Jakubiv. Szczególnie efektowne było jego trzecie trafienie – po perfekcyjnym dośrodkowaniu Batmunkha Unursaikhana uderzył głową z dalszego słupka, nie dając szans bramkarzowi. Shitable odpowiedzieli dwoma golami swojego lidera, Stasa Krayeuskiego, lecz to nie wystarczyło – Force dorzucił kolejne trafienia i do przerwy prowadził 5:2. Było to w pełni zasłużone prowadzenie, bo w pierwszej połowie to Fusion wyraźnie kontrolowało przebieg gry.

Po zmianie stron obraz meczu niewiele się zmienił – Shitable częściej dochodziło do sytuacji, ale to Force trzymało rękę na pulsie. Jednak między 36. a 46. minutą oglądaliśmy prawdziwy zwrot akcji. Shitable złapali wiatr w żagle, uwierzyli w odmienienie losów spotkania i w krótkim czasie zdobyli aż cztery gole, doprowadzając do remisu 6:6. Wydawało się, że psychologiczna przewaga jest już po ich stronie i zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki. Doświadczenie Fusion jednak zrobiło różnicę – zespół uspokoił grę, opanował emocje i bezlitośnie wykorzystał swoje atuty, punktując rywala po stałych fragmentach i kontratakach. Ostatecznie mecz zakończył się zasłużonym zwycięstwem Force Fusion.

Choć przez większość czasu to oni kontrolowali przebieg rywalizacji, Shitable pokazali świetny fragment meczu. Jeśli uda im się taki zryw rozciągnąć na całe 50 minut, pierwsze zwycięstwa są tylko kwestią czasu.

Niezwykle wyrównane, pełne emocji i zwrotów akcji spotkanie oglądaliśmy w poprzedni weekend na ligowych obiektach. FC Pers podejmował Dnipro United – obie drużyny rozegrały bardzo zacięte mecze w pierwszej kolejce, więc nikogo nie powinno zaskoczyć, że i tym razem rezultat okazał się wyjątkowo wyrównany.

Pierwsza połowa upłynęła pod znakiem spokojnych, wyważonych ataków – zespoły cierpliwie szukały sposobu, by przedostać się pod bramkę rywala. Ta sztuka udała się gościom o jeden raz więcej, dlatego to oni schodzili na przerwę z minimalną zaliczką.

Druga odsłona nie zmieniła obrazu meczu – wciąż oglądaliśmy wyrównane starcie na przyzwoitym poziomie. Coraz częściej jednak inicjatywę przejmował Pers, który musiał gonić wynik. Gospodarzom udało się wrócić do gry, lecz gdy wydawało się, że Dnipro dowiezie jednobramkowe prowadzenie do końca, popełnili fatalny błąd. Faul tuż przed polem karnym, rzut wolny, do piłki podszedł Mati Musoev i mocnym strzałem doprowadził do remisu!

Sędzia chwilę później zakończył spotkanie, a Pers uratował cenny punkt w ostatniej akcji meczu. Patrząc na pełne 50 minut, to gospodarze mogą być bardziej zadowoleni z przebiegu tego starcia niż goście – ale taka jest piłka: trzeba grać do ostatniej sekundy. Pers zasłużył na pochwałę za zawziętość i walkę do końca, która tym razem przyniosła nagrodę.

W niedzielny poranek na arenie AWF-u mierzyły się ekipy Synów Księdza i Legionu. Już od pierwszych minut zespół z Ukrainy narzucił swoje tempo i zdominował rywala. Gospodarze, zanim zdążyli się obudzić, musieli odrabiać straty, a gdyby nie świetna postawa Pawła Prycińskiego, wynik do przerwy mógł być dla drużyny Damiana Węgierka znacznie gorszy. Legion imponował mobilnością i szybką wymianą podań, co sprawiało sporo problemów defensywie przeciwnika. Do przerwy goście prowadzili 4:1 i wydawało się, że mają mecz pod pełną kontrolą.

Po zmianie stron w obozie Synów Księdza nastąpiła pełna mobilizacja – mocniejsza defensywa i lepsza organizacja gry sprawiły, że gospodarze szybko złapali kontakt. Legion nieco spuścił z tonu, a jego akcje nie były już tak groźne jak w pierwszej połowie. Kluczowe momenty meczu nastąpiły około 40. minuty – Synowie Księdza zdobyli dwie bramki w krótkim odstępie czasu i strata zmalała do jednego gola. Szczególnie pechowe okazało się trafienie na 4:5 – po wybiciu bramkarza Pawła Prycińskiego piłkę głową zagrał zawodnik Legionu, czym kompletnie zmylił własnego golkipera. Na pięć minut przed końcem wyrównującą bramkę zdobył kapitan Damian Węgierek, a ostatnie sekundy spotkania były niezwykle emocjonujące. Obie drużyny miały swoje okazje, lecz wynik nie uległ już zmianie.

Ostatecznie po bardzo ciekawym pojedynku padł remis 5:5, który z perspektywy całego meczu wydaje się jak najbardziej sprawiedliwy. Legion musi nauczyć się zamykać takie spotkania – przy większej skuteczności mogli zgarnąć pełną pulę. Synowie Księdza z kolei pokazali ogromny charakter i z pewnością w kolejnych starciach będą celować już w zwycięstwa.

W niedzielne popołudnie na Arenie Grenady naprzeciw siebie stanęły drużyny FC Alliance i Q-Ice Warszawa, które inaugurację sezonu mogły zaliczyć do udanych – w pierwszej kolejce obydwa zespoły sięgnęły po komplet punktów.

Strzelanie rozpoczęli gospodarze. Po dobrze rozegranym rzucie rożnym przez Ihora Veinę piłkę do siatki skierował Volodymir Lazaruk, otwierając wynik meczu. Zawodnicy Q-Ice odpowiedzieli błyskawicznie – chwilę później do wyrównania doprowadził Vlad Yarmoliuk, co zapowiadało emocjonującą wymianę ciosów. Z czasem jednak inicjatywę przejęli gracze FC Alliance. Narzucili swój rytm gry, coraz częściej zagrażali bramce rywali i jeszcze przed przerwą trzykrotnie trafili do siatki. Bramkarz Q-Ice musiał skapitulować po uderzeniach Kyryla Shepela, Romana Shymki oraz Nazariy’a Maksymovycha. Do przerwy FC Alliance prowadziło pewnie 4:1.

Druga połowa była kolejnym pokazem siły gospodarzy, którzy na dobre rozwiązali worek z bramkami. Hattricki skompletowali Nazariy Maksymovych i Volodymir Lazaruk, dwukrotnie trafił Roman Shymko, a dorobek bramkowy uzupełnili Ihor Veina i Kyrylo Shepel. Honorowe trafienie dla Q-Ice Warszawa w końcówce spotkania zdobył Vadim Korob, lecz było to jedynie kosmetyczne zmniejszenie rozmiarów porażki.

Tego dnia triumfatorzy byli drużyną zdecydowanie lepszą i w pełni zasłużenie sięgnęli po trzy punkty. Po dwóch kolejkach FC Alliance zasiada na fotelu lidera 8. Ligi i już teraz pokazuje, że w tym sezonie będzie jednym z głównych kandydatów do końcowego triumfu.

Spotkanie Kresowia Warszawa vs Legion to kolejny mecz, który mieliśmy okazję oglądać w miniony weekend. Gospodarze po remisie w pierwszym meczu bardzo chcieli sięgnąć po pełną pulę z teoretycznie słabszym rywalem, patrząc na tabelę. Jak jednak pokazał przebieg gry – wcale nie było to takie proste.

Oba zespoły stawiły się w dość wąskich składach, ale już od pierwszej minuty oglądaliśmy pojedynek na wysokim tempie. Strzelanie rozpoczęli gospodarze, wykorzystując szybką kontrę po źle rozegranym stałym fragmencie przez Legion. Później sytuacja się wyrównała, jednak to goście wyglądali nieco lepiej i zdołali wyjść na prowadzenie, które planowali utrzymać przez całą drugą połowę.

Plany Legionu pokrzyżował jednak prawdziwy bohater tego spotkania – Kirill Pshyk. Autor pięciu goli i jednej asysty kompletnie odmienił losy meczu. Jego niesamowity pressing, nieprzeciętna kondycja i skuteczność sprawiły, że Kresowia przejęła pełną kontrolę nad drugą częścią gry. Gospodarze nie oddali prowadzenia już do końca, a szczelna defensywa pozwoliła im stracić tylko jednego gola.

To, co początkowo zapowiadało się na wyrównane starcie z lekkim wskazaniem na Legion, zamieniło się w wyraźną dominację Kresowi. Ostatecznie gospodarze wygrali 9:4 i dopisali do swojego konta trzy punkty, podczas gdy Legion tym razem musiał obejść się smakiem.

9 Liga

Na Arenie Grenady ekipy La Flame Bielany i Królewscy Wola stoczyły zacięty, trzymający w napięciu mecz. Od pierwszych minut spotkanie było prowadzone w dobrym tempie, z wieloma sytuacjami bramkowymi po obu stronach.

Jako pierwsi na prowadzenie wyszli goście, ale gospodarze szybko odpowiedzieli i przejęli inicjatywę. Efektem była bramka na 2:1, jednak zamiast pójść za ciosem, La Flame nadziało się na kontrę, po której Daniel Bołotowicz doprowadził do wyrównania. Do przerwy wynik 2:2 utrzymał się mimo kilku dogodnych okazji dla obu drużyn.

Po zmianie stron błysnął formą Szymon Lisiecki, którego dwie bramki wyprowadziły Bielany na prowadzenie. Królewscy musieli gonić wynik i ich determinacja przyniosła efekty – po niefortunnej interwencji Filipa Grygorczuka padł gol kontaktowy, a chwilę później goście doprowadzili do remisu.

Wydawało się, że to drużyna z Woli jest na fali i może przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść, ale w decydującym momencie błysnął Kornel Przewoźny, zdobywając gola na 5:4 i przypieczętowując świetny występ. Pomimo rozpaczliwych ataków Królewskich w końcówce, wynik nie uległ już zmianie.

La Flame Bielany mogły cieszyć się z kolejnych punktów w sezonie, natomiast Królewscy – mimo porażki – pokazali się z dobrej strony i z pewnością w kolejnym meczu będą chcieli powalczyć o zwycięstwo, by poprawić swoją sytuację w tabeli.

Kampania ligowa dla KS Sandacz rozpoczęła się bardzo pomyślnie – od emocjonującego zwycięstwa nad ekipą Bielany Legends. Tego samego nie można było powiedzieć o rezerwach sławetnego KSB, które na inaugurację uległy Laflame Bielany. Oba mecze były naprawdę wyrównane, więc i tutaj spodziewaliśmy się bardzo zaciętego pojedynku.

Nieco ponad dwie minuty gry wystarczyły, by zobaczyć pierwszego gola. Bramkę niebywałej urody, zdobytą piętką, zanotował sprowadzony latem z Oldboys Derby III Rafał Bujalski, któremu asystował inny z nowych nabytków Sandacza – Damian Słojkowski. KSB II preferowało jednak ataki oparte na dłuższym posiadaniu piłki, czemu sprzyjała obecność dobrze wyszkolonych technicznie zawodników, jak choćby Aleksander Giżyński. To właśnie on odegrał kluczową rolę – najpierw asystował przy trafieniu Kuby Wielochy, a następnie sam wpisał się na listę strzelców, choć pomógł mu przy tym rykoszet. Sandacz grał prostszą piłkę, ale wcale nie mniej groźną – momentami nawet przewyższał rywali w liczbie klarownych sytuacji. Problemem była skuteczność, bo gospodarze częściej obijali obramowanie bramki niż trafiali do siatki. KSB przez długi czas kontrolowało piłkę, lecz wystarczyła jedna głupia strata, by duet Słojkowski–Rozmarynowski przeprowadził kontrę zakończoną golem na 2:2. Przed przerwą teoretyczna przewaga gości została jednak udokumentowana – trafienie Maksyma Marchenko dało KSB prowadzenie 3:2.

Po zmianie stron zobaczyliśmy zupełnie inne oblicze przyjezdnych. Zamiast ambitnego, głodnego goli zespołu, na boisku pojawiła się ich wyczerpana kopia. Dla pragmatycznego Sandacza była to idealna okazja. Będący w wybornej formie Słojkowski, wspierany przez Bujalskiego, Olendra, Rozmarynowskiego i Przybylskiego, rozmontowywali dziurawą defensywę „dwójki” ekstraklasowicza. Efekt? Czterobramkowa przewaga gospodarzy! Na cztery minuty przed końcem Mikołaj Sitarek zdobył na raty gola na 7:4, ale czasu było już zbyt mało, by marzyć o odrobieniu strat. Sandacz po raz kolejny udowodnił, że ich konkretny, pragmatyczny styl gry potrafi przynosić trzy punkty nawet wtedy, gdy nie dominują przez cały mecz. To pokazuje, jak niewygodną drużyną stał się zespół Konrada Sadziaka.

KSB II z kolei powinno szybko przypomnieć sobie, że za dobrą grę na początku spotkania nie ma żadnej nagrody – mecz trwa przecież dwie połowy.

Na poziomie 9. Ligi Fanów w drugiej kolejce zmierzyły się drużyny KS Iglica Warszawa i Bielany Legends. Faworytem byli gospodarze, którzy tydzień wcześniej rozgromili TRCH aż 9:1. Goście z kolei przegrali swój pierwszy mecz zaledwie jedną bramką, co zapowiadało ciekawą i wyrównaną rywalizację.

Od początku obie ekipy nastawiły się wyłącznie na zwycięstwo, co przełożyło się na ofensywną i dynamiczną grę. Pierwsza do głosu doszła Iglica – po kombinacyjnej akcji całego zespołu gola zdobył Jakub Kieczka. Drużyna z Bielan próbowała szybko odpowiedzieć, ale świetnie zorganizowana defensywa gospodarzy nie pozwalała na wiele i do przerwy wynik 1:0 utrzymał się bez zmian.

Po zmianie stron Iglica przyspieszyła i całkowicie przejęła inicjatywę. Kluczową postacią był Krystian Sobierajski, który dwukrotnie popisał się znakomitymi asystami, idealnie dogrywając piłkę kolegom. Przy stanie 4:0 gospodarze pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia, co wykorzystał Mateusz Borczyk, zdobywając honorowe trafienie dla Bielany Legends. To jednak było wszystko, na co stać było gości – w końcówce Iglica dorzuciła jeszcze dwa gole i pewnie wygrała 6:1.

Gra zespołowa gospodarzy zrobiła ogromne wrażenie zarówno na kibicach, jak i na zawodnikach innych drużyn. Każdy, kto oglądał występ ekipy w czarnych strojach, nie ma wątpliwości, że KS Iglica Warszawa jest jednym z głównych kandydatów do złotych medali na koniec sezonu.

Obie drużyny zawiodły w swoich pierwszych spotkaniach, wysoko przegrywając inaugurację sezonu. Na tym tle nieco lepiej zaprezentowało się TRCH, jednak dla Skorpionów porażka z Gambą Veloce była niczym zimny prysznic i jasnym sygnałem, że w 9. lidze o punkty łatwo nie będzie. Dlatego to właśnie TRCH uchodziło za nieznacznego faworyta tego starcia.

Od pierwszego gwizdka oba zespoły ruszyły do ataków, szukając szybkiego otwarcia wyniku. Już w 3. minucie Bartek Fiks dał prowadzenie gościom, lecz chwilę później było 1:1. Gra była wyrównana – najpierw Skorpiony obiły poprzeczkę, a chwilę później rywale trafili w słupek. Z czasem to gospodarze dłużej utrzymywali się przy piłce i oddawali więcej strzałów, ale dużo bardziej konkretni byli gracze TRCH, którzy groźnie kontratakowali. To właśnie kontry były ich największą bronią. Efekt? Choć wizualnie Skorpiony miały inicjatywę, do przerwy przegrywały 2:3.

Po zmianie stron gospodarze znacząco poprawili skuteczność. Najpierw do siatki trafili Dominik Dedek i Sebastian Zwierzchowski, dając Skorpionom prowadzenie 4:3. Kolejne dwa gole pozwoliły im odskoczyć, a mecz właściwie został rozstrzygnięty. Drużyna Artura Kałuskiego kontrolowała wydarzenia do samego końca, a końcowy wynik 9:5 najlepiej oddaje obraz drugiej połowy.

Choć trener Skorpionów nie był w pełni zadowolony z gry swoich zawodników, najważniejsze są trzy punkty i pierwsze zwycięstwo w sezonie. TRCH z kolei musi szybko wrócić do optymalnej formy – w tym meczu nie pokazali pełni swojego potencjału.

W drugiej kolejce 9. Ligi zmierzyły się zespoły Gamba Veloce i ASAP Vegas FC. Gospodarze przystępowali do meczu w roli wyraźnego faworyta po wysokiej wygranej sprzed tygodnia, natomiast goście również rozpoczęli sezon od zwycięstwa, choć w znacznie trudniejszym spotkaniu.

Od pierwszych minut obie drużyny zaprezentowały wysoki poziom, stawiając na otwarty futbol, dzięki czemu mecz był bardzo dynamiczny. Widzieliśmy wiele strzałów, które nie znalazły drogi do siatki, ale jako pierwsi – niespodziewanie – trafili ASAP Vegas. Gola zdobył Piotr Grygiel po szybkim uderzeniu z czuba. Od tego momentu goście nabrali wiatru w żagle i zaczęli budować przewagę. Na listę strzelców dwukrotnie wpisał się znakomity tego dnia Łukasz Czerwionka, który w ekspresowym tempie skompletował dublet. Tuż przed przerwą nadzieję dla gospodarzy przywrócił Filip Wolski, zdobywając bramkę „do szatni”.

Po zmianie stron Gamba poczuła, że może powalczyć o punkty. Cierpliwie budowała swoje akcje i w końcu zdobyła bramkę kontaktową na 2:3. Spotkanie nabrało ogromnych emocji, a akcje obu zespołów raz po raz elektryzowały zebranych kibiców. Bramkarz gospodarzy popisał się efektowną interwencją, dając drużynie szansę na remis, lecz chwilę później duet Czerwionka–Grygiel przypieczętował drugie zwycięstwo ASAP Vegas w tym sezonie.

ASAP Vegas rozpoczęło rozgrywki z wielkim przytupem i jasno zgłasza aspiracje do walki o mistrzostwo. Gamba Veloce, mimo dotkliwej porażki, pokazała charakter i potencjał. Teraz czas na reset, analizę i powrót do rywalizacji o najwyższe cele.

10 Liga

O godzinie 21:00 mogliśmy oglądać spotkanie pomiędzy Bulbez Team Bemowo a FC Po Nalewce. Od pierwszego gwizdka to goście przejęli inicjatywę – byli bardziej aktywni, częściej dochodzili do sytuacji strzeleckich, lecz brakowało im skuteczności i postawienia przysłowiowej „kropki nad i”. Gospodarze również tworzyli okazje i oddawali celne strzały, ale na ich drodze stał świetnie dysponowany tego dnia Michał Piątkowski. Po pierwszej połowie na tablicy wyników widniało 1:2 na korzyść gości.

Druga część meczu była prawdziwą sinusoidą wydarzeń. Lepiej rozpoczęła ją ekipa FC Po Nalewce, która szybko zdobyła dwie bramki i odskoczyła na 1:4, mocno przybliżając się do kompletu punktów. Wtedy jednak do głosu doszli zawodnicy Bulbez Team – złapali kontakt i odrobili większość strat. Wydawało się, że remis jest już tylko kwestią czasu, ale Nalewka nie dała sobie wyrwać zwycięstwa. Strzelili kolejne dwa gole i mimo ambitnej pogoni gospodarzy utrzymali przewagę aż do końcowego gwizdka, wygrywając ostatecznie 6:4.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje Michał Kurowski, który był nie do zatrzymania – zdobył 3 gole i 2 asysty, będąc głównym architektem zwycięstwa swojej ekipy. Jego ofensywna postawa i aktywność na całym boisku przesądziły o cennych 3 punktach dla FC Po Nalewce.

W niedzielny wieczór na Arenie Grenady zmierzyły się ekipy FC Polska Górom i Fuszerki. Od pierwszych minut na boisku iskrzyło – w pozytywnym sensie – bo obie drużyny podeszły do meczu z ogromną determinacją i wolą walki. Momentami słychać było narzekania na zbyt agresywną grę, ale właśnie takie starcia są miłe dla oka – pełne emocji i wydarzeń na murawie.

Strzelanie rozpoczął Maciej Chrzanowski, pewnie wykorzystując rzut karny dla gości. Gospodarze szybko odpowiedzieli po składnej akcji całego zespołu, lecz chwilę później Fuszerka znów objęła prowadzenie. Jeszcze przed przerwą Polska Górom najpierw wyrównała, a następnie wyszła na prowadzenie, jednak radość nie trwała długo – kolejny błąd w defensywie wykorzystali rywale i do przerwy mieliśmy remis 3:3.

Po zmianie stron lepiej funkcjonowała Fuszerka, która wypracowała sobie dwubramkową przewagę i wydawało się, że trzyma kierownicę w swoich rękach. Gospodarze jednak nie odpuszczali, konsekwentnie dążąc do odrabiania strat. Gol na 4:5 tchnął w nich nadzieję, choć rywale znów odskoczyli na dwa trafienia. Kiedy wydawało się, że losy meczu są przesądzone, Polska Górom odpaliła w samej końcówce – dwa kapitalne strzały Kuby Kucharskiego sprawiły, że spotkanie zakończyło się remisem 6:6.

W obozie Fuszerki panowało niedowierzanie, że punkty uciekły im sprzed nosa, ale patrząc na całe widowisko – remis wydaje się uczciwym rozwiązaniem.

Mnóstwo bramek mogliśmy zobaczyć w wieczornym starciu pomiędzy czwartym zespołem mokotowskiej Husarii a ekipą Wczorajsi FC. Można było odnieść wrażenie, że dla obu stron liczył się wyłącznie ofensywny futbol – stąd niezliczona liczba akcji bramkowych, strzałów z różnych pozycji i strat wynikających z ryzykownych dryblingów.

Strzelanie rozpoczęli goście – Krystian Łączny wykorzystał podanie Bartka Muzyki. Odpowiedź należała do kapitana Husarii, Tomka Hübnera, który co prawda rozpoczął mecz na bramce, ale nie przeszkodziło mu to w udziale w akcji po rzucie rożnym i wyrównaniu wyniku. Wczorajsi ponownie odskoczyli po trafieniach Krysztofika i Erbela, lecz gospodarze znów błyskawicznie odpowiedzieli – na 2:3 trafił Bartek Daniel, a do remisu doprowadził Sergio Balej, który popisał się uderzeniem z półobrotu po asyście Wojciecha Adamczaka. Tuż przed przerwą Łączny sprytnie przelobował wysuniętego Hübnera, dając gościom prowadzenie 4:3. Wydawało się, że to oni zejdą do szatni w lepszych nastrojach, jednak w polu karnym sfaulowany został Balej, a podyktowany rzut karny pewnie wykorzystał bramkarz Husarii.

Druga połowa nie różniła się od pierwszej – emocji i goli nie brakowało. Najpierw trafiali Lefek i Muzyka, wyprowadzając Wczorajszych na 6:4. Gospodarze złapali kontakt, gdy Hübner zamienił rolę z Karolem Kondratem i wszedł do gry w polu – obsłużył podaniem Kubę Skrzyniasza, a ten zdobył gola. Goście jednak szybko odpowiedzieli – Krysztofik skompletował dublet, podwyższając na 7:5. Lider Husarii IV nie zamierzał się poddawać. Najpierw wykorzystał podanie Baleja i po rykoszecie pokonał bramkarza, a chwilę później popisał się precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego w samo okienko. Remis 7:7 utrzymywał się przez kilka minut i wydawało się, że takim wynikiem zakończy się ten spektakl.

Jednak w końcówce bohaterem gości został Kuba Erbel, który mimo widocznego zmęczenia dał z siebie 200% i zanotował dwie kluczowe asysty – najpierw do Łącznego, a potem do Kiepasa. Wczorajsi ostatecznie zwyciężyli 9:7.

Choć remis mógłby być równie sprawiedliwy, jedno jest pewne – dla fanów „futbolu na tak” było to spotkanie niemal wzorcowe.

Obie ekipy przystępowały do meczu w znakomitych nastrojach po udanych inauguracjach, które pokazały, że nie boją się wyzwań i mają spory potencjał.

Pierwsza połowa była bardzo wyrównana i pełna zwrotów akcji. Gra toczyła się w szybkim tempie, a walka o każdą piłkę była niezwykle zacięta. Wynik do przerwy 3:3 najlepiej oddawał obraz gry – obie drużyny grały odważnie i konsekwentnie, ale żadnej nie udało się zdobyć dominującej przewagi.

Kluczowym momentem spotkania okazała się kapitalna interwencja Łukasza Wardy, bramkarza Grajków i Kopaczy, który obronił rzut karny i kilkukrotnie ratował swój zespół przed stratą gola. To dzięki jego pewnym interwencjom gospodarze mogli złapać oddech, utrzymać wynik w ryzach i z czasem przejąć inicjatywę.

W drugiej połowie Grajki i Kopacze pokazali większą skuteczność i wykorzystali swoje okazje. Na listę strzelców wpisał się m.in. Szymon Dziuba, zdobywca dwóch bramek, który odegrał ważną rolę w ofensywie zespołu. FC Depserados również mieli swoje momenty, a najjaśniejszym punktem był Jan Szcześniak – jego dryblingi i błyskotliwe akcje kilkukrotnie siały zamieszanie w szeregach rywala, choć tym razem przyniosły jedynie jedno trafienie.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 7:4 na korzyść gospodarzy. Spotkanie udowodniło, że w tej lidze nawet drobne detale – koncentracja, pojedyncze interwencje czy walka o każdą piłkę – mogą przesądzić o losach meczu. Tym razem przechyliły one szalę na korzyść GiK.

Zarówno Górka Kazurka, jak i Gawulon mogły mieć spory niedosyt po pierwszej serii gier. Gospodarze, mimo że aż siedmiokrotnie pokonywali bramkarza Husarii Mokotów IV, zeszli z boiska bez choćby punktu. Z kolei Gawulon tydzień wcześniej zdobył jedno oczko, choć zwycięstwo było naprawdę blisko.

Od pierwszej minuty to goście prezentowali się lepiej. Wynik otworzył Jakub Urban po podaniu Kacpra Pawłowskiego, a chwilę później asystent zamienił się w strzelca i podwyższył na 2:0. Pawłowski mógł szybko powiększyć swój dorobek, lecz z rzutu karnego obił tylko poprzeczkę. Dopiął jednak swego jeszcze przed przerwą i Gawulon w pełni zasłużenie prowadził do przerwy.

Po zmianie stron przebudziła się Górka Kazurka – szybkie dwa trafienia pozwoliły złapać kontakt z rywalem. Niestety dla gospodarzy nie poszli oni za ciosem, a przeciwnik wytrzymał napór i odpowiedział kontrą. Kluczowe były stałe fragmenty gry – najpierw Urban trafił po rzucie rożnym, a następnie Jarosław Czeredys pewnie wykorzystał rzut karny. W odpowiedzi Michał Mazur również nie pomylił się z „jedenastki”, podtrzymując nadzieję Górki.

I kto wie, jak potoczyłoby się to spotkanie, gdyby pięć minut przed końcem piłka wpadła do siatki, a nie w słupek Gawulonu. Goście odpowiedzieli jednak strzałem w poprzeczkę, a w samej końcówce Kacper Pawłowski przypieczętował zwycięstwo, dwukrotnie pokonując bramkarza gospodarzy.

Gawulon wygrał zasłużenie 7:3 – był tego dnia zespołem lepszym i bardziej jakościowym. Tym samym awansował na trzecie miejsce w tabeli, podczas gdy Górka Kazurka wciąż pozostaje bez punktu, zamykając stawkę.

11 Liga

28 września o godzinie 15:00 na boiskach AWF-u zmierzyły się drużyny CWKS Ferajna Warszawa i FC Patetikos. Od pierwszych minut inicjatywę przejęli goście, którzy błyskawicznie wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Podrażnieni gospodarze szybko „wzięli się do roboty” i zdołali odrobić straty. Ciężko jednak mówić o wyraźnej przewadze którejś ze stron – gdy tylko Patetikos odzyskiwało prowadzenie, Ferajna natychmiast odpowiadała i doprowadzała do remisu. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się jednobramkową zaliczką gości.

Po przerwie sytuacja stała się już dużo bardziej klarowna. Braki kondycyjne dawały się we znaki gospodarzom, którzy przyjechali na mecz bez żadnej zmiany. Ten fakt miał ogromny wpływ na przebieg spotkania – Patetikos przejęło inicjatywę i ostatecznie zwyciężyło 8:6. Kluczową postacią meczu był nowy nabytek gości, Jakub Michalik – prawdziwy motor napędowy swojej drużyny. Jego rajdy z piłką, mocne uderzenia i skuteczność okazały się bezcenne. Kuba aż pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców, co przy ośmiu bramkach całej drużyny robi ogromne wrażenie.

FC Patetikos notuje tym samym drugie zwycięstwo w rundzie jesiennej i wskakuje na 2. miejsce w tabeli.

Legijna Ferajna podejmowała FC Warsaw Wilanów w ramach 11. ligi. Gospodarze całkiem nieźle weszli w to spotkanie, stworzyli kilka groźnych sytuacji, ale to goście okazali się zdecydowanie lepiej zorganizowani i skuteczniejsi.

Błyszczał Karol Kowalski – autor trzech goli i trzech asyst, który dominował na boisku w każdym aspekcie gry. Co prawda w pierwszej połowie Wilanów był jeszcze nieco łaskawy, marnując rzut karny, ale po zmianie stron nie pozostawił już żadnych złudzeń i dobił rywali kolejnymi trafieniami. Ostatecznie spotkanie zakończyło się bardzo wysokim wynikiem 4:14, co w piłkarskich szóstkach jest różnicą ogromną. Nie da się ukryć – ekipa gości była faworytem i to potwierdziła, choć można było liczyć na bardziej wyrównany pojedynek.

Na wyróżnienie zasłużyli także Kuba Świtalski i Michał Supłat, którzy – podobnie jak Kowalski – dołożyli po trzy gole. Pokazuje to, że Warsaw Wilanów nie jest uzależniony od jednego strzelca, ale potrafi rozłożyć ciężar zdobywania bramek na kilku zawodników, co czyni ich niezwykle groźnymi i sprawia sporo problemów przyszłym rywalom.

Legijna Ferajna przez całe spotkanie nie znalazła sposobu na powstrzymanie tego ofensywnego trio. Co więcej, goście zmarnowali jeszcze wiele okazji – w najlepszej dyspozycji mogli zakończyć mecz nawet w okolicach 20 strzelonych bramek.

Gratulujemy triumfatorom wysokiego zwycięstwa, a gospodarzom życzymy szybkiego powrotu na właściwe tory i pierwszych punktów w najbliższych tygodniach.

W drugim meczu 11. ligi rozgrywanym na Arenie Grenady zmierzyli się Mistrzowie Chaosu i AC Choszczówka. Obie drużyny miały na swoim koncie zwycięstwa z inauguracji i od początku było widać, że zamierzają grać o pełną pulę. Wynik otworzył Marcel Hryniszyn, ale gospodarze błyskawicznie odpowiedzieli golem Marcina Dołoszyńskiego. Niestety dla Mistrzów Chaosu, było to ich jedyne trafienie w pierwszej połowie. Choć okazji po obu stronach nie brakowało, to kolejne gole zdobywała już tylko Choszczówka – do siatki trafili Piotr Pulkowski oraz ponownie Hryniszyn.

Po przerwie Mistrzowie złapali kontakt i przy stanie 2:3 wciąż mieli nadzieję na korzystny wynik. Obraz gry był jednak jasny – to Choszczówka stwarzała więcej sytuacji i choć długo brakowało jej skuteczności, w końcu worek z bramkami się rozwiązał. Ostatnim momentem, w którym gospodarze mogli jeszcze myśleć o remisie, był gol Michała Kucharskiego na 3:5. Potem goście odskoczyli i nie pozostawili złudzeń, kto jest lepszy.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4:10. AC Choszczówka od samego początku narzuciła wysokie tempo, którego Mistrzowie Chaosu nie byli w stanie utrzymać. Na wyróżnienie zasługują przede wszystkim Michał Kochanowski oraz Marcel Hryniszyn, którzy stanowili największe zagrożenie pod bramką rywali. Goście zasłużenie wygrali i coraz wyraźniej wyrastają na jednego z głównych kandydatów do awansu.

Spotkanie pomiędzy MWSP a Piwo Po Meczu zapowiadało się interesująco, bo obie ekipy dopiero poznają realia 11. Ligi. Gospodarze to spadkowicz z wyższej klasy rozgrywkowej, a goście – beniaminek po świeżym awansie. W takich przypadkach cele bywają zupełnie różne: jedni chcą jak najszybciej wrócić do 10. ligi, drudzy przede wszystkim zapewnić sobie utrzymanie.

Początek meczu nie zwiastował jednak dominacji MWSP. Gospodarze dochodzili co prawda do sytuacji, ale długo nie potrafili ich wykorzystać. Dopiero w końcówce pierwszego kwadransa zrobiło się gorąco – dwukrotnie piłka zatrzymała się na słupku bramki Łukasza Kapli. Chwilę później inicjatywę gospodarzy udokumentował Jakub Sołdaczuk. Lewy obrońca popisał się eleganckim obrotem, podciągnął piłkę kilka metrów i precyzyjnym strzałem otworzył wynik spotkania.

Od tego momentu przewaga MWSP była coraz wyraźniejsza. Kapitalne zawody rozegrał Paweł Nowak, który aż czterokrotnie wpisał się na listę strzelców, w tym raz bezpośrednio z rzutu wolnego. Piwo Po Meczu odpowiedziało jedynie honorowym trafieniem Adama Stankiewicza.

Mecz zakończył się pewnym zwycięstwem gospodarzy, którzy po dwóch kolejkach mają komplet punktów i konsekwentnie realizują plan szybkiego powrotu do 10. ligi. Piwo Po Meczu musi natomiast jak najszybciej zacząć punktować, by walka o utrzymanie nie okazała się ponad siły.

Zarówno Mocny Narket, jak i Hiszpański Galeon chcieli jak najszybciej zrehabilitować się po kiepskim starcie sezonu. Gospodarze tydzień wcześniej, mimo że przez większość meczu kontrolowali wydarzenia na boisku, wypuścili zwycięstwo z rąk, natomiast Galeon – grający w wąskim składzie – został kompletnie rozbity przez FC Patetikos. Tym razem goście zareagowali na problem kadrowy i przyjechali wzmocnieni, z odpowiednią liczbą zmienników.

Spotkanie również ułożyło się po ich myśli – stosunkowo szybko objęli prowadzenie po trafieniu niezawodnego Adama Strobla. Mocny Narket próbował odpowiedzieć, ale w pierwszej połowie nie potrafił przebić się przez szczelną defensywę rywali. Na domiar złego gospodarze stracili zawodnika po taktycznym faulu i chwilę później Galeon podwyższył na 0:2. Jeszcze przed przerwą goście dorzucili trzecią bramkę i na tablicy widniał wynik 0:3.

W przerwie w szatni Mocnego Narketu musiało paść kilka mocnych słów, bo druga odsłona była w ich wykonaniu znacznie lepsza. Najpierw sygnał do ataku dał Maciej Zadroziński, a następnie gola kontaktowego zdobył Jakub Dąbek. Gospodarze byli już o krok od wyrównania, ale wtedy obudził się Galeon – gole Mishy Lishtwana i Wiktora Żbikowskiego ponownie dały im trzybramkową przewagę. Ostatecznie wynik ustalił Łukasz Hendrych, trafiając na 3:5.

Hiszpański Galeon zasłużył na wygraną – był bardziej konkretny i skuteczny, choć nie można powiedzieć, by był zespołem zdecydowanie lepszym. W meczu nie zabrakło walki i zaangażowania z obu stron, ale o zwycięstwie przesądziły lepsze indywidualności w szeregach triumfatorów.

12 Liga

W niedzielę w Lidze Fanów doszło do konfrontacji między FC Melange a Rodziną Soprano, która świetnie zobrazowała różnicę między młodością a doświadczeniem.

Gospodarze, mimo poważnych problemów kadrowych, wyszli na boisko z wielkim sercem. Brak nominalnego bramkarza sprawił, że między słupkami stanął Grzegorz Mac – na co dzień stoper – który starał się jak najlepiej odnaleźć w nietypowej dla siebie roli. Widać było jednak, że FC Melange bazuje głównie na doświadczeniu i inteligencji boiskowej – starsi zawodnicy wiedzieli, jak się ustawić, jak czytać grę i jak minimalizować straty w trudnych momentach.

Rodzina Soprano, wzmocniona transferem Filipa Motyczyńskiego, od pierwszych minut narzuciła wysokie tempo. Młody, dynamiczny skład gości imponował kondycją, szybkością i intensywnością, co pozwoliło im zdobyć trzy bramki jeszcze przed przerwą. W drugiej połowie przewaga fizyczna i szybkość Rodziny były jeszcze bardziej widoczne – wynik końcowy 11:2 najlepiej oddaje ich dominację w tym meczu.

Mimo wysokiej porażki warto podkreślić postawę FC Melange. Starsi gracze pokazali determinację i ducha walki – starali się utrzymywać kontrolę nad grą, szukali okazji do kontrataków i nie rezygnowali nawet w najtrudniejszych momentach. Ich spokój i boiskowy spryt wielokrotnie neutralizowały ataki rywali i pozwalały utrzymywać godny poziom, mimo ewidentnej różnicy w przygotowaniu fizycznym. To jednak nie wystarczyło do niczego więcej niż honorowa porażka, bo to na pewno nie był mecz oddany za darmo, mimo że różnica w bramkach tego nie oddaje.

W drugiej kolejce 10. Ligi Fanów doszło do starcia pomiędzy Vox Populi a Dynamo Wołomin. Po wysokiej porażce na inaugurację sezonu gospodarze pokazali, że potrafią walczyć i zaskoczyć rywali. Choć przez większą część meczu to Dynamo prowadziło grę, to właśnie Vox, grając z pozycji underdoga, okazało się skuteczniejsze i sięgnęło po zasłużone zwycięstwo 4:3.

Do przerwy Vox Populi prowadziło 3:2, co z pewnością było niespodzianką dla wszystkich zgromadzonych na obiektach AWF. Dynamo dobrze wyglądało w ofensywie, szczególnie w okolicach pola karnego rywala, ale brakowało im precyzji i zimnej krwi w wykończeniu. Gospodarze z kolei grali bardzo solidnie w defensywie, a w ataku skutecznie kontratakowali, co przełożyło się na korzystny wynik.

Na listę strzelców dla Vox Populi wpisali się m.in. Piotr Pieńkowski (dwa gole) oraz Krzysztof Stachowicz, którzy odegrali kluczowe role w ofensywie zespołu. Po stronie Dynamo Wołomin trafiali Andrzej Śliwka, Jakub Łukasiewicz i Tomasz Dzięcioł, jednak ich starania nie wystarczyły, by odwrócić losy meczu.

Spotkanie obfitowało w napięcie i zwroty akcji, a oba zespoły walczyły do samego końca. Ostatecznie to Vox Populi zeszło z boiska zwycięsko, pokazując, że nawet po trudnym początku można się podnieść i zdobyć cenne punkty. Ten wynik na pewno doda drużynie pewności siebie i udowodni, że w Lidze Fanów nie ma łatwych rywali a każdy mecz wymaga pełnego zaangażowania.

Lumina po porażce w pierwszej kolejce podejmowała Gentlemanów, którzy dobrze weszli w sezon i wygrali swój inauguracyjny pojedynek. Początek spotkania był wyrównany – sporo walki toczyło się w środkowej strefie boiska. Skuteczniejsi byli jednak goście i to oni pierwsi wyszli na prowadzenie. Chwilę później podwyższyli wynik i wydawało się, że kontrolują wydarzenia na murawie.

Gospodarze po słabszym fragmencie zdołali zdobyć gola kontaktowego – sporo „pomógł” bramkarz Jakub Augustyniak, który stracił piłkę przy rozegraniu, a rywal bezlitośnie to wykorzystał. Chwilę później, po wrzucie z autu, golkiper Gentlemanów znów zachował się niepewnie, źle obliczył lot piłki i futbolówka wpadła do siatki – mieliśmy remis 2:2. Wydawało się, że Lumina pójdzie za ciosem, ale tym razem fatalny błąd popełnił bramkarz gospodarzy. Długie podanie Michała Dodiego przeleciało przez całe boisko i wpadło do siatki – ponownie prowadzenie objęli goście. Po 25 minutach było 2:3.

Po zmianie stron walka toczyła się o każdy centymetr boiska. Gentlemanom nie brakowało okazji, a najlepszą miał Sebastian Bartosik – zamiast strzelać, spróbował jeszcze przełożyć obrońcę i jego uderzenie zostało zablokowane. Chwilę później jednak w trudniejszej sytuacji trafił do siatki, dając swojej drużynie przewagę dwóch goli.

Lumina nie poddała się i konsekwentnie dążyła do wyrównania. Udało się – na finiszu spotkania mieliśmy remis 4:4. Na trzy minuty przed końcem kontuzji doznał zawodnik gospodarzy, a tuż po wznowieniu gry Gentlemanom udało się przeprowadzić akcję, po której Paweł Margul wyprowadził ich na prowadzenie 5:4. Gdy wydawało się, że to rozstrzygnie losy meczu, w ostatniej akcji spotkania Maksim Zimavy po zamieszaniu w polu karnym dał Luminie remis 5:5.

Końcowy gwizdek oznaczał podział punktów – i patrząc na przebieg meczu, był to rezultat jak najbardziej sprawiedliwy.

Drugi zespół Furduncio Brasil niedawno spadł z 11. ligi, ale wysokie zwycięstwo na inaugurację dawało nadzieję, że ten sezon będzie inny. Spotkanie z FC Łazarski miało zweryfikować faktyczną dyspozycję Brazylijczyków – i po końcowym gwizdku można mieć spore obawy, że czeka ich kolejny trudny rok.

Pierwszy kwadrans upłynął na wzajemnym badaniu sił. Akcji zaczepnych było niewiele, a jeśli już, to bez większego zagrożenia. Obie drużyny grały niedokładnie i bez większej werwy. Choć wydawało się, że gospodarze łapią inicjatywę, to jako pierwsi trafili goście. W 15. minucie obrona Łazarskiego zupełnie zapomniała o kryciu Elio Silvy, a ten spokojnie pokonał Deniza Suigmeza.

Jak się jednak okazało – był to klasyczny przykład powiedzenia „miłe złego początki”. Po tym golu gospodarze ruszyli do ataku, a goście zaczęli grać niefrasobliwie i popełniać proste błędy. W ciągu zaledwie pięciu minut Łazarski prowadził już 3:1, a do siatki trafiali Khayrullaev, Nurali i ponownie Khayrullaev. Trudno ocenić, ile w tym było zasługi strzelców, a ile błędów defensywy Furduncio.

Druga połowa to już całkowita dominacja gospodarzy. Goście zdołali odpowiedzieć jedynie trafieniem Bruno Pessoy, ale wynik 10:2 nie pozostawiał złudzeń, kto tego dnia był lepszy.

W niedzielne południe oglądaliśmy starcie pomiędzy FC Razam a FC Vikersonn UA II. Od pierwszego do ostatniego gwizdka ekipa Ihora Makhlaia całkowicie zdominowała rywala. Goście błyskawicznie wyszli na prowadzenie i kontrolowali przebieg gry – stwarzali więcej klarownych sytuacji, neutralizowali ataki gospodarzy już w zarodku i praktycznie nie dawali im pola do popisu. Pierwsza połowa zakończyła się pewnym prowadzeniem 0:4 na korzyść Vikersonna.

Po przerwie gospodarze spróbowali się podnieść – zdobyli dwa gole i zbliżyli się wynikiem do przeciwnika. Jednak była to tylko chwilowa iskra. Goście szybko wrócili do tempa z pierwszej części i ponownie przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami. Razam grał chaotycznie, bez większego pomysłu i z mniejszą aktywnością, co było wodą na młyn dla rozpędzonych zawodników Makhlaia. Dodatkowo gospodarze zmarnowali rzut karny – piłka poleciała wysoko nad poprzeczką, co praktycznie pogrzebało ich szanse na odrobienie strat.

Ostatecznie FC Vikersonn UA II odniosło pewne i w pełni zasłużone zwycięstwo, dzięki któremu ma komplet punktów po dwóch kolejkach. FC Razam natomiast pozostaje na dnie tabeli 12. ligi i musi szybko znaleźć sposób, by poprawić swoją sytuację.

13 Liga

W niedzielny poranek byliśmy świadkami starcia pomiędzy Borowikami a Elitarnymi z Gocławia. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, z lekkim wskazaniem na gospodarzy, którzy wydawali się bardziej poukładani i zgrani. Ich ataki były przemyślane, choć Elitarni również mieli swoje okazje. Większość gry toczyła się jednak w środku pola, gdzie oglądaliśmy dużo walki, popisy bramkarzy i sporo nieskuteczności w ofensywie po obu stronach. Dopiero tuż przed przerwą Borowikom udało się objąć prowadzenie, co wywarło presję na gościach i zmusiło ich do większego ryzyka w drugiej części spotkania.

Po zmianie stron obraz gry stał się znacznie bardziej jednostronny. Borowiki przejęły inicjatywę, były skuteczniejsze pod bramką rywala i bezlitośnie wykorzystywały nieporozumienia oraz kłótnie w szeregach Elitarnych. Pechowy samobój przy próbie wybicia dodatkowo pogorszył atmosferę w drużynie z Gocławia. Goście próbowali odgryzać się atakami, ale Rafał Szymański w bramce Borowików rozgrywał kapitalne zawody, wielokrotnie ratując swój zespół efektownymi interwencjami.

Ostatecznie gospodarze wygrali 4:1, po niemal bezbłędnej drugiej połowie, i zgarnęli cenne trzy punkty w starciu z wymagającym rywalem, jakim bez wątpienia są Elitarni.

W pierwszym meczu 13. Ligi Fanów naprzeciw siebie stanęły drużyny White Foxes i Zaruby United. Obie ekipy przegrały swoje premierowe spotkania, więc tym bardziej zależało im, by jak najszybciej otworzyć dorobek punktowy.

Oba zespoły długo się rozkręcały – przez pierwsze 10 minut gra toczyła się głównie w środku pola, a sytuacji bramkowych było jak na lekarstwo. Nic nie zapowiadało, że w kolejnych minutach zobaczymy naprawdę efektowne widowisko. Dopiero w 12. minucie wynik otworzyli gospodarze – niezwykle aktywny od początku Jeremi Wojton wyłożył piłkę Dawidowi Walaskowi, który nie pomylił się w tej sytuacji. Od tego momentu spotkanie nabrało rumieńców. Zaruby szybko odpowiedziały, a bohaterem akcji został Oleksiy Sudenkov, który dwukrotnie trafił do siatki, dając prowadzenie gościom. Niestety dla nich, jeszcze przed przerwą przydarzył się fatalny błąd – źle wykonany aut wystawił piłkę rywalowi niemal do pustej bramki i White Foxes wyrównało na 2:2.

Druga połowa rozpoczęła się idealnie dla Zarubów – Sudenkov skompletował hat-tricka. White Foxes nie zamierzali jednak odpuszczać. Skupili większą uwagę na liderze rywali, często podwajając czy potrajając krycie, ale ten i tak potrafił się uwolnić i stwarzać przewagę. Po stronie gospodarzy wyróżniał się Jeremi Wojton i finałowa część spotkania upłynęła pod znakiem pojedynku tych dwóch liderów.

Mecz był niesamowicie zacięty – żadna z drużyn nie potrafiła odskoczyć na więcej niż jednego gola. Wydawało się, że skończy się podziałem punktów, który patrząc na przebieg gry, byłby sprawiedliwy. Oba zespoły szukały jednak pełnej puli. W końcówce White Foxes mocno przycisnęli rywala, choć brakowało im skuteczności w wykończeniu. Udało się jednak dopiąć swego – tuż przed ostatnim gwizdkiem Damian Olejniczak wpakował piłkę do siatki, ustalając wynik na 6:5 dla gospodarzy.

Choć początek nie zwiastował emocji, zobaczyliśmy bardzo ciekawe spotkanie, w którym minimalnie lepsza okazała się drużyna Roberta Wróblewskiego. Zaruby mogą czuć niedosyt, ale patrząc na ich grę, pierwsze punkty wydają się być tylko kwestią czasu.

Obie ekipy zadbały o to, byśmy oglądali wyjątkowo wyrównane starcie, w którym wynik pozostawał otwarty dosłownie do ostatniego gwizdka sędziego. Był to klasyczny przykład meczu „cios za cios” – żadna z drużyn nie potrafiła utrzymać wyraźnej przewagi dłużej niż pięć minut.

Zaczęło się nietypowo – od samobója. Kerim Mamedov nie zrozumiał się ze swoim bramkarzem i efektownym, choć przypadkowym zagraniem, wpakował piłkę do własnej siatki. Już w 8. minucie miał jednak okazję się zrehabilitować – zaliczył asystę przy golu Artema Janczylika. Remis utrzymał się tylko minutę – dla gospodarzy trafił Łukasz Wiśniewski, a chwilę później ponownie odpowiedział Janczylik. Taki scenariusz powtarzał się praktycznie przez całe spotkanie – jedna drużyna wychodziła na prowadzenie, a druga niemal natychmiast odpowiadała. W 15. minucie to Kresowia była górą, ale zaraz straciła przewagę. W 20. minucie Maksym Zhukov strzelił na 4:3 dla Nieuchwytnych, lecz goście wyrównali dosłownie w ostatniej akcji pierwszej połowy.

Po zmianie stron drużyna Daniila Mikulicha dwukrotnie obejmowała prowadzenie i dwukrotnie je traciła. Po drodze Michał Jędrak obronił jeszcze rzut karny wykonywany przez Oleksiia Kyselova. W 45. minucie Nieuchwytni znów wyszli na prowadzenie 7:6, ale Kresowia odpowiedziała błyskawicznie – Mikulich zdobył gola na 7:7. Chwilę później Wiśniewski ponownie dał prowadzenie gospodarzom, ale goście znowu wyrównali – tym razem za sprawą niezawodnego Janczylika.

Patrząc na przebieg meczu, Nieuchwytni powinni zgarnąć pełną pulę. Na trzy minuty przed końcem Mirosław Nowacki po fatalnym zagraniu ręką zobaczył żółtą kartkę, dając drużynie oponentów chwilową przewagę liczebną. Jednak ekipa Marka Szklennika nie potrafiła tego wykorzystać, a Kresowia ostatkiem sił dowiozła remis. Ostatecznie obie drużyny musiały podzielić się punktami.

Lisy Bez Polisy przystępowały do spotkania z Joga Bonito z pozycji czerwonej latarni. Oczywiście tabela po pierwszej kolejce rzadko oddaje faktyczny układ sił, ale kiedy gracz Joga Bonito zaliczył trafienie samobójcze, a następnie Robert Prządka podwyższył wynik, gospodarze schodzili na przerwę z prowadzeniem 2:1, a widzowie kręcili głowami z niedowierzaniem. Okazało się jednak, że były to tylko miłe złego początki.

Po przerwie oglądaliśmy już popis Joga Bonito – seria składnych i skutecznych akcji całkowicie zmieniła obraz gry. Prym w ofensywie wiódł Mateusz Bubrzyk (dwa gole i trzy asysty), ale akcenty rozkładały się na cały zespół – na liście punktujących znalazło się aż sześciu graczy, a asystę dorzucił nawet bramkarz, Patryk Wąsowski.

Lisy w drugiej połowie grały nie tylko Bez Polisy, ale też bez pomysłu. Gospodarze gubili krycie, brakowało im koncepcji na konstruowanie akcji i ostatecznie nie byli w stanie nawiązać równorzędnej walki. Po dwóch kolejkach pozostają na dnie tabeli i bez punktów – czas się otrząsnąć, bo szykuje się dla nich ciężki sezon.

Z kolei Joga Bonito samodzielnie objęła fotel lidera 13. ligi i za tydzień zmierzy się z Zarubami United – drużyną, która również wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo.

Boiskowy Folklor w poprzedniej edycji do końca walczył o pozostanie w 11. klasie rozgrywkowej, ale ostatecznie musiał uznać wyższość rywali. Spotkanie z Cockpit Country pokazało jednak, że ekipa Folkloru poważnie myśli o awansie i szybkim powrocie na wyższy szczebel. Wzmocnienia w osobach Adama Jankowskiego i Kacpra Miriuka wniosły dużo jakości – zespół grał szybko, pewnie i konsekwentnie.

Już wynik do przerwy – 8:0 – dobitnie pokazał, kto jest w gazie. Kolejne bramki i dobre akcje w dużej mierze napędzane były przez Miriuka. Kacper nie tylko świetnie grał, ale i skrupulatnie liczył swoje statystyki – a faktem jest, że był zamieszany w więcej trafień, niż ostatecznie odnotowano w formularzu. Takich wątpliwości nie było przy Arielu Kucharskim, który zdobył aż siedem goli, w tym jednego z rzutu karnego (wywalczonego przez Miriuka).

Cockpit Country przez długi czas nie miał argumentów, by odpowiedzieć rywalom. Pierwsze trafienia udało im się zanotować dopiero w drugiej połowie, gdy gospodarze pozwolili sobie na odrobinę dekoncentracji. Trzeba jednak docenić Tomka Kozielewicza, który zdobył hat-tricka i uratował wynik od jeszcze większego pogromu.

Po dwóch kolejkach Boiskowy Folklor znajduje się tuż za podium. Droga do upragnionego awansu jest jeszcze długa, ale jeśli utrzymają obecny skład i boiskową dyscyplinę, to mogą poważnie namieszać w walce o czołowe lokaty.

14 Liga

Santiago Remberteu kontra FC Olimpik okazał się prawdziwym, piłkarskim spektaklem!

Gospodarze przystępowali do meczu jako zdecydowani faworyci, ale to goście z Ukrainy od początku pokazali, że nie zamierzają oddać punktów bez walki. Pierwsza połowa była niespodziewanie korzystna dla FC Olimpik – to oni zdobyli jedyną bramkę tej części, obejmując prowadzenie. Santiago próbowało odrobić straty, kreując wiele sytuacji, jednak trafiali na dobrze zorganizowaną i skuteczną defensywę rywali. FC Olimpik kontrolował tempo i pewnie się bronił, a gospodarze mimo wielu prób nie znaleźli drogi do bramki. Do przerwy – 0:1.

Po zmianie stron niespodzianka wisiała w powietrzu. Olimpik szybko podwyższył prowadzenie aż do 3:0, a bohaterem gości został Valentyn Hordichuk, który skompletował hat-tricka i był absolutnym liderem swojej drużyny. Wydawało się, że Santiago Remberteu nie podniesie się z takiego ciosu.

A jednak stało się coś niezwykłego. Gospodarze pokazali prawdziwy charakter mistrzów – w kilka minut zdobyli cztery bramki z rzędu, całkowicie odmieniając losy meczu! Kluczową postacią okazał się Piotr Wójtowicz, który dwukrotnie trafił do siatki i poderwał swój zespół do szaleńczego pościgu. Santiago przejęło inicjatywę, a rywale nie potrafili już odpowiedzieć.

Ostatecznie Santiago Remberteu wygrało 4:3, udowadniając, że potrafi odwracać mecze nawet w trudnych momentach i potwierdzając swoje aspiracje do drugiego mistrzostwa z rzędu. FC Olimpik mimo porażki pozostawił po sobie dobre wrażenie – szczególnie pierwsza połowa i hat-trick Hordichuka pokazują, że Ukraińcy mogą w tej lidze napsuć sporo krwi faworytom.

To było spotkanie, które idealnie pokazało, że w piłce nożnej trzeba walczyć do końca – determinacja i charakter Santiago przesądziły o ich zwycięstwie, a FC Olimpik mimo wszystko udowodnił, że jest ekipą, z którą trzeba się liczyć.

Zacięty pojedynek oglądaliśmy w starciu Kanarków z Warsaw Pistons. Od początku obie ekipy chciały dobrze wejść w mecz i narzucić swój styl gry. Strzelanie rozpoczęli goście, ale już po kilku minutach gospodarze wyrównali – kapitalnym strzałem popisał się Jakub Kowalski. Napastnik Kanarków był niezwykle aktywny i sprawiał sporo problemów defensywie rywala. To właśnie jego kolejne trafienia dały gospodarzom spokój i komfort. W pewnym momencie ekipa w białych trykotach prowadziła już 4:1 i wydawało się, że Pistonsom będzie bardzo trudno wrócić do gry.

Jednak druga część pierwszej odsłony należała do gości. Trafienia Filipa Reńca i Kacpra Romanowskiego pozwoliły im złapać kontakt. Przy wyniku 4:3 wkradła się nerwowość i chaos – nie brakowało fauli w środku pola, ale sędzia szybko opanował sytuację. Do przerwy oglądaliśmy jeszcze po jednym golu z obu stron i pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 5:4.

Po zmianie stron Pistons mocno ruszyli do ataku i mieli kilka znakomitych okazji. Strzały w słupek, poprzeczkę i inne klarowne sytuacje nie przyniosły im jednak bramek. Gospodarze przetrwali trudny moment, a następnie perfekcyjnie kontrowali. Pod nieobecność Jakuba Kowalskiego ciężar zdobywania goli wziął na siebie Jakub Gałęzowski, który skutecznie wykorzystywał sytuacje kreowane przez kolegów.

Kanarki konsekwentnie powiększały przewagę, a Pistons stać było tylko na jedno trafienie w końcówce. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 9:5 i to gospodarze mogli cieszyć się z kolejnych punktów w tym sezonie.

W ostatnim spotkaniu drugiej kolejki 14. Ligi Fanów zmierzyły się ekipy Milkeen FC i Elekcyjna FC. Gospodarze mieli za sobą zwycięski debiut, natomiast goście przyjechali z ogromną chęcią zmazania porażki sprzed tygodnia.

Od pierwszych minut to Elekcyjna narzuciła szybsze tempo gry, wykazując się większą dynamiką w rozgrywaniu akcji. W ich szeregach wyróżniał się Jakub Mydłowiecki, który efektownym wykończeniem otworzył wynik spotkania. Chwilę później za ciosem poszedł Adrian Kanigowski – jego strzał odbił się od słupka i wpadł do siatki, podwyższając na 2:0. Milkeen zdołał w końcu przebić się przez szczelną defensywę rywali i złapał kontakt dzięki bramce Kuby Mendaka. Goście nie zamierzali jednak zwalniać – jeszcze przed przerwą odskoczyli na trzy gole przewagi.

Po zmianie stron znów błysnął Mydłowiecki – tym razem pokonał bramkarza precyzyjnym wolejem, a Elekcyjna prowadziła już 5:1. Wydawało się, że losy meczu są rozstrzygnięte, ale gospodarze nie zamierzali składać broni. Krok po kroku Milkeen odrabiał straty – na 5:2, potem 5:3, a w końcu 5:4. Końcówka meczu była przez to niezwykle emocjonująca, lecz goście zdołali utrzymać minimalną przewagę i dowieźć zwycięstwo do końca.

Obie ekipy pokazały się z dobrej strony, ale jeśli Elekcyjna myśli o górnych lokatach w tabeli, musi unikać tak nerwowych końcówek.

W meczu 14. ligi BS Zadymiarze zaprezentowali się z bardzo mocnej strony, pewnie wygrywając 12:5 z Heavyweight Heroes. Już do przerwy młoda ekipa wypracowała solidną przewagę 5:2, co dobrze wróżyło na dalszy przebieg rywalizacji. Od pierwszych minut Zadymiarze narzucili swoje tempo – szybkie rozegrania, pressing i ofensywna żądza były widoczne w każdej akcji. W obronie pokazali charakter, odbierając inicjatywę przeciwnikowi i skutecznie neutralizując próby kontr.

Po zmianie stron gospodarze kontynuowali ofensywną narrację, dokładając kolejne trafienia i kompletnie przejmując kontrolę nad spotkaniem. Wśród najaktywniejszych zawodników szczególnie wyróżniał się Jakub Pawelec – jego ruch bez piłki, inteligentne ustawienie i precyzyjne podania wielokrotnie otwierały drogę do bramki. Dominik Zawiślak imponował szybkością, dynamicznymi wejściami i skutecznością, potęgując presję na obronie rywala. Nie zawiódł także Mateusz Preibisz, który pewnie kończył kolejne akcje. Występy tej trójki były świetnym przykładem, jak młodzi zawodnicy mogą stanowić o sile drużyny.

Choć wynik wygląda na bardzo wysoki, trudno wskazać moment, w którym Zadymiarze tracili kontrolę – ich pewność, konsekwencja i świeżość w nogach były kluczem do sukcesu. Heavyweight Heroes, mimo kilku bramek i chwilami ambitnej gry, nie znaleźli pomysłu na zatrzymanie naporu gospodarzy.

To zwycięstwo to nie tylko trzy punkty, ale też mocna wizytówka BS Zadymiarzy – pokazali, że mają potencjał, ambicję i chęć gry z rozmachem. Jeśli utrzymają taką formę, będą zespołem, którego inni w 14. lidze będą woleli unikać.

W drugiej serii gier doszło do konfrontacji pomiędzy BRD Young Warriors a OldBoys Derby II, która okazała się jednostronnym widowiskiem. Po dobrych występach obu drużyn w pierwszej kolejce, tym razem to gospodarze – BRD Young Warriors – od pierwszych minut udowadniali, że nieprzypadkowo są faworytem.

Do przerwy BRD prowadziło 4:2, dyktując tempo gry i narzucając swój styl. OldBoys Derby II starali się walczyć o każdy centymetr murawy i zdołali zdobyć dwie bramki, ale przewaga gospodarzy była wyraźna. Po zmianie stron młodzi zawodnicy jeszcze bardziej podkręcili tempo, zdobywając kolejne gole i ostatecznie pewnie triumfując 9:2.

Nie zabrakło efektownych momentów. Prawdziwą niespodzianką była bramka zdobyta przez bramkarza BRD Young Warriors – potężny strzał z własnej połowy, który wzbudził ogromne emocje na trybunach. Chwilę później odpowiedział golkiper OldBoys Derby II, Rafał Wieczorek, który również trafił z własnej połowy. Te spektakularne trafienia były ozdobą jednostronnego meczu. Spotkanie pokazało dużą przewagę gospodarzy, którzy konsekwentnie realizowali swój plan i bezlitośnie wykorzystywali niemal każdą okazję. OldBoys Derby II walczyli ambitnie do końca, ale nie byli w stanie powstrzymać siły rywali.

BRD Young Warriors potwierdzili wysoką formę i pokazali, że są poważnym kandydatem do gry o czołowe lokaty. To przekonujące zwycięstwo z pewnością doda im pewności siebie i pozwoli utrzymać miejsce w ścisłej czołówce tabeli.

15 Liga

W samo niedzielne południe doszło do starcia między KP Syrenką a Yug–Bud, które okazało się jednostronnym widowiskiem. Goście od pierwszych minut narzucili wysokie tempo i zademonstrowali swoją przewagę – imponowali kondycją, szybkością oraz wyraźną siłą fizyczną.

Do przerwy tablica wyników wskazywała 0:11, co doskonale odzwierciedlało trudności, jakie mieli gospodarze w nadążaniu za tempem i precyzją gry rywali. Syrenka miała problemy z kryciem w kluczowych momentach, a większość meczu musiała rozgrywać w pełnym napięciu, starając się ograniczyć straty. Mimo wszystko gospodarze nie rezygnowali – walczyli o każdą piłkę i próbowali przejmować inicjatywę, pokazując zaangażowanie.

Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Yug–Bud nadal dominował i regularnie dokładał kolejne trafienia. Końcowy wynik 0:16 był potwierdzeniem ich całkowitej przewagi – nie tylko fizycznej, ale też taktycznej i organizacyjnej. Goście imponowali świadomością boiskową i skutecznością, wykorzystując każdy błąd przeciwnika.

Choć rezultat był dla KP Syrenki bardzo bolesny, gospodarze pokazali ducha walki i determinację. Nie poddali się ani na moment i starali się szukać okazji do kontrataków. To doświadczenie – choć trudne – może okazać się cenną lekcją na kolejne spotkania.

W różnych nastrojach przystępowały ekipy Interu i FC Wombatów do bezpośredniej potyczki w ramach 2. kolejki. Gospodarze mieli już na koncie punkt po zaciętym remisie z Pogromcami Poprzeczek, natomiast Wombaty wciąż czekały na premierowe oczko w sezonie. Zapowiadało się więc ciekawe widowisko o cenne trzy punkty na starcie rozgrywek.

Od pierwszych minut obie drużyny grały spokojnie i zachowawczo, badając swoje możliwości. Z czasem to jednak Inter przejmował inicjatywę i po dwudziestu minutach otworzył wynik za sprawą błyszczącego tego dnia Bohdana Kulbashnyi. Do końca pierwszej połowy gospodarze dołożyli jeszcze dwa trafienia, schodząc do szatni z wyraźną zaliczką.

Po przerwie Inter nie zamierzał zwalniać – szybko podwyższył na 4:0 i swobodnie kontrolował grę. Wombaty odpowiedziały honorowym trafieniem Piotra Kwiatkowskiego, lecz zamiast zmienić obraz meczu, gol ten jedynie rozdrażnił gospodarzy. Inter punktował konsekwentnie co kilka minut, a prawdziwą ozdobą spotkania okazała się bramka Ivana Nasinnyka, który efektowną główką posłał piłkę w samo okienko.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 10:1. Inter pokazał klasę i skuteczność, zgarniając w pełni zasłużone trzy punkty. Po dwóch kolejkach plasują się w środku tabeli, ale swoją formą potwierdzają, że będą poważnym kandydatem do walki o najwyższe cele w tym sezonie.

W starciu 2. kolejki między Pogromcami Poprzeczek a RCD Los Rogalos zdecydowanym faworytem byli gospodarze, którzy tydzień wcześniej zremisowali po zaciętym meczu z Interem. Rywale natomiast rozpoczęli sezon od dotkliwej porażki i liczyli na poprawę formy.

Sędzia ledwo zdążył odgwizdać początek spotkania, a Pogromcy już objęli prowadzenie – strzelanie rozpoczął Mateusz Niewiadomy, który od początku sezonu imponuje świetną dyspozycją. Mecz przebiegał pod pełną kontrolą gospodarzy, którzy imponowali skutecznością i zespołową grą. Głównym architektem ofensywy był Marcin Kowalski, mający udział przy aż jedenastu trafieniach swojego zespołu. Tuż przed przerwą honorowego gola dla gości zdobył Oliwier Nachorniak i do szatni drużyny schodziły przy wyniku 6:1.

Po zmianie stron Pogromcy Poprzeczek nie zamierzali zwalniać tempa. Zdominowali przeciwnika całkowicie, dokładając aż dziewięć kolejnych bramek i nie tracąc żadnej. Los Rogalos mieli ogromne problemy z opuszczeniem własnej połowy, a Michał Trela między słupkami gospodarzy musiał interweniować tylko kilka razy.

Było to w pełni zasłużone zwycięstwo Pogromców, którzy udowodnili, że są jednym z faworytów ligi. RCD Los Rogalos natomiast muszą jak najszybciej znaleźć receptę na swoje problemy – zarówno kadrowe, jak i organizacyjne – inaczej ten sezon może być dla nich wyjątkowo trudny.

W drugim meczu kolejki 15. Ligi Oldboys Derby III zmierzyli się z NieDzielnymi i odnieśli zwycięstwo 4:2. Choć do przerwy to goście prowadzili 2:1, gospodarze zdołali odwrócić losy rywalizacji i ograć przeciwnika w drugiej połowie.

Pierwsza część gry była wyrównana, z lekką przewagą NieDzielnych, którzy objęli prowadzenie i przez dłuższy czas utrzymywali inicjatywę. Oldboys odpowiadali kontrami i w jednej z nich zdołali zmniejszyć straty przed przerwą. W tej fazie meczu widoczne były błędy przy otwieraniu gry i kilka sytuacji, w których wynik mógł się zmienić – obie ekipy miały okazję na więcej.

Po zmianie stron obraz gry uległ zmianie – Oldboys Derby III przejęli kontrolę. Większa odpowiedzialność, dokładniejsze podania i lepsze ustawianie się w kluczowych strefach boiska pozwoliły im budować przewagę. Efekt był wyraźny – trzy gole w drugiej połowie i odwrócenie wyniku na swoją korzyść.

Warto podkreślić, że mimo zwycięstwa oponentów, NieDzielni do samego końca utrzymywali groźne sytuacje – brakowało im jednak precyzji, by pokonać świetnie dysponowanego Przemysława Białego. Najbliżej wyrównania był Maciej Piątek, którego mocne uderzenie z rzutu karnego zmierzało w róg bramki, lecz kapitalną interwencją popisał się golkiper Oldboysów.

Triumfatorzy natomiast pokazali większą skuteczność i umiejętność wykańczania akcji w decydujących momentach. To spotkanie pokazało, że nawet jeśli zaczynasz na minusie, energia i determinacja mogą odmienić losy meczu. Oldboys Derby III przeprowadzili piękny comeback i dopisali sobie cenne trzy punkty w 15. lidze.

W ramach 2. kolejki 15. Ligi oglądaliśmy starcie ekip dobrze znających się z poprzedniego sezonu – Szeregu Homogenizowanego i Green Teamu. Obie drużyny rozpoczęły ligową kampanię od zwycięstw, więc nic dziwnego, że obie chciały podtrzymać dobrą passę. Początek meczu jednak zupełnie na to nie wskazywał – przez większość pierwszej połowy działo się niewiele.

Na pierwszego gola czekaliśmy aż do 20. minuty, gdy bezpańską piłkę przejął Grzegorz Świercz, zszedł na prawą nogę i precyzyjnym uderzeniem umieścił piłkę w lewym rogu bramki. Chwilę później goście mogli podwyższyć prowadzenie, ale kontratak „2 na 1” został w ostatniej chwili przerwany przez świetną interwencję Jakuba Gazdy. Szereg też miał swoją szansę – po faulu Marcina Rudnickiego w polu karnym gospodarze stanęli przed okazją wyrównania, lecz Kuba Stacewicz przegrał pojedynek z doświadczonym Sebastianem Durańskim. Na domiar złego kontuzji w jednej z interwencji doznał bramkarz Jan Wosiński, a jego obowiązki w drugiej połowie musieli dzielić Pietrzak i Myszór.

Paradoksalnie to zmobilizowało Szereg. Już pięć minut po wznowieniu gry, po podaniu Tomka Świeczki, Olek Ryszawa doprowadził do remisu 1:1. Niestety, były to „miłe złego początki”. Od tego momentu dominację przejęli Zieloni. Green Team bezlitośnie wykorzystywał stałe fragmenty i konstruował składne akcje, jak choćby przy drugim golu Łukasza Kuny. Kolejne trafienia dorzucili Jakubowski, Szkop, Walczak, Rudnicki i niezwykle aktywny Świercz, a przewaga gości rosła z każdą minutą. W końcówce honorowego gola dla Szeregu zdobył Adrian Zaras po efektownym rajdzie lewą stroną, ale ostatnie słowo należało do Green Teamu – dublet skompletował Waszczuk, ustalając wynik spotkania.

Ostatecznie Zieloni wygrali wysoko, a ich piorunujący bilans 23:2 po dwóch kolejkach pozwolił im wspiąć się na szczyt tabeli. Szereg natomiast musi przełknąć gorycz porażki i przygotować się na kolejne wyzwanie – starcie z Interem.

16 Liga

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama