reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

RAPORT MECZOWY! 14. KOLEJKA - SEZON 25/26

Pierwsza zagadka sezonu 2025/26 została już rozwiązana - jednym z mistrzów trwającej kampanii został Hetman! Coraz więcej drużyn jest również coraz bliżej realizacji swoich celów, co tylko pokazuje, jak szybko zbliżamy się do końca sezonu.

Co jeszcze ciekawego wydarzyło się podczas ostatniego weekendu? Odpowiedź na to pytanie pomogą przybliżyć relacje przygotowane przez naszych koordynatorów.

Opisy meczów 14. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!


Ekstraklasa

Spotkanie między Tanatosem Husarią Mokotów a Lakoksami CF przyniosło prawdziwy rollercoaster i aż dziesięć bramek. Obie drużyny, walczące o utrzymanie w lidze, od pierwszego gwizdka pokazały, że każdy punkt ma dla nich ogromne znaczenie.

Mecz rozpoczął się w imponującym tempie, bo już do 12. minuty kibice zobaczyli pięć trafień. Gospodarze prowadzili wówczas 3:2, a obie strony bezlitośnie wykorzystywały każdy błąd rywala. W kolejnych fragmentach tempo nieco spadło, choć nadal nie brakowało okazji strzeleckich. Tuż przed przerwą Tanatos Husaria zdołała jednak ponownie trafić do siatki. Cegiełka podwyższył wynik na 4:2, dając swojemu zespołowi pewniejsze prowadzenie przed przerwą.

Po zmianie stron to Lakoksy musiały częściej atakować, starając się odrobić straty. Paradoksalnie jednak to gospodarze pierwsi zdobyli gola, kiedy w 35. minucie Koszela wykorzystał swoją szansę i zrobiło się 5:2. Wydawało się, że Tanatos Husaria dowiezie spokojne zwycięstwo, tym bardziej że na około pięć minut przed końcem goście otrzymali żółtą kartkę i musieli radzić sobie w osłabieniu. To jednak tylko dodało Lakoksom determinacji. Grając w osłabieniu, zaskoczyli rywala i w krótkim odstępie czasu strzelili dwa gole, doprowadzając do stanu 5:4. Rozpędzeni do granic możliwości, w samej końcówce spotkania zdołali jeszcze raz pokonać bramkarza gospodarzy, ratując cenny remis 5:5.

Dla obu drużyn zdobyty punkt może okazać się kluczowy w walce o utrzymanie.

W niedzielę w ramach rozgrywek Ekstraklasy zmierzyły się ze sobą dwie ekipy z Ochotą w nazwie - GWA Media oraz Tur. Spotkanie zakończyło się zdecydowaną dominacją zeszłorocznego triumfatora Ligi Mistrzów na Krecie. GWA Media wygrało aż 13:2, przerywając tym samym znakomitą serię zwycięstw drużyny Tura.

Początek meczu wcale nie zapowiadał tak jednostronnego widowiska, a wręcz przeciwnie. Gracze Tura postawili twarde warunki i często, bazując na indywidualnych umiejętnościach swoich zawodników, potrafili stwarzać groźne sytuacje pod bramką rywali. Taki stan rzeczy nie utrzymał się jednak długo. Pomimo wielu roszad w składzie i braku kilku podstawowych zawodników, GWA Media Ochota po raz kolejny pokazało, że jest niezwykle mocną i jakościową ekipą. W niedzielę cały zespół zagrał koncertowo, choć największy ciężar ofensywy wzięło na siebie dwóch zawodników - Michał Kępka i Krzysztof Wingralek.

Panowie zanotowali imponujące liczby. Michał zdobył aż sześć bramek i dołożył jedną asystę, natomiast Krzysztof pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców oraz zanotował jedno kluczowe podanie. Same statystyki nie oddają jednak ogromu pracy, jaką wykonali dla drużyny.

Tego dnia stanowili oni prawdziwą siłę napędową ofensywy GWA Media. Jak pokazują zarówno wynik, jak i indywidualne osiągnięcia, wywiązali się ze swojej roli perfekcyjnie, dzięki czemu GWA Media Ochota w pełni zasłużenie dopisuje do tabeli kolejne trzy punkty.

W meczu 14. kolejki Ligi Fanów FC Otamany podejmowały KSB Warszawa. Spotkanie miało ogromne znaczenie szczególnie dla gospodarzy, którzy desperacko potrzebują punktów w walce o utrzymanie. Goście z kolei pozostają w grze o medale i od początku sezonu należą do ścisłej czołówki rozgrywek.

Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem doszło do problemów w ekipie gospodarzy. Mecz rozpoczął się z opóźnieniem, gdy okazało się, że awizowany bramkarz Otamanów jest zawieszony i nie może wystąpić w spotkaniu. Między słupkami musiał stanąć zawodnik z pola, co znacząco wpłynęło na przebieg meczu. Gospodarze nie tylko zostali bez nominalnego golkipera, ale mieli również zaledwie jednego rezerwowego na ławce.

Od pierwszych minut inicjatywę przejęli goście, którzy szybko ruszyli do ataku. W 7. minucie wynik otworzył Maciej Grabicki, dając KSB prowadzenie. Cztery minuty później do wyrównania doprowadził Yakovenko, jednak radość gospodarzy nie trwała długo, bo kilka minut później ponownie trafił Grabicki i goście odzyskali przewagę. Końcówka pierwszej połowy była bardzo wyrównana. Obie drużyny stworzyły sobie sporo sytuacji strzeleckich i mecz mógł podobać się kibicom dzięki wysokiemu tempu oraz otwartej grze.

Początek drugiej części był prawdziwym festiwalem bramek. W ciągu pierwszych pięciu minut padły aż cztery gole - po dwa dla każdej ze stron - i w 30. minucie KSB prowadziło 4:3. Otamany próbowały jeszcze wrócić do gry i miały swoje okazje, jednak większą skutecznością wykazywali się goście. W 33. minucie Ruciński podwyższył wynik na 5:3.

Przez kolejne minuty mecz ponownie się wyrównał, ale wszystko zmieniło się po trafieniu na 6:3 w 39. minucie. Zmęczeni gospodarze, grający praktycznie bez zmian i z zawodnikiem z pola w bramce, zaczęli tracić kontrolę nad wydarzeniami na boisku. KSB bezlitośnie wykorzystało problemy rywali i w ostatnich dziesięciu minutach dołożyło jeszcze pięć trafień.

Ostatecznie KSB Warszawa rozgromiło FC Otamany aż 11:3, potwierdzając swoje medalowe aspiracje. Dla gospodarzy była to bolesna porażka, która jeszcze bardziej komplikuje ich sytuację w tabeli.

W spotkaniu 14. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów Gladiatorzy Eternis podejmowali FC Impuls UA. Gospodarze pewnie zmierzają po trzeci z rzędu tytuł najlepszej drużyny w Warszawie, natomiast beniaminek walczy o każdy punkt potrzebny do utrzymania w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Początek meczu był dość wyrównany. Gladiatorzy częściej utrzymywali się przy piłce i prowadzili grę, jednak goście również potrafili stworzyć zagrożenie pod bramką rywali. Przełom nastąpił w 10. minucie, gdy kapitalnym uderzeniem popisał się Tula, otwierając wynik spotkania. Chwilę później prowadzenie podwyższył Stanicki i gospodarze zaczęli coraz wyraźniej kontrolować przebieg meczu.

Kolejne minuty ponownie były bardziej wyrównane, choć z lekką przewagą Gladiatorów. W 21. minucie na 3:0 trafił Kuczewski, a tuż przed przerwą drugiego gola w meczu zdobył Stanicki, ustalając wynik pierwszej połowy na 4:0.

Po zmianie stron gospodarze od razu ruszyli do ataku i szybko podwyższyli prowadzenie na 6:0. Wydawało się, że losy spotkania są już całkowicie rozstrzygnięte, jednak od około 30. minuty mecz ponownie się wyrównał. Goście ambitnie walczyli do końca i dzięki Bohdanowi Ivaniukowi zdobyli dwa gole. Gladiatorzy odpowiadali jednak kolejnymi trafieniami, nie pozwalając rywalom na zmniejszenie strat.

Ostatecznie Gladiatorzy Eternis pewnie i w pełni zasłużenie pokonali FC Impuls UA 9:4, potwierdzając swoją dominację w lidze i robiąc kolejny krok w stronę trzeciego z rzędu mistrzostwa. Dla beniaminka była to kolejna bolesna porażka, choć momentami goście pokazali charakter i wolę walki mimo bardzo trudnego przebiegu spotkania.

Idealny przykład konkurencyjności drużyn w Ekstraklasie Ligi Fanów? Mecz In Plusu z Ogniem Bielany. Odkąd na początku spotkania ci pierwsi objęli prowadzenie, nie oddali go już aż do samego końca. Niemniej jednak rywale nie odpuszczali i mimo że w pewnym momencie przegrywali już czterema bramkami, nieustannie deptali po piętach przeciwnikom.

Wynik zmieniał się na różne sposoby, lecz samo spotkanie na boisku było bardzo wyrównane. Plac gry po prostu emanował piłkarską jakością, dzięki czemu oglądaliśmy naprawdę emocjonujące widowisko. Minusem z perspektywy Ognia była nieskuteczność, bo zawodnicy tej drużyny raz po raz rozbijali swoje ataki o świetnie zorganizowaną defensywę In Plusu. A jeśli już udało się ją przełamać, ostatnią instancją był Mateusz Cichawa.

Bramkarz dwoił się i troił między słupkami, a po kolejnych groźnych akcjach na ławce przeciwników słychać było jedynie jęk zawodu. Bohaterów nie brakowało jednak po obu stronach. MVP całej kolejki został wybrany Janek Szulkowski, który miał ogromny wpływ na rezultat meczu. Oprócz świetnych liczb wyróżniał się po prostu piłkarską inteligencją. In Plus wygraną może zawdzięczać właśnie jemu, Cichawie oraz Przemysławowi Przychodzeniowi, który był głównym beneficjentem podań Szulkowskiego. Warto jednak podkreślić, że każdy z zawodników formalnych gospodarzy dołożył swoją cegiełkę do sukcesu.

Po stronie Ognia brylowało przede wszystkim dwóch zawodników. Jan Nowak i Szymon Lisiecki odpowiadali za zdobycie siedmiu z ośmiu goli i gdyby nie kapitalne interwencje bramkarza In Plusu, mogli zakończyć ten mecz z jeszcze lepszym dorobkiem.

Większość bramek padała w sposób typowy dla rozgrywek szóstek - po rozklepaniu defensywy przeciwnika i dograniu do pustej bramki. W tym meczu oglądaliśmy jednak także kilka naprawdę efektownych trafień. Nowak huknął zza pola karnego od poprzeczki po rzucie rożnym, a Patryk Szeliga również popisał się kapitalnym strzałem z dystansu. Krótko mówiąc - było co oglądać.

Takie mecze najlepiej pokazują poziom najwyższej ligi w rozgrywkach Ligi Fanów, a In Plus dzięki trzem punktom utrzymał bezpieczną przewagę nad KSB Warszawa i wciąż okupuje najniższy stopień podium.

1 Liga

Mecz Siriusa i FC Łowców był starciem ścisłej czołówki 1. ligi. Dwie drużyny walczące o awans do Ekstraklasy idą niemal łeb w łeb, a po wygranej Łowców dystans między zespołami zmniejszył się do zaledwie dwóch punktów. Patrząc na poziom gry, jaki oba zespoły zaprezentowały kibicom w zeszłą niedzielę, awans do elity powinien być formalnością.

Drużyna Łowców, zlepiona z gwiazd piłki szóstkowej, postawiła się wyżej notowanemu rywalowi i dzięki błyskom indywidualnego talentu swoich zawodników zgarnęła komplet punktów. Największym rywalem Siriusa był tego dnia Bohdan Bezkrovnyi, którego piłkarze gospodarzy wyróżnili po meczu tytułem „SuperStar”. Trudno się z tym nie zgodzić.

Bramkarz Łowców został MVP 14. kolejki w 1. lidze i trudno było o inny wybór przy tak fenomenalnym występie. Pisaliśmy o nim tak: „Zwracać uwagę trzeba na jego dokonania w aspekcie neutralizacji zagrożenia, a tam Bezkrovnyi był praktycznie bezbłędny. Atakujący Siriusa często podchodzili pod pole karne Łowców, lecz między słupkami napotykali szczelny mur. Bohdan w nogach miał sprężyny, w oczach niemal automatyczny refleks, a w głowie najwyższy możliwy poziom koncentracji”.

Przy straconych golach nie miał jednak większych szans, bo Sirius podchodził bardzo blisko bramki i trafiał do siatki z najbliższej odległości. Dwa razy w odstępie kilku minut na listę strzelców wpisali się Ihor Pivovar oraz Marsel Tamoyan, wykorzystując przewagę jednego zawodnika po żółtej kartce dla Borysa Ostapenki. Dzięki temu Sirius odrobił dwubramkową stratę. Łowcy mimo słabszych momentów mieli jednak po swojej stronie skuteczność, która rozkładała się na kilku zawodników. Najpierw Karol Bienias zaskoczył wszystkich precyzyjnym uderzeniem z dużej odległości. Później Norbert Jaszczak niemal przedziurawił siatkę potężnym strzałem po zgraniu Patryka Dudzińskiego.

Szybka utrata prowadzenia rozjuszyła gości, którzy ponownie odskoczyli rywalom na dwa gole. Najpierw Ostapenko wykorzystał na raty podanie Bieniasa, a w końcówce Dudziński ustalił wynik na 4:2 - także po kapitalnym zagraniu przez całe boisko od Bieniasa.

W spotkaniu 14. kolejki 1. Ligi Fanów Uragan zmierzył się z AZS Nietoperze. Obie drużyny dołączyły do rozgrywek dopiero w przerwie zimowej, jednak ich dotychczasowe wyniki wyraźnie się różniły - gospodarze zdobyli już 9 punktów w pięciu kolejkach, podczas gdy goście mieli na swoim koncie zaledwie trzy oczka.

Od pierwszych minut przewagę osiągnął Uragan, który raz za razem atakował bramkę rywali i stwarzał sobie kolejne sytuacje strzeleckie. Mimo dominacji gospodarzy to goście jako pierwsi zdobyli gola. W 12. minucie AZS Nietoperze wyprowadziły świetny kontratak, po którym Salamon uciekł obrońcom i pewnym strzałem obok interweniującego Sobczyńskiego wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Stracony gol jeszcze bardziej zmobilizował gospodarzy. Uragan coraz mocniej naciskał i w końcu w 18. minucie do wyrównania doprowadził Zaks. Kilka minut później prowadzenie gospodarzom dał Prokop, a tuż przed przerwą trzeciego gola dorzucił Lazarets. Do szatni Uragan schodził więc z prowadzeniem 3:1.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Gospodarze nadal kontrolowali przebieg spotkania i regularnie dochodzili do sytuacji strzeleckich. W ciągu piętnastu minut drugiej połowy aż czterokrotnie trafiali do siatki rywali, a kapitalną skutecznością imponował Zaks, który w tym okresie skompletował hat-tricka. Goście odpowiedzieli tylko jednym trafieniem i na dziesięć minut przed końcem meczu wynik brzmiał już 7:2. Końcówka również należała do gospodarzy. Uragan dołożył jeszcze trzy gole, natomiast AZS Nietoperze odpowiedziały dwoma trafieniami, co ostatecznie ustaliło wynik spotkania na 10:4.

Uragan odniósł efektowne i w pełni zasłużone zwycięstwo nad AZS Nietoperze, potwierdzając, że po zimowym dołączeniu do rozgrywek bardzo dobrze odnalazł się na poziomie 1. Ligi Fanów.

Orły Maciejki i Explo Team w tym sezonie walczą przede wszystkim o utrzymanie, choć wciąż zachowują jeszcze szanse na miejsca premiowane grą w pucharach. O ile sytuacja Explo przed tym meczem wyglądała względnie spokojnie, o tyle dla Orłów, którzy dopiero tej wiosny rozpoczęli rywalizację w 1. lidze, zwycięstwo było absolutnie kluczowe. Przed spotkaniem zajmowali bowiem 8. miejsce i każda strata punktów mogła mocno skomplikować ich sytuację.

Mecz rozpoczął się idealnie dla Explo Team. Już na początku wynik otworzył Łukasz Dziewicki, co pozwoliło jego drużynie oddać piłkę rywalom i próbować budować grę głównie z kontrataków. Trudno powiedzieć, czy był to najlepszy możliwy plan przeciwko Orłom, które mają w składzie świetnego bramkarza - Jana Włodka - regularnie podłączającego się do akcji ofensywnych. W pierwszej połowie taka taktyka jednak przynosiła efekty. Orły tworzyły sytuacje, ale Jakub Wąsowski był niemal bezbłędny między słupkami. W końcu jednak Kamil Wąchocki znalazł sposób na defensywę rywali i doprowadził do wyrównania. Explo odpowiedziało bardzo szybko za sprawą Mateusza Włudarskiego, ale końcówka pierwszej połowy należała już do Orłów. Boha Yusupov oraz Samuel Czocher zdobyli bramki i wyprowadzili swoją drużynę na prowadzenie. Patrząc na przebieg gry i przewagę Orłów, wynik do przerwy i tak można było uznać za korzystny dla Explo, dający nadzieję na walkę po zmianie stron.

Jeśli jednak pierwsze minuty meczu były wyrównane, to końcówka spotkania przebiegała już pod absolutne dyktando Orłów. Ostateczny wynik 8:3 mógł być jeszcze wyższy, gdyby zawodnicy byli skuteczniejsi pod bramką przeciwnika. Po raz kolejny trzeba jednak podkreślić bardzo dobry występ Jakuba Wąsowskiego, który wielokrotnie ratował swój zespół przed jeszcze wyższą porażką.

To niezwykle ważne zwycięstwo dla Orłów, które pozwoliło im opuścić strefę spadkową i zbliżyć się właśnie do Explo Team. Explo nadal pozostaje nad kreską, ale przed drużyną jeszcze cztery kolejki i konieczne będzie dalsze punktowanie, jeśli chce spokojnie utrzymać się w lidze.

Spotkanie FC Kebavita z KS Presley Gniazdowy miało ogromne znaczenie w kontekście walki o utrzymanie. Obie drużyny potrzebowały punktów, ale to gospodarze od pierwszych minut pokazali zdecydowanie większą determinację. Nikt jednak nie spodziewał się aż takiego pogromu.

Kebavita weszła w mecz znakomicie. Już w 1. minucie Dembele trafił z dystansu i otworzył wynik spotkania. Później tempo trochę spadło, choć to gospodarze byli wyraźnie bliżej kolejnych trafień. W końcu po świetnym rajdzie partnera Majorek podwyższył na 2:0, a chwilę później ten sam zawodnik popisał się efektownym wolejem po asyście własnego bramkarza. Presley próbował odpowiedzieć, ale golkiper Kebavity był tego dnia w świetnej dyspozycji.

Do siatki dalej trafiali gospodarze. Sattorov dorzucił kolejne gole, a do przerwy Kebavita prowadziła już wysoko i nie zamierzała wypuścić wygranej z rąk.

Zmiana stron nie przyniosła ekipie Presley upragnionego gola, bo świetnie dysponowany bramkarz gospodarzy raz za razem ratował swój zespół. Kebavita była za to bezlitosna. Aziz trafił do pustej bramki, Dembele ponownie wpisał się na listę strzelców, a Sattorov dołożył mocny strzał na 9:0. Przełamanie gości nastąpiło dopiero bliżej końca spotkania po trafieniu Gołębiewskiego. Gospodarze dokładali jednak kolejne bramki, z których większość była efektem koronkowych akcji zakończonych strzałami do pustej bramki. Presley odpowiedział jeszcze trafieniem Hamulczuka, lecz ostatnie słowo należało do Więckowskiego, który ustalił wynik na 13:2.

FC Kebavita rozegrała zdecydowanie najlepszy mecz tej wiosny i kompletnie zdominowała rywala. Presley długo próbował się przełamać, ale brak skuteczności i problemy kadrowe były aż nadto widoczne. Dla gospodarzy to zwycięstwo jest bardzo ważnym krokiem w kierunku utrzymania.

Dla Inferno każdy mecz ma teraz ogromne znaczenie. Mimo że przewaga nad rywalami w tabeli jest jeszcze dość bezpieczna, to przed drużyną wciąż bardzo ważne spotkania z Łowcami i Siriusem, dlatego strata punktów w innych meczach absolutnie nie wchodziła w grę.

Początek spotkania zdecydowanie należał do Inferno. Drużyna szybko zdobyła trzy bramki bez odpowiedzi i tak naprawdę mogła prowadzić jeszcze wyżej, bo w ofensywie wyglądała bardzo dobrze. Problem w tym, że fantastyczne zawody rozgrywał Maks Szulc, który wielokrotnie ratował swój zespół efektownymi interwencjami. Wydawało się, że zwycięstwo Inferno jest już tylko kwestią czasu, ale wtedy UEFA wróciła do gry. Najpierw padł pierwszy gol, a chwilę później drugi - bardzo kontrowersyjny. Po wrzucie z autu Paweł Stanek przepuścił lecącą piłkę do bramki, jednak po drodze dotknął jej jeszcze Jakub Komendołowicz i skierował ją do siatki. Paweł protestował, twierdząc, że piłka wcześniej przekroczyła linię końcową, ale dyskusje z sędzią przyniosły jedynie żółtą kartkę. Chwilę później UEFA zdobyła kolejnego gola i zamiast spokojnego 3:0 na tablicy wyników zrobiło się nagle 3:3.

Stanek szybko odkupił swoje błędy, popisując się pięknym trafieniem z dystansu, ale UEFA również nie zamierzała odpuszczać i jeszcze przed przerwą ponownie doprowadziła do wyrównania.

Druga połowa była prawdziwą wymianą ciosów. Raz jedna, raz druga drużyna wychodziła na prowadzenie, a mecz zamienił się w prawdziwy rollercoaster emocji. Końcówka należała jednak do Inferno, które zdobyło trzy bramki z rzędu i ostatecznie wygrało bardzo ważne spotkanie 9:6. Największą gwiazdą meczu był bez wątpienia Oskar Pyrzyna. Poker, asysta, niewykorzystany rzut karny i ogrom energii połączonej ze świetną techniką - jego występ miał wszystko. Bardzo dobrze pokazali się również Sylwester Wielgat, który zanotował 2 gole i 2 asysty, oraz Filip Żołek z trzema asystami na koncie. W drużynie UEFA na wyróżnienie zasługuje duet braci - Adam Goleń i Jan Goleń - którzy łącznie zdobyli 3 gole i zaliczyli 2 asysty, długo utrzymując swoją drużynę w grze o punkty.

2 Liga

Mecz za 6 punktów pomiędzy drużynami zajmującymi 3. i 4. miejsce zdecydowanie spełnił oczekiwania. Obie ekipy stworzyły niezwykle intensywne widowisko pełne zwrotów akcji i prawdziwych piłkarskich emocji.

Początek spotkania zdecydowanie należał do Rock’n’Rolla. Drużyna szybko wyszła na prowadzenie, a chwilę później podwyższyła wynik. Dwukrotnie do siatki trafił Artem Pavlik, którego uderzenia były niczym strzały z procy. Wydawało się, że Rock’n’Roll zaczyna przejmować pełną kontrolę nad meczem, ale wtedy obudziła się Zoria i zrobiła to w imponującym stylu. Najpierw duet Lisnychenko–Kuzmin doprowadził do wyrównania, a później Zoria zdobyła kolejne dwa gole i nagle to ona prowadziła różnicą dwóch bramek. Mecz kompletnie się odwrócił, a drużyny schodziły na przerwę przy wyniku 4:2 dla Zorii.

Mało zwrotów akcji? Druga połowa przyniosła kolejny. Początek ponownie należał do Rock’n’Rolla. Najpierw bramkę zdobył Kashuba, a chwilę później bramkarz drużyny, Roman Boichenko, potężnym strzałem niemal z połowy boiska doprowadził do remisu. Było jednak jasne, że taki wynik nie satysfakcjonuje żadnej ze stron.

Wtedy na scenę ponownie wkroczył Lisnychenko. Najpierw skompletował hat-tricka i ponownie wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie, ale chwilę później kompletnie poniosły go emocje. W ciągu zaledwie dziesięciu sekund obejrzał dwie żółte kartki - najpierw za faul, a zaraz potem za dyskusję z sędzią. Efekt? Zoria musiała grać w osłabieniu i właśnie wtedy straciła gola. Warto dodać, że było to już trzecie osłabienie Zorii w tym meczu, a łącznie arbiter pokazał aż pięć żółtych kartek. Nie można jednak powiedzieć, że spotkanie było brutalne. To był po prostu bardzo intensywny mecz, pełen walki i ogromnych emocji, które momentami prowadziły do ostrzejszych starć.

W końcówce oba zespoły chciały jeszcze przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, ale jednocześnie musiały uważać, by samemu nie stracić decydującego gola. Ostatecznie padł remis, który chyba nie zadowala nikogo w pełni. Z drugiej strony, patrząc na przebieg spotkania, każda z drużyn może być zadowolona, że ostatecznie nie przegrała. Jedno jest pewne - walka o czołowe miejsca dopiero się rozkręca!

Do tego spotkania Ternovitsia przystępowała jako lider rozgrywek, prezentując znakomitą formę i imponujący dorobek punktowy. Manitas Konserwacja Podwozia, plasujące się w górnej połowie tabeli, nastawiało się na grę pozycyjną i cierpliwe budowanie akcji, szukając swoich szans w ataku kombinacyjnym. Z kolei Ternovitsia od pierwszych minut postawiła na dobrą organizację defensywną i szybkie kontrataki.

Początek meczu ułożył się idealnie dla lidera. Już w 2. minucie Romanovskyi otworzył wynik spotkania, a minutę później Grabowski podwyższył prowadzenie Ternovitsii. Manitas starało się odpowiedzieć spokojnym rozegraniem i dłuższym utrzymywaniem się przy piłce, jednak rywale bardzo dobrze bronili i konsekwentnie wyczekiwali kolejnych okazji do kontrataków. W 13. minucie po ładnej zespołowej akcji Paduk zdobył trzecią bramkę dla Ternovitsii, potwierdzając skuteczność swojego zespołu.

Mimo defensywnej dyscypliny Ternovitsii Manitas w końcówce pierwszej połowy dopięło swego. Po efektownym rozegraniu akcji pozycyjnej padła bramka, która pozwoliła zespołowi zachować nadzieję przed drugą połową.

Po zmianie stron gra stała się bardziej wyrównana, a oba zespoły miały swoje momenty. W 35. minucie Paduk ponownie dał o sobie znać, popisując się mocnym strzałem i podwyższając prowadzenie Ternovitsii. Chwilę później padły jeszcze dwie szybkie bramki dla lidera, co zdecydowanie przybliżyło go do zwycięstwa. W 39. minucie Jóźwiak odpowiedział trafieniem dla Manitas, a 40. minuta przyniosła po jednej bramce dla obu zespołów.

Końcówka spotkania obfitowała w kolejne emocje. W 43. minucie Tyszka po efektownym ograniu obrońcy zdobył bramkę dla Manitas, jednak odpowiedź Ternovitsii była natychmiastowa - Grabowski, po podaniu Paduka, trafił do pustej bramki. W samej końcówce spotkania Ternovitsia dołożyła jeszcze dwa trafienia, ostatecznie przypieczętowując wysokie i zasłużone zwycięstwo.

Spotkanie potwierdziło klasę Ternovitsii, która świetnie realizowała swój plan na mecz, łącząc skuteczną defensywę z zabójczymi kontratakami. Manitas Konserwacja Podwozia próbowało narzucić swój styl gry oparty na ataku pozycyjnym, jednak tego dnia lider był zespołem wyraźnie skuteczniejszym.

Spotkanie pomiędzy Dzikami z Lasu a Warsaw Bandziors zakończyło się dość skromnym - jak na standardy szóstkowe - wynikiem. Lepsi okazali się gracze Dzików, którzy odnieśli zasłużone zwycięstwo nad niżej notowanymi Bandziorsami 3:1.

Od początku zawodnicy Dzików ruszyli do ataku i kwestią czasu było, kiedy padnie pierwsza bramka. Dziki przyspieszały tempo rozgrywania akcji, szczególnie za sprawą Antoniego Hermana, który często korzystając ze swojego „sokolego wzroku” posyłał piłki mijające jedną, a nawet dwie linie obronne Bandziorsów. Dodatkowo dyrygował całą defensywą, ponieważ grał na pozycji ostatniego obrońcy, co pozwalało mu widzieć więcej na boisku i skutecznie wspierać kolegów z drużyny.

Pierwsze 25 minut meczu zakończyło się jednostronnym wynikiem 3:0, przez co było jasne, że Warsaw Bandziors będą musieli podkręcić tempo. W kolejnych 25 minutach faktycznie byli znacznie aktywniejsi, jednak nie przełożyło się to na najważniejszą statystykę, czyli bramki.

Zdołali zdobyć jedynie gola honorowego za sprawą trafienia Macieja Kiełpsza, lecz to było za mało, by odwrócić losy spotkania. Ostatecznie Bandziorsi musieli uznać wyższość rywali.

Starcie pomiędzy DHO Fiber Cyrkulatką a Agape Team miało niezwykle jednostronny przebieg - śmiało można powiedzieć, że byliśmy świadkami prawdziwego pogromu. Ekipa Agape od początku była w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ przyjechała na mecz w zaledwie sześcioosobowym składzie i całe spotkanie musiała rozegrać bez zmian. Z kolei Cyrkulatka, dysponując szeroką ławką rezerwowych, skrzętnie wykorzystywała tę przewagę. Każdy z zawodników dawał z siebie maksimum, a po chwili jego miejsce zajmował kolejny świeży gracz.

Jeśli chodzi o sam przebieg meczu, od pierwszego do ostatniego gwizdka pełną kontrolę miała drużyna Cyrkulatki. Goście nie byli w stanie w żaden sposób odpowiedzieć ani skutecznie bronić się przed atakami rywali. Gospodarze dominowali praktycznie na każdej płaszczyźnie, nie zostawiając przeciwnikom pola do manewru.

Mimo wszystko trzeba pochwalić zespół Agape za wolę walki. Pomimo bardzo niekorzystnego wyniku zawodnicy nie poddawali się i do końca próbowali swoich sił, jednak większość ich akcji była neutralizowana już w zarodku.

Po pełnych 50 minutach Cyrkulatka odniosła efektowne zwycięstwo 24:2, opuszczając Arenę AWF-u z kompletem punktów.

Odmieniona ekipa Ukrainian Vikings, podejmująca trzeci zespół Husarii Mokotów, rozgrywała kolejne ciekawe spotkanie tego dnia. Mecz zapowiadał się naprawdę ciekawie i trzeba przyznać, że mimo niewielkiej liczby bramek emocji zdecydowanie nie zabrakło.

Los bywa przewrotny i tym razem to zespół gości musiał mierzyć się z problemami kadrowymi jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Vikings zebrali się natomiast - przynajmniej pod względem liczebnym - całkiem solidnie.

Spotkanie rozpoczęło się od dużego naporu gospodarzy, którzy wyraźnie chcieli wygrać i zbliżyć się w tabeli do sąsiadującej z nimi ekipy z Mokotowa właśnie dzięki bezpośredniemu starciu. Problem polegał jednak na tym, że mimo przewagi i dominacji w środku pola gospodarze momentami wyglądali jak drużyna, która nie do końca wie, jak wykorzystać swoje atuty. Na szybko zdobyte trafienie Vikings odpowiedział Tomek Kruczyński, popisując się bardzo ładnym technicznym strzałem z pierwszej piłki, który kompletnie zaskoczył bramkarza rywali.

Obie drużyny musiały więc otworzyć się po przerwie, jeśli chciały wyjechać tego dnia z AWF-u z kompletem punktów. I choć Vikings coraz wyraźniej przejmowali inicjatywę oraz zdobywali kolejne gole, goście nie zamierzali się poddawać. Dwa trafienia w szalonej końcówce autorstwa najlepszego strzelca Husarii, Kamila Kapicy, pozwoliły złapać kontakt, a w ostatecznym rozrachunku - po jeszcze jednej wymianie ciosów gol za gol - urwać punkt lepiej wyglądającemu rywalowi.

Dla gospodarzy wynik na pewno jest rozczarowujący. Z przebiegu gry byli zespołem lepszym, ale w szóstkach czasem potrzeba jeszcze odrobiny cwaniactwa, doświadczenia i umiejętności „dobicia” rywala, zanim ten wróci do meczu. Ta sztuka udała się gościom i to właśnie oni mogą być bardziej zadowoleni z końcowego rezultatu tego spotkania.

3 Liga

Spotkanie Warsaw Sinaloa z FC Vikersonn UA I od pierwszych minut zapowiadało się na prawdziwy bój. Stawką był awans do 2. ligi, a na boisku od razu było to widać. Gra była twarda, pełna przepychanek i fauli, a sędzia regularnie sięgał po żółte kartki. Łącznie pokazał ich aż sześć - cztery dla Warsaw Sinaloa i dwie dla FC Vikersonn. Napięcie było tak duże, że nawet bramkarz FC Vikersonn dał się wciągnąć w przepychankę i obejrzał żółtą kartkę.

Do przerwy wynik był remisowy 2:2, a bramki dla Warsaw Sinaloa zdobyli Patryk Abbassi i Rafał Złoty. FC Vikersonn odpowiedział trafieniami Ivana Vovka i Viacheslava Tkachuka. Pierwsza połowa była wyrównana, ale Warsaw Sinaloa już wtedy popełniało błędy i podejmowało złe decyzje, które w dalszej części spotkania miały ich sporo kosztować.

Drugą połowę zdominowała ekipa z Ukrainy. Trzema bramkami popisał się Yurii Rubinski, a Viacheslav Tkachuk strzelił gola i zaliczył asystę. Warto odnotować, że po kartce otrzymanej przez bramkarza FC Vikersonn Tkachuk musiał na kilka minut zastąpić go między słupkami i w tym czasie stracił jedną bramkę, zanim podstawowy golkiper wrócił na swoją pozycję.

Warsaw Sinaloa, osłabione żółtymi kartkami i złymi decyzjami, nie zdołało odwrócić losów meczu. Tym samym to przeciwnicy wygrali 5:3 i zrobili ważny krok w stronę awansu.

Spotkanie dwóch ukraińskich zespołów zapowiadało się bardzo interesująco i rzeczywiście dostarczyło sporo jakości piłkarskiej. Od pierwszych minut było widać dobre wyszkolenie techniczne po obu stronach, a mecz stał na wysokim tempie i obfitował w dynamiczne akcje. Rezerwy FC Łowcy częściej utrzymywały się przy piłce i momentami wyglądały lepiej pod względem techniki użytkowej, jednak zabrakło im konkretów pod bramką rywala.

Pierwsza połowa była wyrównana i pełna walki. Goście potrafili skuteczniej wykorzystywać swoje momenty, dzięki czemu schodzili na przerwę z prowadzeniem 2:3. Gospodarze próbowali odpowiadać kombinacyjną grą i dłuższym utrzymywaniem się przy piłce, ale brakowało im skutecznego wykończenia akcji.

W drugiej części meczu FC Comeback wyglądał dojrzalej i bardziej konkretnie. Goście lepiej radzili sobie pod polem karnym przeciwnika, wykorzystywali błędy rywali i skutecznie kontrolowali przebieg spotkania. Oponenci nadal próbowali budować akcje technicznie i cierpliwie, jednak przewaga w kulturze gry nie przełożyła się na zdobycz bramkową.

Najważniejszą postacią meczu był Kostiantyn Didenko, autor 2 bramek i asysty. Napastnik FC Comeback może nie imponuje warunkami typowego atlety, ale nadrabia to ogromnym charakterem, inteligencją boiskową i umiejętnością dowodzenia zespołem. Niski środek ciężkości i solidna sylwetka pomagały mu utrzymywać się przy piłce i wygrywać pojedynki z obrońcami. Przez całe spotkanie był niezwykle aktywny, dobrze ustawiał się w ofensywie i brał odpowiedzialność za grę drużyny. Dodatkowo zachowywał się jak prawdziwy kapitan - ciągle podpowiadał kolegom, motywował zespół i nadawał ton grze gości.

Ostatecznie FC Comeback wygrał 2:5, przede wszystkim dzięki większej skuteczności i lepszym decyzjom w kluczowych momentach spotkania.

Starcie P.P.B Artel Husarii Mokotów z FC Prykarpattią w 14. kolejce 3. ligi od pierwszych minut było prawdziwą ofensywną wymianą ciosów. Obie drużyny bardzo odważnie podchodziły do gry w ataku, a tempo spotkania praktycznie nie spadało. Już w 1. minucie prowadzenie Husarii dał Tula efektownym strzałem z dystansu. Prykarpattia szybko odpowiedziała i po trafieniach Dutchaka oraz Kushniruka wyszła na prowadzenie. Husaria równie szybko odzyskała jednak kontrolę nad meczem. Po odbiorze piłki ponownie trafił Tula, chwilę później po szybkim rozegraniu rzutu rożnego gola zdobył Hermann, a zespół z Mokotowa zaczął coraz skuteczniej wykorzystywać błędy rywali. Jeszcze przed przerwą przewaga Husarii wzrosła do trzech bramek. Prykarpattia nie zamierzała jednak odpuszczać. Kapitalnie dysponowany Kushniruk dwukrotnie wykorzystał szybkie wznowienia gry i praktycznie w pojedynkę zmniejszył straty do 5:4 przed przerwą.

Po zmianie stron Husaria wrzuciła jeszcze wyższy bieg. Efektownym strzałem z dystansu popisał się Urmanowski, a z każdą kolejną minutą przewaga zespołu z Mokotowa stawała się coraz bardziej widoczna. Husaria całkowicie przejęła kontrolę nad spotkaniem i zdobyła aż sześć bramek z rzędu, nie pozwalając rywalom praktycznie na nic. Prykarpattia miała coraz większe problemy z zatrzymywaniem rozpędzonej ofensywy przeciwników, a kolejne akcje Husarii regularnie kończyły się groźnymi sytuacjami i trafieniami. Choć końcówka ponownie zamieniła się w otwartą wymianę kolejnych bramek, Husaria kontrolowała już przebieg meczu i ostatecznie wygrała 13:9.

Bardzo duży wpływ na ofensywę zespołu mieli przede wszystkim Borowski i Tula, którzy zdobyli po cztery gole, natomiast po stronie Prykarpattii świetne zawody rozegrał Kushniruk, kończąc spotkanie z sześcioma trafieniami.

Orzeły Stolicy odniosły niezwykle cenne zwycięstwo w meczu 14. kolejki, pewnie pokonując Deluxe Barbershop 6:1. Gospodarze, którzy wciąż walczą o utrzymanie i znajdują się w strefie spadkowej, pokazali ogromną determinację oraz skuteczność, dzięki czemu dopisali do swojego dorobku bardzo ważne trzy punkty.

Spotkanie od samego początku układało się po myśli Orzełów. Gospodarze weszli w mecz z dużym zaangażowaniem i szybko przejęli inicjatywę. Wynik otworzył Michał Leszczyński, który wykorzystał swoją okazję i dał prowadzenie swojej drużynie. Kilka minut później ten sam zawodnik ponownie wpisał się na listę strzelców, podwyższając rezultat na 2:0.

Zawodnicy Deluxe Barbershop starali się odpowiedzieć i przeprowadzali kilka groźnych akcji, jednak brakowało im skuteczności pod bramką rywali. Tymczasem gospodarze imponowali efektywnością. Jeszcze przed przerwą swoje trafienie dołożył Paweł Miłkowski, a wynik pierwszej połowy ustalił z rzutu karnego Maciej Kiełpsz, dzięki czemu Orzeły schodziły do szatni z komfortowym prowadzeniem 4:0.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ większym zmianom. Goście nadal ambitnie szukali swoich szans i momentami potrafili poważnie zagrozić bramce rywali, jednak w dalszym ciągu brakowało im odpowiedniego wykończenia. W drugiej połowie kolejne gole dla Orłów Stolicy zdobyli Tomasz Krzyżański oraz Krzysztof Niedziółka, a przy obu trafieniach asystował świetnie dysponowany Maciej Kiełpsz, który tego dnia był prawdziwym liderem swojej drużyny. Barberzy zdołali co prawda zdobyć honorową bramkę, ale wydarzyło się to dopiero w końcówce spotkania. Na listę strzelców wpisał się Ilker Yildiztac, jednak czasu na odrobienie strat było już zdecydowanie za mało.

Dzięki temu zwycięstwu Orzeły Stolicy wciąż pozostają w strefie spadkowej, ale znacząco przybliżyły się do miejsc gwarantujących utrzymanie w 3. lidze. Jeśli gospodarze utrzymają podobną formę i skuteczność w kolejnych spotkaniach, walka o pozostanie na tym poziomie rozgrywkowym zapowiada się niezwykle interesująco.

Choć przed spotkaniem faworytem wydawała się drużyna GLK, to ostatnie w tabeli Tonie Majami od pierwszego gwizdka pokazało, że nie zamierza składać broni w walce o utrzymanie. Goście wyszli bowiem na boisko niezwykle zmotywowani i szybko przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami na murawie. Już w pierwszej połowie to właśnie Tonie Majami całkowicie zdominowało swoich rywali, pewnie budując wysokie prowadzenie. Na listę strzelców wpisali się kolejno Movad Tahiri, Patryk Kamola, Łukasz Świercz oraz Jakub Sobczak i po pierwszych 25 minutach gry goście prowadzili już 4:0.

Po zmianie stron obraz gry praktycznie się nie zmienił. Zawodnicy Tonie Majami nadal narzucali swoje warunki, skutecznie wykorzystując błędy GLK i raz po raz znajdując drogę do bramki gospodarzy. Cały zespół prezentował się tego dnia naprawdę znakomicie, a ofensywa gości była wręcz nie do zatrzymania. Aż trzech zawodników Tonie Majami skompletowało hat-tricki - dokonali tego Patryk Kamola, Jakub Sobczak oraz Łukasz Świercz. Dwa trafienia dołożył Movad Tahiri, a jedno Damian Kucharczyk.

Ostatecznie Tonie Majami rozgromiło GLK aż 12:3, odnosząc drugie, a zarazem najwyższe zwycięstwo w tym sezonie. Gospodarze zdołali odpowiedzieć trzema trafieniami, z czego dwa padły dopiero w końcówce meczu, gdy przy stanie 12:1 w szeregach gości można było zauważyć chwilę rozluźnienia.

Dzięki temu efektownemu zwycięstwu Tonie Majami wciąż pozostaje w grze o utrzymanie w 3. lidze. Jeśli jednak chce osiągnąć ten cel, musi utrzymać formę zaprezentowaną w tym spotkaniu i dalej wierzyć w końcowy sukces.

4 Liga

Spotkanie Bad Boys z Boca Seniors zapowiadało się na jedno z bardziej wyrównanych starć tej kolejki. Delikatnym faworytem wydawali się gospodarze - nawet kursy lekko wskazywały na Bad Boysów - ale przed pierwszym gwizdkiem trudno było jednoznacznie przewidzieć zwycięzcę. Szybko postanowił odpowiedzieć na te wszystkie przedmeczowe rozważania Andrzej Łukomski. Napastnik gości od początku wyglądał świetnie i już w pierwszej połowie skompletował hat-tricka, praktycznie w pojedynkę napędzając ofensywę swojej drużyny.

Co prawda gospodarze próbowali odpowiadać. Pierwszą bramkę dla Bad Boys zdobył Matynia po bardzo dobrej, wypracowanej akcji Karola Kalickiego, który najpierw wygrał walkę o piłkę. Jeszcze przed przerwą kontaktowe trafienie dorzucił również Stępień i wynik 2:3 pozostawiał sprawę otwartą. Tyle że sam rezultat trochę mylił obraz meczu. Bad Boys miało duże problemy z przedzieraniem się przez dobrze ustawioną defensywę rywali. Brakowało pomysłu, dokładności i płynności w grze. Było widać, że tego dnia wiele rzeczy po prostu nie funkcjonowało tak, jak powinno.

Druga połowa okazała się już zdecydowanie bardziej jednostronna. Zespół Bartka Podobasa nie zdołał zdobyć ani jednej bramki po przerwie, a rywale konsekwentnie wykorzystywali kolejne okazje. Im bardziej gospodarze musieli się otwierać i szukać kontaktu, tym więcej miejsca zostawiali z tyłu. Boca Seniors bezlitośnie to wykorzystywało - raz po raz wyprowadzając groźne kontry i dokładając kolejne trafienia.

Finalnie mecz zakończył się wynikiem 2:8. Wynik może wydawać się wysoki, ale patrząc na przebieg drugiej połowy, zwycięstwo Boca Seniors było w pełni zasłużone. A Bad Boys? Na pewno to spotkanie będzie dla nich materiałem do wyciągnięcia wniosków, bo ambicji i walki nie można im odmówić.

Hetman FC przystępował do meczu ze Sportowymi Zakapiorami w roli zdecydowanego faworyta. Lider czwartej ligi od początku sezonu imponuje regularnością i ofensywą, a początek tego spotkania tylko to potwierdził. Już w pierwszej połowie dwa razy do siatki trafił Damian Kucharczyk i wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem Hetmana.

Mimo wyniku nie był to jednak łatwy mecz dla lidera. Zakapiory od początku potrafiły momentami postawić trudne warunki, choć długo brakowało im konkretów pod bramką rywali. Zmieniło się to pod koniec pierwszej połowy. Najpierw kontakt złapał Łukasz Widelski, a chwilę później wyrównał Lasota. Nagle spotkanie kompletnie się otworzyło, a faworyt zaczął mieć realne problemy.

Po przerwie ponownie błysnął Kucharczyk, który skompletował hat-tricka i jeszcze raz wyprowadził Hetman na prowadzenie. Tyle że sam przebieg gry wyglądał już zupełnie inaczej niż na początku meczu. To Zakapiory częściej dochodziły do sytuacji, grały odważniej i wyglądały na zespół bardziej nakręcony. W końcu udało im się odwrócić wynik i po raz pierwszy objąć prowadzenie. Przez długi moment wszystko wskazywało na to, że sensacja stanie się faktem. Na ławce Zakapiorów było mnóstwo energii i wiary, a drużyna bardzo mocno walczyła o utrzymanie wyniku. Problem w tym, że w szóstkach nawet chwila dekoncentracji potrafi zmienić wszystko.

Na dwie minuty przed końcem ponownie uderzył Damian Kucharczyk, zdobywając swoją czwartą bramkę w meczu i doprowadzając do remisu. Chwilę później decydujący cios zadał Arkadiusz Kibler, przechylając szalę zwycięstwa na stronę Hetmana.

Finalnie Hetman FC wygrał 5:4, choć jeszcze kilka minut wcześniej wydawało się, że trzy punkty są już po stronie Zakapiorów. Ten mecz po raz kolejny pokazał, że w szóstkach nic nie jest rozstrzygnięte aż do ostatniego gwizdka. Ten wynik spowodował, że Hetman został mistrzem 4. ligi na cztery kolejni przed końcem. WOW! Gratulacje!

Mecz 14. kolejki 4. ligi pomiędzy Team Ivulin a BM Development przyniósł mnóstwo emocji i aż 19 bramek. Zdecydowanym faworytem byli goście, walczący o fotel wicelidera. Gospodarze, zamykający tabelę z dorobkiem 9 punktów, postawili jednak w pierwszej połowie niezwykle twarde warunki.

Początek spotkania był wyrównany, lecz z czasem to Team Ivulin zaczęło przeważać. Wynik otworzył Anton Łahviniec, a chwilę później, wykorzystując grę w przewadze, gospodarze podwyższyli na 2:0. BM Development potrzebowało czasu na złapanie właściwego rytmu. Sygnał do odrabiania strat dał Bogdan Leshchenko, który w 16. minucie zdobył bramkę kontaktową, a zaraz potem doprowadził do wyrównania. Przed przerwą oba zespoły zdobyły jeszcze po jednej bramce i przy spokojnym tempie pierwsza odsłona zakończyła się remisem 3:3.

Po zmianie stron kibice oglądali już zupełnie inne widowisko. Początkowo gra była zacięta, a na tablicy widniał rezultat 4:5. Kolejne fragmenty to jednak bezwzględna dominacja gości. W zaledwie trzy minuty BM Development strzeliło cztery bramki, całkowicie podłamując rywali. Kluczowe okazało się zmęczenie Team Ivulin - palące słońce i tylko jedna zmiana na ławce rezerwowych odebrały gospodarzom siły. W końcówce goście boleśnie punktowali rywali, kończąc mecz efektownym zwycięstwem 6:13.

W zespole zwycięzców błyszczał duet Bogdan Leshchenko i Heorhii Parnitski, który swoimi akcjami demolował defensywę przeciwników. Dzięki wygranej BM Development wciąż liczy się w walce o drugie miejsce. Aby jednak realnie myśleć o sukcesach, drużyna musi poprawić grę w obronie, która szczególnie w pierwszej połowie popełniała zbyt wiele błędów.

Team Ivulin ma już tylko matematyczne szanse na utrzymanie, a wykonanie tego zadania wydaje się niezwykle trudne...

W meczu 14. kolejki 4. Ligi Fanów FC Bulls zmierzyli się z SO4 FC. Spotkanie zapowiadało się niezwykle interesująco, ponieważ gospodarze należą do ścisłej czołówki tabeli i walczą o najwyższe cele, natomiast goście po dołączeniu do rozgrywek w przerwie zimowej imponowali formą, zdobywając komplet 12 punktów w czterech wiosennych kolejkach.

Od pierwszych minut tempo meczu było bardzo wysokie. Obie drużyny grały ofensywnie i regularnie stwarzały zagrożenie pod bramką rywali. Mimo wielu okazji kibice na pierwszego gola musieli czekać do 13. minuty, kiedy wynik otworzył Serhieiev. Radość gospodarzy nie trwała długo, bo chwilę później wyrównał Zuchora. Serhieiev szybko ponownie dał jednak prowadzenie Bullsom, a swoje trzy grosze dorzucił również lider gospodarzy Churiukanov. W 18. minucie FC Bulls prowadziło już 3:1.

Goście nie zamierzali się poddawać. Bardzo aktywny Zinko zdobył kontaktową bramkę, ale końcówka pierwszej połowy należała do gospodarzy. Tuż przed przerwą Serhieiev skompletował hat-tricka i FC Bulls schodziło do szatni z prowadzeniem 4:2.

Kilka minut po wznowieniu gry Churiukanov podwyższył wynik na 5:2 i wydawało się, że gospodarze pewnie zmierzają po komplet punktów. Wtedy jednak obraz gry całkowicie się zmienił. Goście przejęli inicjatywę i zaczęli odrabiać straty. W 30. minucie gola na 5:3 zdobył Zinko, a w 39. minucie kontaktową bramkę strzelił Rudenko. Ostatnie dziesięć minut dostarczyło ogromnych emocji. W 47. minucie do wyrównania doprowadził Stanios, a chwilę później, już w ostatniej minucie regulaminowego czasu gry, Zuchora wyprowadził SO4 FC na prowadzenie 6:5. Kiedy wydawało się, że goście zgarną komplet punktów i podtrzymają swoją perfekcyjną serię, gospodarze zadali ostatni cios. W ostatnich sekundach spotkania Grunchak zdobył gola na wagę remisu i uratował punkt dla FC Bulls.

Po kapitalnym, pełnym zwrotów akcji widowisku FC Bulls zremisowali z SO4 FC 6:6.

Na boiskach Grenady doszło do jednej z większych niespodzianek kolejki w 4. lidze. Walczące o podium Furduncio Brasil mierzyło się z trzecią od końca Warszawską Ferajną i przed pierwszym gwizdkiem niewielu spodziewało się, że gospodarze aż tak mocno postawią się wyżej notowanemu rywalowi.

Już przed meczem można było jednak zauważyć pewien problem po stronie Brazylijczyków - przyjechali w bardzo wąskim składzie, co przy intensywności ligowych spotkań mogło odegrać ogromną rolę. Z kolei Ferajna podeszła do tego starcia niezwykle zmobilizowana. Dla gości był to idealny moment, by urwać punkty drużynie z czołówki i złapać trochę tlenu w walce o utrzymanie.

Pierwsza połowa była bardzo szarpana. Dużo walki, kontaktowej gry i fauli sprawiało, że obu zespołom trudno było złapać odpowiednią płynność. Sytuacji bramkowych nie brakowało, ale przez długi czas brakowało konkretów pod obiema bramkami. Dopiero tuż przed przerwą impas przełamała Warszawska Ferajna. Po sprytnie rozegranym rzucie rożnym zza pola karnego huknął Franciszek Pogłód, a jego mocny i precyzyjny strzał kompletnie zaskoczył De Camposa, który nie zdążył skutecznie zareagować.

Po zmianie stron obraz gry długo się nie zmieniał. Mecz nadal był wyrównany, obie drużyny miały swoje okazje, a bramkarze popisywali się efektownymi interwencjami. W końcu do wyrównania doprowadził Bruno Martins, który zachował zimną krew i pewnie pokonał Wojciechowskiego. Wydawało się wtedy, że Furduncio wrzuci wyższy bieg, ale właśnie w tym momencie zaczęły wychodzić problemy kadrowe gości. Brak zmian i narastające zmęczenie stawały się coraz bardziej widoczne, a Ferajna tylko czekała, by to wykorzystać.

Końcówka należała już całkowicie do ekipy Kacpra Domańskiego. Warszawska Ferajna wykorzystała opadające siły rywali i zdobyła aż cztery kolejne bramki, całkowicie zamykając mecz. Największy udział miał w tym Patryk Gregorczuk, który zanotował dwa gole i asystę, regularnie rozrywając defensywę Furduncio.

Ostatecznie Ferajna wygrała aż 5:1, sprawiając sporą niespodziankę i mocno spłaszczając tabelę. Różnica między obiema drużynami wynosi już tylko pięć punktów - w tej lidze naprawdę wszystko jest jeszcze możliwe.

5 Liga

Starcie między Mareckimi Wygami a FC Fenix zakończyło się zwycięstwem lidera 5. ligi. Mareckie Wygi mają zaledwie dwa punkty przewagi nad drugim miejscem, co sprawia, że w każdym meczu presja jest ogromna i nie ma miejsca na potknięcia.

Spotkanie długo nie przynosiło bramek. Przez pierwsze 11 minut obie drużyny badały się nawzajem, jednak to Mareckie Wygi jako pierwsze znalazły sposób na przełamanie defensywy rywali. Po rzucie wolnym świetne dośrodkowanie posłał Igor Zuchora, a najwyżej w polu karnym wyskoczył Kamil Faryniarz, który pewnym strzałem głową otworzył wynik spotkania. FC Fenix próbował odpowiedzieć, lecz przez długi czas nie potrafił znaleźć sposobu na bardzo dobrze zorganizowaną defensywę Mareckich Wyg. Zawodnicy lidera kontrolowali tempo gry i skutecznie rozbijali kolejne ataki przeciwników.

Na następną bramkę musieliśmy czekać do 22. minuty. Damian Kotowski oddał groźny strzał, który bramkarz FC Fenix zdołał jeszcze obronić, ale przy dobitce był już bezradny. Najszybciej do piłki dopadł Szymon Pietrucha i bez problemu skierował ją do siatki.

Do przerwy Wygi prowadziły pewnie, mając pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. W 30. minucie zawodnik Mareckich przejął piłkę od ostatniego obrońcy FC Fenix i ruszył z kontratakiem dwóch na jednego. Akcja została rozegrana perfekcyjnie - piłka trafiła do Igora Zuchory, który skierował ją do pustej bramki. Zaledwie minutę później zobaczyliśmy najpiękniejszą akcję meczu. Damian Kotowski przejął piłkę w środku pola, minął trzech rywali i huknął zza pola karnego prosto w okienko, nie dając bramkarzowi żadnych szans na interwencję.

FC Fenix przebudził się dopiero w 38. minucie, zdobywając bramkę na 1:4, lecz wydawało się, że było już za późno na odrobienie strat. W końcówce oba zespoły dołożyły jeszcze po jednym trafieniu, jednak nie miało to większego wpływu na losy spotkania.

Był to mecz całkowicie kontrolowany przez graczy z Marek, którzy dominowali zarówno w defensywie, jak i w ofensywie, prezentując skuteczny i bardzo dojrzały futbol. Ostatni gwizdek przypieczętował ich hegemonię - był to występ kompletny: skuteczna defensywa, szybkie kontrataki, świetna organizacja gry i wysoka skuteczność pod bramką rywala. FC Fenix momentami próbował walczyć, ale tego dnia różnica klas była po prostu widoczna gołym okiem.

Spotkanie pomiędzy Ajaksem Warszawa a After Wolą zapowiadało się na wyrównane starcie zespołów z sąsiadujących miejsc w tabeli. Obie drużyny potrzebowały punktów, by poprawić swoją sytuację ligową, co od pierwszych minut przełożyło się na ofensywne nastawienie i wysoki poziom intensywności.

W 8. minucie wynik otworzył Bruno Parzych, który bezpośrednim strzałem z rzutu wolnego dał Ajaksowi prowadzenie. Odpowiedź After Woli była jednak szybka. W 12. minucie Zielaskiewicz, po podaniu Domańskiego, doprowadził do wyrównania, a pięć minut później sam Domański, po asyście Kopcia, wyprowadził After na prowadzenie.

Ajaks nie zamierzał się poddawać. W 19. minucie Zaborny, obsłużony przez Lewandowskiego, zdobył bramkę wyrównującą, a następnie gospodarze przejęli inicjatywę. W 23. minucie Pakuła po podaniu Kopacza ponownie dał Ajaksowi prowadzenie, a dwie minuty później Bruno, po kolejnej asyście Kopacza, podwyższył wynik.

Po przerwie After Wola znów złapała kontakt. W 33. minucie Domański, tym razem po podaniu Żukowskiego, zdobył gola dla swojego zespołu. Radość gości trwała jednak bardzo krótko - jeszcze w tej samej minucie Bruno, po asyście Longa Kevina Trana, odpowiedział kolejną bramką dla Ajaksu. W 38. minucie Pakuła dołożył następne trafienie, wyraźnie przechylając szalę zwycięstwa na stronę gospodarzy.

Końcówka meczu przyniosła jeszcze trochę emocji. W 43. minucie Kopacz wpisał się na listę strzelców dla Ajaksu, a cztery minuty później padła jeszcze bramka dla After Woli, która ustaliła wynik spotkania.

Mecz obfitował w gole i zwroty akcji, jednak to Ajaks Warszawa lepiej wykorzystał swoje momenty i skutecznością w ofensywie zapewnił sobie cenne ligowe zwycięstwo. After Wola pokazała charakter i ambicję, lecz tego dnia nie była w stanie zatrzymać rozpędzonego rywala.

Spotkanie z kategorii „goła dupa kontra bat”? Wynik mógłby na to wskazywać, jednak na boisku mecz pomiędzy Lagą Warszawa a Tylko Zwycięstwo był znacznie bardziej wyrównany. Tylko co piłkarzom przegranej drużyny z walecznej i odważnej gry, skoro przegrali do zera i wciąż znajdują się w gronie zespołów zagrożonych spadkiem?

Jak już wspomnieliśmy - spotkanie nie było jednostronne. Gole strzelali jednak wyłącznie piłkarze Tylko Zwycięstwo. Akcje były budowane rzetelnie i cierpliwie, a głównym bohaterem większości z nich był Andrzej Morawski. Zawodnik ten dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i dwa razy asystował przy trafieniach kolegów. Goleada rozpoczęła się właśnie od jego minięcia bramkarza i skierowania piłki do pustej bramki. Morawski wziął też na siebie ciężar podwyższenia prowadzenia, zdobywając gola z bliskiej odległości. Laga Warszawa walczyła naprawdę dzielnie, ale takiej dekoncentracji w defensywie nie sposób było nie wykorzystać. To nie był dobry dzień w wykonaniu obrońców, a przeciwnik okazał się bezlitosny.

Druga połowa była już spokojniejsza. Tylko Zwycięstwo skupiło się na kontrolowaniu wyniku i wykorzystywaniu przestrzeni pozostawianej przez rywali. Na wysokości zadania stanął także stojący w bramce zwycięskiej drużyny Maciej Miękina, który dbał o to, aby piłkarze Lagi nie mogli nawet wyobrazić sobie piłki w siatce.

Ten mecz był pokazem piłkarskiej dojrzałości i odpowiedzialności za wynik. Efekt widać w tabeli, gdzie Tylko Zwycięstwo pewnie zmierza w kierunku gry na poziomie 4. ligi w przyszłym sezonie.

W niedzielnym meczu pomiędzy Kryształem Targówek a drugą drużyną Dzików z Lasu obejrzeliśmy wiele zwrotów akcji, mnóstwo emocji i dramatyczną końcówkę. Ostatecznie triumfatorem spotkania okazała się ekipa z Targówka, która wygrała rzutem na taśmę 8:7. Decydujące trafienie, będące prawdziwym gwoździem do trumny Dzików, zdobył Igor Ruciński.

Przez większość meczu rywalizacja była niezwykle wyrównana. Obie drużyny szły łeb w łeb, a właściwie gol za gol, dlatego bardzo trudno było wskazać zespół mający wyraźną przewagę. Po 25 minutach tablica wyników pokazywała remis 4:4, więc jasne było, że o losach spotkania zdecyduje druga połowa.

Każda z ekip miała swoich bohaterów. W Krysztale zdecydowanie wyróżniali się Kacper Kubiszer oraz Igor Ruciński. Zawodnicy rozumieją się niemal bez słów - potrafią grać „na pamięć”, doskonale wiedząc, gdzie w danym momencie znajduje się partner z drużyny. To właśnie oni dyrygowali ofensywnymi akcjami swojego zespołu, raz po raz napędzając ataki i skutecznie je wykańczając, zmuszając bramkarza rywali do wyciągania piłki z siatki.

Po drugiej stronie boiska najjaśniejszą postacią był bez wątpienia Aleksander Janiszewski. Grając z głębi pola, fenomenalnie podłączał się do akcji ofensywnych, dzięki czemu zdobył aż cztery gole. Jego timing i wyczucie momentu wejścia w akcję stoją na bardzo wysokim poziomie i mogą imponować wielu zawodnikom.

Ostatecznie Dzikom zabrakło koncentracji w końcówce spotkania i nie zdołali dowieźć remisu do ostatniego gwizdka. Kryształ Targówek dopisuje więc do swojego konta trzy punkty po niezwykle emocjonującej rywalizacji.

W 14. kolejce 5. ligi mecz pomiędzy Warsaw Eagle a Na2Nóżkę długo pozostawał bardzo wyrównany. Choć Na2Nóżkę częściej utrzymywało się przy piłce i stwarzało więcej sytuacji, Warsaw Eagle ambitnie odpowiadało kontratakami i przez długi czas skutecznie utrzymywało się w grze.

Pierwsza połowa toczyła się głównie pod dyktando Na2Nóżkę, jednak długo brakowało skuteczności pod bramką rywali. Bardzo dobrze między słupkami prezentował się Dębowski, który kilkukrotnie ratował swój zespół po trudnych interwencjach i utrzymywał bezbramkowy remis. Warsaw Eagle grało bez zmian i skupiało się przede wszystkim na szybkich wyjściach do ataku, jednak niewiele z nich wynikało. Dopiero w 22. minucie wynik spotkania otworzył Jaworski. Gdy wydawało się, że Na2Nóżkę zejdzie na przerwę z prowadzeniem, w ostatniej akcji pierwszej połowy po kontrataku wyrównał Ali Abdullah.

Po zmianie stron mecz wyraźnie się otworzył. Warsaw Eagle rozpoczęło drugą połowę od szybkiego trafienia Karanicza i niespodziewanie wyszło na prowadzenie. Odpowiedź przyszła jednak bardzo szybko - najpierw do remisu doprowadził Samoraj, a chwilę później Gąsiorowski ponownie wyprowadził Na2Nóżkę na prowadzenie. Warsaw Eagle mimo problemów kadrowych dalej walczyło o korzystny wynik. Po kilku groźnych sytuacjach do remisu doprowadził Powałka, który skutecznym strzałem przy krótkim słupku zdobył bramkę na 3:3.

Końcówka należała jednak do Na2Nóżkę. Najpierw Gąsiorowski wykorzystał dogranie do pustej bramki, a chwilę później goście podwyższyli wynik po akcji trzech na jednego. Choć Warsaw Eagle zdołało jeszcze złapać kontakt za sprawą drugiego gola Abdullaha, ostatnie słowo ponownie należało do przeciwników, którzy ustalili wynik spotkania na 6:4.

Na2Nóżkę po raz drugi w tym sezonie okazało się lepsze od Warsaw Eagle, jednak mimo bardzo krótkiej ławki rezerwowych rywale przez długi czas stawiali trudne warunki i do samego końca pozostawali w grze o korzystny rezultat.

6 Liga

Z uwagi na aż trzynastopunktowy dystans w tabeli potyczka między Bartolini Pasta a FC Zaborów mogła jawić się jako starcie z kategorii „Dawida z Goliatem”. Choć finałowy rezultat nie przyniósł niespodzianki, absolutnie nie było tu mowy o różnicy klas. Obie ekipy stopniowo badały, na ile mogą sobie pozwolić, i nieśpiesznie przechodziły do coraz konkretniejszych działań na połowie przeciwnika.

Jako pierwsze postraszyło FC Zaborów, zmuszając broniącego dostępu do bramki rywali Piotra Szczypka do nie lada interwencji po próbie z bardzo bliskiej odległości autorstwa Jacka Wdowczyka. Chwilę później goście ponownie doszli do głosu, ale strzał głową Kamila Czarneckiego obił jedynie słupek. Prowadzenie dla czerwono-niebieskich w końcu stało się faktem w okolicach siódmej minuty, kiedy to Czarnecki, otrzymawszy niewygodne podanie od Macieja Jarosza, uderzeniem z pierwszej piłki wrzucił ją za kołnierz golkipera Bartolini.

Żadna z ekip nie mogła czuć się swobodnie z futbolówką przy nodze, gdyż piłkarze po obu stronach boiska błyskawicznie doskakiwali do swoich oponentów. Na 0:2 podwyższył pełniący funkcję kapitana Sylwester Jacewicz, który po podaniu Sebastiana Koca sprytnym strzałem przy bliższym słupku umieścił piłkę w siatce. Z każdą minutą coraz mocniej rzucało się w oczy to, że Zaborów, chętnie korzystając z rozegrania piłki między golkiperem a obrońcami, wciągał zawodników BP na własną połowę, by następnie jednym dalekim podaniem przetransportować futbolówkę w okolice pola karnego rywali i stworzyć bezpośrednie zagrożenie.

Po zmianie stron wreszcie udało się uświadczyć więcej celnych prób ze strony gospodarzy, którzy w końcu dopięli swego, wykorzystując nieuwagę Zaborowa podczas pretensji do sędziego o podyktowany rzut wolny. Szybko wznawiając grę, bramkę zdobył Tomasz Rusinek. Zmniejszenie strat podziałało na graczy Bartolini budująco, bowiem od kolejnych zdobyczy bramkowych powstrzymywał ich jedynie świetnie dysponowany między słupkami Czarek Zahorodny. Mimo tego zamiast wyrównania to FC Zaborów podwyższyło prowadzenie za sprawą doskonałego przerzutu Zahorodnego do Jacewicza, który pokonał bezradnego Szczypka. Niespełna minutę później dystans na nowo został zmniejszony dzięki trafieniu Arkadiusza Kamińskiego, przy którym asystował Damian Kalinowski. Po zbliżonej liczbie niewykorzystanych okazji, przy jednej z akcji gości, do odbitej piłki w pobliżu pola karnego dopadł Mateusz Kopeć i przytomnym strzałem ustalił wynik meczu na 2:4.

Tym samym FC Zaborów jeszcze bardziej przybliżyło się do upragnionych medali na zakończenie rozgrywek, natomiast Bartolini Pasta będzie musiało dołożyć wszelkich starań, by sezon ten nie zakończył się dla nich spadkiem.

Mikstura zaczęła ten mecz w najlepszy możliwy sposób. Już po 6 minutach prowadziła 2:0 po pięknej bramce Andrzeja Łukomskiego oraz pressingu na bramkarza Georgian Team, który skutkował błędnym wybiciem piłki pod nogi zawodnika Mikstury, a ten umieścił ją w pustej bramce.

Niestety dla gospodarzy kolejne minuty nie były już tak udane, ponieważ w 13. minucie na tablicy widniał wynik 2:2 za sprawą niesamowitej dyspozycji Saby Lomii. Obie drużyny nie chciały schodzić na przerwę przegrywając i szły cios za cios. Pierwszą połowę lepiej zakończył Georgian Team, obejmując prowadzenie 5:4.

Drugą połowę ponownie lepiej rozpoczęła Mikstura, a dokładniej niezawodny tego dnia duet Andrzej Łukomski i Artur Zawadziński, który wypracował bramkę po wznowieniu piłki z autu w 29. minucie. Jednak i tym razem Georgian Team nie pozostał dłużny i już w 31. minucie Saba Lomia przelobował bramkarza Mikstury, zdobywając bardzo ważną bramkę. Od tego momentu obie ekipy rzuciły się do ataku, a mecz całkowicie się otworzył. W takich warunkach Saba Lomia czuł się jak ryba w wodzie. Dwa kolejne gole zdobył po kontratakach do pustej bramki, a asystował mu przy nich również świetny tego dnia Lasha Gabrichidze.

Mikstura nie była już w stanie odpowiedzieć Gruzinom, mimo świetnego występu Artura Zawadzińskiego, który zakończył mecz z dorobkiem czterech bramek. Saba strzelał, a Mikstura mogła jedynie bezradnie patrzeć na to, co dzieje się na boisku. W taki sposób Saba Lomia praktycznie w pojedynkę wygrał mecz, zdobywając aż osiem bramek. Nic dziwnego, że został zawodnikiem kolejki po tak niesamowitym występie. Ogromną rolę odegrał również Lasha Gabrichidze, który dyrygował ofensywą swojej drużyny - cztery asysty i dwa gole tylko potwierdziły, że Georgian Team ma jeden z najgroźniejszych ataków w całej 6. lidze. A może i wyżej.

Spotkanie Green Lantern z Shot DJ zapowiadało się bardzo ciekawie i niezależnie od aktualnej formy obu ekip trudno było spodziewać się nudnego meczu. To drużyny, które lubią ofensywną piłkę, grają odważnie i często idą na wymianę ciosów. Tym razem było dokładnie tak samo.

Emocje zaczęły się właściwie od pierwszego gwizdka. Już w 2. minucie kapitan gospodarzy, Mikołaj Wysocki, otworzył wynik spotkania i od tego momentu rozpoczęła się prawdziwa strzelanina. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać - Jabłoński szybko doprowadził do wyrównania, ale chwilę później znowu inicjatywę przejęli gospodarze. Najpierw do siatki trafił Podgórski, a później Świpiarski i wydawało się, że Green Lantern zaczyna łapać kontrolę nad meczem. Tyle że Shot DJ nie zamierzał odpuszczać. Końcówka pierwszej połowy należała właśnie do gości. Kłos dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, a w ostatnich sekundach przed przerwą Jabłoński wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie po raz pierwszy w tym meczu.

Druga połowa wcale nie zwolniła tempa. Wręcz przeciwnie - z każdą minutą emocji było coraz więcej, bo obie drużyny wyraźnie czuły, że ten mecz jest do wygrania. Szybko po wznowieniu Bartek Kozak doprowadził do wyrównania i znów wróciliśmy do punktu wyjścia. Akcja sunęła za akcją, sytuacji nie brakowało, ale przez długi czas wynik pozostawał bez zmian. Przełom przyszedł dopiero na sześć minut przed końcem, kiedy Shot DJ ponownie wyszedł na prowadzenie. Chwilę później kolejne trafienia dołożyli Jabłoński i jego koledzy, dzięki czemu na ostatniej prostej goście prowadzili już trzema bramkami. Wydawało się, że jest po meczu. A jednak nie.

Green Lantern rzuciło wszystko do ataku i praktycznie w kilka chwil z trzybramkowej straty zrobił się tylko jeden gol różnicy. Gospodarze napierali do samego końca, a Damian Michalczyk próbował jeszcze indywidualnymi akcjami wyrwać remis swojej drużynie. Tym razem jednak defensywa rywali i bramkarz wytrzymali presję. Shot DJ dowiózł prowadzenie do końca i zgarnął trzy punkty.

Ten mecz był poniekąd starciem młodzieńczej energii z boiskowym doświadczeniem. Jak widać, wygrało to pierwsze, jednak wynik zupełnie nie oddaje przebiegu spotkania.

Początkowo to goście wyglądali zdecydowanie lepiej, a już w 5. minucie Old Eagles pokazało klasyczne, dwójkowe rozegranie w tempo i ładnego gola strzelił Sylwester Madej. Na nieszczęście dla Orzełków nie poszli oni za ciosem, a z minuty na minutę Sante atakowało coraz odważniej. W końcu, w 10. minucie, do remisu doprowadził debiutujący w tej ekipie Michał Gutowski. Na kolejnego gola trzeba było poczekać niemal do samej końcówki pierwszej połowy, a skromne prowadzenie dla Sante wywalczył Patryk Ułasiuk. Po zmianie stron Old Eagles zabrali się do odrabiania strat, ale dobrymi interwencjami popisywał się golkiper gospodarzy - Krzysztof Wiśniewski. W drużynie gości zabrakło tego dnia Piotra Parola i Krzysztofa Józefiaka, którzy w takich sytuacjach potrafili odwrócić losy meczu niespodziewanym golem. Zabrakło również zwyczajnego szczęścia, bo choć ekipa z Koła atakowała często, to piłka nie chciała zatrzepotać w bramce Sante.

W 31. minucie gospodarze podwyższyli prowadzenie po golu Jakuba Melaka i sytuacja Old Eagles zrobiła się jeszcze trudniejsza. W 33. minucie Michał Skalski zmarnował przysłowiową „setkę”, a w 37. minucie nieprawdopodobnym instynktem popisał się Sylwester Madej, wybijając piłkę praktycznie z linii bramkowej.

Do końca pozostało niewiele czasu i Orzełki zdecydowały się na zastąpienie bramkarza lotnym zawodnikiem - w tę rolę wcielił się Michał Skalski. Początkowo dało to nieco energii ofensywie Old Eagles, ale zdobyć gola się nie udało.

W 46. minucie rzut wolny w pobliżu pola karnego Sante szybko przerodził się w zabójczą kontrę, a na 4:1 trafił Maksymilian Jędrzejczak. Ten gol praktycznie zamknął mecz - gościom wyraźnie zabrakło sił na gonienie wyniku, a gospodarze dobili przeciwnika golami Jakuba Melaka oraz Dawida Zientały i Sante mogło cieszyć się ze zwycięstwa 6:1.

Po czterech porażkach z rzędu Saska Kępa w końcu miała powody do radości. Wygrana 3:2 ze Szmulkami Warszawa pozwoliła drużynie opuścić strefę spadkową. Tym bardziej imponuje fakt, że rywale w poprzedniej kolejce pokonali lidera ligi.

Od początku spotkania obie drużyny grały odważnie i szukały swoich okazji w ofensywie. Nie brakowało strzałów, również z dystansu, jednak przez długi czas brakowało dokładności i spokoju pod bramką rywali. Wynik meczu otworzył w 17. minucie Rzeszotek, który najlepiej odnalazł się w zamieszaniu po obronionym strzale i skutecznie dobił piłkę do siatki. Saska Kępa odpowiedziała błyskawicznie. Zaledwie minutę później Gediga uderzeniem z dystansu doprowadził do wyrównania. Ważną rolę przed przerwą odegrał również Daniel Piecyk, który kilkukrotnie zachował dużą czujność między słupkami i utrzymał remis dla swojej drużyny.

Po zmianie stron coraz większy wpływ na przebieg meczu miał Gediga. W 29. minucie ponownie wpisał się na listę strzelców, skutecznie dobijając piłkę po wcześniejszej interwencji bramkarza. Kilka minut później Saska Kępa otrzymała rzut karny, do którego podszedł właśnie Gediga i pewnym strzałem skompletował hat-tricka, podwyższając prowadzenie na 3:1. Szmulki do końca próbowały wrócić do meczu. Był słupek, kilka groźnych sytuacji i w końcu kontaktowy gol Rzeszotka po podaniu Kaczmarka, jednak po przerwie bardzo dobrze między słupkami prezentował się Leszek Gallewicz, który kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą bramki.

Ostatecznie Saska Kępa utrzymała korzystny wynik do ostatniego gwizdka, rewanżując się za jesienną porażkę i wracając do walki o utrzymanie.

7 Liga

Do tego spotkania Alash FC przystępował jako lider ligi, potwierdzając od początku sezonu aspiracje do walki o najwyższe cele. Zespół był w znakomitej formie i od pierwszych minut chciał zaznaczyć swoją dominację. Czasoumilacze, znajdujący się w środku tabeli, mieli świadomość klasy rywala, jednak liczyli na skuteczność w kontratakach i wykorzystanie ewentualnych błędów przeciwnika.

Od pierwszego gwizdka mecz toczył się pod dyktando Alashu. Już w 3. minucie presja lidera przyniosła efekt – po niefortunnej interwencji zawodnika Czasoumilaczy piłka trafiła do własnej bramki i Alash objął prowadzenie. W 8. minucie blisko podwyższenia wyniku był Niyazov, który po podaniu Omarkula najpierw trafił w słupek, by chwilę później skutecznie dobić piłkę do siatki.

Czasoumilacze odpowiedzieli w 12. minucie, kiedy błąd bramkarza Alashu doprowadził do rzutu karnego. Pewnym egzekutorem jedenastki był Cieślak, zmniejszając straty swojego zespołu. Alash szybko jednak odzyskał kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi i w 16. minucie zdobył dwie kolejne bramki, ponownie budując bezpieczną przewagę. W końcówce pierwszej połowy Czasoumilacze jeszcze raz pokazały ofensywny potencjał. W 25. minucie Cieślak, po asyście Sędrowskiego, popisał się pięknym strzałem, dając swojej drużynie nadzieję przed przerwą.

Po zmianie stron Alash kontynuował skuteczną grę. W 29. minucie po dograniu na pewną pozycję Anuar, po asyście Arsena, skierował piłkę do pustej bramki. Dwie minuty później, po długim podaniu od bramkarza i kilku dobrych zagraniach wzdłuż bramki, Musiński po podaniu Sędrowskiego zdobył gola dla Czasoumilaczy. Reakcja Alashu była natychmiastowa – niemal od razu Arsen, po asyście Anuara, wpisał się na listę strzelców.

Emocji nie zabrakło także w końcówce spotkania. W 42. minucie bramkarz Alashu obejrzał żółtą kartkę za zagranie ręką poza polem karnym, a Czasoumilacze szybko wykorzystały stały fragment – po rozegraniu rzutu wolnego bramkę zdobył Grzela, po asyście Sędrowskiego. Ostatnie słowo należało jednak do lidera ligi – w 43. minucie Madiyar Seiduali ustalił wynik spotkania, pieczętując zwycięstwo swojej drużyny.

Mecz potwierdził dominację Alash FC, który kontrolował przebieg gry przez większość spotkania i zasłużenie sięgnął po kolejne punkty. Czasoumilacze pokazały charakter i momentami skuteczność w ofensywie, jednak tego dnia lider był po prostu zespołem lepszym.

Starcie Virtualne Ń z Oldboys Derby zapowiadało się jako jeden z najważniejszych meczów kolejki w 7. lidze. Obie drużyny jeszcze niedawno szły przez rundę wiosenną bez potknięcia, ale ostatnia seria gier przyniosła pierwsze straty punktów. Stawka tego spotkania była ogromna, bo porażka mogła mocno skomplikować walkę o medale.

Goście dość pewnie weszli w mecz. Już na początku Sattorov popisał się ładnym zwodem i pewnym wykończeniem akcji dał prowadzenie Oldboysom. Chwilę później było już 0:2, gdy Balysh wykończył z bliska po dobrym podaniu od partnera. Virtualne Ń szybko wróciło jednak do gry. Sarnecki skutecznie przypressował bramkarza rywali i zdobył kontaktową bramkę, a niedługo później po szybkiej kontrze wyrównał Kaca. Remis nie utrzymał się długo, bo Oldboye mądrze rozegrali rzut wolny, po którym Wiktoruk ponownie wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Do końca pierwszej połowy oba zespoły miały jeszcze swoje sytuacje, ale więcej bramek już nie padło.

Po zmianie stron Oldboys Derby starali się szanować piłkę i dłużej rozgrywać. Balysh po indywidualnej akcji podwyższył na 2:4, a goście coraz lepiej kontrolowali tempo meczu. W międzyczasie zrobiło się nerwowo, bo Pryjomski obejrzał żółtą kartkę, a jego pretensje i komentarze dodatkowo podgrzały atmosferę na boisku. Virtualne Ń próbowało wrócić do meczu, ale długo zatrzymywał je dobrze dysponowany bramkarz rywali. Dopiero Majewski po świetnym długim podaniu zdobył gola głową i dał gospodarzom nadzieję na remis. Ostatnie słowo należało jednak do gości. W końcówce Sattorov po składnej wymianie podań ustalił wynik na 3:5.

Oldboys Derby pokazali więcej spokoju i skuteczności w najważniejszych momentach meczu. Virtualne Ń miały swoje okazje i długo utrzymywały kontakt, ale ostatecznie to goście wykonali ważny krok w stronę ligowego podium.

Starcie czwartej w tabeli Watahy z piątym Eagles zapowiadało się niezwykle emocjonująco. Różnice punktowe w czołówce są minimalne - przed tym spotkaniem między drugim a piątym miejscem były zaledwie cztery punkty. Każde zwycięstwo mogło więc otworzyć drogę do podium, a każda porażka sprawić, że drużyna nagle zacznie oglądać się za siebie.

Do meczu w lepszych nastrojach przystępowała Wataha, która wygrała dwa spotkania z rzędu. Eagles z kolei wiosną wciąż czekali na swoje pierwsze zwycięstwo. Boisko bardzo szybko pokazało jednak, że statystyki nie zawsze mają znaczenie.

Lepiej rozpoczęli goście. Już na początku meczu Hubert Korzeniewski świetnie odnalazł się w zamieszaniu podbramkowym i błyskawicznie wykorzystał sytuacyjną piłkę, wyprowadzając Watahę na prowadzenie. Wydawało się, że goście pójdą za ciosem, ale Eagles odpowiedzieli niemal wzorowo. Gospodarze szybko uporządkowali swoją grę, zaczęli lepiej operować piłką i przejmować kontrolę nad środkiem boiska. Kluczową postacią okazał się Javid Suleymanov, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i kompletnie odmienił przebieg spotkania. Wataha zaczęła tracić kontrolę nad wydarzeniami na murawie, a Eagles z każdą minutą wyglądali coraz pewniej.

Przewaga gospodarzy rosła. Eagles skutecznie wykorzystywali błędy rywali, byli konkretniejsi pod bramką i w pewnym momencie prowadzili już 5:1. Wydawało się wtedy, że mecz jest praktycznie rozstrzygnięty. Wataha nie zamierzała jednak składać broni. Ponownie bardzo aktywni byli Korzeniewski oraz El Ansari, którzy napędzali akcje ofensywne i próbowali poderwać swój zespół do powrotu. Dzięki ich zaangażowaniu goście zmniejszyli straty do 5:3, ale końcówka okazała się zbyt krótka, by odrobić cały dystans. Ostatecznie Eagles sięgnęli po niezwykle ważne zwycięstwo, przełamując swoją wiosenną niemoc i ponownie mieszając w ligowej tabeli.

Najbardziej szalone jest jednak to, że po tym spotkaniu… obie drużyny nadal mają realne szanse zarówno na podium, jak i na walkę o utrzymanie. W 7. lidze różnica między tymi strefami wynosi zaledwie pięć punktów.

8 Liga

Chaos, zabójcze kontrataki, odwracanie losów meczu i emocje do samego końca - tego wszystkiego mogliśmy uświadczyć podczas spotkania między FC Aliance a FC Pers w hicie środka tabeli 8. Ligi.

Od początku rzucało się w oczy, że piłka nie „kleiła” się do nóg piłkarzy, co doskonale obrazował szereg technicznych błędów zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie boiska. Pełne ręce roboty miał bramkarz gospodarzy, Serhii Zarubin, który zanotował serię interwencji śmiało mogących pretendować do miana parad kolejki. Pomimo że wspomniany golkiper dwoił się i troił między słupkami, nie zdołał w pełni uchronić swoich nieco ospałych kolegów z pola przed zmasowanymi atakami gości. FC Pers wyszło na prowadzenie w 8. minucie meczu, kiedy to górną piłkę do Kamola Obidova z głębi pola posłał Vohidjon Usmonov, po czym adresat podania płaskim strzałem z lewego skrzydła umieścił futbolówkę w siatce. Niedługo później Usmonov sam wpisał się na listę strzelców, otrzymując podanie „na pustaka” od Ilhama Siddigova. Dzięki doskonałemu przeglądowi pola Matiego Musoeva Usmonov skompletował nawet hat-tricka, a w tym samym czasie jedyne, na co zdobyli się przeciwnicy tadżyckiej drużyny, to dwukrotne obicie poprzeczki. Krótko mówiąc - jeśli już dogodne sytuacje zostały stworzone, to zwyczajnie brakowało szczęścia.

Końcówka pierwszej odsłony zmagań przyniosła nam jeszcze trafienie na 0:5 autorstwa Sharfijona Obidova oraz konkretny pokaz - momentami wręcz instynktownych - interwencji w wykonaniu Asada Oybekzody.

Jak to możliwe, że przy tak komfortowym prowadzeniu Pers całkowicie oddał pole gry rywalom i niemal roztrwonił przewagę? Jedno jest pewne - nastawienie FC Aliance w drugiej połowie naprawdę zasługiwało na pochwałę. W przeciągu 21 minut Aliance zdobyło aż sześć goli, a Pers tylko jednego i ku zaskoczeniu wszystkich mieliśmy remis. Wszystkie trafienia dla gospodarzy zdobył świetnie ustawiający się Volodymyr Lazaruk, który z zimną krwią wykańczał podania Sulima, Kravchenki i Halki oraz wykorzystał podyktowany na nim samym rzut karny.

Dopiero w końcówce, po żółtej kartce obejrzanej przez Zarubina za zagranie ręką poza polem karnym, FC Pers wróciło do gry i wykorzystało przyznany rzut wolny, po którym gola zdobył wychodzący z bramki Oybekzoda. Na 6:8 podwyższył jeszcze Sharfijon Obidov i pomimo nieudanej drugiej połowy to Tadżykowie mogli cieszyć się z kompletu punktów, oddalając się tym samym od „czerwonej strefy”.

Podbudowani zwycięstwem nad wiceliderującym Force Fusion piłkarze FC Patriot podejmowali znajdujące się w strefie spadkowej Shitable - w teorii trzy punkty powinny więc wydawać się formalnością. Nic bardziej mylnego, bo przez znaczną część spotkania to właśnie niedoceniani gospodarze byli stroną dominującą i tylko spadek sił w końcówce oraz nieustępliwość przeciwników sprawiły, że nie zdołali oni wywieźć z tego starcia choćby punktu.

Już od pierwszych minut Shitable stwarzało sporo zagrożenia pod bramką FC Patriot, lecz bez zarzutów spisywał się obdarzony świetnymi warunkami fizycznymi golkiper gości Dima Oleinikov. Wprawdzie dało się zauważyć dość dużą niedokładność w zagraniach obu ekip, ale w całym tym „zamieszaniu” lepiej odnajdywali się gracze Shitable. Skrzydeł nie podcięła im nawet słusznie obejrzana przez Marka Kovnata żółta kartka. Co więcej, grając w osłabieniu, wyszli na prowadzenie po kontrataku autorstwa Vitaliego Boiarchuka i Stanislaua Krayeuskiego. Ten sam duet napędził również drugą akcję bramkową po przechwycie niecelnego podania jednego z rywali w środku pola.

Pomimo dynamicznej gry i większej liczby okazji gospodarze dali się jednak dogonić. Najpierw kontakt dla FC Patriot złapał Mykyta Rai po dośrodkowaniu Ruslana Petrijsy, a tuż przed przerwą ten drugi samodzielnie wpakował piłkę do bramki, otrzymując podanie z autu od Vitaliego Krama.

Po zmianie stron goście postraszyli oponentów strzałem w słupek w wykonaniu Volodymyra Pedosiuka, ale to wciąż Shitable było konkretniejszym zespołem w swoich boiskowych poczynaniach. Nic więc dziwnego, że kolejna kontra przyniosła im gola na 3:2, którego zdobył Kovnat po asyście Yahora Zamascianskiego. Koniec końców błysk geniuszu Yuriego Butsa i fenomenalna prostopadła piłka do Maksima Abramaua wystarczyły jednak, by przywrócić stan remisowy. Od tego momentu piłkarze gospodarzy coraz wyraźniej opadali z sił, a przełomem na ich niekorzyść okazał się podyktowany za zagranie ręką rzut karny, zamieniony na gola przez Artema Bondarchuka.

Rozkojarzenie i frustrację Shitable wykorzystał później Buts, który zdobył iście kuriozalną bramkę. Popędził prawym skrzydłem, zwolnił i widząc brak doskoku ze strony rywali, zszedł do środka i posłał w pole karne podanie, które jakimś cudem wpadło do siatki. Na "dobicie" w okienko przymierzył jeszcze Petrijsa, a rezultat spotkania zatrzymał się na 3:6, nie dając Shitable nawet cienia szansy na opuszczenie strefy spadkowej przynajmniej do następnej kolejki.

Z taką grą FC Dnipro United nie wydostanie się z ostatniego miejsca w tabeli 8. ligi. W spotkaniu z rywalem będącym w ich zasięgu, czyli Kresowią Warszawa, rozpoczęli nawet strzelanie. Bramka zdobyta w pierwszych minutach meczu przez Viacheslava Hladysheva była jednak zarówno pierwszą, jak i ostatnią w wykonaniu piłkarzy FC Dnipro United w tym spotkaniu.

Na zawodników Kresowii Warszawa stracony gol podziałał jak czerwona płachta na byka. Chwilę trwało otrząśnięcie się po słabym początku, ale gdy już przejęli inicjatywę, nie pozostawili wątpliwości, kto był lepszy tego dnia. Jako pierwszy odpowiedział Artem Janczylik, który kilkukrotnie próbował uderzać spod prawej linii boiska, aż wreszcie trafił precyzyjnie przy słupku. Chwilę później dobił jeszcze strzał Antona Liashuka, a następnie zagrał świetną piłkę w uliczkę do Mirosława Nowackiego, który technicznym strzałem pokonał bezradnego Oleksandra Hazymona.

Sprytnie rozegrany rzut rożny tuż przed przerwą pozwolił Kresowii schodzić do szatni z trzybramkowym prowadzeniem. Włodzimierz Kozakow wywiódł całą defensywę rywali w pole i trafił do siatki, wykorzystując - najprawdopodobniej wcześniej ćwiczony - schemat rozegrania stałego fragmentu gry. Trudno uwierzyć, że była to całkowita improwizacja.

W drugiej połowie Kresowia, mając bardzo korzystny wynik, skupiła się głównie na kontrolowaniu prowadzenia i wyprowadzaniu groźnych kontrataków. Choć kolejny gol padł dopiero w końcówce, kiedy Vitali Alizarovich minął bramkarza i skierował piłkę do pustej bramki, najważniejsze dla gospodarzy było już niedopuszczenie do utraty drugiego gola.

Tym bardziej że z powodu kontuzji między słupkami Orkhana Huseynliego musiał zastąpić Daniil Mikulich. Zawirowania na tak ważnej pozycji nie zburzyły jednak sumiennie budowanego wyniku. Kresowia dopisała do swojego dorobku trzy punkty i uciekła ze strefy spadkowej.

Spotkanie liderującego i dodatkowo wzmocnionego Q Ice z nieprzewidywalnym Legionem miało w sobie absolutnie wszystko, czego można oczekiwać od dobrego widowiska. Piękne bramki, świetne interwencje bramkarzy, wybijanie piłki z linii bramkowej, szybkie kontry i tempo zdecydowanie przewyższające poziom rozgrywkowy - to był jeden z tych meczów, które ogląda się z czystą przyjemnością.

Początek należał do gospodarzy. Q Ice bardzo szybko przejęło kontrolę nad grą, długo utrzymywało się przy piłce i spokojnie budowało swoje akcje. Efekt przyszedł błyskawicznie - lider wyszedł na dwubramkowe prowadzenie i wydawało się, że będzie w pełni kontrolował przebieg spotkania. Legion miał jednak na ten mecz własny plan. Goście postawili na szybkie kontry i właśnie w tym elemencie wyglądali najgroźniej. Każda strata Q Ice mogła zamienić się w błyskawiczny atak. Jeszcze przed przerwą Legion doprowadził do wyniku 2:2, pokazując, że absolutnie nie zamierza oddać tego meczu bez walki.

Druga połowa była już prawdziwą wymianą ciosów. Gra przyspieszyła jeszcze bardziej, a akcje błyskawicznie przenosiły się spod jednej bramki pod drugą. Obie drużyny ratowały się wybiciami z linii bramkowej, bramkarze notowali efektowne interwencje, a tempo ani na chwilę nie spadało. Po trafieniach Pushkarenki oraz braci Andriia i Olesandra Hehelskyich Legion niespodziewanie wyszedł na prowadzenie 5:4. Co więcej, goście mieli okazje, by zamknąć ten mecz. Zabrakło jednak odrobiny szczęścia i skuteczności w kluczowych momentach. I właśnie wtedy swoją jakość pokazał ofensywny duet Kondarevych – Kashperuk. W przekroju całego spotkania ten pierwszy aż czterokrotnie asystował partnerowi, a ich współpraca była prawdziwym koszmarem dla defensywy Legionu. Bardzo dobrze funkcjonowali również Denys Blank oraz Vakhidov, którzy dawali drużynie odpowiedni balans i spokój w grze. Q Ice wrzuciło wyższy bieg i w końcówce całkowicie przejęło kontrolę nad spotkaniem. Z wyniku 4:5 zrobiło się 8:5, a lider pokazał, dlaczego znajduje się na szczycie tabeli.

To był mecz pełen jakości, emocji i ofensywnego futbolu. A fakt, że Łukasz Mróz musiał odreagować wszystko kilkoma papierosami… chyba najlepiej podsumowuje intensywność tego widowiska.

Spotkanie rozpoczęło się bardzo wyrównanie i przez długi czas obie drużyny grały otwarty futbol, który mógł podobać się kibicom. Mecz był intensywny, fizyczny i prowadzony w wysokim tempie, ale jednocześnie nie brakowało składnych akcji oraz odwagi w ofensywie. Wynik 2:2 do przerwy dobrze oddawał przebieg pierwszej części spotkania, ponieważ żadna ze stron nie potrafiła przejąć pełnej kontroli nad wydarzeniami na boisku.

Synowie Księdza dobrze weszli w mecz i momentami potrafili narzucić rywalom swoje warunki. Gospodarze tworzyli sytuacje po szybkich akcjach i ambitnie walczyli o każdą piłkę. Na szczególne wyróżnienie zasłużył Damian Węgierek, który zanotował dwie asysty i był jedną z najbardziej kreatywnych postaci swojej drużyny. Potrafił znaleźć partnerów dobrym podaniem i napędzał ofensywne akcje gospodarzy.

W drugiej połowie coraz większą przewagę zaczęli jednak budować goście, którzy wyglądali dojrzalej i skuteczniej pod bramką przeciwnika. Kluczową postacią meczu był Ruslan Yakubiv, autor trzech bramek i jednej asysty. Wysoki i silny napastnik przez całe spotkanie był niezwykle aktywny. Szukał gry, dobrze zastawiał piłkę i bardzo inteligentnie poruszał się w okolicach pola karnego rywali. Szczególnie imponowała jego umiejętność znajdowania wolnej przestrzeni oraz precyzja przy wykończeniu akcji.

Z biegiem czasu gospodarze zaczęli mieć coraz większe problemy z zatrzymaniem ofensywy przeciwnika, a skuteczność Ruslana Yakubiva okazała się decydująca. Mimo ambitnej postawy i dobrego początku Synowie Księdza finalnie musieli uznać wyższość rywala, przegrywając 3:6. Było to jednak spotkanie otwarte, fizyczne i naprawdę przyjemne do oglądania, z dużą liczbą dynamicznych akcji i walki po obu stronach boiska.

9 Liga

Mecz TRCH z ASAP Vegas FC przebiegał spokojnie i w dobrym tempie. Pierwsza połowa była wyrównana, a obie drużyny potrafiły ładnie wykańczać akcje. Do przerwy ASAP Vegas FC prowadziło 3:2, co dobrze oddawało przebieg spotkania.

W drugiej połowie inicjatywę coraz mocniej przejmowało Vegas . Mateusz Walczak był nieustannym zagrożeniem dla TRCH i zakończył mecz z czterema bramkami na koncie. Swoje trafienia dołożyli także Piotr Grygiel i Sebastian Prządka, a ASAP w końcówce strzelało bramkę za bramką, praktycznie nie dając rywalom dojść do głosu.

Po stronie TRCH walczył Bartek Fiks, który zdobył dwie bramki. Trafienie dołożył też Szymon Dąbrowski, ale to było za mało na dobrze dysponowanego oponenta.

Ostatecznie ASAP Vegas FC wygrało 7:3 i był to wynik w pełni zasłużony, choć przez długą część meczu TRCH trzymało się blisko rywala. To jednak nie wystarczyło choćby do remisu.

Mecz pomiędzy KróLewskimi Wola a Gamba Veloce od początku toczył się pod dyktando tej drugiej drużyny. Gamba prezentowała płynną, widowiskową grę, świetnie operując piłką i efektownie budując akcje. KróLewscy do końca pierwszej połowy próbowali szukać swojej szansy, jednak brakowało im pomysłu na przełamanie dobrze zorganizowanej defensywy rywali. Premierowa odsłona zakończyła się wynikiem 0:3.

Po przerwie przegrywający zdołali wreszcie trafić do siatki i przez chwilę próbowali mądrzej ustawiać się w obronie, spowalniając ofensywę przeciwnika. Gamba Veloce szybko wzięła jednak sprawy w swoje ręce i w końcówce meczu zdecydowanie dominowała, konsekwentnie podwyższając prowadzenie.

Najjaśniejszą postacią spotkania był Filip Wolski, który cztery razy pokonał Konrada Filipiaka. Wolski przez cały mecz świetnie łączył aktywność indywidualną z grą zespołową, a przy jego trafieniach regularnie pojawiały się asysty kolegów. Po stronie Gamby swój udział w zwycięstwie mieli też Olek Florczuk z dwoma bramkami, Kuba Skwirtniański oraz Aleksander Olędzki. Oba gole dla Królewskich Wola zdobył z kolei Bartek Pacholczak.

Ostatecznie Gamba Veloce wygrała 8:2 i był to rezultat w pełni odzwierciedlający przebieg całego spotkania.

Ekipa Bielany Legends w tej kolejce 9. ligi zrobiła to, co do niej należało. Rywalem w meczu rozgrywanym o godzinie 14:00 była drużyna A.D.S Scorpion’s, czyli czerwona latarnia ligi.

Wyraźnie wskazany faworyt zaczął jednak od falstartu i szybkiej straty bramki. Aleksandr Gradil znalazł drogę do siatki już półtorej minuty po pierwszym gwizdku sędziego. Zawodnik Skorpionów pokazał w tej akcji technikę rodem z beach soccera, kontrolując piłkę odbijaną udem niczym plażowy wyjadacz. Na niewiele zdały się jednak te efektowne popisy, bo Bielany Legends szybko pokazały swoje doświadczenie na sztucznej nawierzchni. Zawodnicy w niebieskich koszulkach z czarnymi pasami udowodnili, że są bardzo dobrze zgranym zespołem, co szczególnie było widać przy rozegraniu piłki.

Do remisu doprowadzili po szybko rozegranym rzucie wolnym i dograniu wzdłuż bramki. Chwilę później objęli prowadzenie, ponownie wykorzystując sprytne rozegranie stałego fragmentu gry. Przewagi Bielany Legends już nie oddały, a z każdą minutą jedynie ją powiększały. Dwukrotnie do siatki trafiał Piotr Tomiak - najpierw lobując bramkarza po długim podaniu od kolegi z drużyny, a następnie kompletując hat-tricka dobitką zza pola karnego po nieudanym wybiciu piłki przez defensora rywali. To właśnie on był także autorem pierwszego gola dla swojej drużyny.

Wygraną przypieczętował Marcin Wojciechowski, wykorzystując rzut karny w końcowych minutach spotkania.

Pojedynek KSB II Warszawa z KS Iglica Warszawa miał spory ciężar gatunkowy i to nie tylko ze względu na aktualny układ tabeli. Wiedzieliśmy, że gospodarze pałają żądzą rewanżu za jesienny blamaż, kiedy to przez wyjazd pierwszego składu na Ligę Mistrzów Socca ich kadra była mocno zdezorganizowana. Tym razem KSB II wyglądało bardzo stabilnie, co zwiastowało wyrównane widowisko.

Mimo wszystko w roli faworyta upatrywaliśmy Iglicę. Ekipa Radka Sówki nie zamierzała dawać ASAP Vegas czy LaFlame nawet cienia nadziei w walce o złote medale i po prostu musiała wygrać ten mecz. Spodziewaliśmy się, że spacerku z jesieni nie będzie, ale to, co zobaczyliśmy na boisku, przeszło najśmielsze oczekiwania. Spotkanie rozpoczęło się wręcz sensacyjnie. KSB II weszło w mecz z ogromną energią, wyraźnie chcąc zmazać jesienną plamę. Już w 5. minucie wynik otworzył Anatolii Nahorichnyi, a chwilę później po świetnym dograniu na 2:0 podwyższył Przemysław Góralczyk. Pachniało gigantyczną niespodzianką, ale Iglica pokazała charakter. Goście nie panikowali i szybko wrócili do gry. Kontaktowego gola zdobył Kacper Romanowski, a jeszcze przed przerwą do wyrównania 2:2 doprowadził Kacper Kubiszer. Do szatni oba zespoły schodziły przy remisie, a kibice zacierali ręce przed drugą połową.

Po zmianie stron mecz zamienił się w prawdziwą wymianę ciosów bez trzymania gardy. W 37. minucie prowadzenie 3:2 dla KSB II dał Aleksander Giżyński, pewnie wykorzystując rzut karny. Wydawało się, że gospodarze mogą pójść za ciosem, ale ten gol podziałał na Iglicę jak płachta na byka. Od tego momentu show na murawie skradł Kacper Kubiszer. Napastnik gości wziął ciężar gry na swoje barki i kolejnymi trafieniami odwrócił losy spotkania. Ambitne rezerwy KSB walczyły jednak o każdy centymetr boiska i jeszcze dwukrotnie doprowadzały do remisu - najpierw na 4:4 po trafieniu Nahorichnyiego, a następnie na 5:5 po golu Maksyma Marchenki.

Ostatecznie więcej zimnej krwi w końcówce zachowali jednak faworyci. W 49. minucie szalę zwycięstwa na stronę KS Iglica przechylił Kuba Wilk, ustalając wynik na 5:6. To zwycięstwo pokazuje, że Iglica potrafi wychodzić z największych opresji i konsekwentnie utrzymuje się na autostradzie do złotych medali, nie oglądając się na rywali. Najlepszym zawodnikiem meczu bezdyskusyjnie był Kacper Kubiszer - autor czterech bramek i lider ofensywy, który był kluczowym elementem tej niesamowitej remontady.

KSB II kończy spotkanie bez punktów, ale za takie widowisko należą im się ogromne brawa.

Przed meczem LaFlame Bielany było zdecydowanym faworytem i boisko szybko to potwierdziło. KS Sandacz potrzebował punktów w walce o utrzymanie, ale od pierwszych minut było widać, że czeka go bardzo trudne zadanie. Mimo wysokiego wyniku emocji i nerwów w tym spotkaniu nie brakowało.

Wynik otworzył Kołodziejski trafieniem z bliskiej odległości. Sandacz odpowiedział niemal natychmiast - Woźniak przejął piłkę w środku pola i pewnym strzałem doprowadził do remisu. LaFlame szybko jednak odskoczyło rywalom. Staszyc ponownie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, a później dwa kolejne trafienia dołożył Kołodziejski, kompletując hat-tricka jeszcze przed przerwą. Sandacz miał swoją ogromną okazję po rzucie rożnym, lecz zawodnik gości z kilku metrów trafił jedynie w słupek przy praktycznie pustej bramce. W meczu nie brakowało też nerwów i niepotrzebnych komentarzy - być może wpływ na to miała późna pora rozgrywania spotkania.

Po zmianie stron Sandacz wszedł na boisko odważniej i był blisko kolejnych trafień. Woźniak zdobył drugą bramkę po świetnej asyście piętką, ale ekipa z Bielan nie pozwoliła rywalom złapać kontaktu za sprawą kolejnego gola Kołodziejskiego. Goście odpowiedzieli po błędzie przy wyprowadzeniu piłki, który wykorzystał Kostra. Chwilę później Lisiecki uderzył półwolejem zza połowy i przelobował bramkarza, ku ogromnemu zaskoczeniu wszystkich obecnych na boisku.

Końcówka należała już jednak całkowicie do gospodarzy. Kołodziejski po kolejnej „klepce” oraz po zamieszaniu w polu karnym podwyższył wynik, a Sandacz odpowiedział jeszcze golem Olendra po rzucie z autu. LaFlame Bielany pewnie zgarnęło trzy punkty i potwierdziło swoje aspiracje w walce o fotel wicelidera. Sandacz momentami potrafił zagrozić gospodarzom, ale błędy w defensywie i brak skuteczności nie pozwoliły mu realnie powalczyć o korzystny rezultat.

10 Liga

Mecz FC Górka Kazurka z Fuszerką był dla obu zespołów okazją, by odbić się po ostatnich niepowodzeniach i złapać trochę spokoju w ligowej tabeli. Gospodarze chcieli wreszcie przełamać złą serię, natomiast Fuszerka liczyła na cenne punkty. Końcówka spotkania zmieniła jednak wszystko.

Fuszerka szybko objęła prowadzenie. Omyliński najlepiej odnalazł się w polu karnym i dobił piłkę po widowiskowym podaniu piętką od partnera. Chwilę później byliśmy świadkami prawdziwej „rakiety” - Giski huknął z rzutu wolnego prosto w okienko i było już 0:2.

Obie drużyny składnie konstruowały akcje, co było widać szczególnie w ofensywie. Fuszerka częściej atakowała, ale mimo kilku okazji nie potrafiła podwyższyć prowadzenia. Warto dodać, że po obu stronach między słupkami stali nominalni zawodnicy z pola, a sam mecz długo nie obfitował w bramki.

Druga połowa zaczęła się spokojniej, lecz później emocji nie brakowało. Jastrząb wykorzystał ogromne zamieszanie w polu karnym i po dobitce podwyższył wynik na 0:3. Wydawało się, że mecz jest już zamknięty, ale wtedy obudziła się Górka Kazurka. Mazur po indywidualnej akcji zdobył gola, a gospodarze poszli za ciosem. Po złym wyjściu bramkarza gości do dośrodkowania Mazur trafił głową do pustej bramki, mimo że Górka grała akurat w osłabieniu po żółtej kartce.

Nerwowa końcówka zakończyła się dramatycznie dla Fuszerki, która sprokurowała rzut karny. Do piłki podszedł Mazur i skompletował hat-tricka, ustalając wynik spotkania na 3:3.

FC Górka Kazurka wróciła do meczu z bardzo trudnej sytuacji i pokazała charakter, którego wcześniej często jej brakowało. Fuszerka przez długi czas kontrolowała przebieg spotkania, lecz zabrakło jej konsekwencji w defensywie w drugiej połowie.

Walczący o podium 10. ligi Gawulon mierzył się z zespołem Wczorajszych. Spotkanie miało wyraźnego faworyta w postaci gospodarzy, jednak goście nie zamierzali się poddawać i ostatecznie byli bardzo blisko sprawienia niespodzianki.

Pierwsza część spotkania należała właśnie do zespołu w czarnych koszulkach. Choć ich przewaga w samej grze nie była aż tak wyraźna, zdecydowanie lepiej radzili sobie pod bramką rywali. Trzy zdobyte gole, przy zaledwie jednej odpowiedzi przeciwnika, były efektem ciężkiej pracy, szczególnie w defensywie, oraz skutecznego wyprowadzania szybkich ataków i budowania akcji.

Druga połowa należała już jednak do zespołu Jarosława Czeredysa. Gawulon musiał rzucić się do odrabiania strat i zdecydowanie poprawić skuteczność pod bramką przeciwnika. Ta sztuka im się udała, lecz zespół Wczorajszych, dyrygowany tego dnia przez Krystiana Łącznego, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Najpierw Łączny świetnie obsłużył lepiej ustawionego kolegę z drużyny, a chwilę później sam po raz drugi wpisał się na listę strzelców. Gawulon walczył jednak do samego końca i w końcówce spotkania zdołał doprowadzić do wyrównania. Właśnie wtedy sędzia zakończył mecz ostatnim gwizdkiem.

Gospodarze po raz kolejny pogubili punkty, które w ich głowach zapewne były obowiązkiem. Z kolei goście zdobyli bardzo cenne oczko, które na ten moment pozwala im wydostać się ze strefy spadkowej i daje nadzieję w walce o utrzymanie do końca sezonu.

Spotkanie w 10. lidze było bardzo ofensywne i od pierwszych minut stało pod znakiem otwartej gry z obu stron. Tempo było wysokie, a drużyny nie skupiały się przesadnie na defensywie, przez co kibice oglądali mnóstwo sytuacji bramkowych i dynamicznych akcji. Już pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 5:3, co zapowiadało dalszą wymianę ciosów po przerwie.

Trzeba jednak zaznaczyć, że Bulbez Team Bemowo przystąpił do meczu bez nominalnego bramkarza, co mocno utrudniało rywalizację z ofensywnie nastawionym przeciwnikiem. Mimo to goście przez długi czas starali się utrzymywać kontakt wynikowy i jak na takie okoliczności końcowy rezultat można uznać za całkiem przyzwoity.

Po stronie FC Depserados było wyraźnie widać ogromną chęć poprawienia indywidualnych statystyk ofensywnych. Gospodarze często szukali bezpośrednich rozwiązań i grali bardzo odważnie w ataku. Ciężar gry praktycznie przez całe spotkanie brał na siebie duet Nikodem Kucharski – Jan Szcześniak, który napędzał niemal każdą akcję ofensywną. Nikodem Kucharski zdobył 3 bramki i zanotował 3 asysty, imponując aktywnością i ciągłym szukaniem gry. Jeszcze lepsze liczby wykręcił jego kolega, autor aż 6 goli i 3 asyst. Był niezwykle skuteczny pod bramką rywali, dobrze odnajdywał się w grze ofensywnej i praktycznie przez cały mecz stanowił największe zagrożenie dla defensywy gości.

W Bulbez Team Bemowo najbardziej wyróżniał się Rafał Dobrosz, który próbował utrzymywać swój zespół w grze. Zdobył 4 bramki i zanotował 2 asysty, wielokrotnie biorąc odpowiedzialność za ofensywę i starając się gonić wynik.

Ostatecznie w starciu młodego, ofensywnie nastawionego zespołu gospodarzy z bardziej doświadczoną ekipą gości lepsi okazali się FC Depserados, wygrywając 12:7 po bardzo widowiskowym meczu.

Lider 10. ligi, czyli Grajki i Kopacze, podejmował zespół FC Po Nalewce. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem faworyt do zdobycia trzech punktów był bardzo wyraźny, choć można było liczyć na to, że goście postawią się tego dnia i może nawet sprawią niespodziankę.

Tak się jednak nie stało, bo już od pierwszych minut spotkania widoczna była wyraźna przewaga gospodarzy. W tym meczu wychodziło im praktycznie wszystko. Po dwóch golach wyróżniających się Kustova i Nieszporka gospodarze wyszli na bezpieczne prowadzenie, a ich szczelna defensywa nie pozwalała rywalom na zbyt wiele. Prawdę mówiąc, gdyby nie pechowa sytuacja z drugiej połowy, kiedy Artur Kustov skierował piłkę do własnej bramki, być może oglądalibyśmy kolejne tego dnia spotkanie zakończone czystym kontem jednej z drużyn.

Zespół gospodarzy kompletnie nie przejął się jednak straconą bramką i bez najmniejszych hamulców jeszcze mocniej nacierał na pole karne przeciwników. Ostatecznie Grajki i Kopacze zdobyli aż dwanaście bramek. Po stronie gości, poza wspomnianym samobójem, na listę strzelców wpisał się jeszcze Łukasz Gaba, który popisał się sprytnym strzałem po ziemi przy bliższym słupku.

Lider dopisał po tym meczu kolejne trzy punkty i jak na razie pewnie zmierza po mistrzostwo ligi. Waleczni goście, którzy do ostatnich minut próbowali odrabiać straty, będą natomiast musieli szukać punktów w kolejnych spotkaniach, ponieważ po tej kolejce znaleźli się w strefie spadkowej, co z pewnością jest dla nich dużym rozczarowaniem.

„Prosimy nie regulować odbiorników, to wydarzyło się naprawdę” - takim humorystycznym wstępem możemy podsumować to, co stało się w meczu Polska Górom z Husarią Mokotów IV. Bezbramkowy wynik w lidze szóstek to coś naprawdę wyjątkowo rzadkiego i w pewnym sensie obie ekipy przeszły do historii Ligi Fanów. Jeśli jednak komuś wydaje się, że w związku z tym w meczu musiało wiać nudą, to spieszymy donieść, że było wręcz przeciwnie. Przede wszystkim spotkały się zespoły o bardzo zbliżonym potencjale i charakterze. Gra skupiała się głównie w środku boiska i obfitowała w mnóstwo twardej, ale uczciwej walki o piłkę, jednak nie zabrakło również sytuacji strzeleckich po obu stronach murawy.

Był to też przysłowiowy mecz bramkarzy. Zarówno Sergiusz Tarasiuk, jak i Kuba Laps nieustannie popisywali się refleksem między słupkami swoich bramek, jednak ten pierwszy momentami wspinał się na absolutne wyżyny golkiperskiego rzemiosła. Husaria była zdecydowanie częściej atakującą drużyną, jednak Sergiusz Tarasiuk bronił tego dnia jak "nawiedzony". W końcówce niemoc gości przeradzała się już powoli we frustrację i napastnicy Husarii ze szczerym niedowierzaniem patrzyli na to, z jakich sytuacji górą wychodził golkiper PG.

Z drugiej strony Kuba Laps również miał swoje momenty - w 18. minucie wybronił przysłowiową „setkę”, a w 43. minucie praktycznie uratował swojej ekipie mecz, bo w sytuacji sam na sam wyciągnął się jak długi i sparował piłkę na rzut rożny. Polska Górom, choć atakowała rzadziej, również miała kilka naprawdę groźnych akcji. Poza wspomnianą sytuacją z 43. minuty była jeszcze kontra z 32. minuty, gdy mając przewagę trzech zawodników na dwóch, ekipa Kuby Korpysza zagrała nie w tempo i cała akcja spaliła na panewce.

Obie drużyny szukały swoich okazji aż do ostatniego gwizdka sędziego i szczególnie w końcówce dało się odczuć narastające napięcie. Mimo to piłka ani razu nie zatrzepotała w siatce, a podział punktów w tym spotkaniu wydaje się najbardziej sprawiedliwym wynikiem.

11 Liga

Mecz 11. ligi pomiędzy FC Mocny Narket a Legijną Ferajną miał ogromne znaczenie dla obu zespołów. Obie drużyny walczą o utrzymanie i każdy zdobyty punkt może okazać się kluczowy w końcowym rozrachunku. Taka stawka zapowiadała bardzo zacięte i nerwowe spotkanie.

Od pierwszych minut mecz był bardzo wyrównany i niezwykle ostrożny z obu stron. W pierwszej połowie oba zespoły bardziej się badały, niż ryzykowały otwartą grę ofensywną. Zarówno FC Mocny Narket, jak i Legijna Ferajna miały swoje okazje, jednak żadna z drużyn nie potrafiła znaleźć sposobu na dobrze dysponowanych bramkarzy. W drużynie Legijnej Ferajny świetnie między słupkami prezentował się Tomasz Zaręba, który kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą gola. Po drugiej stronie boiska równie pewnie spisywał się Ruben Nieścieruk, dzięki któremu jego drużyna utrzymała bezbramkowy remis do przerwy.

Dopiero dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy doczekaliśmy się pierwszego trafienia. Kapitalną indywidualną akcję przeprowadził Oskar Jenner, który odebrał piłkę we własnym polu karnym, przebiegł z nią praktycznie całe boisko, mijając po drodze kilku rywali, a następnie idealnie wyłożył futbolówkę koledze do pustej bramki. Akcja ta otworzyła wynik spotkania i wyraźnie dodała pewności siebie Legijnej Ferajnie.

Zaledwie trzy minuty później ta ekipa poszła za ciosem i podwyższyła prowadzenie, stawiając rywali w bardzo trudnej sytuacji. Wydawało się, że goście kontrolują już przebieg meczu, jednak wtedy przebudził się zespół Mocny Narket. Najpierw padła bramka kontaktowa, która przywróciła emocje i wiarę w odwrócenie losów spotkania. Prawdziwy koncert gry dał jednak Gabriel Duch, który później został wybrany MVP kolejki. To właśnie on wziął ciężar gry ofensywnej na swoje barki i dwoma kolejnymi trafieniami całkowicie odmienił przebieg meczu. Najpierw doprowadził do wyrównania, a następnie w końcówce spotkania zdobył zwycięskiego gola, kompletując fantastyczny występ i zapewniając swojej drużynie niezwykle cenne zwycięstwo 3:2.

Wysoka stawka meczu oraz ogromne zaangażowanie obu zespołów doprowadziły również do przepychanek pomiędzy zawodnikami. Sędzia musiał sięgnąć po czerwone kartki dla graczy obu drużyn. Ostatecznie jednak to FC Mocny Narket mogło cieszyć się ze zwycięstwa 3:2 po kapitalnym powrocie w drugiej połowie. Walka o utrzymanie trwa.

Spotkanie rozpoczęło się wręcz idealnie dla gospodarzy. Hiszpański Galeon od pierwszych minut narzucił bardzo wysokie tempo, grał agresywnie w odbiorze i błyskawicznie przechodził do ataku. Już w pierwszej połowie gospodarze praktycznie zdominowali rywala, imponując przede wszystkim skutecznością pod bramką przeciwnika. Wynik 5:0 do przerwy był efektem świetnego wejścia w mecz oraz bardzo dobrej organizacji gry ofensywnej.

Kluczową rolę odegrali Krzysztof Małażewski oraz Jakub Zwolak, którzy byli autorami trafień w pierwszej części spotkania. Obaj świetnie odnajdywali się w ofensywie, dobrze współpracowali i wykorzystywali błędy defensywy rywali. Ich aktywność i skuteczność walnie przyczyniły się do tak wysokiego prowadzenia jeszcze przed przerwą.

W drugiej połowie obraz meczu nieco się zmienił. Gospodarze wyraźnie obniżyli skuteczność pod bramką przeciwnika i nie byli już tak konkretni jak wcześniej. Mistrzowie Chaosu zaczęli grać odważniej, częściej dochodzili do sytuacji strzeleckich i potrafili wykorzystać swoje momenty. Dwa trafienia dla gości zdobyli Tomasz Faltynowski oraz Damian Królak, dając swojej drużynie chwilę nadziei na zmniejszenie strat.

Bardzo ważną postacią po stronie Hiszpańskiego Galeonu był jednak bramkarz Artur Pręgowski. Zachował pełną koncentrację przez całe spotkanie i kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą kolejnych bramek. Na szczególne wyróżnienie zasługuje jego gra nogami - spokojna, pewna i bardzo pomocna przy wyprowadzaniu akcji od własnej bramki. Dzięki temu gospodarze potrafili utrzymywać kontrolę nad przebiegiem meczu nawet wtedy, gdy rywale próbowali wrócić do gry.

Ostatecznie Hiszpański Galeon wygrał 6:2, a kapitalna pierwsza połowa okazała się fundamentem pewnego zwycięstwa.

Ważny mecz dla obu drużyn – MWSP chciało umocnić się na drugim miejscu w tabeli, natomiast Patetikos przy korzystnym układzie wyników mogło zbliżyć się do podium. Ku rozczarowaniu tych drugich, w niedzielę na boiskach AWF-u oglądaliśmy dość pewne zwycięstwo MWSP.

Przez większą część pierwszej połowy spotkanie było jednak bardzo wyrównane. Obie drużyny miały swoje okazje, ale długo żadna nie potrafiła otworzyć wyniku. Raz świetnie spisywali się bramkarze, innym razem piłka zatrzymywała się na słupkach. Wydawało się, że do przerwy zobaczymy remis, ale końcówka pierwszej połowy całkowicie odmieniła obraz meczu. Zawodnicy MWSP wrzucili wyższy bieg i w krótkim odstępie czasu zdobyli aż trzy bramki. Dwa razy trafił Winkler, a jedno trafienie dołożył Wrotniak. Zamiast remisu do szatni drużyny schodziły więc przy bardzo solidnym prowadzeniu MWSP.

Można odnieść wrażenie, że te gole tuż przed przerwą mocno podłamały Patetikos. Na drugą połowę wyszła już zupełnie inna drużyna. Faworyt natomiast konsekwentnie realizował swój plan i dołożył kolejne trzy gole, praktycznie zamykając temat zwycięstwa. Po tym obie ekipy zaczęły grać bardzo otwarty futbol, momentami całkowicie zapominając o defensywie, ale nie miało to już większego wpływu na końcowy rezultat.

Ostatecznie MWSP pewnie wygrało 8:3 i zrobiło kolejny ważny krok w stronę podium.

Mecz AC Choszczówka z FC Warsaw Wilanów zapowiadał się jako starcie czołowych drużyn ligi, ale boisko bardzo szybko zweryfikowało formę obu zespołów. Lider z Choszczówki od pierwszych minut narzucił twarde warunki i praktycznie nie pozwolił rywalom rozwinąć skrzydeł.

Już w 1. minucie wynik otworzył Kochanowski, który mocnym strzałem po ziemi pokonał bramkarza gości. Chwilę później oglądaliśmy jedną z najładniejszych akcji meczu. Salata najpierw efektownie przyjął piłkę głową, a następnie huknął z woleja na 2:0. Choszczówka kompletnie dominowała, a Warsaw Wilanów sprawiał wrażenie zagubionego. Kochanowski dołożył kolejne trafienie, a Śpiewak wykorzystał świetne podanie przez pół boiska i podwyższył wynik. Goście praktycznie nie istnieli w ofensywie, a przed przerwą Kochanowski skompletował hat-tricka po rzucie rożnym.

W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Gospodarze dalej kontrolowali przebieg spotkania, a Wilanów skupiał się głównie na defensywie. Przez dłuższy czas brakowało kolejnych goli, ale Choszczówka w końcu ponownie znalazła drogę do siatki. Kmiecik wykorzystał kontratak po dalekim podaniu od własnego bramkarza, a chwilę później Śpiewak trafił do pustej bramki po składnej akcji. Ozdobą końcówki był jeszcze efektowny rajd Góreckiego zakończony golem na 8:0. Dopiero wtedy goście zdołali odpowiedzieć. Wdowiński zdobył pierwszą bramkę dla swojej drużyny, a chwilę później Świtalski dorzucił jeszcze jedno trafienie, takie „na otarcie łez”.

AC Choszczówka całkowicie zdominowała rywala i potwierdziła, że nieprzypadkowo przewodzi ligowej tabeli. Warsaw Wilanów przez większość meczu nie potrafił znaleźć sposobu na dobrze dysponowanych rywali i dopiero końcówka pozwoliła im nieco podretuszować wynik.

Przed tym spotkaniem oba zespoły przystępowały do meczu z zupełnie innymi celami. CWKS Ferajna Warszawa, zajmująca miejsce w górnej części tabeli, walczyła o utrzymanie kontaktu z czołówką i nie mogła pozwolić sobie na stratę punktów w starciu z zespołem z dolnych rejonów tabeli. Z kolei Piwo Po Meczu FC, znajdujące się w strefie spadkowej, wyszło na boisko z nastawieniem na przełamanie i zdobycie niezwykle cennych punktów w walce o poprawę swojej sytuacji ligowej.

Początek meczu był niezwykle dynamiczny. Już w 1. minucie wynik otworzył Koziarski, dając Piwoszom szybkie prowadzenie. Odpowiedź CWKS-u była natychmiastowa – minutę później po dobitce padło wyrównanie. W 4. minucie Morawski popisał się indywidualną akcją i wyprowadził Ferajnę na prowadzenie, jednak Frelek w 6. minucie precyzyjnym strzałem z dystansu ponownie doprowadził do remisu. Radość Piwa nie trwała jednak długo, bo niemal od razu Morawski znów wpisał się na listę strzelców dla CWKS-u.

Mecz nie zwalniał tempa. W 8. minucie Szymański po podaniu Dąbrowskiego podwyższył prowadzenie Ferajny, a w 12. minucie Koziarski po asyście Świercza skompletował dublet, zmniejszając straty Piwa. Ten sam zawodnik w 18. minucie, po podaniu Zakrzewskiego, wykorzystał sytuację na pustą bramkę i ponownie wyrównał wynik spotkania.

Końcówka pierwszej połowy należała jednak do CWKS-u. W 20. minucie Szeremeta precyzyjnym uderzeniem w prawy dolny róg dał prowadzenie swojemu zespołowi, a dwie minuty później ponownie wpisał się na listę strzelców. W 24. minucie Górnicki, po rozegraniu rzutu rożnego, zdobył kolejną bramkę dla Ferajny, a tuż przed przerwą Morawski dołożył swoje kolejne trafienie potężnym strzałem, ustalając wynik do przerwy.

Po zmianie stron CWKS kontynuował skuteczną grę. W 30. minucie Szymański zdobył kolejną bramkę, a następnie Morawski wykorzystał zamieszanie po odbiorze piłki i ponownie pokonał bramkarza Piwa. Honorowe trafienie dla Piwa w drugiej połowie zdobył jeszcze Świercz, jednak nie miało ono już wpływu na końcowy rezultat.

Spotkanie obfitowało w bramki i zwroty akcji, a CWKS Ferajna Warszawa potwierdziła swoją wyższą pozycję w tabeli, skutecznie realizując plan na ten mecz. Piwosze pokazali charakter i ofensywny potencjał, jednak zabrakło skuteczniejszej gry w obronie, by myśleć o sprawieniu niespodzianki.

12 Liga

Mecz 14. kolejki 12. Ligi Fanów pomiędzy FC Vikersonn UA II a Rodziną Soprano zapowiadał się jako jedno z najważniejszych spotkań sezonu i zdecydowanie nie zawiódł oczekiwań. Starcie czwartej z drugą drużyną tabeli miało ogromne znaczenie w kontekście walki o awans do wyższej klasy rozgrywkowej, a oba zespoły stworzyły prawdziwe widowisko.

Od pierwszego gwizdka oglądaliśmy szalony, ofensywny futbol. Już po 10 minutach kibice zobaczyli aż cztery gole, a Rodzina Soprano prowadziła 3:1. Goście imponowali skutecznością i świetnie wykorzystywali każdą okazję, jednak gospodarze nie zamierzali się poddawać. Kolejne fragmenty spotkania były jeszcze bardziej spektakularne. W następnych 10 minutach padło aż pięć bramek, a wynik zmienił się na 5:4 dla Rodziny Soprano. Tempo meczu było niezwykle wysokie, a akcje błyskawicznie przenosiły się spod jednej bramki pod drugą.

Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gości, którzy pokazali większy spokój i skuteczność pod bramką rywali. Rodzina Soprano dorzuciła jeszcze dwa trafienia i schodziła na przerwę z solidnym prowadzeniem 7:4. Na szczególne wyróżnienie zasługiwali w tej części spotkania Nieskórski, Motyczyński oraz Zagrodzki - autorzy wszystkich bramek dla gości w pierwszej odsłonie.

Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił. Nadal oglądaliśmy bardzo otwarty mecz z ogromną liczbą sytuacji podbramkowych. Lepiej w drugą połowę weszli gospodarze, którzy dzięki trafieniu Shulhi zmniejszyli straty do dwóch goli i dali swoim kibicom nadzieję na odwrócenie losów rywalizacji. Odpowiedź Rodziny Soprano była jednak błyskawiczna. Dwa kolejne gole Motyczyńskiego oraz trafienie Morawskiego sprawiły, że w 38. minucie goście prowadzili już 10:5 i wydawało się, że mają spotkanie pod pełną kontrolą.

FC Vikersonn UA II nie złożył jednak broni. Końcówka należała do gospodarzy, którzy złapali drugi oddech i ruszyli do odrabiania strat. Strzelili aż cztery gole, ponownie wprowadzając sporo nerwowości do gry gości. Rodzina Soprano zachowała jednak zimną krew i odpowiedziała dwoma trafieniami, pieczętując niezwykle cenne zwycięstwo.

Ostatecznie po kapitalnym widowisku pełnym ofensywnej gry Rodzina Soprano pokonała FC Vikersonn UA II 12:9 i zrobiła bardzo ważny krok w kierunku promocji.

Dynamo Wołomin męczyło się w meczu z Luminą. Po prostu. Pierwsza połowa padła łupem gości, jednak cały mecz ostatecznie wygrali gospodarze. Czy Dynamo poradziłoby sobie bez nagłego przebudzenia po przerwie? Prawdopodobnie nie.

Bez wątpienia był to najbardziej zacięty mecz 14. kolejki w 12. lidze. Każdy błąd mógł mieć ogromne znaczenie, a niewykorzystana sytuacja przekreślić szanse na trzy punkty. Większą determinacją wykazali się zawodnicy z Wołomina, którzy rzutem na taśmę przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Lumina rozpoczęła strzelanie z wysokiego C. Piłka rozegrana przez Piotra Osińskiego trafiła do Matviia Puzyka, a ten przy pomocy rykoszetu pokonał Radosława Kanię. Chwilę później oglądaliśmy kolejną bramkę - wysoki pressing poskutkował golem do pustej bramki autorstwa Jakuba Łopacińskiego.

Dynamo odpowiedziało po odbiorze i precyzyjnym strzale z dystansu Michała Matyji. Bramki na chwilę przestały padać seryjnie, lecz ciągłe próby z obu stron mocno dynamizowały grę. Kolejne trafienia wydawały się tylko kwestią czasu i rzeczywiście nadeszły jeszcze przed przerwą.

Przewaga Luminy i niedokładność graczy Dynama skutkowały kolejnymi golami. Na płaski strzał z dystansu Łopacińskiego odpowiedział kilka minut później z rzutu wolnego Matyja. Dynamo doprowadziło nawet do remisu po błędzie Osińskiego, który wykorzystał Adam Domidowicz, ale na przerwę to Lumina schodziła z jednobramkowym prowadzeniem. Yulian Salnikov złamał akcję do środka i pokonał Kanię strzałem zza pola karnego. Do bramkarza Dynama trudno mieć jednak pretensje - i tak kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą kolejnych goli. Drużyna wykorzystała jego postawę i po przerwie odrobiła wszystkie straty, choć to właśnie Salnikov podwyższył jeszcze wynik na 5:3.

Powrót Dynama rozpoczął się na dobre od gola Huberta Szulima, który po dalekim wrzucie z autu przejął piłkę i zmieścił ją pod pachą interweniującego Osińskiego. Na listę strzelców ponownie wpisał się Matyja, a dublet skompletował Konrad Krupa.

Dynamo złapało trochę oddechu, ale w końcówce dało się jeszcze zaskoczyć po błędzie Kanii. Jego próba strzału przez całe boisko do pustej bramki trafiła prosto pod nogi Łopacińskiego, który ustalił wynik spotkania na 7:6 dla Dynama Wołomin.

FC Melange od pierwszych minut całkowicie przejęło kontrolę nad spotkaniem i praktycznie nie pozwoliło rywalom rozwinąć skrzydeł. Gospodarze narzucili wysokie tempo, grali bardzo ofensywnie i z dużą swobodą kreowali kolejne sytuacje bramkowe. Już po pierwszej połowie prowadzili 6:2, a przewaga w grze była jeszcze większa, niż wskazywał sam wynik.

Vox Populi próbowało odpowiadać pojedynczymi akcjami i momentami potrafiło zagrozić bramce rywali, jednak Melange było zespołem zdecydowanie lepiej zorganizowanym, skuteczniejszym i bardziej konkretnym pod polem karnym. Gospodarze dominowali zarówno pod względem fizycznym, jak i piłkarskim, kontrolując przebieg meczu praktycznie przez pełne 50 minut.

Największą gwiazdą spotkania był Łukasz Słowik, który zanotował fenomenalny występ, zdobywając aż 5 bramek. Był niezwykle aktywny, dobrze ustawiał się w ofensywie i bezlitośnie wykorzystywał błędy defensywy rywali. Świetne zawody rozegrał również Bartłomiej Podobas, autor 2 goli i 2 asyst, który bardzo mocno napędzał grę ofensywną gospodarzy i regularnie brał udział w najgroźniejszych akcjach. W środku pola ważną rolę odegrał także Kamil Marciniak, który dołożył bramkę i 2 asysty. Dobrze łączył formacje, uspokajał rozegranie i dawał drużynie dużo jakości przy budowaniu akcji. Cała trójka była wiodącą siłą FC Melange i miała ogromny wpływ na końcowy rezultat.

Ostateczne 11:3 w pełni oddaje przebieg spotkania. FC Melange zdominowało rywala praktycznie w każdym elemencie gry i zasłużenie odniosło jedno z najwyższych zwycięstw tej kolejki.

Dla drugiej ekipy Furduncio była to okazja do odwrócenia wyjątkowo złej passy, ale ostatecznie Brazylijczycy musieli po raz kolejny uznać wyższość przeciwnika. Była to sąsiadująca w tabeli ekipa FC Razam, co coraz mocniej komplikuje ligową sytuację Canarinhos, bo drużynie Władysława Sopota brakuje do Furduncio II już tylko dwóch punktów.

U gospodarzy zawiodła przede wszystkim formacja ofensywna – na placu wyraźnie zabrakło bramkostrzelnych zawodników, takich jak Bruno Pessoa czy Diego Caballero, i bez nich ciężko było przebić się przez dobrze poukładaną defensywę Razamu.

Goście weszli w mecz zdecydowanie lepiej i w 6. minucie na prowadzenie swój zespół wyprowadził Szymon Raducki. Furduncio odpowiedziało golem Abbeya Negueby. Przy stanie 1:1 mecz zrobił się bardzo nerwowy i oglądaliśmy dużo fauli oraz niepotrzebnych dyskusji, ale zawodnicy dość szybko sami się otrząsnęli i sędzia nie musiał nikogo uspokajać żółtym kartonikiem. Zresztą w całym meczu arbiter sięgnął po „żółtko” tylko raz, ale w sytuacji bezdyskusyjnej, kiedy bramkarz Furduncio zagrał wślizgiem poza polem karnym. Gospodarze dobrze ustawili obronę, ale Razam szarpało podaniami, aż w końcu pewnym strzałem popisał się Andrei Yakimuk, a pierwsza połowa skończyła się skromnym prowadzeniem gości 1:2.

Po zmianie stron Brazylijczycy wyraźnie przycisnęli, ale nie byli w stanie pokonać golkipera gości. Razam za to wyprowadziło bolesny cios – w 30. minucie na 1:3 trafił Nikita Kolokotsev, a chwilę później padły dwie szybkie bramki. Najpierw dublet skompletował Szymon Raducki, a po chwili swoje pięć groszy dołożył Vlad Yermolakin i nagle zrobiło się 1:5.

Do końca pozostało jeszcze dużo czasu, ale ofensywa Furduncio była tego dnia daleka od formy i nie udało się odwrócić losów tego meczu. W bezpośrednim starciu lepsze okazało się Razam, ale w obecnej sytuacji obie ekipy będą prowadziły pojedynek „korespondencyjny” i każdy wywalczony punkt może być na wagę utrzymania w 12. lidze.

Batalia lidera z drużyną walczącą o utrzymanie często bywają brutalnym zderzeniem dwóch różnych światów i niestety dla Gentlemanów właśnie taki przebieg miało to spotkanie. Łazarski od pierwszych minut pokazał, dlaczego znajduje się na szczycie tabeli i dlaczego coraz głośniej mówi się o nim jako o głównym kandydacie do mistrzostwa.

Już początek meczu ujawnił ogromną różnicę w organizacji gry, przygotowaniu taktycznym, dynamice oraz intensywności działań ofensywnych. Goście praktycznie od razu przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku i narzucili tempo, za którym Gentlemeni po prostu nie byli w stanie nadążyć. Akcje Łazarskiego były szybkie, składne i niezwykle konkretne. Każda strata gospodarzy zamieniała się w groźny atak, a pressing lidera skutecznie odbierał rywalom możliwość spokojnego rozegrania piłki. Efekt był bezlitosny, gdyż już do przerwy tablica wyników wskazywała 7:1, co doskonale oddawało obraz pierwszej połowy.

Największe problemy defensywie Gentlemanów sprawiali przede wszystkim Stepan Cherevko oraz Artem Skyba. Cherevko był prawdziwym motorem napędowym ofensywy - zanotował trzy asysty i dwie bramki, świetnie odnajdując się między liniami i regularnie kreując sytuacje kolegom z drużyny. Skyba z kolei imponował skutecznością i wykończeniem akcji, kończąc spotkanie z dorobkiem czterech trafień.

Druga połowa nie przyniosła większej zmiany obrazu gry. Łazarski nadal kontrolował przebieg spotkania, choć gospodarze próbowali walczyć i momentami odpowiadać pojedynczymi akcjami. Różnica jakości była jednak zbyt duża, by realnie wrócić do rywalizacji. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 10:2, co dla Gentlemanów jest bardzo bolesną lekcją. Drużyna prowadzona przez Kubę Augustyniaka musi jak najszybciej wyciągnąć wnioski i skupić się na kolejnych spotkaniach, bo walka o utrzymanie trwa w najlepsze.

Łazarski natomiast wysłał jasny sygnał, że jest gotowy, by walczyć o mistrzostwo z Rodziną Soprano i FC Melange.

13 Liga

Spotkanie rezerw Kresowi Warszawa z Cockpit Country było bardzo intensywne i momentami dość chaotyczne, głównie przez ogromne chęci obu zespołów do przejęcia pełnej kontroli nad meczem. Żadna z drużyn nie chciała się cofnąć ani oddać inicjatywy, przez co tempo gry było wysokie, a akcje bardzo szybko przenosiły się spod jednej bramki pod drugą.

Oba zespoły często decydowały się na szybkie, składne ataki z pominięciem środka pola. Długie podania i bezpośrednia gra powodowały, że mecz był otwarty i pełen sytuacji bramkowych. Gospodarze starali się jednak momentami uspokajać grę i dłużej utrzymywać przy piłce, próbując budować akcje bardziej cierpliwie niż rywale.

Pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem gospodarzy 2:1, choć już wtedy było widać, że spotkanie może rozstrzygnąć się dopiero w końcówce. Rezerwy Kresowi Warszawa miały sporo pecha pod bramką przeciwnika - przy kilku bardzo dogodnych sytuacjach brakowało skuteczności lub ostatniego, dokładnego dotknięcia piłki. Co ciekawe, dużo lepiej wychodziły im akcje pozornie trudniejsze i mniej oczywiste, po których potrafili zdobywać efektowne gole.

Największą postacią gospodarzy był Artem Janczylik, autor dwóch bramek, który dobrze odnajdywał się w ofensywie i regularnie stwarzał zagrożenie pod bramką rywali. Bardzo ważny dla gry zespołu był również Mirosław Nowacki, który zanotował gola i asystę, aktywnie uczestnicząc w rozegraniu i napędzając akcje swojej drużyny.

Po stronie Cockpit Country najjaśniejszą postacią był Tomek Kozielewicz, zdobywca dwóch bramek. Goście do samego końca walczyli o korzystny rezultat i kilkukrotnie byli blisko doprowadzenia do remisu.

Ostatecznie gospodarze wygrali 4:3 po bardzo otwartym, szybkim i emocjonującym meczu, w którym nie brakowało walki, dynamicznych akcji i piłkarskiego chaosu.

Spotkanie Elitarnych Gocław z Lisami Bez Polisy od początku toczyło się pod dyktando gości, którzy prezentowali się dojrzalej i skuteczniej w ofensywie. Gospodarze starali się odpowiadać własnymi akcjami, ale długo brakowało im konkretów pod bramką rywali, tym bardziej, że Krystian Załucki był dobrze dysponowany i skutecznie gasił kolejne próby.

Lisy Bez Polisy przez pierwszą połowę stopniowo budowały przewagę i po około 25 minutach gry prowadziły już 0:4.

W drugiej połowie Elitarni Gocław ruszyli do odrabiania strat. W pewnym momencie dokonali zmiany bramkarza, wprowadzając na tę pozycję Marcina Branowskiego. Grający na co dzień w polu zawodnik poradził sobie na tej pozycji, tracąc zaledwie jedną bramkę przez resztę spotkania. Wcześniej Marcin Głębocki wpuścił sześć trafień.

Elitarni zdołali trzykrotnie pokonać Załuckiego, a bramki zdobyli Arkadiusz Rychert, Konstanty Brzozowski i Wojciech Sekulak. Po stronie zwycięzców najskuteczniejsi byli Damian Borkowski i Kamil Jarosz, którzy trafiali po dwa razy, a na listę strzelców wpisali się też Kacper Tabaka, Przemysław Goworek i Robert Prządka. Nie sposób jednak nie wspomnieć o Krystianie Załuckim, który był pewnym oparciem dla swojej drużyny przez całe spotkanie i zasłużenie odebrał tytuł MVP.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 3:7 dla Lisów Bez Polisy.

Niedzielne granie na Arenie Grenady rozpoczęło się od starcia w 13. lidze pomiędzy White Foxes a Nieuchwytnymi. Spotkanie drużyn z 4. i 7. miejsca miało ogromne znaczenie, bo w takich meczach punkty często ważą więcej, niż wskazywałaby sama tabela. Przed pierwszym gwizdkiem lekkim faworytem wydawali się Nieuchwytni, którzy po ostatniej porażce chcieli jak najszybciej wrócić na właściwe tory.

Początek spotkania był jednak prawdziwym zaskoczeniem. Już na starcie Dawid Piątek najlepiej odnalazł się przy piłce po zamieszaniu w polu karnym i sprytnym uderzeniem z dobitki wyprowadził White Foxes na prowadzenie. Taki start mógł dodać Lisom pewności siebie i ustawić mecz pod ich dyktando. Stało się jednak zupełnie odwrotnie. Stracona bramka wyraźnie obudziła Nieuchwytnych. Goście zaczęli grać spokojniej, dojrzalej i z dużo większą kulturą piłkarską. Coraz częściej zamykali rywali na ich połowie, długo utrzymywali się przy piłce i systematycznie budowali kolejne sytuacje bramkowe. White Foxes próbowali odpowiadać kontrami, ale z każdą minutą coraz trudniej było im wydostać się spod wysokiego pressingu przeciwników. W końcu impas został przełamany. Po strzale i rykoszecie piłka znalazła drogę do siatki, a autorem trafienia był Yukhymuk. Od tego momentu mecz praktycznie toczył się już pod dyktando Nieuchwytnych.

Goście kontrolowali tempo, cierpliwie rozgrywali piłkę i byli zdecydowanie skuteczniejsi w kluczowych momentach. White Foxes walczyli ambitnie, ale różnica jakości i organizacji gry stawała się coraz bardziej widoczna. Jednym z najpiękniejszych momentów spotkania było trafienie Huberta Roela, który popisał się kapitalnym uderzeniem zewnętrzną częścią stopy. Piłka zakręciła w taki sposób, że bramkarz nie miał absolutnie żadnych szans na reakcję - prawdziwy majstersztyk.

Ostatecznie Nieuchwytni wygrali 6:1, pokazując charakter po ostatnim niepowodzeniu i dzięki temu zwycięstwu awansując na trzecie miejsce w tabeli. Dla White Foxes sytuacja robi się bardzo trudna - porażka oznacza spadek do strefy spadkowej. Jedno jest pewne: końcówka sezonu dla obu drużyn będzie pełna emocji, bo każdy punkt może okazać się bezcenny.

W 14. kolejce 13. ligi lider Boiskowy Folklor podejmował drużynę z ostatniego miejsca - Siwy Koń. Zespoły dzieliło aż 27 punktów w tabeli, dlatego gospodarze byli na papierze zdecydowanym faworytem tego spotkania. Boisko szybko zweryfikowało jednak te przewidywania.

Spotkanie zdecydowanie lepiej rozpoczęła drużyna Siwego Konia. Już w 3. minucie wynik meczu otworzył Jurij Pijasiuk, a zaledwie siedem minut później ponownie wpisał się na listę strzelców, dając swojej drużynie sensacyjne prowadzenie 2:0 nad liderem. Boiskowy Folklor długo nie potrafił odpowiedzieć, jednak w 18. minucie świetnie wypracowaną akcję Kacpra Miriuka wykończył Adam Jankowski, zdobywając bramkę kontaktową. Dwie minuty później ten sam zawodnik ponownie pokonał bramkarza rywali i doprowadził do wyrównania. Do końca pierwszej połowy żadna z drużyn nie zdołała już trafić do siatki i na tablicy wyników widniał rezultat 2:2.

Po przerwie Boiskowy Folklor przejął inicjatywę. W 32. i 39. minucie znakomitą współpracę pokazali Kacper Miriuk oraz Ariel Kucharski, dzięki czemu lider objął prowadzenie. Ariel Kucharski po raz kolejny udowodnił, że jest kluczową postacią zespołu i najgroźniejszym zawodnikiem pod bramką rywali. Od 40. minuty mecz całkowicie się otworzył. Obie drużyny ruszyły do ofensywy, a kibice oglądali prawdziwy festiwal bramek. W tej wymianie ciosów zdecydowanie lepiej odnalazł się Boiskowy Folklor, który ostatecznie wygrał spotkanie 8:5.

Mimo porażki drużynie Siwy Koń należą się ogromne brawa za charakter i odwagę. Zespół z samego dołu tabeli nie przestraszył się lidera i przez długi czas grał jak równy z równym, momentami nawet dyktując warunki na boisku. Szczególnie początek meczu pokazał, że w tej lidze nie ma łatwych spotkań, a każde lekceważenie rywala może bardzo szybko zostać wykorzystane.

Z kolei Boiskowy Folklor udowodnił, dlaczego znajduje się na szczycie tabeli. Drużyna potrafiła odrobić straty, zachować spokój w trudnym momencie i wykorzystać swoje największe atuty w ofensywie. Kapitalny mecz rozegrali Kacper Miriuk, który napędzał większość akcji ofensywnych, oraz Ariel Kucharski i Adam Jankowski, którzy w kluczowych momentach wzięli ciężar zdobywania bramek na siebie.

W 13. lidze zmierzyły się ze sobą Borowiki i Joga Bonito. Ci pierwsi nie mogli sobie pozwolić na porażkę, jeśli nadal chcieli liczyć się w walce o podium. Z kolei Joga Bonito również musiała wygrać, by kontynuować pogoń za pierwszym miejscem.

Zapowiadanego wyrównanego i pełnego napięcia meczu jednak nie było. Już od pierwszych minut tempo oraz warunki gry narzucili zawodnicy Joga Bonito. To oni dłużej utrzymywali się przy piłce, częściej atakowali i regularnie stwarzali zagrożenie pod bramką rywali. Borowiki praktycznie nie potrafiły na to odpowiedzieć - brakowało zarówno skuteczności w ofensywie, jak i stabilności w defensywie. Efekt? Aż 5:0 do przerwy i praktycznie brak większej intrygi przed drugą połową.

Druga połowa przebiegała już znacznie spokojniej. Joga Bonito nieco się rozluźniło i pozwalało rywalom na więcej, a Borowiki próbowały atakować i zdobywać kolejne gole. To jednak otwierało jeszcze więcej przestrzeni do kontrataków dla liderów spotkania. Ostatecznie druga połowa zakończyła się minimalnym zwycięstwem Joga Bonito 4:3, a cały mecz wynikiem 9:3.

W składzie zwycięzców niemal każdy dołożył coś od siebie w ofensywie, ale szczególnie warto wyróżnić Kamila Pietrzykowskiego, który ustrzelił hat-tricka, oraz Łukasza Krysiaka, autora gola i dwóch asyst.

14 Liga

To był chyba ostatni moment, by jeszcze spróbować zachwiać pewnym marszem Zadymiarzy po mistrzostwo. Gdyby Oldboys Derby II wygrało to spotkanie, strata zmniejszyłaby się do sześciu punktów i można byłoby jeszcze przynajmniej teoretycznie marzyć o walce o tytuł. Stało się jednak inaczej - zwycięstwo odnieśli faworyci i tym samym już w następnej kolejce mogą zapewnić sobie mistrzostwo ligi.

Sam mecz wcale nie był jednak dla lidera łatwy. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana. Obie drużyny próbowały kreować sytuacje i żadna nie zamierzała jedynie bronić dostępu do własnej bramki. Mimo wszystko klarownych okazji było stosunkowo niewiele. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze po trafieniu Dominika Zawiślaka, ale Oldboys szybko pokazali, że nie zamierzają odpuszczać. Do wyrównania doprowadził Dariusz Sierawski i do przerwy na tablicy widniał remis.

Druga połowa rozpoczęła się niemal identycznie, bo od wymiany ciosów. Na gola Gorzelińskiego odpowiedział Łukasiewicz i z każdą minutą coraz bardziej czuć było, że o wyniku zdecyduje jeden moment, jeden błąd albo przebłysk indywidualnej jakości. Końcowy akord należał jednak do lidera ligi. Najpierw do siatki trafił Dela, a chwilę później Zawiślak praktycznie zamknął spotkanie, wbijając symboliczny „gwóźdź do trumny”.

Tym samym Zadymiarze pewnym krokiem zmierzają po mistrzostwo, a Oldboys Derby II pozostaje walka o jak najwyższe miejsce na podium. Drugie wciąż jest w ich zasięgu, a choć medal wydaje się już niemal pewny, drużyna na pewno będzie chciała wycisnąć maksimum z ostatnich kolejek sezonu.

Spotkanie pomiędzy FC Olimpik a Warsaw Pistons zapowiadało się niezwykle ciekawie już przed pierwszym gwizdkiem. Olimpik przystępował do meczu z 5. miejsca w tabeli i wciąż liczył się w walce o awans do górnej części stawki. Z kolei Pistons znajdowali się tuż nad strefą spadkową, dlatego każdy punkt miał dla nich ogromne znaczenie. Obie drużyny miały więc o co grać i było to widać od pierwszych minut.

Lepiej spotkanie rozpoczął Olimpik, który już w 1. minucie objął prowadzenie po trafieniu Vladymyrskiego po podaniu Zhukova. Chwilę później Olimpik podwyższył prowadzenie dzięki bramce samobójczej zawodnika Warsaw Pistons w 8. minucie i wydawało się, że gospodarze całkowicie kontrolują przebieg meczu. Pistons nie zamierzali się jednak poddawać i stopniowo wracali do gry. W 23. minucie Mikulski wykorzystał podanie Kafarskiego i zdobył kontaktową bramkę dla swojego zespołu.

Po przerwie Pistons poszli za ciosem. W 30. minucie Chodziński, ponownie po asyście Kafarskiego, doprowadził do wyrównania, a sytuacja Olimpiku zrobiła się bardzo nerwowa. Lider ofensywy Olimpiku nie zamierzał jednak odpuszczać - trzy minuty później Novakovskyi zdobył bramkę po podaniu Vladymyrskiego, ponownie wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. W 36. minucie ten sam zawodnik ponownie wpisał się na listę strzelców po asyście Prokopchuka i Olimpik odzyskał kontrolę nad spotkaniem.

Końcówka należała do Olimpiku, który wykorzystał doświadczenie i większy spokój w decydujących momentach. W 43. minucie Pyvovar podwyższył wynik po podaniu Petriva, a chwilę później Zhukov zdobył kolejną bramkę po asyście Diachenki. Pistons walczyli do samego końca i w 48. minucie Chodziński zdobył jeszcze gola po podaniu Bogusza, ale na więcej zabrakło już czasu.

Ostatecznie FC Olimpik wygrał emocjonujące spotkanie 6:3 i dopisał bardzo ważne trzy punkty, utrzymując kontakt z czołówką tabeli. Warsaw Pistons mimo porażki pokazali charakter i długo byli bardzo blisko sprawienia niespodzianki.

Ten mecz był dla obu ekip szansą na wyjście z kryzysu i odwrócenie złej passy kilku kolejek bez zwycięstwa. Teoretycznie faworytem powinna być znajdująca się zaraz za podium ekipa Santiago, ale zdecydowanie większą mobilizację dało się odczuć w drużynie Adriana Kanigowskiego.

Elekcyjna szybko narzuciła swoje warunki gry i równie szybko wyszła na prowadzenie – już w 2. minucie wynik otworzył Krystian Pijanowski. Zabrakło jednak pójścia za ciosem i koncentracji w defensywie, bo w 7. minucie wyrównał Bartosz Chamera. Kolejny gol padł dopiero w końcówce pierwszej połowy i znów Elekcyjna wyszła na prowadzenie – ponownie asystował Bartek Brulikus, a gola zdobył Karol Wierzchoń. Drużyny udały się więc na przerwę przy stanie 1:2.

Przerwę zdecydowanie lepiej wykorzystali gospodarze, bo po zmianie stron Santiago z minuty na minutę grało lepiej, za to Elekcyjna popełniała coraz więcej błędów. Gości zgubiła też nonszalancja, bo w 30. minucie zmarnowali przysłowiową „setkę” właśnie z powodu nadmiernej pewności siebie. Szybko się to zemściło, bo w 33. minucie do wyrównania doprowadził Szymon Czyżewski, a ofensywa Elekcyjnej była coraz mniej skuteczna.

W 35. minucie goście znów mieli doskonałą okazję na zdobycie gola i ponownie nie byli w stanie skierować piłki do siatki. Remis utrzymywał się do 42. minuty, kiedy oglądaliśmy kalkę z poprzedniego gola Santiago – Paweł Balcerkiewicz podał na lewe skrzydło, a Max Poczman nie dał szans bramkarzowi Elekcyjnej. Na minutę przed końcem Santiago Remberteu podwyższyło nawet na 4:2, a gola zdobył Konrad Domański. Wydawało się, że jest już zupełnie po meczu, ale o dziwo Elekcyjna się obudziła i już w kolejnej akcji Jakub Mydłowiecki zdobył gola na 4:3, przez co gospodarze musieli drżeć o wynik do samego końca.

Chwilę później Tomasz Pawlak przypieczętował jednak zwycięstwo Santiago, zdobywając gola na 5:3 i gospodarze mogli cieszyć się z bardzo ważnych trzech punktów.

Patrząc na wynik, można odnieść wrażenie, że było to dość jednostronne spotkanie, ale jest to wrażenie zupełnie mylne. Niech świadczy o tym chociażby fakt, że pierwszy gol padł dopiero w końcówce pierwszej połowy.

Kanarki były tutaj teoretycznym faworytem, ale musiały się sporo napracować na swoje zwycięstwo. Niby inicjatywa od samego początku była po stronie gospodarzy, jednak drużyna Mateusza Chatrego słusznie nie lekceważyła przeciwnika i cierpliwie budowała swoją przewagę. Krzysztof Wiśniewski miał sporo pracy między słupkami swojej bramki i trzeba przyznać, że dobrze się ustawiał, bo zanim udało się otworzyć wynik, Jakub Gałęzowski dwa razy obił słupek – najpierw z dystansu, a po chwili z okolic pola karnego. Gol dla Kanarków wisiał jednak w powietrzu i w końcu w 23. minucie na 1:0 trafił Mateusz Chatry.

Kapitan gospodarzy zdążył jeszcze przed przerwą skompletować dublet, kiedy przejął niedokładne rozegranie piłki i nie dał szans bramkarzowi. Na początku drugiej połowy Kanarki mogły dość szybko zamknąć mecz – sędzia podyktował rzut karny, ale Olek Stach fatalnie przestrzelił. Sytuacja ta błyskawicznie się zemściła i goście wyprowadzili akcję zakończoną golem Marka Malenki. Heavyweight Heroes mieli swój moment, ale nie poszli za ciosem i tym razem to oni padli ofiarą piłkarskiego porzekadła o niewykorzystanych sytuacjach.

W 39. minucie podanie przez całe boisko posłał golkiper Kanarków, a Jakub Gałęzowski tym razem nie dał szans Krzysztofowi Wiśniewskiemu i strzelił na 3:1. Ten gol wyraźnie podciął skrzydła gościom, bo w przeciągu niecałych czterech minut Jakub Gałęzowski zapunktował ponownie, a swoje dołożył też Tomasz Markowicz i było już praktycznie po meczu.

Kropkę nad „i” postawił Mateusz Chatry, kompletując hat-tricka i ustalając wynik na 6:1.

Mecz pomiędzy Klikers a BRD Young Warriors od początku zapowiadał się na ofensywne widowisko i dokładnie taki przebieg miało całe spotkanie. Ostatecznie skuteczniejsi okazali się zawodnicy Klikers, którzy po emocjonującej końcówce wygrali 6:4.

Choć to właśnie Klikers częściej atakowali od pierwszych minut, jako pierwsi prowadzenie objęli Young Warriors. W 7. minucie Gałecki minął jednego z rywali i pewnym strzałem otworzył wynik spotkania. Chwilę później do wyrównania doprowadził Leszczyński, kierując piłkę do pustej bramki, jednak odpowiedź rywali była błyskawiczna. Nowicki popisał się bezpośrednim trafieniem z rzutu wolnego i ponownie dał prowadzenie swojej drużynie.

Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, a obie ekipy regularnie stwarzały zagrożenie pod bramką przeciwnika. Jeszcze przed przerwą Klikers wyszli na prowadzenie, a bramkę na 3:2 mocnym strzałem zdobył Wąsowski.

Po zmianie stron tempo meczu wcale nie spadło. Young Warriors szybko mogli wyrównać, ale piłka zatrzymała się na słupku. W 34. minucie ponownie błysnął Gałecki, który mocnym strzałem po długim słupku doprowadził do remisu. Choć bramkarz był bliski interwencji, piłka po jego rękach ostatecznie wpadła do siatki.

Końcówka spotkania była prawdziwą wymianą ciosów. Najpierw prowadzenie odzyskali Klikers, jednak odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Chwilę później sytuację dodatkowo skomplikowała czerwona kartka dla bramkarza - Alka Prządki.

Mimo gry w osłabieniu to właśnie zawodnicy Klikers lepiej wytrzymali końcówkę meczu. W 46. minucie wykorzystali kontratak i ponownie wyszli na prowadzenie, a chwilę później skorzystali z faktu, że rywale ruszyli do ataku całym zespołem i trafieniem do pustej bramki ustalili wynik spotkania na 6:4.

15 Liga

Dobrze znane wielu fanom ligi Los Rogalos podejmowało Oldboys Derby III w spotkaniu rozegranym podczas minionego weekendu na naszych ligowych obiektach. Walczące o utrzymanie Rogale - nie świętomarcińskie z Poznania, a bardziej warszawskie niczym Legia - miały plan, by postawić się wyżej notowanemu rywalowi. Goście po wpadce z poprzedniego tygodnia chcieli natomiast podgonić ligową czołówkę. Wszystko zapowiadało ogromne emocje i rzeczywiście zdecydowanie ich nie zabrakło.

Początek meczu zwiastował jednak istną demolkę i powrót do niechlubnej przeszłości gospodarzy. Praktycznie każda piłka, którą dostawał Łukasz Łukasiewicz, napastnik zespołu gości, kończyła się golem. Trzy szybkie bramki zdobyte w odstępie kilku minut kompletnie nie zapowiadały jednak tego, czym gospodarze uraczyli nas w drugiej połowie.

O ile pierwsza część spotkania oraz początek drugiej odsłony przebiegały pod wyraźne dyktando gości, którzy prowadzili już 7:2, o tyle ostatnie kilkanaście minut było prawdziwą „La Zabawa” w wykonaniu zespołu Mateusza Drumlaka. Sam kapitan wziął odpowiedzialność na swoje barki i zdobył aż cztery gole, z czego trzy podczas kapitalnego powrotu swojej drużyny. Rogale zaczęły seryjnie trafiać do siatki i do nijakiej gry z pierwszej połowy dołożyły w drugiej to, co w rogalikach lubimy najbardziej - trochę słodyczy. W prawdziwych rogalkach słodycz znajduje się zwykle w środku, tak tutaj właśnie środek pola został kompletnie zdominowany przez gospodarzy podczas ostatniego kwadransa. Atak za atakiem dawali pokaz charakteru, determinacji i wytrwałości, który ostatecznie zakończył się małym sukcesem.

Zwycięstwo byłoby czymś absolutnie wyjątkowym, ale nawet ten remis gospodarze zapewne przyjmą z pocałowaniem ręki. Goście mogą natomiast pluć sobie w brodę, bo po pierwszej połowie mieli Rogali podanych niczym danie na talerzu, lecz w sobie tylko znany sposób wypuścili trzy punkty z rąk...

Było to spotkanie zwieńczające dzień zmagań na Arenie Grenady, a jednocześnie absolutny hit 15. ligi. Biorąc pod uwagę, że obie ekipy walczą bezpośrednio o pierwsze miejsce, można zaryzykować stwierdzenie, że był to przedwczesny mecz o mistrzostwo. I jak to zwykle w 15. lidze, nie zabrakło smaczków, które można oglądać tylko na tym poziomie Ligi Fanów. Bo gdyby policzyć gole zdobyte przez obie ekipy, wyszłoby, że to Green Team strzelił więcej… a jednak przegrał. Jak to możliwe? Otóż gościom przydarzyły się aż dwa samobóje i to w sytuacji, gdy ekipa Marcina Walczaka prowadziła.

W 4. minucie zamieszanie pod bramką Yug.Budu wykorzystał Łukasz Jakubowski i głową skierował piłkę do siatki. Gospodarze, choć nieskuteczni, byli bardzo aktywni w ofensywie – w 8. minucie słupek uratował Green Team przed utratą bramki, a w 13. minucie Yurii Humeniuk zmarnował przysłowiową „setkę”. Ofensywa gospodarzy była jednak nieugięta i już w 15. minucie padł pierwszy samobój, a jego autorem był strzelec poprzedniego gola, czyli Łukasz Jakubowski. W niemal ostatniej akcji pierwszej połowy Vladyslav Ostrovsky wrzucił piłkę z rzutu rożnego, a fatalną interwencją „popisał się” Sebastian Durański i piłka znalazła się w siatce.

W drugiej części spotkania gospodarze wciąż nie grzeszyli skutecznością, ale mieli też wyjątkowego pecha, bo aż trzykrotnie piłka odbijała się od słupka. Za to zdecydowanie lepiej wyglądała formacja defensywna, bo ani Grzegorz Świercz, ani Piotr Waszczuk nie byli w stanie wypracować sobie klarownej sytuacji strzeleckiej. Goście mogą mieć też trochę pretensji sami do siebie, bo choć gonili wynik, w ich atakach czegoś wciąż brakowało – może przyspieszenia, może niekonwencjonalnego zagrania, a może zwyczajnego szczęścia.

Koniec końców gościom nie udało się już zdobyć bramki, a w 48. minucie Volodymyr Kharin w końcu przełamał niemoc strzelecką napastników Yug.Budu i ustalił wynik meczu na 3:1. W efekcie gospodarze zmazali hańbę sprzed tygodnia i odzyskali fotel lidera. Green Team ma teraz punkt straty i wciąż będzie aktywnie walczył o mistrzostwo, ale w teoretycznie najważniejszym meczu zawiódł i będzie musiał teraz liczyć na potknięcie swojego głównego rywala.

Spotkanie od pierwszych minut lepiej układało się dla Pogromców Poprzeczek. Kapitalnie w środku pola prezentował się Mateusz Niewiadomy, który świetnie kontrolował tempo gry i raz po raz obsługiwał kolegów znakomitymi podaniami. Efekty przyszły bardzo szybko, gdyż najpierw jego dogranie wykorzystał Olek Markowski, a chwilę później po kolejnej asyście Niewiadomego do siatki trafił Dariusz Kozłowski. Goście błyskawicznie objęli dwubramkowe prowadzenie i wydawało się, że mają pełną kontrolę nad meczem.

Wombaty nie zamierzały jednak odpuszczać. Gospodarzy do walki poderwał Wojtek Grabowski, który dwukrotnie znalazł drogę do bramki rywali i doprowadził do wyrównania. Emocje rosły z każdą minutą, ale z przebiegu gry to Pogromcy prezentowali się dojrzalej i groźniej w ofensywie. Jeszcze przed przerwą ponownie błysnął Mateusz Niewiadomy, tym razem sam kończąc akcję celnym strzałem i dając swojej drużynie prowadzenie 3:2 do przerwy.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Pogromcy Poprzeczek nadal prowadzili grę i stwarzali sobie kolejne sytuacje, jednak świetnie między słupkami spisywał się bramkarz Wombatów – Kacper Mitręga, który kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą gola. Niewykorzystane okazje zemściły się, gdy gospodarze ponownie doprowadzili do remisu po trafieniu Szymona Godonia.

Radość Wombatów nie trwała jednak długo. Pogromcy odpowiedzieli niemal natychmiast, a po raz kolejny bohaterem został Mateusz Niewiadomy, który najlepiej odnalazł się w zamieszaniu podbramkowym i ponownie wyprowadził gości na prowadzenie. Kilka minut później swoją okazję wykorzystał Aleksander Peszko i zrobiło się 5:3 dla Pogromców.

Choć mecz powoli zmierzał ku końcowi, gospodarze wciąż walczyli o korzystny rezultat i ponownie zmniejszyli straty do jednej bramki. Odpowiedź gości była jednak błyskawiczna, bo chwilę później znów odskoczyli na dwa trafienia i przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Ostateczny cios w końcówce spotkania zadał Norbert Plak, który ustalił wynik na 7:4 dla Pogromców Poprzeczek.

Goście zaprezentowali się zdecydowanie lepiej na przestrzeni całego meczu i w pełni zasłużenie sięgnęli po komplet punktów. Dodatkowo kapitalny występ Mateusza Niewiadomego, który tego dnia brał udział niemal przy wszystkich bramkach swojego zespołu, był niewątpliwie ozdobą tego spotkania.

Na poziomie 15. ligi na Arenie Grenady oglądaliśmy starcie drużyn znajdujących się na zupełnie różnych biegunach tabeli. Inter, który wciąż liczy się w walce o mistrzostwo, podejmował KP Syrenkę walczącą o utrzymanie. Różnica jakości między obiema ekipami była widoczna praktycznie od pierwszego gwizdka.

Zawodnicy Interu od początku narzucili bardzo wysokie tempo i byli bezlitośni dla swoich rywali. Akcja za akcją przedzierali się pod bramkę Syrenki, regularnie zdobywając kolejne gole i nie pozostawiając przeciwnikom większych szans na reakcję. Już do przerwy wynik brzmiał aż 10:0, co doskonale oddawało przebieg pierwszej połowy.

Po zmianie stron obraz gry wcale się nie zmienił. Inter nie zamierzał zdejmować nogi z gazu, a momentami spotkanie przypominało bardziej luźną gierkę treningową niż ligowy pojedynek. Goście ewidentnie bawili się futbolówką, kreując kolejne efektowne akcje i raz po raz rozbijając defensywę Syrenki. Gospodarze zdołali zdobyć cztery bramki, jednak były one głównie efektem chwilowego rozluźnienia ze strony rywali. Ostatecznie Inter odniósł imponujące zwycięstwo 21:4 i nadal pozostaje w grze o złoty medal rozgrywek. Strata do lidera wynosi obecnie cztery punkty, dlatego każdy kolejny mecz będzie miał ogromne znaczenie w walce o końcowy triumf.

Na szczególne wyróżnienie zasłużył Artem Kolianovskyi, który rozegrał kapitalne zawody. Snajper Interu aż dziewięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców, a do tego dołożył jeszcze trzy asysty, będąc absolutnie najjaśniejszą postacią tego widowiska.

Spotkanie od pierwszych minut układało się pod dyktando zawodników Szeregu, którzy wciąż pozostają w grze o miejsce na podium 15. ligi. Ich starania po kilku minutach gry przyniosły efekty. Swoją skuteczność potwierdził najlepszy strzelec zespołu Jakub Myszór, który wykorzystał dogodną sytuację i otworzył wynik meczu.

Niedzielni odpowiedzieli jednak bardzo szybko, kiedy do wyrównania doprowadził Damian Grochowski, dając swojej drużynie chwilę nadziei na korzystny rezultat. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gości. Aleksander Ryszawa wpisał się na listę strzelców i ustalił wynik do przerwy na 2:1 dla Szeregu. Trzeba przyznać, że już w pierwszej części meczu drużyna gości prezentowała się lepiej i kontrolowała przebieg wydarzeń na boisku.

Po zmianie stron Szereg Homogenizowany jeszcze mocniej zaznaczył swoją przewagę. Ponownie kluczowe role odegrali Jakub Myszór oraz Aleksander Ryszawa. Myszór dołożył kolejne dwa trafienia, kompletując hat-tricka, natomiast Ryszawa zdobył swoją drugą bramkę w meczu. W pewnym momencie goście prowadzili już 5:1 i wydawało się, że losy spotkania są praktycznie rozstrzygnięte. Mimo niekorzystnego wyniku Niedzielni nie zamierzali składać broni. W kolejnych minutach kibice oglądali otwarte spotkanie i wymianę ciosów z obu stron. Obie ekipy potrafiły stworzyć sobie groźne sytuacje pod bramką rywala, jednak skuteczniejsi pozostawali zawodnicy gości.

Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Szeregu 9:5. Dzięki temu triumfowi goście nadal liczą się w walce o ligowe podium. Niedzielni natomiast coraz bardziej muszą oswajać się z rolą outsidera 15. ligi.

16 Liga

Polegając wyłącznie na indywidualnych popisach Dominika Sobieraja, zespół Rzeźni Marki daleko nie zajedzie. Nie chcemy ujmować jakości temu zawodnikowi, ale jak w legendarnej reklamie Biedronki mówił śp. Franciszek Smuda do Jakuba Błaszczykowskiego - „Sam meczu nie wygrasz”. A Sobieraj był tego dnia przez kolegów pozostawiony praktycznie sam sobie.

Zawodnicy Będziemy Krążyć grali zdecydowanie bardziej zespołowo, co przełożyło się na bardzo dobry występ i zwycięstwo. Dzięki temu zbliżyli się do strefy dającej awans do wyższej ligi. Co ciekawe, osiągnęli ten efekt mimo dwóch szybkich ciosów na początku meczu. Strzelanie rozpoczął wspomniany Sobieraj, który popisał się pięknym golem z rzutu wolnego. Chwilę później prowadzenie podwyższył Michał Gutowski kapitalnym strzałem z dystansu. Trudno powiedzieć, czy zawodnicy Rzeźni zbyt mocno uwierzyli wtedy w swoje możliwości, ale równie łatwo, jak zdobyli dwa gole, oddali prowadzenie. Brak koncentracji skutkował trafieniami Wojciecha Adamczyka i Jana Górczyńskiego. Kolejnymi krokami Będziemy Krążyć FC były gol Maksa Piórkowskiego dający prowadzenie, a następnie trafienia Kaia Bednarczyka i ponownie Piórkowskiego. Przy dwóch ostatnich bramkach asystował Mikołaj Cebula.

Rzeźnia jednak nie złożyła broni. Sobieraj ponownie zaskoczył wszystkich strzałem z rzutu wolnego, a następnie wkręcił piłkę bezpośrednio z narożnika boiska. Być może zawodnicy z Marek powinni zacząć częściej szukać stałych fragmentów gry, bo właśnie w nich byli najgroźniejsi. Niestety dla nich, gole Sobieraja były przeplatane kolejnymi trafieniami zawodników Będziemy Krążyć, którzy nie zamierzali pozostawiać końcowego wyniku przypadkowi. Do bramki Mikołaja Jaska trafił Cebula, a Bednarczyk zdobył gola na 7:4 po efektownym rajdzie przez całe boisko.

Wynik ustalił ponownie Sobieraj, choć tym razem miał zdecydowanie łatwiejsze zadanie. Piłka po strzale Krystiana Kozłowskiego odbiła się od poprzeczki i zdezorientowanego bramkarza, a autor czterech goli musiał jedynie skierować ją z bliska do pustej bramki. Piłka trafiła do siatki, ale trzy punkty pojechały do zawodników Będziemy Krążyć FC.

Spotkanie Ternovitsia 2 z Vitaurą od początku zapowiadało się interesująco, ale mało kto spodziewał się aż takiego rollercoastera. Goście podeszli do tego meczu w bardzo trudnej sytuacji kadrowej - bez zmian, a między słupkami stanął Umiastowski, który tymczasowo musiał wejść do bramki. Mimo tego Vitaura od początku wyglądała naprawdę dobrze i przez większość pierwszej połowy sprawiała lepsze wrażenie. Już w 2. minucie prowadzenie gościom dał Patryk Przybysz i choć Ternovitsia potrafiła odpowiadać, to Vitaura przez długi czas kontrolowała przebieg spotkania. Bardzo aktywni byli Liadryk i Hrydovyi, a goście regularnie wracali na prowadzenie lub szybko odrabiali straty. Do przerwy jednak to gospodarze schodzili z minimalną przewagą 4:3, wykorzystując końcówkę pierwszej połowy, gdy zmęczenie w ekipie Vitaury zaczynało być coraz bardziej widoczne.

Po zmianie stron goście dalej walczyli mimo coraz mniejszych sił. Terno jeszcze raz wróciła jednak do meczu - najpierw Serhii Romanovskyi zdobył kontaktową bramkę, a chwilę później Roman Shulzhenko doprowadził do remisu 6:6 i wszystko zaczęło się praktycznie od nowa.

Kluczowa okazała się jednak końcówka. Choć w trakcie meczu dojechało jeszcze dwóch zawodników, w tym nominalny bramkarz, reszta zespołu była już mocno wyczerpana fizycznie po grze bez rotacji. Ternovitsia 2 wykorzystała to bezlitośnie. Najpierw Mykhailo Hrydovyi wyprowadził gospodarzy na prowadzenie w 45. minucie, a trzy minuty później dołożył kolejne trafienie, ustalając wynik na 8:6.

Mimo porażki Vitaura zostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie. Przez długi czas, grając bez zmian, potrafiła narzucić swoje warunki i była naprawdę blisko sprawienia niespodzianki. Ostatecznie jednak szersza kadra i większa świeżość gospodarzy przesądziły o wyniku.

Choć początek spotkania nie zwiastował aż tak wyraźnego rozstrzygnięcia, PPKS Tornado z czasem przejęło kontrolę nad meczem i pewnie pokonało Ice Team 5:1. Było to już trzecie starcie tych drużyn w obecnym sezonie i po raz kolejny nie zabrakło emocji - wcześniej oba zespoły miały już na koncie po jednym zwycięstwie.

Lepiej w mecz weszło Ice Team, które w 7. minucie objęło prowadzenie po indywidualnej akcji Mianovskiego. Zawodnik przejął piłkę, ruszył samotnym rajdem i skutecznym wykończeniem akcji dał swojej drużynie prowadzenie. Początek spotkania był jednak dość spokojny i dopiero z czasem gra nabrała tempa. Najpierw do wyrównania doprowadził Janiszewski, który popisał się strzałem po długim słupku, a chwilę później prowadzenie Tornado dał Wiśniewski.

Po przerwie przewaga Tornado była coraz bardziej widoczna. Ice Team próbowało odrabiać straty i często uderzało z dystansu, jednak brakowało skuteczności. Z kolei Tornado świetnie wykorzystywało kontrataki i dużo lepiej finalizowało swoje akcje. W 28. minucie po szybkiej akcji i podaniu Radzikowskiego na 3:1 trafił Rusinek, który pewnym strzałem po ziemi wykończył kontratak. Kilka minut później po kolejnym szybkim wyjściu Tornado podwyższyło prowadzenie na 4:1.

W końcówce goście dołożyli jeszcze jedno trafienie po akcji zakończonej podaniem do pustej bramki, przypieczętowując wysokie zwycięstwo. Ice Team do samego końca próbowało wrócić do gry - było trafienie w słupek i kilka groźnych strzałów z dystansu, ale zabrakło szczęścia i dokładności przy wykończeniu akcji.

Dzięki zwycięstwu PPKS Tornado wygrało bardzo ważne spotkanie z bezpośrednim rywalem w tabeli i umocniło swoją pozycję w ścisłej czołówce ligi.

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama