RAPORT MECZOWY! 13. KOLEJKA - SEZON 25/26
Podziało się w ostatniej kolejce przed majówką. Punkty znowu stracił mistrz rozgrywek, Gladiatorzy Eternis, a niesamowite widowisko zafundowali Oldboysi, którzy dokonali wręcz spektakularnego powrotu. Jeszcze w trakcie meczu przegrywali z Eagles FC różnicą aż sześciu bramek, by ostatecznie odrobić straty i zgarnąć cenny punkt!
A wyobraźcie sobie to tylko część wydarzeń, które sprawiły, że ostatnią niedzielę można śmiało określić mianem jednej z najbardziej „elektryzujących” w tym sezonie.
Opisy meczów 13. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!
W samo południe mecz rozpoczęły ekipy z Ekstraklasy – FC Impuls UA oraz Tanatos Husaria Mokotów. To dopiero początek rundy rewanżowej, a sytuacja w tabeli jest na tyle ciekawa, że każdy mecz w walce o utrzymanie jest niezwykle istotny. Spotkanie od początku zapowiadało się na bardzo wyrównane, a o wyniku mogły zdecydować detale.
Lepiej w mecz weszli gospodarze, którzy dość szybko objęli prowadzenie 1:0 dzięki trafieniu Romana Sołtysa. Z każdą kolejną minutą inicjatywę przejmowali goście – mimo że tego dnia mierzyli się ze sporymi brakami kadrowymi i dysponowali tylko jednym rezerwowym, którym, co ciekawe, był nominalnie drugi bramkarz Norbert Wierzbicki. Husaria jednak przeważała, pokazując na boisku dużą determinację. Z doskonałej strony prezentowali się Jakub Brzeski oraz Jakub Cegiełka i to właśnie ta dwójka wypracowała wyrównującego gola na 1:1. Dalsza część spotkania miała podobny przebieg - goście dominowali w posiadaniu piłki, natomiast Impuls liczył na szybkie kontry i skuteczność swoich napastników. Chwilę później było już 2:1 dla gospodarzy, jednak odpowiedź Jakuba Cegiełki przyszła błyskawicznie i tablica wyników wskazała 2:2. Jeszcze przed przerwą na prowadzenie wyszli zawodnicy Tomasza Hübnera za sprawą trafienia Filipa Przygody. Gospodarze do końca pierwszej odsłony ambitnie walczyli o wyrównanie i ta sztuka udała im się dzięki dwójkowej akcji duetu Ivaniuk – Budz, którzy kompletnie rozmontowali obronę Husarii. Bramkę na 3:3 zdobył Vladyslav Budz i takim też wynikiem zakończyła się pierwsza połowa.
Druga część meczu była zdecydowanie bardziej zamknięta. Oba zespoły za wszelką cenę starały się nie stracić gola, dlatego przez długi czas oglądaliśmy piłkarskie szachy. Warto wspomnieć, że gdy którejś z drużyn udawało się już wypracować okazję, świetnie spisywali się bramkarze. Na pierwsze trafienie w tej połowie musieliśmy czekać aż do samej końcówki. Na dwie minuty przed końcem piłkę do siatki skierował Mikołaj Kaczmarczyk, dając Husarii prowadzenie 4:3. Gospodarze natychmiast ruszyli do odrabiania strat. Husaria cofnęła się głęboko, starając się dowieźć wynik do końca. Goście mieli nawet szanse na podwyższenie prowadzenia, ale zabrakło im dokładności i precyzji w wykończeniu akcji. Niewykorzystane sytuacje zemściły się w samej końcówce, bo po mocnym wstrzeleniu piłki przez bramkarza do siatki trafił Sołtys i rzutem na taśmę ustalił wynik na 4:4.
Oba zespoły musiały podzielić się punktami. Taki rezultat z pewnością nie zadowala żadnej ze stron, ponieważ w walce o utrzymanie obie ekipy potrzebują punktów jak tlenu. Teraz czas na przerwę majową, po której drużyny wrócą do gry z nowymi siłami na ostatnią prostą sezonu.
Drugi mecz 13. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów przyniósł starcie drużyn z dolnych rejonów tabeli, ale jego znaczenie było ogromne. Otamany i Tur Ochota mierzyli się w pojedynku, który śmiało można określić mianem spotkania „o sześć punktów”. W takich meczach nie ma kalkulacji - jest walka o być albo nie być.
Obie drużyny inaczej weszły w rundę wiosenną. Tur zaczynał łapać zwycięski rytm, podczas gdy Otamany miały na koncie tylko jeden punkt, choć zdobyty w starciu z samym GWA. To zapowiadało wyrównane i zacięte widowisko. Pierwsza połowa rzeczywiście była bardzo wyrównana. Gra toczyła się w dobrym tempie, a obie drużyny szukały swoich okazji. Jedyną bramkę w tej części zdobył Sebastian Klimiuk, dając prowadzenie zespołowi z Ochoty. Złośliwi mogliby powiedzieć, że 0:1 do przerwy to gra w piłkarskie szachy. Nie do końca. Wynik nie oddawał jednak w pełni przebiegu gry - Otamany miały swoje momenty i stworzyły kilka bardzo groźnych sytuacji. Na ich drodze stawał jednak Paweł Sobolewski, który popisywał się świetnymi interwencjami i utrzymywał swoją drużynę na prowadzeniu. Z biegiem czasu można było wyczuć, że Tur zaczyna łapać właściwy rytm i druga połowa tylko to potwierdziła.
Po zmianie stron goście weszli na wyższy poziom konkretu. Najpierw dwie świetne akcje zakończone strzałami z ostrych kątów - autorstwa Wołczyka i Polakowskiego - a chwilę później efektowne rozegranie, które całkowicie rozmontowało defensywę Otamanów. W krótkim czasie zrobiło się 0:4 i mecz praktycznie został rozstrzygnięty.
Gospodarze próbowali jeszcze wrócić do gry. Plaksiuk zdobył bramkę na 1:4, dając chwilową nadzieję, ale Tur szybko ostudził emocje. W końcówce, wykorzystując otwartą grę rywali, Polakowski popisał się efektownym uderzeniem z własnej połowy, ustalając wynik na 5:1. To zwycięstwo może mieć ogromne konsekwencje w tabeli. Tur Ochota wykonuje ważny krok w stronę utrzymania, a sytuacja w dole tabeli robi się niezwykle napięta. Aż sześć drużyn będzie walczyć o przetrwanie, a miejsca są tylko trzy - zapowiada się prawdziwa batalia do samego końca sezonu.
Mecz 13. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów pomiędzy Lakoksami CF a In Plusem miał duże znaczenie dla obu zespołów. Gospodarze desperacko potrzebowali punktów w walce o utrzymanie, natomiast goście celowali w zakończenie sezonu na podium. Stawka była więc wysoka, co było widać od pierwszych minut.
Początek spotkania był wyrównany - drużyny grały ostrożnie, badając się nawzajem i nie podejmując zbędnego ryzyka. Wynik otworzył w 8. minucie Szulkowski, dając prowadzenie In Plusowi. Chwilę później ten sam zawodnik miał jednak pecha, trafiając do własnej bramki i doprowadzając do remisu. Radość gospodarzy nie trwała długo, bo błyskawicznie odpowiedział Muszyński. W 12. minucie było już 3:1 po trafieniu Gomulskiego, który po kwadransie gry dołożył kolejną bramkę. Lakoksy próbowały wrócić do meczu i w 20. minucie Kober zmniejszył straty na 4:2, jednak tuż przed przerwą Szulkowski odkupił swoje winy, ustalając wynik pierwszej połowy na 5:2 dla In Plusu.
Po zmianie stron gra się wyrównała, choć początek drugiej odsłony znów należał do gości. W 30. minucie prowadzili już 7:2 i wydawało się, że mecz jest rozstrzygnięty. Lakoksy nie zamierzały jednak odpuszczać - w 34. minucie trafił Kober, a chwilę później Czerw zmniejszył straty do 7:4. Kolejne minuty były bardzo zacięte, ale długo brakowało bramek. Przełamanie nastąpiło dopiero cztery minuty przed końcem, gdy Januszewski podwyższył prowadzenie In Plusu.
Ostatnie słowo należało do gospodarzy - Zawadzki efektownym strzałem z rzutu wolnego ustalił wynik na 8:5.
Na zakończenie 13. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów dostaliśmy widowisko, które spokojnie można nazwać wizytówką ligi. Nawet chłodny, niedzielny wieczór nie był w stanie odebrać temu spotkaniu temperatury - na boisku było gorąco od pierwszego do ostatniego gwizdka. To był prawdziwy piłkarski rollercoaster.
Gladiatorzy, jako liderzy, od początku próbowali narzucić swoje warunki gry. Ich uporządkowany styl i taktyczna dyscyplina szybko przyniosły efekt - Michał Dryński otworzył wynik mocnym, zdecydowanym strzałem, nie dając szans Pawlakowi. Ale to był dopiero początek szalonej pierwszej połowy. Wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie - z 0:1 na 2:1, potem 2:4, by ostatecznie do przerwy było 4:4. Obie drużyny grały odważnie, bez kalkulacji, a każda akcja niosła realne zagrożenie. W ofensywie błyszczeli m.in. Kaszuba i Kielak, a tempo spotkania nie pozwalało nawet na chwilę oddechu. To była jedna z tych połówek, które pokazują szóstki w ich najbardziej efektownej odsłonie.
Druga część meczu nie zwolniła ani na moment, ale wyraźnie zaznaczyły się indywidualności. Na pierwszy plan wysunęła się trójka zawodników: Vlad Rakhmail, Maciej Grabicki i Michał Dryński - każdy z nich dołożył dublet i miał ogromny wpływ na losy spotkania. Szczególnie imponował Rakhmail, który dwukrotnie odpowiadał na trafienia Dryńskiego, utrzymując KSB w rytmie i napędzając kolejne ataki. Jego bramki były nie tylko efektowne, ale przede wszystkim kluczowe w kontekście przebiegu meczu. Decydujące momenty należały jednak do Grabickiego, który w końcu „odpalił” i w końcówce zadał dwa ciosy, przechylając szalę zwycięstwa na stronę KSB.
Ostatecznie KSB pokonało Gladiatorów 8:6, pokazując ogromny charakter i zespołową siłę. Po meczu trener KSB podsumował to krótko, ale wymownie: „KSB to Robin Hood Ekstraklasy - zabieramy bogatym, żeby oddać biednym”.
Dla Gladiatorów to z kolei sygnał ostrzegawczy - przewaga nad rywalami wciąż istnieje i wynosi 4 punkty nad drugim GWA, ale muszą grać ambitnie, aby jej nie stracić.
Spotkanie Uraganu z FC Kebavita miało dwa wyraźne oblicza, ale przez większość czasu to gospodarze nadawali ton wydarzeniom. Już od pierwszych minut było widać ogromną różnicę w organizacji gry i intensywności. Uragan narzucił wysokie tempo, grał agresywnie w pressingu i szybko przechodził do ataku, co przełożyło się na zdecydowaną przewagę. Efektem była absolutna dominacja i prowadzenie 4:0 do przerwy, które w pełni oddawało przebieg pierwszej połowy. Goście mieli ogromne problemy kadrowe - brak nominalnego bramkarza oraz tylko jedna zmiana mocno ograniczały ich możliwości. Mimo to próbowali walczyć i momentami potrafili stworzyć kilka groźnych sytuacji, jednak brak stabilności w defensywie i zmęczenie szybko dawały o sobie znać.
Drugą połowę można określić jako bardziej otwartą i momentami chaotyczną. FC Kebavita ruszyła odważniej do przodu, zaczęła zdobywać bramki i próbowała wrócić do meczu, jednak każdy ich zryw był kontrowany przez skutecznych gospodarzy. Wymiana ciosów sprawiła, że wynik zaczął rosnąć po obu stronach, ale przewaga Uraganu ani przez moment nie była realnie zagrożona. Bezapelacyjnym bohaterem spotkania był Oskar Zaks, który rozegrał kapitalne zawody, zdobywając aż 6 bramek. Był nie do zatrzymania – świetnie ustawiał się w polu karnym, wykorzystywał każdą okazję i regularnie karcił błędy rywali.
Ostateczne 9:6 to wynik wysokiego zwycięstwa gospodarzy, choć liczba straconych bramek pokazuje, że mecz miał momenty dużej otwartości. Uragan zdominował rywala, a problemy kadrowe Kebavity sprawiły, że mimo ambicji nie była ona w stanie realnie powalczyć o korzystny rezultat.
Mecz AZS Nietoperze z Inferno Team miał trochę inny wydźwięk niż jeszcze kilka kolejek temu. O Inferno Team nie można już było mówić jako o niepokonanej maszynie, a ostatnia strata punktów sprawiła, że pojawiła się lekka presja, by wrócić na właściwe tory.
Początek jednak wyglądał dokładnie tak, jak można było się spodziewać po faworycie. Już po pięciu minutach Filip Żołek otworzył wynik, a chwilę później drugie trafienie dołożył Hubert Suska. Szybkie 2:0 mogło ustawić mecz, ale gospodarze nie zamierzali się przyglądać. Najpierw Bartek Salamon, a zaraz potem Aleksander Czyż doprowadzili do wyrównania, wykorzystując błędy w rozegraniu rywali. Wtedy na boisku pojawił się Oskar Pyrzyna i bardzo szybko zrobił różnicę – dwa trafienia z rzędu pozwoliły odzyskać kontrolę nad spotkaniem. Inferno poszło za ciosem, dorzuciło kolejne bramki i zbudowało solidną, kilkubramkową przewagę. Jeszcze przed przerwą Salamon zmniejszył straty, ale to goście schodzili na nią w zdecydowanie lepszych nastrojach.
Po zmianie stron tempo wcale nie spadło. Znowu strzelanie rozpoczął Żołek, a ekipa Igora Patkowskiego konsekwentnie trzymała dystans. Nietoperze grały odważniej niż w pierwszej połowie, częściej dochodziły do sytuacji i potrafiły odpowiadać bramkami, ale nie były w stanie realnie zagrozić wynikowi. W końcówce doszło jeszcze do ciekawej sytuacji – bramkarz gości, Łukasz Warda, musiał urwać się z meczu, a między słupkami stanął jego kolega z pola. Mimo to gospodarze nie zdążyli już wykorzystać tej okazji.
Ostatecznie to przewaga z pierwszej połowy zrobiła różnicę, bo w drugiej części zarówno jedna, jak i druga strona strzeliła tyle samo bramek. Co ciekawe, mimo dużej liczby goli mecz toczył się w dość spokojnym tempie – bez większych nerwów, bardziej jak spotkanie towarzyskie niż walka o punkty.
Spotkanie drużyn z miejsc 4. i 7. w tabeli 1. Ligi zapowiadało solidną dawkę rywalizacji. Obie ekipy czuły na plecach oddech goniących rywali, więc stawka była wysoka. Boisko jednak szybko pokazało, że tego dnia jedna drużyna była o krok - a właściwie o kilka kroków - przed drugą. UEFA Mafia Ursynów od pierwszych minut narzuciła swój charakterystyczny styl. Agresywni, blisko przeciwnika, nieustępliwi, nie dawali rywalom ani chwili spokoju. Każde przyjęcie piłki przez zawodników KS Presley było natychmiast pod presją, a każda strata mogła oznaczać błyskawiczny kontratak. To właśnie ta intensywność i konsekwencja sprawiły, że goście szybko zaczęli budować przewagę. Choć pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:3, to obraz gry był jeszcze bardziej jednostronny i to zawodnicy z Ursynowa kontrolowali tempo, tworzyli więcej sytuacji i wyglądali na zespół zdecydowanie pewniejszy swoich działań.
Druga połowa tylko potwierdziła tę dominację. UEFA Mafia weszła na jeszcze wyższy poziom skuteczności, a jej szybkie, dynamiczne akcje raz po raz rozrywały defensywę gospodarzy. W pewnym momencie zrobiło się 4:6, co mogło sugerować powrót Presley do gry, ale była to jedynie chwila złudzeń. Goście natychmiast odpowiedzieli, podkręcili tempo i nie pozostawili już żadnych wątpliwości. Łącznie zdobyli 10 bramek, pokazując ogromną siłę ofensywną i konsekwencję w realizacji swojego planu.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje Adam Goleń, który po raz kolejny potwierdził swoją klasę. Jego technika, luz w operowaniu piłką na połowie rywala i skuteczność robiły ogromną różnicę. W tym spotkaniu dołożył trzy bramki i asystę, będąc jednym z liderów ofensywy swojej drużyny. KS Presley walczyło i zdobyło 5 goli, ale tego dnia to było za mało na tak rozpędzoną i zdyscyplinowaną ekipę.
Mimo wyraźnego wyniku sytuacja w tabeli pozostaje napięta. Obie drużyny nadal czują presję rywali, a końcówka sezonu zapowiada się niezwykle emocjonująco.
Mecz 13. kolejki Ligi Fanów pomiędzy FC Łowcy a Explo Team zapowiadał się jako jednostronne widowisko i rzeczywistość szybko to potwierdziła. Gospodarze, walczący o awans do Ekstraklasy i plasujący się na podium tabeli, przystąpili do spotkania w roli wyraźnych faworytów, dodatkowo wzmocnieni przez reprezentantów Polski – Kamila Kucharskiego i Norberta Jaszczaka.
Od pierwszych minut FC Łowcy narzucili swoje tempo gry. Już w 2. minucie wynik otworzył Ostapenko po podaniu Dudzińskiego. Chwilę później sam Dudziński wpisał się na listę strzelców, wykorzystując asystę Jaszczaka. W 12. minucie było już 4:0 – dwukrotnie asystował Kucharski, a dwukrotnie trafiał Jaszczak. Przed przerwą gospodarze dołożyli jeszcze dwa gole: najpierw Dudziński po podaniu Ostapenki, a następnie ponownie Jaszczak po współpracy z Kucharskim. Na przerwę zespoły schodziły przy wyniku 6:0.
W drugiej odsłonie Explo Team pokazał więcej ambicji. W 28. minucie Malczewski zdobył gola na 6:1, jednak odpowiedź gospodarzy była natychmiastowa. Kolejne trafienia dołożyli Kucharski, Ostapenko i Jaszczak. Końcówka była bardziej wyrównana: gole zdobywali jeszcze Górecki oraz ponownie Malczewski, a efektownym strzałem z dystansu popisał się Jabłoński. Ostatnie słowo należało jednak do Jaszczaka, który ustalił wynik na 12:4, kompletując znakomity występ i potwierdzając dominację Łowców.
Spotkanie 13. kolejki pomiędzy Siriusem a Orłami Maciejki było prawdziwym widowiskiem – szybkim, intensywnym i pełnym zwrotów akcji. Gospodarze, którzy zajmują 2. miejsce w tabeli i pewnie zmierzają w stronę Ekstraklasy, podejmowali zespół gości, który dołączył do rozgrywek między rundami, ale już zdążył pokazać się z bardzo dobrej strony.
Od pierwszego gwizdka tempo meczu było wysokie. Orły Maciejki musiały jednak na początku radzić sobie w osłabieniu, ponieważ nie wszyscy zawodnicy dotarli na czas. Mimo to Sirius długo nie potrafił tego wykorzystać – pierwsza bramka padła dopiero w 9. minucie. Gdy skład gości się skompletował, gra wyraźnie się wyrównała, a z czasem to przyjezdni zaczęli przejmować inicjatywę. W 18. minucie dopięli swego, kiedy Saba doprowadził do wyrównania. Chwilę później Orły poszły za ciosem i w 22. minucie Och wyprowadził ich na prowadzenie. Sirius odpowiedział jednak błyskawicznie – Parshyn przywrócił remis, który utrzymał się do przerwy.
Po zmianie stron lepiej weszli gospodarze. W 30. minucie Pivovar trafił na 3:2, ale niemal natychmiast Och ponownie wyrównał. Minutę później znów błysnął Pivovar, dając Siriusowi prowadzenie 4:3, jednak i tym razem odpowiedź była natychmiastowa, bo Różycki doprowadził do remisu. Kolejne fragmenty meczu to nieustanna wymiana ciosów. W 40. minucie Gul zdobył bramkę na 5:4 dla gospodarzy, lecz w 45. minucie Polakowski wyrównał stan rywalizacji. Gdy wydawało się, że spotkanie zakończy się remisem, ostatnie słowo należało do Siriusa. Na kilkadziesiąt sekund przed końcem Androshchuk strzelił gola na 6:5, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.
To był mecz, który świetnie oddaje charakter obu zespołów - ambitnych, ofensywnie nastawionych i walczących do samego końca. Sirius potwierdził swoją pozycję w czołówce, ale Orły Maciejki udowodniły, że mogą być groźne dla każdego rywala.
Spotkanie Ternovitsia vs Rock N Roll było starciem dwóch liderów walczących o mistrzostwo, jednak jego przebieg okazał się znacznie bardziej jednostronny, niż można było się spodziewać przed pierwszym gwizdkiem.
Ternovitsia bardzo mocno weszła w mecz i już na początku narzuciła swoje warunki. Szybko zdobyli trzy bramki – na listę strzelców wpisali się Romanovskyi, Rusijk oraz Paduk, co pozwoliło błyskawicznie zbudować wyraźną przewagę. Sytuacja Rock N Roll dodatkowo się skomplikowała, gdy żółtą kartkę zobaczył Hladchenko, a chwilę później, po rozegraniu rzutu wolnego, Ternovitsia zdobyła czwartą bramkę.
Rock N Roll zdołało odpowiedzieć trafieniem Żebrowskiego, jednak nie zmieniło to obrazu gry. Ternovitsia była zdecydowanie skuteczniejsza i jeszcze przed przerwą dołożyła kolejne gole, w tym dwa bardzo ładne strzały z dystansu. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 6:1, co praktycznie ustawiło dalszy przebieg meczu.
Na początku drugiej połowy Rock N Roll zdecydowało się na grę bez bramkarza, wprowadzając dodatkowego zawodnika w pole. Próbowali w ten sposób zwiększyć presję i odrobić straty, jednak nie przyniosło to oczekiwanego efektu. Ternovitsia dobrze się broniła i skutecznie wykorzystywała wolne przestrzenie. Kolejne bramki były już konsekwencją takiego układu gry. Rusijk zdobył gola po dobitce, następnie trafił Paduk, a Rusłan Romanowski wykorzystał sytuację i skierował piłkę do pustej bramki. Po kontrataku bramkę dorzucił także Hrydowyj. Ternovitsia nie zwalniała tempa i dalej powiększała swoją przewagę, dokładając kolejne trafienia. Rock N Roll zdołało jeszcze zdobyć gola autorstwa Artsioma Ihnatovicha, jednak nie miało to większego wpływu na końcowy wynik.
Ostatecznie Ternovitsia odniosła bardzo przekonujące zwycięstwo, pokazując dużą skuteczność i dobrą organizację gry. Rock N Roll próbowało zmienić przebieg meczu, szczególnie poprzez grę w przewadze w polu, jednak brak efektywności i otwarta gra sprawiły, że różnica bramek tylko się powiększała.
Spotkanie FC Zoria Streptiv kontra Husaria Mokotów było bezpośrednim starciem drużyn, które wciąż liczą się w walce o awans. Różnica między nimi wynosiła zaledwie trzy punkty, a obie ekipy znajdowały się blisko strefy premiowanej, dlatego znaczenie tego meczu było bardzo duże.
Początek spotkania układał się pod lekkie dyktando Husarii, która częściej utrzymywała się przy piłce i starała się budować akcje pozycyjne. Z kolei Zoria od początku była nastawiona bardziej na kontrataki, szukając swoich szans po szybkich przejściach do ofensywy. Z czasem gra się wyrównała i obie drużyny zaczęły częściej dochodzić do sytuacji bramkowych, jednak mimo kilku dobrych okazji, pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem.
Przełom nastąpił na początku drugiej części gry. W 6. minucie drugiej połowy wynik otworzył Arsen Stashkiv po dobrym podaniu Vladyslava Burdy. Zoria poszła za ciosem i niedługo później podwyższyła prowadzenie – Dmytro Kuzmin popisał się indywidualną akcją, mijając kilku obrońców oraz bramkarza i pewnie wykańczając sytuację.
Husaria zdołała odpowiedzieć golem Lisa, który wykorzystał odbiór piłki i zmniejszył straty, dając swojej drużynie nadzieję na powrót do meczu. Kluczowy moment nastąpił jednak chwilę później – po błędzie defensywy Husarii ponownie na listę strzelców wpisał się Stashkiv, przywracając dwubramkową przewagę Zorii. W końcówce, przy próbie odrabiania strat, Husaria grała bez bramkarza, co wykorzystała Zoria, zdobywając ostatnią bramkę do pustej siatki.
Ostatecznie FC Zoria Streptiv wygrała spotkanie i znacząco przybliżyła się do strefy awansowej. Husaria natomiast pokazała momentami dobrą grę w posiadaniu piłki, jednak zabrakło jej skuteczności w kluczowych sytuacjach, co w takim meczu miało decydujące znaczenie.
Na papierze wszystko wskazywało na jednostronne widowisko i boisko szybko potwierdziło te przewidywania. Warsaw Bandziors, którzy w tym sezonie wyraźnie zawodzą i zajmują przedostatnie miejsce w tabeli, podejmowali walczących o podium graczy Manitas Konserwacja Podwozia. Faworyt był jeden i z całą pewnością nie zawiódł oczekiwań swoich sympatyków.
Od pierwszych minut inicjatywę przejęli goście, którzy z dużą swobodą konstruowali kolejne akcje ofensywne. Wynik spotkania otworzył Marcin Bawolik, a chwilę później prowadzenie podwyższył Olivier Aleksander. Gospodarze zdołali jednak szybko odpowiedzieć - do siatki trafił Andrzej Cichocki, dając swojej drużynie chwilę nadziei. Na tym jednak zryw Warsaw Bandziors się zakończył. Manitas wrócili do swojej gry i ponownie zdominowali wydarzenia na boisku. Dwa trafienia Mikołaja Zawistowskiego oraz gol Bartka Grzybowskiego sprawiły, że goście odskoczyli na bezpieczne 5:1. Jeszcze przed przerwą gospodarze zmniejszyli jednak straty, ustalając wynik pierwszej połowy na 5:2.
Po zmianie stron obraz meczu nie uległ zmianie. Zawodnicy Manitas kontynuowali ofensywny festiwal, nie pozostawiając rywalom żadnych złudzeń. Bohaterem drugiej połowy został Nikodem Zawistowski, który aż czterokrotnie wpisywał się na listę strzelców. Swoje trzy trafienia dołożył również Paweł Tamowski, pieczętując absolutną dominację swojej drużyny. Gospodarze zdołali odpowiedzieć już tylko jednym golem, a końcowy wynik 12:3 w pełni oddaje różnicę klas między zespołami tego dnia.
Manitas pozostają w grze o miejsce na podium, natomiast Warsaw Bandziors powoli muszą przywyknąć do roli spadkowicza w tym sezonie.
Mecz DHO Fiber Cyrkulatka z Ukranian Vikings był niesamowicie zacięty. Ukranian Vikings przyjechali bez żadnego zmiennika, ale mimo braku ławki od początku mocno napierali i szukali swoich szans. W 12. minucie Mikołaj Krzyżak dostał dobre podanie i huknął z dystansu prosto do siatki, dając swojemu zespołowi prowadzenie.
Sytuacja Cyrkulatki zrobiła się trudna, kiedy Mateusz Prus dostał czerwoną kartkę. Wynikało to ze złego odbioru i późniejszej złej decyzji przy próbie odzyskania piłki, co sędzia od razu wyłapał. Choć musieli grać w osłabieniu, ani myśleli odpuścić. Duża w tym zasługa Macieja Wieliczuka, który wszedł do bramki i pokazał się ze świetnej strony, wyciągając mnóstwo trudnych strzałów. W 24. minucie Łukasz Pokrywka strzelił w końcu upragnionego gola i dzięki temu Cyrkulatka zmniejszyła straty tuż przed przerwą.
W drugiej połowie Ukranian Vikings dalej chcieli strzelać, ale z każdą minutą brak sił był coraz bardziej widoczny. DHO Fiber Cyrkulatka mądrze to wykorzystała – dobrze bronili dostępu do własnej bramki i cierpliwie czekali, aż rywale opadną z sił przez brak zmian. Ostatecznie Cyrkulatka rzutem na taśmę wygrała to spotkanie 4:3.
Starcie pomiędzy Agape Team a FC Dziki z Lasu było klasycznym przykładem meczu o dwóch obliczach. Choć tabela sugerowała łatwą przeprawę dla plasujących się w środku stawki gości, zamykające tabelę Agape postawiło niezwykle twarde warunki, udowadniając, że ich pozycja nie odzwierciedla pełni drzemiącego w nich potencjału.
Spotkanie od pierwszych sekund stało na bardzo wysokim poziomie taktycznym. Choć Dziki z Lasu objęły prowadzenie już w 1. minucie, gospodarze błyskawicznie ruszyli do odrabiania strat. Sygnał do ataku dał Patryk Kociński, a chwilę później popis dali bracia Płatek – po dwójkowej akcji Piotra i Pawła Agape prowadziło 2:1. Zawodnicy z Białołęki imponowali szczelną obroną i świetną postawą Huberta Kałuckiego w bramce. Tuż przed przerwą Agape podwyższyło na 3:1, schodząc do szatni w doskonałych nastrojach.
Początek drugiej połowy zwiastował dużą niespodziankę. Zmotywowani gospodarze kontynuowali skuteczną grę, odskakując rywalom na 6:2. W tym momencie jednak gra zawodników Agape się zacięła. Kluczowym czynnikiem okazało się narastające zmęczenie bardziej doświadczonych zawodników, co bezlitośnie wykorzystali młodzi i wybiegani gracze Dzików. Pogoń gości napędzał Bartek Rudnik, który był architektem niemal każdej akcji ofensywnej. Przewaga Agape topniała w oczach, aż w końcu Bartek Suchora doprowadził do wyrównania 6:6. W końcówce gospodarze, broniąc się już niemal rozpaczliwie, nie zdołali utrzymać remisu.
Bohaterem meczu został Bartek Rudnik – jego dwa trafienia w ostatnich minutach ustaliły wynik na 8:6, zapewniając Dzikom komplet punktów. FC Dziki z Lasu, dzięki niesamowitej końcówce meczu, wciąż zachowują realne szanse na podium, choć walka z ligową czołówką będzie wymagała od nich jeszcze większej dyscypliny.
Mecz Vikersonn vs Husaria Mokotów zapowiadał się jako jedno z kluczowych spotkań w kontekście walki o mistrzostwo – naprzeciw siebie stanęły drużyny z 2. i 3. miejsca w tabeli, co tylko podkreślało wagę tego starcia.
Od początku spotkanie było bardzo wyrównane, a inicjatywa przechodziła z jednej strony na drugą. Obie drużyny starały się kontrolować tempo gry, jednak to Vikersonn jako pierwsi zadali cios. Po dobrym wprowadzeniu piłki przez bramkarza Shchura, skutecznie akcję wykończył Yurii Rubinski. Niedługo później ponownie kluczową rolę odegrał Shchur – jego dokładne podanie wykorzystał Marcenyuk, podwyższając prowadzenie. Ten sam zawodnik chwilę później dołożył kolejne trafienie, dając Vikersonn prowadzenie 3:0.
Husaria nie zamierzała się jednak poddawać. Po podaniu Mamla bramkę zdobył Bartek Tula, co pozwoliło złapać kontakt i wrócić do gry. W dalszej części pierwszej połowy Husaria zdecydowała się na ryzykowny manewr – zdjęcie bramkarza i grę w przewadze jednego zawodnika w polu. Ten ruch przyniósł większą presję na Vikersonn, choć zespół ten nadal potrafił stwarzać groźne sytuacje.
Husaria miała świetną okazję, by jeszcze bardziej zbliżyć się wynikiem, jednak dwukrotnie trafiała w słupek, co okazało się jednym z kluczowych momentów meczu. W końcówce emocje sięgnęły zenitu – po kontrowersyjnej sytuacji doszło do spięcia, w wyniku którego czerwone kartki obejrzeli bramkarz i trener Vikersonn oraz kapitan Husarii.
Mimo napiętej atmosfery Husaria zdołała zdobyć jeszcze jedną bramkę, zmniejszając straty do 3:2, jednak na więcej zabrakło już czasu. Ostatecznie to Vikersonn utrzymali prowadzenie i sięgnęli po bardzo ważne zwycięstwo, które może mieć duże znaczenie w dalszej walce o tytuł.
Deluxe Barbershop po raz drugi w tym sezonie znalazło sposób na FC Comeback, wygrywając tym razem 6:5.
Od początku tempo było wysokie i długo żadna ze stron nie potrafiła przejąć inicjatywy. Wynik otworzył Aliyev, ale odpowiedź przyszła błyskawicznie po akcji rozpoczętej od bramkarza. Comeback poszedł za ciosem, a mocne uderzenie Didenko dało im prowadzenie, jednak Deluxe szybko doprowadziło do wyrównania. Narimanli najpierw trafił na 2:2, a chwilę później ponownie wpisał się na listę strzelców, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Kluczowy moment pierwszej połowy przyszedł w 20. minucie, kiedy bramkarz Comebacku obejrzał czerwoną kartkę za zagranie ręką przed polem karnym, co wyraźnie wpłynęło na dalszy przebieg spotkania. Grając w przewadze, Deluxe szybko to wykorzystało - najpierw po krótkim rozegraniu rzutu wolnego, a następnie po przejęciu piłki i szybkim wykończeniu, podwyższając wynik na 5:2 przed przerwą.
Po zmianie stron obraz gry się odwrócił. Comeback ruszył do odrabiania strat i praktycznie zamknął rywala na jego połowie. Po czerwonej kartce Kosta między słupkami stanął Didenko, który grał wysoko i aktywnie włączał się do rozegrania. Najpierw wykorzystał rzut karny, a następnie trafił z dystansu, zmniejszając straty do jednej bramki. W tym okresie Deluxe miało spore problemy, a między słupkami ratował ich Alasgarli. Mimo tego potrafili zadać kolejny cios, wykorzystując jedną z nielicznych kontr i podwyższając na 6:4. Rywale nie odpuszczali i w końcówce jeszcze trafili po uderzeniu Vidosevića, ale na wyrównanie zabrakło czasu.
Dla Deluxe to trzecie zwycięstwo z rzędu i potwierdzenie dobrej formy w rundzie wiosennej. Comeback mimo ambitnej pogoni musi pogodzić się z porażką, która kosztowała ich utratę pozycji lidera.
Spotkanie pomiędzy Orzełami Stolicy a FC Łowcy II zakończyło się pewnym zwycięstwem Orzełów 7:3, choć pierwsza połowa zapowiadała znacznie bardziej wyrównaną rywalizację.
Od pierwszego gwizdka obie drużyny grały bardzo ofensywnie, a na boisku trwała prawdziwa wymiana ciosów - bramka za bramkę, akcja za akcję. Żadna ze stron nie chciała odpuścić, a tempo spotkania było bardzo wysokie. Pierwsza połowa zakończyła się remisem 2:2, co doskonale oddawało wyrównany przebieg tej części meczu.
Po przerwie wszystko się jednak zmieniło. Orzeły Stolicy wyszły na drugą połowę z jeszcze większą determinacją, złapały wiatr w żagle i narzuciły rywalom swoje warunki gry. Dodatkowa motywacja przełożyła się na skuteczność, lepszą organizację i pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku.
FC Łowcy II nie byli już w stanie dotrzymać tempa rozpędzonym rywalom, a oponenci konsekwentnie powiększały swoją przewagę. Dominacja w drugiej połowie pozwoliła im zamknąć spotkanie efektownym wynikiem 7:3 i dopisać kolejne cenne zwycięstwo, które może okazać się niezwykle ważne w kontekście walki o utrzymanie i uchronienia się przed strefą spadkową.
Po rundzie jesiennej trudno byłoby w tym bezpośrednim starciu wskazać wyraźnego faworyta. Patrząc jednak na ostatnią formę, oczywiste było, iż akcje gospodarzy są ulokowane nieco wyżej. Prykarpattia na wiosnę zaczęła grać naprawdę dobrze, czego potwierdzenie mieliśmy już w pierwszej serii gier, gdzie sensacyjnie ograli samego lidera ligi FC Vikersonn rezultatem 3:1. Dodatkowo w pierwszych trzech spotkaniach wiosny żółto-czarni zgromadzili więcej punktów niż przez całą jesień! Owszem, Tonie Majami także już w rundzie rewanżowej dało prawdziwy, mistrzowski popis, ogrywając liderujący wówczas zespół FC Comeback. Niestety, wraz z kolejnymi spotkaniami tej rundy gdzieś ta forma na nowo uleciała. Przełamanie miało nadejść w starciu z ligowym sąsiadem w ostatnią niedzielę. Jak już jednak dobrze wiemy – nie tym razem.
Choć zaczęło się fenomenalnie, albowiem już w 4. minucie fioletowi wyszli na prowadzenie. Z czasem jednak okazało się, iż były to tak zwane „miłe złego początki”. Prykarpattia szybko odwróciła wynik spotkania na 3:1. Co gorsza, jeszcze w pierwszej połowie na TonieMajami spadły kolejne dwa mocne ciosy – najpierw 4:1, a następnie 5:1. Gol na 5:2 „do szatni” tchnął jeszcze w fioletowych resztki nadziei.
Tym bardziej mogły one nabrać rumieńców, kiedy Tonie Majami poszło za ciosem i na początku drugiej połowy zbliżyło się na 3:5. Na ich nieszczęście koniec wiary nadszedł wraz z 44. minutą, kiedy gospodarze przełamali strzelecki impas, zdobywając gola i tym samym obniżając temperaturę tego spotkania. Trafienie na 6:4 w końcówce było już tylko „na otarcie łez”.
Mimo wszystko w naszym odczuciu obie ekipy mają prawo być zadowolone ze swojej gry, bo była ona na dobrym poziomie i daje nadzieję na mocny finisz ligi.
GLK nie dało rady się przełamać i dalej ma tylko 3 punkty na wiosnę. W spotkaniu ze znajdującą się w gazie drużyną gości błyszczał Damian Sawicki, który zdobył hat-tricka, jednak było to za mało, by pociągnąć swoją drużynę do zwycięstwa. Pierwsze minuty spotkania to „miłe złego początki” – najpierw długo utrzymywał się bezbramkowy remis, a później Sebastian Dominiak uratował swoją drużynę przed utratą gola, przechwytując piłkę na linii bramkowej. Co więcej, z tej interwencji udało się przeprowadzić kontratak, który na gola zamienił Damian Sawicki. Później jednak bordowa machina ruszyła. Grzegorz Himkowski sprytnie rozegrał rzut wolny i Patryk Abbassi wyrównał wynik meczu, a przed przerwą goście wyszli na prowadzenie 2:1 za sprawą atomowego uderzenia Rafała Złotego. Bramka ta z pewnością znajdzie się wśród nominacji na trafienie kolejki, więc goście mogą już przygotowywać się do głosowania.
W drugiej odsłonie GLK kontynuowało bohaterski opór. Goście grali coraz lepiej, jednak jeszcze w 40. minucie wynik był stykowy – w dużej mierze dzięki pięknemu uderzeniu z rzutu wolnego autorstwa Damiana Sawickiego. Niestety, 3:4 na 10 minut przed końcem to był maks, na który było stać zawodników w zielonych koszulkach. Najpierw bramka Rafała Złotego po rzucie rożnym, potem dwa szybkie trafienia Patryka Abbassiego (w tym trzeci już gol w tym spotkaniu, godny nominacji do bramki kolejki) i gospodarze przy wyniku 3:7 byli na deskach. W ostatnich minutach Sawicki zmniejszył rozmiary porażki do 4:7.
Warsaw Sinaola dalej jest bezbłędna i kontynuuje marsz w górę tabeli. Po potknięciu FC Comeback i wygranej FC Vikersonn UA I z P.P.B Artel Husarią Mokotów goście nie dość, że znaleźli się na trzecim miejscu, to w dodatku do lidera tracą już tylko dwa punkty! Biorąc pod uwagę, że wszystkie wymienione drużyny są jeszcze w terminarzu bordowych, rozgrywki trzeciej ligi będą szalenie emocjonujące do samego końca!
W ramach 13. kolejki doszło do starcia pomiędzy drużynami Bad Boys i Sportowymi Zakapiorami. Oba zespoły przystępowały do meczu z identycznym dorobkiem punktowym, co zapowiadało wyrównane widowisko.
Spotkanie od pierwszych minut lepiej rozpoczęli goście. Sportowe Zakapiory ruszyli do zdecydowanych ataków i szybko przejęli kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Ich skuteczność była imponująca. Po bramce Krzysztofa Westenholza, hat-tricku Daniela Lasoty oraz trafieniu Daniela Dąbrowskiego zbudowali aż pięciobramkową przewagę. W tym fragmencie meczu Bad Boysi wyglądali na zaskoczonych i wyraźnie spóźnionych. Z biegiem czasu gospodarze zaczęli jednak łapać rytm i stopniowo wracać do gry. Jeszcze przed przerwą zdołali zdobyć trzy gole, ale Zakapiory nie zwalniały tempa i odpowiedziały dwoma trafieniami. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 7:3 dla gości, co wydawało się solidną zaliczką przed drugą odsłoną.
Po zmianie stron kibice nadal oglądali ofensywny futbol i kolejne bramki. Co prawda to Zakapiory jako pierwsi ponownie trafili do siatki, podwyższając na 8:3, jednak tym razem Bad Boysi prezentowali się znacznie lepiej niż na początku meczu. Ich determinacja przyniosła efekty, gdyż w pewnym momencie zdołali zmniejszyć straty do zaledwie dwóch bramek, co wyraźnie zwiększyło napięcie na boisku. Gdy wydawało się, że gospodarze mogą doprowadzić do wyrównania, Sportowe Zakapiory pokazały doświadczenie i zimną krew. W kluczowych momentach potrafiły bowiem uspokoić grę i ponownie odskoczyć rywalom. Ostatecznie zwyciężyły 11:8, dopisując do swojego konta cenne trzy punkty.
Drużyna Bad Boys z pewnością może odczuwać niedosyt, szczególnie biorąc pod uwagę fatalny początek spotkania. Gdyby nie szybko stracone pierwsze pięć bramek, losy meczu mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej. Mimo zdecydowanie lepszej drugiej połowy to jednak Sportowe Zakapiory wychodzą zwycięsko z tego starcia i odskakują rywalom w tabeli na trzy punkty.
Spotkanie pomiędzy FC Bulls a Furduncio Brasil F.C. zapowiadało się jako hit kolejki i rzeczywiście dostarczyło sporo emocji. Gospodarze przystępowali do meczu z 3. miejsca w tabeli, natomiast goście zajmowali 2. lokatę, co tylko podkreślało rangę tego starcia.
Od pierwszego gwizdka było widać, że żadna z drużyn nie zamierza odpuszczać. Gra była bardzo wyrównana, a sytuacji podbramkowych nie oglądaliśmy zbyt wiele. Jeśli już się pojawiały, to brakowało skuteczności. Przełamanie nastąpiło dopiero w 11. minucie, kiedy Szymański otworzył wynik spotkania. Kolejne fragmenty pierwszej połowy wyglądały podobnie – było dużo walki w środku pola i niewiele klarownych okazji. Tuż przed przerwą sędzia podyktował rzut wolny, który na bramkę zamienił Hololobov, doprowadzając do wyrównania.
Druga połowa należała już jednak wyraźnie do FC Bulls. W 30. minucie Churiukanov wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, a chwilę później samobójcze trafienie Kaneli podwyższyło wynik. Cztery minuty później ponownie do siatki trafił Churiukanov, dając swojej drużynie komfortową przewagę. Goście próbowali wrócić do gry, a samobójczy gol Markovycha na 4:2 na moment przywrócił emocje.
Końcówka należała jednak do gospodarzy. Najpierw Datskiv podwyższył na 5:2, a następnie Kozenko ustalił wynik na 6:2. Furduncio Brasil odpowiedziało jeszcze trafieniem Chiaradii, ale ostatecznie to FC Bulls zwyciężyli 6:3, umacniając swoją pozycję w czołówce tabeli.
Spotkanie lidera tabeli z ostatnią drużyną zapowiadało się jako formalność dla Hetmana, jednak mecz przyniósł więcej emocji, niż można było się spodziewać. Od pierwszych minut gospodarze przejęli inicjatywę i szybko udokumentowali swoją przewagę. Kapitalnie funkcjonował duet Damian Kucharczyk – Filip Motyczyński, który raz po raz rozrywał defensywę rywali. Motoczyński świetnie dogrywał piłki, a Kucharczyk pewnie je wykorzystywał. Do przerwy Hetman prowadził 2:0 i w pełni kontrolował przebieg spotkania.
Po zmianie stron gospodarze nie zwalniali tempa i zdobyli trzecią bramkę, jeszcze bardziej przybliżając się do zwycięstwa. Wtedy jednak Team Ivulin niespodziewanie odpowiedział. Goście zaczęli grać odważniej, poprawili pressing i skuteczność, co szybko przyniosło efekty. W krótkim czasie odrobili straty i doprowadzili do wyrównania, czym zaskoczyli wszystkich obecnych. Końcówka należała jednak do Hetmana. Duet Kucharczyk – Motyczyński ponownie przejął kontrolę nad wydarzeniami na boisku i całkowicie rozmontował defensywę przeciwnika. Seria skutecznych akcji przesądziła o wyniku.
Ostatecznie Hetman wygrał 8:4, udowadniając, że wcześniejsza porażka była tylko wypadkiem przy pracy, i wrócił na zwycięską ścieżkę.
Spotkanie Boca Seniors z SO4 było starciem drużyny pogrążonej w kryzysie z zespołem, który w ostatnich tygodniach wyraźnie nabrał rozpędu. Początek meczu pokazał jednak zupełnie inne oblicze Boca Seniors. Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, a zawodnicy tej drużyny przypomnieli sobie najlepsze fragmenty swojej gry z początku sezonu.
Dużą rolę odegrał również Damian Bartodziej, którego głośne i konkretne wskazówki z ławki rezerwowych wyraźnie napędzały zespół. Boca grała odważnie, tworzyła sytuacje i w końcu dopięła swego – Dawid Pigiel wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie.
Niestety dla Boca Seniors, jak się później okazało, było to ich jedyne trafienie w tym meczu. Mimo wielu dogodnych okazji nie potrafili ponownie znaleźć drogi do siatki. Nieskuteczność szybko się zemściła. SO4 zaczęło grać coraz pewniej, z dużą swobodą i fantazją. Widać było wysokie umiejętności techniczne tego zespołu oraz rosnącą pewność siebie. Jeszcze przed przerwą zdołali odwrócić losy spotkania i prowadzili 2:1.
Druga połowa to już pełna dominacja ferajny Szymona Oniszczuka. Drużyna kontrolowała tempo gry, była skuteczna i bezlitosna dla rywali. Boca Seniors całkowicie się posypało, a przeciwnicy raz po raz wykorzystywali ich błędy.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 7:1, co tylko potwierdziło, jak głęboki kryzys przechodzi Boca Seniors oraz jak dużym potencjałem dysponuje SO4.
To, co na wiosnę wyprawia ekipa gości, przeczy jakiejkolwiek logice. Kiedy prognozujemy im przed meczem kolokwialne „ciężary”, ci zarzucony bagaż piłkarskich kilogramów dźwigają jak superbohaterowie kina akcji (7:0 Boca Seniors, 7:4 BM Development). Kiedy jednak Warszawską Ferajnę stawiamy w roli faworyta (Bad Boys 2:4), ci zawodzą. Ekipa Kacpra Domańskiego na wiosnę jest jak pogoda za oknem - nie przewidzisz jej następnego ruchu.
Przechodząc już do samego spotkania, na szali wisiało naprawdę dużo. Dla gości był to ostatni dzwonek w kontekście utrzymania. W przypadku porażki moglibyśmy mówić o ostatnim gwoździu wbitym do ich trumny z podpisem „spadek”, a resztki nadziei na cokolwiek więcej zostałyby doszczętnie pogrzebane. Z kolei dla gospodarzy trzy potencjalne oczka były bezcenne w kontekście gry nawet o wicemistrzostwo. Patrząc na ich ostatnią formę oraz cele, jakie przed nimi stoją, wydawało się, że to oni zainkasują kolejną wygraną.
I z początku wszystko szło zgodnie z planem. To gospodarze wyszli na prowadzenie 1:0. Ich szczęście nie trwało jednak długo, gdyż Ferajna zdołała szybko odwrócić wynik na 2:1, a po chwili nawet podwyższyć na 3:1. Przed przerwą BM zdobyło bramkę kontaktową na 2:3, co zwiastowało jeszcze większe emocje w drugiej odsłonie spotkania. Te jednak Ferajna, świetnie tego dnia dysponowana, błyskawicznie wygasiła, zdobywając bramki na 2:4, 2:5 i 2:6. Z czasem temperatura spotkania – zważywszy na dużą różnicę w golach – znacząco opadła. Finalny wynik to 7:4 dla Warszawskiej Ferajny, który przedłuża ich szanse na utrzymanie się w lidze. Choć dystans nadal jest spory, tym bardziej że S04 jest na tę chwilę nieomylne, nie jest to cel nieosiągalny, zwłaszcza przy takiej grze jak w ostatnią niedzielę.
Z kolei dla BM jeszcze nic straconego – podium, choć lekko się oddaliło, nie odjechało bezpowrotnie. Natomiast margines błędów został już wyczerpany.
Spotkanie pomiędzy FC Fenix a Ajaks Warszawa już przed meczem zapowiadało się na emocjonujące starcie. Goście, podrażnieni porażką z rundy jesiennej, z pewnością chcieli się odgryźć swoim rywalom i przystąpili do rywalizacji z wyraźnym nastawieniem na walkę o komplet punktów. Początek meczu potwierdził te zapowiedzi. Od pierwszego gwizdka oglądaliśmy zaciętą i wyrównaną grę i to właśnie jako pierwsi cios zadali zawodnicy Ajaksu. Bartek Kopacz wykorzystał dobre podanie Adama Bogusza i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Radość gości nie trwała jednak długo, gdyż już minutę później do wyrównania doprowadził Mykola Vietrienko, szybko przywracając równowagę na boisku.
Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gospodarzy. Gdy wydawało się, że drużyny zejdą do szatni przy remisie, FC Fenix zadał dwa szybkie ciosy. Najpierw na 2:1 trafił Dmytro Balabasev, a chwilę później Roman Braniuk podwyższył na 3:1, dając swojej drużynie zaliczkę przed drugą częścią spotkania.
Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił. Mecz nadal był wyrównany, Podobnie jak w pierwszej połowie, jako pierwsi do siatki trafili zawodnicy Ajaksu. Tym razem w roli asystenta wystąpił Bartek Kopacz, a akcję skutecznie wykończył Filip Pakuła, zmniejszając straty do jednej bramki. Ajaks ruszył do odrabiania strat i w końcówce postawił wszystko na jedną kartę, grając coraz bardziej ofensywnie. To jednak otworzyło przestrzenie dla gospodarzy, którzy bezlitośnie to wykorzystali. W ostatnich minutach meczu dwa decydujące ciosy zadali Artiom Masakowski oraz Maksim Surko, ustalając wynik spotkania na 5:2.
FC Fenix ponownie udowodnił swoją wyższość nad Ajaksem Warszawa, kontrolując kluczowe momenty meczu i skutecznie wykorzystując błędy rywali.
Mecz FC Dziki z Lasu II kontra Mareckie Wygi zaczął się bardzo solidnie i przez długi czas był to naprawdę wyrównany pojedynek. W pierwszej połowie obie drużyny twardo walczyły o każdą piłkę i nikt nie odpuszczał. Duża w tym zasługa bramkarzy, którzy wyciągali naprawdę trudne strzały. Szczególnie Szymon Aleksandrowicz z FC Dziki z Lasu II uwijał się między słupkami i przez cały mecz ratował swój zespół w groźnych sytuacjach. To właśnie dzięki jego świetnej postawie Dziki długo utrzymywały się w grze.
Wszystko zaczęło się sypać w drugiej połowie. O ile bramkarz dalej robił, co mógł, to obrona zespołu wyraźnie się pogorszyła. Mareckie Wygi wyczuły ten moment i zaczęły coraz bardziej napierać na przeciwnika. W ostatnich 10 minutach meczu defensywa Dzików z Lasu praktycznie się posypała, przez co bramkarz był zostawiony sam sobie i przy kolejnych strzałach nie miał już żadnych szans na skuteczną interwencję.
Mareckie Wygi bezlitośnie wykorzystały te błędy. Bardzo dobre zawody rozegrał Wiktor Pietrucha, który dwa razy trafił do siatki, a w całym spotkaniu świetnie prezentował się też Oleksandr Kuzmov. FC Dziki z Lasu II stać było tylko na jedną bramkę zdobytą w pierwszej połowie przez Artura Mendelę. Choć wynik 1:5 wygląda na wysoką porażkę, trzeba pamiętać, że przez długi czas mecz był bliski remisu i dopiero końcówka zdecydowała o tak wyraźnym zwycięstwie drużyny z Marek.
Spotkanie pomiędzy Na2Nóżkę a Laga Warszawa zakończyło się sensacyjnym zwycięstwem Lagi 6:5. Przed meczem zdecydowanym faworytem wydawała się drużyna Na2Nóżkę, głównie ze względu na wysoką pozycję w tabeli oraz sporą przewagę punktową nad rywalem. Boisko po raz kolejny pokazało jednak, że tabela nie zawsze odzwierciedla przebieg spotkania.
Laga Warszawa, znajdująca się w strefie spadkowej, udowodniła, że potrafi zagrać świetny mecz i postawić się drużynie z ligowego top 5. Od pierwszych minut było widać dużą determinację i walkę o każdy metr boiska.
Pierwsza połowa była bardzo wyrównana, a oba zespoły wzajemnie się badały, szukając słabych punktów przeciwnika. Ostatecznie to Na2Nóżkę jako pierwsze znalazło drogę do siatki - po skutecznej bramce zdobytej głową gospodarze objęli prowadzenie 1:0 i z takim wynikiem zakończyła się pierwsza część spotkania.
Druga połowa przyniosła już prawdziwy rollercoaster. Gra toczyła się łeb w łeb, bramka za bramkę, a żadna z drużyn nie zamierzała odpuszczać. Tempo meczu rosło z każdą minutą, a kibice mogli oglądać widowisko pełne zwrotów akcji. Kluczową postacią tego spotkania okazał się Adrian Kłys, którego występ pokazał, jak ważnym ogniwem był dla Lagerów. Jego zaangażowanie, jakość i wpływ na grę miały ogromne znaczenie w decydujących momentach meczu. To właśnie dzięki takiej postawie Laga Warszawa zdołała przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę i ostatecznie wygrać 6:5, sprawiając jedną z większych niespodzianek kolejki.
To spotkanie było podręcznikowym przykładem tego, jak skuteczna potrafi być prosta i konsekwentna gra. FC Kryształ Targówek próbował prowadzić mecz, częściej utrzymywał się przy piłce i szukał swoich okazji w ataku pozycyjnym, jednak to goście z Tylko Zwycięstwo mieli plan, który funkcjonował niemal perfekcyjnie.
Już pierwsza połowa pokazała, gdzie leży klucz do tego meczu. Goście grali bardzo bezpośrednio, wykorzystując klasyczną „polską myśl szkoleniową” – długie piłki na napastnika, szybkie przejście do ataku i maksymalne wykorzystanie przestrzeni za plecami obrońców. Taki styl przynosił efekty, a wynik 4:2 do przerwy był rezultatem skutecznych kontrataków i prostych, ale bardzo efektywnych rozwiązań.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Kryształ nadal próbował budować akcje, jednak często nadziewał się na kolejne szybkie wyjścia rywali. Goście byli niezwykle zdyscyplinowani w swoim podejściu – nie komplikowali gry, tylko konsekwentnie realizowali założenia. Każda strata gospodarzy mogła skończyć się groźną kontrą i często tak właśnie było.
Absolutnym bohaterem spotkania był Łukasz Walo, który zanotował fenomenalne liczby - 5 bramek i 2 asysty. Był idealnym egzekutorem taktyki swojego zespołu – dobrze ustawiał się do długich podań, wygrywał pojedynki i skutecznie finalizował akcje. Jego występ był kluczowy dla tak wysokiego zwycięstwa.
Ostateczne 10:4 to wynik, który jasno pokazuje różnicę w skuteczności i podejściu do meczu. Tylko Zwycięstwo zagrało prosty, ale bardzo efektywny futbol, a Kryształ – mimo momentów dobrej gry – nie był w stanie zatrzymać świetnie funkcjonujących kontrataków rywali.
Mecz After Wola – Warsaw Eagles, mimo wyniku, nie dostarczył zbyt dużej intrygi – After Wola pewnie sięgnęła po zwycięstwo. Początek spotkania nie ułożył się jednak po myśli gospodarzy – to Eagles pierwsi wyszli na prowadzenie po trafieniu Ali Abdullaha i After Wola musiała gonić wynik. Na szczęście szybko udało się odpowiedzieć, a na listę strzelców wpisał się Kuba Kopeć.
Kolejne minuty należały już do After Woli, która dorzuciła jeszcze dwa gole i objęła prowadzenie 3:1. O ile po pierwszej, a nawet drugiej bramce Eagles jeszcze walczyli i próbowali wrócić do gry, to po trzecim straconym golu jakby zeszło z nich powietrze i nie byli już w stanie realnie zagrozić rywalom. Jedyną postacią, która przez cały mecz trzymała poziom i nie odpuszczała, był bramkarz Karol Dębowski. Rozegrał kapitalne spotkanie, broniąc wiele trudnych strzałów – tym bardziej szkoda, że jego wysiłek nie przełożył się na lepszy wynik drużyny.
W drugiej połowie przewaga After Woli była jeszcze bardziej widoczna. Gospodarze mogli zdobyć nawet kilkanaście bramek, ale zatrzymywał ich fenomenalnie dysponowany Dębowski. Ostatecznie After Wola dorzuciła cztery kolejne trafienia, a Eagles odpowiedzieli dwoma golami, co oczywiście nie wystarczyło, by powalczyć o punkty.
Kuba Kopeć w drugiej połowie skompletował hat-tricka i znalazł się w najlepszej szóstce tygodnia, prowadząc swoją drużynę do bardzo ważnego zwycięstwa.
Drużyna z Pragi Północ kontynuuje pościg za strefą medalową! W meczu z liderem z fantastycznej strony pokazali się wszyscy zawodnicy Szmulek – świetnie bronił Karol Dębowski, Borys Sułek był nieomylny w pierwszej połowie, natomiast Jakub Kaczmarek i Krystian Rzeszotek starannie rozgrywali piłkę. Wynik otworzył potężnym uderzeniem Kacper Pacholczak.
Z drugiej strony Mikstura długo nie mogła znaleźć swojego rytmu – Filip Junowicz ciągnął swoją drużynę za uszy i nawet zdobył w pierwszej połowie bramkę na 1:1, jednak brakowało mu odrobiny szczęścia, by zdominować cały mecz. Gdyby miał lepszy dzień, na koniec spotkania mógłby zanotować 6 lub 7 oczek do klasyfikacji kanadyjskiej. A jak wiadomo, niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. Zamiast zejść na przerwę z remisem 2:2, goście schodzili, przegrywając 3:1, co zapowiadało ciężką przeprawę w drugiej odsłonie. Gospodarze natomiast mogli odetchnąć z ulgą, ponieważ w swoich szeregach mieli Wiktora Januszewskiego. Młody zawodnik w kluczowych momentach wziął ciężar zdobywania goli na siebie. Wiktor strzelił bramki na 4:2 oraz 5:2, co okazało się wystarczające do odniesienia zwycięstwa, nawet gdy Mikstura w końcu zaczęła gonić rywala. Trafienie z wolnego Patryka Zycha na 5:3 oraz późniejszy gol Filipa Junowicza to było wszystko, na co było stać rywali tego dnia. Tym samym zwycięstwo Szmulek stało się faktem!
Mikstura natomiast w majówkę powinna przeprowadzić kilka dodatkowych treningów – nad drugim miejscem zostały już „tylko” 4 oczka przewagi, a w ostatnich pięciu kolejkach do rozegrania pozostaje mecz z wiceliderem. Tym samym zapas punktowy zaczyna niebezpiecznie topnieć. Oczywiście nie ma (jeszcze) powodów do paniki, ale po niedzielnej porażce drużyny Darka Jochemskiego liga będzie jeszcze ciekawsza.
Absolutna demolka! Chociaż miejsca w tabeli zajmowane przez mierzące się ekipy na to nie wskazywały, to po weryfikacji, w jakich zestawieniach personalnych się zjawiły, dało się wyczuć widmo pogromu. Green Lantern zaczęło naprawdę z wysokiego C – już po pięciu minutach prowadzili 2:0 po dublecie niezwykle aktywnego i równie roześmianego Kamila Bielińskiego. Mimo braku jakichkolwiek zmienników goście wykorzystali moment nieuwagi w szeregach rywali i doprowadzili do wyrównania za sprawą dwóch goli Giorgiego Lemonjavy. Szczególnie przy drugim z nich Zielone Latarnie mogły pluć sobie w brodę, że nie upilnowały strzelca przy rzucie rożnym wykonywanym przez Shuquriego Lomię. Odzyskanie prowadzenia nastąpiło na skutek akcji młodości z doświadczeniem, czyli nowego nabytku Latarni – Damiana Michalczyka – oraz weterana, Mikołaja Wysockiego.
Po serii przetasowań na bramce Gruzinów ostatecznie padło na rozwiązanie, w którym Lemonjava pełnił rolę lotnego golkipera, a Beka Meskhi – z uwagi na swoją zwinność i kondycję – dokończył spotkanie, grając w polu. Wystawienie wspomnianego Wysockiego w polu zamiast w bramce okazało się strzałem w dziesiątkę, bowiem jego współpraca z Michalczykiem i Podgórskim układała się tak wspaniale, że pozostałe zdobycze bramkowe rozłożyli niemal wyłącznie między siebie.
Wynik 6:3 do przerwy i tak był dla Georgian Teamu najniższym wymiarem kary, bo Green Lantern – jak to mają w zwyczaju – często pudłowali w najprostszych sytuacjach. W drugiej odsłonie zmagań nie pozostawili jednak złudzeń co do tego, „kto tu rządzi” – dołożyli aż jedenaście trafień (a właściwie dwanaście, bo niefortunnego samobója zaliczył broniący dostępu do bramki Zajączkowski), popisując się niejednokrotnie rajdami przez całą długość boiska, sprytnymi rozegraniami rzutów rożnych oraz kontrami z tradycyjnym, szóstkowym wyłożeniem na „pustaka”. Michalczyk – siedem goli i asysta, Wysocki – trzy trafienia i dwa ostatnie podania, Podgórski – dwa gole i aż osiem asyst. Przed meczem nikt nawet nie pomyślałby, że potyczka ta dostarczy tym graczom takiego doładowania w klasyfikacji kanadyjskiej.
Klamra meczu została domknięta przez zawodnika, który to wszystko rozpoczął, a więc Bielińskiego, który ustalił wynik na zatrważające 17:5. Choć trzecia wygrana z rzędu wciąż nie umożliwiła Latarniom opuszczenia strefy spadkowej, to zgromadzenie większej liczby punktów w czterech kolejkach wiosny niż przez całą rundę jesienną może napawać optymizmem na przyszłość i zwiastować oficjalne przełamanie w tabeli.
Spotkanie pomiędzy Sante a Bartolini Pasta zakończyło się zdecydowanym zwycięstwem Bartolini Pasta 8:2. Już od pierwszych minut goście pokazali, że są świetnie przygotowani do tego meczu i szybko narzucili swoje warunki gry.
Dwie szybkie bramki na początku spotkania otworzyły wynik na korzyść Bartolini Pasta, dając drużynie dużą pewność siebie i kontrolę nad przebiegiem rywalizacji. Pierwsza połowa była bardzo jednostronna - "Makaroniarze" dominowali w każdym aspekcie gry, skutecznie wykorzystywali swoje sytuacje i nie pozwalali rywalom na rozwinięcie skrzydeł. Efektem tej przewagi był wynik 5:0 do przerwy, który doskonale oddawał przebieg pierwszej części spotkania.
Druga połowa również rozpoczęła się po myśli Bartolini Pasta, którzy nie zamierzali zwalniać tempa. Nadal utrzymywali wysoką intensywność, kontrolowali tempo gry i konsekwentnie powiększali swoją przewagę.
Bohaterami tego meczu bez wątpienia byli Mateusz Brożek oraz Tomasz Rusinek, którzy świetnie się zgrywali, doskonale odnajdywali się na boisku i napędzali kolejne akcje ofensywne swojej drużyny. Ich współpraca była kluczowa dla końcowego sukcesu i miała ogromny wpływ na końcowy rezultat.
Sante zdołało odpowiedzieć dwoma trafieniami, jednak tego dnia konkurenci byli zespołem zdecydowanie lepszym. Ostatecznie spotkanie zakończyło się pewnym i zasłużonym zwycięstwem 8:2.
W bardzo intensywnym i obfitującym w piękne gole spotkaniu wicelider tabeli, FC Zaborów, pokonał zajmującą piąte miejsce ekipę Old Eagles Koło 9:4. Goście od pierwszych minut udowodnili swoje wysokie aspiracje, prezentując szybki, precyzyjny i niezwykle skuteczny futbol.
Zaborów zaczął spokojnie, pewnie operując piłką. Wynik otworzyli już w 6. minucie po składnej, dwójkowej akcji. Chwilę później fantastycznym uderzeniem zza pola karnego popisał się Bartek Pietrzak. Dobra passa gości trwała i niedługo później błyskawicznie odskoczyli na 0:4. Gospodarze zdołali odpowiedzieć przed przerwą jednym trafieniem, ale wicelider natychmiast skarcił ich kolejnym golem, ustalając wynik do szatni na 1:5.
Po zmianie stron Old Eagles spróbowali jeszcze podjąć rękawicę. Szybko przeprowadzili skuteczną akcję, w której Piotr Parol wyłożył piłkę do pustej bramki Mariuszowi Żywkowi. To trafienie jednak tylko podrażniło przyjezdnych, którzy od razu wrzucili wyższy bieg, dorzucili kolejne bramki i do samego końca w pełni kontrolowali boiskowe wydarzenia. W świetnie dysponowanej ekipie z Zaborowa bardzo trudno wskazać jednego, indywidualnego bohatera meczu. Cała drużyna zagrała na niesamowicie wysokim poziomie, za co ogromne słowa uznania należą się trenerowi FC Zaborów – zbudowanie tak spójnego i groźnego kolektywu przynosi teraz na murawie znakomite efekty.
Teraz, dzięki potknięciu Mikstury, Zaborów traci do lidera tylko 4 oczka, więc walka o mistrzostwo zapowiada się imponująco. Inaczej ma się sytuacja drużyny Old Eagles Koło, dla której porażka praktycznie wykluczyła ją z walki o podium.
Mecz pomiędzy Shot DJ a Saską Kępą na pewno nas zaskoczył… wynikiem do przerwy – 0:0. Nawet Arsenal z Atlético Madryt potrafili strzelić gola w pierwszej połowie swojego spotkania, a tutaj nic. Ale żarty na bok – sytuacje były po obu stronach i obie drużyny naprawdę chciały zdobyć bramkę, jednak piłka z różnych powodów nie chciała wpaść do siatki. Do tego dochodził wysoki poziom fizycznej walki, co jeszcze bardziej utrudniało grę ofensywną.
Druga połowa nie różniła się diametralnie od pierwszej, ale tym razem zobaczyliśmy już gole. Saska Kępa przyjechała na mecz bez zmian i w drugiej części było to wyraźnie widoczne – świeżość ławki była po stronie Shot DJ. Franek Rutkowski oraz Jan Jabłoński dali swojej drużynie dwubramkowe prowadzenie. Korneliusz Troczyński zdołał jeszcze zmniejszyć stratę, ale Shot DJ odpowiedział kolejnymi trafieniami i praktycznie zamknął mecz. W samej końcówce sędzia podyktował rzut karny dla Saskiej Kępy, który skutecznie wykorzystał Marcin Nowak. Nie miało to jednak wpływu na losy spotkania – jedynie ustaliło wynik na 4:2 dla Shot DJ.
To nie był najbardziej efektowny występ w wykonaniu triumfatorów, ale bardzo ważne trzy punkty, zwłaszcza w kontekście walki o medale. Saska Kępa natomiast walczy o utrzymanie – warto jak najszybciej zapomnieć o tym meczu, zebrać pełniejszy skład i wrócić do walki w kolejnym spotkaniu.
Starcie KK Wataha Warszawa z Tornado Squad już przed pierwszym gwizdkiem miało wyraźnego faworyta. Gospodarze, walczący o podium, mierzyli się z ostatnią drużyną w tabeli i niestety tym razem nie było miejsca na niespodziankę. Goście dodatkowo przyjechali bez nominalnego bramkarza, co od początku stawiało ich w trudnej sytuacji.
W pierwszej połowie między słupkami stanął Andrzej Parys i trzeba mu oddać, że przez około 10 minut utrzymywał czyste konto. Ten stan przerwał jednak Maciej Lulka, który zaliczył prawdziwe wejście smoka – wszedł z ławki i od razu wpisał się na listę strzelców, otwierając worek z bramkami. Od tego momentu trafienia zaczęły się sypać i do przerwy było już 4:0.
Patrząc na to, co wydarzyło się po zmianie stron, ten wynik i tak był dla gości najniższym wymiarem kary. Do bramki wszedł Michał Maciejewski, ale pracy miał zdecydowanie więcej niż jego poprzednik. Druga połowa to już pełna dominacja Watahy – strzelanie ruszyło od razu, gdy Wojtek Wolny dorzucił kolejne trafienie, a potem do głosu dosłownie doszedł każdy zawodnik z pola.
Finalnie skończyło się aż 16:1. Honorowego gola dla Tornado Squad zdobył w końcówce Franek Orłowski, ale przy takim wyniku trudno mówić o jakimkolwiek pocieszeniu. Dla KK Wataha Warszawa to był mecz, w którym nie tylko dopisali trzy punkty, ale też solidnie podkręcili bilans bramkowy i zrobili kolejny krok w stronę podium.
Spotkanie pomiędzy Warsaw Gunners FC a KS Driperzy od samego początku miało bardzo jednostronny przebieg. Już pierwsza połowa pokazała, że tego wieczoru na boisku będzie dominować tylko jedna ekipa. KS Driperzy narzucili swoje warunki gry od pierwszej minuty i schodzili na przerwę z bardzo wysokim prowadzeniem 5:0. W zespole Warsaw Gunners brakowało dosłownie wszystkiego - nie funkcjonowała ani obrona, która zostawiała mnóstwo miejsca przeciwnikom, ani atak, który nie potrafił stworzyć realnego zagrożenia pod bramką rywali.
Nawet czerwona kartka, którą obejrzał Norbert Gregorczyk, nie była w stanie wybić Driperów z uderzenia. Choć musieli radzić sobie w osłabieniu, w ogóle nie było tego widać na boisku. Zespół dalej pewnie kontrolował piłkę i regularnie dorzucał kolejne trafienia, pokazując dużą swobodę w budowaniu akcji. Prawdziwy koncert strzelecki urządził sobie Wiktor Stojek, który aż cztery razy wpisał się na listę strzelców.
Warsaw Gunners próbowali walczyć o poprawienie wyniku, co zaowocowało dwoma bramkami autorstwa Patryka Szerszenia i Wiktora Zdzienickiego. Były to jednak tylko trafienia pocieszenia, które w żaden sposób nie zagroziły zwycięstwu rywali. KS Driperzy do samego końca pilnowali wyniku i nie pozwolili sobie na chwilę rozluźnienia. Ostatecznie mecz zakończył się bardzo wysokim i w pełni zasłużonym zwycięstwem faworytów 9:2.
Starcie na szczycie 7. ligi w ramach 13. kolejki zapowiadało ogromne emocje. Lider tabeli Alash FC podejmował wicelidera – ekipę Virtualne Ń. Obie drużyny przystąpiły do meczu w pełnej mobilizacji, jednak początek spotkania kompletnie zaskoczył gości.
Gospodarze od pierwszego gwizdka narzucili bardzo wysokie tempo i błyskawicznie przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Ich dominacja była wręcz przytłaczająca. W pewnym momencie Alash prowadził aż 7:0, co musiało być ogromnym szokiem dla drużyny przeciwnej. Kluczową postacią w tym fragmencie gry był Madiyar Seiduali, który w krótkim czasie skompletował hat-tricka, dokładając do tego jeszcze asystę. Swoje trzy grosze dorzucił także bramkarz gospodarzy Alizhan Zamirov, który pewnie wykorzystał rzut karny. Cała drużyna Alash prezentowała się w tym fragmencie znakomicie i ciężko było dostrzec ich słabe punkty.
Virtualne Ń długo nie potrafili znaleźć odpowiedzi na ofensywny napór rywali, ale przełamanie w końcu nadeszło. Pierwszy sygnał do odrabiania strat dał Filip Dawydzik, którego trafienie tchnęło w zespół gości nową energię. Jeszcze przed przerwą Virtualni zdobyli dwie kolejne bramki, jednak Alash FC nie zamierzali zwalniać tempa i również dołożyli dwa trafienia. Końcówka pierwszej połowy przyniosła jeszcze jeden istotny moment – Daulet Niyazov obejrzał czerwoną kartkę za zatrzymanie piłki ręką zmierzającej do siatki i to zdarzenie wyraźnie dodało gościom nadziei przed drugą częścią meczu.
Po przerwie ponownie lepiej zaczęli gospodarze – na 10:3 podwyższył niezawodny tego dnia Madiyar Seiduali. Wydawało się, że losy spotkania są już rozstrzygnięte, jednak wtedy Virtualni ruszyli do zdecydowanego ataku. Na około 10 minut przed końcem zdołali zmniejszyć stratę do czterech bramek, a duży udział w tej pogoni miał Szymon Kolasa, który w tym okresie skompletował hat-tricka. Końcówka należała jednak do Alash FC, którzy zachowali więcej chłodnej głowy i przypieczętowali zwycięstwo, ustalając wynik na 12:7.
Mimo wysokiej porażki Virtualne Ń mogą żałować przede wszystkim pierwszej połowy. Po przerwie zaprezentowali się znacznie lepiej i pokazali, że nieprzypadkowo zajmują czołowe miejsce w tabeli. Druga część spotkania była zdecydowanie bardziej wyrównana i godna pojedynku lidera z wiceliderem 7. ligi.
Wieczorne spotkanie na AWF-ie przyniosło kibicom intensywne, otwarte i momentami bardzo fizyczne widowisko. Od pierwszych minut było widać, że Skra Warszawa – z zawodnikami mającymi doświadczenie z dużego boiska – nie zamierza oddać pola bez walki. Mimo to gospodarze lepiej weszli w mecz i do przerwy prowadzili 2:1, prezentując bardziej zespołowe i uporządkowane podejście.
Mecz od początku toczył się w wysokim tempie, a akcje szybko przenosiły się spod jednej bramki pod drugą. Skra opierała swoją grę na indywidualnościach, które potrafiły zrobić różnicę w pojedynczych akcjach. Najbardziej widoczny był Lewis Onuigbo – dynamiczny, szybki, zwrotny i niezwykle silny zawodnik ofensywny. Zdobył bramkę i zanotował asystę, regularnie stwarzając zagrożenie i napędzając ataki swojej drużyny. Wsparcie dawał mu Bartosz Dzikowski, autor dwóch bramek, który potrafił odnaleźć się w kluczowych momentach.
Po stronie gospodarzy kluczem była jednak gra jako kolektyw. Czasoumilacze nie polegali na jednym zawodniku – ich siłą była współpraca, ruch bez piłki i konsekwencja w realizowaniu założeń. Na tym tle wyróżniał się Piotr Cieślak, który zanotował 2 bramki i asystę, będąc jednym z liderów ofensywy.
Szczególne uznanie należy się również Mateuszowi Musińskiemu. Przed meczem nie był wskazywany jako potencjalna gwiazda spotkania, a tymczasem rozegrał kapitalne zawody. Ten niepozorny zawodnik dołożył 3 asysty i bramkę, imponując spokojem, przeglądem pola i skutecznością w kluczowych momentach.
W drugiej połowie Czasoumilacze zaczęli budować przewagę, wykorzystując lepszą organizację gry i zespołowość. Skra walczyła, ale nie była w stanie zatrzymać rozpędzonych gospodarzy. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:5, a gospodarze zasłużenie sięgnęli po zwycięstwo, pokazując, że dobrze funkcjonujący kolektyw potrafi zneutralizować nawet bardzo mocne indywidualności.
Spotkanie Oldboys Derby z Eagles FC od pierwszych minut układało się pod dyktando gości. To Eagles częściej utrzymywali się przy piłce, narzucali tempo i konstruowali składne akcje, które szybko zaczęły przynosić efekty w postaci kolejnych bramek.
Oldboysi próbowali odpowiadać i momentami potrafili zagrozić rywalom, jednak ich możliwości były ograniczone. Krótka ławka rezerwowych (zaledwie jeden zmiennik) zaczęła dawać się we znaki, co przekładało się na problemy kondycyjne i trudności w utrzymaniu wysokiej intensywności gry. Mimo to gospodarze zdołali trzykrotnie pokonać bramkarza Eagles, pokazując charakter i wolę walki. Jednak skuteczność gości była większa, dzięki czemu na przerwę schodzili z prowadzeniem 5:3, mając wyraźną przewagę przed drugą połową.
Druga część spotkania okazała się istnym rollercoasterem. Eagles narzucili nieprawdopodobne tempo i zdobyli aż pięć bramek z rzędu, przez co wynik przez chwilę wynosił 4:10. Niestety, atmosfera wewnątrz drużyny i ewidentne rozprężenie spowodowały, że czujność gości została całkowicie uśpiona. Oldboysi, widząc zagubienie w szeregach rywala, zaczęli napierać. Akcja za akcją, strzał za strzałem i niemożliwe stało się faktem! Na tablicy wyników pojawił się remis 10:10.
Publika zgromadzona wokół boiska bacznie obserwowała rozwój wydarzeń. Emocje sięgały zenitu i mecz mógł potoczyć się w obie strony. Obie ekipy jednak nieco uspokoiły tempo, dorzuciły po jednym trafieniu i rywalizacja zakończyła się hokejowym wynikiem 11:11.
Hit 8. ligi nie zawiódł. Synowie Księdza podejmowali Q-ICE Warszawa już o 8:00 rano, jednak mecz był na tyle emocjonujący, że budził nie gorzej niż mocna, włoska kawa. Zanim jednak zawodnicy weszli na najwyższe obroty, mogliśmy sobie przypomnieć, dlaczego 13 ma opinię pechowej liczby.
Jeśli ktoś nie wierzy w ten zabobon, to proszę bardzo: Eduard Vakhidov rozpoczął tę serię spotkań od utraty gola już w piątej minucie. Niby nic niezwykłego, ale na uwagę zasługuje styl – gwiazdor gości wybił piłkę wprost w Tomasza Godzimirskiego, futbolówka minęła bramkarza Q-ICE i wtoczyła się do bramki przy słupku. Natomiast w – nomen omen – 13. minucie Ihor Bakun niefrasobliwie zagrał piłkę w poprzek własnego pola karnego, a niezawodny w tym sezonie Piotr Ziembiński musiał tylko dołożyć nogę do tego prezentu. Tym samym wynik 2:0 dla Synów Księdza można uznać za niski wymiar kary, bo jeszcze kilka błędów gości mogło zamienić się w jeszcze wyższą przewagę.
Synowie Księdza pewnie zmierzali po komplet punktów w meczu z liderem, jednak maszyna Q-ICE w końcu odpaliła w drugiej połowie. Już w pierwszych minutach po przerwie do tlenu gospodarzy podłączył Maks Kondarevych, pewnie kończąc kontratak – 2:1. Poczuwszy wiatr w żagle, goście wyrównali, a nawet wyszli na prowadzenie 3:2. Jednak ich przewaga w tym spotkaniu trwała zaledwie 35 sekund. Gol na 3:3 po przechwycie sprawił, że Synowie Księdza poczuli krew. Ciągle nękali Q-ICE w rozegraniu piłki, z czego padły kolejne dwie bramki i w 37. minucie sensacyjnie prowadzili 5:3. Jednak mężczyzn (i mistrzów) poznaje się po tym, jak kończą. Goście walczyli do końca, cały czas skracając dystans do Synów Księdza. Maks Kondarevych uzbierał hat-tricka (gol na 5:4), Volodymyr Maidachevski dorzucił niezwykle ważnego gola na 5:5 i zdawało się, że do końca spotkania nie będzie już większych emocji. Nic bardziej mylnego!
W ostatniej minucie meczu zawodnicy obu drużyn zabrali nas na prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Najpierw duet Mateusz Gołębiewski – Piotr Ziembiński wyłuskał piłkę przeciwnikowi, po czym pierwszy z nich wykorzystał kontratak 2 na 4. Jednak sędzia umożliwił gościom wykonanie ostatniej, rozpaczliwej akcji. Maidachevski uderzył z dystansu, do piłki doskoczył jako pierwszy Artem Zhuk, a Q-ICE po rozpaczliwym pościgu wyrównało z końcowym gwizdkiem na 6:6!
Gospodarze musieli obejść się smakiem, a remis okazał się tym bardziej bolesny, że Force Fusion FC niespodziewanie przegrało swoje spotkanie – tym samym Synom Księdza przeszedł koło nosa awans na pozycję wicelidera.
Nie najgorzej wygląda powrót ekipy FC Patriot do Ligi Fanów – do dwóch poprzednich zwycięstw dołożyli trzecie, i to nie z byle kim, bo z wiceliderem 8. Ligi, Force Fusion FC. Wszystko rozpoczęło się jednak tradycyjnie, z naciskiem na faworyta spotkania, gdyż gospodarze objęli prowadzenie już w 4. minucie meczu po dograniu Ruslana Yakubiva do Oleksandra Pilakina. Stracony gol podziałał na gości jak na byka czerwona płachta i gdyby nie kilka instynktownych interwencji Volodymyra Antoshki, to wynik bardzo szybko uległby zmianie. Jednak gdy do bezpańskiej piłki w pobliżu lewego narożnika dopadł Artem Bondarchuk i oddał potężny strzał, Antoshka nie miał już nic do powiedzenia. Podobna sytuacja pozwoliła przechylić różowo-czarnym wynik ponownie na swoją korzyść, a strzelcem owej bramki był Oleh Leshchyshyn.
Bardzo dużo korzyści w ofensywie przyniosło Patriotom wprowadzenie na plac gry Ruslana Petrijsii, który pomimo niepozornego wyglądu okazał się bezbłędnym napastnikiem – ustrzelił dublet w przeciągu dwóch minut, wlewając nadzieję na trzy punkty w serca kolegów z drużyny. Przed świetną szansą na powiększenie przewagi stanął Bondarchuk, ale podyktowany za wślizg rzut karny, który wykonywał, poszybował wysoko nad bramką. Niewykorzystane okazje lubią się mścić, więc niedługo potem w identycznej sytuacji znalazł się Yakubiv – przegrał jednak wojnę nerwów z Mykytą Raiem, który odczytał intencje kapitana Force Fusion.
Po zmianie stron bardzo trudno było gospodarzom przełamać zasieki defensywne przeciwnika, a ponadto między słupkami świetnie spisywał się Rai. Patriot w dużej mierze zaczął ograniczać się do kontr i stałych fragmentów, czego owocem był gol Bondarchuka bezpośrednio z rzutu rożnego oraz trafienie Maksima Abramaua. Niezwykle aktywny po stronie goniącej wynik był Dawid Paradowski, który w końcu przypieczętował swoje wysiłki asystą zewnętrzną częścią stopy do niepilnowanego Pilakina.
Czasu było już jednak zbyt mało, by odrobić straty czy choćby wyrównać, a na domiar złego zabójczą dwójkową akcję przeprowadzili Petrijsia i Buts, co zaowocowało golem na 3:6. Tym samym byliśmy świadkami niemałej niespodzianki i choć trudno będzie Patriotowi doskoczyć w ciągu tej rundy do podium, to ich solidna i zorganizowana gra stanowi konkretną, pozytywną przesłankę na najbliższą przyszłość.
W starciu drużyn o zgoła odmiennych celach – walczącego o ligowy byt FC Pers oraz mierzącego w ligowe podium FC Legion UA – byliśmy świadkami prawdziwego widowiska. Stawka tego spotkania była ogromna, co przełożyło się na twardą walkę od pierwszej do ostatniej minuty.
Mecz rozpoczął się od błyskawicznego trafienia gospodarzy. Już w 1. minucie Kamol Obidov zamienił precyzyjne podanie Usmonova na gola. Goście nie pozostali dłużni i szybko odpowiedzieli potężnym strzałem z dystansu autorstwa Bohdana Batiuka. Pierwsza połowa przypominała klasyczną wymianę ciosów – gdy jedna strona wychodziła na prowadzenie, druga natychmiast wyrównywała. Choć w końcówce to Legion na moment przejął inicjatywę, FC Pers rzutem na taśmę zdołał odwrócić losy spotkania jeszcze przed przerwą, schodząc do szatni z jednobramkową przewagą przy stanie 5:4.
Druga odsłona była równie dynamiczna, choć obfitowała w nieco mniej trafień. Przyjezdni doprowadzili do wyrównania dzięki bramce Andriia Hehelskyiego, a tuż przed końcem meczu zadali kolejny cios, będąc o krok od upragnionego zwycięstwa. Gospodarze pokazali jednak swój największy atut – niezłomny charakter. Walcząc z ogromną determinacją, zdołali trafić do siatki tuż przed końcowym gwizdkiem.
To niezwykle intensywne starcie zakończyło się ostatecznie wysokim remisem 6:6, który pozostawia obie ekipy z dużym niedosytem.
Pojedynek Shitable z FC Dnipro United zakończył się wyraźnym zwycięstwem 7:3, choć początek spotkania nie zapowiadał aż tak jednostronnego wyniku. Jesienią oba zespoły zremisowały 5:5, jednak tym razem różnica na boisku była już wyraźna.
Pierwsze minuty były dość wyrównane, a Dnipro dłużej utrzymywało się przy piłce. Shitable nastawiło się na szybkie przejścia do ataku, jednak początkowo brakowało skuteczności – niewykorzystane sytuacje sam na sam i akcje dwóch na jednego mogły szybko ustawić mecz. Z czasem zaczęli jednak przejmować kontrolę i coraz częściej gościli na połowie rywali, a pewność między słupkami dawał Nikitenko, który dobrze radził sobie z groźnymi próbami Dnipro. Shitable szybko zamieniło swoją przewagę na bramki – w krótkim odstępie czasu zdobyło trzy gole i wyraźnie zaznaczyło swoją dominację. Najpierw Holubko trafił przy dalszym słupku, chwilę później podwyższył wynik z rzutu karnego, a serię zamknął Krayeuski, który głową po wrzucie z autu skierował piłkę do siatki.
Po zmianie stron Dnipro próbowało wrócić do gry i zdobyło pierwszą bramkę, jednak odpowiedź była natychmiastowa – Nikitenko wykorzystał podanie kolegi i przywrócił czterobramkową przewagę. W kolejnych minutach Danilo dwukrotnie pokonał bramkarza Shitable, wykorzystując błędy defensywy i zmniejszając straty do 5:3. Na więcej jednak nie było ich stać. Shitable ponownie przejęło kontrolę, a Nikitenko dołożył drugie trafienie, podwyższając wynik. W końcówce rezultat ustalił Boiarchuk, wykańczając akcję dwa na jednego.
Dla Dnipro to już dziewiąta porażka z rzędu, co jasno pokazuje, w jak trudnym momencie znajduje się zespół. Shitable natomiast dopisuje ważne trzy punkty i wciąż pozostaje w grze o wydostanie się ze strefy spadkowej.
Starcie walczącego o podium FC Alliance z broniącą się przed spadkiem Kresowią przyniosło nieoczekiwane rozstrzygnięcie. Pierwsza połowa to typowe piłkarskie szachy. Obie ekipy grały niezwykle zachowawczo, powoli rozgrywając piłkę głównie w środkowej strefie boiska. Na pierwsze emocje kibice musieli czekać aż do 23. minuty, kiedy to Alizarovich z Kresowii popisał się skutecznym strzałem zza pola karnego. Gospodarze odpowiedzieli niemal natychmiast, zdobywając – jak się później okazało – swojego jedynego gola w tym spotkaniu. Do szatni drużyny schodziły przy remisie 1:1.
Po zmianie stron obraz gry długo nie ulegał zmianie, a na słowa uznania za spokój między słupkami zasługiwali bramkarze. Kluczowy moment nadszedł w 42. minucie. Daniil Mikulich z Kresowii posłał dośrodkowanie, które… bardzo szczęśliwie wpadło bezpośrednio do siatki gospodarzy. Ten kuriozalny gol na 1:2 wyraźnie dodał wiatru w żagle przyjezdnym. Ostateczny wynik spotkania ustalił Bezbidovych, który ze stoickim spokojem wykorzystał świetne podanie Alizarovicha.
Zwycięstwo Kresowii to niezwykle ważny krok w walce o ligowy byt, a ich świetny występ udowodnił, że ten zespół potrafi skutecznie punktować wyżej notowanych rywali. Dla FC Alliance to z kolei bolesna wpadka, która może mocno skomplikować ich plany o zakończeniu sezonu na podium.
Mecz z udziałem Bielany Legends o KSB II Warszawa zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 6:4, choć przebieg meczu dostarczył wielu zwrotów akcji.
Pierwsza połowa zdecydowanie należała do miejscowych, którzy od początku byli lepiej przygotowani na wejście w spotkanie i szybko narzucili swoje tempo gry. Gospodarze kontrolowali boiskowe wydarzenia, tworzyli więcej sytuacji i skutecznie wykorzystywali swoje okazje. Goście z KSB II Warszawa zdołali odpowiedzieć jedynie bramką zdobytą po rzucie karnym, co nie zmieniło obrazu gry. Do przerwy Bielany Legends prowadzili pewnie 3:1.
Druga część meczu wyglądała już zupełnie inaczej. KSB II Warszawa zaczęło coraz lepiej odnajdywać się na boisku, łapało rytm i z każdą minutą prezentowało się coraz pewniej. Determinacja oraz walka o każdy fragment boiska przyniosły efekt - goście w pewnym momencie zdołali doprowadzić do remisu 4:4, wracając do meczu w świetnym stylu. Wyróżniającą się postacią przy tym powrocie był Anatolii Nahorichnyi, który swoją postawą, zaangażowaniem i chęcią walki napędzał drużynę do dalszej pogoni za wynikiem. Wraz z zespołem walczył do samego końca, starając się odwrócić losy spotkania.
Ostatecznie jednak Bielany Legends zachowali więcej spokoju w kluczowych momentach, ponownie przejęli kontrolę i dołożyli dwa decydujące trafienia. Dzięki temu zamknęli mecz wynikiem 6:4, dopisując kolejne cenne zwycięstwo na swoje konto.
LaFlame Bielany wygrało z TRCH 9:6 w spotkaniu, które od pierwszych minut było intensywne i toczone w szybkim tempie. Obie drużyny przystąpiły do meczu bez zmienników, co z czasem miało duży wpływ na jego przebieg.
Początek był wyrównany. Po szybkim objęciu prowadzenia przez LaFlame rywale błyskawicznie odpowiedzieli i przez chwilę gra toczyła się gol za gol. Z czasem jednak to zespół z Bielan zaczął przejmować inicjatywę, wykorzystując błędy przeciwnika i lepiej wykańczając swoje akcje. Jeszcze przed przerwą zbudowali kilkubramkową przewagę, schodząc do szatni z wyraźnym prowadzeniem.
W drugich 25 minutach TRCH nie zamierzało się poddawać i ruszyło do odrabiania strat. W pewnym momencie udało się zmniejszyć wynik z 2:6 do 4:6, co ponownie wprowadziło emocje do spotkania. W tym fragmencie meczu kluczowi byli Fliks i Lisiecki, którzy po obu stronach odpowiadali za kolejne trafienia i napędzali grę swoich zespołów. Mimo prób powrotu, końcówka należała już do LaFlame. Zmęczenie zaczęło być coraz bardziej widoczne, a brak zmian ograniczał możliwości utrzymania tempa. Zespół z Bielan ponownie przejął kontrolę i dołożył kolejne bramki, ostatecznie zamykając spotkanie.
LaFlame notuje tym samym trzecie zwycięstwo z rzędu, natomiast TRCH, mimo ambitnej pogoni i momentów dobrej gry, ponownie schodzi z boiska bez punktów.
Hit kolejki, w którym wicelider Asap Vegas FC podejmował liderującą KS Iglicę Warszawa, zapowiadał się na wyrównane i zacięte widowisko. Rzeczywistość na murawie okazała się jednak brutalna dla gospodarzy. Mecz zakończył się szokującym wynikiem 1:9 i całkowitą dominacją gości.
Początek spotkania zupełnie nie zwiastował takiego pogromu. To Asap Vegas niespodziewanie objęło prowadzenie, gdy Piotr Grygiel skutecznie wykorzystał bezpośrednie podanie od bramkarza. Jak się jednak okazało, był to jedyny zryw gospodarzy w tym meczu. Goście z Iglicy bardzo szybko weszli na właściwe obroty i zaczęli systematycznie punktować rywala. Wyrównał Jakub Zając, chwilę później rzut karny na gola zamienił Jakub Kieczka, a następnie Zając dołożył kolejne trafienie. Bezlitosna skuteczność faworytów sprawiła, że na przerwę schodzili z wynikiem 1:5.
W drugiej odsłonie obraz gry ani trochę się nie zmienił. Zepchnięci do głębokiej defensywy gospodarze nie potrafili stworzyć żadnej groźnej sytuacji, a Iglica skrupulatnie wykorzystywała każdy ich błąd. Bohaterem tego jednostronnego widowiska został Sebastian Szczygielski, który napędzał ataki gości, notując dwa gole i dwie asysty.
Dzięki temu efektownemu zwycięstwu KS Iglica powiększa przewagę nad Asap Vegas do sześciu punktów. Obecny układ tabeli jasno wskazuje, że walka o najważniejsze lokaty rozstrzygnie się w czołowej trójce, która bezpiecznie odskoczyła od reszty stawki.
Ze względu na sytuację w tabeli ten mecz KróLewscy po prostu musieli wygrać, żeby mieć jeszcze jakieś szanse na walkę o podium. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem ekipa Pawła Lewandowskiego miała podkręcony poziom trudności, bo z gry w tej ekipie zrezygnował etatowy bramkarz, co skończyło się łataniem składu na ostatnią chwilę i wstawieniem między słupki zawodnika z pola.
Początek meczu tylko potwierdził, że KróLewscy będą mieli ciężko, bo już w 2. minucie goście wyprowadzili skuteczny atak i wynik otworzył Ivan Zaremba. Niewiele zabrakło, żeby minutę później było już 0:2, ale ostatecznie napastnik Scorpions obił słupek. Szybko obróciło się to przeciwko ekipie Artura Kałuskiego, bo w 5. minucie z dystansu huknął Bartosz Bagiński i mieliśmy remis. Po obiecującym początku Scorpions z każdą chwilą tracili inicjatywę, aż w 14. minucie klasyczną, dwójkową sytuację wykorzystał Paweł Lewandowski i gospodarze wyszli na prowadzenie. Chwila nieuwagi w końcówce pierwszej połowy wystarczyła, aby KróLewscy po trafieniach Bartka Pacholczaka i Marcina Sadowskiego odjechali z wynikiem na 4:1.
W drugiej połowie goście mieli coraz mniej impetu w ofensywie, ale i stojący w bramce Królewskich Yuri Freik poczuł „golkiperskiego bluesa” i gospodarze nie dali się już ani razu pokonać. W 37. minucie Adrian Oliwiński po profesorsku wykończył akcję Pawła Lewandowskiego i było już 5:1. Ekipa z Woli, mając już wystarczającą przewagę bramkową, nie forsowała tempa i wynik utrzymał się do ostatniego gwizdka. Gospodarze pokazali, że nawet z ciężkiej sytuacji kadrowej są w stanie wyjść obronną ręką i zgarnęli ważne trzy punkty. Dla Scorpions jest to już 11. kolejka bez zwycięstwa i powoli możemy przyjmować, że drużyna Artura Kałuskiego potrzebuje gruntownej przebudowy, aby nawiązać walkę na tym poziomie ligowym.
Rywalizacja Gamba Veloce kontra Klub Sportowy Sandacz od pierwszych minut układała się pod dyktando gospodarzy. To oni narzucili tempo gry i bezlitośnie wykorzystywali błędy przeciwników, szybko budując wyraźną przewagę.
Strzelanie rozpoczął Kuba Skwirtniański, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, dając swojej drużynie znakomite otwarcie. Jeszcze przed przerwą prawdziwy koncert rozegrał Filip Wolski, kompletując hat-tricka, a swoje trafienie dorzucił również Grzesiek Wolski. Goście zdołali odpowiedzieć jedynie raz, kiedy to drogę do bramki rywala znalazł Aleksander Olender, jednak przy tak rozpędzonych gospodarzach było to tylko symboliczne trafienie. Do przerwy wynik był bezlitosny: 7:1 dla Gamba Veloce.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Gospodarze nadal dominowali, kontrolując wydarzenia na boisku i z dużą łatwością zdobywali kolejne bramki. W pewnym momencie wynik osiągnął rozmiary 13:1 i stało się jasne, że zwycięzca tego spotkania jest już dawno rozstrzygnięty. Wysokie prowadzenie nieco rozluźniło jednak zespół Gamba Veloce, co wykorzystali zawodnicy Sandacza, zdobywając w końcówce trzy gole. Było to jednak zdecydowanie za mało, by choć trochę zniwelować wcześniejsze straty.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 13:4 dla gospodarzy, którzy zapisują na swoim koncie efektowne zwycięstwo. Z kolei Klub Sportowy Sandacz musi wyraźnie poprawić swoją grę, jeśli chce jeszcze realnie myśleć o opuszczeniu strefy spadkowej przed końcem sezonu.
Mecz Husaria Mokotów IV z Fuszerką zapowiadał się ciekawie, bo choć gospodarze są w bardzo dobrej formie, to tym razem nie byli aż tak wyraźnym faworytem jak w poprzednich kolejkach.
Husaria weszła w mecz bardzo pewnie. Już chwilę po pierwszym gwizdku nowy nabytek zespołu otworzył wynik, a niedługo później dołożył kolejne trafienie na 2:0. Goście próbowali odpowiedzieć – Łukasz Prusik zdobył bramkę kontaktową, ale to nie wybiło gospodarzy z rytmu. Wręcz przeciwnie, dalej konsekwentnie budowali przewagę i jeszcze przed przerwą odskoczyli aż na 7:2.
Po zmianie stron scenariusz był dość podobny. Co prawda to Fuszerka jako pierwsza trafiła w drugiej połowie, ale nie miało to większego wpływu na przebieg meczu. Husaria dalej kontrolowała grę i skutecznie odpowiadała na każde zagrożenie. Zdarzały się momenty, w których zostawiali trochę miejsca z tyłu, jednak między słupkami dobrze spisywał się Norbert Wierzbicki – większość straconych bramek wynikała raczej z odważnych wyjść i strat przy rozegraniu niż z błędów w samej obronie.
Końcówka należała już do kapitana. Tomek Hübner skompletował hat-tricka i ustalił wynik na 14:4, pieczętując bardzo pewne zwycięstwo swojej drużyny. Dla ekipy z Mokotowa to nie tylko kolejne trzy punkty, ale też mocny sygnał w kontekście walki w czołówce – ta wygrana pozwoliła im wskoczyć na podium i zdecydowanie podtrzymała dobre morale zespołu, które było widoczne na murawie.
Starcie FC Polska Górom z FC Po Nalewce zapowiadało się jako klasyczne „spotkanie o sześć punktów” – oba zespoły sąsiadowały ze sobą w tabeli, a w poprzedniej rundzie minimalnie lepsi byli goście. Tym razem jednak scenariusz bardzo szybko napisał się na nowo.
Już pierwsze minuty kompletnie ustawiły to spotkanie. Błyskawiczny hat-trick Borysa Guza – skompletowany w zaledwie pięć minut – sprawił, że gospodarze momentalnie przejęli pełną kontrolę nad meczem. FC Po Nalewce praktycznie nie stwarzało sytuacji, a ich ofensywa była skutecznie neutralizowana. Efekt? Do przerwy nie udało im się ani razu trafić do siatki, a przewaga urosła aż do pięciu bramek.
Po zmianie stron obraz gry niewiele się zmienił. FC Polska Górom dalej kontrolowało tempo i przebieg spotkania, choć tym razem do głosu doszli także inni zawodnicy. Mimo wysokiego prowadzenia i naturalnego rozluźnienia gospodarze nie stracili koncentracji – ani razu nie pozwolili rywalom na skuteczne wykończenie akcji. Co prawda w drugiej połowie goście wyglądali nieco odważniej i kilka razy było blisko przełamania, ale na posterunku stał Kamil Nowak, który zachował czyste konto – a to w rozgrywkach szóstek, szczególnie przy takim wyniku, jest naprawdę rzadkością.
Finalnie spotkanie zakończyło się wynikiem 10:0, który nie tylko oddala zespół Jakuba Korpysza od strefy spadkowej, ale też podtrzymuje wiarę w coś więcej. Jeśli utrzymają taką skuteczność z przodu i solidność z tyłu, podium wciąż pozostaje w ich zasięgu.
W ubiegłą niedzielę Depserados pokonali Górkę Kazurkę wynikiem 11:6, choć sam rezultat nie do końca oddaje przebieg tego spotkania. Szczególnie pierwsza połowa była pokazem absolutnej dominacji jednej drużyny.
Depserados od początku narzucili swoje warunki gry i robili to w naprawdę efektownym stylu. Ich futbol momentami przypominał najlepsze brazylijskie wzorce – dużo luzu, fantazji i przede wszystkim ogromna pewność siebie w grze z piłką. Zawodnicy nie bali się dryblingów, chętnie podejmowali ryzyko i szukali kreatywnych rozwiązań. Widać było, że gra sprawia im autentyczną radość. Do tego dochodziła bardzo dobra współpraca zespołowa – szybkie podania, gra na jeden kontakt, momentami wręcz „tiki-taka”.
Na tak dysponowanych rywali Górka Kazurka nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Owszem, starali się nawiązać walkę i również mieli swoje momenty, ale przewaga Depserados była wyraźna. Efektem tego było aż osiem zdobytych bramek w pierwszej połowie, podczas gdy Górka odpowiedziała tylko trzema trafieniami.
Po przerwie obraz gry nieco się zmienił, choć wciąż to Depserados częściej utrzymywali się przy piłce i kontrolowali tempo meczu. Zabrakło jednak tej samej skuteczności co wcześniej – zamiast konkretów częściej oglądaliśmy efektowne, ale niesfinalizowane akcje. Górka Kazurka natomiast znów zdobyła trzy bramki, pokazując charakter i walcząc do końca. Depserados odpowiedzieli identyczną liczbą trafień, przez co różnica bramek nie uległa zmianie. Być może zadziałało lekkie rozluźnienie, może zabrakło szczęścia, a może rywale po prostu zagrali lepiej – tak czy inaczej, druga połowa była znacznie bardziej wyrównana.
Na wyróżnienie w zespole Depserados jak zwykle zasłużyli liderzy ofensywy: Jan Szcześniak (3 gole i 3 asysty), Nikodem Kucharski (4 gole i 1 asysta) oraz Przemysław Jędrasik (2 gole i aż 5 asyst). To właśnie oni nadawali ton grze swojej drużyny i regularnie rozbijali defensywę przeciwnika. W ekipie Górki Kazurki najjaśniejszą postacią był Jan Karaś, który zanotował hat-tricka i dorzucił jedną asystę.
Mecz Wczorajszych FC z Grajkami i Kopaczami rozpoczął się bardzo wyrównanie. Obie drużyny od początku grały ofensywnie, stawiając na atak i tworząc wiele sytuacji podbramkowych, co przełożyło się na szybkie tempo i sporą liczbę okazji.
Większą skutecznością w pierwszej połowie wykazali się Grajki i Kopacze, którzy potrafili lepiej wykorzystać swoje szanse. Dzięki temu zbudowali przewagę, punktowali rywala i na przerwę schodzili z prowadzeniem 4:2, mając mecz pod kontrolą.
Po zmianie stron ich gra jednak wyraźnie się pogorszyła. Pojawiły się błędy indywidualne w obronie, które Wczorajsi zaczęli bezlitośnie wykorzystywać. Przeprowadzili kilka składnych i szybkich akcji, co przełożyło się na dezorganizację w szeregach gości. Gdy w końcówce wynik był na styku, decydujący okazał się błąd bramkarza Grajków, który pozwolił rywalom doprowadzić do remisu. Ostatecznie spotkanie zakończyło się sprawiedliwym podziałem punktów i remisem 5:5.
Spotkanie Gawulon FC z Bulbez Team Bemowo rozpoczęło się dość spokojnie, bez większych okazji bramkowych. Z czasem tempo wzrosło i obie drużyny szybko wymieniły się trafieniami, doprowadzając do stanu 1:1. Chwilę później kibice zobaczyli prawdziwą perełkę - Urban huknął sprzed pola karnego prosto w okienko, wyprowadzając Gawulon na prowadzenie. Jeszcze przed przerwą Bulbez zdołał odpowiedzieć i pierwsza połowa zakończyła się remisem 2:2.
Po zmianie stron mecz nadal był wyrównany, choć nieco więcej z gry mieli zawodnicy Bulbez Team Bemowo. Mimo to przytrafił im się pechowy moment w postaci bramki samobójczej. Szybko jednak wrócili na właściwe tory, zdobywając dwa gole z rzędu i obejmując prowadzenie 3:5.
Gawulon nie odpuszczał i zdołał jeszcze złapać kontakt, ale w końcówce o wszystkim zdecydowało doświadczenie gości. Spokój w rozegraniu i mądre bronienie sprawiły, że Bulbez dołożył kolejne dwa trafienia, kontrolując już przebieg wydarzeń i ostatecznie zwyciężył 7:5 po emocjonującym spotkaniu.
Prawdę mówiąc, potyczka Hiszpańskiego Galeonu z FC Warsaw Wilanów na papierze jawiłaby się jako starcie dwóch pretendentów do podium 11. ligi – rzeczywistość zweryfikowała jednak te przypuszczenia w momencie, gdy obie ekipy pojawiły się bez ani jednego zmiennika oraz bez nominalnych bramkarzy.
O wyrównanych szansach nie było jednak mowy, bo gospodarze dość szybko postawili warunki dzięki hat-trickowi Krzysztofa Małażewskiego, zdobytemu w przeciągu trzech minut. Dla Warsaw Wilanów odpowiedział niezawodny Karol Kowalski po podaniu Kuby Świtalskiego, lecz gospodarze bardzo szybko sprowadzili rywali na ziemię, zdobywając kolejne dwa trafienia. Do przerwy padły jeszcze cztery gole – dublet dla drużyny z Wilanowa ustrzelił ich nowy nabytek Axel Rene, natomiast dla czerwono-czarnych dość niespodziewanie do siatki z dystansu trafiali grający na bramce Magnus Michalski oraz prawy obrońca Jakub Szczypiorski.
Początek drugiej połowy wciąż przebiegał pod dyktando Galeonu, lecz przeciwnicy nie spuścili głowy ani przez chwilę, w pewnym momencie doskakując do rywali na odległość dwóch trafień. Tak jak po stronie graczy z Wilanowa najbardziej wyróżniali się Kowalski, Świtalski i Rene, tak w szeregach oponentów ofensywna gra opierała się głównie na Małażewskim, Zwolaku i Piątkiewiczu. To właśnie wyżej wymieniona trójka pozwoliła Galeonowi ponownie zbudować bezpieczną przewagę. Absolutną ozdobą meczu była bramka z okolic 45. minuty na 12:8, kiedy to Małażewski wykonał rajd z własnej połowy, mijając kilku rywali i prezentując po drodze parę fenomenalnych sztuczek, po czym oddał piłkę Frankowi Zakrzewskiemu i po otrzymaniu podania zwrotnego wpakował futbolówkę do pustej bramki. Liczby, jakie wykręcali młodzi piłkarze Galeonu, sprawiły, że Wilanów nie zdobył się już na żadne bardziej realne zagrożenie pod bramką strzeżoną przez Michalskiego. Ustalając wynik na 16:8 i odprawiając tym samym bez zdobyczy punktowej faworyta spotkania, Galeon pokazał, że wciąż liczy się w walce o medale i ze swoimi największymi gwiazdami na pokładzie jest w stanie zagrozić każdemu.
FC Warsaw Wilanów musi natomiast mieć się na baczność i zadbać o zdecydowanie lepszą frekwencję w nadchodzących kolejkach, by utrzymać miejsce premiowane awansem.
Spotkanie MWSP z CWKS Warszawską Ferajną było niezwykle wyrównane i od pierwszych minut przypominało piłkarskie szachy. Gra toczyła się głównie w środku pola, gdzie obie drużyny zaciekle walczyły o każdy metr boiska. Nie brakowało fizycznych starć, pressingu i prób przejęcia kontroli nad tempem meczu, jednak długo żadna ze stron nie potrafiła uzyskać wyraźnej przewagi.
W pierwszej połowie kibice zobaczyli aż cztery bramki. Szymon Winkler był najjaśniejszą postacią MWSP, dwukrotnie wpisując się na listę strzelców i napędzając ofensywę swojej drużyny. CWKS Warszawska Ferajna nie pozostawała dłużna – odpowiadała skutecznie i również zdobyła dwa gole. Do przerwy mieliśmy więc remis 2:2, który doskonale oddawał przebieg tej części gry.
Po zmianie stron spotkanie nadal było bardzo zacięte, choć tempo nieco spadło. Wciąż dominowała walka w środku pola i ostrożność w działaniach ofensywnych. Kluczowy moment nastąpił w drugiej połowie, kiedy CWKS zdobył trzecią bramkę, wychodząc na prowadzenie 3:2. MWSP próbowało odrobić straty, jednak defensywa gości funkcjonowała bardzo solidnie.
Na szczególne wyróżnienie zasłużył Stanisław Dąbrowski, który popisał się kilkoma świetnymi interwencjami, a dodatkowo zaliczył asystę przy jednej z bramek. Ostatecznie CWKS Warszawska Ferajna wygrała 3:2, sięgając po niezwykle ważne punkty.
Mecz pomiędzy FC Patetikos a Piwo Po Meczu FC był widowiskiem, które trzymało w napięciu dosłownie do ostatniego gwizdka. Od samego początku obie drużyny ruszyły na siebie z dużą intensywnością i żadna nie zamierzała odpuszczać nawet na moment. Spotkanie było niezwykle zacięte i miało taki przebieg, że każda zdobyta bramka momentalnie spotykała się z odpowiedzią rywali. Przez większość czasu wynik oscylował wokół remisu i trudno było wskazać faworyta do końcowego zwycięstwa.
Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 3:3, co doskonale oddaje wyrównany charakter tego pojedynku. Po przerwie obraz gry wcale się nie zmienił - dalej oglądaliśmy wymianę ciosów i dużą intensywność po obu stronach boiska. W drużynie FC Patetikos bardzo dobrze prezentowali się Jakub Michalik i Tomasz Tomczyk, którzy łącznie zdobyli aż sześć bramek. Z kolei w ekipie Piwo Po Meczu świetne zawody rozegrał Michał Świercz, autor hat-tricka i lider ofensywy swojego zespołu.
Kiedy wydawało się, że spotkanie zakończy się remisem, nastąpił kluczowy moment. FC Patetikos zachowało więcej sił na końcówkę i na około 10 minut przed końcem zdołało zdobyć dwie decydujące bramki. Piwo Po Meczu próbowało jeszcze wrócić do gry i gonić wynik, jednak zabrakło już czasu na skuteczną odpowiedź. Ostatecznie FC Patetikos wygrało 7:5, pieczętując zwycięstwo po bardzo emocjonującym i wyrównanym meczu.
W 13. kolejce 11. ligi na boisku AWF Legijna Ferajna wyraźnie pokonała Mistrzów Chaosu 7:3, rewanżując się za jesienną porażkę.
Spotkanie od początku układało się pod dyktando Ferajny. Już w pierwszych minutach szybko objęła prowadzenie, a chwilę później podwyższył Jenner. Mistrzowie odpowiedzieli efektownym lobem Spławskiego z własnej połowy, jednak nie poszli za ciosem. Jeszcze przed przerwą Kijkowski wykorzystał zamieszanie pod bramką i ustalił wynik pierwszej połowy na 3:1. Choć tempo nie było wysokie, to Ferajna częściej utrzymywała się przy piłce i kontrolowała przebieg gry.
Po zmianie stron przewaga zaczęła być coraz bardziej widoczna. Jenner ponownie wpisał się na listę strzelców, a chwilę później dołożył asystę przy trafieniu Onopiuka, będąc jednym z motorów napędowych zespołu. Mistrzowie próbowali odpowiadać i zdołali dwukrotnie trafić do siatki, jednak brakowało im skuteczności w kluczowych momentach – nawet przy groźnych sytuacjach, jak uderzenie w poprzeczkę. W końcówce Ferajna nie zwalniała tempa i przypieczętowała zwycięstwo kolejnymi trafieniami.
Dla Legijnej Ferajny to kolejny solidny występ w rundzie wiosennej – zespół wciąż pozostaje niepokonany. Mistrzowie Chaosu, mimo momentów dobrej gry, nie byli w stanie nawiązać równorzędnej walki.
Ależ to było meczycho! Wysoka porażka z poprzedniej rundy była dla gospodarzy wyjątkowo bolesnym wspomnieniem, a żądza rewanżu wyraźnie wpłynęła na mobilizację w obozie Mocnego Narketu. Ekipa Rubena Nieścieruka solidnie przygotowała się do tego starcia i miała w zanadrzu nie tylko ciekawą taktykę, ale i tajną broń, która ujawniła się już w pierwszej połowie.
Początek meczu wskazywał jednak, że Choszczówka znów gładko rozjedzie rywala. Już w 2. minucie wynik otworzył Piotr Pulkowski, a w 4. minucie było już 0:2, kiedy wybicie bramkarza zrykoszetowało od nóg Michała Kochanowskiego i piłka wpadła do bramki. Już w kolejnej akcji ten sam zawodnik ponownie pokonał golkipera Narketu i wydawało się, że sytuacja gospodarzy jest beznadziejna.
Nic bardziej mylnego. Najpierw Bartosz Sitek wyłuskał piłkę obrońcom i zdobył gola kontaktowego, a po 10 minutach gry Mocny Narket wymienił wszystkich zawodników z pola i momentalnie mecz nabrał kolorów. Przede wszystkim na placu pojawił się Jan Sieczka, który dosłownie odwrócił bieg meczu i w cztery minuty doprowadził do tego, że z wyniku 1:3 zrobiło się 4:3. Co więcej – już w kolejnej akcji miał szansę na podwyższenie, ale zgubiła go nonszalancja i w sytuacji sam na sam z bramkarzem przerzucił piłkę nad poprzeczką. Sytuacja ta szybko się zemściła, bo Piotr Pulkowski popisał się pięknym, chirurgicznie precyzyjnym uderzeniem z dystansu i piłka wpadła do bramki, odbijając się przy tym od słupka, a pierwsza połowa zakończyła się remisem 4:4.
Po zmianie stron Piotr Pulkowski po raz trzeci zapisał się w protokole, ale tym razem w roli asystenta, a jego podanie na gola zamienił Piotr Górecki. Choszczówka długo nie nacieszyła się tym prowadzeniem – w kolejnej akcji golkiper Narketu, Ruben Nieścieruk, popisał się refleksem i wyjął przysłowiową setkę, a chwilę później posłał precyzyjne podanie przez całe boisko do Jana Sieczki, który skorzystał z tego prezentu i nie dał szans Szymonowi Sałacie. Remis 5:5 utrzymał się do samej końcówki meczu, ale walki w środku pola czy akcji pod obiema bramkami nie brakowało. Doszło również do spięcia między zawodnikami i sędzia pokazał obu drużynom po żółtym kartoniku. Inicjatywa była po stronie Narketu, ale gospodarze nie mogli wyraźnie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę.
Utrzymanie remisu nie było dla gospodarzy opcją – Narket podjął ryzyko i parł na bramkę przeciwnika, ale fortuna była tego dnia po stronie Choszczówki. W 45. minucie rzut wolny dla Narketu błyskawicznie zamienił się w kontrę, którą wykorzystał Olek Śpiewak, i goście wyszli na prowadzenie.
Choszczówka mądrze, a przede wszystkim skutecznie, zamurowała bramkę i dowiozła korzystny wynik do końca. W ten sposób goście pokazali, że nawet w obliczu tak ciężkiego meczu są w stanie zachować zimną krew do końca. Postawa godna przyszłego mistrza.
To spotkanie od pierwszych minut zapowiadało się na wyrównane i dokładnie takie było do samego końca. Obie drużyny postawiły na ofensywną grę, co przełożyło się na dużą liczbę sytuacji i otwarty, dynamiczny przebieg meczu. Wynik 3:3 do przerwy najlepiej oddaje charakter pierwszej połowy – żadna ze stron nie potrafiła przejąć pełnej kontroli, a inicjatywa przechodziła z jednej drużyny na drugą.
FC Łazarski imponował przede wszystkim konkretem w ofensywie. Kluczową postacią był Nurali Omarkul (nr 15), który zdobył dwie bramki, dobrze odnajdując się w polu karnym i wykorzystując swoje sytuacje. Równie ważny był Mykyta Harkavka, który dołożył gola i dwie asysty, będąc centralną postacią w budowaniu akcji ofensywnych gości. To właśnie ich współpraca sprawiała, że Łazarski regularnie stwarzał zagrożenie.
Gospodarze jednak nie pozostawali dłużni. Filip Motyczyński po raz kolejny potwierdził swoją rolę lidera ofensywy – bramka i asysta to tylko liczby, bo jego wpływ na grę był znacznie większy. Brał na siebie odpowiedzialność, napędzał akcje i dawał impuls drużynie w kluczowych momentach. Ogromną rolę odegrał również Michał Dryński, który wniósł do defensywy spokój i doświadczenie. Jego czytanie gry, przechwyty oraz umiejętność rozegrania od własnej połowy były fundamentem stabilności zespołu. Widać było jego boiskową dojrzałość, wynikającą z doświadczenia zdobytego w ekstraklasowym zespole Gladiatorzy Eternis.
Druga połowa była kontynuacją wyrównanej walki. Obie drużyny miały swoje okazje, jednak żadna nie potrafiła przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Ostatecznie mecz zakończył się remisem 4:4, który wydaje się sprawiedliwym rezultatem po bardzo otwartym i intensywnym spotkaniu.
Spotkanie FC Razam z Luminą miało ogromne znaczenie w kontekście walki o utrzymanie. Gospodarze po niespodziewanym zwycięstwie w poprzedniej kolejce znów złapali kontakt z rywalami, a goście chcieli potwierdzić dobrą formę z ostatnich spotkań. Stawka była wysoka, ale finalnie doszło do podziału punktów.
Lepiej w mecz weszła Lumina. Już na początku Puzyk wykorzystał fatalny błąd obrońcy przy wyprowadzeniu piłki, a następnie pokonał bramkarza strzałem między nogami. Chwilę później ten sam zawodnik podwyższył na 0:2, tym razem uderzając z okolic środka boiska, a golkiper gospodarzy nie popisał się przy interwencji. FC Razam nie pozostało jednak dłużne. Yakimiuk wykorzystał złe wyjście bramkarza i skierował piłkę do pustej bramki. Lumina dalej miała parcie na gola, a po ładnym rozegraniu Prokofiev znów dał swojej drużynie dwubramkową przewagę. Jeszcze przed przerwą kontaktowego gola zdobył Kolokoltsev, finalizując akcję z bliskiej odległości. Gospodarze częściej utrzymywali się przy piłce i spokojnie rozgrywali w środku pola, ale brakowało im konkretów pod bramką rywali.
Po zmianie stron gra jeszcze bardziej zwolniła. Razam nadal cierpliwie budowali akcje, a Lumina czekała na swoje momenty. Wyrównanie przyszło po dobitce Dziabelyego. Chwilę później miała miejsce nietypowa sytuacja - bramkarz gości po indywidualnym rajdzie stracił piłkę pod polem karnym rywali, a następnie kolejny raz sfaulował przeciwnika i obejrzał żółtą kartkę. Końcówka nie przyniosła już kolejnych bramek.
Mecz nie należał do najbardziej widowiskowych, ale znaczenia mu nie brakowało. Lumina lepiej weszła w spotkanie, FC Razam wrócił z trudnej sytuacji i uratował cenny punkt. Remis 3:3 sprawia, że walka o utrzymanie pozostaje całkowicie otwarta.
Spotkanie Vikersonn 2 vs Vox Populi miało duże znaczenie w kontekście walki o awans – oba zespoły przystępowały do meczu z identycznym dorobkiem punktowym i taką samą stratą do czołówki, więc zwycięstwo było tutaj kluczowe.
Początek spotkania był dość wyrównany, choć z lekką przewagą Vikersonn, którzy częściej utrzymywali się przy piłce i potrafili stworzyć więcej zagrożenia. Obie drużyny miały swoje okazje, jednak to Vikersonn jako pierwsi przełamali defensywę rywala. Po dobrym podaniu Valerii Shulhy wynik otworzył Yevhenii Kyrii. Ten sam zawodnik niedługo później podwyższył prowadzenie, skutecznie wykorzystując rzut wolny.
Druga połowa przyniosła więcej bramek i otwartej gry. Jednym z najładniejszych momentów meczu był gol Ravlyka, który trafił do siatki strzałem z własnej połowy. Chwilę później po dośrodkowaniu bramkę głową zdobył Shulha, a następnie padło trafienie samobójcze, które jeszcze bardziej powiększyło przewagę Vikersonn. Vox Populi próbowali wrócić do gry i momentami wyglądali groźnie w ofensywie. Stachowicz popisał się indywidualną akcją, mijając kilku obrońców i zdobywając bramkę, a później dołożył jeszcze jedno trafienie, zmniejszając straty. Swojego gola dorzucił także Gozdołek. Mimo tych prób odrabiania wyniku, Vikersonn zachowali kontrolę nad przebiegiem meczu i dołożyli jeszcze jedną bramkę, przypieczętowując zwycięstwo.
Całościowo gra była pod lekką kontrolą Vikersonn, którzy wykazali się większą skutecznością i lepszym wykorzystaniem swoich sytuacji. Vox Populi nie odstawało poziomem, jednak zabrakło im efektywności pod bramką przeciwnika, co w takim meczu miało kluczowe znaczenie.
Mecz Furduncio Brasil FC II z FC Melange miał być okazją do przełamania dla obu zespołów. Gospodarze chcieli wreszcie zatrzymać serię porażek i oddalić się od strefy spadkowej, natomiast goście potrzebowali zwycięstwa, by utrzymać miejsce w czołówce ligi. Boiskowa rzeczywistość szybko pokazała jednak, kto tego dnia był lepiej przygotowany.
FC Melange od pierwszych minut narzuciło swoje warunki. Wynik otworzył Carmona, który z pierwszej piłki, efektownym strzałem z dystansu nie dał szans bramkarzowi. Chwilę później było już 0:2, gdy Lewandowski najlepiej odnalazł się w polu karnym i skutecznie dobił piłkę. Nerwowa atmosfera towarzyszyła spotkaniu praktycznie od początku, bo obie ławki rezerwowych regularnie wymieniały się „uprzejmościami”. Piłkarsko Melange zachowywało jednak pełny spokój. Zegar wykorzystał świetne prostopadłe podanie partnera i podwyższył prowadzenie, a Bubrzyk po składnej klepce ustalił wynik pierwszej części na 0:4.
Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Goście dalej kontrolowali wydarzenia, a ozdobą meczu był gol Krysiaka, który jako bramkarz huknął niemal z połowy boiska i nie dał szans golkiperowi rywali. Emocji pozaboiskowych nadal nie brakowało - pojawiały się faule, pretensje i kolejne dyskusje, lecz Melange nie wypuszczało meczu z rąk. Słowik dołożył trafienie z bliskiej odległości, a na koniec Kałun z „przymrużeniem oka” zabrał gola koledze, wpychając piłkę do pustej bramki tuż przed linią.
FC Melange odniosło pewne i w pełni zasłużone zwycięstwo, pokazując dużą skuteczność oraz kontrolę nad meczem. Furduncio Brasil FC II nadal pozostaje w kryzysie i musi jak najszybciej zacząć punktować, jeśli chce uniknąć problemów w dalszej części sezonu.
Mecz Dynamo Wołomin z Gentleman Warsaw Team zapowiadał się jako ważne starcie dla obu ekip. Gospodarze chcieli pójść za ciosem po ostatnim zwycięstwie, natomiast goście szukali pierwszych punktów w rundzie i szansy na odbicie się od dna tabeli. Nikt jednak nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
Gentlemani pierwsi otworzyli worek z bramkami. Fatalny błąd bramkarza Dynamo przy wyjściu do piłki wykorzystał Dziemieszczyk. Chwilę później ten sam zawodnik podwyższył na 0:2 po niezłym „bilardzie” w polu karnym. Dynamo wyglądało na kompletnie zagubione, a rywale bezlitośnie to wykorzystywali. Loze ograł dwóch przeciwników i precyzyjnie uderzył sprzed pola karnego, a moment później swoje trafienie dorzucił Domański. Po pierwszej części było 0:4, a gospodarze praktycznie nie istnieli na boisku.
W drugiej części Gentlemani dalej dominowali, szybko wyszli z kontrą po przejęciu piłki, a akcję wykończył Domański. Dopiero wtedy Dynamo zaczęło się budzić i częściej dochodziło do głosu, lecz brakowało im zwieńczenia akcji. W przeciwieństwie do gości, którzy byli bezlitośni pod bramką. Loze huknął mocno z dystansu na 0:6, a chwilę później po zamieszaniu, wywołanym rzutem rożnym, do siatki trafił Dodi, rozgrywający świetne zawody. W końcówce honorową bramkę zdobył Śliwka, ale największe emocje wywołało to, że po golu nie zabrał piłki z siatki, czym rozwścieczył menadżera drużyny Maćka Kosińskiego.
Gentleman Warsaw Team wygrali w pełni zasłużenie, pokazując skuteczność i konsekwencję, której brakowało im w poprzednich kolejkach. Dynamo przespało pierwszą połowę i później nie było już w stanie odrobić strat. Goście zgarnęli cenne trzy punkty i wreszcie odbili się od dna tabeli.
Już na otwarcie serii gier w 13. lidze kibice dostali spotkanie z najwyższej półki. Nieuchwytni, którzy w rundzie rewanżowej punktowali bezbłędnie, podejmowali lidera tabeli, czyli Boiskowy Folklor. Stawka była duża, a mecz obfitował w zwroty akcji.
Lepiej zaczęli Nieuchwytni, którzy dość szybko wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Po rzucie rożnym Sałajczyk otworzył wynik spotkania, a chwilę później ten sam zawodnik wykorzystał fatalne podanie bramkarza rywali i trafił ponownie. Boiskowy Folklor nie załamał się jednak takim początkiem. Kacper Miriuk huknął sprzed pola karnego i zapoczątkował powrót gości do meczu. Koguty coraz częściej dochodziły do sytuacji, ale większość strzałów była blokowana przez defensywę gospodarzy. Mecz był otwarty, piłka kilka razy zatrzymywała się jeszcze na poprzeczce, a tuż przed przerwą Ciastko uderzył z dystansu i dał liderowi prowadzenie 3:2.
Po zmianie stron ten sam zawodnik został antybohaterem swojej drużyny. Spóźnione wejście tuż przed własnym polem karnym skutkowało bezpośrednią czerwoną kartką. Nieuchwytni szybko wykorzystali przewagę za sprawą Wiśniewskiego, który trafił z czystej pozycji. Chwilę później Gaworski potężnym strzałem z dystansu wyprowadził gospodarzy na 4:3. Końcówka jednak była prawdziwie dramatyczna. Najpierw Boiskowy Folklor dostał rzut karny, który pewnie wykorzystał Kucharski. Niedługo później po kolejnym stałym fragmencie decydujący cios zadał Kacper Miriuk, ustalając wynik na 5:4 dla gości.
To był mecz godny hitu kolejki. Nieuchwytni długo byli blisko dużej wygranej, ale lider pod koniec pokazał charakter i odwrócił losy spotkania mimo gry w osłabieniu. Boiskowy Folklor zgarnął niezwykle cenne trzy punkty.
Spotkanie Borowików z Lisami Bez Polisy było starciem dwóch drużyn, które w końcówce sezonu walczą już o zupełnie inne cele, ale równie mocno potrzebują punktów. Od pierwszych minut mecz był bardzo intensywny i fizyczny. Obie ekipy stawiały na twardą grę – nie brakowało pojedynków bark w bark oraz walki o każdą piłkę.
Mimo dużego zaangażowania sytuacji bramkowych nie było zbyt wiele. Gra toczyła się głównie w środku pola, a zespoły długo nie potrafiły stworzyć klarownych okazji. Do przerwy padł remis 1:1, który dobrze oddawał przebieg pierwszej połowy – dużo walki, niewiele konkretów pod bramką.
Po zmianie stron spotkanie wyraźnie się otworzyło. Pojawiło się więcej przestrzeni, a co za tym idzie również więcej sytuacji strzeleckich. W szeregach Lisów wyróżniał się Robert Prządka, który wykazał się dużą determinacją i dwukrotnie świetnie powalczył o piłkę, notując dwie efektowne asysty. Mimo tego to Borowiki okazały się skuteczniejsze. Świetny mecz rozegrał Marcin Stachacz, który zdobył dwie bramki i był kluczową postacią ofensywy. Swoje trafienia dołożyli również Daniel Kaczmarek oraz Dawid Bilski. Lisy odpowiedziały tylko dwoma golami i ostatecznie musiały uznać wyższość rywali.
Borowiki wygrały 4:2, robiąc ważny krok w kierunku utrzymania i umacniając swoją pozycję w środku tabeli.
Mecz pomiędzy White Foxes a Cockpit Country zakończył się zdecydowanym zwycięstwem White Foxes 10:2, choć początek spotkania należał do rywali. Już na początku Cockpit Country wykorzystało błąd bramkarza drużyny przeciwnej i objęło prowadzenie 1:0, co mogło zwiastować trudne spotkanie dla White Foxes.
Szybko jednak przegrywający przejęli pełną kontrolę nad meczem. Drużyna zaczęła dominować w środku pola, tworzyć liczne sytuacje bramkowe i skutecznie wykorzystywać swoje okazje. Jeszcze przed przerwą udało się odwrócić losy spotkania i zejść do szatni z pewnym prowadzeniem 4:1.
Druga połowa wyglądała bardzo podobnie - White Foxes nie zwalniali tempa, konsekwentnie narzucali swój styl gry i całkowicie kontrolowali przebieg spotkania. Skuteczna gra ofensywna oraz dobra organizacja w defensywie sprawiły, że przewaga tylko rosła. Cockpit Country nie było w stanie odpowiedzieć na intensywność rywali, a White Foxes dołożyli kolejne bramki, ostatecznie zamykając mecz imponującym wynikiem 10:2.
To było spotkanie, które pokazało siłę triumfatorów, ich charakter po straconej bramce oraz pełną dominację zarówno w pierwszej, jak i drugiej połowie.
Kresowia miała być w tym starciu faworytem, a po prawdzie to Siwy Koń prowadził przez większą część meczu. Początek był dla gospodarzy wymarzony – w 3. minucie kapitan Daniil Mikulich przejął niedokładne podanie i nie dał szans bramkarzowi. Po tym golu Kresowia nie narzuciła swojego tempa, za to goście rozkręcali się z akcji na akcję, aż w 11. minucie gola wyrównującego, dość niespodziewanym strzałem, zdobył Szymon Zawadzki.
Nie minęły dwie minuty, a Siwy Koń dostał prezent w postaci rzutu karnego, a Sebastian Zwierzchowski takiej okazji nie zmarnował. W 18. minucie udało się gościom podwyższyć na 1:3, a błyskotliwe podanie Konstiantyna Izozova na gola zamienił Szymon Zawadzki. I kiedy wydawało się, że goście mają wypracowaną solidną przewagę, stopniała ona do zera jeszcze przed przerwą – najpierw zapunktował Artem Janczylik, a następnie na protokole zapisał się Robert Senkel.
Po zmianie stron oglądaliśmy niemal kalkę początku pierwszej połowy, z tą różnicą, że strzelali tylko napastnicy Siwego Konia. W nieco ponad dziesięć minut zaaplikowali aż trzy trafienia i odjechali z wynikiem na 3:6. Być może inny przeciwnik w takiej sytuacji już by się poddał, ale Kresowia to ekipa, która walczy do końca. W 40. minucie sygnał do odrabiania strat dał Robert Senkel, a już po chwili był remis. I nie był to koniec spektakularnych zwrotów akcji – w 48. minucie na prowadzenie wrócił Siwy Koń, a na 6:7 trafił Maciej Morra. Sytuacja Kresowii wydawała się beznadziejna, ale na scenę ponownie wkroczył kapitan gospodarzy Daniil Mikulich, który najpierw uspokoił swoich zawodników, a następnie wyłożył piłkę Władysławowi Łozowskiemu, który nie zmarnował tej okazji i doprowadził do remisu.
Zwieńczeniem bohaterskiej postawy lidera Kresowii była kolejna asysta, którą Pavel Todryk zamienił na gola i trzy punkty za zwycięstwo. Mimo przegranej Siwy Koń nie ma się czego wstydzić – może wynik uciekł w samej końcówce, ale przeciwnik postawił bardzo ciężkie warunki, a mimo to oglądaliśmy mecz pełen sportowej rywalizacji i widowiskowych zwrotów akcji. Takich spotkań chcielibyśmy oglądać więcej.
Bardzo ważny mecz dla dwóch drużyn w 13. lidze. Elitarni Gocław walczą o 3. miejsce i każdy punkt jest dla nich na wagę złota, zwłaszcza w starciu z liderami rozgrywek. Joga Bonito z kolei bije się o mistrzostwo i po porażce w poprzednim meczu z bezpośrednim rywalem nie mogła sobie pozwolić na kolejną stratę punktów. Niestety dla nich – właśnie to się wydarzyło.
Pierwsza połowa przebiegała pod dyktando Jogi Bonito. To oni częściej utrzymywali się przy piłce i próbowali budować akcje ofensywne. Sytuacji nie było może bardzo dużo, ale spokojnie wystarczyłyby na kilka bramek. Udało się jednak wykorzystać tylko jedną – na listę strzelców wpisał się Grzegorz Szostak. Elitarni mieli jeszcze mniej okazji, opierając swoją grę głównie na kontratakach, których skuteczne próby można było policzyć na palcach jednej ręki.
W drugiej połowie obraz gry długo się nie zmieniał. Joga Bonito nadal napierała, ale biła głową w mur, natomiast Elitarni cierpliwie czekali na swoje szanse z kontry. Im bliżej było końcówki, tym te kontrataki stawały się coraz groźniejsze. W końcu przyniosło to efekt – i to nie raz, a aż trzykrotnie. Gol wyrównujący był sygnałem ostrzegawczym, ale wciąż wydawało się, że Joga Bonito może jeszcze przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. To jednak było złudne wrażenie. W końcówce Elitarni zadali dwa decydujące ciosy, całkowicie zamykając mecz i odbierając rywalom nadzieje na comeback. Dwukrotnie do siatki trafił Arkadiusz Rychert, a jedno trafienie dołożył Marcin Bielski. To były niezwykle ważne gole, które dały drużynie trzy cenne punkty w walce o podium.
Dzięki temu zwycięstwu Elitarni wskakują na 3. miejsce i będą chcieli utrzymać je do końca sezonu. Joga Bonito natomiast traci dystans do Boiskowego Folkloru, ale na pewno nie odpuści walki – dalej będzie naciskać lidera i czekać na potknięcie, by jeszcze wrócić do gry o mistrzostwo.
Prawdziwy thriller obejrzeliśmy w meczu 14. ligi. Przez pierwsze 35 minut oglądaliśmy absolutnie wyrównane spotkanie, w którym obie drużyny na zmianę wychodziły na prowadzenie i szybko traciły przewagę. Sytuacji nie brakowało, ale liczba goli długo nie była imponująca - na tablicy widniał wynik 3:3, który nie satysfakcjonował żadnej ze stron. Wtedy na scenę wkroczył główny strzelec Oldboys, Łukasz Łukasiewicz. To właśnie on stał się motorem napędowym ofensywnego zrywu swojej drużyny. W ciągu kilku minut Oldboys zdobyli trzy bramki i wyszli na prowadzenie 6:3, co wyglądało już jak wyrok dla rywali.
Kanarki jednak się nie poddały. Walczyły do końca, choć w pewnym momencie mogło się wydawać, że porażka jest nieunikniona. Jak to jednak często bywa w piłce nożnej wystarczy jeden gol, by wszystko się zmieniło. Bramka na 4:6 dodała im energii i wprowadziła chaos w szeregach Oldboys. Chwilę później przyszły kolejne dwa ciosy i na kilka minut przed końcem było już 6:6. Wydawało się, że to właśnie Kanarki są teraz na fali i mają większe szanse, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść.
Sport bywa jednak brutalny. Bartek Krzywko, z nowym tatuażem Cristiano Ronaldo na nodze, poczuł, że to jego moment - dokładnie tak, jak jego idol w najważniejszych chwilach. Wziął ciężar gry na siebie i zdobył decydującą bramkę, ustalając wynik meczu na 7:6. Kanarkom zabrakło już czasu na odpowiedź.
Ogromne brawa dla Kanarków za charakter i walkę do samego końca - liderem ich powrotu był Jakub Kowalski, autor dwóch goli i asysty. Z kolei Oldboys również zasługują na uznanie za determinację i umiejętność zamknięcia meczu, który w pewnym momencie wymykał im się z rąk.
Heavyweight Heroes pokonali Warsaw Pistons 5:2 w bezpośrednim starciu drużyn walczących o utrzymanie, dopisując bardzo cenne trzy punkty.
Od początku spotkanie miało wyrównany charakter, choć tempo gry było dość nierówne. Obie drużyny miały problem z budowaniem składnych akcji, przez co gra często toczyła się w środkowej strefie boiska. Wynik otworzył Parzych, wykorzystując jedną z nielicznych okazji. Pistons zdołali odpowiedzieć, jednak jeszcze przed przerwą Heroes odzyskali prowadzenie – najpierw po golu samobójczym, a chwilę później po drugim trafieniu Parzycha, co pozwoliło im zejść na przerwę z wynikiem 3:1.
Po zmianie stron obraz meczu nie uległ większej zmianie. Heroes byli skuteczniejsi i po kontrze dwóch na jednego podwyższyli prowadzenie. Pistons zmniejszyli straty, ale nie byli w stanie narzucić swojego rytmu w końcówce. Wynik spotkania ustalił Dudziński efektownym uderzeniem z rzutu wolnego z własnej połowy, lobując bramkarza.
To zwycięstwo daje Herosom trochę oddechu, choć ich przewaga nad strefą spadkową wciąż wynosi tylko trzy punkty. Warsaw Pistons, po dwóch wygranych z rzędu, tym razem muszą uznać wyższość rywala.
Spotkanie beniaminka Klikersów z liderującymi Zadymiarzami zapowiadało się jako ciekawe starcie dwóch drużyn z zupełnie innych biegunów tabeli 14. Ligi. I choć końcowy wynik potwierdził układ sił, sam mecz dostarczył kibicom naprawdę solidnej dawki emocji.
Od pierwszych minut inicjatywę przejęli goście. Zadymiarze narzucili wysokie tempo, grali odważnie i bardzo konkretnie w ofensywie. Szybko objęli prowadzenie, a ich kolejne akcje regularnie rozrywały defensywę gospodarzy. W pierwszej połowie szczególnie wyróżniali się Dominik Zawiślak oraz Maciej Gorzeliński, którzy praktycznie bez przerwy nękali obronę Klikersów. Efekt? Do przerwy było 4:1 dla gości, a wynik w pełni oddawał przebieg gry - dominacja, kontrola i duża skuteczność lidera.
Początek drugiej połowy nie zwiastował zmiany scenariusza. Zadymiarze kontynuowali napór, dokładali kolejne trafienia i w pewnym momencie prowadzili już 6:2, wydając się całkowicie kontrolować sytuację. I wtedy mecz nabrał zupełnie nowej dynamiki. Klikers nagle się przebudzili. Zaczęli grać odważniej, szybciej i skuteczniej, a ich akcje zaczęły przynosić efekty. Szczególnie wyróżniał się Stanisław Leszczyński, który wziął na siebie ciężar ofensywy i poprowadził zespół do imponującego powrotu. Z wyniku 2:6 zrobiło się 6:8.
Mimo świetnego fragmentu gospodarzy lider potrafił jednak zachować zimną krew. Zadymiarze nie dali się wybić z rytmu, odpowiedzieli kolejnymi trafieniami i kontrolowali końcówkę spotkania. Ostatecznie obie drużyny dołożyły jeszcze po jednym golu, a mecz zakończył się wynikiem 9:7 dla gości. Na wyróżnienie zasługuje również Michał Nesterowicz, który zanotował trzy asysty i rozegrał świetne zawody, wspierając kolegów z drużyny.
Jeśli mamy wyciągnąć wnioski z tego spotkania: Zadymiarze to drużyna, która pewnie pędzi po mistrzostwo. Klikers na pewno są w stanie wyjść obronną ręką ze strefy spadkowej, póki co wszystko jest w ich nogach. W końcu nie każdy strzela 7 bramek liderowi.
Spotkanie Santiago Remberteu z BRD Young Warriors miało zaskakujący przebieg. Mimo wyższej pozycji gospodarzy w tabeli, od początku dominowali goście, narzucając swoje warunki gry i kontrolując wydarzenia na boisku. Każda kolejna akcja była coraz groźniejsza, co szybko zaczęło przekładać się na zdobywane bramki. Na szczególne wyróżnienie zasłużył bramkarz gości, Adrian Kloskowski, który już w pierwszej połowie skompletował dublet. Jedno z jego trafień było wyjątkowej urody - potężne uderzenie w samo okienko nie pozostawiło żadnych szans golkiperowi Santiago i było jednym z najładniejszych momentów meczu.
Santiago Remberteu wyglądało na całkowicie zagubione, mając ogromne problemy z konstruowaniem akcji ofensywnych. Gospodarze rzadko byli w stanie przedostać się w pole karne rywali, a przewaga BRD Young Warriors była wyraźna i zasłużona, co przełożyło się na jednostronny obraz całego spotkania. Na przerwę goście schodzili z sześciobramkowym prowadzeniem, zachowując czyste konto.
Druga połowa nie przyniosła zmiany obrazu gry - BRD Young Warriors nadal dominowali, konsekwentnie naciskając i tworząc kolejne sytuacje bramkowe. Santiago Remberteu próbowało odpowiadać, ale ich ataki były sporadyczne i brakowało im konkretów w ofensywie. Gospodarzom udało się co prawda zdobyć gola honorowego na 1:6, jednak później na boisku rządzili już wyłącznie goście. BRD dołożyło jeszcze cztery trafienia, a Adrian Kloskowski skompletował hat-tricka w niezwykłym stylu, zdobywając wszystkie swoje bramki uderzeniami z własnej połowy.
W końcówce meczu doszło jeszcze do nieprzyjemnej sytuacji - pechowej kontuzji doznał Kamil Zawada, przez co spotkanie zostało na kilka minut przerwane. Mamy nadzieję, że uraz nie okaże się poważny. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 1:10, a dla Santiago Remberteu to bolesna porażka, która może znacząco skomplikować ich sytuację w tabeli.
Mecz pomiędzy Green Team a Pogromcy Poprzeczek od samego początku toczył się pod wyraźne dyktando jednej drużyny. W pierwszej połowie Pogromcy Poprzeczek mieli spore problemy z zatrzymaniem rywali, bo Green Team szybko narzucił swoje warunki i skutecznie wykorzystywał błędy w obronie. Do przerwy wynik wynosił 4:0 i było widać, że drużynie Pogromców będzie bardzo ciężko wrócić do gry.
W drugiej połowie, około pięć minut po wznowieniu gry, Pogromcy Poprzeczek zdobyli gola po samobójczej bramce Roberta Zawistowskiego. Mimo tego niefortunnego zdarzenia Green Team nie odpuścił i dalej grał swoje. Bardzo dobre zawody rozegrali Paweł Ponieważ, który zdobył trzy bramki i zanotował dwie asysty, oraz Grzegorz Świercz, autor dwóch goli i dwóch asyst. Green Team kontrolował sytuację na boisku i regularnie stwarzał kolejne okazje pod bramką przeciwnika.
Pogromcy Poprzeczek próbowali znaleźć sposób na zdobycie kolejnych bramek, jednak ich akcje rzadko kończyły się konkretnym zagrożeniem. Dopiero w samej końcówce Michał Kowalski zdołał strzelić drugiego gola dla swojej drużyny. Mimo tych trafień przewaga Zielonych nie podlegała dyskusji. Cały zespół pracował solidnie w obronie, a Sebastian Durański w bramce spisywał się bez większych zarzutów. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 7:2 dla Green Team, który był po prostu skuteczniejszy i lepiej zorganizowany na boisku.
W meczu Niedzielnych z Interem to właśnie Inter był faworytem, ale mimo to Niedzielni potrafili postawić trudne warunki i nawiązać walkę.
Pierwsza połowa przebiegała pod wyraźną kontrolą Interu. Ich przewaga była spora, jednak nie przełożyła się na dużą liczbę bramek. Udało się zdobyć tylko dwa gole – oba autorstwa Artema Kolianovskiego. Wydawało się, że mecz jest w pełni pod ich kontrolą i kolejne trafienia to tylko kwestia czasu, zwłaszcza że Niedzielni nie błyszczeli w ofensywie. Mimo to w końcówce pierwszej połowy zdołali zdobyć kontaktową bramkę – na listę strzelców wpisał się Piotr Sitarczyk. Dzięki temu do przerwy było 1:2, co dla Niedzielnych dawało nadzieję, a dla Interu było zdecydowanie poniżej oczekiwań.
W drugiej połowie obraz gry długo się nie zmieniał. Inter nadal wyglądał lepiej, dominował i stwarzał więcej sytuacji, ale nie potrafił „odjechać” rywalowi. Niedzielni za każdym razem odpowiadali na gole przeciwnika, utrzymując się w grze. W efekcie w końcówce na tablicy wyników widniał wynik 3:4, który wciąż pozostawiał sprawę otwartą. Decydującego ciosu Niedzielnym jednak zabrakło. Mieli swoje okazje, ale uczciwie trzeba przyznać, że to Inter był bliżej podwyższenia wyniku niż rywale wyrównania. Mimo wszystko przegranym nie można odmówić ambicji – postawili się faworytowi i realnie walczyli o punkty.
Inter z kolei na pewno powinien popracować nad skutecznością. Przy takiej przewadze mecz nie powinien być aż tak nerwowy do samego końca.
Nie pomyliliśmy się w zapowiedziach, przewidując, że będzie to mecz na styku, o którym mogą przesądzić dwie bramki. Natomiast okoliczności, w jakich do tego doszło, przewidzieć się już nie dało i najlepsi scenarzyści byliby pod wrażeniem tego, jakie widowisko zgotowały nam obie ekipy.
Jak u Hitchcocka zaczęło się od wybuchu bomby – 3. minuta i rzut karny Jakuba Myszóra… został obroniony przez golkipera Oldboyów Piotra Arendta, ale już akcję później Jan Mitrowski wbił piłkę głową do siatki po dośrodkowaniu z rogu. W 10. minucie rzut rożny, tym razem z drugiej strony boiska, sprytnym, bezpośrednim strzałem na gola zamienił Łukasz Łukasiewicz. W pierwszej połowie punktowali już tylko Oldboys… tyle że do własnej bramki! Dwa samobóje w jednym meczu to coś niespotykanego, a gościom „udała się” ta sztuka dwa razy w przeciągu czterech minut. W końcówce pierwszej połowy Szereg dostał kolejny rzut karny i ponownie do strzału podszedł Jakub Myszór. Po tym uderzeniu koledzy zapewne nałożą na niego sankcje w kwestii stałych fragmentów gry, bo spektakularnie chybił, marnując w ten sposób drugi rzut karny.
Zawodnik Szeregu częściowo zrehabilitował się w 31. minucie i podanie Eryka Borczona zamienił na gola na 4:1. Do tej pory Oldboys byli wyjątkowo nieskuteczni w wykańczaniu swoich akcji, ale w 38. minucie Daniel Zieliński zrehabilitował się za wcześniejszego samobója, a gol na 4:2 podziałał wyjątkowo motywująco na ofensywę Oldboys, która w końcu odpaliła i już minutę później było 4:3 po trafieniu Piotra Grudnia.
Mecz dopełniła dramatyczna końcówka – goście, goniąc wynik, rzucili się do ataku, ale jeden z kontrataków skończył się żółtym kartonikiem dla Marcina Gołębiewskiego. Co prawda Szereg przewagi liczebnej nie wykorzystał, ale kupił sobie wystarczająco dużo czasu, aby wprowadzić zamęt w formacji ofensywnej gości.
W 49. minucie chwila nieuwagi w obronie skończyła się odpuszczeniem krycia, a Artur Moczulski strzałem głową ustalił wynik meczu na 5:3.
13. kolejkę Syrenka wykorzystała w 100%. Nie tylko zrewanżowała się Rogalom za porażkę w poprzedniej rundzie, ale na dodatek wyskoczyła ze strefy spadkowej – a to wszystko w wyjątkowo emocjonującym meczu, który wyraźnie rozstrzygnął się na korzyść gości dopiero w samej końcówce.
Już sam początek wyglądał nieźle w wykonaniu gości – w 6. minucie wynik otworzył Jakub Wawryk, ale nie udało się pójść za ciosem i Rogalos wyszli z zabójczą odpowiedzią. Najpierw w 11. minucie wyrównał Mateusz Drumlak, a po kwadransie gry było 2:1 dla gospodarzy po trafieniu Oliwiera Nahorniaka.
Goście oddawali dużo groźnych strzałów, ale golkiper Rogali, Maciej Jankowski, był tego dnia w wyśmienitej formie. Bronił raz za razem, ale jeszcze przed przerwą musiał dwukrotnie wyciągać piłkę z siatki – najpierw rzut karny wykorzystał Maksymilian Pająk, a chwilę później Syrenkę na prowadzenie wyprowadził Marcin Słabikowski. Wynik 2:3 utrzymał się do przerwy, a po zmianie stron gospodarze mogli odczuwać lekkie déjà vu.
Podobnie jak tydzień temu z Yug.Budem Rogalos pokazali charakter i skuteczność w pierwszej połowie, w drugiej natomiast zostało tylko to pierwsze. Choć Mateusz Drumlak próbował przebijać się przez defensywę gości, to nie dało się wypracować klarownej sytuacji strzeleckiej. Zabrakło też zwyczajnego szczęścia, bo mimo wszystko Oliwier Tkaczyk miał co robić między słupkami bramki Syrenki.
Gdyby Rogalos wyrównali, to mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej, ale piłka do siatki niebieskich trafić nie chciała. I kiedy mecz miał się już ku końcowi, Syrenka zagrała grande finale – w 47. minucie na 2:4 podwyższył Maksymilian Pająk, a cała drużyna gości poczuła wiatr w żaglach. W efekcie chwilę później trafienie dołożył Marcin Liberacki, a kropkę nad i postawił Maksymilian Pająk, przy okazji kompletując hat-tricka i ustalając wynik meczu na 2:6 dla Syrenki.
Czy mecz ten wyglądał jak starcie lidera z ekipą ze strefy spadkowej? Nie. Co więcej – nie wyglądał nawet jak mecz 15. ligi, tylko poziomu wyżej. W przypadku Yug.Budu jest to określenie raczej oczywiste, bo ekipa Yuriego Humeniuka do tej pory szła jak burza i awans powinien być dla niej formalnością. Natomiast dla Wombatów niech będzie to forma docenienia tego, jak spektakularnego sukcesu dokonali w ostatnią niedzielę.
To nie był mecz na styku – przewaga Wombatów była odczuwalna praktycznie przez cały mecz, a końcówka to zupełna dominacja. Już początek wyglądał obiecująco w wykonaniu gości. Niezawodny Maciej Stąporek wyprowadził kilka groźnych akcji, a w 10. minucie był bardzo bliski zdobycia gola, ale skończyło się na obiciu poprzeczki. W ogólnym rozrachunku Wombaty atakowały częściej i zdecydowanie groźniej. Powoli kruszył się mur obronny Yug.Budu i w końcu w 21. minucie wynik otworzył Wojtek Grabowski. Goście poczuli się chyba nieco zbyt pewnie, bo w 24. minucie zgubili krycie w obronie i Volodymyr Kharin miał mnóstwo miejsca na oddanie strzału, a trzeba przyznać, że jego uderzenie nożycami wyglądało naprawdę imponująco. Remis nie utrzymał się nawet minuty, bo od razu po wznowieniu gry ze środka boiska Wojtek Grabowski popisał się atomowym strzałem, a golkiper Yug.Budu Dmytro Czui mógł jedynie odprowadzić piłkę wzrokiem.
Druga połowa rozpoczęła się od błyskawicznych ciosów ze strony Wombatów. Najpierw na protokole w roli strzelca zapisał się nowy nabytek tej ekipy, czyli Jesus Ibarra, a w 28. minucie było już 1:4 po golu Jakuba Rysia. Wynik mógłby wydawać się szokujący, ale Wombaty były do tej pory po prostu lepsze. Wprawdzie w drugiej połowie napastnicy Yug.Budu wyraźnie się ożywili, jednak ich skuteczność była wyjątkowo słaba i mimo częstych strzałów byli bardzo niecelni. Dopiero w 38. minucie Vladyslav Korobka wyłożył piłkę Volodymyrowi Kharinowi, a ten był górą w sytuacji jeden na jeden z bramkarzem Wombatów.
Mimo to sytuacja gospodarzy wcale się nie poprawiała, a uciekający czas nie poprawiał ich celności. Sensacja już wisiała w powietrzu, ale goście nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. W 46. minucie na 2:5 podwyższył Wojtek Grabowski i stało się jasne, że gospodarze nie dogonią wyniku. W 49. minucie kropkę nad i postawił Maciej Stąporek i chwilę później Wombaty mogły podnieść ręce w geście triumfu. Nie tylko ograły lidera, ale na dodatek zrobiły to w bardzo przekonującym stylu. Gratulacje dla FC Wombaty!
Spotkanie 13. kolejki 16. ligi pomiędzy Vitaurą a Ice Team zapowiadało się niezwykle ciekawie, głównie za sprawą gości, którzy przed pierwszym gwizdkiem uchodzili za faworyta, gdyż od początku sezonu jasno deklarują walkę o najwyższe cele.
Na początku bez zaskoczeń, bo to właśnie ekipa Łukasza Mroza jako pierwsza narzuciła swoje warunki gry i objęła prowadzenie po trafieniu Eduarda Vakhidova. Odpowiedź gospodarzy była jednak błyskawiczna - już chwilę później do wyrównania doprowadził Patryk Przybysz, skutecznie finalizując akcję po dobrym podaniu Marcela Kopcia. Ten sam duet dał o sobie znać ponownie kilka minut później, przeprowadzając niemal identyczną akcję, która zakończyła się drugim golem Przybysza i wyprowadzeniem Vitaury na prowadzenie. Ice Team nie zamierzali odpuszczać i szybko odpowiedzieli bramką Ihara Bakuna. Od tego momentu mecz zamienił się w prawdziwą wymianę ciosów! Gdy jedna drużyna wychodziła na prowadzenie, druga natychmiast doprowadzała do wyrównania. Przy stanie 4:4 trudno było wskazać zespół, który przejmie inicjatywę na dłużej. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do gospodarzy - zawodnicy Vitaury zadali dwa decydujące ciosy, dzięki którym schodzili na przerwę z dwubramkową zaliczką.
Druga część spotkania przyniosła kolejne emocje i następne gole z obu stron. Wynik przez długi czas pozostawał otwarty i żadna z drużyn nie była w stanie zbudować bezpiecznej przewagi, co tylko podkręcało tempo i dramaturgię meczu. Ostatecznie to Vitaura przechyliła szalę zwycięstwa na swoją stronę, wygrywając 10:7 i - niewątpliwie dla wielu - sprawiła niespodziankę.
Kluczową postacią spotkania z całą pewnością był Patryk Przybysz, który rozegrał kapitalne zawody, zdobywając aż 5 bramek i dorzucając do tego 3 asysty, mając bezpośredni udział przy większości trafień swojej drużyny.
Gospodarze dzielnie walczyli, jednak zabrakło im sił na walkę z rezerwami drużyny Ternovitsia. Walkę jak równy z równym oglądaliśmy w pierwszej połowie, która zakończyła się remisem 2:2. Świetnie bronił Aleksander Pankratz, z przodu walczyli Gabriel Pyl i Bartosz Danilczuk, więc długimi chwilami Będziemy Krążyć FC wyglądało jak solidna drużyna z niższych poziomów rozgrywkowych.
Jednak po przerwie mecz dla przyjezdnych przejął duet Oleh Liadryk – Mykhailo Hrydovyi. Panowie zdobyli łącznie aż 8 bramek, pozostawiając rywali bez szans. Po szybkich czterech trafieniach na otwarcie drugiej połowy, przy wyniku 2:6, goście pozwolili „Krążownikom” na chwilę luzu. Bramki na 3:6 i 4:6 dawały gospodarzom nadzieję na korzystny wynik, jednak na próżno. Ostatnia część meczu to okres istnej dominacji Ternovitsii, która w ostatnich sześciu minutach zdobyła aż 6 goli.
W końcówce rezerwowym gospodarzy było aż szkoda ich bramkarza, który długo grał świetne zawody i ich zdaniem „nie zasłużył” na utratę aż tylu bramek. Na osłodę zostaje im natomiast piękne trafienie z dystansu na 2:2 autorstwa Wojciecha Adamczuka – posiadanie zawodnika z taką siłą w nodze to skarb, który może okazać się bezcenny w bardziej wyrównanych meczach.
Batalia pomiędzy Rzeźnią Marki a PPKS Tornado rozpoczęła się w wyrównanym tempie, choć to gospodarze sprawiali nieco lepsze wrażenie. Częściej utrzymywali się przy piłce i potrafili stworzyć większe zagrożenie pod bramką rywali, co z czasem zaczęło przynosić efekty.
Na prowadzenie Rzeźnię wyprowadził Blankiewicz, który popisał się kapitalnym strzałem z dystansu po krótkim rozegraniu rzutu rożnego. Piłka po jego uderzeniu wpadła w samo okienko, nie dając bramkarzowi żadnych szans na interwencję. PPKS Tornado nie zamierzało jednak odpuszczać i konsekwentnie dążyło do wyrównania. Ich wysiłki zostały nagrodzone jeszcze przed przerwą, gdy doprowadzili do stanu 1:1.
Druga połowa rozpoczęła się w podobnym tonie jak pierwsza - obie drużyny grały odważnie i szukały swoich szans, a tempo spotkania nie spadało. Gra była wyrównana, z akcjami przenoszącymi się raz pod jedną, raz pod drugą bramkę. Bohaterem tej części meczu został Sobieraj, który popisał się znakomitą skutecznością, kompletując dublet. Szczególnej urody był jego gol zdobyty bezpośrednio z rzutu rożnego - precyzyjne uderzenie zaskoczyło bramkarza i wywołało ogromne emocje na trybunach.
Choć PPKS Tornado walczyło do końca i utrzymywało kontakt wynikowy, ostatecznie to gospodarze okazali się skuteczniejsi. Rzeźnia Marki zdobyła o jedną bramkę więcej i zwyciężyła 3:2, dopisując do swojego dorobku bardzo cenny komplet punktów.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)