RAPORT MECZOWY! 12. KOLEJKA - SEZON 25/26
Ostatnia niedziela na długo zapadnie nam w pamięć. To właśnie wtedy dwie ostatnie ekipy straciły swoją nieskazitelność. Tym samym nie ma już w lidze żadnego zespołu, który mógłby powiedzieć, że jest niepokonany. To tylko potwierdza to, o czym mówiliśmy od początku - runda wiosenna rządzi się swoimi prawami. Tu naprawdę wszystko może się wydarzyć i nie jesteśmy w stanie przewidzieć każdego scenariusza.
Opisy meczów 12. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!
Ekstraklasa Ligi Fanów w tym sezonie nie przestaje zaskakiwać, a to spotkanie tylko potwierdziło, jak bardzo nieprzewidywalne potrafią być jej losy. KSB Warszawa, jedna z największych rewelacji rozgrywek, zmierzyła się z Turem Ochota, który również zaczyna łapać właściwy rytm, choć z zupełnie innego miejsca w tabeli.
Patrząc na dotychczasowy przebieg sezonu, to KSB wydawało się faworytem. Boisko jednak szybko pokazało, że Tur to drużyna, która ma w swoim DNA charakter. Już na początku spotkania Leśniewicz otworzył wynik kapitalnym wolejem z dystansu, który mógł być ozdobą niejednej kolejki. KSB nie potrzebowało jednak wiele czasu, by odpowiedzieć. Swoją klasę potwierdził Maciek Grabicki, specjalista od uderzeń z dystansu, który precyzyjnym strzałem doprowadził do wyrównania. Mecz szybko wszedł na wysokie obroty - dynamiczny, taktyczny, pełen walki i wzajemnych odpowiedzi. Do przerwy było 2:2, a obraz gry idealnie oddawał wynik. Obie drużyny miały swoje momenty, wymieniały się ciosami i nie zamierzały odpuszczać ani na chwilę.
Po zmianie stron spotkanie nadal było bardzo wyrównane, ale to Tur Ochota zaczął wykazywać się większą cierpliwością i skutecznością. Goście lepiej reagowali na drobne błędy w defensywie KSB i potrafili je bezlitośnie wykorzystywać. Nie forsowali gry na siłę, lecz czekali na swoje momenty i konsekwentnie zamieniali je na bramki.
KSB walczyło do końca, próbowało narzucić swój styl i odwrócić losy meczu, ale tego dnia Tur był zespołem bardziej konkretnym w decydujących momentach. Ostatecznie Tur Ochota wygrywa 5:3, sprawiając jedną z większych niespodzianek tej kolejki. To zwycięstwo może mieć ogromne znaczenie - 9 punktów okazuje się realną szansą w walce o utrzymanie i buduje potrzebną pewność siebie przed dalszą częścią sezonu. Dla KSB Warszawa to z kolei bolesne potknięcie - spadek z trzeciego na czwarte miejsce, ale podium wciąż pozostaje w ich zasięgu. W Ekstraklasie nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte i właśnie za to ją kochamy.
Spotkanie drużyn z dwóch różnych biegunów tabeli zapowiadało się jasno - Impuls walczący o utrzymanie kontra IN Plus, który mierzy wyżej i chce trzymać kontakt z czołówką. Faworyt był więc znany, a boisko tylko to potwierdziło.
Od pierwszych minut to właśnie IN Plus narzucił tempo i wyglądał na zespół lepiej przygotowany do tego spotkania. Szybkie rozegranie, odwaga w pojedynkach i duża pewność siebie sprawiły, że goście szybko objęli prowadzenie. Impuls potrafił jednak odpowiedzieć - precyzyjne uderzenie dało wyrównanie i przez moment wydawało się, że gospodarze są w stanie podjąć walkę. To był jednak tylko krótki fragment. Z biegiem czasu mecz coraz bardziej układał się pod dyktando gości. W ofensywie brylował Jan Skotnicki, który świetnie radził sobie w dryblingach i regularnie rozrywał defensywę rywali. Jego akcje tworzyły przestrzeń i sytuacje, które skutecznie wykańczali Muszyński oraz Przyborek.
Na tym jednak nie kończyła się siła IN Plusu. Ogromne wrażenie robił również Piotr Branicki, który był prawdziwym mózgiem drużyny. To on nadawał tempo, podpowiadał, rozrzucał piłki po boisku i skupiał na sobie uwagę przeciwników. Jego obecność była odczuwalna w niemal każdej akcji ofensywnej - klasa widoczna gołym okiem. Taki zestaw jakości sprawił, że IN Plus bardzo sprawnie budował przewagę i kontrolował przebieg spotkania. Impuls próbował walczyć, nie brakowało im zaangażowania, e brakowało argumentów, by zatrzymać dobrze dysponowanego rywala. W końcówce gospodarze zdołali jeszcze zdobyć dwa trafienia, co pozwoliło im zachować twarz i zostawić po sobie dobre wrażenie pod względem walki do samego końca. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:7.
Sytuacja obu drużyn na ostatnią tercję sezonu zaczyna się wyraźnie zarysowywać i obie ekipy muszą teraz wejść na najwyższe obroty, żeby wypełnić swoje cele. IN Plus ma apetyt na drugie miejsce. Impuls, przy dobrym finiszu, może powalczyć o środek tabeli, natomiast z tyłu są drużyny, które będą zdeterminowane, by zdobywać punkty.
Spotkanie 12. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów między Lakoksami CF a GWA Media Ochotą dostarczyło prawdziwego rollercoastera bramek. Gospodarze przystępowali do meczu w dobrych nastrojach po udanym początku rundy rewanżowej, w którym potrafili pokonać nawet aktualnych mistrzów ligi. Z kolei goście mieli za sobą rozczarowujący start wiosny – tylko jeden punkt w dwóch meczach praktycznie przekreślił ich szanse na tytuł.
Od pierwszego gwizdka to Lakoksy narzuciły swoje tempo gry. Już po 7 minutach prowadziły 2:0, wykorzystując ospałość rywali. GWA Media próbowała odpowiedzieć, ale dobrze zorganizowana defensywa gospodarzy długo nie dopuszczała ich do klarownych sytuacji. Dopiero w 15. minucie Milewski znalazł drogę do siatki i zmniejszył straty. Mimo okazji po obu stronach wynik do przerwy nie uległ już zmianie.
Druga połowa przyniosła prawdziwy festiwal strzelecki. Lakoksy szybko podwyższyły na 3:1, lecz niemal natychmiast odpowiedział Kępka. W 37. minucie Zawadzki popisał się znakomitym uderzeniem z rzutu wolnego, nie dając szans Jabłońskiemu i przywracając gospodarzom dwubramkowe prowadzenie. Chwilę później jednak Nowak niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki, ponownie zmniejszając różnicę do jednego gola. Gdy na 10 minut przed końcem Lakoksy zdobyły kolejną bramkę i prowadziły już 6:3, wydawało się, że mają mecz pod kontrolą. Wtedy jednak nastąpił niesamowity zwrot akcji. Goście wrzucili wyższy bieg i w zaledwie cztery minuty zdobyli aż cztery gole, wychodząc na prowadzenie 7:6. Decydujący cios zadał Cetlin, który tuż przed końcem podwyższył na 8:6 i przypieczętował pierwsze wiosenne zwycięstwo GWA Media Ochota. W ostatnich sekundach gry Brzeziński zdobył jeszcze bramkę dla Lakoksów, ale było to już tylko trafienie na otarcie łez.
Po niezwykle emocjonującym meczu GWA Media Ochota pokonała Lakoksy CF 8:7, odwracając losy spotkania w spektakularnym stylu.
W meczu 12. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów naprzeciw siebie stanęły ekipy o zupełnie innym bagażu doświadczeń – utytułowani Gladiatorzy Eternis oraz stawiająca pierwsze kroki na najwyższym szczeblu Tanatos Husaria Mokotów. Choć obie drużyny weszły w rundę rewanżową z bilansem jednego zwycięstwa i jednej porażki, to gospodarze, czyli wielokrotni mistrzowie rozgrywek, uchodzili za zdecydowanych faworytów.
Początek spotkania nie zapowiadał jednak późniejszego pogromu. Gra była wyrównana, a akcje przenosiły się spod jednej bramki pod drugą. Wraz z upływem kolejnych minut inicjatywę zaczęli przejmować podopieczni Michała Dryńskiego. Kluczem do sukcesu okazała się doskonała gra z bramkarzem oraz szybkie kontry, które rozrywały szyki obronne Husarii. Wynik otworzył Michał Kielak, wykańczając precyzyjne podanie Borysa Ostapenki. Ten sam zawodnik jeszcze przed przerwą trafił po raz drugi, dzięki czemu Gladiatorzy schodzili na przerwę z komfortowym prowadzeniem 2:0.
Druga połowa to już prawdziwy koncert jednego zespołu. Gdy Tomasz Pietrzak podwyższył na 3:0, nadzieje gości na korzystny wynik zaczęły wygasać. Husaria próbowała odpowiedzieć, wprowadzając do gry ofensywnej Norberta Wierzbickiego, jednak defensywa Gladiatorów tego dnia była świetnie dysponowana. Nawet gdy gościom udawało się wypracować sytuację, to na posterunku stał Bartosz Gwóźdź, który tego dnia był nie do pokonania. W kolejnych minutach Gladiatorzy grali z chirurgiczną precyzją, bezlitośnie wykorzystując każdy błąd rywala. Wynik szybko urósł do 5:0, a podłamana Husaria straciła rytm i wiarę w odwrócenie losów meczu. Ostatecznie spotkanie zakończyło się rezultatem 7:0.
Dla Gladiatorów to cenny krok w stronę kolejnego mistrzostwa, potwierdzający ich dominację i świetną formę defensywną w tym spotkaniu. Z kolei ekipa z Mokotowa odebrała bolesną lekcję futbolu – zawodnicy Tomasza Hübnera muszą szybko wyciągnąć wnioski, gdyż walka o utrzymanie w dolnych rejonach tabeli zapowiada się w tym sezonie wyjątkowo pasjonująco.
W bezpośrednim starciu drużyn, które przed tą kolejką miały na koncie identyczną liczbę punktów, Ogień Bielany pokonał FC Otamany w stosunku 8:6. Bardzo intensywne spotkanie, w którym nikt nie odstawiał nogi, zamieniło się w prawdziwy festiwal pięknych goli i zwrotów akcji.
Wynik otworzył Maciej Zawitaj z Ognia, popisując się fantastycznym uderzeniem piętką, będąc tyłem do bramki. Goście odpowiedzieli mocnym strzałem Kashperuka z bliskiej odległości, a po chwili wymiany ciosów zdołali nawet odskoczyć na dwubramkowe prowadzenie. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gospodarzy. Ogień zagrał koncertowo, odrabiając straty z nawiązką i schodząc na przerwę przy wyniku 5:4.
Po zmianie stron gospodarze podwyższyli na 6:4, ale FC Otamany nie składały broni. Goście nieustannie łapali kontakt, a przy stykowym rezultacie 7:6 losy meczu ważyły się do samego końca. Ostatecznie kropkę nad „i” postawił debiutujący w barwach Ognia Filip Ikwanty, który, strzelając na 8:6, zamknął to niesamowite widowisko.
Absolutnym motorem napędowym zwycięzców był w tym meczu Damian Warmiak. Zakończył on zawody z dorobkiem trzech bramek i jednej asysty, biorąc na swoje barki ciężar gry w ofensywie zespołu z Bielan.
Spotkanie pomiędzy AZS Nietoperze a FC Kebavita od samego początku układało się zdecydowanie po myśli Nietoperzy, którzy bardzo szybko narzucili rywalom swoje warunki gry i pokazali dużą skuteczność w ofensywie.
Już w ciągu pierwszych 10 minut od pierwszego gwizdka AZS Nietoperze prowadzili 3:0. Dwie świetne akcje zostały wykończone po znakomitych podaniach Bartka Salomona, który doskonale obsługiwał swoich kolegów z drużyny, a trzecie trafienie dołożył Mateusz Wasilewski efektownym strzałem z połowy boiska. Tak mocne wejście w mecz wyraźnie wprowadziło nerwowość w szeregi FC Kebavity. Do końca pierwszej połowy obie drużyny dorzuciły jeszcze po dwa trafienia, dzięki czemu na przerwę schodziliśmy przy wyniku 5:2 dla Nietoperzy. Mimo prób odpowiedzi ze strony Kebavity przewaga AZS była wyraźna, a ich gra wyglądała znacznie pewniej i spokojniej.
Po rozpoczęciu drugiej połowy Kebavita starała się wrócić do meczu i szukała swoich szans na odrobienie strat, jednak brakowało skuteczności i konkretów pod bramką rywali. Dodatkowo świetne spotkanie rozgrywał Marcin Skoczek, który został najlepszym zawodnikiem meczu. Jego pewna gra i zaangażowanie skutecznie chroniły drużynę przed większym zagrożeniem.
Kebavicie udało się zdobyć tylko jeszcze jedną bramkę, natomiast Nietoperze nie zamierzali odpuszczać i dalej konsekwentnie prowadzili swoją ofensywę. Ostatecznie mecz zakończył się zasłużonym zwycięstwem Nietoperzy 7:4, którzy od początku do końca kontrolowali przebieg tego spotkania.
Starcie UEFA Mafii Ursynów z FC Łowcy zapowiadało się jako jeden z ciekawszych meczów kolejki. Gospodarze chcieli potwierdzić, że świetny wynik sprzed tygodnia nie był przypadkiem, a Łowcy przyjechali na AWF w roli jednego z faworytów do czołowych miejsc. Mało kto jednak spodziewał się aż takiej różnicy klas.
Mecz ruszył w szalonym tempie – cios za cios. Wynik otworzył Ratushnyi, który trafił do bramki z czuba, ale chwilę później Komendołowicz na wślizgu doprowadził do remisu. Blank odpowiedział mocnym strzałem z dystansu, jednak na ripostę nie musieliśmy czekać długo, bo po raz drugi trafił Komendołowicz. Ostapenko po składnej akcji dał prowadzenie gościom, a Goleń po pressingu zmienił wynik na 3:3.
Końcówka pierwszej połowy należała już jednak wyłącznie do Łowców. Dobitka Ostapenko, „okienko” Dudzińskiego, gol Blanka i ponowne trafienie Dudzińskiego doprowadziły do wyniku 3:7 do przerwy.
Po zmianie stron Łowcy urządzili prawdziwy pokaz siły. Tadrowski, Ratushnyi, Dudziński, Bienias oraz Blank szybko podwyższali prowadzenie, a kolejne akcje wyglądały jak gra „w dziadka” na treningu. Piłka krążyła błyskawicznie, a większość bramek wpadała po koronkowych akcjach do pustej bramki. Należy jednak docenić dwa indywidualne trafienia Golenia, które w ogólnym rozrachunku niewiele zmieniły, ale na pewno były widowiskowe.
Początek meczu mógł sugerować wyrównane widowisko, bo UEFA Mafia długo trzymała kontakt z rywalem, jednak im dalej w spotkanie, tym większą przewagę budowali Łowcy, którzy całkowicie przejęli kontrolę nad boiskiem. Ostatecznie zwycięstwo 5:16 mówi samo za siebie i potwierdza, że FC Łowcy są zespołem gotowym walczyć o najwyższe cele.
Mecz Sirus vs Uragan zakończył się wygraną Uraganu 12:5, ale spotkanie długo nie było tak jednostronne, jak sugeruje końcowy wynik.
Pierwsza połowa rozpoczęła się bardzo zacięcie - obie drużyny grały ostrożnie, ale jednocześnie dynamicznie, szukając swoich okazji. Sirus, który przed tym meczem zajmował 2. miejsce w tabeli i był faworytem spotkania w kontekście walki o mistrzostwo, dobrze kontrolował początek gry i przez moment utrzymywał się w równorzędnej rywalizacji. Jednak wraz z upływem czasu w pierwszej połowie coraz bardziej widoczna była przewaga Uraganu. W końcówce tej części meczu Uragan przejął inicjatywę, zaczął częściej dochodzić do sytuacji bramkowych i lepiej wykorzystywał swoje okazje. Kluczową rolę odegrał także bramkarz Nazar Kmit, który kilkukrotnie ratował zespół w trudnych momentach.
Najbardziej efektownym momentem pierwszej połowy była akcja zamykająca tę część gry - Oskar Zaks popisał się kapitalnym lobem nad bramkarzem, podkreślając swoją świetną dyspozycję.
Druga połowa to już pełna kontrola Uraganu. Drużyna całkowicie przejęła inicjatywę, grała pewnie i konsekwentnie powiększała przewagę, pokazując dużą skuteczność pod bramką rywala. Ostatecznie pozwoliło to na wysokie zwycięstwo 12:5 i dało triumfatorom realne szanse na walkę o TOP 3 w lidze. Mimo porażki Sirus miał swoje momenty, szczególnie na początku meczu i przy kontratakach. Widać było jednak problemy z utrzymaniem tempa oraz skutecznością w kluczowych sytuacjach, co przy tak dobrze dysponowanym Uraganie zadecydowało o wyniku.
KS Presley Gniazdowy podejmował Orły Maciejki – beniaminka, który w tej rundzie od razu pokazał, że nie przyszedł tylko „się ograć”, ale realnie powalczyć o wysokie miejsca w tabeli. Z kolei Presley to zespół nieprzewidywalny: potrafi zagrać bardzo dobry mecz, ale równie często zaskakuje… nawet samych siebie.
Spotkanie zaczęło się w nietypowych warunkach dla Orłów, bo na boisku pojawili się w osłabieniu – jeden zawodnik się spóźnił i przez chwilę grali w pięciu. Mimo to jako pierwsi trafili do siatki – Saba otworzył wynik w 5. minucie. Chwilę później padło wyrównanie po akcji Presleya, ale Orły szybko odzyskały kontrolę i dorzuciły kolejne bramki, wykorzystując moment, gdy mieli jeszcze siły i wszystko dobrze funkcjonowało. Wydawało się jednak, że Presley nie pozwoli im odjechać. Po trafieniach Krystiana Pudełka i kolejnych akcjach ofensywnych gospodarze doprowadzili do wyrównania. Widać było, że mecz jest bardzo otwarty, a obie drużyny mają swoje momenty. Dużo dawała też gra bramkarzy – zwłaszcza Jakub Misiewicz, który nie tylko bronił, ale często aktywnie uczestniczył w rozegraniu i momentami wręcz podłączał się do ataków.
Druga połowa zaczęła się od kolejnego ciosu Presleya, który wyszedł na prowadzenie i wyglądał coraz pewniej. Orły próbowały odpowiadać, ale z czasem zaczęły odczuwać brak zmian i spadek intensywności. Gospodarze natomiast złapali rytm, a jednym z wyróżniających się zawodników był bramkarz Kuba Baraniewicz, który – jak już robił wcześniej – potrafił nawet sam wejść w rolę strzelca i dołożyć dwa trafienia.
Presley w końcówce nie tylko utrzymał przewagę, ale jeszcze ją powiększył, zamykając mecz czterema bramkami różnicy. Orły, mimo ambitnego początku, nie zdołały dowieźć korzystnego wyniku. Z kolei Presley potwierdza, że w tej rundzie potrafi zaskakiwać i – jeśli utrzyma formę – może jeszcze powalczyć o TOP 5.
W pierwszej lidze Explo Team podejmowało rozpędzone Inferno Team – zespół, o którym coraz śmielej mówi się jako o pewniaku do awansu. Mało kto spodziewał się tu niespodzianki, ale boisko znowu napisało własny scenariusz.
Początek należał do gości – to oni jako pierwsi wyszli na prowadzenie po trafieniu Oskara Pyrzyny. Wydawało się, że mecz potoczy się zgodnie z przewidywaniami, ale Explo szybko pokazało, że nie zamierza się tylko przyglądać. Wyrównał Oskar Górecki i od tego momentu spotkanie się wyrównało. Do przerwy było widać, że Inferno ma swoje momenty, ale nie potrafi przełożyć ich na kolejne gole. Ich menedżer, Igor Patkowski, wyraźnie reagował – było widać, że czuje, iż ten wynik jest niebezpieczny.
Druga połowa tylko to potwierdziła. Gospodarze byli bardzo dobrze zorganizowani, a w bramce świetne zawody rozgrywał Krzysztof Jabłoński, który praktycznie nie popełniał błędów i długo trzymał swój zespół w grze. Zespół Łukasza Dziewickiego w końcu wyszedł na prowadzenie po celnym strzale z rzutu wolnego Marka Pałowskiego – tu jednak goście mogą mieć do siebie pretensje za złe ustawienie muru.
Inferno mimo to ruszyło do odrabiania strat i momentami zamykało rywali na ich połowie, ale brakowało skuteczności. Były sytuacje, były słupki, poprzeczki, nawet pusta bramka – ale piłka nie chciała wpaść do siatki. Explo z kolei czyhało na kontry i choć nie zawsze je wykorzystywało, potrafiło utrzymać dwubramkową przewagę. Kontaktowego gola zdobył jeszcze Świeciński i przez chwilę wydawało się, że goście w końcu przełamią impas. Nic z tego. W samej końcówce, gdy Inferno rzuciło wszystko do ataku, rywale wykorzystali jedną z ostatnich szans i zamknęli mecz czwartym trafieniem.
Ostatecznie Explo Team wygrało 4:2 i sprawiło jedną z największych niespodzianek tej kolejki. Trudno powiedzieć, czy to tylko gorszy dzień Inferno, czy coś więcej, ale jedno jest pewne: ten wynik dodaje emocji w walce o czołowe miejsca i pokazuje, że nawet niepokonany lider nie jest nietykalny.
Ten mecz zapowiadał się jako hit. Lider tabeli, Ternovitsia, podejmował będącą w ścisłej czołówce Husarię III Mokotów. Obie drużyny wciąż liczą się w walce o awans, ale to gospodarze byli w wyraźnie lepszej formie i chcieli to potwierdzić na boisku.
Początek spotkania był dość wyrównany. Obie strony stworzyły sobie kilka okazji i przez pierwsze minuty trudno było wskazać wyraźnego dominatora. Przełom nastąpił w 11. minucie, kiedy wynik otworzył Paduk. Ten gol uruchomił prawdziwą lawinę. Ternovitsia błyskawicznie przejęła pełną kontrolę nad meczem. Zaledwie cztery minuty później było już 5:0 dla gospodarzy, a Husaria znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Jakby tego było mało, kontuzji doznał Kamil Kapica, co zmusiło gości do gry bez zmian do końca spotkania. Mimo ogromnych problemów Husaria nie odpuszczała i jeszcze przed przerwą zdobyła gola honorowego. Do przerwy Ternovitsia prowadziła 5:1.
Druga połowa to już absolutna dominacja lidera. Gospodarze raz za razem przedzierali się przez defensywę rywali i systematycznie powiększali przewagę. Nie do zatrzymania był Paduk, który zakończył mecz z imponującym dorobkiem sześciu bramek i czterech asyst. Świetnie wspierał go Hrydovyi, autor pięciu goli i dwóch asyst. Husaria, osłabiona i wyraźnie zmęczona, nie była w stanie zagrozić rozpędzonym rywalom. Ostatecznie Ternovitsia rozgromiła przeciwnika aż 13:2, wysyłając jasny sygnał do reszty stawki, że jest głównym kandydatem do awansu.
Spotkanie DHO Fiber Cyrkulatka vs FC Zoria Streptiv było bardzo intensywne i pełne zwrotów akcji, a jego przebieg zmieniał się wraz z kolejnymi fazami meczu.
Od początku inicjatywę przejęła FC Zoria Streptiv, która narzuciła wysokie tempo i bardzo dobrze wykorzystywała swoje okazje bramkowe. Skuteczna gra w ofensywie pozwoliła gościom zbudować wyraźną przewagę, a pierwsza połowa zakończyła się ich zdecydowanym prowadzeniem 1:5.
Po przerwie DHO Fiber Cyrkulatka zareagowała bardzo ambitnie. Gospodarze zaczęli grać odważniej, podnieśli tempo i systematycznie odrabiali straty, stopniowo wracając do gry. Ich postawa w drugiej części meczu była pełna determinacji. W ofensywie Cyrkulatki szczególnie wyróżniał się Łukasz Pokrywka, który był jednym z głównych motorów napędowych zespołu i zdobywał ważne bramki w fazie pościgu za wynikiem. Jego zaangażowanie i skuteczność miały duży wpływ na emocjonującą końcówkę.
W barwach Zorii znakomite zawody rozegrał bramkarz Oleksandr Hrytsak, który mimo dużej liczby straconych bramek wielokrotnie ratował swój zespół w kluczowych sytuacjach. Jego liczne interwencje były jednym z fundamentów utrzymania korzystnego wyniku przez Zorię, a dzięki tej znakomitej postawie został on wybrany MVP kolejki.
Było to spotkanie o dużym znaczeniu w kontekście tabeli – FC Zoria Streptiv dzięki zwycięstwu zbliżyła się do DHO Fiber Cyrkulatka, co jeszcze bardziej zaostrzyło walkę o miejsca w TOP 3. Zdobyte punkty mogą mieć kluczowe znaczenie w końcowym układzie tabeli.
W niezwykle intensywnym spotkaniu zajmująca szóste miejsce ekipa Manitas Konserwacja Podwozia sprawiła niespodziankę, pokonując wicelidera tabeli, Rock’n Roll Warsaw, w stosunku 7:6. Otwarty futbol z obu stron zagwarantował mnóstwo emocji, zwrotów akcji i pięknych goli.
Gospodarze ruszyli do ataku od pierwszego gwizdka. Już w 2. minucie wynik otworzył Zalewski po dokładnym podaniu Tamowskiego, a chwilę później Bawolik strzałem do pustej bramki podwyższył na 2:0. Szybko stracone gole podziałały na faworytów trzeźwiąco – zespół gości przebudził się i błyskawicznie doprowadził do wyrównania. Końcówka pierwszej połowy przyniosła prawdziwą dramaturgię i wymianę ciosów, po której Manitas schodziło do szatni z prowadzeniem 4:3.
Po zmianie stron tempo ani trochę nie spadło. Przy stanie 5:5 gospodarze wykazali się znakomitą skutecznością i zachowali więcej zimnej krwi, odskakując na 7:5. Goście rzucili się do odrabiania strat i zdobyli bramkę kontaktową, lecz na wyrównanie zabrakło już czasu. W ofensywie Rock’n Roll brylował Filip Hebda, który wziął na swoje barki ciężar gry, notując dwa gole i trzy asysty. Z kolei fundamentem niespodziewanego sukcesu gospodarzy okazała się solidna postawa bramkarza Damiana Pawlaka, który pomógł zespołowi dowieźć niezwykle cenne trzy punkty nad silnym rywalem do końcowego gwizdka.
Starcie dwóch ostatnich drużyn tabeli 2. Ligi Fanów, czyli Warsaw Bandziors i Agape Team, było pojedynkiem ekip, które po słabej jesieni znalazły się w strefie spadkowej. Przy dużej stracie do bezpiecznych miejsc dla obu zespołów runda wiosenna to przede wszystkim czas przebudowy i szukania fundamentów pod lepszą przyszłość. Mimo tego spotkanie dostarczyło sporo emocji.
Pierwszy kwadrans zdecydowanie należał do gospodarzy. Warsaw Bandziors dominowali w posiadaniu piłki i tworzyli groźniejsze sytuacje. Szybko przełożyło się to na wynik, bo do siatki trafiali Kiełpsz i Bandurow, a jedno trafienie było efektem niefortunnej interwencji rywali, którzy skierowali piłkę do własnej bramki. Po 15 minutach było już 3:0. Dopiero wtedy Agape Team zaczęło się budzić. Goście odważniej ruszyli do ataku, a ich wysiłki przyniosły efekt tuż przed przerwą, kiedy Kociński zdobył bramkę na 3:1, dając swojej drużynie impuls przed drugą połową.
Po zmianie stron tempo meczu wyraźnie wzrosło. W 33. minucie Gołos zdobył gola kontaktowego i zrobiło się 3:2, co zwiastowało jeszcze większe emocje. Jednak odpowiedź gospodarzy była zdecydowana. Trzy kolejne trafienia sprawiły, że na około 10 minut przed końcem Warsaw Bandziors prowadzili już 6:2 i wydawało się, że kontrolują sytuację. Końcówka przyniosła jednak niesamowity zwrot akcji. Agape Team wrzuciło wyższy bieg i ruszyło do odrabiania strat. W 42. minucie na listę strzelców ponownie wpisał się Bandurow, jednak to goście przejęli inicjatywę. W 44. i 45. minucie dwa szybkie gole zdobył Ząbczyk, doprowadzając do wyniku 6:4. W samej końcówce dwa kolejne trafienia dołożył Kociński, kompletując świetny występ i zapewniając swojej drużynie remis.
Ostatecznie w starciu dwóch najsłabszych ekip ligi padł efektowny remis 6:6, czyli wynik, który najlepiej oddaje chaotyczny, ale niezwykle emocjonujący przebieg tego spotkania.
Było to spotkanie dwóch liderów grupy, których dzielił zaledwie jeden punkt, co zapowiadało bardzo wyrównany i intensywny mecz.
Pierwsza połowa rozpoczęła się od szybkiego kartkowego akcentu – już w 1. minucie zawodnik Vikersonn obejrzał żółtą kartkę. Początkowo więcej inicjatywy wykazywał FC Comeback, jednak mimo kilku prób nie potrafili przełożyć tego na bramkę. Z czasem gra się wyrównała, a tempo meczu było wysokie, z inicjatywą przechodzącą z jednej strony na drugą. Pierwszy gol padł po dobrze rozegranym rzucie z autu – Kostiantyn Didenko otworzył wynik spotkania. Około 11 minut później Vikersonn odpowiedzieli po szybkim ataku, doprowadzając do wyrównania.
Druga połowa zaczęła się bardzo dynamicznie. Po długim podaniu w pole karne Vikersonn wyszli na prowadzenie po strzale głową. Chwilę później, po stracie piłki przez rywali, podwyższyli wynik na 3:1. FC Comeback szybko jednak zareagowali – najpierw zdobyli bramkę po strzale z dystansu, a następnie po bardzo dobrej akcji pozycyjnej doprowadzili do wyrównania. W dalszej części meczu gra była otwarta, z dobrymi fragmentami po obu stronach, choć przez pewien czas brakowało goli. Kolejne trafienie padło po przechwycie w środku pola – ponownie skuteczny był Didenko. W końcówce Vikersonn jeszcze raz doprowadzili do remisu po długim zagraniu, jednak ostatnie słowo należało do FC Comeback, którzy po kolejnym przechwycie zdobyli zwycięską bramkę.
Spotkanie było bardzo emocjonujące i trzymało wysoki poziom przez pełne 50 minut – obie drużyny pokazały jakość, intensywność i dużą determinację, co przełożyło się na widowisko godne meczu liderów.
Mecz rezerw Łowców z Prykarpattią można podzielić – niczym teatralne przedstawienie – na dwa akty. I jak to często bywa, były to dwa zupełnie różne obrazy, niemal nie do poznania w porównaniu ze sobą.
Pierwszy akt był bardzo wyrównany i pełen intrygi. Żadna z drużyn nie potrafiła zbudować wyraźnej przewagi – zespoły na zmianę wychodziły na prowadzenie, ale żadnej nie udało się odskoczyć choćby na dwie bramki. Remis 5:5 do przerwy był w pełni zasłużony, a wskazanie faworyta przed drugą połową było praktycznie niemożliwe.
Drugi akt wyglądał już zupełnie inaczej. Już na początku drugiej połowy Prykarpattia po raz pierwszy w meczu odskoczyło na dwa gole, co jakby przełamało dotychczasowy rytm spotkania. Od tego momentu to oni zaczęli dyktować warunki, pewnie wygrywając drugą część gry aż 7:2. W grze Łowców coś się zacięło, podczas gdy po stronie Prykarpattii pojawiła się pewność i swoboda – stąd tak wyraźna różnica w końcówce.
Głównym architektem sukcesu był doświadczony lider drużyny, Maksym Kushniruk. Cztery gole i cztery asysty w jednym meczu – wielu zawodników nie osiąga takich liczb przez cały sezon. To właśnie on napędzał akcje ofensywne swojego zespołu, a jednocześnie nie unikał pracy w defensywie, prowadząc drużynę do pewnego zwycięstwa.
GLK podejmujące Deluxe Barbershop to kolejny mecz, którego byliśmy świadkami w miniony weekend. Spodziewaliśmy się raczej wyrównanego starcia i walki do ostatniego centymetra boiska. I o ile to drugie faktycznie było – co niosło za sobą masę niepotrzebnych kłótni, fauli i urazów – tak z samej gry tego, że Deluxe będzie aż tak wyraźnie lepszy od swoich rywali, raczej nie obstawialiśmy.
Sam początek meczu to miażdżąca przewaga gości, którzy rozpędzeni niczym byk wlecieli w zespół GLK i poczęstowali ich aż pięcioma bramkami. Gdy tylko na moment przystopowali, dali dojść do głosu gospodarzom, a ci wykorzystali to dwukrotnie, wpisując się na listę strzelców.
Druga połowa musiała więc przynieść szaleńczą próbę pogoni zespołu GLK, a tymczasem przyniosła kolejne trzy gole gości i praktycznie ustawienie spotkania do samego końca. Trzeba jednak oddać gospodarzom, że próbowali walczyć od pierwszej do ostatniej minuty, lecz ewidentnie coś im tego dnia nie wychodziło. Niestety atmosfera meczu również zaczęła się pogarszać. Oba zespoły skupiły się na wzajemnych docinkach, a podrażnieni wynikiem gospodarze zaczęli ostrzej traktować rywali. Był to dość osobliwy sposób na wytrącenie gości z rytmu i odwrócenie losów spotkania, który jednak tym razem nie przyniósł efektu.
To zespół Deluxe Barbershop dopisuje sobie kolejne trzy oczka w ligowej tabeli, a gospodarzom – czyli GLK – pozostaje szukać punktów w kolejnych starciach.
12. kolejka przyniosła starcie drużyn będących na zupełnie różnych etapach sezonu. Warsaw Sinaloa po świetnym początku rundy wiosennej włączyła się do walki o awans, natomiast Tonie Majami po bardzo słabej jesieni rozpoczęło odbudowę z myślą o utrzymaniu.
Od pierwszego gwizdka widać było, kto jest w lepszej dyspozycji. Gospodarze szybko przejęli inicjatywę i już w 3. minucie objęli prowadzenie po trafieniu Pielachy. Kilka minut później ten sam zawodnik świetnie dograł do Paciorkowskiego, który podwyższył na 2:0. Warsaw Sinaloa nie zwalniała tempa. W 14. minucie ponownie na listę strzelców wpisał się Pielacha, a w końcówce pierwszej połowy dwa razy do siatki trafił Abbassi. Do przerwy było aż 5:0 i wydawało się, że losy meczu są już rozstrzygnięte.
Początek drugiej części tylko to potwierdził. Gospodarze dorzucili kolejne dwa gole i kontrolowali przebieg spotkania. Wtedy jednak w ich grę wkradło się rozluźnienie. Tonie Majami zaczęło grać odważniej i wykorzystało moment słabości rywala. W krótkim czasie błysnął Kucharczyk, który w zaledwie pięć minut zdobył aż cztery bramki, znacząco zmniejszając straty i przywracając emocje. Końcówka należała jednak do Warsaw Sinaloa. Gospodarze opanowali sytuację, wrócili do swojej gry i dołożyli jeszcze dwa trafienia, zamykając mecz.
Ostatecznie Warsaw Sinaloa wygrała 9:4, potwierdzając świetną formę i aspiracje awansowe. Tonie Majami pokazało charakter i potrafiło wykorzystać moment dekoncentracji rywala, ale na dobrze dysponowanych gospodarzy było to tego dnia za mało.
Spotkanie Husarii Mokotów II PPB Artel z Orzełami Stolicy było starciem dwóch dobrze znanych sobie ekip. Gospodarze przystępowali do meczu w roli faworyta, będąc ostatnio w bardzo dobrej formie, ale jasne było, że goście nie zamierzają odpuścić i będą grać do końca.
Pierwsza połowa stała pod znakiem przewagi Husarii, która dłużej utrzymywała się przy piłce i cierpliwie konstruowała akcje. Wynik otworzył Kamiński po składnej akcji z pierwszej piłki, kończąc całość efektownym wolejem. Następnie na 2:0 podwyższył Hubner, który po ładnym zwodzie przed polem karnym trafił do siatki. Orzeły próbowały odpowiedzieć, ale brakowało im konkretów pod bramką rywali.
Po zmianie stron goście wrócili do gry. Kiełpsz huknął z dystansu przy krótkim słupku na 2:1. Na odpowiedź gospodarzy nie musieliśmy długo czekać. Hubner popisał się akcją „jak z FIFA Street”, wirtuozersko zagarniając piłkę do bramki. Husaria nadal miała przewagę, lecz seryjnie marnowała kolejne sytuacje. Padł jeszcze samobójczy gol Dymka, potem Borowski strzelił po ziemi, a następnie do pustej bramki na 6:2. Mecz wydawał się zamknięty, lecz Orzeły w końcu zaczęły trafiać. Kiełpsz uderzył pod poprzeczkę, a chwilę później Niedziółka z bliska ustalił wynik na 6:4. W samej końcówce goście mieli jeszcze rzut wolny, lecz piłka zatrzymała się na poprzeczce.
Husaria wygrała zasłużenie, ale ich niewykorzystane sytuacje niemal się na nich zemściły. Orzeły pokazały charakter i walczyły do ostatnich sekund. Wystarczyło to tylko i aż do honorowej porażki.
Sportowe Zakapiory, balansujące niebezpiecznie nad strefą spadkową, podejmowały Boca Seniors, czyli drużynę, która po świetnej rundzie jesiennej również zaliczyła falstart po przerwie zimowej.
Początek meczu absolutnie należał do gości. Boca Seniors weszli w spotkanie z dużą intensywnością i już po 6 minutach prowadzili 2:0. Kluczową rolę odegrał duet Pruszyński–Pigiel, który rozmontował defensywę gospodarzy. Wydawało się, że faworyci pójdą za ciosem i szybko zamkną mecz. Nic bardziej mylnego. W momencie, gdy Boca kontrolowała wydarzenia na boisku, nastąpił nagły zwrot akcji. Kontaktowego gola zdobył Groszkowski, dając sygnał do odrabiania strat. Kilkanaście sekund później było już 2:2, kiedy Lasota wykorzystał błąd bramkarza i doprowadził do wyrównania. Zakapiory złapały wiatr w żagle, a tuż przed przerwą ponownie ukłuły rywala. Tym razem znów Lasota wpisał się na listę strzelców, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie 3:2.
Druga połowa była znacznie bardziej wyrównana, ale to gospodarze sprawiali wrażenie drużyny pewniejszej siebie. Widać było, że końcówka pierwszej części dodała im energii i wiary. Boca Seniors próbowali wrócić do gry, jednak brakowało skuteczności i spokoju w kluczowych momentach. Decydujące okazały się ostatnie 10 minut. Zakapiory całkowicie zdominowały rywala. Dwa kolejne trafienia Groszkowskiego skompletowały jego świetny występ, a swoje gole dołożyli jeszcze Trojanowski i Maciuk. Ostatecznie gospodarze rozbili Boca Seniors aż 7:2.
To zwycięstwo nie tylko daje Zakapiorom cenne punkty w walce o utrzymanie, ale też może być przełomowym momentem sezonu. Z kolei Boca Seniors muszą szybko odnaleźć formę, jeśli chcą wrócić do walki o czołowe lokaty.
Pojedynek BM Development z Furduncio Brasil był niezwykle istotny dla obu tych zespołów. Brazylijczycy liczyli na to, że umocnią się na pozycji wicelidera, natomiast dla BM-u był to jeden z najważniejszych meczów w tym sezonie – w przypadku porażki marzenia o awansie mogły się na dobre oddalić, natomiast przy wygranej zbliżyliby się do Furduncio na zaledwie jeden punkt.
Wszyscy obecni mieli świadomość wagi tej rywalizacji, bowiem przez dłuższy czas utrzymywał się bezbramkowy remis, jakby oba zespoły nie chciały ryzykować niepotrzebnej straty bramki już na samym początku. Oczywiście były próby sforsowania defensywy rywala, było sporo walki w środku pola, ale bez większego ryzyka po obu stronach. Częściej oglądaliśmy cierpliwe rozgrywanie piłki i czekanie na błąd oponenta. Najgoręcej zrobiło się po faulu zawodnika BM, po którym – raczej niesłusznie – zagotował się Bruno Martins i wraz z Volodymyrem Bevziukiem musieli opuścić boisko na 3 minuty po obejrzeniu żółtego kartonika. W pierwszej połowie zobaczyliśmy też jedną bramkę dla gospodarzy, którzy z minimalnym prowadzeniem udali się na przerwę.
W drugiej połowie nadal oglądaliśmy dość zaciętą rywalizację, ale tym razem zawodnicy byli bardziej skuteczni pod bramką. Kluczowym zawodnikiem w tym spotkaniu okazał się Kiryl Semerenko – najpierw popisał się kapitalnym strzałem z dystansu, dzięki któremu BM podwyższył swoje prowadzenie, a 10 minut później znów z większej odległości pokonał bramkarza Furduncio. Prowadzenie 3:0 dało spory komfort gospodarzom, którzy kontrolowali już przebieg meczu do samego końca. Na gola Ramosa odpowiedzieli dwoma trafieniami Onwaeze, a wynik meczu na 5:2 ustalił Bruno Martins.
BM wygrał to spotkanie zasłużenie – zachował w kluczowych momentach chłodniejszą głowę, w drugiej połowie lepiej operował piłką, a Brazylijczycy nie bardzo mieli czym na to wszystko odpowiedzieć.
Niedziela przyniosła starcie drużyny w świetnej formie z liderem rozgrywek. SO4 FC, które dołączyło do ligi dopiero w przerwie między rundami, wygrało dwa pierwsze mecze i szybko pokazało swoją jakość. Naprzeciw stanął Hetman FC, czyli niepokonany lider z kompletem zwycięstw, stawiany w roli faworyta.
Spotkanie od mocnego uderzenia rozpoczęli gospodarze. Już na początku Zuchora otworzył wynik meczu, dając SO4 FC prowadzenie. Kolejne minuty były bardzo wyrównane – obie drużyny tworzyły sytuacje i nie brakowało tempa. W 14. minucie Marczewski podwyższył na 2:0, ale Hetman szybko odpowiedział trafieniem Kalickiego, łapiąc kontakt. Do przerwy, mimo okazji po obu stronach, wynik nie uległ zmianie i SO4 FC prowadziło 2:1.
Zaraz po wznowieniu gry ponownie błysnął Marczewski, zdobywając gola na 3:1. Jednak i tym razem odpowiedź Hetmana była błyskawiczna, bo Kucharczyk zmniejszył straty. Mecz wszedł w fazę otwartej wymiany ciosów. W 29. minucie Motyczyński doprowadził do wyrównania, a kilka minut później ten sam zawodnik wyprowadził gości na prowadzenie, odwracając losy spotkania. Radość Hetmana nie trwała jednak długo. W 38. minucie Marczewski ponownie wpisał się na listę strzelców, kompletując hat-tricka i doprowadzając do wyniku 4:4. Końcówka należała już zdecydowanie do gospodarzy. SO4 FC przejęło inicjatywę i zadało decydujące ciosy. Dwa gole dołożył Zuchora, a wynik ustalił Szapowałow.
Ostatecznie SO4 FC pokonało lidera aż 7:4, potwierdzając, że jest jednym z najciekawszych zespołów tej rundy. Hetman FC po raz pierwszy w sezonie musiał uznać wyższość rywala.
W 12. kolejce 4. ligi kibice mogli podziwiać prawdziwą karuzelę emocji. FC Bulls zmierzyli się z Team Ivulin, a spotkanie od pierwszego gwizdka było niezwykle wyrównane.
Pierwsza połowa, mimo wielu sytuacji bramkowych, przyniosła tylko jedno trafienie. Skuteczniejsi okazali się zawodnicy Team Ivulin, a na listę strzelców wpisał się Dmytro Oleinikov, dając swojej drużynie prowadzenie. FC Bulls nie pozostawali bierni i regularnie zagrażali bramce rywali, jednak brakowało im wykończenia. Na przerwę to goście schodzili z jednobramkową zaliczką, choć Bulls śmiało mogli myśleć o prowadzeniu.
Druga połowa rozpoczęła się od mocnego uderzenia Byków. Już w pierwszych minutach po wznowieniu gry Ivan Markovych doprowadził do wyrównania, wykorzystując jedną z okazji swojej drużyny. Od tego momentu mecz zamienił się w otwartą wymianę ciosów. Obie ekipy szły gol za gol, nie pozwalając rywalowi na dłuższe utrzymanie prowadzenia. Końcówka spotkania była niezwykle emocjonująca. Przy stanie 3:3 wydawało się, że drużyny podzielą się punktami, jednak w jednej z ostatnich akcji meczu Team Ivulin zdołali przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Decydującego gola zdobył Hierman Rutkouski, ustalając wynik na 4:3.
FC Bulls mogą odczuwać spory niedosyt, szczególnie biorąc pod uwagę ich ambicje walki o podium. Team Ivulin natomiast, mimo cennego zwycięstwa i zdobycia trzech punktów, wciąż pozostają na ostatnim miejscu w ligowej tabeli.
Mecz między Warszawską Ferajną a Bad Boysami śmiało można określić starciem o sześć punktów. Obie ekipy dzieliły zaledwie trzy punkty w tabeli, co wyraźnie przełożyło się na podejście do tego spotkania.
Obie drużyny podeszły do gry bardzo ostrożnie. Inicjatywa i posiadanie piłki były po stronie gości, natomiast solidna obrona i konkret pod bramką rywala stanowiły mocną stronę Bad Boysów. Nie zależało im na utrzymywaniu się przy piłce – wiedzieli, że czujność i spryt pozwolą uśpić przeciwnika, i tak też się stało. Przy piłce niemal non stop utrzymywała się Ferajna, a nim się obejrzeliśmy, było już 0:2 dla Bad Boysów. Chwilę później świetnym strzałem z pierwszej piłki popisał się Anass El Ansari, dając swojej ekipie kontakt, a tuż przed przerwą – po sprytnym przechwycie – wyrównał Domański. Wynik 2:2 po pierwszej połowie zdecydowanie zaostrzył apetyty zgromadzonych na drugie 25 minut meczu.
Nie zawiedliśmy się. Druga połowa przyniosła mniej piłkarskich szachów, a więcej ataków, składnych akcji i widowiskowych zagrań. Temperatura na boisku wzrosła, co poskutkowało kilkoma zgrzytami między zawodnikami obu drużyn, lecz dzięki dobrej pracy arbitra nie doszło do eskalacji. Świetną dyspozycję zaprezentował Krystian Stępień, udzielając obrońcom rywali lekcji gry tyłem do bramki i zachowania w sytuacjach sam na sam, kompletując przy tym dublet. Warszawska Ferajna starała się odpowiadać, lecz atmosfera w zespole wyraźnie się pogorszyła, co prowadziło do niepotrzebnych dyskusji i prawdopodobnie miało wpływ na ich postawę w tym spotkaniu.
Co prawda gospodarze tym razem przegrali, natomiast jakości piłkarskiej odmówić im nie można. Jeśli do efektownego stylu gry dołożą większą skuteczność, mogą jeszcze powalczyć o awans w tabeli. Goście wywożą z Grenady zwycięstwo 4:2 i tracą do podium już tylko cztery punkty.
Spotkanie miało duże znaczenie dla obu drużyn. Fenix walczył o zwiększenie swoich szans na awans, natomiast Dziki z Lasu II potrzebowały punktów, aby oddalić się od strefy spadkowej.
Pierwsza połowa rozpoczęła się od prób przejęcia kontroli nad meczem przez zawodników Fenix, którzy częściej utrzymywali się przy piłce. Z czasem jednak gra się wyrównała, a obie drużyny zaczęły tworzyć swoje sytuacje bramkowe. Premierowa bramka padła dla Fenix po dobrym strzale sprzed pola karnego. Dziki odpowiedziały po błędzie w rozegraniu obrońcy – po przechwycie zawodnik gospodarzy uderzył precyzyjnie w „okienko”, doprowadzając do wyrównania.
Druga połowa również była bardzo wyrównana, z okazjami po obu stronach. Po rzucie z autu i zamieszaniu w polu karnym Dziki z Lasu II wyszły na prowadzenie. W dalszej części meczu obie drużyny miały swoje szanse, jednak brakowało skuteczności w wykończeniu akcji. Kluczowy moment nastąpił w końcówce spotkania – po żółtej kartce dla zawodnika Dzików Fenix wykorzystał chwilę dezorganizacji i zdobył wyrównującą bramkę.
Mecz był otwarty i wyrównany, z wieloma sytuacjami po obu stronach. Obie drużyny miały momenty przewagi, ale żadna nie potrafiła ich w pełni wykorzystać, dlatego podział punktów można uznać za sprawiedliwy rezultat.
Starcie Na2Nóżkę z Ajaksem Warszawa miało sporą wagę dla obu drużyn. Gospodarze wciąż patrzyli w stronę podium, natomiast goście chcieli odbić się od strefy spadkowej i wreszcie zapunktować. Mogliśmy spodziewać się wyrównanego pojedynku – i taki właśnie dostaliśmy.
Początek należał do Ajaksu, choć już w jednej z pierwszych akcji trafili w słupek przy pustej bramce. Chwilę później było już jednak 0:1, gdy Pakuła odnalazł się w polu karnym i dobił piłkę wyplutą przez bramkarza. Ajaks był aktywniejszy, a po rzucie rożnym Zaborny uderzył pod nogą obrońcy i podwyższył prowadzenie. Na2Nóżkę odpowiedziało za sprawą Samoraja, który szybko wznowił grę z rzutu wolnego i wykorzystał złe ustawienie bramkarza rywali. Obaj golkiperzy mieli jednak sporo pracy, dlatego wynik do przerwy to zaledwie 1:2.
Druga połowa zaczęła się od mocniejszego wejścia gospodarzy. Na2Nóżkę ruszyło odważniej, a Sląz po udanym pressingu w środku pola doprowadził do remisu. Był to prawdziwy mecz bramkarzy, bo z obu stron oglądaliśmy świetne interwencje. W końcówce ponownie błysnął Sląz, trafiając przy krótkim słupku na 3:2. Chwilę później Danisiewicz obejrzał jednak żółtą kartkę po ostrym faulu, a Ajaks natychmiast wykorzystał grę w przewadze. Najpierw wyrównał Pakuła, a po szybkiej kontrze zwycięskiego gola zdobył Czyżewski. W ostatniej akcji bramkarz gospodarzy ruszył pod pole karne i niewiele zabrakło, by głową doprowadził do remisu.
To był bardzo wyrównany mecz, w którym długo pierwsze skrzypce grali bramkarze. O losach spotkania zadecydowała żółta kartka i determinacja Ajaksu w końcówce.
Spotkanie rozegrane w ramach 8. ligi od początku miało wyraźnego faworyta. Mareckie Wygi zmierzyły się z After Wolą i zakończyły mecz bardzo pewnym zwycięstwem 8:0, całkowicie dominując przebieg rywalizacji. Już od pierwszych minut było widać dużą różnicę w organizacji gry oraz skuteczności obu zespołów. Wynik otworzył Wątkowski, który dał prowadzenie swojej drużynie i zapoczątkował serię kolejnych trafień. Chwilę później do siatki dwukrotnie trafił Kotowski, szybko podwyższając wynik na 3:0 i ustawiając mecz pod kontrolę Mareckich Wyg.
Druga połowa niczym nie różniła się od pierwszej – kolejne minuty to wciąż ofensywa jednej drużyny. Na listę strzelców wpisał się Zuchora, zdobywając bramkę na 4:0, a następnie swoje trafienie dołożył także Kuzmov. Ten sam zawodnik chwilę później ponownie pokonał bramkarza rywali, co dało już bardzo wysokie prowadzenie 6:0. Przed końcem spotkania Kotowski dołożył kolejne trafienie, kompletując tym samym hat-tricka, a jak się okazało – zdobył również swoją setną bramkę w naszych ligowych rozgrywkach.
After Wola próbowała szukać swoich szans, jednak brakowało skuteczności i dokładności w wykończeniu akcji. Dodatkowo defensywa Mareckich Wyg funkcjonowała bardzo solidnie, nie pozwalając przeciwnikom na stworzenie wielu klarownych sytuacji. W końcówce spotkania wynik ustalił jeszcze Zuchora, zdobywając swoją drugą bramkę i zamykając mecz rezultatem 8:0. Był to pokaz siły ofensywnej zwycięzców, którzy przez całe spotkanie narzucali swoje tempo gry.
Na szczególne wyróżnienie zasłużył bramkarz Mareckich Wyg Mateusz Klefas, który swoją fantastyczną postawą zachował czyste konto w tym spotkaniu, co jest nie lada sztuką i stosunkowo rzadko się zdarza. After Wola nie była w stanie przeciwstawić się dobrze dysponowanemu rywalowi, który tego dnia był zdecydowanie lepszy w każdym elemencie gry. Tym samym lider dopisuje sobie kolejne trzy punkty w ligowej tabeli i wciąż przoduje na tym poziomie rozgrywkowym.
W meczu w ramach rozgrywek 5. ligi zmierzyły się ze sobą ekipy Tylko Zwycięstwo oraz Warsaw Eagle. Bez dwóch zdań faworytem starcia byli gospodarze, którzy pewnie pokonali rywala aż 14:2. Było to zdecydowanie spotkanie do jednej bramki – wręcz można określić je mianem deklasacji.
Goście przyjechali z jedną zmianą, co na pewno nie działało na ich korzyść. Pomimo braków kadrowych wyraźnie zauważalna była również różnica w umiejętnościach – zarówno indywidualnych, jak i w zgraniu oraz grze zespołowej obu ekip. Zespół Warsaw Eagle bazował na umiejętnościach technicznych poszczególnych zawodników, lecz na niewiele zdawały się próby sztuczek – chociażby Konrada Szeli – gdyż ekipa gospodarzy skutecznie czytała grę i w razie potrzeby podwajała krycie, tym samym neutralizując ataki przeciwnika.
Z kolei Tylko Zwycięstwo prezentowało się lepiej na każdej płaszczyźnie. Największym atutem była szeroka ławka oraz zgranie, które było widoczne gołym okiem. Gospodarze od pierwszego do ostatniego gwizdka kontrolowali przebieg spotkania i ani przez moment nie mieli zagrożonego wyniku.
Rozumieli się jak łyse konie – wyglądali, jakby grali ze sobą od kilku lat, operując piłką niemal na pamięć. Jakość zespołu Tylko Zwycięstwo pokazuje, że w tym sezonie mogą naprawdę sporo namieszać na poziomie 5. ligi i mają realne szanse na wywalczenie miejsca na podium.
Jedno z najładniejszych spotkań ostatniej kolejki miało miejsce, zanim większość osób zdążyła wypić poranną kawę! O ósmej rano Georgian Team mierzył się z Shot DJ, a obie drużyny od początku grały dynamicznie i testowały nawzajem swoich bramkarzy.
Najpierw ładną piętką bramkę zdobył Saba Lomia, jednak gospodarze nie byli w stanie pójść za ciosem. Po kilku minutach Shot DJ wyrównał – Krzysztof Bartkiewicz w zamieszaniu próbował pokonać Bekę Meskhiego efektowną przewrotką. Gruzin wykazał się fantastycznym refleksem i zbił piłkę nogą na słupek, jednak Chris Rodil Kalaba doskoczył do bezpańskiej futbolówki i wbił ją do bramki z najbliższej odległości. Status quo nie trwał jednak długo – po chwili Saba Lomia, po klepce z Lashą Gabrichidze, ponownie wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Później jednak rolę aktora pierwszoplanowego przejął Jan Jabłoński. Jeszcze przed przerwą wyprzedził rywali, by pokonać bramkarza gości w sytuacji sam na sam, jednak prawdziwy koncert dał po przerwie.
W drugiej odsłonie Janek strzelił wszystkie bramki swojej drużyny, a goście wygrali aż 6:3. Gospodarzom brakowało sił oraz szczęścia – często przegrywali piłki stykowe o włos, co powodowało dodatkową frustrację. Tymczasem goście wyglądali coraz pewniej i systematycznie dążyli do powiększenia swojej przewagi. Na pocieszenie dla gospodarzy porażka ta nie przekreśla ich szans na medal – dwumecz z Shot DJ zakończył się idealnym remisem, więc w ostatnich spotkaniach drużyny będą rywalizowały ze sobą korespondencyjnie. Co więcej, choć Georgian Team spadł na czwarte miejsce, ma tyle samo punktów co drużyna, której wyższość musiał uznać w niedzielę. Natomiast do drugiego miejsca traci tylko dwa oczka, więc wszystko pozostaje w rękach Saby Lomii i jego kolegów. Najbliższa okazja do poprawy wiosennych osiągnięć będzie już w nadchodzącym spotkaniu z zamykającym tabelę Green Lantern.
W dolnej części tabeli doszło do bardzo ważnego starcia – Bartolini Pasta podejmowała Green Lantern. Różnice punktowe między zespołami są minimalne, więc trudno było wskazać wyraźnego faworyta. Dodatkowo u gości pojawiły się nowe twarze, co tylko podkręcało ciekawość przed tym meczem.
Lepiej zaczęli gospodarze i to oni jako pierwsi wyszli na prowadzenie, ale odpowiedź przyszła szybko. Nowy nabytek Green Lantern, Łukasz Pruszyński, błyskawicznie zaznaczył swoją obecność, zdobywając dwie bramki i pokazując się jako realne zagrożenie pod bramką rywali. Dobrze odnajdywał się w ataku, często utrzymywał się przy piłce i sprawiał sporą trudność defensywie przeciwników.
Mecz od początku był otwarty – Bartolini Pasta potrafiła odpowiedzieć i wychodziła na prowadzenie, między innymi po pięknym trafieniu Mateusza Brożka. Jednak, jak to często bywa, głos zabrał lider gości. Mikołaj Wysocki jeszcze przed przerwą skompletował hat-tricka i to Green Lantern schodziło do szatni z jednobramkowym zapasem. Było widać, że ich gra zaczyna się lepiej układać. Warto dodać, że goście musieli radzić sobie w trudnych warunkach – już na początku meczu kontuzji doznał ich podstawowy bramkarz i między słupkami stanął zawodnik z pola. Mimo tego zespół nie stracił stabilności.
Po przerwie Green Lantern wyglądało pewniej. Lepiej kontrolowali przebieg meczu, byli bardziej uporządkowani w defensywie i rzadziej dawali się łapać na kontry. Swoje momenty miał też drugi z nowych zawodników, Damian Michalczyk – dobrze czuł się z piłką przy nodze, próbował dryblingów i dawał drużynie jakość w rozegraniu. Mimo że Bartolini Pasta cały czas trzymała kontakt i odpowiadała na kolejne trafienia, to przez większość drugiej połowy utrzymywało się jednobramkowe prowadzenie gości. Dopiero w końcówce Mikołaj Wysocki przypieczętował zwycięstwo, dokładając kolejne trafienie i odbierając gospodarzom nadzieję na punkty.
Dzięki temu zwycięstwu sytuacja na dole tabeli robi się jeszcze ciekawsza – Green Lantern wyraźnie pokazało, że nie zamierza pogodzić się ze strefą spadkową.
Zapowiadało się na starcie drużyn z zupełnie innymi celami na ten sezon. FC Zaborów, po świetnej rundzie jesiennej zakończonej na podium, wciąż liczył się w walce o awans. Saska Kępa natomiast koncentrowała się głównie na utrzymaniu, a do meczu przystępowała po dwóch porażkach, z wyraźną chęcią przełamania.
Od pierwszych minut inicjatywa należała do gospodarzy. FC Zaborów miał więcej pomysłu na rozegranie i częściej utrzymywał się przy piłce, jednak długo nie potrafił przełożyć tego na konkretne sytuacje bramkowe. Saska Kępa broniła się skutecznie aż do 17. minuty. Wtedy rozpoczął się prawdziwy koncert jednego zawodnika. Między 17. a 21. minutą Ratajczak skompletował hat-tricka, kompletnie rozbijając defensywę gości i zmieniając przebieg spotkania w zaledwie kilka chwil. Saska Kępa zdołała odpowiedzieć jedynie trafieniem Cyrana z dystansu, ale do przerwy to Zaborów prowadził pewnie 3:1.
Druga połowa to już wyraźna dominacja gospodarzy. Goście zaczęli opadać z sił, co bezlitośnie wykorzystali rywale. W 27. minucie Ratajczak dołożył kolejne trafienie, podwyższając na 4:1, a trzy minuty później wynik na 5:1 ustalił Jacewicz. Prawdziwie niecodzienne wydarzenia miały miejsce między 35. a 38. minutą. W tym krótkim fragmencie Czarnecki skompletował hat-tricka, pokazując niesamowitą skuteczność i jeszcze bardziej pogrążając przeciwników. Chwilę później gola dla Saskiej Kępy zdobył Gediga, ale na 10 minut przed końcem Zaborów prowadził już 8:2.
Końcówka należała ponownie do Ratajczaka, który w zaledwie dwie minuty dołożył trzy kolejne bramki, kończąc mecz z imponującym dorobkiem. Ostatnie słowo należało do Zahorodnego, który ustalił wynik spotkania na 12:2.
FC Zaborów wysłał tym samym bardzo mocny sygnał w walce o awans, prezentując ofensywną siłę i skuteczność na najwyższym poziomie. Saska Kępa natomiast musi szybko wyciągnąć wnioski, bo walka o utrzymanie wciąż pozostaje dla niej priorytetem.
Spotkanie Sante ze Szmulkami Warszawa zaczęło się bardzo zaskakująco. Już w pierwszych sekundach gospodarze wyszli na prowadzenie – szybka akcja i Paweł Kowalski dał swojej drużynie idealny start. Chwilę później było już 2:0 i wyglądało na to, że Sante weszło w mecz perfekcyjnie, podczas gdy Szmulki były jeszcze „poza grą” – brak skupienia i spóźnienia w składzie utrudniły im dobre wejście w spotkanie.
Goście potrzebowali chwili, żeby się obudzić. Impuls dał Borys Sułek, który wygrał pojedynek w środku pola i uderzeniem z dystansu zdobył bramkę kontaktową. Niedługo później był już remis i mimo szalonego początku mecz się uspokoił – przez dłuższy czas żadna ze stron nie potrafiła przejąć wyraźnej kontroli. Dopiero końcówka pierwszej połowy znów należała do Sante, które dołożyło dwa trafienia i schodziło na przerwę z przewagą.
Po zmianie stron obraz gry się odwrócił. Szmulki wyglądały dużo lepiej – grały szybciej, składniej i zaczęły regularnie dochodzić do sytuacji. Po około dziesięciu minutach doprowadziły do wyrównania, a chwilę później wyszły na prowadzenie. Sante wyraźnie straciło swoją pewność z pierwszej połowy, a goście złapali rytm. Końcówka to już czysty rollercoaster. Na pięć minut przed końcem Maksymilian Jędrzejak skompletował hat-tricka i dał gospodarzom kontakt. Zaraz potem Paweł Kowalski wyrównał i emocje sięgnęły zenitu – obie drużyny szły po zwycięstwo, sytuacje pojawiały się zarówno z jednej, jak i drugiej strony.
Sante w końcówce postawiło wszystko na atak i to się na nich zemściło. Po jednej z akcji stracili piłkę, poszła szybka kontra i Mateusz Łęcki strzelił decydującego gola dla Szmulek Warszawa. Goście odwrócili losy meczu po słabym początku i ostatecznie to oni zgarnęli trzy punkty.
Patrząc na wynik, można odnieść wrażenie, że było to raczej jednostronne widowisko, ale jest to przypuszczenie zupełnie fałszywe. Ekipa Mateusza Jochemskiego musiała srogo się napracować na taki rezultat i niech świadczy o tym chociażby to, że pierwszy gol padł dopiero po kwadransie gry.
Obie ekipy miały swoje szanse, ale niemoc strzelecką po obu stronach przełamał dopiero w 16. minucie Eryk Stoch, który popisał się mocnym, ale precyzyjnym strzałem z dystansu. Skromne prowadzenie 1:0 utrzymało się praktycznie do samej końcówki pierwszej połowy i spora w tym zasługa bramkarza Mikstury, Cezarego Kubalskiego, który tego dnia bronił jak natchniony, a napastnicy Old Eagles zadbali, aby miał co robić w tym meczu. W 24. minucie kontra rozpoczęta przez Artura Zawadzińskiego zakończyła się golem Filipa Junowicza i gospodarze schodzili do szatni ze skromnym, ale solidnym prowadzeniem 2:0.
Po zmianie stron Mikstura miała błyskawiczną okazję do podwyższenia, ale skończyło się obiciem poprzeczki. Old Eagles szukali swoich okazji, jednak w grze ekipy z Koła wyraźnie zabrakło tego dnia polotu, który był konieczny, aby zagrozić znajdującemu się w kapitalnej formie Cezaremu Kubalskiemu. Sytuacja Orzełków zrobiła się dramatyczna, kiedy w 38. minucie na 3:0 trafił Artur Zawadziński. Goście zdecydowali się na grę z lotnym bramkarzem, ale chwilę później stracili kolejnego gola i choć do końca zostało jeszcze prawie dziesięć minut, to raczej nie mogło być mowy o odwróceniu losów spotkania.
Goście próbowali, ale nie udało się nawet zdobyć gola honorowego, a wynik w ostatniej akcji meczu ustalił Patryk Zych. Dzięki temu zwycięstwu Mikstura zrobiła bardzo wyraźny krok w kierunku mistrzostwa 6. ligi.
Jeden z najbardziej ognistych meczów w 7. lidze mogli obejrzeć kibice na boiskach AWF w niedzielne południe. Spotkanie pełne napięcia, emocji i z naprawdę nieoczekiwanym finałem – ale po kolei.
Jako pierwsi na prowadzenie wyszli Czasoumilacze – Mikołaj Kuszka wykorzystał błąd rywali i otworzył wynik meczu. Następnie na pierwszy plan dwukrotnie wyszedł kapitan Kanonierów, Arkadiusz Trwoga. Najpierw doprowadził do wyrównania, a chwilę później wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie, pokazując prawdziwe cechy lidera i zdobywając niezwykle ważne bramki. Czasoumilacze nie zamierzali się jednak poddawać – do remisu doprowadził Mateusz Musiński. Wydawało się, że na przerwę zespoły zejdą przy równym wyniku, ale czujny Janek Jabłoński był we właściwym miejscu o właściwym czasie i skutecznie dobił piłkę, ponownie dając prowadzenie swojej drużynie.
W drugiej połowie Kanonierzy, ponownie za sprawą Janka, zwiększyli przewagę do 4:2 . Wydawało się, że mają wszystko pod kontrolą aż do samej końcówki… i właśnie wtedy rozpoczął się prawdziwy dramat. Najpierw Mikołaj Kuszka zdobył kontaktową bramkę, podkręcając napięcie do maksimum. Czasoumilacze zaczęli ryzykować, a w odpowiedzi nadziewali się na groźne kontry. Kanonierzy mieli kilka stuprocentowych okazji, by zamknąć mecz, ale nie potrafili ich wykorzystać – i na pewno będą jeszcze długo wspominać te sytuacje. Bo w ostatniej akcji meczu Mateusz Musiński posłał piłkę na dalszy słupek, gdzie czekał już Dominik Sędrowski i wykorzystał swoją szansę. Chwilę po tym golu sędzia zakończył spotkanie.
To remis, który dla Czasoumilaczy smakuje jak zwycięstwo, a dla Kanonierów jest wyjątkowo bolesny – w niedzielę sami wypuścili wygraną z rąk. Mimo wszystko apelujemy, by nie opuszczać głów – przed Kanonierami jeszcze sześć spotkań i wciąż jest o co walczyć. Czasoumilaczom natomiast należą się ogromne brawa za walkę do ostatnich sekund – to był naprawdę świetny comeback.
To było starcie, które mogło znacząco wpłynąć na układ czołówki 7. ligi. Trzecia w tabeli Wataha podejmowała lidera - Alash, a różnica zaledwie czterech punktów sprawiała, że stawką tego meczu było coś więcej niż tylko kolejne trzy oczka. I od pierwszego gwizdka było widać, że żadna ze stron nie zamierza kalkulować.
Spotkanie rozpoczęło się w zawrotnym tempie. Już w pierwszych minutach Alash pokazał swoją ofensywną siłę, szybko wychodząc na prowadzenie 2:0. Goście imponowali swobodą w operowaniu piłką, odwagą w dryblingu i pewnością siebie w wykończeniu akcji. Wataha jednak nie zamierzała się poddawać. Drużyna, prowadzona ofensywnie przez Anassa El Anssariego, błyskawicznie odpowiedziała i odrobiła straty, doprowadzając do wyrównania. Mecz zaczął przypominać wymianę ciosów, a każda akcja niosła zagrożenie. Na tym jednak nie skończyły się emocje pierwszej połowy. Alash tego dnia grał jak w transie. Ich akcje były płynne, dynamiczne i pełne jakości technicznej. Zawodnicy świetnie radzili sobie w pojedynkach 1 na 1, często ogrywając rywali zwodami i tworząc przewagę praktycznie z niczego.
Do przerwy nikt nie dał za wygraną – 3:3.
Druga połowa była kontynuacją tego widowiska. Obie drużyny atakowały, nie brakowało otwartej gry i kolejnych bramek, ale to Alash utrzymywał kontrolę nad przebiegiem spotkania. Ich zespołowość, luz w grze i skuteczność sprawiały, że za każdym razem, gdy Wataha zbliżała się wynikiem, lider potrafił odpowiedzieć. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 9:6 dla Alash, a kibice mogli być świadkami jednego z najbardziej efektownych spotkań tej kolejki.
Dla triumfatorów to bardzo ważne zwycięstwo w kontekście walki o mistrzostwo. Wataha natomiast musi szybko się podnieść - strata punktów boli, a w tak wyrównanej lidze każdy mecz może decydować o końcowym układzie tabeli. Teraz przed nimi okres, w którym będą musieli pokazać charakter, jeśli chcą wrócić do ścisłej czołówki.
Oldboys Derby wchodzili w ten mecz na fali dwóch zwycięstw i z wyraźnym poczuciem, że wiosenna pogoda im służy. Skra Warszawa z kolei szukała przełamania po trudnym starcie rundy, w której punkty uciekały. Spotkanie zapowiadało się na wyrównane, a skończyło się pogromem.
Już na starcie Skra zaskoczyła, za sprawą Dzikowskiego, który ładnie uderzył piłkę z dystansu, dając prowadzenie. Następnie Pryjomski wykorzystał sytuację sam na sam, Balysh dorzucił swoje trafienie i gospodarze przejęli kontrolę. Marcinkowski odpowiedział efektownym rajdem, ale końcówka pierwszej połowy należała do Pryjomskiego, który dwukrotnie wykończył z bliskiej odległości i ustanowił wynik na 4:2. Skra miała swoje momenty, lecz brakowało im postawienia kropki nad i.
Na początku drugiej części spotkania wydawało się, że goście wracają na właściwe tory. Dzikowski zdobył kontaktowego gola po efektownym zwodzie, lecz Królikowski po rzucie rożnym szybko uspokoił sytuację. Później pozornie zwykły faul wywołał burzliwe przepychanki słowne i fizyczne, co poskutkowało żółtym kartonikiem dla gracza jednej i drugiej ekipy.
Kluczowym momentem okazało się zejście z boiska bramkarza Skry, który nie był w stanie kontynuować gry po wcześniejszym urazie, a między słupkami musieli stanąć zawodnicy z pola. Od tego momentu mecz zamienił się w jednostronne widowisko. Bassa i Pryjomski seryjnie punktowali, nie dając rywalom jakichkolwiek szans na powrót do meczu. Goście zdołali zdobyć jeszcze dwa honorowe trafienia, ale niewiele to zmieniło przy końcowym rezultacie 14:5.
Oldboje konsekwentnie wykorzystali błędy i problemy kadrowe przeciwników. Spokojnie dowieźli kolejne zwycięstwo, potwierdzając swoją dobrą dyspozycję w tej rundzie.
W starciu zmajdującego się w dolnej części tabeli Tornado Squad z walczącym o najwyższe cele wiceliderem, Virtualne Ń, obyło się bez sensacji. Choć gospodarze postawili faworytowi twarde warunki w pierwszej połowie, goście ostatecznie udowodnili swoją wyższość, wygrywając pewnie 1:4.
Pierwsza odsłona toczyła się pod znakiem ostrożnych, taktycznych szachów. Gra toczyła się głównie w środku boiska, a klarownych sytuacji było niewiele. Mimo to wynik niespodziewanie otworzyli zawodnicy Tornado Squad – po skutecznej dobitce na listę strzelców wpisał się Maciejewski. Odpowiedź wicelidera nadeszła jednak jeszcze przed przerwą. Rzut karny na gola zamienił Kolasa, ustalając wynik do szatni na 1:1.
Po zmianie stron tempo spotkania wyraźnie wzrosło, ale to goście w pełni przejęli kontrolę nad wydarzeniami na murawie. Szalę zwycięstwa na korzyść Virtualnego Ń przechylił trafieniem na 1:2 Burakowski. Chwilę później sytuację gospodarzy pogorszył niefortunny gol samobójczy, a kropkę nad „i” postawił Kolasa, pieczętując wygraną 1:4.
Choć w formacjach z pola trudno było wskazać jednego, zdecydowanego lidera, na ogromne słowa uznania zasłużył bramkarz gości, Jerzy Modzelewski. Jego świetna i pewna postawa między słupkami dała drużynie niezbędny spokój w kluczowych momentach. Virtualne Ń dopisuje cenne punkty w walce o mistrzostwo, pozostawiając Tornado Squad z problemami na dole tabeli.
W 7. lidze doszło do starcia pomiędzy zespołami Eagles FC a Driperami. Spotkanie zakończyło się rezultatem 5:5, co – w naszej opinii – jest jak najbardziej sprawiedliwym podziałem punktów, z uwagi na liczbę dogodnych sytuacji oraz zmarnowanych szans przez obie ekipy.
Niedzielny mecz był istną sinusoidą emocji. Driperzy kilkukrotnie wychodzili na prowadzenie, lecz nie byli w stanie utrzymać przewagi, gdyż rywal za każdym razem odpowiadał własnym trafieniem. Był to mecz walki o każdy skrawek murawy – nikt nie odstawiał nogi. Każda drużyna miała też swojego bohatera. W ekipie Eagles FC brylował Edilson Sabino, który swoimi dryblingami przysporzył wielu problemów defensywie Driperów. Do tego dołożył trzy gole i asystę, co tylko pokazuje jego ogromny wkład w to spotkanie. Po drugiej stronie najjaśniejszym punktem zespołu był bez wątpienia Norbert Gregorczyk. Wspomniany zawodnik również trzykrotnie wpisywał się na listę strzelców.
Wynik remisowy pewnie nie satysfakcjonuje żadnej z drużyn, jednak emocji obie ekipy dostarczyły co niemiara.
To było jedno z tych spotkań, które śmiało można nazwać meczem „o sześć punktów”. Kresowia i Persi to drużyny balansujące na granicy bezpiecznej strefy, więc stawka była ogromna - zwycięstwo dawało oddech, porażka wciągała w wir walki o utrzymanie. Lepiej w mecz weszli gospodarze. Zespół prowadzony przez Daniela Mikulicha wyglądał na bardziej poukładany i konkretny w pierwszych minutach. To właśnie on miał swój udział przy otwierającym trafieniu, notując asystę i dając sygnał, że Kresowia chce przejąć kontrolę nad spotkaniem.
Z czasem jednak obraz gry zaczął się zmieniać. Persi stopniowo przejmowali inicjatywę, a ich akcje były coraz bardziej składne i groźne. W końcu doprowadzili do wyrównania po akcji zakończonej praktycznie do pustej bramki, wykorzystując moment dekoncentracji rywali. Kresowia zaczęła grać bardziej chaotycznie, co tylko napędziło gości. Persi byli konkretniejsi i lepiej reagowali na wydarzenia boiskowe, a ich ofensywa zaczęła przynosić efekty. Kluczową postacią okazał się Jurabek Ermatov, który dwukrotnie popisał się potężnymi uderzeniami, nie dając bramkarzowi żadnych szans. Jego trafienia były symbolem różnicy - mniej okazji, więcej konkretu.
Jak to bywa w meczach o tak dużą stawkę, emocje zaczęły brać górę. Nie zabrakło spięć i niepotrzebnych nerwów - po jednej z przepychanek sędzia sięgnął po kartki, pokazując zarówno czerwone, jak i żółte dla obu stron. To nieco zaburzyło rytm spotkania i odebrało mu część sportowego klimatu. W końcówce Persi zachowali więcej spokoju i skuteczności. Ostatecznie wygrali 5:3, co pozwoliło im wydostać się ze strefy spadkowej, jednocześnie wpychając w nią Kresowię.
To zwycięstwo może okazać się kluczowe w kontekście całego sezonu. Jedno jest pewne - walka o utrzymanie dopiero się zaczyna, a obie drużyny będą musiały poprawić dokładność, koncentrację i jakość gry, jeśli chcą osiągnąć swój cel w końcówce rozgrywek.
Było to spotkanie lidera ligi z drużyną znajdującą się w dolnej części tabeli. Shitable musieli walczyć o punkty, aby utrzymać się w lidze, natomiast Q-Ice Warszawa grali o podtrzymanie walki o mistrzostwo. Mecz okazał się prawdziwym festiwalem bramek – padło ich aż 19.
Pierwsza połowa przebiegała głównie pod kontrolą „czarnych”, którzy częściej utrzymywali się przy piłce, podczas gdy Shitable odpowiadali sporadycznymi kontratakami. Wynik został otwarty już w pierwszych minutach po indywidualnej akcji i skutecznym strzale zawodnika Q-Ice. Niedługo później padła druga bramka po ataku pozycyjnym. Mimo przewagi lidera, Shitable potrafili wykorzystać swoje momenty – najpierw zdobyli gola po kontrataku, a następnie dołożyli kolejne trafienia po szybkich wyjściach z własnej połowy. Brak koncentracji w defensywie Q-Ice sprawił, że rywale zdołali zdobyć kilka bramek i wrócić do gry. W końcówce pierwszej połowy „czarni” ponownie przejęli kontrolę – najpierw trafili po szybkim rozegraniu rzutu rożnego, a chwilę później, po skutecznym pressingu, zdobyli kolejną bramkę.
Druga połowa rozpoczęła się podobnie – inicjatywa była po stronie Q-Ice, co szybko przełożyło się na kolejne trafienie po bardzo dobrym podaniu Plaksy do pustej bramki. Następnie lider dołożył kolejne gole, kontrolując przebieg spotkania i skutecznie wykorzystując swoje okazje – zarówno po przechwytach, jak i szybkich akcjach ofensywnych oraz indywidualnych pojedynkach. Shitable jednak nie odpuszczali i potrafili odpowiedzieć. Wykorzystali błędy defensywy przeciwnika, zdobywając kolejne bramki – najpierw po nieporozumieniu w obronie, następnie po indywidualnej akcji zakończonej podaniem na pustą bramkę przez Krayeuskiego, a także po złym rozegraniu bramkarza i kolejnych błędach w defensywie Q-Ice. Mimo to ostatnie słowo należało do lidera, który po szybkim rozegraniu rzutu z autu ustalił końcowy wynik spotkania.
Mecz był bardzo otwarty i ofensywny, ale pokazał też, że Q-Ice Warszawa – mimo wysokiego zwycięstwa – muszą poprawić koncentrację w defensywie. Z kolei Shitable zaprezentowali się z dobrej strony w ataku, potrafiąc wielokrotnie wykorzystać błędy rywala i stworzyć groźne sytuacje.
Starcie dwóch drużyn z górnej części tabeli zapowiadało się interesująco, ale z wyraźnie odmiennym tłem. Force Fusion pozostaje zespołem, który od dłuższego czasu nie zaznał porażki i konsekwentnie buduje swoją pozycję w lidze. Alliance z kolei wciąż szuka formy po nieudanym początku rundy wiosennej. Ten mecz miał być testem dla obu i szybko pokazał, kto jest dziś na właściwej ścieżce.
Od pierwszych minut gospodarze narzucili wysokie tempo. Byli bardziej agresywni, konkretniejsi i zdecydowani w swoich działaniach, co momentalnie przełożyło się na przewagę na boisku. Alliance przez długie fragmenty wyglądało na zespół, który nie potrafi odpowiedzieć na intensywność rywala - brakowało im płynności, odwagi i jakości w rozegraniu. Mimo wyraźnej dominacji Force Fusion, pierwsza połowa zakończyła się tylko 1:0, co mogło być pewnym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę liczbę stworzonych sytuacji. Gospodarze raz po raz dochodzili do strzałów, ale brakowało im skuteczności lub tego ostatniego, decydującego dotknięcia.
Po przerwie obraz gry stał się jeszcze bardziej jednoznaczny. Force Fusion nie tylko utrzymało swoją przewagę, ale zaczęło ją przekładać na konkretne liczby. Kolejne akcje były szybkie, dobrze rozegrane i skutecznie finalizowane. W ofensywie brylował Ruslan Yakubiv, który wraz z partnerami napędzał ataki i regularnie rozbijał defensywę rywali. Alliance próbowało odpowiadać i zdołało zdobyć dwie bramki, jednak były to raczej pojedyncze momenty niż efekt systematycznej gry. Różnica klas była widoczna a gospodarze wyglądali na drużynę bardziej poukładaną, pewną i lepiej przygotowaną mentalnie.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:2 dla Force Fusion, które potwierdziło swoją znakomitą dyspozycję i jasno pokazało, że ma ambicje sięgające najwyższych miejsc w tabeli. Dla Alliance to z kolei sygnał ostrzegawczy. Jeśli chcą realnie walczyć o coś więcej w tym sezonie, muszą szybko odnaleźć swój rytm i poprawić jakość gry. Czas jeszcze jest, pytanie tylko, czy zdołają go dobrze wykorzystać.
Mecz pomiędzy FC Patriot a Synami Księdza od początku zapowiadał się jako jedno z najciekawszych spotkań kolejki i w pełni spełnił oczekiwania kibiców.
Już w pierwszych minutach Synowie Księdza ruszyli do ataku i dwukrotnie trafili w słupek, pokazując dużą ofensywną jakość, choć brakowało im skutecznego wykończenia. FC Patriot grał spokojniej i cierpliwie budował swoje akcje, czekając na odpowiedni moment. Taki nadszedł, gdy sędzia podyktował rzut karny, a Azamat Charyyev pewnym strzałem dał prowadzenie swojej drużynie. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. Synowie Księdza szybko odpowiedzieli, a do wyrównania doprowadził Damian Węgierek. Do przerwy utrzymał się remis 1:1, który dobrze oddawał przebieg pierwszej połowy.
Po zmianie stron FC Patriot zdecydowanie częściej atakował i stwarzał groźne sytuacje, lecz znakomicie spisywał się bramkarz Paweł Pryciński, który wielokrotnie ratował swój zespół przed utratą gola. Niewykorzystane okazje zemściły się na Patriotach. Synowie Księdza byli bardziej skuteczni – bramki Mateusza Gołębiewskiego i Michała Leśniewskiego przesądziły o wyniku.
Ostatecznie goście wygrali 4:2 i umocnili swoją pozycję w tabeli.
Mecz pomiędzy FC Legion UA a FC Dnipro United był dla gospodarzy doskonałą okazją na przełamanie słabszej serii i powrót do walki o czołowe miejsca w tabeli. Od pierwszych minut Legion prezentował większą pewność siebie i kontrolował przebieg spotkania, choć długo brakowało konkretów pod bramką rywala. Dnipro United, mimo trudnej sytuacji w lidze, starało się grać ambitnie i szukało swoich szans w kontratakach. Przełamanie nastąpiło dopiero w samej końcówce pierwszej połowy. W ostatniej akcji przed przerwą Ivan Pushkarenko wykorzystał zamieszanie w polu karnym i dał Legionowi prowadzenie 1:0. Ten gol wyraźnie podciął skrzydła rywalom.
Tuż po wznowieniu gry Legion UA poszedł za ciosem. Już w pierwszej akcji drugiej połowy Kremienishchuk podwyższył wynik na 2:0, a chwilę później Andrii Hehelskyi zdobył trzecią bramkę. Przy stanie 3:0 wydawało się, że mecz jest rozstrzygnięty, jednak Dnipro United nie zamierzało się poddać. Do głosu doszedł Maksym Marchenko, który zdobył dwie bramki i przywrócił emocje w końcówce spotkania. Ostatecznie jednak Legion UA utrzymał prowadzenie i wygrał 3:2, zgarniając bardzo ważne trzy punkty.
W ramach 12. kolejki 9. ligi na Arenie Grenady drużyna TRCH zmierzyła się z Klubem Sportowym Sandacz. Spotkanie od pierwszych sekund "ruszyło z kopyta", gdyż na otwarcie wyniku nie trzeba było długo czekać.
Już w pierwszej akcji meczu świetnym podaniem popisał się Szymon Dąbrowski, a Kamil Pasik pewnym strzałem dał gościom prowadzenie. Gospodarze szybko jednak odpowiedzieli, bo kilka minut później Konrad Sadziak skutecznie wykorzystał rzut karny, doprowadzając do wyrównania. TRCH nie zamierzało jednak zwalniać tempa. Kibice byli świadkami niemal identycznej akcji jak przy pierwszym golu, kiedy to ponownie duet Dąbrowski–Pasik rozmontował defensywę rywali, co pozwoliło gościom zejść na przerwę z prowadzeniem 2:1. Pierwsza połowa była wyrównana i dość chaotyczna, przez co trudno było wskazać wyraźnego faworyta.
Druga część spotkania to już zupełnie inna historia. Zawodnicy TRCH weszli na wyższy poziom i całkowicie przejęli kontrolę nad meczem. Kamil Pasik dołożył kolejne trafienie, kompletując hat-tricka. Po dwa gole zdobyli również Szymon Dąbrowski oraz Stanisław Ścigała, a jedno trafienie dorzucił Jakub Libera. Gospodarze zdołali odpowiedzieć tylko raz – na listę strzelców wpisał się Aleksander Olender.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się wysokim zwycięstwem TRCH 8:2. Mimo efektownej wygranej, obie drużyny po 12. kolejce wciąż znajdują się w strefie spadkowej. Jeśli myślą o utrzymaniu na tym poziomie rozgrywkowym, będą musiały znacząco poprawić swoją formę w kolejnych meczach.
W niedzielny poranek na Arenie Grenady odbyło się spotkanie wicelidera dziewiątego poziomu rozgrywkowego z ekipą zamykającą stawkę. Większość obecnych spodziewała się jednostronnego meczu – i tak też on wyglądał.
ASAP od początku przeważał, co zaowocowało szybkim objęciem prowadzenia. Gospodarze zdołali co prawda wykorzystać chwilę rozprężenia wśród rywali i odpowiedzieć dwiema bramkami, lecz był to w zasadzie jedyny pozytyw z ich strony. W szeregach ASAP-u świetnie funkcjonował tego dnia duet Grygiel–Dymiński, co przełożyło się na kolejne trzy trafienia i do przerwy mieliśmy wynik 2:4.
Po przerwie trwał już prawdziwy koncert w wykonaniu gości. Składne akcje, grane na wysokiej intensywności, wywołały na połowie Scorpionsów istny huragan i kto wie, jak wyglądałby wynik końcowy, gdyby nie dobra postawa Sewerynka, który obronił kilka naprawdę trudnych piłek. Co prawda rezultat 2:9 nie brzmi dobrze, ale nie oddaje on tego, jak prezentował się w bramce Damian Sewerynek – co docenili rywale, wskazując go jako zawodnika meczu spośród Scorpionsów.
Dzięki tej wygranej ASAP nadal traci do lidera tylko trzy punkty i rezultat ten może być bardzo istotny w kontekście końcowych rozstrzygnięć dziewiątej ligi.
W spotkaniu 12. kolejki 9. ligi KSB II Warszawa podejmowali drużynę KróLewskich Wola i od pierwszych minut pokazali, że zamierzają narzucić swój styl gry. Gospodarze błyskawicznie objęli prowadzenie – już na początku meczu rzut karny na bramkę pewnie zamienił Vitalii Balandziuk. Chwilę później było już 2:0, gdy do siatki trafił Anatolii Nahorichnyi, wykorzystując dobrą akcję zespołu.
KróLewscy nie zamierzali jednak składać broni. Najpierw kontaktową bramkę zdobył Adrian Olwiński po dokładnym podaniu Pawła Lewandowskiego, a następnie do wyrównania doprowadził Marcin Sadowski. Goście złapali wiatr w żagle, ale odpowiedź KSB była natychmiastowa. Jeszcze przed przerwą Vitalii Balandziuk ponownie wpisał się na listę strzelców, tym razem popisując się bezpośrednim trafieniem z rzutu wolnego i wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie.
Druga połowa rozpoczęła się lepiej dla drużyny z Woli. Adrian Olwiński zdobył swoją drugą bramkę w meczu i ponownie doprowadził do remisu. Jak się później okazało, był to ostatni gol dla jego zespołu tego dnia. W dalszej części spotkania dominowali już tylko zawodnicy drugiej drużyny KSB. Gospodarze bezlitośnie wykorzystywali błędy rywali i sukcesywnie powiększali swoją przewagę. Ozdobą meczu była kapitalna bramka Vitaliiego Balandziuka, który huknął w samo okienko, kompletując tym samym hat-tricka. Warto też wspomnieć, że po dłuższej przerwie do grania w piłkę powrócił Przemek Góralczyk, jeden z założycieli KSB, który swój comeback przypieczętował w najlepszy możliwy sposób – bramką!
Ostatecznie KSB II Warszawa pewnie pokonali KróLewskich Wola 7:3, prezentując ofensywny futbol i dużą skuteczność pod bramką przeciwnika.
Laflame, podejmujący Bielany Legends, to kolejny mecz, jaki mieliśmy okazję oglądać w poprzedniej kolejce na naszych ligowych obiektach AWF. Spotkanie zapowiadało się na jednostronne, patrząc na tabelę, i mimo że faktycznie faworyt nie zawiódł, jeśli chodzi o wynik, to z przebiegu gry było to dosyć bliskie spotkanie – bliższe, niż mogło się wydawać.
Początek meczu był dość niemrawy – obie ekipy sporo się badały, a piłka częściej niż do siatki trafiała w bramkarzy albo przelatywała obok obramowania obu bramek. Po skromnej wymianie ciosów pierwsza połowa zaskakująco zakończyła się remisem i choć z samej gry to gospodarze wyglądali na drużynę, której piłka mniej przeszkadza pod nogami, to – jak wiemy – na końcu najważniejszy jest wynik, a nie to, kto ładniej i płynniej operuje futbolówką. Być może gdyby nie proste błędy, jak np. stracona bramka bezpośrednio z rzutu rożnego przez Bielany Legends czy inne straty posiadania, nie nakręciliby oni zespołu gospodarzy na tyle, że – zirytowani przebiegiem meczu – włączyli piąty bieg i wpakowali rywalom pięć goli w drugiej połowie. Ten wymiar kary okazał się zbyt duży dla zespołu gości, których było stać jedynie na dwukrotną odpowiedź Kowalskiego i zmniejszenie ostatecznego wyniku do 6:3. Z samego przebiegu gry zespół Laflame, mimo że dłużej utrzymywał się przy piłce, miał spore problemy, by sforsować dzielnie walczące Bielany Legends.
Gdyby nie ich własne proste błędy, można pokusić się o stwierdzenie, że mogli powalczyć o punkty w tym spotkaniu z nieprezentującymi najwyższej dyspozycji gospodarzami. Tak się jednak nie stało i to trzecia ekipa 9. ligi dopisuje sobie kolejne trzy oczka do klasyfikacji punktowej.
W meczu 9. ligi zmierzyły się ze sobą ekipy Iglicy Warszawa i Gamba Veloce. Niekwestionowanym faworytem – pomimo ostatniej porażki – byli gracze Iglicy. Ostatecznie odnieśli oni zwycięstwo 4:3, lecz nie można mówić o pewnej wygranej gospodarzy, gdyż goście mocno się postawili i byli ewidentnie głodni trzech punktów.
Od początku spotkania Iglica ruszyła do ataku. Gospodarze pewnie weszli w mecz, raz po raz atakując bramkę rywali, i szybko objęli aż trzybramkowe prowadzenie. Jedyną odpowiedź ze strony gości otrzymaliśmy za sprawą gola gwiazdy Gamby Veloce – Filipa Wolskiego, co ustaliło wynik pierwszej połowy na 3:1.
Od gwizdka rozpoczynającego drugą część spotkania goście wzięli się za odrabianie strat i wyraźnie przejęli inicjatywę. Gdy mieli piłkę przy nodze, czuli się pewniej – widać było luz i swobodę w rozgrywaniu akcji, co przyniosło efekty, bo doprowadzili do wyrównania na 3:3.
Niestety dla nich, chwila dekoncentracji wystarczyła – filar defensywy Iglicy, Kuba Kieczka, po świetnym ofensywnym wejściu i strzale z dystansu pokonał bramkarza rywali, tym samym zapewniając swojej drużynie kolejne zwycięstwo – już jedenaste w tym sezonie. Do niespodzianki więc nie doszło.
Spotkanie pomiędzy Husarią Mokotów IV a Bulbez Team Bemowo zakończyło się bardzo pewnym i efektownym zwycięstwem gospodarzy 18:4. Choć początek meczu był intensywny i obie drużyny wzajemnie się badały, od pierwszych minut było widać zdecydowanie większą ruchliwość, lepszą wymianę pozycji oraz organizację gry po stronie Husarii.
Już po kilku minutach przyszło pierwsze przełamanie – świetny przerzut trafił do Tomasza Hubnera, który pewnym wykończeniem otworzył wynik spotkania. Ta bramka tylko napędziła drużynę Husarii, która z każdą kolejną akcją nabierała jeszcze większej pewności siebie i całkowicie przejmowała kontrolę nad meczem. Do przerwy Husaria prowadziła już 6:1, prezentując dużą skuteczność i pełną dominację na boisku. Po rozpoczęciu drugiej połowy gospodarze nie zamierzali zwalniać tempa ani dopuścić rywala do gry. Bramka za bramką powiększała przewagę, a ofensywa funkcjonowała wręcz perfekcyjnie.
Najlepszym strzelcem spotkania został Tomasz Hubner, który przy wyniku 11:1 postanowił zamienić się z Norbertem Wierzbickim i stanąć między słupkami. Nawet z pozycji bramkarza potrafił jednak kreować groźne sytuacje i brał aktywny udział w budowaniu kolejnych akcji ofensywnych swojej drużyny.
Mecz był całkowicie jednostronny, a Husaria Mokotów IV pokazała swoją siłę, jakość i pełną kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wysokim wynikiem 18:4, który w pełni oddaje przebieg tego starcia.
Dosyć ciekawego i całkiem wyrównanego starcia byliśmy świadkami w zeszłej kolejce pomiędzy Fuszerką a Gawulonem. Sam mecz, a raczej jego przebieg, był dość równy, ale to, co wyróżniało ekipę gospodarzy na tle gości tego dnia, to zdecydowanie wykończenie oraz umiejętność dobrego ustawienia się i wykonania idealnego tzw. ostatniego podania.
Tym samym to właśnie Fuszerka, za sprawą Adama Karendysa, wyszła jako pierwsza na prowadzenie. Prowadzenia tego nie oddała już do końca spotkania. I chociaż młoda ekipa gości dwoiła się i troiła, a ich gra naprawdę momentami cieszyła oko, to jednak nie potrafili przełożyć tego na zdobycze bramkowe.
Za to Piotr Jastrząb doskonale wiedział, jak to zrobić, i wpisał się w tym meczu dwukrotnie na listę strzelców, dając swojej drużynie chwilę oddechu. Młode wilki z Gawulonu złapały kontakt – zdołały nawet strzelić dwa gole – jednak kapitalna postawa bramkarza Macieja Kryszkiewicza odbierała radość z gry formacji ofensywnej zespołu Jarka Czeredysa. Ostatecznie był on niczym mur, niemal nie do ruszenia tego wieczoru. Gdy tylko Fuszerka przetrwała chwilowy spadek formy, okazało się, że minut na zegarze zostało niewiele i jedyne, co pozostaje, to dotrwać do końca spotkania – co udało się przypieczętować bramką Kamila Weredy.
Fuszerka tym samym dopisuje sobie kolejne trzy oczka w ligowej tabeli, a zespołowi Gawulon FC pozostaje dalej szukać punktów. Jeśli tylko podkręcą celowniki, są w stanie zaszkodzić każdej drużynie w tej lidze, więc radzimy wszystkim zespołom 10. ligi mieć się na baczności!
W starciu drużyn zaangażowanych w walkę o utrzymanie, zajmująca 9. miejsce FC Górka Kazurka podzieliła się punktami z plasującym się o dwie pozycje wyżej zespołem FC Po Nalewce. Zacięte spotkanie zakończyło się remisem 2:2, choć po pierwszej połowie gospodarze byli w bardzo trudnej sytuacji.
Od pierwszych minut na murawie oglądaliśmy ostrożne, taktyczne szachy. Gra toczyła się głównie w środkowej strefie boiska, a świetna postawa bramkarzy zniechęcała do podejmowania ryzyka. W tej zachowawczej rywalizacji przed przerwą skuteczniejsi okazali się goście. Wynik otworzył Średziński po asyście Bujalskiego, a na 0:2 podwyższył Gaba, z zimną krwią finalizując piękną, składną akcję całego zespołu.
Po zmianie stron obraz gry wyrównał się, ale to gospodarze wykazali się większą determinacją w dążeniu do celu. Sygnał do odrabiania strat dał Szymon Kleczyński, który popisał się potężnym strzałem z dystansu, łapiąc kontakt na 1:2. Niedługo później cenne wyrównanie dla FC Górki Kazurki wywalczył Michał Mazur, ustalając ostateczny wynik meczu.
Na szczególne wyróżnienie zasłużył bramkarz gości, Michał Piątkowski, który przez całe zawody imponował pewnością między słupkami. Podział punktów oznacza, że obie ekipy zachowują status quo i nadal muszą twardo walczyć o bezpieczny ligowy byt.
Zespół Grajki i Kopacze od samego początku starcia z FC Polska Górom narzucił wysokie tempo, co przełożyło się na bramkę Huberta Krzemińskiego już w 3. minucie spotkania. Ważnym momentem pierwszej połowy była akcja bramkarza Niebieskich z 15. minuty. Łukasz Warda przejął wtedy piłkę i bez zastanowienia huknął z dystansu, zdobywając piękną bramkę. W 21. minucie sędzia podyktował rzut karny dla drużyny Grajki i Kopacze, który wykorzystał Hubert Krzemiński. Sytuacja FC Polska Górom pogorszyła się jeszcze bardziej w 24. minucie, gdy Oskar Zakrzewski obejrzał żółtą kartkę za zagranie ręką. Pierwsza połowa zakończyła się wysokim prowadzeniem ekipy w niebieskich koszulkach.
Mimo gry w osłabieniu w drugiej połowie Polska Górom zdołała wyprowadzić skuteczną akcję, którą golem zakończył Kuba Kucharski w 29. minucie. Hubert Krzemiński był jednak tego dnia nie do zatrzymania i seryjnie punktował rywali swoimi trafieniami. Zawodnik ten zakończył mecz z imponującym dorobkiem pięciu bramek oraz jednej asysty, co bezdyskusyjnie zapewniło mu tytuł MVP spotkania.
Choć Polska Górom starała się i ambitnie walczyła o każdą piłkę, a swoje bramki dorzucili jeszcze Dawid Greguła oraz Kamil Rytel, przewaga wypracowana przez rywali była zbyt duża do odrobienia. Grajki i Kopacze utrzymali wysoki poziom aż do ostatniego gwizdka sędziego, kończąc ten mecz pewnym zwycięstwem 4:9. Drużyna w niebieskich strojach pokazała tego dnia bardzo wysoką skuteczność.
W zapowiedziach wskazywaliśmy Depserados jako murowanego faworyta, ale mecz zupełnie nie przypominał rywalizacji drużyn z przeciwległych końców tabeli. Gospodarze zaprezentowali się ze świetnej strony i do sprawienia niespodzianki zabrakło naprawdę niewiele.
Zaczęło się tak, jak można było przewidywać – Depserados otworzyli wynik już w 1. minucie, a w roli strzelca zapisał się Czarek Pawlak. Na kolejnego gola trzeba było trochę poczekać, głównie dzięki dobrej dyspozycji bramkarza Wczorajszych, Michała Mikołajczuka. Skapitulował ponownie dopiero w 16. minucie, ale po błędzie obrony, która zgubiła krycie, i do pustej bramki trafił Sebastian Kowalczyk. W szeregach Depserados doszło do lekkiego rozluźnienia i gola kontaktowego zdobył Adenekan Adedamola, ale riposta gości przyszła równie błyskawicznie – rzut karny wykorzystał Jan Szcześniak. W 22. minucie błąd bramkarza Depserados wykorzystał Mateusz Boniecki i pierwsza połowa zakończyła się stykowym wynikiem 2:3.
Po zmianie stron mecz tylko nabrał kolorów – chwilę po wznowieniu gry Depserados mieli idealną okazję do zdobycia gola, ale dosłownie z linii bramkowej piłkę wybił Karol Kuberski. W 31. minucie goście byli bliscy podwyższenia, jednak po strzale Jana Szcześniaka piłka jedynie obiła słupek. Odpowiedź Wczorajszych była jednak absolutnie zabójcza – w 34. minucie gola wyrównującego zdobył Jakub Erbel, a dwie minuty później sensacja wisiała w powietrzu. Za źle przeprowadzoną zmianę Depserados zostali ukarani minutą gry w osłabieniu, a gospodarze momentalnie wykorzystali przewagę i drugiego gola zdobył Adenekan Adedamola.
Do tego momentu Depserados grali nieco nonszalancko i raczej poniżej swoich możliwości, ale w końcówce pokazali, że nawet w kryzysowej sytuacji są w stanie zachować zimną krew. W 40. minucie na 4:4 trafił Nikodem Kucharski, a na pięć minut przed końcem meczu Depserados popisali się piękną, zespołową akcją i zwycięskiego gola zdobył Jan Szcześniak.
Mimo porażki ekipa Wczorajszych nie ma się czego wstydzić, bo pokazała charakter i wyraźny wzrost formy, co może być ciekawym prognostykiem na pozostałą część sezonu. Z drugiej strony Depserados wygrali, ale zagrali poniżej oczekiwań – jeśli myślą o pogoni za liderem, nie mogą pozwalać sobie na takie rzeczy.
Na szczycie tabeli doszło do starcia lidera z wiceliderem – takie mecze zawsze budzą duże oczekiwania i zazwyczaj przynoszą sporo emocji. Tym razem było trochę inaczej. Spotkanie było wyrównane, ale bramek zobaczyliśmy niewiele, a obie drużyny grały dość zachowawczo, unikając zbędnego ryzyka.
Lepiej zaczęli gospodarze, którzy szybko wyszli na prowadzenie po golu Jakuba Michny. Jak się później okazało, była to jedyna bramka w pierwszej połowie. Widać było sporo nerwowości po obu stronach – akcje się zazębiały, ale często kończyły się niedokładnym podaniem, złym przyjęciem albo nieudanym wykończeniem.
Delikatną przewagę miał zespół MWSP. Był bardziej aktywny, dynamiczny i częściej dochodził do sytuacji, choć brakowało konkretów. Po przerwie goście w końcu odpowiedzieli. Michał Kochanowski doprowadził do wyrównania i przez moment wydawało się, że mecz może się otworzyć. To jednak było jedyne trafienie Choszczówki w tym spotkaniu. Gospodarze dobrze wyglądali fizycznie, byli lepiej ustawieni i skutecznie ograniczali ofensywne zapędy rywali. Druga połowa przyniosła nieco więcej bramek dla gospodarzy, a w ofensywie zaczęło się wyróżniać kilku zawodników. Najwięcej zamieszania robił Szymon Winkler – był nieprzewidywalny, trudny do zatrzymania i często dawał impuls z przodu. Na wyróżnienie zasłużył również Łukasz Piechociński, który wykonał ogrom pracy w środku pola – łączył grę, napędzał akcje, a przy tym twardo uczestniczył w defensywie.
Dzięki temu zwycięstwu gospodarze zmniejszyli stratę do rywala i znów włączyli się do walki o mistrzostwo. Choszczówka wciąż jest wysoko i jej pozycja na razie nie jest zagrożona, ale widać, że musi popracować nad ofensywą – w ostatnich meczach bramek jest po prostu za mało, a przewaga nad rywalami wcale nie musi być bezpieczna na dłuższą metę.
Spotkanie miało większe znaczenie dla Legijnej Ferajny, która walczyła o wydostanie się ze strefy spadkowej i pilnie potrzebowała punktów. CWKS Ferajna Warszawa znajdowała się w środku tabeli, jednak również chciała umocnić swoją pozycję i spokojnie utrzymać dystans do dolnych rejonów.
Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, z momentami przewagi po obu stronach. Wynik otworzył w środkowej fazie tej części gry Oskar Jenner, wyprowadzając Legijną Ferajnę na prowadzenie. Niedługo później CWKS odpowiedzieli – po rozegraniu rzutu wolnego bramkarz Stanisław Dąbrowski zdecydował się na strzał z dystansu i doprowadził do wyrównania. To trafienie wyraźnie napędziło zespół CWKS, który szybko poszedł za ciosem. Najpierw zdobyli bramkę po dobitce, a następnie, po przechwycie po nieudanym rozegraniu rzutu rożnego przez rywali, akcję skutecznie wykończył Ignacy Morawski.
Druga połowa rozpoczęła się od dalszej skutecznej gry CWKS. Po ataku pozycyjnym zdobyli kolejną bramkę, a już chwilę później Morawski ponownie wpisał się na listę strzelców, powiększając przewagę swojej drużyny. Legijna Ferajna nie zamierzała się jednak poddawać – po długim zagraniu w pole karne zdobyli bramkę głową, a niedługo później dołożyli kolejne trafienie. Szybko złapali kontakt i poszli dalej za ciosem – po błędzie w rozegraniu rywali i przechwycie zdobyli następną bramkę. W końcówce, po kolejnym przechwycie, Oskar Jenner ustalił wynik spotkania, kompletując dublet. W końcowych minutach CWKS Ferajna Warszawa otrzymali dwie żółte kartki, przez co zmuszeni byli kończyć mecz w osłabieniu, grając w trójkę w polu. Mimo trudnej sytuacji oponentów Legijna Ferajna nie zdołała tego wykorzystać.
Spotkanie było bardzo dynamiczne i pełne zwrotów akcji – CWKS przez długi czas kontrolowali wynik, jednak brak koncentracji pozwolił rywalom wrócić do gry i ostatecznie odwrócić losy meczu.
Spotkanie pomiędzy FC Warsaw Wilanów a Mistrzami Chaosu dostarczyło sporo emocji, zwłaszcza w pierwszej połowie, gdzie tempo gry i zwroty akcji trzymały wszystkich w napięciu aż do ostatnich minut przed przerwą.
Mecz lepiej rozpoczęli gospodarze, a wynik spotkania otworzył Karol Kowalski, pewnie wykańczając pierwszą dobrą akcję swojej drużyny. Mistrzowie Chaosu nie zamierzali jednak odpuszczać i bardzo szybko odpowiedzieli, przejmując inicjatywę. Kilka skutecznych akcji sprawiło, że goście wyszli na prowadzenie 1:3 i wydawało się, że zaczynają przejmować pełną kontrolę nad spotkaniem. Taki obrót wydarzeń tylko zmobilizował FC Warsaw Wilanów. Gospodarze dostali wiatru w żagle i ruszyli do zdecydowanej walki o powrót do meczu. Kluczową postacią tego comebacku był Karol Kowalski, który rozegrał kapitalne spotkanie – zdobył hat-tricka i dwukrotnie świetnie obsłużył swoich kolegów, notując także dwie asysty. To właśnie jego przywództwo i skuteczność pozwoliły odwrócić losy meczu jeszcze przed przerwą. Do szatni oba zespoły schodziły przy wyniku 4:3 dla FC Warsaw Wilanów, co było efektem świetnej końcówki pierwszej połowy w wykonaniu gospodarzy.
Po rozpoczęciu drugiej części spotkania FC Warsaw Wilanów nie zwolnił tempa. Kontynuował swoją dobrą grę, kontrolował przebieg meczu i konsekwentnie wykorzystywał błędy rywali. Dwie kolejne bramki przypieczętowały przewagę gospodarzy i pozwoliły im spokojnie dowieźć zwycięstwo do końcowego gwizdka.
Ostatecznie gospodarze wygrali 6:3, a bohaterem spotkania bez wątpienia został Karol Kowalski, który swoim hat-trickiem i dwiema asystami poprowadził drużynę do bardzo cennego zwycięstwa.
Zdecydowanym faworytem tego spotkania był Hiszpański Galeon, który mimo ostatnich wyników na styku mierzył się z ostatnią drużyną w tabeli – Piwo Po Meczu FC, będącą w trudnej serii porażek. Na papierze wszystko wskazywało na gości i początek meczu to potwierdził. Zespół Magnusa Michalskiego jako pierwszy otworzył wynik spotkania, a na listę strzelców wpisał się Ivan Rudyi. Jednak odpowiedź przyszła bardzo szybko – Rafał Wiercioch wyrównał i dał sygnał, że outsiderzy nie zamierzają oddać tego meczu bez walki. Było widać, że Piwo Po Meczu podtrzymało dobrą energię z poprzedniego spotkania, gdzie również postawili się mocnemu rywalowi.
Po kwadransie gry znów prowadzenie objęli goście, tym razem po trafieniu Franka Zakrzewskiego, ale i tym razem gospodarze szybko odpowiedzieli. Z każdą minutą to oni zaczęli wyglądać coraz pewniej i przed przerwą dołożyli jeszcze dwa gole, schodząc do szatni z dwubramkowym prowadzeniem. To był moment, w którym mecz zaczął wyraźnie przechylać się na ich stronę.
Po przerwie Hiszpański Galeon próbował wrócić do gry i szybko zdobył bramkę kontaktową po trafieniu Krzysztofa Małażewskiego. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby goście znów łapali kontrolę nad spotkaniem, ale gospodarze nie pozwolili się zepchnąć. Kluczowa okazała się druga połowa w wykonaniu Piwa Po Meczu. Ich ofensywa zaczęła działać jeszcze lepiej, a bohaterem został Michał Świercz, który skompletował hat-tricka i napędzał kolejne akcje. Dzięki temu gospodarze ponownie odskoczyli i tym razem nie oddali już prowadzenia.
Ostatecznie Piwo Po Meczu FC sięgnęło po bardzo ważne trzy punkty i swoje drugie zwycięstwo w lidze. Do wyjścia ze strefy spadkowej jeszcze trochę brakuje, ale takie mecze pokazują, że ten zespół jest w stanie odwrócić swoją sytuację.
W ramach spotkania 11. ligi spotkały się ze sobą drużyny Patetikos oraz Mocny Narket. Mecz miał niezwykle wyrównany przebieg, jednak górą z tego starcia wyszli gracze Narketu, triumfując nad rywalem 4:3.
Od pierwszego gwizdka to zwycięska drużyna narzuciła swoje tempo gry, przeprowadzając atak za atakiem i nie dając wielu możliwości odpowiedzi gospodarzom. Ich starania nie poszły na marne – po pierwszych 25 minutach prowadzili 2:1.
Po gwizdku rozpoczynającym drugą część spotkania to gracze Patetikos zaczęli dochodzić do głosu. Przejęli inicjatywę i byli znacznie aktywniejsi niż w pierwszej połowie. Udało im się doprowadzić do wyrównania na 3:3. Niemniej jednak, gdyby nie znakomita postawa w bramce Rubena Nieścieruka, golkipera Narketu, bylibyśmy świadkami prowadzenia gospodarzy. To, co wyczyniał tego dnia Ruben, przechodziło ludzkie pojęcie – wyciągał piłki, które wydawały się niemożliwe do obrony. Jego fantastyczne parady z pewnością dodawały odwagi zawodnikom z pola i bez dwóch zdań uratowały całą drużynę.
Co więcej, Mocny Narket w samej końcówce zdołał strzelić zwycięskiego gola i tego weekendu opuścił Arenę Grenady z kompletem punktów.
FC Melange do meczu z FC Vikersonn UA II podchodziło z wybrakowanym składem. Na bramce musiał stanąć zawodnik z pola, a na liście obecności brakowało paru nazwisk. Rywal natomiast, przygotowany na starcie z wyżej notowanym przeciwnikiem, zgromadził całkiem szeroką ławkę rezerwowych. Mecz 12. kolejki rozpoczął się jednak od szybkiego wyjścia na prowadzenie i poprawienia wyniku przez FC Melange. Kluczową rolę przy obu bramkach odegrał Łukasz Słowik – najpierw sam wykańczając akcję strzałem z bliska, a później przetrzymując piłkę w oczekiwaniu na wsparcie kolegów z drużyny.
Dwiema bramkami odpowiedzieli jednak rywale, którzy najpierw wykorzystali element zaskoczenia, czyli daleki wrzut z autu, by następnie skorzystać z przywileju korzyści. Na przerwę FC Melange schodzili jednak z prowadzeniem. Na 3:2 ładnego gola z lewej strefy boiska zdobył Słowik, parę sytuacji zostało zmarnowanych przez niecelne strzały, a Mateusz Bubrzyk dał spokój bramką z bliska. W szeregi ukraińskiej drużyny wkradła się nerwowość, lecz przed przerwą złapali kontakt.
Wąskie pole manewru, jeśli chodzi o zmienników FC Melange, dało o sobie znać w drugiej połowie meczu. Choć zawodnicy ubrani na pomarańczowo starali się oszczędzać siły, utrzymując piłkę we własnym posiadaniu, to pełen dystans mocno ich zmęczył. Zawodnicy Vikersonna również marnowali swoje sytuacje w pierwszej części meczu, jednak po przerwie poprawili ten element swojej gry. Dwa razy pokonywali stojącego w bramce Waldemara Lulisa po wrzutach z autu w pole karne – raz na początku połowy, raz na końcu. Można było dopatrzeć się podobieństw w ich grze do Puszczy Niepołomice prowadzonej przez Tomasza Tułacza. Trafiali też z rzutu karnego. Odpowiadał Marcin Godlewski bezpośrednim uderzeniem z rzutu wolnego, lecz tylko na tyle było stać FC Melange. Od remisu 5:5 obejrzeliśmy trzy szybkie gole zdobywane w odstępach parominutowych i było po sprawie.
Druga drużyna FC Vikersonn UA wykorzystała braki kadrowe rywala i w tabeli zbliżyła się do FC Melange. Ci jednak wciąż zajmują trzecie miejsce, które na ten moment daje im awans do ligi wyżej.
Mecz drugiego zespołu Furduncio z Dynamo Wołomin miał swój ciężar gatunkowy – tylko wygrany mógł jeszcze marzyć o włączeniu się do walki o podium, natomiast przegrany tego pojedynku coraz mocniej musiałby oglądać się za siebie, bo przewaga nad strefą spadkową nie jest już zbyt wielka. Nieznacznym faworytem była tu ekipa z Wołomina, ale mecz rozpoczął się lepiej dla Brazylijczyków. Już w 4. minucie Abraham Ingo dał prowadzenie swojemu zespołowi i… to by było na tyle, jeśli chodzi o bramki w pierwszej połowie. Co prawda więcej sytuacji strzeleckich mieli w premierowych 25 minutach nominalni goście, jednak albo brakowało skuteczności, albo na posterunku stał Juan Agudelo.
Tak więc, choć xG być może było po stronie Dynamo, to jednak liczy się przede wszystkim to, co w sieci, a w tym lepsi byli Brazylijczycy. Co więcej, pod koniec pierwszej części żółtą kartką został ukarany Damian Juszyński i drugą połowę zespół Maćka Kosińskiego musiał rozpocząć w osłabieniu. To być może uśpiło nieco zawodników Furduncio, bowiem Adam Domidowicz dał swojemu zespołowi – grającemu jeszcze w osłabieniu – wyrównanie. Sześć minut później goście wyszli natomiast na prowadzenie! Dzięki dobremu pressingowi na połowie rywala udało się odebrać piłkę, a chwilę później Michał Matyja z połowy boiska zdobył gola na 1:2.
Mecz rozkręcił się na dobre na około 10 minut do końca. Żółtą kartkę otrzymał Lucas Monteiro, ale Brazylijczykom, grającym w osłabieniu, udało się doprowadzić do wyrównania. Chwilę później, znów po dobrym pressingu, Dynamo trafiło na 2:3. Na odpowiedź rywala nie trzeba było długo czekać i wydawało się, że oba teamy podzielą się punktami, a wynik 3:3 utrzyma się do końcowego gwizdka. Jednak ferajna z Wołomina w końcówce przechyliła szalę zwycięstwa na swoją korzyść po golu Damiana Juszyńskiego.
Był to pojedynek mocno zacięty, ale wydaje się, że Dynamo miało jednak przewagę w tym spotkaniu i zasłużenie trzy punkty pojechały do Wołomina.
Rozpędzona w tym sezonie drużyna Vox Populi, która wyraźnie celuje w podium, podejmowała FC Razam – zespół znajdujący się w trudnej sytuacji na dole tabeli. Na papierze faworyt był jeden, ale papier to jedno, a boisko drugie.
FC Razam weszło w mecz idealnie. Już na początku Władysław Loikuts otworzył wynik, a po kwadransie było już 3:0 po trafieniach Kolokotseva i Kostogloda. Gospodarze byli świetnie zorganizowani, grali spokojnie i konsekwentnie, a Vox Populi długo nie mogło znaleźć swojego rytmu. Dopiero pod koniec pierwszej połowy goście zdobyli bramkę, ale to Razam było wyraźnie lepszą drużyną przed przerwą. Ogromną rolę odgrywał Szymon Raducki – lider zespołu, który porządkował grę, dobrze ustawiał kolegów i dawał spokój w rozegraniu. Było widać jego doświadczenie i wpływ na drużynę.
Po przerwie Vox Populi próbowało wrócić do meczu. Krzysztof Stachowicz zdobył gola i był najskuteczniejszym zawodnikiem ofensywnym gości, choć nie wykorzystał szansy z podyktowanego rzutu karnego. Mimo to kontakt został złapany, lecz tylko na chwilę – FC Razam szybko odpowiedziało i nie pozwoliło rywalom rozwinąć skrzydeł. Końcówka należała już do gospodarzy, którzy kontrolowali przebieg spotkania i dokładali kolejne trafienia. Jedno z nich było autorstwa Raduckiego, który przypieczętował bardzo dobry występ i miał duży udział przy większości bramek – zarówno jako asystent, jak i strzelec.
Ostatecznie FC Razam wygrało 7:4 i sprawiło jedną z większych niespodzianek tej kolejki. Pytanie, czy to jednorazowy przebłysk, czy początek walki o utrzymanie, ale jeśli będą grać w ten sposób, mogą jeszcze napsuć krwi niejednemu faworytowi.
Przed 12. kolejką Łazarski zajmował pierwsze miejsce w tabeli i było jasne, że ich celem jest utrzymanie pozycji lidera. Spotkanie z Luminą wydawało się do tego idealną okazją – rywale w tym sezonie raczej nie liczą się już w walce o podium i znacznie bliżej im do walki o utrzymanie w 12. lidze niż do czołowej trójki. Mimo to takie mecze często potrafią być zdradliwe, szczególnie gdy jedna drużyna podchodzi do nich jako faworyt.
Od pierwszych minut było jednak widać, że Łazarski traktuje to spotkanie bardzo poważnie. Zespół wszedł w mecz z dużą intensywnością i szybko przełożył to na wynik – błyskawicznie zrobiło się 3:0. Ich gra była płynna, dynamiczna i przede wszystkim skuteczna. Wysoki pressing, szybkie odbiory i dobre decyzje w ataku sprawiały, że Lumina miała ogromne problemy z wyjściem spod własnej bramki. Mimo wyraźnej przewagi Łazarskiego, Lumina potrafiła odpowiedzieć. Dwie szybkie kontry zakończone bramkami sprawiły, że przez chwilę zrobiło się nieco ciekawiej i na tablicy wyników pojawił się sygnał, że ten mecz jeszcze może mieć swoją historię. Był to jednak tylko moment – Łazarski bardzo szybko wrócił do swojej gry i ponownie zaczął budować przewagę.
Do przerwy i tuż po niej obraz gry był już dość jednostronny. Łazarski kontrolował tempo, dominował w posiadaniu piłki i konsekwentnie dokładał kolejne trafienia. Najpierw odskoczył na 7:2, a później przewaga rosła jeszcze bardziej. W pewnym momencie było już 11:3 i wydawało się, że jedyną niewiadomą pozostaje rozmiar zwycięstwa. Końcówka przyniosła lekkie rozluźnienie w szeregach lidera, co Lumina potrafiła wykorzystać, zdobywając kilka bramek i nieco poprawiając swój dorobek. Nie zmieniło to jednak ogólnego obrazu spotkania – Łazarski był zespołem wyraźnie lepszym i zasłużenie sięgnął po wysokie zwycięstwo 13:7.
Na szczególne wyróżnienie zasłużył Zhasulan Kamantay. Jego występ był prawdziwym popisem – dwa gole i aż pięć asyst to liczby, które robią ogromne wrażenie. Był motorem napędowym swojej drużyny, kreował akcje, brał na siebie odpowiedzialność i pokazywał ogromną pewność siebie. Do tego dochodziły świetna technika i umiejętność podejmowania właściwych decyzji w kluczowych momentach. To właśnie tacy zawodnicy robią różnicę w meczach i prowadzą swoje zespoły do zwycięstw.
Spotkanie pomiędzy Rodziną Soprano a Gentleman Warsaw Team od początku było pod pełną kontrolą faworytów, choć początkowe minuty dawały jeszcze złudzenie wyrównanej gry. Gentleman Warsaw Team potrafił stworzyć kilka groźnych sytuacji i dojść do strzałów, jednak za każdym razem na wysokości zadania stawał bramkarz Rodziny Soprano, Jakub Sidor, który tego dnia prezentował znakomitą formę i skutecznie zamykał dostęp do bramki.
Po okresie wyrównanej gry Rodzina Soprano zaczęła stopniowo przejmować inicjatywę i całkowicie narzucać swoje warunki. Damian Nieskórski był nie do zatrzymania w ofensywie, zdobywając cztery bramki i konsekwentnie wykorzystując błędy rywali. Z kolei Grzegorz Bogdański imponował spokojem, techniką i wizją gry, notując aż sześć asyst i praktycznie rozmontowując defensywę przeciwnika precyzyjnymi podaniami. Do przerwy wynik wynosił już 6:0, co jasno pokazywało różnicę w jakości obu zespołów.
W drugiej połowie obraz meczu nie uległ zmianie. Rodzina Soprano nadal dominowała w każdym aspekcie gry, kontrolowała tempo i bez większych problemów powiększała prowadzenie, kończąc spotkanie wynikiem 12:0. Gentleman Warsaw Team mimo kilku prób i okazji nie był w stanie znaleźć sposobu na świetnie dysponowanego Sidora, który utrzymał czyste konto.
Rodzina Soprano umacnia się w walce o mistrzostwo, okupując drugie miejsce z taką samą liczbą punktów co lider tabeli, natomiast Gentleman Warsaw Team, plasujący się na 10. pozycji, musi szybko zacząć zdobywać punkty, aby wydostać się ze strefy spadkowej.
Starcie pomiędzy liderem i wiceliderem tabeli 13. Ligi zapowiadało się na hit kolejki. Chcąc nie chcąc, rozegrany z rana mecz Boiskowy Folklor – Joga Bonito niósł spory ciężar gatunkowy, w którym detale mogły odgrywać bardzo ważną rolę.
Detalem mającym największy wpływ na wygląd meczu okazała się kwestia bramkarzy ekipy Joga Bonito. Podstawowy wybór w bramce, czyli Patryk Wąsowski, przy wyniku 0:1 doznał urazu, przez co między słupkami musiał stanąć zawodnik z pola. Krzysztof Nowak także nie nagrał się zbyt długo. Za interwencję ręką poza polem karnym ukarany został czerwoną kartką, więc rękawice bramkarskie musiał założyć Grzegorz Szostak. Więcej zmian na tej pozycji nie oglądaliśmy, choć łatwy dzień dla „zastępującego zastępcę” bramkarza to nie był.
Boiskowy Folklor bezlitośnie wykorzystał najpierw grę w przewadze, a później fakt niepewności golkipera rywali. Hat-tricka ustrzelił Ariel Kucharski. Najpierw umieścił piłkę w bramce, przerzucając ją nad interweniującym bramkarzem, później zaskoczył, zmieniając tor lotu w ostatniej chwili, a na koniec popisał się klinicznym wykończeniem przy słupku.
Walczyć po przeciwnej stronie barykady próbował Mateusz Hnatio, lecz jego starania pod bramką przeciwnika przyniosły efekt w postaci zaledwie dwóch bramek. Boiskowy Folklor miał jednak więcej bohaterów niż tylko Kucharski. Skuteczni byli też Aleks i Kacper Miriuk. Ten drugi został zresztą wyróżniony przez przeciwników tytułem „SuperStar”. Wysokie zwycięstwo zostało zdefiniowane przez początkowe zawirowania, a ich efekty były odczuwalne przez cały mecz.
Boiskowy Folklor, pewnie wygrywając, zrównał się punktami z ligowym rywalem, a według tabeli objął prowadzenie w całej lidze. Obie drużyny mają jednak sporą – bo siedmiopunktową – przewagę nad trzecim miejscem i pewnie zmierzają po awans.
Choć w tabeli drużyny dzieliły zaledwie cztery punkty, to już po dwóch wiosennych występach dało się wyczuć, że oba zespoły będą w tym sezonie walczyły o inne cele. Kresowia, mierząca w podium, nie mogła sobie pozwolić na przegraną z zespołem, który raczej w tej edycji będzie próbował uniknąć spadku.
Lisy dysponowały w tym meczu zaledwie jedną zmianą, podczas gdy Kresowia miała do dyspozycji trzech zmienników, co – jak się później okazało – miało realny wpływ na dyspozycję obu teamów. Do tego o wiele lepiej w to spotkanie weszli zawodnicy Daniila Mikulicha – już po sześciu minutach prowadzili 2:0 po golach Władysława Łozowskiego, co determinowało poczynania zespołów w dalszej części tej rywalizacji. Bo o ile jeszcze bronienie się Lisów i liczenie na kontry mogło być jakimś pomysłem dla gości na ten mecz, o tyle gonienie wyniku już od samego początku było dla nich wręcz zabójcze. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:0 i trudno było przypuszczać, że Lisy Bez Polisy zaliczą niesamowity comeback w drugiej części spotkania.
Kresowia miała ten mecz w pełni pod kontrolą. Bardzo dobre zawody rozegrał Artem Janczylik, zdobywca pięciu bramek, a końcowy wynik mógł być zdecydowanie wyższy, gdyby gospodarze popisali się lepszą skutecznością. Nie jest też tak, że Lisy tylko przyjmowały kolejne ciosy i liczyły na najmniejszy wymiar kary – sami próbowali się odgryźć, ale de facto jedynie zmniejszyli rozmiar swojej porażki. Zdecydowanie zabrakło liczniejszej ławki rezerwowych, choć i wtedy trudno byłoby wygrać z tak dysponowaną Kresowią. Gospodarze zainkasowali cenne trzy punkty, dzięki którym nadal liczą się w walce o miejsce na podium.
13. liga z pewnością nie jest pechowa dla Nieuchwytnych – to już szósta wygrana z rzędu! Tym razem rywalem, który musiał uznać ich wyższość, były Borowiki. Jednak w odróżnieniu od ostatnich spotkań oraz jesiennego meczu tych dwóch ekip, różnica klas była aż nadto widoczna. Gospodarze prowadzili od początku do końca, raz po raz punktując rywala. Najpierw rzut karny wykorzystał Łukasz Wiśniewski, potem ładną bramkę strzelił Hubert Roel, natomiast rywale mogli głównie szczycić się dobrą formą Dominika Turemki. Bramkarz gości trzymał spotkanie w ryzach, a pojedyncze gole dawały Borowikom nadzieję na korzystny wynik. Nieuchwytni jednak nie odpuszczali i bramka na 5:2 zdawała się złamać opór rywali. Gładkie 7:3 do przerwy nie zapowiadało większych emocji w drugiej połowie.
Borowiki mimo to weszły zmotywowane w drugą część meczu i przez kilka minut wierzyły w szansę odmienienia jego losów. Jednak jakąkolwiek nadzieję na korzystny rezultat goście stracili w okresie gry w przewadze (!). Oleksii Kyselov musiał opuścić boisko po żółtej kartce, przyjezdni rzucili się do ataku i zostali skarceni bramką na 8:3.
Później oglądaliśmy długi fragment gry „gol za gol”, jednak przy bezpiecznej, pięciobramkowej przewadze była to sytuacja sprzyjająca gospodarzom. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 10:7, a wspomniany Oleksii Kyselov zdobył łącznie pięć bramek. Po stronie pokonanych na wyróżnienie zasługują natomiast Marcin Stachacz oraz Piotr Jankowski, którzy odnotowali po trzy trafienia.
Cockpit Country długo walczyło z Siwym Koniem jak równy z równym, jednak w kluczowych momentach zawodnikom w pomarańczowych strojach brakowało umiejętności kontrolowania tempa gry. Momentami grali fantastycznie – z przodu niezwykle skuteczny był Mateusz Preibisz, Tomasz Cicirko świetnie bronił, a reszta drużyny twardo pracowała po obu stronach boiska. Gospodarzom brakowało jednak odrobiny „cwaniactwa” lub błysku, który pozwoliłby im na dobre przełamać solidnie spisujących się rywali. Zawodnicy Siwego Konia byli natomiast nieustępliwi – jeszcze przed przerwą udało im się wyrównać wynik, co zapowiadało interesującą drugą odsłonę.
Na nieszczęście dla gospodarzy świetnie tego dnia dysponowany był Jakub Wojno, który raz po raz blokował dostęp do swojej bramki. Po interwencjach bramkarz przyjezdnych napędzał kontrataki celnymi podaniami – po jednym z nich nawet odnotował asystę! Tym samym goście wygrali dzięki prostym środkom i niezachwianemu spokojowi – większość bramek zdobyli po kontratakach. W punktowaniu przeciwników prym wiedli Jurij Pijasiuk i Kostiantyn Izozov. Pierwszy z nich miał cztery trafienia, drugi natomiast do dwóch bramek dorzucił asystę.
Pomimo aż czterobramkowej porażki, gospodarze mogą czuć niedosyt. Na otarcie łez warto jednak odnotować indywidualne wyczyny ich zawodników – Mateusz Preibisz skompletował hat-tricka, a nowe nabytki, w tym debiutanci Tomasz Cicirko i Wojtek Sikora, wyglądają na naprawdę solidne wzmocnienia. Wszystko wskazuje na to, że to ostatnie miesiące zbierania składu oraz doświadczenia przez Cockpit Country, a jesienią zawodnicy w pomarańczowych koszulkach mogą co najmniej walczyć o miejsce w środku tabeli i przepustkę do Pucharu Ligi Fanów. Póki co czeka ich jednak niezwykle ważne spotkanie z White Foxes o ewentualne utrzymanie w bieżących rozgrywkach.
Spotkanie White Foxes z Elitarnymi Gocław zapowiadało się jako wyrównany pojedynek, w którym gospodarze mieli walczyć o bezcenne punkty w kontekście utrzymania. Od pierwszych minut było widać dużą determinację Białych Lisów, którzy rozpoczęli mecz z większą energią i wiarą we własne możliwości. Ich zaangażowanie szybko przyniosło efekt – Maciek Chojnacki wykorzystał jedną z okazji i wyprowadził swój zespół na prowadzenie.
White Foxes kontrolowali przebieg pierwszej połowy i utrzymali korzystny wynik aż do przerwy. Po zmianie stron obraz gry uległ jednak wyraźnej zmianie. Elitarni Gocław zaczęli grać zdecydowanie lepiej, a dużą rolę odegrało doświadczenie Korneliusza Troszczyńskiego, który nie tylko kierował grą zespołu, ale również sam wpisał się na listę strzelców.
Goście złapali odpowiedni rytm i ruszyli do odrabiania strat, co szybko przyniosło kolejne gole. Bramki zdobywali także Łukasz Dawid oraz Wojciech Sekulak. White Foxes próbowali jeszcze wrócić do meczu – jedno trafienie dołożył Mateusz Grzeszuk, jednak to było za mało na dobrze dysponowanych rywali.
Elitarni Gocław przejęli pełną kontrolę i ostatecznie wygrali całe spotkanie 5:2, potwierdzając swoją jakość i ambicje w walce o czołowe lokaty.
Mecz pomiędzy BRD a Warsaw Pistons zapowiadał się jako jedno z bardziej nieprzewidywalnych spotkań kolejki i dokładnie taki był jego przebieg. Od pierwszych minut obie drużyny starały się narzucić swoje tempo, jednak to Pistons lepiej weszli w mecz. Szybko objęli prowadzenie po trafieniu Kacpra Romanowskiego, pokazując, że dobra forma z poprzedniego spotkania nie była przypadkiem. BRD odpowiedziało w nietypowy sposób. Do wyrównania doprowadził bramkarz Adrian Kloskowski, który popisał się pięknym uderzeniem z dystansu. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do Pistons. Najpierw na listę strzelców wpisał się Paweł Nowak, a chwilę później kolejne trafienie dołożył Kuba Rogulski. Dzięki temu goście schodzili na przerwę z prowadzeniem i większym spokojem w grze.
W finałowych 25 minutach obraz meczu nie uległ większej zmianie. Pistons wciąż byli zespołem lepszym i bardziej konkretnym. BRD próbowało wrócić do gry, stwarzając sobie sytuacje, ale brakowało im skuteczności. Najważniejszym momentem drugiej połowy był hat-trick Szymona Hadlera, który, zdobywając trzy bramki, praktycznie rozstrzygnął losy spotkania.
Dla BRD trafiali jeszcze Kamil Gałecki oraz Marcin Miszkurka, jednak to było za mało. Ostatecznie Warsaw Pistons wygrali 6:4, potwierdzając swoją dobrą dyspozycję.
Spotkanie 12. kolejki na poziomie 14. ligi pomiędzy Oldboys Derby II a Santiago Remberteu przyniosło kibicom jednostronne widowisko i wyraźną dominację gospodarzy. Strzelanie rozpoczęli Oldboysi, a wynik otworzył Łukasz Łukasiewicz, dając swojej drużynie szybkie prowadzenie. Goście zdołali szybko odpowiedzieć, kiedy to do wyrównania doprowadził Kamil Zawada. Jak się później okazało, był to jedyny i ostatni pozytywny akcent dla Santiago w tym meczu.
Dalsza część pierwszej połowy należała już zdecydowanie do gospodarzy. Oldboys Derby II narzucili swoje tempo gry i z łatwością przedzierali się przez defensywę rywali. Jeszcze przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę zbudowali wysoką przewagę, schodząc na przerwę przy wyniku 5:1, a po dwa trafienia zanotowali Bartłomiej Krywko oraz Piotr Grudzień.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Oldboysi nie zwalniali tempa, konsekwentnie kontrolując przebieg spotkania i dokładając kolejne trafienia. Ich skuteczność oraz organizacja gry były tego dnia na bardzo wysokim poziomie, co przełożyło się na okazałe zwycięstwo.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 9:1 dla Oldboysów. To niezwykle ważne trzy punkty dla gospodarzy w kontekście ligowej tabeli – dzięki temu zwycięstwu powiększyli przewagę nad Santiago Remberteu do pięciu punktów, umacniając swoją pozycję na podium.
Spotkanie pomiędzy BS Zadymiarzami a Kanarkami zakończyło się zdecydowanym zwycięstwem lidera tabeli. Wynik 10:1 doskonale odzwierciedla przebieg tego meczu, który od pierwszych minut był całkowicie pod kontrolą drużyny BS Zadymiarzy.
Już w pierwszej połowie Zadymiarze pokazali swoją pełną dominację, narzucając rywalom własne tempo gry i nie pozostawiając żadnych złudzeń, kto tego dnia jest lepszy. Aż osiem bramek zdobytych przed przerwą i ani jednej straconej najlepiej pokazuje skalę przewagi. Drużyna grała pewnie, skutecznie i z ogromną intensywnością, całkowicie neutralizując atuty Kanarków.
Bohaterem spotkania bez wątpienia został Dominik Zawiślak, który po raz kolejny udowodnił, jak wielką wartość ma dla swojego zespołu. To właśnie on poprowadził Zadymiarzy do tak imponującego zwycięstwa, będąc motorem napędowym ofensywy i liderem na boisku. Jego występ miał kluczowe znaczenie w walce o umocnienie pozycji w tabeli.
Dzięki temu zwycięstwu triumfatorzy umacniają się na fotelu lidera i odskakują rywalom już o sześć punktów, wysyłając jasny sygnał reszcie ligi, że są w znakomitej formie i nie zamierzają zwalniać tempa.
Początek meczu pomiędzy FC Olimpik a Klikersami zwiastował w miarę wyrównane widowisko. W pierwszej połowie wydawało się, że będzie to naprawdę równy mecz, a obie drużyny powalczą o każdy centymetr boiska. Wynik do przerwy 3:2 wskazywał na zaciętą rywalizację i nic nie zapowiadało dominacji jednej ze stron w dalszej części spotkania. Mimo tej pozornej równowagi piłkarze Olimpiku od samego początku pokazywali ogromny apetyt na grę do przodu. Jedną z najładniejszych akcji była ta w 10. minucie spotkania. Artur Prokopchuk posłał ładne, długie podanie, które odebrał Oleksandr Diachenko i pewnym strzałem zamienił tę świetną okazję na bramkę.
Po przerwie przewaga gospodarzy stała się wyraźniejsza. Olimpik ruszył do bardzo zdecydowanych ataków i narzucił rywalom wysokie tempo gry. Klikersi starali się stawiać opór, ambitnie walczyli o każdą piłkę i próbowali szukać swoich okazji w kontratakach. Jednak z każdą kolejną minutą to Olimpik dokładał następne trafienia i nie dał sobie zrobić krzywdy.
Kto był głównym aktorem po stronie triumfatorów? Na tytuł MVP meczu zasłużył Valentyn Hordichuk – dwoił się i troił na całym boisku, kończąc spotkanie z dorobkiem dwóch bramek oraz dwóch asyst i świetną dyspozycją. Ostateczny wynik 8:3 w pełni oddaje siłę rażenia zespołu z Ukrainy w drugiej połowie, która pozwoliła im dowieźć pewne zwycięstwo do ostatniego gwizdka.
Choć był to pojedynek ekip ze zbliżonych miejsc w dole tabeli, to na boisku wyraźnie przeważała drużyna Heavyweight Heroes. Elekcyjnej na pewno nie pomógł brak etatowego bramkarza, ale głównym problemem gospodarzy była tego dnia dramatycznie niska skuteczność. W ekipie Adriana Kanigowskiego nie brakuje dobrych napastników, a mimo to drużyna w żółtych trykotach rzadko uderzała w światło bramki. Zabrakło też zwyczajnego szczęścia, bo liczba sytuacji, w których piłka powinna, a ostatecznie nie znalazła się w siatce, była porażająca. Goście natomiast po prostu zagrali swoje i przyniosło to świetne efekty.
W 7. minucie wynik otworzył Mateusz Zachewicz, a chwilę później było już 0:2 po trafieniu Rafała Spodara. Heroes nie podkręcali specjalnie tempa gry, ale z zabójczą skutecznością wykorzystywali błędy w defensywie przeciwnika i zanim się obejrzeliśmy, było już 0:4 po golu Marka Malenki i drugim trafieniu Mateusza Zachewicza. W tym momencie Elekcyjna miała jeszcze teoretycznie szanse na odwrócenie losów meczu. Gdyby gospodarze zdobyli gola, a może nawet dwa, to gościom nie grałoby się już tak lekko, a z wyniku 2:4 blisko byłoby do odrobienia strat, czy nawet wyjścia na prowadzenie.
W 33. minucie na 1:4 trafił w końcu Jakub Mydłowiecki, ale Heavyweight było tego dnia absolutnie zdeterminowane do zwycięstwa. Błyskawiczna riposta Rafała Spodara w postaci dwóch goli i kolejne trafienie, tym razem Patryka Parzycha, sprawiły, że w przeciągu trzech minut HH praktycznie przechyliło szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Gospodarze nie poddawali się i zaliczyli jeszcze dwa trafienia, ale na dogonienie wyniku nie było już żadnych szans i Herosi mogli cieszyć się ze zgarnięcia kompletu punktów.
Mecz pomiędzy Interem a Szeregiem Homogenizowanym był pełen zwrotów akcji i dynamicznych zmian w przebiegu gry. Początek spotkania wyraźnie należał do Interu, który narzucił swoje tempo i zepchnął rywali do defensywy, a dwie bramki zdobył Artem Kolianovskyi, skutecznie finalizując dobrze rozegrane akcje po rozmontowaniu obrony przeciwników. Szereg Homogenizowany odpowiedział trafieniem kontaktowym autorstwa Jakuba Myszóra, zmniejszając stratę do 2:1 i dając swojej drużynie impuls do dalszej gry.
Mimo to Inter przez dłuższy czas kontrolował przebieg spotkania, utrzymując się przy piłce i kreując kolejne sytuacje, co w końcu przyniosło efekt w postaci trzeciej bramki Artema Kolianovskiego, który skompletował hat-tricka i podwyższył wynik na 3:1. Po tym trafieniu gra stała się bardziej wyrównana, a tempo nieco spadło, ponieważ obie drużyny skupiły się na organizacji i ograniczaniu błędów, przez co przez dłuższy czas wynik nie ulegał zmianie.
Wydawało się, że Inter ma wszystko pod kontrolą i spokojnie dowiezie korzystny wynik do końca spotkania, jednak końcówka należała do Jakuba Myszóra, który najpierw zdobył bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego na pięć minut przed końcem. To trafienie dało jego drużynie wyraźny impuls do dalszej walki, a w ostatniej minucie spotkania Myszór ponownie wziął na siebie odpowiedzialność i pewnie wykorzystał rzut karny, doprowadzając do odwrócenia losów meczu.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem 3:3, który miał duże znaczenie w kontekście walki o czołowe miejsca w tabeli. Zdobyty punkt jest szczególnie cenny, ponieważ rywale zajmują obecnie trzecie miejsce w lidze, co dodatkowo podkreśla wagę tego rezultatu.
Jednym z pierwszych niedzielnych spotkań na Arenie Grenady była nie lada gratka dla koneserów futbolu – starcie dwóch ekip zamykających stawkę 15. poziomu rozgrywkowego. Obie drużyny potrzebowały kompletu punktów, by jeszcze realnie myśleć o utrzymaniu.
Mecz od początku toczył się pod dyktando Wombatów, którzy non stop kreowali kolejne akcje, lecz wiele do życzenia pozostawiał aspekt finalizacji. Wtedy nieoczekiwanie goście przeprowadzili szybką akcję i – z domieszką szczęścia w postaci samobójczego trafienia Kwiatkowskiego – wyszli na prowadzenie. Sytuacja ta wyraźnie podrażniła rywali, świadomych, że to oni powinni prowadzić. Zaczęli atakować jeszcze częściej i mocniej, co szybko przyniosło efekty. Dwie szybkie bramki w wykonaniu Stąporka, plus dobitka Kwiatkowskiego, i do przerwy było już 3:1.
Druga połowa wyglądała już całkowicie jednostronnie. Wombaty, ze Stąporkiem na czele, przestały się mylić i rozpoczęły istny festiwal strzelecki. Widać było, że z każdą akcją czują się pewniej, co przełożyło się na sześć bramek zdobytych w drugiej części meczu. Kolejne dwa trafienia oraz asystę zaliczył Maciej Stąporek, którego śmiało można określić bohaterem spotkania.
Pod koniec meczu NieDzielni zdołali jeszcze zdobyć gola po błędzie rywali w obronie, lecz nie miało to większego wpływu na przebieg spotkania ze względu na dużą różnicę w wyniku końcowym. Wombaty zasłużenie wygrywają 9:2 i dopisują bardzo cenne trzy punkty.
Green Team wszedł w mecz z niesamowitą pewnością siebie, a współpraca zawodników w zielonych koszulkach na boisku wyglądała wręcz wzorowo. Już w 1. minucie wynik otworzył Piotr Waszczuk, co było jedynie zapowiedzią jego fenomenalnej dyspozycji tego dnia. Zespół w zielonych trykotach od początku dyktował warunki gry, wykorzystując niemal każdą okazję do pokonania bramkarza. W 10. minucie, po kolejnym trafieniu Waszczuka, na tablicy wyników widniało już 0:5 i wydawało się, że KP Syrenka kompletnie się posypie.
Wtedy jednak w ekipie „Białych” coś drgnęło. Między 15. a 22. minutą gracze KP Syrenki podjęli ambitną próbę powrotu do meczu. Pierwszą bramkę dla swojego zespołu zdobył Maksymilian Pająk, po chwili drugą dołożył Mateusz Woźnicki, a gdy trzeci raz piłkę do siatki skierował ponownie Pająk, przewaga Green Teamu stopniała do stanu 3:5. Na boisku zrobiło się naprawdę gorąco, a nadzieje na odwrócenie losów spotkania przed przerwą stały się realne. Brutalnie zgasił je jednak Piotr Waszczuk, strzelając kolejne cztery bramki w samej końcówce pierwszej połowy i kończąc ją wynikiem 3:9.
Druga połowa to już rządy Green Teamu, który nie zamierzał spuszczać z tonu. Choć KP Syrenka nie odpuściła i ambitnie walczyła o każdą piłkę do ostatniego gwizdka, ich gole padały raczej w przypadkowych momentach i nie były w stanie realnie zagrozić przeciwnikom. Zawodnicy w zieleni konsekwentnie wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję, karcąc rywali za najmniejsze błędy.
Bezwzględnym MVP spotkania został wspomniany Waszczuk, który mecz zakończył z nieprawdopodobnym dorobkiem siedmiu bramek oraz trzech asyst. Mimo wysokiej porażki 6:16, KP Syrence należą się brawa za to, że mimo fatalnego początku nie „położyli się” przed rywalem i starali się szukać swoich szans przez pełne 50 minut.
Rywalizacja w 15. lidze kwitnie niczym wiosna dookoła. Yug.Bud był tu wskazywany w roli murowanego faworyta, a ku zaskoczeniu wszystkich obserwatorów już w 3. minucie na prowadzenie wyszło Rogalos! Niezawodny Mateusz Drumlak wyłożył piłkę Piotrowi Poterowi, a ten nie dał szans bramkarzowi gospodarzy. Faworyci długo nie mogli pozbierać się po tym golu, ale w końcu w 10. minucie do wyrównania doprowadził Vladyslav Korobka, a dwie minuty później Yug.Bud był już o trafienie z przodu po bramce Yuriego Humeniuka. I gdy wydawało się, że gospodarze spokojnie dowiozą wynik do końca pierwszej połowy, w dosłownie ostatniej akcji błysnął Mateusz Drumlak – uderzył z niemal niemożliwego kąta, a piłka zatrzepotała w siatce.
Co tu dużo mówić – wynik 2:2 do przerwy sam w sobie był już zaskoczeniem, ale Rogalos nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa i po zmianie stron wciąż kreowało groźne ataki. W 31. minucie w sytuacji jeden na jednego górą był golkiper Yug.Budu, ale trzeba przyznać, że Dmytro Czui musiał w tym wypadku wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności.
Koledzy z napadu szybko odwdzięczyli się za tę paradę i w 36. minucie na 3:2 trafił Rostyslav Marynets, ale kwestia wyniku długo pozostawała otwarta. Inicjatywa powoli przechodziła na stronę gospodarzy i coraz częściej oddawali groźne strzały na bramkę Macieja Jankowskiego, a w 39. minucie golkiper Rogalos popisał się refleksem i wybronił przysłowiową „setkę”. Dopiero w 44. minucie szalę zwycięstwa wyraźnie przechylił na stronę Yug.Budu Volodymyr Kharin, a chwilę później ten sam zawodnik skompletował dublet i mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 5:2.
Mimo wszystko RCD Los Rogalos pokazało się z naprawdę dobrej strony, a że jest to ich kolejny solidny występ, nie będzie przesadą stwierdzenie, że mają potencjał, aby urywać punkty drużynom z górnej części tabeli.
Istnieje w Lidze Fanów pewna legenda, głoszona przez najmłodszego koordynatora, że spotkanie tych dwóch drużyn to najciekawsze wydarzenie w całej lidze. I trudno się z tym nie zgodzić. Przed meczem różnica jednego punktu, walka o podium i aż cztery zespoły w grze o najniższy stopień podium. To był przepis na widowisko godne polskiej ekstraklasy.
Początek? Piorunujący. Już na starcie Olek Markowski otworzył wynik po sprytnym uderzeniu głową. Jego uciszająca cieszynka w stronę Piotra Arendta tylko podkręciła atmosferę. Pogromcy weszli w mecz z ogromną energią i szybko zaczęli budować przewagę. Kolejne trafienia dołożyli Norbert Plak i Mateusz Niewiadomy, a gra gospodarzy wyglądała na pewne kontrolowanie tego, co działo się na boisku. Oldboys Derby III próbowali odpowiadać, ale ich akcje rozbijały się o dobrze dysponowaną defensywę i świetnie broniącego Maja, który kilkukrotnie ratował swój zespół naprawdę efektownymi interwencjami. Pod koniec pierwszej połowy Marcin Kowalski dorzucił jeszcze trafienie po efektownej przekładance i rykoszecie. Jakby tego było mało, nazajutrz po meczu spotkało go coś jeszcze ważniejszego - urodziła mu się córka. Marcin, gratulujemy!
Do przerwy było 4:0 i wszystko wskazywało na to, że mecz jest już rozstrzygnięty. Ale druga połowa… to zupełnie inna historia. Pogromcy jakby zostali w szatni, a Oldboys wyszli z zupełnie nową energią. Sygnał do odrabiania strat dał Łukasz Łukasiewicz, trafiając precyzyjnie na dalszy słupek.
A potem? One man show!
Piotr Grudzień wyglądał, jakby zmagazynował w sobie ogromną ilość energii i uwolnił ją w kilka minut. Dynamiczne wejścia, minięcia obrońców z niezwykłą lekkością i pewne wykończenia sprawiły, że zdobył hat-tricka, a wynik z 4:0 zamienił się w 4:4. Jeśli w tej kolejce ktoś przesądził o losach swojej drużyny, to Grudzień zrobił to z największym rozmachem.
Końcówka była otwarta. Obie drużyny próbowały przechylić szalę zwycięstwa, ale ostatecznie padł remis. 4:4, który dla jednych jest uratowanym punktem, a dla drugich - utraconą wygraną. Jedno jest pewne - walka o podium w tej lidze trwa w najlepsze. Cztery drużyny, jedno miejsce premiowane awansem i ogrom emocji. Pytanie pozostaje otwarte: kto ostatecznie sięgnie po awans do 14. ligi?
Gonili, gonili i dogonili - tak można podsumować spotkanie ICE TEAM z Będziemy Krążyć FC. Goście nie oddawali prowadzenia przez praktycznie całe spotkanie, już w pierwszych minutach budując dwubramkową przewagę. Zbalansowany i zespołowy atak rywali nie pozwalał gospodarzom rozszyfrować przeciwnika – aż pięciu zawodników Będziemy Krążyć zdobyło w tym meczu co najmniej dwa punkty do klasyfikacji kanadyjskiej.
ICE TEAM po dość ospałym starcie zaczął grać lepiej, ale wciąż nierówno – w pierwszej połowie najpierw udało im się wyrównać do 2:2, potem iść cios za cios do wyniku 5:5, by dać się dwukrotnie skarcić tuż przed przerwą. Wśród gości błyszczał praktycznie cały zespół – na słowa uznania za świetne interwencje zasługuje Igor Wolański, natomiast z przodu Jan Górczyński, Kai Bednarczyk czy Gabriel Pyl wykonywali świetną robotę. Ciekawą historię napisał również Mikołaj Cebula, który przyjechał spóźniony o kilkanaście minut, a po krótkiej rozgrzewce wszedł na boisko i zdołał zdobyć dwa trafienia jeszcze przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę – istne wejście smoka.
W drugiej odsłonie jednak do wszędobylskiego Eduarda Vakhidova dołączył Ihar Bakun i duet ten był w stanie przechylić szalę zwycięstwa na korzyść gospodarzy. Należy jednak podkreślić, że był to długi i ciężki bój – ICE TEAM wyszedł na prowadzenie dopiero przy wyniku 9:8, wcześniej przez cały czas goniąc niestrudzonych rywali. Eduard Vakhidov w tym celu musiał wzbić się na wyżyny – zdobył łącznie sześć bramek, z czego cztery w drugiej odsłonie. Wynik tym bardziej imponuje, że były to wszystkie gole jego drużyny po przerwie.
Bijące się o awans do 15. Ligi PPKS Tornado w 12. kolejce dość pewnie pokonało ekipę Vitaury. Jakub Janiszewski w wywiadzie przyznał, że gracze PPKS-u wyciągnęli wnioski z wcześniejszej wysokiej porażki z Vitaurą. Zrezygnowali z grania górnych piłek, skupili się na grze po ziemi i szybkich atakach. Zadziałało świetnie.
Można stwierdzić, że lepszego rewanżu za wysoką porażkę nie mogli sobie wymarzyć. Wygrana 5:1 to i tak najniższy wymiar kary, patrząc na przebieg spotkania. Mimo wpuszczenia aż pięciu bramek w bramce Vitaury bardzo dobrze spisywał się Karol Wojno. Wyciągał się do wielu strzałów i pewnie grał nogami, jednak przy niektórych uderzeniach był bez szans – jak choćby przy golu na 0:1. Kamil Rusinek po krótkim rozegraniu rzutu rożnego świetnie uderzył, zdejmując „pajęczynę” z okienka bramki.
Na przerwę piłkarze PPKS-u schodzili z dwubramkowym prowadzeniem po samobójczym golu Dawida Zawadki. Na boisku realizowali swój plan i tłamsili przeciwnika, który miał problem z dobrze ustawioną w defensywie drużyną. Vitaura próbowała rozgrywać piłkę po ziemi, jednak brakowało przyspieszenia akcji i efektu zaskoczenia. O wiele bardziej obfitująca w gole okazała się druga część meczu. Znów największym rywalem ubranych na czarno zawodników był bramkarz. Wojno dwoił się i troił, a Patryk Przybysz dał kontakt pewnym wykonaniem rzutu karnego. Pójścia za ciosem jednak nie było – PPKS Tornado ruszyło do ponownego zwiększania przewagi.
Dwa razy trafił Rusinek, swojego gola dołożył Marcin Radzikowski i było po meczu. Mądra gra i utrzymywanie się przy piłce okazały się receptą na sukces dla młodego zespołu. Przewaga nad czwartym Będziemy Krążyć FC to sześć punktów, a więc awans jest w zasięgu ręki.
Lider i ostatnia drużyna tabeli. Taki scenariusz to gotowy przepis na mecz pod tytułem „spotkanie gołej dupy z batem”. Rzeźnia Marki jednak zaskoczyła – choć przegrała 1:3, pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Młoda drużyna ma jednak jeszcze sporo do poprawy.
Mecz całościowo nie porywał. W pewnym momencie można było stwierdzić, że ciekawszym byłoby obserwowanie, jak rośnie trawa pod domem. Mowa tu o pierwszej połowie, która była wzajemnym badaniem się obu drużyn. Wyszły one na boisko z wzajemnym szacunkiem, na czym ucierpiał postronny widz. Jako stronę przeważającą trzeba wskazać Ternovitsię. Doświadczona we wszelakiej maści rozgrywkach drużyna swobodnie operowała piłką i budowała swoją przewagę. Długo zajęło im jednak „skalibrowanie celowników”. Piłkarze lidera dbali również o odpowiednie zabezpieczenie defensywy. Roman Korolevych wyciągać musiał się tylko raz. O wiele więcej pracy miał Krystian Kozłowski, jednak i on bardzo długo zachowywał czyste konto. Przed przerwą wytrawni „bokserzy” postanowili zaatakować, przez co opuszczone zostały gardy. W konsekwencji Ternovitsia i Rzeźnia przyjęły po jednym sierpowym na twarz. Zaczęli ci pierwsi, wykorzystując źle odbity przez bramkarza pierwszy strzał i z bliska wbili gola. Odpowiedź przyszła natychmiastowo – po wrzucie z autu i dobrym odwróceniu się w polu karnym.
Błyskawiczne dwie bramki trochę rozbudziły nadzieję na to, że po wznowieniu gry zrobi się ciekawiej. Trzeba przyznać, że działo się więcej, ale głównie pod bramką Rzeźni. Marecka drużyna miała problem z zawiązaniem akcji ofensywnej, a rywal nie odpuszczał i nękał kolejnymi atakami. Strzały niecelne uśpiły czujność defensywy ostatniej drużyny w tabeli, a Ternovitsia wyprowadziła wtedy dwa nokautujące ciosy. Bramka na 3:1 padła po mierzonym strzale z prawie połowy boiska. W końcówce przegrywająca drużyna próbowała rzucić wszystko, co miała do przodu, a nawet grający na bramce Kozłowski zawieruszał się na połowie przeciwnika. Gola dla Rzeźni, który dałby trochę nadziei, jednak nie oglądaliśmy.
Druga Ternovitsia po golach Oleha Liadryka, Volodymyra Hrydovyia i Yuriiego Zapotichnyia utrzymała przewagę trzech oczek nad wiceliderem – Ice Teamem. I nie ma chyba takiej siły, która powstrzyma ukraińską drużynę przed wywalczeniem promocji klasę wyżej.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)