reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SOCCA CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

RAPORT MECZOWY! 7. KOLEJKA - SEZON 25/25

Nie jest łatwo opisać ostatnią kolejkę jednym słowem. Było w niej wszystko: wiele czerwonych kartek, sporo nerwów, ale też to, co lubimy najbardziej, czyli dobre mecze rozegrane w sportowej atmosferze. Nie zabrakło również pierwszych zwycięstw, jak choćby triumfu Syrenki, dzięki czemu niektórzy zapamiętają dzień 9 listopada na długo.

Więcej szczegółów przygotowali dla was nasi koordynatorzy!

 
Opisy meczów 7. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :)
 
Życzymy Wam przyjemnej lektury!

Ekstraklasa

In Plus & Alpan do meczu z KSB przystępował w roli faworyta. Początek spotkania wskazywał, że zespół Janka Skotnickiego będzie tu dominował. Szybko objął prowadzenie, a nawet utrata bramki nie wybiła go z rytmu. Kolejne akcje i zimna krew pod bramką rywala pozwoliły wypracować bezpieczny, jak się wydawało, dystans.

Przy stanie 4:1 gospodarze chyba zbyt wcześnie uwierzyli, że ten mecz mają pod kontrolą. Tymczasem KSB, choć pierwsze minuty miało dalekie od ideału, konsekwentnie się rozkręcało. Efekt przyszedł jeszcze przed przerwą - goście zdobyli dwa gole i po 25 minutach rywalizacji wynik 4:3 zapowiadał spore emocje w drugiej połowie.

Ekipa Michała Tarczyńskiego wyrównała niemal zaraz po wznowieniu gry i mecz rozpoczął się na nowo. Warto podkreślić, że KSB bardzo mądrze wykorzystywało bramkarza Czarka Wachnika, który nie panikował przy pressingu rywala, a momentami wręcz zbyt odważnie zapędzał się pod bramkę przeciwników. Gospodarze, zaskoczeni dobrą defensywą rywala, mieli spore problemy ze stwarzaniem klarownych sytuacji. Goście, od stanu 5:5, po raz pierwszy objęli prowadzenie, co zmusiło ekipę Janka Skotnickiego do gry z lotnym bramkarzem. Jednak zamiast odrabiać straty, In Plus & Alpan nadziało się na kontratak i zrobiło się 5:7.

Gdy padła bramka na 6:7, jeszcze tliła się nadzieja na remis, ale ostatni strzał przez całe boisko autorstwa Maćka Grabickiego przypieczętował zasłużone trzy punkty dla beniaminka elity.

Gospodarze muszą więc szukać punktów w kolejnych meczach, natomiast KSB wygląda coraz lepiej na boisku i chyba nie będzie przesadą stwierdzić, że rozegrało swój najlepszy mecz w ekstraklasie.

W niedzielny wieczór w Ekstraklasie Ligi Fanów do rywalizacji przystąpiły ekipy KS Tanatos Browarek oraz Ogień Bielany. Pojedynek zapowiadał się bardzo ciekawie i patrząc na przedmeczowe składy, trudno było wskazać zdecydowanego faworyta. Pod nieco większą presją byli zawodnicy gospodarzy, którzy zajmowali miejsce tuż nad strefą spadkową, i to oni lepiej weszli w mecz. Już w pierwszych minutach Eryk Kopczyński otworzył wynik spotkania i było 1:0. Ogień Bielany, niezrażony takim początkiem, szybko wziął się do pracy – w 8. minucie doprowadził do wyrównania, a chwilę później objął prowadzenie po dwóch trafieniach Mateusza Michalskiego.

Kolejne minuty to ponownie dobra gra zespołu Jakuba Starosa. Świetnie w tej części meczu prezentował się dawno niewidziany na naszych boiskach Michał Knajdrowski i to głównie dzięki jego akcjom Tanatos najpierw wyrównał, a chwilę później objął prowadzenie 3:2. Choć okazji nie brakowało, a akcje przenosiły się z jednego pola karnego pod drugie, w pierwszej połowie zobaczyliśmy już tylko jednego gola – autorstwa Jana Nowaka – i na przerwę obie ekipy schodziły przy remisie 3:3.

Druga połowa zaczęła się lepiej dla Browarka. Gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie po świetnym strzale Marcina Bawolika. W kolejnych minutach przewaga gospodarzy stawała się coraz wyraźniejsza, co udokumentowali kolejnymi bramkami. W 39. minucie tablica wyników wskazywała już 6:3. Ogień Bielany co prawda zdołał jeszcze złapać kontakt i w krótkim odstępie czasu doprowadził do wyniku 6:5, jednak od tego momentu w grze młodych zawodników z Bielan widać było sporo szarpania, brakowało dokładności i przede wszystkim sił. Goście szukali swoich szans, ale tego dnia skuteczniejsi byli rywale. W końcówce doświadczony zespół Tanatos Browarek dołożył trzy kolejne trafienia, nie tracąc przy tym bramki, i to gospodarze cieszyli się z wygranej. Choć wynik był wysoki, Ogień zagrał dobre spotkanie. Decydująca okazała się końcówka, w której przeciwnicy mieli więcej energii.

Mecz był interesujący, dynamiczny i pełen akcji, a w obu ekipach widać było chęć grania w piłkę. Dzięki wygranej gospodarzy tabela Ekstraklasy mocno się spłaszczyła, co zapowiada wielkie emocje w kolejnych spotkaniach. Szansa na poprawę sytuacji w tabeli już w najbliższą niedzielę.

Gladiatorzy Eternis w tym sezonie jeszcze nie przegrali i na starcie z Otamanami wyszli z zamiarem zdobycia kolejnych punktów. Otamany, po dobrych występach, liczyli na wyrównany pojedynek i od początku niezwykle zmotywowani przystąpili do rywalizacji z mistrzem Ligi Fanów.

Pierwsze minuty to dobre sytuacje dla drużyny z Ukrainy, ale w bramce kapitalnie spisywał się Bartek Gwóźdź. Gdy gospodarze pozwolili rywalom się „wyszumieć”, sami przystąpili do strzelania bramek, a głównym architektem trafień był Borys Ostapenko, były gracz Otamanów. To właśnie jego gole dały spokój w grze i kontrolę nad meczem.

Zespół Olega Bortnyka atakował i walczył, ale bramki zdobywali przeciwnicy. Do przerwy było już 6:0 i trudno było przypuszczać, że goście zdołają odwrócić losy spotkania. Po zmianie stron szybko zdobyta bramka dawała nadzieję na bardziej wyrównany mecz, jednak Gladiatorzy błyskawicznie wrzucili wyższy bieg, a kolejne trafienia jasno pokazały, że o emocje w tym starciu nie będzie łatwo. W końcówce spotkania, przy wysokim wyniku, Otamany zdołały jeszcze trafić trzykrotnie, ale ostatecznie to zespół Michała Dryńskiego wygrał 11:4 i pozostaje niepokonany w lidze.

Otamany muszą szukać punktów w kolejnych potyczkach – jeśli poprawią grę w defensywie, która w niedzielę zupełnie im nie wychodziła, mogą realnie myśleć o miejscu w środku tabeli na koniec rundy jesiennej.

W 7. kolejce na najwyższym poziomie rozgrywkowym doszło do spotkania pomiędzy dwoma zespołami z dołu tabeli. FC Impuls UA do tej pory wygrał tylko jedno spotkanie, podobnie jak Tur Ochota, jednak wyprzedzał ekipę z Ochoty, mając jeden rozegrany mecz mniej – to efekt przełożenia jednego starcia przez drużynę gospodarzy. Od początku rywalizacja stała na bardzo wysokim poziomie piłkarskim i już po kilku minutach obydwie drużyny stworzyły sobie bramkowe sytuacje. W kolejnych fragmentach spotkania bardziej skuteczni byli gospodarze, którzy trzy razy pokonali golkipera rywali i mieliśmy 3:0. Świetnie na boisku czuł się duet Budz – Petlyak, który wspólnie rozbił obronę gości.

W dalszej części pierwszej połowy to przyjezdni częściej stwarzali groźne sytuacje, jednak nie potrafili pokonać Pawła Wysockiego. Bramkarz Tura ponownie zabłysnął tuż przed przerwą, gdy świetnie wypatrzył Szymona Mazurka, a ten pewnie pokonał bramkarza zespołu z Ukrainy i drużyny schodziły na przerwę przy wyniku 3:1.

Początek drugiej połowy zaczął się od trafienia graczy Impulsu, którzy powiększyli swoją przewagę do czterech bramek i było 4:1. Kilka minut później tablica wyników wskazywała już rezultat 5:1 i wydawało się, że emocje w tym spotkaniu dobiegły końca. Nic bardziej mylnego – od tego momentu w doświadczony zespół z Ochoty wstąpiły nowe siły i panowie zaczęli odrabiać straty. Sygnał dał Konrad Kowalski, który najpierw mocnym i precyzyjnym strzałem zdobył bramkę na 5:2, a chwilę później dobił odbitą piłkę i było już 5:3.

Warto wspomnieć, że Tur Ochota zdecydował się na grę z lotnym bramkarzem, co poprawiło rozegranie piłki i dało możliwość grania z przewagą. Takie rozwiązanie przyniosło kolejne trafienie dla gości i przy wyniku 5:4 emocje wróciły na boisko. Drużynie Impulsu długo zajęło przestawienie się na taki styl gry rywala, jednak doświadczenie gospodarzy zrobiło swoje – poradzili sobie z presją, a efektem było trafienie Danila Kuznetsova.

Tur próbował jeszcze odrabiać straty, lecz w końcówce zabrakło już precyzji i prawdopodobnie sił, bo większość kontrataków gospodarzy kończyła się utratą bramki. Swoją przewagę utrzymali do końcowego gwizdka sędziego, a pojedynek dwóch jak dotąd najsłabszych drużyn w lidze zakończył się wynikiem 8:4. Dzięki wygranej FC Impuls UA dopisał na swoje konto kolejne trzy punkty.

To był pokaz jakości, stylu i piłkarskiej dojrzałości. EXC Mobile Ochota, aktualni mistrzowie Europy w futbolu sześcioosobowym, zagrali dokładnie tak, jak na drużynę tego kalibru przystało – pewnie, efektownie i z ogromnym spokojem w każdym aspekcie gry. Od pierwszej do ostatniej minuty kontrolowali tempo, piłkę i sytuację na boisku, a ich zwycięstwo nad Lakoksami było w pełni zasłużone.

Gdy patrzyło się na grę EXC, widać było organizację i perfekcyjnie zgraną strukturę drużyny. Każdy zawodnik wiedział, gdzie ma być i co ma robić. Z tyłu pewnie grał Łysik, który nie tylko świetnie bronił, ale imponował również grą nogami – zanotował nawet dwie asysty, co u bramkarzy jest rzadkością. Jego podania otwierające ataki zapoczątkowały kilka kluczowych akcji bramkowych.

W polu dominowali "bracia" Nowakowscy, którzy po raz kolejny potwierdzili, że są prawdziwymi liderami drużyny – opanowani, kreatywni i skuteczni. Kacper Cetlin imponował szybkim dryblingiem i odważnymi wejściami, Władysław Oryszczuk doskonale znajdował wolne przestrzenie, a Karol Bienias z chłodną głową rozdzielał piłki i utrzymywał odpowiednie tempo gry. Na szczególne wyróżnienie zasłużył Jan Grzybowski, który skompletował hat-tricka i był jednym z najaktywniejszych zawodników na boisku.

Drużyna Lakoksów, mimo wysokiej porażki, również zasługuje na uznanie. Grali ambitnie, nie chowali się za podwójną gardą i próbowali atakować, choć przeciwko takiej maszynie jak EXC Mobile trudno o przestrzeń i czas na decyzję. Ten mecz na pewno będzie dla nich cenną lekcją, która zaprocentuje w kolejnych spotkaniach.

Dla EXC Mobile Ochota to kolejne potwierdzenie, że forma rośnie w idealnym momencie. Zespół wygląda kompletnie – z tyłu stabilnie, w środku kreatywnie, a z przodu zabójczo skutecznie. To świetny prognostyk przed nadchodzącym starciem z Gladiatorami, podczas gdy Lakoksy będą szukać punktów w ważnym meczu z FC Impuls UA.

1 Liga

Sirius mierzy w mistrzostwo, dlatego mecz z Presleyem gospodarze musieli koniecznie wygrać, by nie stracić kontaktu z głównymi rywalami w walce o złote medale. Presley również nie mógł przejść obok tego spotkania obojętnie – goście walczą o utrzymanie, więc punkty zdobyte z tak wymagającym rywalem byłyby dla nich na wagę złota.

Od początku meczu ekipa z Ukrainy nie potrafiła narzucić swojego stylu gry. Rywale dobrze się bronili i szukali okazji w kontratakach. Dodatkowo Sirius miał problemy ze skutecznością, co przekładało się na coraz większą nerwowość w ich poczynaniach. Pierwsi na prowadzenie wyszli goście, lecz nie zdołali długo utrzymać przewagi. Gospodarze w końcu przełamali niemoc strzelecką, a gdy wyszli na dwubramkowe prowadzenie, wydawało się, że wszystko wraca do normy.

Presley jednak przed przerwą potrafił jeszcze odpowiedzieć i po 25 minutach mieliśmy wynik 3:2. Po zmianie stron goście ambitnie walczyli o wyrównanie, a mecz długo pozostawał wyrównany. Dopiero w końcówce Sirius odskoczył z wynikiem, gdy rywale opadli z sił, gospodarze zdobyli kilka kolejnych bramek, pieczętując swoje zwycięstwo.

Zespół Siriusa, mając już 18 punktów, może realnie myśleć o mistrzostwie jesieni, natomiast ekipa Presleya zapewne skupi się na walce o utrzymanie i będzie chciała zakończyć rundę poza strefą spadkową. To teraz ich najważniejszy cel na listopad.

Spotkanie pomiędzy Husarią Mokotów a zespołem Explo Team zapowiadało się na naprawdę emocjonujące i mimo niewielu goli dostarczyło wielu sporo wrażeń osobom zebranym tego dnia na naszych obiektach. Pierwsza połowa zwiastowała niezwykle wyrównany mecz. Oba zespoły długo się badały i szukały sposobów na sforsowanie defensywy rywala. Husaria w tej części postawiła na długie, składne akcje, które jednak niewiele przyniosły, natomiast goście skupili się na szczelnej obronie i próbach kontrataków.

Na pierwszego gola w tym meczu musieliśmy czekać aż do 25. minuty, gdy dosłownie przed końcem pierwszej połowy mocnym płaskim strzałem bramkę zdobył Maciek Grabicki.

W drugiej odsłonie niezawodny Maciek ponownie wziął na siebie ciężar zdobywania goli i ustrzeliwszy dublet miał dać gospodarzom oddech oraz wprowadzić nieco spokoju w ich szeregi. Nic bardziej mylnego – jak się okazało, podziałało to motywująco na Explo Team, który momentalnie zdobył bramkę kontaktową. Chwilę później goście otrzymali zasłużony rzut karny, lecz niestety dla nich Rafał Polakowski „jedenastkę” przestrzelił i nie ujrzeliśmy wyrównania.

Explo Team długo nacierał i szukał swoich szans na odwrócenie losów meczu, ale świetnie dysponowany tego dnia bramkarz Husarii – Norbert Wierzbicki – poza tą jedną sytuacją, w której skapitulował, był praktycznie nie do złamania. Dwoił się i troił, a rywale słusznie wyróżnili go później mianem zawodnika meczu, bo to m.in. dzięki niemu gospodarze dowieźli trzy punkty. Zwycięstwo przypieczętował gol Kuby Brzeskiego pod koniec spotkania.

Husaria Mokotów zdobywa kolejne trzy punkty i pnie się w górę tabeli, natomiast Explo Team będzie musiał szukać zdobyczy w kolejnych starciach.

To starcie zapowiadano jako jeden z hitów kolejki. Lider, który jeszcze nie zaznał porażki, kontra nieobliczalna, pełna temperamentu UEFA Mafia Ursynów. I rzeczywiście, kibice, którzy przyszli na to starcie, nie mogli narzekać na brak emocji - działo się dosłownie wszystko: gole, zwroty akcji, czerwone kartki i sporo napięcia.

Początek meczu był prawdziwym zaskoczeniem. To zawodnicy z Ursynowa wyglądali na lepiej zorganizowanych i skuteczniejszych. Grając z kontry, wykorzystywali każdy błąd gospodarzy, przez co bardzo szybko wyszli na trzybramkowe prowadzenie. Inferno sprawiało wrażenie zaskoczonego takim obrotem spraw, ale z czasem zaczęło łapać właściwy rytm. Najpierw Oskar Pyrzyna płaskim strzałem zdobył bramkę, a chwilę później Maciej Kumor dołożył drugie trafienie, przywracając emocje. Goście jednak ponownie trafili do siatki, nie pozwalając zbliżyć się przeciwnikowi, ale jeszcze przed przerwą Pyrzyna znów trafił i do szatni obie drużyny schodziły przy stanie 3:4.

Po zmianie stron Inferno zaczęło od mocnego akcentu - kapitalnym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Patryk Abbassi, doprowadzając do remisu. Mecz stał się bardziej taktyczny, drużyny grały ostrożniej, ale wciąż nie brakowało okazji. W połowie drugiej części spotkania to UEFA znów zaskoczyła lidera. Po składnych akcjach trafiali Szymon Falkiewicz i Adam Goleń, dając swojej ekipie prowadzenie 4:6.

Wydawało się, że goście dowiozą zwycięstwo, ale Inferno pokazało, dlaczego wciąż jest niepokonane w tym sezonie. W końcówce zagrali z ogromnym zaangażowaniem i błyskawicznie odpowiedzieli dwoma golami, doprowadzając do remisu 6:6, który utrzymał się do ostatniego gwizdka.

Niestety, mecz, który mógł być wzorem walki i charakteru, zakończył się w nieprzyjemny sposób. W końcówce doszło do niepotrzebnych przepychanek i słownych utarczek z arbitrem, po których dwóch zawodników Inferno obejrzało czerwone kartki. To ogromna strata dla lidera, zwłaszcza że w najbliższej kolejce zmierzy się z groźną ekipą Łowców FC, a ukarani zawodnicy będą zawieszeni do końca rundy.

W 7. kolejce 1. Ligi Fanów doszło do niezwykle emocjonującego starcia pomiędzy UKS TOHO Adifeed G.M. a Kebavitą, dowodzoną Buraka Cana. Obie drużyny słyną z ofensywnego stylu gry, jednak to gospodarze – ekipa TOHO – rozpoczęli spotkanie z większym spokojem i skutecznością. Do przerwy prowadzili 2:0, wykorzystując błędy rywali w ustawieniu i pewnie kontrolując środek pola. Kebavita miała swoje okazje, lecz brakowało jej zimnej krwi pod bramką przeciwnika, a kilka groźnych strzałów zablokowała dobrze zorganizowana defensywa oponentów.

Po zmianie stron wydawało się, że losy meczu są już przesądzone, zwłaszcza gdy TOHO zdobyło trzecią bramkę. Wtedy jednak do głosu doszła Kebavita, która pokazała charakter i ogromną determinację. Bohaterem końcówki został Fabian Kaleta, który wykazał się niesamowitą odwagą – zrezygnował z gry w polu, stanął między słupkami, by wzmocnić rozegranie, a mimo to sam dwukrotnie wpisał się na listę strzelców! Jego decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę – dosłownie i w przenośni.

W ostatnich minutach Kebavita zepchnęła rywala do głębokiej defensywy i dopięła swego, doprowadzając do remisu 3:3 w ostatniej akcji meczu. Spotkanie mogło się naprawdę podobać – było w nim wszystko: emocje, zwroty akcji, walka do końca i odrobina szaleństwa. Z perspektywy Kebavity, to na pewno jeden z tych remisów, które smakują jak zwycięstwo.

2 Liga

W meczu Zorii Streptiv i Contry można było spodziewać się albo jednostronnego widowiska z uwagi na częste braki kadrowe u piłkarzy Contry, albo niezwykle wyrównanego starcia, jeśli gościom udałoby się przyjechać w czołowym składzie. Niestety dla widowiska, Contra stawiła się jedynie w sześciu zawodników, a rywalizacja w takim zestawieniu przeciwko wybieganym graczom Zorii, mającym aż czterech zmienników, była po prostu nierealna.

Mecz od pierwszego do ostatniego gwizdka był czystym pogromem. Gospodarze robili na boisku, co chcieli, a obraz spotkania przypominał podwórkową grę młodszych chłopaków przeciwko starszym kolegom. Ciekawostką jest fakt, że każdy z zawodników z pola Zorii brał udział przynajmniej przy jednej bramce, choć oczywiście byli też tacy, którzy zanotowali tych udziałów znacznie więcej. Przykładem jest Vitalii Lisnychenko, który zdobył aż siedem bramek i dorzucił asystę.

Bramkarz Zorii był praktycznie bezrobotny. Cztery gole, które wpuścił, wynikały głównie z odpuszczenia gry przez kolegów z pola. Gospodarze podeszli do meczu bardzo taktycznie: widząc, że rywal przyjechał bez zmian, sami wykonywali błyskawiczne rotacje, aby każdy zawodnik mógł dać z siebie maksimum, po czym schodził, ustępując miejsca świeżemu koledze.

Tym meczem zawodnicy Zorii zdecydowanie poprawili swój bilans - zarówno drużynowy, jak i indywidualny, co może mieć znaczenie przy ewentualnych nagrodach na koniec sezonu. Mamy nadzieję, że Contra odzyska dawny blask i odbuduje się przede wszystkim kadrowo, bo to zespół, który naprawdę potrafi grać w piłkę i nieraz już to udowadniał.

Niezwykle wyrównane spotkanie mieliśmy okazję oglądać między AGAPE Team a Ukrainian Vikings. Od pierwszej do ostatniej minuty pojedynek był bardzo zacięty, a emocje, jakie zapewniły obie ekipy, stały na najwyższym poziomie.

Pierwsza odsłona była z lekkim wskazaniem na gospodarzy. To oni wykorzystali więcej swoich sytuacji, a ciężar zdobywania bramek tradycyjnie wziął na siebie Martynov. W zespole gości Dutchak dopisał do swojego dorobku dwa trafienia i wyraźnie wyróżniał się w tej części meczu.

Druga odsłona przyniosła dużo lepszą grę zespołu Ukrainian Vikings. Odrobili oni straty, a następnie wyszli na trzybramkowe prowadzenie za sprawą Yaremiego oraz ponownego trafienia Dutchaka. Zespół Agape dzielnie walczył do samego końca, a kolejne gole Martynova dawały jeszcze nadzieję na korzystny wynik. Niestety dla gospodarzy, strata była zbyt duża i nie zdołali już odrobić wszystkich bramek.

Tym samym Ukrainian Vikings dopisują do swojego dorobku cenne trzy punkty, które mogą okazać się dla nich kluczowe w walce o wyjście ze strefy spadkowej. Dla Agape to kolejna porażka, a ich sytuacja w tabeli wygląda z meczu na mecz coraz gorzej. Muszą pilnie zapunktować, bo inaczej nawet w rundzie rewanżowej będzie im bardzo trudno utrzymać się w 2. lidze.

W ramach 2. ligi zmierzyły się ze sobą ekipy Cyrkulatki oraz Dzików z Lasu. Spotkanie od samego początku miało niesamowicie równy przebieg, a momentami można było nawet powiedzieć, że gospodarze byli nieznacznie lepsi. Wszystko jednak zmieniło się w momencie, gdy na boisko dotarł świeżo upieczony zdobywca Ligi Mistrzów Socca na Krecie, czyli Karol Bienias. Pojawienie się tego zawodnika odmieniło obraz rywalizacji o 180 stopni.

Dziki zyskały drugie życie. Karol kreował im grę już od własnej bramki, niejednokrotnie omijał rywali dryblingiem, a czasem próbował swoich sił strzałami z dystansu. Cyrkulatka starała się odpowiadać, często tworząc naprawdę fajne i składne akcje, ale bardzo często brakowało tej przysłowiowej kropki nad i. W pierwszej połowie to Dziki schodziły na przerwę z prowadzeniem po golu właśnie popularnego "Bienia".

Druga część spotkania miała bliźniaczy obraz. Karol Bienias brał na siebie cały ciężar gry i rozegrania. Niemniej jednak warto pochwalić całą drużynę Dzików z Lasu za wzorową organizację. Po stracie piłki wszyscy natychmiast wracali na pozycje, każdy pilnował swojego obszaru, przez co Cyrkulatka miała niezwykle utrudnione zadanie, aby dostać się pod bramkę Wiktorowicza.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 3:1 na korzyść gości, przez co Cyrkulatka zgubiła punkty, co znacząco komplikuje jej pogoń za liderem, Ternovitsią.

Spotkanie Husarii Mokotów III z Warsaw Bandziors zapowiadało się ciekawie. Obie drużyny dobrze się znają, ale tym razem mierzyły się w nieco innych składach. Husaria chciała potwierdzić swoją rosnącą formę, natomiast Bandziorsi – przełamać serię niepowodzeń i wrócić na właściwe tory.

Już na początku meczu gospodarze objęli prowadzenie. Po sporym zamieszaniu piłka trafiła pod nogi Kapicy, który lewą nogą wpakował ją do siatki. Oba zespoły próbowały swoich sił w ataku, ale brakowało im skuteczności. Piłka kilka razy obijała słupki, a bramkarze ratowali swoje drużyny przed zmianą rezultatu. W końcu Husarii udało się znaleźć drogę do bramki – po efektownej indywidualnej akcji Starosty, który ustalił wynik do przerwy na 2:0.

Po zmianie stron Husaria mocno przycisnęła i szybko zbudowała wysoką przewagę, punktując trafieniami z bliskiej odległości. Najpierw dobrze ustawiony Kapica dobił piłkę, a następnie zrobił to Lis. Później Lewicki skutecznie zakończył kontrę. Przy wyniku 5:0 prowadzący nieco się rozluźnili, co skrzętnie wykorzystali Bandziorsi. Cichocki szybko odpowiedział na ostatnią bramkę rywali, a w końcówce Kołosowski odpalił, wykańczając dwukrotnie – z ostrego kąta oraz po efektownym zagraniu fałszem od partnera. Spotkanie zakończyło się wynikiem 5:3.

Choć końcówka należała do Bandziorsów, zdecydowanie zabrakło im czasu, by nadrobić stratę do Husarii, która przez większość meczu była stroną dominującą i zasłużenie sięgnęła po zwycięstwo. Należy jednak docenić postawę gości, którzy pokazali charakter, walcząc do ostatniego gwizdka.

W meczu na szczycie drugiej ligi zmierzyły się zespoły Ternovitsii i Rock’n Roll Warsaw. Stawka tego spotkania była wysoka, więc nic dziwnego, że obie ekipy przystąpiły do rywalizacji maksymalnie skoncentrowane. Już w pierwszej fazie meczu gospodarze zdobyli bramkę, obejmując prowadzenie. Od tego momentu goście dążyli do wyrównania i po stałym fragmencie gry dopięli swego – Vlad Voronov kapitalnie wykorzystał rzut wolny i zrobiło się 1:1.

Gospodarze jednak szybko ponownie objęli prowadzenie, zmuszając rywali do pogoni za wynikiem. Kluczowy moment meczu rozegrał się w polu karnym Ternovitsii – po starciu z obrońcami rywali Vlad Voronov padł na murawę, zahaczając jednego z przeciwników w okolicach brzucha. Sędzia po chwili przerwał grę i pokazał zawodnikowi Rock’n Rolla czerwoną kartkę. Czy słusznie? Trudno ocenić, bo sytuacja była bardzo dynamiczna i dopiero analiza powtórek mogłaby rozwiać wątpliwości co do tej decyzji.

Od tego momentu gospodarze wykorzystali przewagę, podwyższyli wynik i kontrolowali przebieg meczu. Do przerwy było 3:1. Po zmianie stron gra była wyrównana – obie drużyny miały swoje szanse, lecz brakowało skuteczności pod bramką przeciwnika i długo czekaliśmy na kolejne trafienia. W końcu Ternovitsia zdobyła gola na 4:1, praktycznie zamykając rywalom drogę do punktów.

Rock’n Roll Warsaw walczył do końca, zdołał jeszcze zmniejszyć rozmiary porażki, ale ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4:2. Ternovitsia pozostaje w tym sezonie niepokonana, a goście, mimo porażki, wciąż mają realne szanse na dobry wynik. Strata do lidera jest jak najbardziej do odrobienia.

3 Liga

W meczu FC Comeback vs Orzeły Stolicy nie spodziewaliśmy się cudów ani niespodzianek. Gospodarze rozgrywają kapitalną rundę, odnosząc głównie zwycięstwa, zaś goście są cieniem samych siebie sprzed choćby dwóch lat, kiedy potrafili postawić się najlepszym. Spotkanie od pierwszego do ostatniego gwizdka przebiegało pod pełną kontrolą i dyktandem FC Comeback.

Ofensywne trio w składzie Ivan Vidosević, Kostiantyn Didenko i Mykhailo Harkavka kompletnie rozmontowało defensywę Orzełów. Kolejno wymienieni gracze zdobyli 5 goli i asystę, 3 gole i 6 asyst oraz 4 gole i asystę, przez co śmiało można powiedzieć, że ataki 3 na 5 w tym przypadku były zabójczo skuteczne. Po pierwszych 25 minutach goście nie byli w stanie strzelić choćby jednej bramki, co tylko pokazuje różnicę i dysproporcję między obiema drużynami.

W drugiej połowie obraz meczu nieco się zmienił . To goście byli bardziej aktywni i chętnie atakowali. Jednak odrobienie siedmiu goli to zadanie z najwyższego poziomu trudności. Ta sztuka im się nie udała - strzelili cztery bramki, lecz gospodarze odpowiedzieli również czterema trafieniami do siatki Filipa Grzywaczewskiego. Ostatecznie Comeback odniósł cenne i w pełni zasłużone zwycięstwo 11:4, dzięki czemu zajmuje obecnie 3. miejsce, natomiast Orzeły Stolicy wciąż znajdują się w strefie spadkowej, mając na koncie tylko jedno zwycięstwo.

O godzinie 14:00 na Arenie AWF zmierzyły się ze sobą zespoły Tonie Majami oraz FC Łowcy II. Faworytem był zespół gości, który po bardzo wyrównanym meczu z Orzełami Stolicy sprzed dwóch tygodni był głodny punktów. Gospodarze natomiast prezentują w tym sezonie słabą formę i liczyli na przełamanie właśnie w tym spotkaniu.

Niebywałego pecha miał bramkarz Tonie Majami, który już po niespełna dwóch minutach gry nie zdążył wyczyścić zagrożenia pod własną bramką i sprokurował rzut karny. "Jedenastkę" pewnie wykorzystał wzorowo dysponowany tego dnia Anton Nautiak, dając Łowcom wymarzone otwarcie meczu. Gospodarze starali się odpowiedzieć, szukając gola wyrównującego, jednak w natłoku ataków stracili piłkę, co rywale szybko zamienili na kolejne trafienie. W końcu „Fioletowi” doczekali się zasłużonego gola – fatalny błąd w rozegraniu bramkarza wykorzystał Adam Krzyżanowski, dając swojemu zespołowi nadzieję na kontakt. Końcówka pierwszej połowy była bardzo emocjonująca, ale praktycznie w ostatniej akcji goście po raz kolejny wykorzystali rzut rożny i do przerwy prowadzili 3:1.

Po zmianie stron obraz gry zmienił się diametralnie. Od tego momentu mecz przebiegał już całkowicie pod dyktando FC Łowców II, którzy zdobyli aż siedem bramek, nie tracąc przy tym żadnej. Cały zespół prezentował się znakomicie – piłka chodziła jak po sznurku, a kibice mogli cieszyć oczy efektowną, zespołową grą. Na szczególne wyróżnienie zasługuje współpraca między Antonem Nautiakiem a Denisem Denehą – obaj mieli ogromny wkład w zwycięstwo, notując po pięć udziałów przy bramkach swojego zespołu.

Finalnie spotkanie zakończyło się wynikiem 10:1 dla FC Łowców II, którzy dzięki temu triumfowi umocnili się w ligowej tabeli. Tonie Majami natomiast traci już siedem punktów do bezpiecznej strefy, więc w rundzie rewanżowej konieczna będzie zdecydowanie lepsza skuteczność, jeśli zespół chce utrzymać się w 3. Lidze.

Spotkanie między Prykarpattią a Warsaw Sinaloa zapowiadało się może nie jako hit kolejki, ale na pewno jako mecz z charakterem. Obie drużyny znane są z dużego temperamentu i walki o każdy centymetr boiska, więc było jasne, że emocji tu nie zabraknie. I rzeczywiście od pierwszych minut czuć było napięcie.

Już w 9. minucie faworyzowana Sinaloa wyszła na prowadzenie po uderzeniu Patryka Abbassiego, który zdecydował się na strzał z dystansu po krótkim słupku i zaskoczył bramkarza gospodarzy. Chwilę później Daniel Guba obejrzał żółtą kartkę za zatrzymanie kontry, a grająca w przewadze Prykarpattia szybko to wykorzystała – Vladyslav Khmara dostał piłkę w polu karnym i wyrównał.

Przez długi czas wynik nie ulegał zmianie, co było lekkim zaskoczeniem, bo Sinaloa miała inicjatywę i wyglądała lepiej piłkarsko. Tymczasem na dwie minuty przed końcem pierwszej połowy to Yaroslav Nykyforak dał prowadzenie gospodarzom. Radość nie trwała jednak długo – błyskawiczna kontra Sinaloi w duecie Kucharczyk–Abassi zakończyła się golem, który ustalił wynik do przerwy na 2:2.

Początek drugiej połowy był niemal kopią końcówki pierwszej. Abbassi nie zwalniał tempa i już po chwili skompletował hat-tricka. Trzeba przyznać, że cała akcja była wzorowa – Guba zagrał kapitalną piłkę do Kucharczyka, ten zgrał ją w tempo, a Abbassi dokończył dzieła. Chwilę później sam Damian Kucharczyk wpisał się na listę strzelców, podwyższając prowadzenie na 4:2. Prykarpattia próbowała jeszcze wrócić do gry, ale kolejne minuty należały do gości. Obie drużyny trafiły jeszcze po razie, ustalając wynik na 3:5, po czym mecz... zamienił się w coś, co bardziej przypominało oktagon niż boisko.

Nerwy puściły po ostrzejszym faulu na Abassim, który nie wytrzymał i postanowił się odegrać. Doszło do przepychanek, padły mocne słowa, a sędzia musiał sięgnąć po żółte kartki. Na szczęście obyło się bez większych konsekwencji, a goście dowieźli swoje zwycięstwo do końca.

Sinaloa zgarnia kolejne trzy punkty i pozostaje w czołówce tabeli, natomiast Prykarpattia wciąż nie może znaleźć sposobu, by wyrwać się ze strefy spadkowej. Mecz był twardy, momentami chaotyczny, ale z pewnością nie brakowało w nim emocji – zarówno tych sportowych, jak i tych z gatunku „temperamentnych”.

To był mecz, w którym emocji nie brakowało od pierwszej do ostatniej minuty – zarówno tych sportowych, jak i pozasportowych. Spotkanie rozpoczęło się błyskawicznie, bo już w 1. minucie Valerii Shulha wykorzystał błąd w defensywie gospodarzy i z najbliższej odległości wpakował piłkę do pustej bramki. Deluxe Barbershop zareagował jednak szybko i po kilku minutach wyrównał, również po akcji zakończonej prostym wykończeniem.

Początkowa faza meczu była naprawdę wyrównana. Przez moment utrzymywał się wynik 2:2, ale później inicjatywę całkowicie przejęli goście. Vikersonn UA I ruszył z większą intensywnością, a pressing i szybkie przejście z obrony do ataku okazały się kluczem do sukcesu. W końcówce pierwszej połowy Ukraińcy trzykrotnie trafiali do siatki, budując solidną przewagę 2:5.

Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie – to goście dyktowali warunki. Kapitalny występ zaliczył Yurii Rubinski, który zdobył dwa gole i zaliczył dwie asysty, będąc centralną postacią ofensywy Vikersonna. Deluxe próbował odpowiadać, ale brakowało im precyzji i konsekwencji w defensywie. Końcówka meczu przyniosła jednak sporo nerwów. Najpierw trener Vikersonna obejrzał czerwoną kartkę za niecenzuralne słowa skierowane do sędziego, a chwilę później z boiska wyleciał również Anatolii Ursu, co całkowicie rozbiło koncentrację gości. Mimo tego przewaga była na tyle bezpieczna, że nie wpłynęło to na końcowy rezultat.

Ostatecznie FC Vikersonn wygrywa pewnie różnicą pięciu goli, prezentując świetną skuteczność i dominację w środku pola. Dla Deluxe Barbershop to kolejna bolesna lekcja – nie brakowało ambicji, ale tym razem różnica w jakości gry była zbyt widoczna.

GLK konta P.P.B. Artel Husarię Mokotów było spotkaniem wówczas lidera z trzecią drużyną ligi i zapowiadało się na naprawdę emocjonujący pojedynek, zamykający nam rywalizację na tym poziomie rozgrywkowym.

Już od samego początku widzieliśmy obraz meczu, do którego obie ekipy były dobrze przygotowane. Jedynym pytaniem pozostawało to, której drużynie bardziej opłaci się przyjęty plan. Odrobinę lepiej wyszło to gospodarzom, którzy po pierwszej połowie mogli cieszyć się z jednobramkowego prowadzenia. Goście długo utrzymywali się przy piłce, ale niewiele z tego wynikało. Dużo groźniejsi byli zawodnicy GLK, którzy, nastawieni na kontry, wyglądali na takich, którzy doskonale wiedzą, co robią i konsekwentnie realizują swoje założenia.

Druga odsłona spotkania nie różniła się znacząco od pierwszej, z tą różnicą, że faworytom piłka znacznie częściej wpadała do siatki podenerwowanych rywali, którzy wciąż nie mogli znaleźć drogi do bramki. Łukasz Trzpioła zaczarował w tym meczu bramkę GLK - dwoił się i troił między słupkami, a do tego dołożył dwie asysty, czym jeszcze bardziej zaimponował zarówno nam, jak i rywalom.

Nieco bezradna Husaria próbowała wciąż szukać okazji, ale sztuka ta udała się tylko raz, podczas gdy przeciwnicy punktowali aż czterokrotnie. Tym samym to obecny lider 3. ligi wyniósł z tego meczu pełną pulę.

4 Liga

To było jedno z tych spotkań, które idealnie pokazują, jak wyrównana potrafi być liga. Od pierwszych minut mecz trzymał w napięciu, a obie drużyny grały ofensywnie, szukając swoich szans. Już w pierwszej akcji Warszawska Ferajna objęła prowadzenie, gdy po błyskawicznym ataku i precyzyjnym podaniu Konrada Pietrzaka wynik otworzył Bartosz Panasiuk. Odpowiedź gospodarzy przyszła błyskawicznie - Łukasz Figura doprowadził do wyrównania, choć trzeba przyznać, że spory udział w tej bramce miał bramkarz gości, który nie zdołał skutecznie interweniować.

Zakapiory złapały wiatr w żagle i po kilku minutach wyszły na prowadzenie po pięknej akcji duetu Krzysztof Westenholz – Daniel Lasota, który wykończył całość celnym uderzeniem. Ferajna jednak nie zamierzała odpuszczać i do końca pierwszej połowy gra toczyła się akcja za akcję. W efekcie zobaczyliśmy jeszcze trzy bramki, a wynik do przerwy, który brzmiał 3:3, idealnie oddawał przebieg wydarzeń na boisku.

Druga część meczu była równie emocjonująca, choć nieco bardziej taktyczna. Obie ekipy poprawiły grę w obronie, a tempo momentami spadało. Mimo to nie brakowało walki i ambicji. Zakapiory ponownie wyszły na prowadzenie. Daniel Lasota zachował najwięcej zimnej krwi w zamieszaniu pod bramką i skierował piłkę do pustej siatki. Gdy wydawało się, że gospodarze dowiozą zwycięstwo, w końcówce ponownie błysnął Konrad Pietrzak, który po zamieszaniu w polu karnym dopadł do piłki i wyrównał na 4:4.

Obie drużyny do samego końca próbowały przechylić szalę na swoją stronę, ale defensywy już więcej nie dały się zaskoczyć. Wynik remisowy można uznać za jak najbardziej sprawiedliwy - był to pojedynek pełen determinacji, emocji i momentów przypominających, dlaczego futbol amatorski potrafi być tak pasjonujący.

W samo południe na Arenie AWF stanęły naprzeciw siebie ekipy BJM Development i FC Bulls. Spotkanie to zapowiadało się niezwykle emocjonująco ze względu na sytuację w ligowej tabeli – mierzyły się bowiem sąsiadujące ze sobą drużyny, które dzielił jedynie lepszy bilans bramkowy na korzyść gości.

Pierwsza połowa zdecydowanie należała do Bulls, którzy już od pierwszych minut objęli prowadzenie po trafieniu Andriya Choliyego. BJM jednak szybko odpowiedziało i już po pięciu minutach doprowadziło do wyrównania. Widać było, że obie ekipy bezkompromisowo dążą do zwycięstwa i nie zamierzają oddać choćby punktu. Przełamanie dało kolejne trafienie Choliyego, a goście, napędzeni jego formą, narzucili swoje tempo gry i do przerwy dołożyli jeszcze dwa gole. Wynik 1:4 po pierwszej połowie wydawał się dla nich bardzo komfortowy.

Po zmianie stron do głosu doszło jednak BJM, które całkowicie przejęło kontrolę nad spotkaniem i nie pozwoliło rywalom zdobyć już żadnej bramki. Grali lepiej, z większym zaangażowaniem i zasłużenie zdobyli trzy gole. Pierwszy do siatki trafił Bartek Grzybowski, który poderwał zespół do walki i dał sygnał do odrabiania strat. Prawdziwym bohaterem meczu został jednak Mikołaj Zawistowski – najpierw zdobył bramkę kontaktową, a w ostatniej minucie spotkania popisał się kapitalnym strzałem z rzutu wolnego w samo okienko, ustalając wynik na 4:4.

Remis był w pełni zasłużony – mimo lepszej pierwszej połowy w wykonaniu FC Bulls, to BJM Development zagrało znakomitą drugą część spotkania i dzięki determinacji doprowadziło do podziału punktów.

W czwartej lidze emocji nie brakowało ani przez moment. Team Ivulin, zamykający tabelę i wciąż poszukujący pierwszych punktów w sezonie, mierzył się z piątą drużyną Boca Seniors. Choć na papierze faworyt był oczywisty, boisko po raz kolejny przypomniało, że w Lidze Fanów nic nie jest dane za darmo.

Od pierwszych minut inicjatywę przejęła Boca, grając z wyraźnym spokojem i pewnością siebie. Kontrola piłki, cierpliwe budowanie akcji i dobra organizacja sprawiły, że do przerwy goście prowadzili 2:0, nie pozostawiając wątpliwości, kto rządzi na boisku. Każda ich akcja była przemyślana – zespół wyglądał dojrzale i skutecznie wykorzystywał błędy rywala.

Po zmianie stron wydarzyło się jednak coś, co rozgrzało mecz do czerwoności. Team Ivulin wrócił na murawę z nową energią, a Maxim Savoska po raz kolejny dał sygnał do ataku. Gospodarze ruszyli z impetem, zaczęli grać odważniej i w 26. minucie doprowadzili do wyrównania. Z 0:2 zrobiło się 2:2, a zapach niespodzianki unosił się w powietrzu. Jednak właśnie wtedy doświadczenie Boca Seniors zrobiło różnicę. Goście nie spanikowali, przetrwali chwilę naporu i odzyskali kontrolę. Zagrali dojrzale, cierpliwie czekając na swoje momenty. W drugiej części połowy ponownie przyspieszyli tempo i w 40. minucie prowadzili już 5:2.

Świetny występ zaliczył Adrian Wolszczak, który raz jeszcze potwierdził swoją klasę. Imponował ruchem bez piłki, opanowaniem i skutecznością pod bramką. Ale trzeba przyznać, że cały zespół Boca zagrał dojrzale, z dużą odpowiedzialnością i pewnością siebie.

Boca Seniors dzięki temu zwycięstwu wskakuje na pozycję wicelidera, potwierdzając, że celuje w najwyższe lokaty. Team Ivulin pokazał charakter i fragmentami dobrą grę, lecz wciąż musi szukać punktów w kolejnych spotkaniach, by wydostać się z dołu tabeli.

W meczu na szczycie emocji nie brakowało, a samo spotkanie miało niezwykle dramatyczny przebieg. Oba zespoły były znakomicie zmobilizowane i wystąpiły praktycznie w optymalnych składach. Hetman, jak przystało na lidera, świetnie rozpoczął mecz i już w pierwszych minutach Filip Motyczyński otworzył wynik. Chwilę później było już 0:2 – Oskar Kalicki wykorzystał doskonałe podanie od kolegi i pewnie trafił do siatki.

Furduncio starało się odrabiać straty, ale w bramce świetnie spisywał się Wiktor Stankowski. Jeszcze przed przerwą goście podwyższyli wynik, i po 25 minutach rywalizacji było 0:3. Ten bezpieczny rezultat chyba nieco uśpił drużynę Hetmana.

Druga połowa zaczęła się źle dla gości. Już na początku po kapitalnym podaniu od Douglasa Mesquity gola zdobył Rafael Andrade. Chwilę później na tablicy wyników było już 2:3 i mecz nabierał rumieńców. Gospodarze uwierzyli, że mogą odwrócić losy spotkania, a ich kolejne akcje stawały się coraz groźniejsze. Gdy Rafael Andrade wyrównał, w szeregach Hetmana dało się zauważyć złość – zawodnicy wiedzieli, że zbyt łatwo roztrwonili przewagę z pierwszej połowy.

Na szczęście dla lidera, nie spuścili głów. Hetman ponownie przejął inicjatywę i konsekwentnie dążył do zdobycia kolejnych bramek. Najpierw Grzegorz Himkowski wyprowadził zespół na prowadzenie, a po stałym fragmencie gry Damian Kucharczyk podwyższył wynik, dając przewagę dwóch trafień. Furduncio nie rezygnowało – w końcówce po rzucie wolnym Luciano Santana zdobył bramkę kontaktową, dając gospodarzom nadzieję na punkt. Na więcej jednak zabrakło czasu i to Hetman w tym prestiżowym starciu zgarnął komplet punktów.

Goście wciąż liderują w czwartej lidze bez straty punktów, natomiast Brazylijczycy, mimo porażki, pozostają w ścisłej czołówce tabeli i wciąż liczą się w walce o najwyższe cele.

Bad Boys liczyli na całą pulę w meczu z Ukraine United. Goście, którzy do tej pory nie zdobyli jeszcze ani jednego punktu, bardzo liczyli z kolei na przełamanie. W obozie gospodarzy zabrakło kilku podstawowych zawodników, jednak Bartek Podobas mimo to miał do dyspozycji trzy zmiany.

Początek spotkania należał do zespołu Ukraine United. Po składnych akcjach i niefrasobliwości w obronie gospodarzy szybko objęli prowadzenie. Sygnał do ataku dał doświadczony Kacper Stępień, który zdecydował się na strzał z dystansu; piłka po rykoszecie od Piotra Wardzyńskiego wpadła do siatki rywali. Chwilę później Bad Boys wyrównali i pierwsza połowa zakończyła się remisem.

Po zmianie stron gospodarze przejęli inicjatywę. Szczególnie aktywny pod bramką przeciwników był Sebastian Chmura, lecz tego dnia zabrakło mu szczęścia – kilka jego strzałów minimalnie mijało słupek. W końcu do bramki trafił Damian Sych i po raz pierwszy tego dnia Bad Boys wyszli na prowadzenie. Rywale jednak szybko odpowiedzieli, doprowadzając do remisu tuż po wznowieniu gry. Zespół Bartka Podobasa wiedział, że w tym meczu potrzebuje kompletu punktów, więc ponownie ruszył do ataku i dopiął swego – zdobywając bramkę na 4:3. To nie załamało jednak Ukraine United. Na kilka minut przed końcem spotkania goście zdobyli gola, który zapewnił im pierwszy punkt w trwających rozgrywkach.

Remis, patrząc na przebieg całego meczu, wydaje się sprawiedliwy. Obie drużyny na kolejne zwycięstwa będą musiały poczekać do następnych spotkań tej rundy.

5 Liga

Po serii porażek Ajaks Warszawa wreszcie wrócił na właściwe tory. Po efektownym zwycięstwie nad Warsaw Eagle gospodarze przystępowali do starcia z Dzikami z Lasu II w dobrych nastrojach. Goście z kolei wciąż okupowali dolne rejony tabeli, ale ich gra dawała nadzieję na lepsze wyniki i ciekawe widowisko tego wieczoru.

Spotkanie rozpoczęło się od przejęcia i indywidualnej akcji Oleszczuka, zwieńczonej trafieniem dla gości. Ajaks odpowiedział szybkim rozegraniem rzutu wolnego i golem Kopacza. Chwilę później kolejny błąd gospodarzy przy wyprowadzeniu piłki wykorzystał Ossowski, dając Dzikom prowadzenie. W dalszej części pierwszej połowy obie drużyny próbowały swoich sił w ataku, ale żadna nie potrafiła znaleźć drogi do bramki i wynik nie zmienił się do przerwy.

Druga połowa zaczęła się od efektownej akcji Ajaksu. Bramkarz zagrał długą piłkę przez całe boisko prosto do Kossowskiego, który tylko dołożył nogę i doprowadził do remisu. Chwilę później to rywale popełnili błąd w rozegraniu, a kolejne trafienie ponownie należało do Kopacza. Dziki błyskawicznie wyrównały po strzale Oleszczuka zza pola karnego, ale to końcówka meczu przesądziła o wszystkim. W ostatnich minutach padły aż cztery bramki – trzy dla gospodarzy, autorstwa Taradowskiego, Czyżewskiego oraz Kopacza, który wykorzystał rzut karny i skompletował hat-tricka. Goście zdołali odpowiedzieć jedynie trafieniem Brodowskiego, ustalając wynik na 6:4.

Ajaks Warszawa potwierdził bardzo dobrą formę. Dzięki świetnej końcówce, skuteczności Kopacza i pewnej grze bramkarza Zabornego podopieczni Kevina Trana dopisują kolejne cenne trzy punkty. Dziki z Lasu II, mimo ambitnej postawy, musiały uznać wyższość lepiej dysponowanego rywala.

W 7. kolejce 5. Ligi Fanów doszło do emocjonującego starcia pomiędzy Warsaw Eagle a Mareckimi Wygami – zespołami, które od początku sezonu prezentują zupełnie odmienne style gry. Mecz od pierwszych minut obfitował w dynamiczne akcje, a gospodarze szybko pokazali swoje ambicje, starając się narzucić własne tempo i zdominować środkową strefę boiska. Ich pressing i szybkie wymiany podań przynosiły kolejne okazje pod bramką rywala, jednak z czasem coraz wyraźniej zarysowywała się przewaga bardziej zorganizowanych Mareckich Wyg.

Do przerwy goście prowadzili 3:2, prezentując spokojną, przemyślaną grę, świadczącą o dużej dojrzałości taktycznej całego zespołu.

W drugiej połowie doświadczenie i zgranie faworytów okazały się decydujące. Warsaw Eagle nieustannie dążyli do wyrównania, jednak brakowało im precyzji w kluczowych momentach, a Mareckie Wygi skutecznie neutralizowały ich ofensywne zapędy. Końcowy wynik 7:4 w pełni oddaje przebieg spotkania – goście zasłużenie sięgnęli po komplet punktów, pokazując siłę ofensywy oraz skuteczność w wykańczaniu akcji.

Na wyróżnienie zasłużył Szymon Pietrucha – niski, zwinny i nieustępliwy napastnik, który popisał się dwiema asystami i ogromnym zaangażowaniem na całej długości boiska. Jego brat, Wiktor Pietrucha, również miał ogromny wkład w sukces drużyny, zdobywając bramkę i notując asystę. Wspólnie stworzyli niemal perfekcyjny duet ofensywny, doskonale rozumiejący się bez słów i nadający rytm grze Mareckich Wyg. To właśnie ich współpraca okazała się kluczowa w odniesieniu tego cennego zwycięstwa.

Zapowiedzi nie kłamały – mecz Laga Warszawa z FC Fenix dostarczył emocji od pierwszej do ostatniej minuty. Gospodarze, znani z twardej gry i licznych remisów, ponownie udowodnili, że potrafią postawić się każdemu, choć do podziału punktów doprowadzili trochę na własne życzenie.

Laga grała ofensywnie od samego początku. Już w pierwszych minutach Wzorek otworzył wynik, a chwilę później Dmitruk pokonał bramkarza strzałem między nogami. Gospodarze byli pewni siebie, a po trafieniu Bajka z bliskiej odległości prowadzili już trzema golami. Dopiero wtedy Fenix – aktywny w ofensywie od początku meczu – zdołał odpowiedzieć, choć miało to miejsce po niefortunnym samobóju zawodnika Laga Warszawa. Tuż przed przerwą gospodarze przeprowadzili kontrę zakończoną drugim trafieniem Bajka i do szatni schodzili przy prowadzeniu 4:1.

Po zmianie stron goście odrodzili się niczym… feniks z popiołów. Tuż po wznowieniu gry Vietrienko dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, a po kolejnym – jeszcze bardziej przypadkowym – samobóju gospodarzy na tablicy wyników pojawił się remis. W kilka minut mecz obrócił się o 180 stopni, bo chwilę później Palamarchuk dał Fenix prowadzenie 4:5. Laga nie zamierzała jednak oddawać meczu bez walki. Wzorek, dzięki dwóm kolejnym trafieniom, ponownie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Wydawało się, że tym razem uda się dowieźć zwycięstwo, lecz w końcówce spotkania rzut karny pewnie wykorzystał Palamarchuk, ustalając wynik na 6:6.

To był mecz, który idealnie oddaje charakter obu drużyn. Laga znów remisuje, choć prowadziła już 3:0, a Fenix pokazuje, że nawet po katastrofalnym początku potrafi się odbudować. Widowisko pełne emocji i walki – dokładnie tak, jak zapowiadano.

W piątej lidze doszło do spotkania, które już samym zestawieniem zapowiadało dobrą zabawę. Bo gdy na boisku pojawiają się tak rozrywkowe drużyny jak After Wola i FC Kryształ Targówek, wiadomo, że emocji i uśmiechu nie zabraknie. Oba zespoły mają opinię ekip, które do piłki podchodzą z luzem, humorem i sporą dawką dystansu – dlatego ten mecz idealnie wpisał się w ich styl. Było głośno, było zabawnie, a przede wszystkim – działo się naprawdę sporo.

Od pierwszych minut inicjatywę przejął Kryształ, który tego dnia przyjechał w mocnym składzie i od razu narzucił swoje tempo. Strzelanie rozpoczął Nikodem Łęczycki, a później poszło już z górki. Wieczorek, Roguski i reszta ekipy z Targówka z łatwością rozmontowywali defensywę rywali, której momentami zwyczajnie brakowało organizacji. Wynik szybko odzwierciedlił różnicę w sile i skuteczności, ale mimo to atmosfera była bardziej przyjacielska niż nerwowa.

Na uwagę zasłużył Jakub Czajka w bramce After Woli – paradoksalnie, mimo że puścił dwanaście goli, był jednym z bohaterów swojego zespołu. Gdyby nie jego interwencje, wynik mógłby być dwukrotnie wyższy. Widać było, że nawet w trudnych momentach nie tracił koncentracji ani… dobrego humoru.

Nie sposób nie wspomnieć też o Jakubie Cyganie – nominalnym bramkarzu, który w tym meczu wystąpił w roli napastnika i zrobił prawdziwe show. Jego hat-trick był mieszanką techniki, fantazji i improwizacji – niektóre akcje wyglądały jak z futsalowego show, inne bardziej jak z kabaretu, zwłaszcza ta, gdy z bliskiej odległości nie trafił do niemal pustej bramki. Można powiedzieć, że Cygan po prostu postanowił oszczędzić rywali, żeby nie przesadzić z dorobkiem.

Po pierwszej połowie Kryształ prowadził już 7:2 i praktycznie zamknął mecz. W drugiej części zawodnicy z Targówka dołożyli kolejne trafienia, a gra nabrała luźnego, towarzyskiego charakteru. Co ciekawe – każdy zawodnik Kryształu, z wyjątkiem bramkarza, wpisał się na listę strzelców.

Ostatecznie skończyło się wynikiem 12:5. Dla Kryształu to bardzo ważne zwycięstwo, które może być początkiem ich marszu w górę tabeli. After Wola z kolei jak zwykle dostarczyła emocji i uśmiechu – nawet jeśli nie punktów. Bo jedno w ich przypadku jest pewne: na ich meczach nikt się nie nudzi.

W 5. lidze doszło do bardzo interesującego starcia pomiędzy Na2Nóżkę a Tylko Zwycięstwo, a ponieważ obie drużyny miały przed tym meczem tyle samo punktów, pojedynek zapowiadał się jako kluczowy w kontekście walki o czołowe lokaty.

Już w 4. minucie wynik meczu otworzyli goście. Pierwszy strzał został co prawda wybroniony przez bramkarza gospodarzy, ale dobitka Andrzeja Morawskiego okazała się skuteczna i Tylko Zwycięstwo objęło prowadzenie. Chwilę później Na2Nóżkę miało szansę na wyrównanie, jednak po uderzeniu z rzutu wolnego piłka trafiła w słupek. Gospodarze próbowali swoich sił głównie w strzałach z dystansu, które były jednak skutecznie blokowane przez dobrze ustawionych defensorów rywali. W 15. minucie podanie od własnego bramkarza wykorzystał Łukasz Walo, pewnym strzałem podwyższając prowadzenie Tylko Zwycięstwo na 0:2. Pomimo większej dynamiki, Na2Nóżkę brakowało pomysłu na skuteczny atak.

Po zmianie stron tempo meczu nie uległo zmniejszeniu. W środku pola piłkę przejął Bogusz Sordyl, który po indywidualnej akcji podwyższył prowadzenie gości do trzech bramek. Gospodarze starali się kontrolować piłkę i przeważali w ataku, ale skuteczna i konsekwentna defensywa Tylko Zwycięstwo pozwalała na utrzymanie bezpiecznej przewagi. Kolejne trafienie goście zdobyli po rzucie rożnym, wychodząc na 0:4.

Na2Nóżkę w końcu zdobyli pierwszą bramkę – Alexandru Budihalax znalazł drogę do siatki rywali, dając sygnał do walki. Niedługo potem kolejny gol dla gospodarzy padł po akcji Macieja Samoraja, który po pierwszym, wybronionym przez bramkarza strzale ponownie dobił piłkę do siatki i zmniejszył stratę do 2:4. Obie drużyny zdobyły jeszcze po jednej bramce, ale to Tylko Zwycięstwo wyszło z pojedynku triumfalnie dzięki konsekwentnej i zdyscyplinowanej grze w defensywie.

6 Liga

W siódmej kolejce na przeciw siebie stanęli sąsiedzi z tabeli. Shot DJ po sześciu seriach gier miał punkt przewagi nad Sante, więc na papierze zapowiadało się bardzo wyrównane spotkanie.

I rzeczywiście – początek meczu był niezwykle zacięty. Akcja za akcję, cios za cios – oba zespoły od pierwszych minut nastawione były ofensywnie. Strzelanie rozpoczął Jan Jabłoński. Jak na Jana przystało, jego strzał był mocny, precyzyjny i nie dał wielu szans Krzysztofowi Wiśniewskiemu. Odpowiedź Sante była jednak błyskawiczna, bo dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Kuba Melak.

Wtedy na boisku pojawił się Jeremi Szymański, który uporządkował rozegranie i dodał drużynie pewności w budowaniu akcji. Z jego gry skorzystali m.in. Marcel Winiarski, autor dwóch bramek i trzech asyst, oraz Edouard Van Tran, który popisał się hat-trickiem. Sam Jeremi dołożył jeszcze gola i asystę, potwierdzając, jak duży wpływ miał na przebieg meczu.

Sante z czasem straciło pomysł na grę. Stworzyli kilka sytuacji, ale za każdym razem czegoś brakowało – precyzji, decyzji lub odrobiny szczęścia. Ich dorobek strzelecki poprawiło jedynie trafienie samobójcze Filipa Olaka, i to było wszystko, na co tego dnia było ich stać.

Wysoka wygrana pozwoliła Shot DJ odskoczyć od strefy spadkowej, natomiast Sante stanie przed kolejną szansą na przełamanie już w następnej kolejce, gdy zmierzy się z Saską Kępą.

Spotkanie dwóch weteranów Ligi Fanów nie zawiodło oczekiwań – było twardo, intensywnie i momentami naprawdę efektownie. Od pierwszych minut obie drużyny ruszyły do ataku, a gra toczyła się w dobrym tempie. Wynik otworzył Piotr Parol, który przejął piłkę przed polem karnym i mocnym strzałem pokonał bramkarza Saskiej Kępy. Goście jednak szybko odpowiedzieli – Sławomir Gedira kapitalnie wykorzystał rzut wolny, a chwilę później Mariusz Zgórzak dołożył kolejne trafienie, wyprowadzając ekipę gości na prowadzenie 1:2.

Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gospodarzy. Old Eagles złapali właściwy rytm, częściej utrzymywali się przy piłce i konsekwentnie budowali swoje akcje. Dwa szybkie trafienia sprawiły, że do przerwy to oni schodzili z przewagą 3:2, a ich gra wyglądała coraz pewniej.

Po zmianie stron obraz meczu zmienił się całkowicie. Krzysztof Józefiak podwyższył wynik na 4:2, a z każdą minutą przewaga gospodarzy rosła. Sylwester Madej dołożył dwa trafienia, dzięki czemu Old Eagles odskoczyli rywalowi na cztery bramki. Saska próbowała się jeszcze odgryzać, ale gospodarze byli zdecydowanie skuteczniejsi i kontrolowali przebieg gry do końca spotkania.

W końcówce obie ekipy zdobyły jeszcze po kilka goli, ale ostateczny rezultat 9:4 nie pozostawia złudzeń. Old Eagles Koło byli drużyną lepszą, bardziej konsekwentną i przede wszystkim skuteczniejszą. Dzięki tej wygranej gospodarze mocno zbliżyli się do ligowego podium i wysłali jasny sygnał, że zamierzają aktywnie włączyć się do walki o medale.

Green Lantern podejmujące FC Zaborów to kolejny mecz, jaki mieliśmy okazję oglądać w zeszły weekend na naszych obiektach. Starcie trzeciej drużyny ligi z ostatnią zapowiadało się raczej na spotkanie do jednej bramki, ale wcale nie okazało się takie oczywiste do przewidzenia.

W tej odsłonie zobaczyliśmy pojedynek niezwykle wyrównany. Po stronie gospodarzy pierwsze skrzypce grał Mikołaj Wysocki, co nie jest żadnym zaskoczeniem dla kogoś, kto choć trochę zna tę ekipę. Ten znakomicie wyszkolony technicznie zawodnik nadawał tempo gry i wielokrotnie brał odpowiedzialność na swoje barki, robiąc znaczącą różnicę na boisku. Goście natomiast postawili na grę drużynową - trudno było wyróżnić jednego lidera, co tylko dobrze o nich świadczy, bo w każdym zestawieniu personalnym potrafią być groźni. W tej części spotkania byliśmy również świadkami przepięknego trafienia Patryka Przygody z rzutu wolnego. Piłka po uderzeniu z dalekiego dystansu powędrowała prosto w okienko bramki, tworząc dla tego zawodnika piękny moment.

Druga część meczu była już zupełnie inna. Goście kompletnie przejęli inicjatywę i szybko pokazali, do kogo mają powędrować trzy punkty w tym spotkaniu. FC Zaborów pod wodzą Adriana Dadasa zdobyło pięć kolejnych bramek, nie tracąc żadnej, i ostatecznie pewnie wygrało różnicą kilku trafień, potwierdzając świetną dyspozycję w tym sezonie.

Dzięki temu zwycięstwu awansowali na drugą lokatę w lidze i mogą z optymizmem patrzeć w przyszłość. Gospodarze natomiast muszą pilnie szukać punktów w kolejnych starciach i liczyć na potknięcia rywali, jeśli nie chcą spędzić zimy w strefie spadkowej 6. ligi.

Na zakończenie siódmej kolejki w 6. lidze obejrzeliśmy niezwykle emocjonujące spotkanie pomiędzy Szmulki Warszawa a Georgian Team.

Początek meczu był wyrównany, a gra toczyła się głównie w środkowej strefie boiska. Na pierwszego gola musieliśmy czekać do 7. minuty – wtedy bramkarz Georgian Team popełnił fatalny błąd przy wybiciu piłki, co skrzętnie wykorzystał Kuba Marciniak, posyłając futbolówkę do siatki obok bezradnego golkipera. Chwilę później, w 12. minucie, Krystian Rzeszotek zgrał głową piłkę do Wiktora Januszewskiego, który wykorzystał swoją szybkość, urwał się obrońcy i mocnym strzałem podwyższył prowadzenie na 2:0.

Wydawało się, że Szmulki mają mecz pod kontrolą. Grali pewnie, dokładnie i z pomysłem, podczas gdy Georgian Team nie potrafił przedostać się pod bramkę rywala. Jednak końcówka pierwszej połowy przyniosła prawdziwy rollercoaster. W 17. minucie Saba Lomia w efektowny sposób utrzymał się przy piłce, mając rywala na plecach, po czym zagrał do Lashy Gabrichidze, który zdobył gola kontaktowego. Gruzini nabrali wiatru w żagle i w kolejnych minutach zdołali odwrócić losy meczu, trafiając dwukrotnie. Gdy wydawało się, że na przerwę zejdą z prowadzeniem, w ostatnich sekundach znakomitym uderzeniem z dystansu popisał się Jakub Kaczmarek, ustalając wynik pierwszej połowy na 3:3.

Druga odsłona meczu rozpoczęła się niemal identycznie jak zakończyła pierwsza – ponownie Kaczmarek huknął z dystansu i dał Szmulkom prowadzenie. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. Georgian Team odpowiedział serią groźnych ataków, a choć Karol Dębowski dwukrotnie uratował swój zespół kapitalnymi interwencjami, to przy trzeciej próbie był już bez szans – Saba Lomia doprowadził do remisu 4:4.

Końcowe minuty to ofensywna wymiana ciosów z obu stron, jednak więcej zimnej krwi zachowali Gruzini. Najpierw wykorzystali rzut karny, obejmując prowadzenie 5:4, a dwie minuty przed końcem po pięknej kombinacyjnej akcji podwyższyli rezultat. Ostatecznie Georgian Team pokonał Szmulki Warszawa 6:4, odnosząc cenne zwycięstwo.

Lider Mikstura podejmował walczącą o utrzymanie Bartolini Pastę. Gospodarze, którzy w tym sezonie jeszcze nie przegrali, liczyli na podtrzymanie dobrej passy. Goście natomiast w ostatnich tygodniach prezentowali się solidnie i po cichu liczyli na sprawienie niespodzianki.

Początek spotkania należał do ekipy z Bielan – Patryk Stefaniak dość szybko wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Od tego momentu obie drużyny stworzyły sobie kilka sytuacji, ale brakowało skuteczności. Bartolini Pasta próbowała odrobić stratę, jednak w ich grze było sporo niedokładności i brakowało płynności w rozegraniu. Do przerwy utrzymał się wynik 1:0.

Tuż po zmianie stron gospodarze błyskawicznie podwyższyli prowadzenie – Patryk Zych kapitalnie zagrał do Patryka Stefaniaka, który zdobył drugiego gola dla Mikstury. Goście jednak nie zamierzali się poddawać i wciąż szukali swojej szansy. Moment zwrotny nadszedł, gdy Bartolini wywalczyła rzut karny – Przemek Sierpiński pewnie wykorzystał "jedenastkę" i zdobył bramkę kontaktową.

Gdy wydawało się, że zespół Michała Cholewińskiego zacznie grać pewniej, stracił trzecią bramkę. Od stanu 3:1 Mikstura złapała wiatr w żagle i po szybkim przechwycie podwyższyła wynik. Przy 4:1 gościom było już bardzo trudno myśleć o korzystnym rezultacie. Faworyci z kolei nie zwalniali tempa i grali konsekwentnie do końca. W samej końcówce padły jeszcze dwie bramki – najpierw Darek Jochemski wykorzystał rzut karny, a strzelanie dla zespołu z Bielan zakończył Mateusz Pawlik. Bartolini Pasta zmniejszyła rozmiary porażki w ostatniej akcji meczu po trafieniu Mateusza Brożka.

Lider nie zawiódł – Mikstura pewnie wygrała i umocniła się na pierwszym miejscu w tabeli. Goście natomiast muszą szukać punktów w kolejnych meczach, bo na razie pozostają w strefie spadkowej szóstej ligi.

7 Liga

W siódmej lidze, już pod koniec dnia, mogliśmy obejrzeć prawdziwy hit kolejki – starcie dwóch drużyn walczących o czołówkę tabeli. KK. Wataha Warszawa oraz Czasoumilacze miały przed tym meczem identyczny dorobek punktowy i sąsiadowały ze sobą w klasyfikacji, co zapowiadało wyrównane i zacięte spotkanie

Gospodarze przystąpili do tego ważnego meczu bez ławki rezerwowych, co z pewnością utrudniało im zadanie i nieco ułatwiało rywalom kontrolę w pierwszej części gry. Wataha zaczęła ostrożnie, natomiast Czasoumilacze cierpliwie budowali swoje akcje. Dopiero po szesnastu minutach wynik otworzył Dominik Sędrowski, który po podaniu Piotra Cieślaka trafił do siatki. Dwie minuty przed przerwą pięknym strzałem z dystansu popisał się Mikołaj Dudek, a chwilę później Robert Krzywkowski podwyższył prowadzenie na 3:0.

Po zmianie stron obraz gry całkowicie się odwrócił. Wataha – mimo braku zmian – ruszyła do ataku i zaczęła dominować. W roli głównej wystąpił Hubert Korzeniewski, który w kapitalnym stylu skompletował hat-tricka i doprowadził do wyrównania. Czasoumilacze w drugiej części nie zdołali już odpowiedzieć, a bramkarz Watahy kilkukrotnie popisał się skutecznymi interwencjami.

Ostatecznie mecz zakończył się remisem 3:3 – wynikiem sprawiedliwym i dobrze oddającym przebieg spotkania. Można powiedzieć, że obie drużyny chyba polubiły swoje towarzystwo w tabeli, bo postanowiły podzielić się punktami i pozostać obok siebie w klasyfikacji.

Starcie przebiegało w bardzo spokojnej atmosferze. Bez kontrowersji, z dużą kulturą gry i wzajemnym szacunkiem. Oba zespoły pokazały, że można rywalizować na wysokim poziomie, zachowując sportowy fair play. Ich forma pozwala wierzyć, że wciąż będą liczyć się w walce o najwyższe miejsca w siódmej lidze.

Spotkanie między Alash FC a Skrą Warszawa zapowiadało się jako typowe starcie drużyn z przeciwnych końców tabeli. Gospodarze chcieli potwierdzić dobrą dyspozycję z ostatnich tygodni, natomiast Skra liczyła na przełamanie po kilku nieudanych występach.

Mecz rozpoczął się od przykrego wydarzenia. Chwilę po pierwszym gwizdku zawodnik Alash doznał kontuzji i musiał opuścić boisko, jednak mimo tego gospodarze jako pierwsi zdobyli bramkę – zamieszanie w polu karnym skutecznie wykorzystał Kaiyrgeldinov. Skra szybko przejęła inicjatywę: dwa gole Bartosza Dzikowskiego, a następnie trafienie Konrada Dzikowskiego dały gościom solidne prowadzenie 1:3. Alash skrócił dystans po uderzeniach Karakaza i Imangaliego, ale Skra ponownie znalazła drogę do bramki rywali. Do przerwy oglądaliśmy zaciętą wymianę ciosów, a wynik brzmiał 3:4.

Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy Alash ponownie został osłabiony. Kontuzja kolejnego zawodnika uniemożliwiła mu dalszą grę, co zmusiło gospodarzy do gry bez zmian. Mimo tego emocji i walki nie brakowało. Gole padały praktycznie co kilka minut. Seiduali wyrównał, lecz Skra natychmiast odpowiedziała trafieniem Hassaniego. Później na listę strzelców ponownie wpisali się bracia Dzikowscy, a także Alaqra, dzięki czemu przewaga gości wzrosła do trzech bramek.

W końcówce Alash pokazał charakter – mimo zmęczenia i braków kadrowych gospodarze rzucili się do odrabiania strat. Trafienia Karakaza i Yessenzhana zmniejszyły wynik do 7:8, ale zabrakło już czasu, by doprowadzić do remisu.

Mimo dwóch kontuzji i gry w osłabieniu Alash walczyło do samego końca, pokazując wielką determinację. Skra natomiast wykazała się skutecznością i wraca do domu z bardzo cennymi trzema punktami po naprawdę zaciętym widowisku.

W 7. lidze czekało nas niezwykle ciekawie zapowiadające się spotkanie i rzeczywiście, emocji nie brakowało. Mecz zakończył się różnicą zaledwie jednej bramki, a na boisku działo się naprawdę wiele.

Choć rywalizowały ze sobą dwie drużyny o komplet punktów, można śmiało powiedzieć, że był to pojedynek trzech zawodników – Szymona Kolasy z Virtualne Ń przeciwko duetowi Ramos Sengo – Denisio Chea z Eagles. To właśnie oni byli motorami napędowymi swoich zespołów, odpowiadając za niemal wszystko, co działo się w ofensywie. Szymon był tego dnia dosłownie w ogniu – trafiał z każdej pozycji, zarówno z gry, jak i ze stałych fragmentów. Jego dwa gole z rzutów wolnych w jednym meczu to wyczyn, który trudno zobaczyć na tym poziomie. Łącznie zdobył aż 6 bramek!

Po stronie Eagles świetnie prezentował się duet Denisio – Ramos. Ich kombinacyjna gra i indywidualne akcje robiły ogromne wrażenie. Denisio popisał się szczególnie – dwa jego gole, szóste i siódme trafienie Eagles, były małymi dziełami sztuki. W jego grze było wszystko: technika, lekkość, elegancja. Ramos również błyszczał – zakończył mecz z 2 golami i 3 asystami, a Denisio dołożył cztery bramki i kluczowe podanie.

Obie drużyny zasłużyły na zwycięstwo, ale ostatecznie to Eagles byli minimalnie lepsi. Choć początek nie zapowiadał sukcesu, bo w pierwszej połowie przegrywali 1:3, jeszcze przed przerwą zmniejszyli straty do 3:4. W drugiej części przejęli inicjatywę, wyszli na prowadzenie 6:4, lecz później nieco zwolnili tempo, co wykorzystało Virtualne Ń, doprowadzając do remisu 6:6. Końcówka ponownie należała do Eagles. Odskoczyli na 9:6 i choć rywale zdołali zmniejszyć stratę do jednej bramki, zabrakło im czasu na ostateczny cios.

Niestety, sama końcówka była zbyt nerwowa. W grze Eagles pojawiło się sporo emocji, ostrych słów i fauli, co zakończyło się kartkami. Jeśli jednak odłożyć to na bok, trzeba pochwalić obie drużyny za świetne, pełne tempa widowisko. To był jeden z tych meczów, w których aż chciałoby się, by wygrały obie ekipy.

Virtualne Ń zasłużyło na ogromne brawa – walczyli do ostatniej sekundy i pokazali charakter, którego nie powstydziłaby się żadna drużyna tej ligi.

W 7. lidze doszło do starcia pomiędzy Oldboys Derby a Driperzy. Przed meczem faworytem byli Oldboys, ale w przeciwieństwie do rywala przybyli tylko z jedną zmianą, co wyrównało szanse obu drużyn.

Mecz rozpoczął się bardzo obiecująco dla Driperów – byli szybsi, bardziej aktywni i zdecydowanie bardziej zdeterminowani. Zaczęli zdobywać gole jeden po drugim. W ich składzie wyróżniali się Maciek Zembrzuski, który zdobył 2 gole i zanotował 2 asysty, oraz Przemek Stojek z dorobkiem 1 bramki i 2 asyst. Taka aktywność pozwoliła im zdominować grę, co przełożyło się na wyraźną przewagę – do przerwy Driperzy prowadzili 2:5.

Druga połowa przyniosła zmianę obrazu gry. Oldboys zaczęli przypominać drużynę z wcześniejszych kolejek i skutecznie realizowali kontrataki. Strzelone bramki wyraźnie dodały im skrzydeł. W 34. i 37. minucie, przy stanie 4:5, obie drużyny zdobyły gole ze stałych fragmentów gry – dość rzadkie zjawisko. Najpierw Zembrzuski trafił dla Driperów, a kilka minut później Jacek Pryjomski odpowiedział niemal identycznym uderzeniem.

Emocje tylko rosły. Zawodnicy z osiedla Derby kontynuowali pogoń i wyszli na prowadzenie 7:6. W tym momencie pojawiły się niepotrzebne nerwy, czego efektem były dwie żółte kartki. Otrzymali je: Jacek Pryjomski – autor aż 6 goli i 2 asyst, absolutny lider ofensywy Oldboys – oraz Szymon Celiński po stronie Driperów. Gra 4 na 4 została lepiej wykorzystana przez gości, którzy szybko wyrównali i mogli nawet wyjść na prowadzenie.

Jednak po powrocie na plac gry Pryjomski ponownie odmienił losy rywalizacji. Przeprowadził dynamiczny rajd prawym skrzydłem i idealnie dograł na dalszy słupek, gdzie czekał Marcin Wiktoruk. Ten zamknął akcję i dał Oldboys Derby prowadzenie. Tuż przed końcem meczu Michał Kurowski dorzucił dziewiąte trafienie, ustalając wynik na 9:7.

Zwycięstwo to awansowało Oldboys Derby na trzecie miejsce w tabeli. W lidze panuje ogromny ścisk – cztery drużyny mają po 13 punktów, jedna ma 15, co zapowiada niezwykle zaciętą walkę o tytuł. Driperzy natomiast zanotowali czwartą porażkę z rzędu, lecz w każdym z tych meczów byli naprawdę blisko. Wystarczy odrobina pewności siebie i trochę szczęścia, a wyniki mogą zacząć przechylać się na ich korzyść.

Na Arenie Grenady odbyło się starcie drużyn z dolnych rejonów tabeli – Warsaw Gunners FC podejmowali Tornado Squad. Oba zespoły zdawały sobie sprawę, jak ważne mogą być te punkty w kontekście walki o utrzymanie, dlatego zapowiadała się zacięta rywalizacja o każdą piłkę.

Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem pojawiły się problemy po stronie Tornado Squad, którzy przystąpili do meczu bez żadnej zmiany. Brak możliwości rotacji od początku oznaczał dla nich trudne 50 minut, ale mimo to rozpoczęli spotkanie z dużym zaangażowaniem i już w 5. minucie objęli prowadzenie. Tomek Wiśniewski znalazł się w odpowiednim miejscu i pewnym strzałem pokonał bramkarza Gunnersów. Radość gości nie trwała jednak długo. Już w kolejnej akcji odpowiedział kapitan gospodarzy Arkadiusz Trwoga, który doprowadził do wyrównania. Ten gol dodał pewności Warsaw Gunners, którzy zaczęli coraz mocniej naciskać. Wkrótce Tomasz Trojan odebrał piłkę rywalom w środku pola i błyskawicznie wypuścił Jana Jabłońskiego, a ten popisał się rajdem zakończonym precyzyjnym strzałem – 2:1 dla gospodarzy.

Z każdą minutą przewaga Gunnersów rosła, a zmęczeni zawodnicy Tornado coraz częściej ograniczali się do obrony i prób kontrataków. W końcówce pierwszej połowy gospodarze jeszcze dwukrotnie znaleźli drogę do siatki. Do przerwy Warsaw Gunners FC prowadzili 4:1 i w pełni kontrolowali przebieg gry.

Po zmianie stron tempo nieco spadło, ale nie zabrakło sytuacji bramkowych, a obaj bramkarze zaliczyli kilka udanych interwencji. Mimo to w końcówce gospodarze jeszcze dwukrotnie trafili do siatki – w odstępie zaledwie dwóch minut ustalili wynik meczu na 6:1.

Warsaw Gunners FC okazali się znacznie lepsi i dopisali do swojego dorobku niezwykle cenne trzy punkty. Choć nadal pozostają w strefie spadkowej, są już bardzo blisko, by się z niej wydostać. Tornado Squad natomiast znalazło się w głębokim kryzysie – to już ich piąta porażka z rzędu, a sytuacja w tabeli zaczyna wyglądać naprawdę dramatycznie.

8 Liga

W ósmej lidze Force Fusion podejmowało FC Pers, a już od samego początku było wiadomo, że spokojnego grania tu nie zobaczymy. Gospodarze rozpoczęli bardzo dobrze - najpierw Ruslan Yakubiv trafił do siatki, a chwilę później Aleksandr Marzan podwyższył wynik na 2:0. Wydawało się, że Force Fusion szybko ustawi sobie to spotkanie, ale rywale nie zamierzali się poddawać.

Po chwili Mati Musoev zdobył gola kontaktowego, a potem gra zaczęła przypominać klasyczną wymianę ciosów, czyli bramka za bramkę. Pierwsza połowa upłynęła pod znakiem ofensywnej gry z obu stron i zakończyła się prowadzeniem Force Fusion 5:3.

Po przerwie sytuacja całkowicie się odwróciła. Persowie złapali wiatr w żagle, a Musoev dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, doprowadzając do remisu. Później prowadzenie przechodziło z rąk do rąk. Raz jedna, raz druga drużyna miała inicjatywę. Trzy minuty przed końcem Ruslan Yakubiv ponownie dał gospodarzom prowadzenie, ale gdy sędzia sięgał już po gwizdek, Kamol Obidov wyrównał na 8:8.

Spotkanie zakończyło się sprawiedliwym remisem, który najlepiej oddaje jego przebieg. Dużo gry do przodu, sporo bramek i emocji do samego końca. Szkoda tylko, że końcówkę popsuły nerwowe reakcje zawodników Persa wobec sędziego, bo sam mecz naprawdę mógł się podobać.

W niedzielne popołudnie na Arenie AWF odbyło się emocjonujące spotkanie pomiędzy FC Alliance a FC Dnipro United, zakończone zwycięstwem gospodarzy 6:3. Mecz od pierwszych minut stał na dobrym poziomie, a obie drużyny postawiły na ofensywny styl gry. Pierwszy cios zadało Dnipro United. Do siatki trafił Zakharii Mor, dając swojej drużynie prowadzenie 0:1.

Odpowiedź Alliance przyszła jeszcze przed przerwą. W 14. minucie wynik wyrównał Volodymyr Lazaruk, który wykorzystał błąd obrony rywali. Gdy wydawało się, że to koniec wrażeń w tej części meczu, Mor dołożył jeszcze jedno trafienie, tchnąc nadzieję w szeregi gości tuż przed drugą połową.

Po zmianie stron mecz nabrał tempa. Goście zwiększyli prowadzenie po golu Budza, jednak z biegiem czasu coraz wyraźniej dominował Alliance. Vitali Buzuliak popisał się znakomitą skutecznością, zdobywając dwa gole, a Nazariy Maksymovych dołożył kolejne trafienie - w tym efektownego gola na 6:3, który ustalił wynik meczu.

Po stronie Dnipro wyróżniali się jeszcze wspomniany Vladyslav Budz oraz Maksym Marchenko, ale to nie wystarczyło, by odwrócić losy spotkania. Najlepszym zawodnikiem meczu wybrano Kyrylo Shepela z FC Alliance, który był motorem napędowym swojej drużyny i dzielnie bronił jej bramki od pierwszej do ostatniej minuty. To właśnie dzięki jego znakomitej postawie goście nie zdobyli więcej goli w drugiej połowie, a gospodarze - dzięki fenomenalnemu comebackowi - odwrócili losy spotkania i zgarnęli trzy punkty.

FC Alliance tym zwycięstwem weszli do strefy medalowej, w której na pewno będą chcieli się utrzymać. Z kolei Dnipro United, wciąż znajdujące się w strefie spadkowej, musi dalej szukać punktów, by móc wydostać się z niej przed końcem rundy.

To spotkanie od pierwszego gwizdka trzymało w napięciu i było jednym z najbardziej elektryzujących pojedynków kolejki. Obie drużyny od samego początku postawiły na ofensywny futbol, a gra toczyła się praktycznie bramka za bramkę. Każda akcja niosła potencjał na zmianę wyniku, a tempo meczu nie pozostawiało czasu na oddech.

Na papierze to wicelider był faworytem – solidna, zgrana ekipa, która rzadko traci punkty. Jednak goście z Shitable udowodnili, że piłka nożna sześcioosobowa nie zawsze poddaje się logice. Zagrali z determinacją, wiarą i odwagą, której rywalowi zabrakło w kluczowych momentach.

Pojedynek miał swojego bohatera w osobie Fedira Ivanchenko, który zdobył dwie bramki i zanotował aż cztery asysty, niemal w pojedynkę odmieniając losy meczu. To właśnie jego podania i aktywność w drugiej połowie przechyliły szalę zwycięstwa. Przy wyniku 4:4 Ivanchenko uruchomił partnerów świetnymi podaniami w tempo, po których Shitable wyszło na prowadzenie i już go nie oddało.

Nie można pominąć także gry gospodarzy. Piotr Ziembiński rozegrał kapitalne zawody – cztery gole i asysta mówią same za siebie. Był centralną postacią ofensywy swojego zespołu, a jego skuteczność i walka do końca utrzymywały drużynę w grze praktycznie do ostatnich minut. Mimo jego wysiłków gospodarze nie zdołali jednak zatrzymać rozpędzonych oponentów.

Końcowy wynik 6:8 to ogromna niespodzianka i dowód na to, że w tej lidze nie ma rzeczy niemożliwych. Ostatnia drużyna w tabeli pokonała wicelidera, zdobywając pierwsze od dawna trzy punkty i awansując o dwie pozycje. To zwycięstwo może być dla Shitable punktem zwrotnym – pokazali charakter, organizację i wiarę w siebie. A jeśli utrzymają taką formę, walka o utrzymanie wcale nie jest jeszcze przegrana.

Rzadko w lidze zdarza się mecz, w którym spotykają się dwie drużyny o tej samej nazwie, ale właśnie tak było w 8. lidze! Oba zespoły składają się głównie z zawodników z Ukrainy, co nadawało temu spotkaniu dodatkowego charakteru. Dodatkowo drużyny znajdowały się blisko siebie w tabeli, więc zwycięstwo mogło znacząco poprawić sytuację w jednej z najbardziej wyrównanych lig.

FC Legion UA, którego kapitanem jest Pavlo Kremienishchuk, przyjechał na mecz w bardzo mocnym składzie. Ich rywale z kolei mieli do dyspozycji tylko jednego rezerwowego. Mimo to pierwsza połowa nie była jednostronna – choć przewagę mieli zawodnicy Pavlo, przeciwnicy narzucili wolniejsze tempo gry, które bardziej im odpowiadało. Zespół prowadzony przez Igora Polskiego radził sobie całkiem dobrze mimo krótkiej ławki, przegrywając do przerwy tylko 1:4, co zostawiało jeszcze cień nadziei na drugą połowę.

Po przerwie jednak wszystko się zmieniło. Legion UA przyspieszył tempo, ruszył z szybkimi atakami i kontrami, a zmęczonym rywalom zaczęły przytrafiać się błędy. Siły opadły, organizacja gry zniknęła, a bramki zaczęły wpadać jedna za drugą. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 10:2 dla drużyny Pavlo Kremienishchuka.

Najskuteczniejszym zawodnikiem meczu był Yurii Czornobai, który zdobył 4 gole i zaliczył 1 asystę, a świetnie spisał się także Oleksandr Hehelskyi, autor hat-tricka. Warto jednak podkreślić, że niemal każdy zawodnik zwycięskiej ekipy dołożył swój wkład – kilku zanotowało po dwa kluczowe zagrania w ofensywie.

Dzięki temu zwycięstwu Legion UA wyprzedził swoich imienników w tabeli. Zespół wreszcie złapał właściwy rytm. Na początku sezonu brakowało im szczęścia, ale teraz punktują regularnie i na pewno powalczą o medale. Drugi Legion z kolei musi popracować nad frekwencją i stabilnością składu, bo bez tego trudno będzie utrzymać się w górnej połowie tabeli.

W niedzielę na Arenie Grenady odbył się mecz 7. kolejki 8. Ligi Fanów, w którym naprzeciw siebie stanęły ekipy Kresowii Warszawa oraz Q-Ice Warszawa. Dla gospodarzy było to niezwykle ważne spotkanie, gdyż po dwóch porażkach z rzędu zawodnicy Kresowii chcieli wreszcie przełamać złą passę i odbudować morale. Zadanie nie należało jednak do łatwych, bowiem po drugiej stronie boiska stanął aktualny lider tabeli – Q-Ice Warszawa.

Emocji nie brakowało od pierwszych minut. Już w pierwszej akcji meczu bramkarz Kresowii sfaulował rywala we własnym polu karnym, a Vasyl Pidluzhnyi pewnym strzałem z "wapna" otworzył wynik spotkania. Q-Ice szybko poszło za ciosem, zdobywając kolejne dwie bramki autorstwa Vlada Yarmoliuka.

Kresowia jednak nie zamierzała się poddawać. Zespół znany z waleczności i charakteru potrafił odpowiedzieć – gola zdobył Oleksandr Rohovyi, przywracając nadzieję gospodarzom. W końcówce pierwszej połowy tempo gry nie spadło, a obie drużyny wymieniały ciosy. Widowisko stało na wysokim poziomie, a do przerwy na tablicy widniał wynik 5:3 dla Q-Ice, co zapowiadało ciekawą drugą część meczu.

Po zmianie stron goście ponownie przejęli inicjatywę. Dwie szybkie bramki pozwoliły zawodnikom Q-Ice kontrolować przebieg spotkania. Sytuację gospodarzy dodatkowo skomplikowała czerwona kartka dla bramkarza Orkhana Huseynliego, który zagrał piłkę ręką poza polem karnym.

Mimo ambitnej postawy i kilku groźnych sytuacji Kresowia nie zdołała odwrócić losów spotkania. Ostatecznie Q-Ice Warszawa zwyciężyła 8:4, potwierdzając swoją dominację w lidze i umacniając się na pozycji lidera. Kresowia natomiast musi jeszcze poczekać na przełamanie, choć za walkę i determinację do końca należy im się duże uznanie.

9 Liga

Od pierwszych minut obie drużyny postawiły na otwartą grę, tworząc sobie dogodne sytuacje do zdobycia bramki. Mecz toczył się w wyrównanym tempie, jednak z biegiem czasu coraz wyraźniej zaznaczała się przewaga graczy z Woli, którzy potrafili dłużej utrzymywać się przy piłce i częściej zagrażać bramce rywali. W pierwszej połowie kibice nie doczekali się jednak goli, głównie dzięki kapitalnej postawie bramkarza Bielany Legends – Damiana Urbaczewskiego, który kilkukrotnie popisał się znakomitymi interwencjami, ratując swój zespół przed stratą bramki.

Po zmianie stron tempo gry nie spadło, a w końcu padły długo wyczekiwane gole. Adrian Olwiński uderzeniem z dystansu otworzył wynik spotkania, dając Królewskim prowadzenie. Kilka minut później przewagę gości podwyższył Kacper Olejnicki, który pewnym strzałem pokonał bramkarza rywali.

Gospodarze jednak nie zamierzali się poddawać. Stworzyli sobie kilka groźnych sytuacji, a na kilka minut przed końcem Mateusz Borczyk zdobył bramkę kontaktową, przywracając swojemu zespołowi nadzieję i podgrzewając emocje do maksimum. Ostatecznie jednak to Królewscy postawili kropkę nad „i”, gdy Dominik Brzostowski wykorzystał swoją okazję i ustalił wynik meczu na 3:1 dla zespołu z Woli.

Królewscy zasłużenie sięgnęli po komplet punktów, choć Bielany Legends pokazali się z dobrej strony. To było naprawdę solidne spotkanie w wykonaniu obu ekip.

W 7. kolejce doszło do prawdziwej deklasacji – KSB II Warszawa podejmowało TRCH, a spotkanie od pierwszych minut przebiegało pod całkowite dyktando gospodarzy. Zespół KSB II narzucił niezwykle wysokie tempo i szybko przejął pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Już do przerwy prowadził 7:0, nie pozostawiając gościom żadnych złudzeń. Dominacja gospodarzy była absolutna – każda akcja i każdy kontratak pokazywały ogromną przewagę techniczną oraz taktyczną tej drużyny.

W drugiej połowie obraz gry nie uległ zmianie. Gospodarze kontynuowali ofensywne popisy i bombardowanie bramki rywali, ostatecznie zwyciężając 17:1. Spotkanie było prawdziwym pokazem skuteczności i współpracy całego zespołu.

Najlepszym strzelcem meczu został Maksym Hluschenko, który zdobył aż 5 bramek i zaliczył 2 asysty, nadając rytm atakom KSB II. Świetny występ zaliczył również Aleksander Giżyński – 4 gole i 1 asysta to dowód jego doskonałej formy i instynktu pod bramką.

Nie można pominąć także innych wyróżniających się zawodników: Anatolii Nahorichnyi dołożył 2 gole i 2 asysty, Maksym Marchenko również zapisał na swoim koncie 2 bramki i 2 asysty, a Vitalii Balandziuk uzupełnił dorobek drużyny golem i dwiema asystami. Cały zespół zaprezentował perfekcyjne zgranie, determinację i konsekwencję. Triumfatorzy nie pozostawili wątpliwości, kto rządził na boisku, i pokazali, że jeśli utrzymają wysoką frekwencję i formę, mogą w tym sezonie znacząco poprawić swoją pozycję i włączyć się do walki o czołowe miejsca w lidze.

To spotkanie od pierwszego gwizdka przebiegało pod dyktando jednej drużyny. LaFlame Bielany wyszło na boisko pewne siebie, skoncentrowane i z jasnym planem na grę. Już pierwsze minuty pokazały, że to oni będą rządzić tempem i przestrzenią. Szymon Lisiecki, świeżo po kapitalnym występie w poprzedniej kolejce, od razu zaznaczył swoją obecność – kierował grą, inicjował akcje i rozgrywał piłki z precyzją, której rywale nie potrafili powstrzymać.

Świetnie uzupełniali go Napiórkowski i Przewoźny, tworząc ofensywne trio, które siało spustoszenie w defensywie Gamby. Ich współpraca wyglądała naturalnie – wymieniali się pozycjami, przyspieszali w odpowiednich momentach i kończyli akcje z chłodną precyzją. Do przerwy LaFlame prowadziło 5:2, grając z pełną kontrolą i swobodą, a mogło prowadzić jeszcze wyżej, gdyby nie kilka świetnych interwencji bramkarza gości.

Po przerwie Gamba spróbowała odwrócić losy spotkania. Zagrali odważniej, bardziej zdecydowanie, a sygnał do walki dał Wolski, który swoją aktywnością i skutecznością tchnął życie w drużynę. Gdy w 35. minucie zrobiło się 6:4, w powietrzu pojawił się lekki zapach emocji i możliwego powrotu do gry. Jednak wtedy LaFlame Bielany wrzuciło wyższy bieg. Gospodarze błyskawicznie odzyskali kontrolę i ponownie narzucili swój styl. Ich ataki nabrały lekkości, tempo gry wzrosło, a kolejne bramki zaczęły wpadać w regularnych odstępach. W końcówce gospodarze całkowicie rozbili przeciwnika, strzelając pięć goli z rzędu i kończąc mecz wynikiem 10:4.

To był pokaz siły i jakości zespołowej gry. Lisiecki, Napiórkowski i Przewoźny prowadzili zespół jak z nut, a reszta drużyny dorzucała solidne wsparcie w defensywie oraz środku pola. LaFlame Bielany nie tylko odniosło przekonujące zwycięstwo, ale też obroniło trzecią lokatę w lidze po 7. kolejce, potwierdzając, że należy do ścisłej czołówki rozgrywek.

Pierwsza połowa nie zapowiadała tego, co wydarzyło się po przerwie. Obie drużyny zaczęły spotkanie bardzo uważnie, z dużym naciskiem na grę w środku pola i zabezpieczenie dostępu do własnej bramki. Gospodarze pierwsi znaleźli sposób na defensywę rywala. Po świetnej akcji Damiana Rozmarynowskiego wynik otworzył Rafał Bujalski, wykorzystując dobre podanie kolegi. Vegas jednak błyskawicznie odpowiedzieli, doprowadzając do wyrównania. Do przerwy utrzymał się remis 1:1, głównie dzięki bardzo dobrej postawie obu bramkarzy.

Po zmianie stron wydawało się, że Sandacz ma szansę na coś więcej. Ponownie trafił Rafał Bujalski, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie 2:1. Niestety od tego momentu mecz całkowicie się odmienił. ASAP Vegas przejęli pełną kontrolę nad grą i z każdą minutą coraz mocniej dominowali przeciwnika. Wyrównanie dał Kacper Drozdowicz, a potem worek z bramkami po prostu się rozwiązał.

Największe show dał Łukasz Czerwionka, który był absolutnym liderem ofensywy Vegas. Trzy bramki i trzy asysty mówią same za siebie - napędzał każdą akcję, świetnie rozumiał się z kolegami i niemal każda jego decyzja kończyła się zagrożeniem pod bramką Sandacza. W końcówce goście grali już z pełnym luzem, wykorzystując każdy błąd rywala i podkreślając swoją dominację.

ASAP Vegas FC wygrywa 9:3, odnosząc kolejne przekonujące zwycięstwo, które potwierdza, że nieprzypadkowo zajmują miejsce w ścisłej czołówce. Dla KS Sandacz to bolesna lekcja. Po dobrej pierwszej połowie gospodarze kompletnie stracili rytm i koncentrację, co bezlitośnie wykorzystał jeden z najlepiej dysponowanych zespołów ligi.

W 9. lidze doszło do starcia lidera tabeli z drużyną znajdującą się w strefie spadkowej. Można było spodziewać się jednostronnego widowiska – dominacji faworyta od pierwszych minut. I rzeczywiście, początek meczu przebiegał dokładnie tak: trzy szybkie gole lidera, w tym prawdziwy majstersztyk Kacpra Kubiszera, który trafił z połowy boiska w sam górny róg bramki.

Wydawało się, że czeka nas kolejny pogrom, zwłaszcza że w poprzednim meczu Scorpion's przegrali z wiceliderem aż 0:23. Tym razem jednak było zupełnie inaczej. Odświeżony skład Skorpionów nie zamierzał się poddać i krok po kroku zaczął odrabiać straty. Świetnie spisywał się duet Krystian Kazakov – Danylo Strużyński, który wspólnie wypracował wszystkie bramki swojej drużyny. Do przerwy sensacyjny wynik 3:2 dawał nadzieję na niespodziankę.

Druga połowa to długi okres bez bramek i rosnące napięcie. Momentami to nawet Scorpion's stwarzali groźniejsze sytuacje, jednak znakomicie bronił Kacper Starobrat, utrzymując prowadzenie swojego zespołu. W końcówce lider zdołał jednak przełamać opór rywali – trafienia Kacpra Kubiszera i Sebastiana Szczygielskiego przywróciły trzybramkową przewagę i pozwoliły spokojnie dowieźć wynik do końca.

Mimo porażki Scorpion's pokazali ogromny charakter i zagrali naprawdę solidne spotkanie, dając nadzieję na lepsze czasy. Iglica natomiast musiała się mocno napocić, by zdobyć te trzy cenne punkty, ale właśnie takie trudne mecze budują drużynę lidera. Umiejętność przełamania momentów, gdy „nic nie idzie”, jest równie ważna jak wysokie zwycięstwa.

10 Liga

Na Arenie Grenady doszło do starcia drużyn zamykających tabelę – Bulbez Team Bemowo podejmował FC Polska Górom. Spotkanie zapowiadało się jako kluczowe dla obu ekip w kontekście walki o opuszczenie strefy spadkowej.

Pierwsze minuty były bardzo wyrównane. Obie drużyny starały się stwarzać sytuacje głównie strzałami z dystansu, jednak brakowało precyzji i żadna z ekip nie mogła otworzyć wyniku. Pierwszy cios padł w 7. minucie, a do siatki trafił Jakub Renowski i FC Polska Górom wyszło na prowadzenie. Gospodarze odpowiedzieli pięć minut później, gdy arbiter podyktował rzut wolny z okolicy pola karnego, a Rafał Szewczyk pewnym strzałem doprowadził do remisu.

Chwilę później gospodarze wyszli na prowadzenie. Kolejny rzut wolny, tym razem celnie wykonany przez Rafała Duka, dał wynik 2:1. Wyglądało na to, że Bulbez Team mógł uczynić z rzutów wolnych istotny element swojej taktyki, wykorzystując je konsekwentnie do zdobywania bramek. Pierwsza połowa zakończyła się tym rezultatem, przy wyrównanej grze obu ekip i sporej ilości walki w środku pola.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie – początek drugiej połowy był spokojny, sytuacji podbramkowych niewiele, a obie drużyny starały się kontrolować grę. Przełom nastąpił w 25. minucie, gdy ponownie z rzutu wolnego skutecznie uderzył Rafał Szewczyk, podwyższając prowadzenie gospodarzy. Od tego momentu Bulbez Team rozkręcił się, a kolejne gole zaczęły padać jeden po drugim.

Ostatecznie podopieczni Michała Rychlika triumfowali 6:1, notując tym samym swoje pierwsze zwycięstwo w sezonie i pokazując, że dobrze przygotowane rzuty wolne mogą zdziałać cuda.

Przed tym spotkaniem spodziewano się naprawdę wyrównanego starcia. FC Po Nalewce miało lepszy dorobek punktowy i zajmowało wyższą pozycję w tabeli, natomiast Husaria Mokotów IV od dłuższego czasu nie potrafiła sięgnąć po zwycięstwo. Wszystko wskazywało więc na emocje i walkę do końca, ale przebieg meczu szybko zweryfikował te oczekiwania.

Gospodarze przystąpili do meczu w bardzo okrojonym składzie i tylko dzięki postawie fair play rywali mogli w ogóle rozegrać to spotkanie - Husaria zgodziła się, by Po Nalewce dobrało dwóch dodatkowych zawodników. Goście natomiast mieli swoje znaczące wzmocnienie, albowiem między słupkami stanął „nowy” bramkarz, Norbert Wierzbicki, legenda Husarii, którego obecność miała ogromny wpływ na przebieg meczu.

Od pierwszych minut przewaga gości była widoczna. W piątej minucie wynik otworzył Sergio Balej, a kilka minut później prowadzenie podwyższył Kuba Skrzyniarz. Do przerwy Husaria dorzuciła kolejne trafienia — na listę strzelców wpisali się jeszcze Tomasz Hubner i Patryk Kramek, a wynik 4:0 mówił wszystko o obrazie pierwszej połowy. Po Nalewce miało ogromne problemy z konstruowaniem akcji, a brak zmian szybko pogłębiał zmęczenie.

Druga część meczu przebiegała w podobnym tonie. Husaria szybko dorzuciła kolejne gole, a po kwadransie prowadziła już 7:0. Dopiero wtedy gospodarze zdobyli pierwsze trafienie. Marcin Król wykorzystał moment nieuwagi rywali. Chwilę później Hubner trafił po raz kolejny, a wynik zamknął Łukasz Fugiel, ustalając rezultat na 2:8.

Husaria Mokotów IV w końcu przełamała swoją niekorzystną passę i pewnie zgarnęła trzy punkty, pokazując, że wciąż potrafi grać skuteczny i ofensywny futbol. Dla Po Nalewce było to spotkanie trudne i mocno pechowe. Brak pełnego składu oraz zmęczenie zrobiły swoje, a końcowy wynik tylko to potwierdził.

To spotkanie od samego początku miało w sobie wszystko – intensywność, fizyczność i nieustanną walkę o każdy centymetr boiska. Na murawie spotkali się lider tabeli – Grajki i Kopacze oraz czwarta Fuszerka, więc emocji można było się spodziewać. I rzeczywiście tempo meczu od pierwszego gwizdka było bardzo wysokie, a żaden z zespołów nie zamierzał się cofać.

Jako pierwsi na prowadzenie wyszli goście. Po sprytnie rozegranym rzucie rożnym i znakomitym ustawieniu w polu karnym Jakub Zarychta wpakował piłkę do siatki, otwierając wynik. To trafienie tylko podgrzało atmosferę. Fuszerka natychmiast ruszyła do odrabiania strat i odpowiedziała w najlepszy możliwy sposób – Maciej Chrzanowski zdobył dwa gole w krótkim odstępie czasu, a przy obu asystował mu Jurij Martynowicz, który doskonale wykorzystywał swoją dynamikę i przegląd pola. Pierwsza połowa upłynęła pod znakiem ogromnej intensywności i momentami zbyt dużych emocji. Zawodnicy obu ekip nie szczędzili sobie ostrych wejść i słów, które nie przystoją boisku – tego elementu z pewnością nie da się pochwalić, ale pokazuje on, jak bardzo obu stronom zależało na zwycięstwie.

Po przerwie napięcie wcale nie spadło, a wręcz przeciwnie – mecz rozkręcił się jeszcze bardziej. Od 42. minuty rozpoczął się prawdziwy festiwal bramek, w którym z wyniku 2:1 zrobiło się ostatecznie 4:5. Goście zagrali z determinacją godną lidera: podnieśli pressing, ruszyli całą drużyną do przodu i w końcu przełamali rywala. Kluczowe okazały się występy Tomasza Kowalczyka i Przemysława Nieszporka – obaj zdobyli po dwa gole, a Nieszporek dołożył jeszcze asystę. Ich skuteczność i upór w ostatnich minutach przesądziły o tym, że komplet punktów pojechał do lidera.

To było spotkanie z charakterem. Grajki i Kopacze pokazali, dlaczego są na czele tabeli – nawet gdy przegrywają, potrafią wrócić do gry i zwyciężyć. Dla Fuszerki to porażka z gatunku tych, które uczą, że do defensywy trzeba dołożyć sporo koncentracji i mobilności.

Spotkanie dwóch drużyn z dolnej części tabeli okazało się wyjątkowo jednostronnym widowiskiem. Od pierwszego gwizdka to zawodnicy FC Górka Kazurka narzucili tempo gry i całkowicie zdominowali swoich rywali. Już w początkowej fazie meczu na prowadzenie wyprowadził ich Mikołaj Krasicki, a chwilę później precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego wynik podwyższył Michał Majcherek. To jednak nie był koniec ofensywnego popisu gości. Dwa trafienia dołożył Mikołaj Mogilnicki, kolejną bramkę zdobył Kamil Grudziński, a rezultat pierwszej połowy na 6:0 ustalił Michał Mazur.

Po przerwie Wczorajsi wreszcie znaleźli sposób na pokonanie bramkarza rywali. Gole Jakuba Erbla i Ernesta Lefka dały im malutką nadzieję na odrobienie strat. Była to jednak tylko krótka chwila euforii. Górka Kazurka ponownie przejęła inicjatywę i nie pozostawiła złudzeń, kto tego dnia był lepszy.

Kolejne trafienia gości przypieczętowały ich efektowne zwycięstwo 11:3, dzięki któremu FC Górka Kazurka dopisała do swojego dorobku cenne trzy punkty i wydostała się ze strefy spadkowej. Wczorajsi natomiast będą musieli szukać przełamania w kolejnych spotkaniach, jeśli chcą pozostać w grze o utrzymanie.

To był mecz, który w pełni zasługiwał na miano hitowego starcia kolejki. Na przeciw siebie stanęły dwie drużyny z czołówki tabeli – Depserados i Gawulon – a stawką była pozycja wicelidera. Spotkanie miało wszystko, co kibice lubią najbardziej: intensywność, emocje i zwroty akcji.

Pierwsza połowa przebiegała pod całkowitą kontrolą Gawulonu. Goście od początku narzucili wysoki pressing, świetnie poruszali się bez piłki i błyskawicznie wykorzystywali błędy rywali. W ofensywie błyszczał Maciej Rajkowski, który otworzył wynik meczu, a chwilę później dołożył dwie asysty – najpierw po przejęciu piłki i zagraniu do Maruszewskiego, a następnie po perfekcyjnie rozegranej kontrze. W efekcie po pierwszych 25 minutach Depserados schodzili do szatni z trzema bramkami straty (0:3), a Gawulon wyglądał na zespół, który ma wszystko pod kontrolą.

Po przerwie obraz gry jednak całkowicie się odwrócił. Depserados ruszyli do odrabiania strat z ogromną determinacją, a sygnał do ataku dał Jan Szczęśniak. Był wszędzie – napędzał akcje, podkręcał pressing i sam zdobył bramkę, która tchnęła życie w gospodarzy. Chwilę później dołożyli kolejne trafienia i w 37. minucie mieliśmy już tylko 3:4. Gawulon znalazł się pod presją. W tym kluczowym momencie gracze z Zielonki zachowali jednak chłodną głowę. Cofnęli się, uspokoili grę i cierpliwie czekali na swoją szansę. W końcówce ją dostali – po dobrze rozegranej akcji padła bramka na 3:5, która ustaliła wynik i rozwiała nadzieje Depserados.

Gawulon wygrał zasłużenie – zagrał dojrzale, skutecznie i z pełną kontrolą w decydujących fragmentach. Dzięki temu zwycięstwu awansował na pozycję wicelidera, kosztem właśnie niedzielnych konkurentów.

11 Liga

Od pierwszego gwizdka było widać, że dziś na boisku nie zabraknie akcji. Mistrzowie Chaosu ruszyli odważnie i od razu postawili gospodarzy pod ścianą. Już w pierwszych minutach Bartek Cieślak dwukrotnie znalazł sposób na bramkarza – najpierw wykorzystując podanie wzdłuż pola, a następnie uderzając przy dalszym słupku. Swoje trafienia szybko dołożyli Mateusz Gadomski i Janek Tyski, i w ciągu zaledwie dziesięciu minut Mistrzowie Chaosu prowadzili 4:0.

Wyglądało na to, że gospodarze będą mieli przed sobą trudne zadanie, ale FC Patetikos nie zamierzało się poddać. W krótkim odstępie czasu odpowiedzieli serią bramek – Jakub Michalik najpierw wpakował piłkę po szybkiej kontrze, potem trafił Tomasz Tomczyk, ponownie Michalik, a na koniec Łukasz Wileński doprowadzili do remisu 4:4. Boisko momentalnie ożyło – każda akcja niosła napięcie, a każdy błąd mógł kosztować utratę gola.

Pierwsza połowa nie zakończyła się jednak remisem – Mistrzowie Chaosu ponownie złapali rytm. Cieślak znów wziął sprawy w swoje ręce, dołożył kolejne dwa trafienia, a Marcin Dołoszyński przypieczętował przewagę, dzięki czemu do szatni schodzili z prowadzeniem 7:4.

Po zmianie stron FC Patetikos próbowało odrobić straty. Tomasz Borkowski szybko zdobył gola i można było myśleć, że zaraz zobaczymy remis. Jednak Mistrzowie Chaosu nie pozwolili sobie wydrzeć inicjatywy. Kontrolowali tempo gry, wykorzystywali każdą przestrzeń i precyzyjnie wykańczali swoje akcje. Dwa kolejne trafienia przypieczętowały ich zwycięstwo 9:5.

To był mecz, w którym cały czas coś się działo – FC Patetikos pokazało charakter i ambicję, ale Mistrzowie Chaosu byli skuteczniejsi w decydujących momentach. Bartek Cieślak, zdobywając cztery gole, był motorem napędowym swojej drużyny, a cały zespół pokazał, że w tym „Chaosie”, który mają w nazwie, czuje się doskonale. Spotkanie było chaotyczne, pełne szybkich zmian, nagłych zwrotów akcji i nieprzewidywalnych sytuacji – dokładnie tak, jak można się było spodziewać po Mistrzach Chaosu.

Legijna Ferajna nie przystępowała do meczu z MWSP w roli faworyta. Faktem jest jednak, że ostatnio drużyna Roberta Kwapisza zasłużenie ograła Piwo Po Meczu, więc nastroje w zespole były bojowe.

Piłkarze z historycznym herbem Królewskich na koszulkach byli aktywniejsi i lepiej zorganizowani. Szukali swoich okazji i wykorzystywali fakt, że mieli długą ławkę rezerwowych. MWSP grało bez zmian, co siłą rzeczy wpływało na oszczędniejsze poruszanie się po boisku i mniejszą intensywność.

Przewaga gości w końcu znalazła potwierdzenie w zdobywanych bramkach. Najpierw trafił Maciek Koch, a następnie Daniel Ogórek. Gdy w drugiej połowie wynik podwyższył Robert Kwapisz, wydawało się, że mecz jest już rozstrzygnięty. Wtedy jednak, jak to często bywa, prowadzący złapali chwilę rozluźnienia, a przegrywający ruszyli do odrabiania strat. Miłosz Wróblewski i Jakub Sołdaczuk doprowadzili do stanu 2:3, co wyraźnie zdenerwowało lidera Ferajny. Kilka ostrzejszych uwag z ławki, a potem ładne podanie do Maćka Kocha i goście mogli cieszyć się z drugiego zwycięstwa w tym sezonie.

Porażka zepchnęła MWSP z podium, ale już w następnej kolejce zagrają z wiceliderem z Wilanowa, więc wszystko wciąż w ich nogach i głowach. Legijna Ferajna z kolei znalazła się tuż pod kreską, ale złapała kontakt z bezpieczną strefą, co powoduje, że końcówka rundy zapowiada się bardzo ciekawie.

W minioną niedzielę doszło do emocjonującego starcia pomiędzy Hiszpańskim Galeonem a CWKS Ferajną Warszawa. Pierwsza połowa rozpoczęła się od dynamicznych ataków gospodarzy, którzy starali się narzucić własne tempo i utrzymać inicjatywę na boisku. Ich wysiłki przyniosły efekty – do przerwy prowadzili 3:2, skutecznie wykorzystując stworzone okazje pod bramką rywali. Choć wynik wskazywał na przewagę Hiszpańskiego Galeonu, CWKS Ferajna regularnie stwarzała groźne sytuacje, pokazując, że losy meczu wciąż pozostają otwarte. Widać było, że goście uważnie analizują grę przeciwnika i czekają na moment, który pozwoli im odwrócić przebieg spotkania.

Druga połowa przyniosła całkowitą zmianę obrazu gry. Przegrywający wyszli na boisko z ogromną determinacją i pełnym zaangażowaniem. Ich gra stała się bardziej zespołowa – szybkie wymiany podań, lepsze ustawienie i agresywny pressing sprawiły, że CWKS Ferajna całkowicie przejęła inicjatywę. Goście konsekwentnie atakowali, nie odpuszczając żadnej piłki, a efektem tej postawy była seria skutecznych akcji, które przyniosły trzy kolejne bramki. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:3 dla CWKS Ferajny, która dzięki konsekwencji i zgraniu w pełni zasłużyła na zwycięstwo.

Spotkanie po raz kolejny pokazało, jak ważne w futbolu są wytrwałość, organizacja i gra zespołowa. Hiszpański Galeon może być zadowolony z dobrej pierwszej połowy, ale druga odsłona udowodniła, że nawet solidne prowadzenie nie daje gwarancji sukcesu. CWKS Ferajna natomiast zaprezentowała prawdziwy kolektyw – drużynę potrafiącą nie tylko odwrócić losy meczu, ale też w pełni kontrolować jego przebieg.

FC Warsaw Wilanów pewnie i konsekwentnie kroczy po awans do wyższej klasy rozgrywkowej, podczas gdy FC Mocny Narket gra poniżej oczekiwań – choć trzeba uczciwie przyznać, że ich gra często wygląda lepiej, niż wskazują na to wyniki.

W spotkaniu 7. kolejki zawodnicy Narketu nie występowali w roli faworyta, a przedmeczowe przewidywania szybko znalazły potwierdzenie na boisku. Gra FC Warsaw Wilanów była po prostu zbyt szybka dla rywali. Wysoka intensywność gości była w dużej mierze efektem problemów kadrowych gospodarzy – gra bez ławki rezerwowych zawsze utrudnia zarządzanie siłami. Gracze z Wilanowa doskonale to wykorzystali. Strzelanie rozpoczął Karol Kowalski, który wykorzystał niepewne wybicie Maksymiliana Dałkowskiego. Kolejne dwa gole dołożył Piotr Wdowiński, następnie ponownie trafił Kowalski, a wynik pierwszej połowy ustalił Michał Supłat. Rezultat 1:5 do przerwy w zasadzie rozstrzygnął losy meczu. Na szczególne wyróżnienie zasłużył Kuba Świtalski, który co prawda nie zdobył bramki, ale popisał się trzema asystami, napędzając grę ofensywną swojego zespołu.

Po przerwie FC Mocny Narket, mając niewiele do stracenia, zaprezentował się lepiej, jednak zdołał zdobyć tylko jednego gola – autorstwa Konrada Szuflińskiego.

FC Warsaw Wilanów odniosło drugie z rzędu zwycięstwo i umocniło się na podium, natomiast FC Mocny Narket spadł na przedostatnie miejsce w tabeli i czeka go trudna walka o utrzymanie.

Mecz lidera z drużyną ze strefy spadkowej miał tylko jednego faworyta. AC Choszczówka prezentuje się w tej edycji kapitalnie i trudno było sobie wyobrazić inny wynik niż zwycięstwo nad Piwem Po Meczu. Również samo spotkanie rozpoczęło się po myśli gospodarzy. Już w 2. minucie Bartosz Salata wykorzystał błąd obrońcy i pewnie pokonał golkipera Piwoszy. Mogło się wtedy wydawać, że dojdzie do sporego pogromu, ale choć Choszczówka zdecydowanie przeważała, rywale długo i dzielnie się bronili.

Kolejną bramkę zobaczyliśmy w 11. minucie. Piłkę w polu karnym przyjął Michał Kochanowski, odwrócił się i mocnym strzałem pod poprzeczkę trafił do siatki. Nie był to przypadek, bowiem w podobny sposób zdobył gola na 3:0 pod koniec pierwszej części i właśnie takim wynikiem zakończyły się premierowe 25 minut.

Druga część wyglądała podobnie. Gospodarze mieli pełną kontrolę nad meczem, natomiast Piwosze nie bardzo mieli pomysł, jak skutecznie przedostać się pod bramkę Szymona Salaty, nie mówiąc już o pokonaniu kapitana Choszczówki. W całym spotkaniu tylko kilka razy zmuszono go do interwencji. Gospodarze konsekwentnie robili swoje, choć kolejne bramki padły dopiero na 10–15 minut przed końcem meczu.

Ostatecznie skończyło się wynikiem 7:0, choć mamy wrażenie, że rezultat spokojnie mógł być wyższy. Choszczówka umocniła się na pozycji lidera, natomiast Piwo Po Meczu spadło na ostatnie miejsce w tabeli i stało się czerwoną latarnią ligi.

12 Liga

Zdecydowanym faworytem spotkania pomiędzy Luminą a Rodziną Soprano był zespół gości, który w tym sezonie potknął się jedynie w pierwszej kolejce. Gospodarze natomiast zajmują przedostatnie miejsce w tabeli, mając na koncie tylko jedno zwycięstwo i jeden remis.

Pierwsza połowa wcale jednak nie zapowiadała łatwego meczu dla faworyta. Choć Rodzina Soprano jako pierwsza objęła prowadzenie po bramce Wiktora Stańczaka, który po odbitce z rzutu rożnego bez problemu skierował piłkę do pustej bramki, to Lumina szybko odpowiedziała, doprowadzając do wyrównania. Spotkanie było wyrównane, a oba zespoły grały z dużym zaangażowaniem. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4:2 dla gości, głównie dzięki znakomitej dyspozycji Wiktora Stańczaka, który w niespełna dwadzieścia minut skompletował hat-tricka i wyraźnie napędzał grę swojego zespołu.

Druga część spotkania to już pełna dominacja faworytów. Ich skuteczność była imponująca – zdobyli aż siedem bramek, tracąc przy tym tylko jedną. Piłka chodziła jak po sznurku, a zawodnicy z uśmiechem na twarzy cieszyli się z kolejnych trafień. Cały zespół zagrał konsekwentnie, z pełnym zaangażowaniem i zasłużenie odniósł wysokie zwycięstwo.

Dzięki tej wygranej Rodzina Soprano zrobiła kolejny krok w stronę czołówki 12. Ligi Fanów, pokazując, że cel, jakim jest walka o najwyższe miejsca, jest jak najbardziej realny.

W ramach 7. serii gier naprzeciwko siebie stanęły ekipy Vox Populi oraz FC Łazarski. Spotkanie zapowiadało się na zacięte, jednak jego przebieg dobitnie pokazał, że wszyscy, którzy tak zakładali, byli w dużym błędzie. Ekipa gości rozgromiła rywali aż 14:3.

Od początku było widać różnicę klas między zespołami. Vox Populi wyglądało tak, jakby „nie wyszli na boisko”. Gracze Łazarskiego byli lepsi w każdym aspekcie. Szybkość, wymienność pozycji, umiejętności indywidualne. Widać było u nich ogromny głód zwycięstwa, a do ataku ruszyli niczym drapieżnik polujący na swoją ofiarę.

Po stronie Vox Populi naprawdę trudno doszukać się pozytywów po tym meczu. Natomiast w ekipie Łazarskiego spokojnie można wyróżnić kilka postaci. Między innymi Zhasulana Kamantaya,  zdobywcę 5 goli i 1 asysty. Jego fenomenalny dorobek z tego spotkania dał mu obecnie 1. miejsce w klasyfikacji strzelców oraz kanadyjczyka. Tego dnia był nieomylny i bezlitosny pod bramką rywala, co idealnie oddają jego statystyki. Kolejną postacią, która mocno napsuła krwi gospodarzom, był Gleb Stikovskyi. Strzelił 4 bramki i dołożył 3 kluczowe podania. Przez niego przechodziła większość akcji konstruowanych przez gości.

Podsumowując - pewna, zasłużona i bardzo wysoka wygrana Łazarskiego. A sposób, w jaki ją odnieśli, zasługuje na jedno określenie: czapki z głów.

Starcie zespołów FC Melange i FC Razam było na papierze przesądzone przed pierwszym gwizdkiem. Z jednej strony niekwestionowany pretendent do mistrzostwa 12. ligi, z drugiej drużyna zamykająca tabelę i walcząca o utrzymanie. Wiemy, że piłka nożna potrafi pisać niespodziewane scenariusze, jednak tym razem obyło się bez cudów. Melange, będący na fali wznoszącej, dołożył piąty z rzędu mecz zakończony triumfem, pewnie wygrywając 9:1.

Początek spotkania był jednak zaskakująco wyrównany, a nawet przez moment to gracze Razam cieszyli się z prowadzenia. Czar prysł w mgnieniu oka. Po krótkim przestoju gospodarze przebudzili się, przejęli inicjatywę i szybko odwrócili wynik dzięki trafieniom Łukasza Krysiaka i Kamila Pietrzykowskiego. Taki stan rzeczy utrzymał się do końca pierwszych 25 minut.

W drugiej połowie zawodnicy FC Melange dostali wiatru w żagle, natomiast Razam całkowicie opadł z sił. Nie było już widać u nich chęci do rywalizacji, wyglądali na bezradnych w porównaniu z nakręconymi przeciwnikami. Druga część spotkania przebiegała pod absolutnym panowaniem Melange, który zdominował rywala i zasłużenie wygrał aż 9:1.

Dzięki temu zwycięstwu Melanżownicy zrównali się punktami z liderem Rodziną Soprano i wciąż pozostają w grze o awans na sam szczyt.

Spotkanie pomiędzy FC Vikersonn UA II a Dynamo Wołomin miało wyraźnego faworyta – gospodarze plasowali się na trzecim miejscu w tabeli i liczyli na kolejne zwycięstwo, natomiast goście z Wołomina znajdowali się w strefie spadkowej i potrzebowali punktów niczym tlenu.

Mecz rozpoczął się zgodnie z przewidywaniami. FC Vikersonn od pierwszych minut ruszyło do ataku, a bramkarz Dynama już w pierwszej minucie musiał dwukrotnie interweniować, by uchronić swój zespół przed stratą gola. W 2. minucie jednak skapitulował – po składnej akcji gospodarzy Shokhruh Saidakhmedov zagrał piłkę wzdłuż bramki, a Yevhenii Kyrii z najbliższej odległości wbił ją do siatki. Dynamo Wołomin szybko odpowiedziało. W 4. minucie Tomasz Dzięcioł został sfaulowany w polu karnym, a rzut karny pewnie wykorzystał Michał Matyja, doprowadzając do remisu. Od tego momentu gra stała się bardziej wyrównana – obie drużyny szukały swoich szans, ale brakowało im dokładności pod bramką przeciwnika. W 8. minucie goście przechylili jednak szalę na swoją korzyść. Jakub Klimkowski przechwycił piłkę w środku pola, podał do Andrzeja Śliwki, a ten pewnym strzałem dał prowadzenie swojemu zespołowi.

Gospodarze odpowiedzieli w najlepszy możliwy sposób – po kilku próbach z dystansu w końcu dopięli swego, a mocne uderzenie zza pola karnego wylądowało w siatce Dynama. Na ich nieszczęście Michał Matyja chwilę później znów wpisał się na listę strzelców, popisując się precyzyjnym strzałem z dystansu i ustalając wynik do przerwy na 3:2 dla gości.

Po zmianie stron Dynamo Wołomin rozpoczęło drugą połowę od mocnego akcentu – już w pierwszej akcji podwyższyło prowadzenie na 4:2. FC Vikersonn próbowało natychmiast odpowiedzieć, jednak po dobrze rozegranej akcji piłka odbiła się od słupka. Zespół z Ukrainy musiał zaatakować, by odwrócić losy meczu, co otworzyło przestrzeń w defensywie. Goście wykorzystali to bezlitośnie, zdobywając bramkę z szybkiego kontrataku. W końcówce Vikersonn UA II zdołał jeszcze dwukrotnie pokonać bramkarza Dynama, ale zabrakło im czasu, by doprowadzić do remisu.

Po emocjonującym spotkaniu Dynamo Wołomin zwyciężyło 5:4, odnosząc niezwykle cenne zwycięstwo, które pozwoliło im wydostać się ze strefy spadkowej. FC Vikersonn UA II mimo porażki utrzymał miejsce na podium, jednak kolejna strata punktów może kosztować ich utratę pozycji w czołówce.

Mecz pomiędzy Furduncio Brasil F.C II a Gentleman Warsaw Team zapowiadał się bardzo interesująco ze względu na napiętą sytuację w ligowej tabeli. Przeciwników dzieliły jedynie dwa punkty, choć bilans bramkowy gospodarzy prezentował się zdecydowanie lepiej.

Pierwsze minuty spotkania należały do Furduncio, które zdecydowanie lepiej weszło w mecz. Niestety dla Gentlemanów, Michał Dang zagrał piłkę ręką we własnym polu karnym, a jedenastkę pewnie wykorzystał Bruno Pessoa, wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. Nie minęły dwie minuty, a Brazylijczycy ponownie znaleźli drogę do siatki rywali – tym razem na listę strzelców wpisał się Rafael Kroeger.

Po świetnym początku Furduncio nieco zgubiło rytm gry, a inicjatywę przejęli goście. Gentlemani dzięki szybkiemu dubletowi autorstwa Piotra Loze doprowadzili do wyrównania. Oblężenie bramki gospodarzy trwało i wydawało się, że goście obejmą prowadzenie, jednak tuż przed przerwą bramkę zdobyło ponownie Furduncio, ustalając wynik do przerwy na 3:2.

Druga połowa to już pełna dominacja Canarinhos. Gospodarze grali bezbłędnie w defensywie, nie pozwalając rywalom na zdobycie ani jednej bramki, i cierpliwie czekali na odpowiedni moment, by zaatakować. Na dziesięć minut przed końcem ruszyli do przodu i zdobyli aż pięć goli, potwierdzając swoją wyższość w tym spotkaniu.

W drużynie triumfatorów nie było jednego bohatera – wszyscy zawodnicy Furduncio przyczynili się do tego przekonującego zwycięstwa. Dzięki niedzielnej wygranej zespół awansował o jedną pozycję w tabeli i tylko bilans bramkowy sprawia, że wciąż znajduje się tuż za podium 12. ligi.

13 Liga

W spotkaniu 7. kolejki 13. Ligi Fanów naprzeciw siebie stanęły zespoły Borowików i Kresowii Warszawa II. Nudy nie było, bo już w pierwszych minutach meczu wynik otworzył Piotr Jankowski, wyprowadzając Borowiki na prowadzenie. Choć bramkarz Kresowii obronił pierwszy strzał, przy dobitce nie miał już żadnych szans. Kilkanaście minut później ponownie błysnął Jankowski, który podwyższył prowadzenie na 2:0.

Reakcja Kresowii była jednak natychmiastowa. Artem Janczylik najpierw zmniejszył straty, a kilka minut później doprowadził do wyrównania. Do przerwy mieliśmy więc wynik 2:2, zapowiadający emocjonującą drugą część spotkania.

Po zmianie stron lepiej zaprezentowali się goście. Kresowia II zaczęła dominować, a ich skuteczność zrobiła różnicę. Najpierw na prowadzenie wyprowadził ich Kerim Memedov, a następnie oglądaliśmy dwie niemal bliźniacze akcje – Danil Mikulich dwukrotnie zaliczył asystę, a jego podania na gole zamienił niezawodny tego dnia Artem Janczylik.

Borowiki zdołali jeszcze odpowiedzieć jednym trafieniem, jednak ostatnie słowo należało do gości. Na kilka minut przed końcem ponownie na listę strzelców wpisał się Kerim Memedov, ustalając wynik meczu na 6:3 dla Kresowii Warszawa II. Po bardzo dobrej drugiej połowie goście zasłużenie zgarnęli komplet punktów, natomiast Borowikom pozostaje szukać przełamania w kolejnych spotkaniach.

Spotkanie pomiędzy Elitarnymi Gocław a Zaruby United zapowiadało się bardzo jednostronnie. Gospodarze przed tym meczem zajmowali czwarte miejsce w tabeli, tracąc jedynie punkt do podium, natomiast goście przegrali wszystkie swoje spotkania od początku sezonu i borykali się z problemami kadrowymi.

Już od pierwszych minut widać było dokładność i precyzję w grze ekipy z Gocławia. Jako pierwszy tego dnia do siatki trafił as Elitarnych Łukasz Dawid, który mocnym uderzeniem pod poprzeczkę otworzył wynik meczu. Niespełna cztery minuty później ponownie wpisał się na listę strzelców. Gospodarze nie zwalniali tempa i do 20. minuty prowadzili już pięcioma bramkami. Rezultat 5:0 utrzymał się do końca pierwszej połowy.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Elitarni Gocław wciąż prezentowali wysoką klasę i skutecznie powiększali swój dorobek bramkowy. Każdy z zawodników gospodarzy zagrał na wysokim poziomie – wymieniali się pozycjami, płynnie rozgrywali piłkę i w pełni cieszyli się grą. Zaruby United mieli swoje „pięć minut” i zdołali zdobyć bramkę honorową, lecz szczelna defensywa Elitarnych nie pozwoliła im na więcej.

Wynik 11:1 mówi sam za siebie – faworyci, mimo słabego początku sezonu, wyraźnie odbili się od dna tabeli, a to zwycięstwo umocniło ich w ligowej czołówce. W przyszłym tygodniu czeka ich jednak trudne starcie z Boiskowym Folklorem, który z pewnością będzie chciał się mocno postawić rozpędzonej ekipie z Gocławia.

Joga Bonito przystępowali do spotkania z Nieuchwytnymi jako lider tabeli i zespół, który w tym sezonie jeszcze nie zaznał porażki. Nieuchwytni z kolei mieli na koncie zaledwie pięć punktów po sześciu meczach. Co mogło pójść nie tak?

Pierwszy kwadrans upłynął pod znakiem wzajemnego badania i szukania sposobu na rozmontowanie defensywy przeciwnika. Okazji było jak na lekarstwo, a na tablicy długo widniał wynik bezbramkowy. Choć zespołowo lepsze wrażenie sprawiali goście, to uwagę przykuwał zawodnik gospodarzy – Oleksii Kyselov. Aktywny, ruchliwy, cały czas szukał sobie pozycji i angażował się w grę ofensywną. W pewnym momencie pokusił się nawet o efektowną przewrotkę – uderzenie nie było celne, ale sam pomysł i wykonanie pokazały jego dużą sprawność i pewność siebie.

Pierwsze punkty w spotkaniu zdobyli jednak gracze Joga Bonito. Bramkarz gości, Łukasz Krysiak, włączył się w rozegranie akcji, a jego długie podanie na głowę Sebastiana Kluczka okazało się idealne – Kluczek zamienił je na bramkę i dał swojej drużynie prowadzenie. Radość nie trwała jednak długo, bo szybko odpowiedział Ihor Malinich, wykorzystując dokładne podanie Kyselova. Przed przerwą zobaczyliśmy jeszcze dwa trafienia, które padły w bardzo krótkim odstępie czasu. Najpierw Sebastian Jary wykorzystał moment nieuwagi rywala i z rzutu wolnego posłał piłkę tuż obok nieustawionego muru. Chwilę później, niemal od razu po wznowieniu gry, Kyselov zdecydował się na potężny strzał z dystansu. Siła i precyzja uderzenia zaskoczyły Krysiaka – znów mieliśmy remis.

Druga połowa to już prawdziwy koncert Oleksiia Kyselova, który dołożył jeszcze trzy gole, kompletnie rozbijając defensywę lidera i w pełni zasłużenie zgarniając tytuł MVP kolejki.

Mimo porażki Joga Bonito utrzymali pozycję lidera, natomiast ekipa Marka Szklennika opuściła strefę spadkową i z dużo większym optymizmem przygotowuje się do nadchodzącego starcia z Cockpit Country.

W przedmeczowych zapowiedziach snuliśmy wizję ofensywnego trio Białych Lisów, które na papierze wyglądało całkiem obiecująco jak na realia 13. ligi. Jednak musimy jeszcze trochę poczekać, by zobaczyć je w pełnej akcji. Z tego tercetu jedynie Jeremi Wojton zagrał na swojej nominalnej pozycji. Krzysztof Oracz rozpoczął mecz na bramce wobec absencji podstawowego golkipera, a Maciek Chojnacki w ogóle nie pojawił się na spotkaniu. To od razu znacznie zmniejszyło szanse na korzystny rezultat w starciu z liderem, nawet jeżeli w ekipie gości zabrakło Kacpra Miriuka.

Początek spotkania nie wskazywał jeszcze na to, co wydarzy się później. Pierwsze minuty upłynęły na wzajemnym badaniu sił. Boiskowy Folklor przeważał, natomiast White Foxes próbowali szukać swoich szans w kontratakach. W końcu jedna z takich prób się udała - po golu Jeremiego Wojtona gospodarze objęli prowadzenie. Niestety dla nich, były to miłe złego początki, bowiem dalsza część rywalizacji należała zdecydowanie do rywali. Jeszcze w premierowych 25 minutach odpowiedzieli pięcioma trafieniami, przy czym należy podkreślić, że między słupkami bardzo dobrze spisywał się Krzysztof Oracz.

Zawodnik ten, nieco podirytowany nieskutecznością kolegów, postanowił włączyć się do akcji ofensywnej. Ito zdało egzamin, bo ustalił wynik do przerwy na 2:5. W drugiej części doszło do zmiany na bramce w zespole Białych Lisów, ale chyba nie wyszło to na dobre. Boiskowy Folklor dość łatwo zdobył kolejne cztery gole i przy wyniku 2:9 gospodarze nie mieli już czego szukać a strata była zbyt duża, by przy tak dysponowanym rywalu udało się ją odrobić.

Lisy wróciły do początkowego ustawienia, jednak nie zrezygnowały z ofensywnego nastawienia. To miało swoje konsekwencje, bowiem zespół gości czuje się jak ryba w wodzie, gdy może kontratakować. Ostatecznie skończyło się wynikiem 3:15. Jak zawsze w ofensywie błyszczeli Aleks Miriuk i Ariel Kucharski, ale w tym meczu wyróżnił się również Bartłomiej Trębacz, który bardzo pewnie trzymał defensywę Boiskowego Folkloru w ryzach.

Cockpit Country przystępował do spotkania z Lisami, znając już wynik swoich sąsiadów z tabeli. Gospodarze wiedzieli więc, że tylko zwycięstwo pozwoli im uniknąć wylądowania w strefie spadkowej. Czasem jednak łatwiej coś zaplanować niż zrealizować.

Początek wyglądał obiecująco. Świetnymi interwencjami popisywał się Artur Trela, kilkukrotnie zatrzymując groźne strzały zawodników Lisów. W 8. minucie prowadzenie gospodarzom dał aktywny tego dnia Olek Gorzkowski. Niestety, na tym dobra gra Cockpitu się skończyła. Gospodarze szukali swoich szans, oddawali strzały i próbowali narzucić tempo, ale to Lisy grały mądrzej i skuteczniej. Trela robił, co mógł między słupkami, lecz był bezradny wobec trafień Dominika Cieśli, Pawła Sałaty i – najlepszego na boisku – Marcina Docha. Wynik 1:3 do przerwy wydawał się całkowicie sprawiedliwy.

Druga odsłona meczu miała podobny przebieg. Cockpit Country walczył i dwukrotnie znalazł drogę do bramki Krystiana Załuckiego, jednak to Lisy w pełni kontrolowały przebieg gry. Swoje drugie trafienie – tym razem z rzutu karnego – zaliczył Marcin Doch, a na listę strzelców po raz drugi wpisał się również Marek Gumiela, zdobywając bramkę wyjątkowej urody. Po długim zagraniu bramkarza Załuckiego Gumiela, stojąc tyłem do bramki, zdołał głową skierować piłkę obok bezradnego Treli.

Kiedy bramkarz sześć razy wyciąga piłkę z siatki, trudno go chwalić, ale w tym przypadku słowa uznania należą się Arturowi Treli. Gdyby nie kilka jego kapitalnych interwencji, zwycięstwo Lisów mogłoby być zdecydowanie bardziej okazałe.

14 Liga

Spotkanie pomiędzy FC Olimpik a BS Zadymiarze zapowiadało się dość jednostronnie ze względu na genialną formę gości, którzy idą niczym burza przez 14. Ligę, imponując niesamowitą skutecznością. Gospodarze natomiast tuż przed meczem zajmowali przedostatnie miejsce w tabeli, choć ich bilans bramkowy wcale nie oddaje faktycznego potencjału drużyny.

Z początku nic nie wskazywało na to, że Zadymiarze przejadą się po swoich rywalach – wręcz przeciwnie, Olimpik potrafił ich zaskoczyć i postawił trudne warunki. Po wymianach akcji z obu stron przełamanie dał gol Szymona Fabisiaka, który przechwycił piłkę pod bramką rywali i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Przed końcem pierwszej połowy sytuacja się powtórzyła – ponownie genialnie zachował się Szymon, który indywidualnie zakończył akcję, ustalając wynik do przerwy na 2:0 dla faworytów.

Po zmianie stron mecz się otworzył – zobaczyliśmy aż sześć kolejnych trafień i wiele efektownych akcji. Współpraca w ekipie gości naprawdę mogła się podoba. Widać, że w tym zespole wszystko funkcjonuje jak należy, a przy tym nikomu nie brakuje umiejętności technicznych. Po niespełna dziesięciu minutach drugiej połowy Zadymiarze spokojnie przypieczętowali swoje zwycięstwo, podwyższając wynik na 7:0. Dopiero wtedy w ich grze pojawiło się nieco rozluźnienia, które wykorzystał FC Olimpik, zdobywając dwa honorowe gole.

Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 2:8, a genialna passa Zadymiarzy wciąż trwa. FC Olimpik mimo porażki nie spuścił głowy i wciąż wierzy w walkę o utrzymanie w 14. Lidze.

W 14. lidze doszło do spotkania drużyn z różnych biegunów tabeli. Z jednej strony Oldboys Derby walczący o czołowe miejsca, z drugiej Milkeen próbujący wydostać się ze strefy spadkowej. Dla Milkeen zwycięstwo mogło być niezwykle cenne, bo pozwoliłoby zbliżyć się do Oldboysów na dystans zaledwie trzech punktów.

Aby jednak o tym myśleć, potrzebny był solidny skład i stabilność. Kiedy Milkeen przyjeżdżał na mecze w pełnym zestawieniu i z rezerwowymi, potrafił postawić się rywalom, a nawet wygrywać. Tym razem jednak obie drużyny miały bardzo krótkie ławki – zaledwie trzech rezerwowych łącznie na dwa zespoły. To wyraźnie wpłynęło na tempo gry – spokojniejsze i bardziej kontrolowane, co w tym starciu zdecydowanie sprzyjało Oldboys.

"Starsi chłopcy" rozpoczęli mecz pewnie i szybko objęli prowadzenie 2:0. Milkeen jednak się przebudził, odpowiedział dwoma trafieniami i doprowadził do remisu. Mimo to lekką przewagę w grze mieli Oldboys, którzy potrafili to wykorzystać i do przerwy prowadzili już 4:2. Bohaterem meczu – jak to często bywa – został Łukasz Łukasiewicz, który zaliczył fenomenalny występ, zdobywając aż 6 bramek i 3 asysty.

Po przerwie obraz gry nie uległ większej zmianie. Gracze z osiedla Derby kontrolowali wydarzenia, a Milkeen próbował gonić wynik. Najgroźniej zrobiło się przy stanie 6:3, gdy Rafał Maciejewski (autor 4 goli w tym meczu) zmniejszył stratę do dwóch bramek. Milkeen miał jeszcze szansę, by dojść przeciwnika na kontakt, ale Oldboys skutecznie się bronili, a w końcówce powiększyli przewagę, ustalając wynik na 9:5.

To bardzo ważne zwycięstwo dla Oldboys, którzy umocnili się na 3. miejscu w tabeli i tracą już tylko 3 punkty do lidera. Milkeen pozostaje w strefie spadkowej, ale drużyna z 6. pozycji ma tyle samo punktów, więc jedno zwycięstwo może całkowicie odmienić ich sytuację.

Mecz pomiędzy Heavyweight Heroes a Santiago Remberteu zapowiadał ogromne emocje i zdecydowanie nie zawiódł. Mnóstwo zwrotów akcji, niewykorzystanych sytuacji, pogoń za wynikiem… ciężko opisać to spotkanie jednym słowem. Patrząc na ostatnią dyspozycję oraz dotychczasowe wyniki, faworytem byli goście, jednak ten mecz w żadnym momencie nie był dla nich prosty. Gospodarze postawili mocny opór, a wcześniejsza porażka z BRD Young Warriors wyraźnie ich zmobilizowała, by tym razem zgarnąć 3 punkty. Niestety dla nich ponownie musieli uznać wyższość rywala, znów minimalnie przegrywając.

W mecz lepiej weszli goście, od razu ruszając do ataku, co szybko przyniosło efekty, bo objęli dwubramkowe prowadzenie. Piłkarze Heavyweight otrząsnęli się i złapali kontakt, lecz tuż przed końcem pierwszej połowy Santiago podwyższyło na 3:1.

Druga połowa przyniosła jeszcze więcej emocji pod bramką gości. Santiago mogło grać spokojniej, nie forsując tempa, bo prowadziło, natomiast gospodarze nacierali raz po raz. Ich determinacja przyniosła efekt, albowiem udało im się wyrównać stan meczu.

Ogromne brawa należą się bramkarzowi Santiago, Szymonowi Bielańskiemu, który popisał się wieloma świetnymi interwencjami i bezpośrednio przyczynił się do tego, że jego drużyna nie straciła kolejnych bramek w najtrudniejszym dla siebie momencie. Dzięki temu mecz „zaczął się od nowa”.

Czasu pozostawało coraz mniej, a decydującego gola na wagę trzech punktów zdobył Piotrek Wójtowicz. Goście odnieśli cenne zwycięstwo po pełnych walki 50 minutach.

Elekcyjna FC podejmowała Warsaw Pistons w meczu pełnym szybkich akcji i licznych bramek. Już w pierwszej połowie gospodarze narzucili wysokie tempo i stworzyli kilka groźnych sytuacji pod bramką rywali. Do przerwy prowadzili 4:2, pokazując skuteczność w ataku i umiejętność wykorzystywania błędów przeciwnika.

Mimo to Warsaw Pistons nie składali broni – Krzysztof Chodziński i Kacper Romanowski starali się utrzymać kontakt z rywalem i wnieść sporo energii do gry swojego zespołu. Niestety, w tej walce byli zbyt osamotnieni, by powstrzymać ofensywny napór Elekcyjnej.

Druga połowa okazała się prawdziwym popisem gospodarzy. Elekcyjna FC rozwinęła skrzydła, skutecznie kontratakując i zamieniając niemal każdą sytuację na bramkę. Kluczową rolę odegrał duet Bartek Brulikis – Jakub Mydłowiecki. Brulikis imponował skutecznością, zdobywając 3 gole i asystę, natomiast Mydłowiecki dołożył 2 bramki i 2 asysty, doskonale współpracując z partnerem i nadając rytm ofensywie całego zespołu. Ich zrozumienie i zgranie były widoczne w każdej akcji, co znacznie utrudniało zadanie obronie gości. Warsaw Pistons próbowali odpowiadać – Chodziński i Romanowski włożyli wiele wysiłku w próby zmniejszenia strat, jednak brak wsparcia ze strony reszty drużyny sprawił, że nie byli w stanie zatrzymać ofensywnego impetu oponentów.

Ostatecznie mecz zakończył się wysokim zwycięstwem Elekcyjnej FC 10:4, które potwierdziło zarówno indywidualne umiejętności zawodników, jak i świetną współpracę całego zespołu.

15 Liga

Spotkanie pomiędzy Oldboys Derby III a liderem tabeli – drużyną Yug.Bud – od pierwszych minut zapowiadało się niezwykle emocjonująco. Goście bardzo szybko objęli prowadzenie po świetnie rozegranym rzucie rożnym. Yurii Humeniuk precyzyjnie dograł w pole karne, a jego podanie skutecznie wykończył Volodymyr Kharin. Chwilę później Humeniuk ponownie o sobie przypomniał, tym razem popisując się mocnym strzałem z dystansu, który dał Yug.Bud dwubramkowe prowadzenie.

Oldboysi jednak nie zamierzali się poddawać. Piotr Grudzień skutecznie wykorzystał nadarzającą się okazję i zdobył gola kontaktowego. Goście odpowiedzieli błyskawicznie – dwa szybkie trafienia pozwoliły im ponownie odskoczyć na trzy bramki. Kiedy wydawało się, że lider pewnie zmierza po kolejne zwycięstwo, gospodarze pokazali, dlaczego są znani z nieustępliwości i charakteru. Najpierw Piotr Grudzień dwukrotnie pokonał bramkarza gości, a tuż przed przerwą Jacek Łukasiewicz pięknym uderzeniem z rzutu wolnego doprowadził do wyrównania. Do szatni oba zespoły schodziły przy wyniku 4:4.

Druga połowa była kontynuacją ofensywnego widowiska. Daniel Zieliński wykorzystał swoją szansę i wyprowadził Oldboysów na prowadzenie. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo – Volodymyr Kharin szybko wyrównał. Następnie Yurii Humeniuk ponownie wpisał się na listę strzelców, dając Yug.Bud prowadzenie 6:5, lecz Zieliński po raz drugi trafił do siatki, doprowadzając do remisu 6:6!

Gdy wydawało się, że obie drużyny podzielą się punktami, lider tabeli zadał dwa decydujące ciosy. Najpierw Vladyslav Mochonyi wyprowadził gości na prowadzenie, a chwilę później Yurii Humeniuk ustalił wynik spotkania na 8:6 dla Yug.Bud.

To był prawdziwy piłkarski spektakl, który świetnie się oglądało. Gratulacje należą się obu ekipom, bo czas upłynął nam tutaj wyjątkowo szybko.

W meczu 15. ligi obserwować mogliśmy starcie Pogromców Poprzeczek i Szeregu Homogenizowanego. Z uwagi na poziom rozgrywek było jasne, że mecz przebiegnie w spokojnej, wręcz koleżeńskiej atmosferze, co jednak nie oznaczało braku sportowej rywalizacji.

Od początku to goście ruszyli do ataku. Byli drużyną zdecydowanie bardziej aktywną i skuteczną, co szybko przełożyło się na gole. Gracze Szeregu trafiali do siatki raz po raz, podczas gdy gospodarze byli mocno pogubieni i ograniczali się do pojedynczych zrywów. Pierwsza połowa przebiegła pod całkowite dyktando gości, czego najlepszym dowodem był wynik - aż 1:8.

Po przerwie obraz gry zmienił się diametralnie. Pogromcy Poprzeczek odzyskali energię, wolę walki i zaczęli intensywnie pracować w pressingu. Przynosiło to efekty, bo systematycznie odrabiali straty. Niestety, wciąż zdarzały im się katastrofalne błędy w defensywie, które Szereg bez wahania wykorzystywał.

Przewaga zbudowana przez gości była jednak zbyt duża, by ją roztrwonić. Mimo słabszej drugiej połowy Szereg Homogenizowany wygrał 6:12. Dzięki temu zwycięstwu zbliżyli się na zaledwie jeden punkt do Pogromców, którzy mimo porażki nadal utrzymują się na najniższym stopniu podium.

W 15. lidze doszło do jednego z ciekawszych pojedynków kolejki na tym poziomie rozgrywek. Naprzeciw siebie stanęły dwa zespoły z czołówki, które dzieliła niewielka różnica punktowa i które wciąż liczą się w walce o podium. Obu drużynom naprawdę zależało, co było widać od pierwszych minut – mecz był intensywny i pełen zaangażowania.

Lepiej rozpoczął Green Team, który błyskawicznie narzucił swoje tempo. Goście wykorzystali błędy rywali i szybko objęli prowadzenie. Daniel Kurowski otworzył wynik po dobrze wykonanym rzucie wolnym, a kilka minut później Grzegorz Świercz i Łukasz Kuna podwyższyli rezultat, korzystając z niedokładności w defensywie Interu. Ten początek ustawił przebieg meczu, bo gospodarze musieli odrabiać straty już od pierwszego kwadransa.

Z czasem Inter zaczął dochodzić do głosu. Daniil Veramei skutecznie dobił strzał kolegi, a chwilę później Valerii Sumarev wykorzystał błąd w ustawieniu bramkarza Zielonych, przywracając swojej drużynie nadzieję. Gra gospodarzy wyglądała coraz lepiej, jednak pierwsza połowa i tak zakończyła się prowadzeniem Green Teamu 3:2.

Po przerwie obraz gry nie zmienił się znacząco – Inter próbował, ale to goście znów byli skuteczniejsi. Green Team umiejętnie wykorzystywał swoje sytuacje, a Grzegorz Świercz po raz kolejny udowodnił świetną formę. Wspólnie z Hołubem, który trafił z bliskiej odległości po jego podaniu, ponownie odskoczyli rywalom. Mimo niekorzystnego wyniku Inter nie odpuścił. Gospodarze ruszyli do przodu i zdołali zniwelować straty, doprowadzając do stanu 4:5. Końcówka spotkania była bardzo emocjonująca. Przegrywający szukali wyrównania, jednak ostatecznie to Green Team zachował więcej chłodnej głowy. Świercz po raz kolejny znalazł się tam, gdzie trzeba, i przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny.

Mecz zakończył się wynikiem 5:7, a Green Team dopisał kolejne cenne trzy punkty, umacniając się w ścisłej czołówce tabeli. Inter natomiast notuje kolejną porażkę i choć momentami potrafił zdominować rywala, to słaby początek znów kosztował go wynik.

Warto zauważyć, że spotkanie miało duże znaczenie dla układu tabeli. Zwycięstwo Zielonych mocno utrzymało ich w grze o podium, natomiast Inter musi szukać punktów w końcówce rundy, by pozostać w wyścigu o czołowe miejsca.

W 15. lidze zmierzyły się drużyny Niedzielni i Syrenka. Dla obu ekip początek sezonu był trudny. Niedzielni mieli na koncie tylko jedno zwycięstwo z Ros Rogalos, natomiast Syrenka w poprzedniej kolejce zdobyła swoje pierwsze ligowe punkty, remisując z faworyzowanym Interem. Ten wynik wyraźnie dodał im pewności siebie i morale, dlatego przed tym meczem trudno było wskazać wyraźnego faworyta. Z jednej strony bardziej doświadczona ekipa Niedzielnych potrzebowała punktów, z drugiej Syrenka, napędzona ostatnim sukcesem, była gotowa walczyć o pierwsze zwycięstwo.

I to właśnie Syrenka od początku wyglądała lepiej. Była bardziej aktywna, lepiej wchodziła w pojedynki, tworzyła więcej sytuacji i solidnie pracowała w defensywie. Krótko mówiąc – wyglądała jak drużyna, która po prostu bardziej chciała wygrać. Już w 9. minucie wyszła na prowadzenie po trafieniu Eryka Bakuna, który wykorzystał błąd obrońcy i w sytuacji sam na sam pokonał bramkarza. Kilka minut później kolejny błąd Niedzielnych przy wyprowadzaniu piłki zakończył się golem Maksymiliana Pająka. A „wisienką na torcie” było trafienie w 22. minucie – Eryk Bakun świetnie ruszył prawym skrzydłem, dośrodkował w pole karne, a akcję skutecznie wykończył Jakub Wawryk. Niedzielni odpowiedzieli jeszcze w pierwszej połowie przepięknym golem Przemka Sosnowskiego, który potężnym strzałem w samo okienko „ściągnął pajęczynę” z bramki rywali.

W drugiej połowie obraz gry nie uległ większej zmianie. Syrenka wciąż grała konsekwentnie, choć Niedzielni wykorzystali błąd w rozegraniu i zdobyli kontaktowego gola, zmniejszając stratę do jednego trafienia. Wtedy rozpoczęła się najbardziej nerwowa faza meczu – jedna drużyna mogła doprowadzić do remisu, a druga zamknąć mecz. I to Syrenka postawiła kropkę nad „i”, wyprowadzając świetny kontratak na pięć minut przed końcem, a wynik ustalił MVP poprzedniej kolejki Maksymilian Pająk.

Pierwsze zwycięstwo Syrenki w sezonie pozwoliło jej wydostać się z dna tabeli. Zespół poczuł smak sukcesu i z pewnością będzie chciał go powtórzyć. Dla Niedzielnych to z kolei sygnał ostrzegawczy – drużyna nie traci wielu bramek, ale ma ogromne problemy ze skutecznością. Jakby trochę zgasł w nich ogień. Oby szybko go odnaleźli, bo potencjał w tej ekipie z pewnością jest.

16 Liga

NWDGamers podejmujące drugi zespół Ternovitsia to kolejny mecz, jaki mieliśmy okazję oglądać w poprzedni weekend na naszych ligowych obiektach. Spotkanie było bardzo ważne dla obu zespołów. Gospodarze wciąż szukają pierwszych punktów w naszych rozgrywkach, natomiast goście chcieli wrócić na zwycięskie tory po dwóch nieudanych kolejkach.

Mecz rozpoczął się bardzo powoli, a akcje obu drużyn raczej się nie kleiły. Nieco lepsi byli zawodnicy gości, którzy jako pierwsi otworzyli wynik. Na listę strzelców wpisali się Mykhailo Hrydovyi oraz Valeschuk, co pozwoliło zawodnikom Ternovitsii złapać trochę oddechu przed nadchodzącą drugą połową. Ta dostarczyła już nieco więcej emocji. Gospodarze rzucili się do odrabiania strat, co udało im się za sprawą bramki kontaktowej Krawczykowskiego.

Niestety dla nich, szybko odpowiedział drugi z braci Hrydovyi, a chwilę później prowadzenie podwyższył inny zawodnik gości. Przewaga okazała się na tyle wysoka, że odebrała gospodarzom chęci i nadzieje na odwrócenie losów meczu, co tylko ułatwiło przyjezdnym skuteczne dowiezienie bezpiecznego wyniku do końcowego gwizdka.

Tym samym cenne punkty trafiają na konto ekipy z Ukrainy, która wkracza do czołowej trójki tego poziomu rozgrywkowego. Natomiast zespół NWDGamers wciąż musi próbować swoich sił z kolejnymi rywalami, bo w przeciwnym razie przewaga może szybko stać się na tyle duża, że miejsce na podium wyraźnie im odjedzie.

Starcie Standart kontra FC Ballers to kolejny pojedynek, jaki mieliśmy okazję oglądać 9 listopada na Arenie AWF. Spotkanie, w którym padło mnóstwo goli, obfitowało w emocje, ale niestety dla postronnego obserwatora było raczej starciem do jednej bramki, ze zdecydowaną przewagą lidera tych rozgrywek.

Gospodarze bardzo mocno rozpoczęli pierwszą połowę, w której od samego początku królował jeden zawodnik. Ruslan Datskiv - autor aż ośmiu goli i trzech asyst - błyszczał w ofensywie swojego zespołu, ale też ogromnie pracował w obronie, często odbierając piłkę rywalom. Jego koledzy świetnie mu partnerowali, więc trudno było liczyć na jakąkolwiek sensację. O ile w pierwszej odsłonie padło raptem pięć goli (cztery autorstwa gospodarzy), tak druga połowa przyniosła ich znacznie więcej.

Zawodnicy Standartu dorzucili kolejne dziewięć trafień, czym mogli całkowicie odebrać rywalom chęci do gry. FC Ballers mimo wszystko walczyli do samego końca, za co z pewnością należą im się słowa uznania. Najlepszy po stronie gości, Maksymilian Pająk, ustrzelił hat-tricka i to on ma sobie najmniej do zarzucenia, jeśli chodzi o końcowy wynik. Choć trudno obwiniać kogokolwiek z gości, gdy przeciwnik prezentuje tak wysoki poziom.

Mamy wrażenie, że Standart zdecydowanie przewyższa pozostałe ekipy 16. ligi, a ich przyszłość w naszych rozgrywkach może być znacznie wyżej niż obecny poziom. Czas pokaże, co nas czeka. Na ten moment Standart dopisuje kolejne pewne trzy punkty i pewnie przewodzi tabeli.

To spotkanie od początku zapowiadało się na bardzo ciekawe widowisko. Dwie ekipy z górnej części tabeli, zbliżony bilans i duża stawka. I rzeczywiście, emocji nie zabrakło, a kibice zobaczyli aż czternaście bramek!

Mecz rozpoczął się idealnie dla gości. Już na początku Patryk Umiastowski wykorzystał podanie Patryka Przybysza i otworzył wynik. Tornado odpowiedziało błyskawicznie - Kuba Mogenot pięknym strzałem zza pola karnego doprowadził do wyrównania. Chwilę później gospodarze poszli za ciosem: Wojtek Nowicki wyprowadził ich na prowadzenie, a następnie ponownie Mogenot trafił na 3:1.

Końcówka pierwszej połowy należała jednak zdecydowanie do gości. Najpierw Patryk Przybysz zdobył bramkę kontaktową strzałem bezpośrednio z rzutu rożnego, następnie sam doprowadził do remisu, a tuż przed przerwą Rafał Kowalski ustalił wynik pierwszej części na 3:4.

Po zmianie stron Vitaura wrzuciła wyższy bieg. Widać było różnicę w przygotowaniu fizycznym. Goście grali szybciej, agresywniej i skuteczniej. Szybko zdobyli trzy kolejne bramki, praktycznie zamykając mecz. Tornado próbowało jeszcze walczyć i zdołało zdobyć jednego gola, ale to było wszystko, na co tego dnia ich stać. Końcówka to ponowna dominacja gości, którzy dorzucili kolejne trafienia.

Na wyróżnienie zasługuje Patryk Przybysz, który zagrał fenomenalne zawody. Był dosłownie wszędzie, kończąc mecz z pięcioma golami i asystą. Ostatecznie Vitaura wygrywa aż 10:4, pokazując moc, pewność siebie i świetną skuteczność. Tornado przez moment miało wszystko w swoich rękach, ale nie zdołało utrzymać wysokiego tempa rywala.

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama