RAPORT MECZOWY! 17. KOLEJKA - SEZON 25/26
Możemy chyba powiedzieć, że to, co wydarzyło się w poprzedni weekend, było dokładnie tym, na co liczyliśmy. Nie poznaliśmy bowiem jeszcze triumfatora ani w Ekstraklasie, ani w 1. lidze. To, co najciekawsze, zostało więc na sam koniec sezonu.
Nie zapominajmy jednak o niższych szczeblach rozgrywkowych. Tam wiele rozstrzygnięć już zapadło, a część zespołów doskonale wie, że przed ostatnią serią spotkań trudno będzie znaleźć dodatkową motywację. Do tego tematu jeszcze wrócimy, ale najpierw przeanalizujmy dokładnie wydarzenia z minionej niedzieli.
Opisy meczów 17. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :) Życzymy Wam przyjemnej lektury!
Spotkanie 17. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów zakończyło się wysokim zwycięstwem GWA Ochota, która pokonała FC Impuls UA aż 11:3. Już pierwsza połowa pokazała wyraźną przewagę gospodarzy, którzy schodzili na przerwę z komfortowym prowadzeniem 3:0 i pełną kontrolą nad przebiegiem meczu. Do bramki gości trafiali Patoka (dwukrotnie) oraz Jurga.
Od pierwszego gwizdka zawodnicy GWA Ochota narzucili wysokie tempo, skutecznie pressując rywali i wykorzystując błędy w defensywie przeciwnika. Efektem były kolejne trafienia, które pozwoliły szybko zbudować bezpieczną przewagę. FC Impuls UA próbował odpowiadać kontratakami, jednak dobrze zorganizowana obrona oraz skuteczne interwencje po stronie Ochoty nie pozwalały na odrobienie strat.
W finałowej odsłonie mecz stał się bardziej otwarty. FC Impuls UA zdołał zdobyć trzy bramki i momentami prezentował odważniejszą grę w ofensywie, jednak GWA Ochota nie zwalniała tempa. Gospodarze imponowali skutecznością pod bramką rywala, a ich akcje były szybkie, składne i regularnie kończyły się kolejnymi golami. Szczególnie wyróżniali się zawodnicy odpowiedzialni za kreowanie sytuacji bramkowych i finalizację akcji, dzięki czemu przewaga gospodarzy systematycznie rosła. Swoją ważną cegiełkę do zwycięstwa dołożył Miłosz Nowakowski, autor trzech bramek, a takim samym dorobkiem strzeleckim mógł pochwalić się również wspomniany wcześniej Patoka. To właśnie oni w największym stopniu napędzali ofensywę GWA Ochota i regularnie stwarzali zagrożenie pod bramką rywali.
Końcowy rezultat 11:3 w pełni odzwierciedla przebieg spotkania. GWA Ochota zaprezentowała futbol ofensywny, skuteczny i dojrzały, dominując praktycznie we wszystkich elementach gry. FC Impuls UA walczył ambitnie do ostatnich minut i zdołał zdobyć kilka bramek, jednak tego dnia musiał uznać wyższość świetnie dysponowanego rywala. Dzięki efektownemu zwycięstwu GWA Ochota dopisuje do swojego dorobku kolejne trzy punkty i potwierdza wysoką formę w końcówce sezonu. A już w najbliższą niedzielę czeka ją spotkanie o mistrzostwo Ekstraklasy Ligi Fanów z drużyną Gladiatorów Eternis.
Dla Lakoksów i Otamanów był to mecz o utrzymanie w ekstraklasie, stąd wiedzieliśmy, że w tym starciu będzie sporo walki, a każda z ekip będzie chciała wygrać to spotkanie. Gospodarze od dłuższego czasu borykają się z brakami kadrowymi, które nie pozwalają im nawiązać walki z najlepszymi, więc próżno było się spodziewać, że mogą zaskoczyć ekipę z Ukrainy, mającą naprawdę solidne zestawienie. Początek meczu jeszcze nie wskazywał na dominację gości, ale z biegiem czasu, gdy tylko Otamany włączyły wyższy bieg, rywale znaleźli się w coraz większych tarapatach. Do przerwy wynik 0:4 nie zwiastował niczego dobrego dla teamu z Góry Kalwarii.
Po zmianie stron, przy wyniku 0:5, gospodarzom udało się w końcu przełamać niemoc. Dwie szybko strzelone bramki dawały jeszcze promyk nadziei na lepszy rezultat, ale w tym momencie goście ponownie odjechali na kilka bramek przewagi i było oczywiste, że nie wypuszczą już wygranej z rąk. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 5:13 i to Otamany w ostatniej kolejce będą walczyć o pozostanie w ekstraklasie.
Dla Lakoksów przygoda z elitą dobiega końca, a co dalej? O tym zapewne dowiemy się niebawem, choć już słyszymy, że powrót na swoje tereny, czyli do gry w lidze lokalnej, wydaje się przesądzony.
Mecz 17. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów pomiędzy Tanatos Husaria Mokotów a KSB Warszawa zapowiadał się niezwykle interesująco. Gospodarze walczą bowiem o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej, natomiast KSB Warszawa już wcześniej praktycznie zapewniło sobie miejsce w ścisłej czołówce i najprawdopodobniej zakończy sezon tuż za podium.
Dodatkowych emocji dostarczyły przedmeczowe informacje o wzmocnieniach Tanatosa. W składzie pojawili się reprezentant Polski Tymoteusz Puchacz oraz występujący na co dzień w pierwszoligowym Zniczu Pruszków Adrian Kaźmierczak. Spotkanie rozpoczęło się jednak lepiej dla gości. Już w 5. minucie Maciej Grabicki otworzył wynik meczu i KSB objęło prowadzenie. Gospodarze szybko odpowiedzieli. Najpierw do wyrównania doprowadził Adrian Kaźmierczak, a kilka minut później Jakub Cegiełka wyprowadził Tanatos Husarię na prowadzenie 2:1. Szczególnie aktywny był Kaźmierczak, który imponował dynamiką, wygrywał wiele pojedynków jeden na jednego i stanowił ciągłe zagrożenie pod bramką rywali.
Po przerwie widowisko nabrało jeszcze większego tempa. KSB cały czas goniło wynik, a po trafieniach Igora Rucińskiego i Macieja Grabickiego wynik długo pozostawał sprawą otwartą. Kluczowy moment nastąpił jednak w drugiej części spotkania, gdy gospodarze zaczęli skuteczniej wykorzystywać swoje atuty ofensywne. Świetnie dysponowany Kaźmierczak regularnie nękał defensywę przeciwnika, a wspierający go Puchacz wnosił do gry spokój, doświadczenie i jakość w rozegraniu. Tanatos zdobywał kolejne bramki, stopniowo budując przewagę. Ostatecznie gospodarze zwyciężyli 8:4, odnosząc niezwykle cenne zwycięstwo w kontekście walki o utrzymanie. Dla zespołu z Mokotowa były to trzy punkty o ogromnym znaczeniu, a nowe nabytki pokazały, że mogą odegrać kluczową rolę w decydującej fazie sezonu.
KSB Warszawa pozostawiło po sobie dobre wrażenie w ofensywie, jednak tego dnia musiało uznać wyższość skuteczniejszych rywali.
W Ekstraklasie Ligi Fanów doszło do spotkania pomiędzy Ogniem Bielany a Turem Ochota. Mimo że obie ekipy dzieliło w tabeli pięć punktów, zarówno gospodarze, jak i goście wciąż musieli walczyć o ligowy byt. Dla Tura ewentualna porażka oznaczała degradację, natomiast Ogień, po fatalnej końcówce sezonu, również nie mógł być pewny utrzymania.
Mecz od początku zapowiadał się pasjonująco. Obie drużyny przystąpiły do rywalizacji maksymalnie skoncentrowane. Początkowe minuty upłynęły pod znakiem wyrównanej gry i wzajemnego badania się, jednak z czasem zaczęła zarysowywać się przewaga gości. Dobra postawa Tura została szybko udokumentowana bramką Piotra Jantarskiego. Przyjezdni kontynuowali dojrzałą grę, pewnie spisywali się w defensywie i wyprowadzali zabójcze kontrataki. Chwilę później Piotr Augustyniak podwyższył prowadzenie na 2:0. Ogień Bielany, mimo posiadania w swoich szeregach młodych, dynamicznych i świetnie wyszkolonych technicznie zawodników, nie potrafił sforsować doświadczonej defensywy rywali. Tur konsekwentnie realizował swój plan, a jeszcze przed przerwą powiększył przewagę do czterech bramek.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Atakowali gospodarze, ale goście mądrze się bronili i skutecznie wykorzystywali każdą okazję do kontrataku. Bramkarz Tura skapitulował dopiero po mocnym i precyzyjnym strzale Damiana Warmińskiego. W kolejnych minutach worek z bramkami rozwiązał się na dobre. Ogień zdołał zmniejszyć straty do dwóch trafień, jednak ekipa z Ochoty natychmiast odpowiadała kolejnymi golami, nie pozwalając rywalom realnie wrócić do meczu. W końcówce gospodarze zdecydowali się na grę z lotnym bramkarzem. Manewr ten przyniósł kilka zdobytych bramek, ale jednocześnie otworzył przestrzenie, które doświadczeni zawodnicy Tura bezlitośnie wykorzystywali. W szeregach gości kapitalne zawody rozegrali Polakowski oraz Osoliński, którzy swoim spokojem i doświadczeniem świetnie organizowali grę całego zespołu.
Spotkanie zakończyło się efektownym wynikiem 10:6 dla Tura. Tego dnia boiskowa dojrzałość, spokój i dobrze przygotowana taktyka okazały się skuteczniejsze od młodzieńczej fantazji oraz dynamiki Ognia Bielany.
Taki rezultat sprawia, że przed ostatnią kolejką szykują się ogromne emocje. O utrzymanie w Ekstraklasie Ligi Fanów powalczy aż sześć drużyn. Wszystkim pozostaje życzyć powodzenia.
Kebavita już przed tym spotkaniem była pewna spadku z 1. ligi. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja UEFY, która wciąż walczy o miejsce w czołowej piątce. Wydawało się więc, że to właśnie oni będą bardziej zmotywowani, by sięgnąć po komplet punktów. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna.
Od pierwszego gwizdka zawodnicy Kebavity ruszyli do ataku na pełnych obrotach. Grali agresywnie, odważnie i przede wszystkim bardzo skutecznie. Bramki wpadały do siatki UEFA Mafii jedna po drugiej, a jeszcze przed upływem połowy pierwszej części meczu na tablicy wyników widniał już rezultat 5:0. Trudno było uwierzyć, że drużyna walcząca już tylko o zachowanie honoru po spadku prezentuje taką energię i determinację. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość UEFA Mafii – mimo bardzo trudnego początku nie zamierzali się poddawać. Zdołali wrócić do gry i jeszcze przed przerwą zdobyli trzy bramki. Wynik 5:3 zapowiadał emocjonującą drugą połowę i dawał nadzieję, że losy spotkania mogą się jeszcze odwrócić.
Nic z tego. Po zmianie stron Kebavita wyglądała jeszcze lepiej niż wcześniej. Zawodnicy w czerwonych koszulkach całkowicie przejęli kontrolę nad wydarzeniami na boisku, narzucili swoje tempo i raz po raz rozrywali defensywę przeciwnika. Z każdą kolejną minutą ich przewaga rosła, a UEFA sprawiała wrażenie drużyny, która straciła wiarę w odwrócenie losów meczu. W pewnym momencie rywale po prostu opuścili ręce, a Kebavita bezlitośnie to wykorzystała.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się efektownym zwycięstwem 14:5 dla zespołu w czerwonych koszulkach. To był jeden z tych meczów, w których wynik doskonale oddaje przebieg wydarzeń na boisku.
Największymi bohaterami spotkania byli Yusuf Epcim oraz Dembele Phi. To właśnie oni dyrygowali grą ofensywną swojej drużyny, napędzali kolejne akcje i mieli ogromny udział w wysokim zwycięstwie. Dzięki ich świetnej postawie Kebavita pokazała, że mimo nieuniknionego spadku potrafi walczyć do samego końca i zakończyć sezon z podniesioną głową.
Jeszcze do przerwy nic nie zapowiadało tak wysokiego wyniku. Ostatecznie Uragan rozbił Expo Team 15:4, a kluczowa okazała się druga połowa, w której gospodarze całkowicie zdominowali wydarzenia na boisku.
Expo Team zaskoczył rywali już na początku spotkania. Dwa szybkie gole Góreckiego dały gościom prowadzenie 2:0. Uragan szybko przejął jednak inicjatywę i zaczął coraz częściej zmuszać przeciwników do błędów przy rozegraniu. Pierwszą bramkę zdobył Manuilov po przejęciu niedokładnego podania bramkarza, a chwilę później sam doprowadził do wyrównania po efektownym rajdzie przez pół boiska. Gdy Pawłowski ponownie wyprowadził Expo Team na prowadzenie, gospodarze nie potrzebowali wiele czasu na odpowiedź. Jeszcze przed przerwą odrobili straty i odwrócili losy spotkania, schodząc do szatni z jednobramkową zaliczką.
Po zmianie stron przez kilka minut obie drużyny miały swoje okazje. Szczególnie zawodnicy Expo Team mogą żałować niewykorzystanych sytuacji z początku drugiej połowy. Zamiast doprowadzić do wyrównania, pozwolili rywalom złapać wiatr w żagle. To był moment, w którym mecz zaczął wymykać się gościom spod kontroli. Uragan raz za razem znajdował drogę do siatki i błyskawicznie powiększał swoją przewagę. Gospodarze imponowali intensywnością, płynną wymianą pozycji i skutecznością pod bramką rywala. Expo Team coraz trudniej było nadążyć za tempem narzucanym przez przeciwników, co znajdowało odzwierciedlenie na tablicy wyników.
Szczególnie skuteczny był Oskar Zaks, który rozegrał kapitalne zawody i zakończył mecz z dorobkiem aż ośmiu bramek. To właśnie jego skuteczność najlepiej oddaje przebieg drugiej połowy, która z wyrównanego spotkania przerodziła się w prawdziwy ofensywny koncert Uraganu.
Wynik 15:4 mówi sam za siebie.
Spotkanie pomiędzy Siriusem a KS Presley Gniazdowy dostarczyło kibicom wielu zwrotów akcji oraz walki do samego końca. Ostatecznie to gospodarze mogli cieszyć się ze zwycięstwa 7:4, jednak wynik nie oddaje w pełni przebiegu tego widowiska.
Już przed pierwszym gwizdkiem było widać, że Sirius bardzo poważnie podszedł do tego meczu. Gospodarze dysponowali szeroką kadrą, przyjeżdżając na spotkanie z dwoma pełnymi składami, co pozwalało im utrzymywać wysokie tempo gry i realizować założenia taktyczne. Przewaga liczebna oraz świetna organizacja były widoczne od pierwszych minut.
Pierwsza połowa przebiegała pod kontrolą gospodarzy. Sirius dominował zarówno pod względem posiadania piłki, jak i liczby stwarzanych sytuacji bramkowych. Dobra współpraca między formacjami oraz regularne rotacje zawodników przynosiły efekty, a wynik 3:1 do przerwy był w pełni zasłużony. Po zmianie stron obraz meczu zaczął się jednak zmieniać. Goście z KS Presley Gniazdowy wyglądali coraz lepiej, a z każdą minutą było widać, że zaczynają się ze sobą coraz lepiej rozumieć na boisku. Ich determinacja i przyniosła efekty, ponieważ nie tylko odrobili straty, ale w pewnym momencie sensacyjnie wyszli na prowadzenie 4:3.
Ten fragment meczu pokazał ogromny charakter gości. Niestety dla nich, kosztowało to bardzo dużo sił. Dysponując zaledwie jedną zmianą, zawodnicy KS Presley Gniazdowy musieli włożyć ogrom pracy w odwrócenie losów spotkania, co z biegiem czasu zaczęło być coraz bardziej odczuwalne.
Gospodarze wykorzystali swoją przewagę kadrową w najlepszy możliwy sposób. Świeżość, nieustanny ruch i konsekwentnie budowane akcje sprawiły, że Sirius ponownie przejął kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Zawodnicy gospodarzy cały czas utrzymywali wysoką intensywność gry, co pozwoliło im zdobywać kolejne bramki i stopniowo budować przewagę. Ostatecznie Sirius zwyciężył 7:4, potwierdzając swoją bardzo dobrą dyspozycję oraz świetne przygotowanie do tego spotkania. Kluczowym czynnikiem okazała się szeroka kadra i możliwość utrzymania wysokiego tempa przez pełne 50 minut.
Na słowa uznania zasługuje jednak również KS Presley Gniazdowy. Mimo ograniczonej liczby zmian goście walczyli ambitnie do ostatniego gwizdka i przez długi fragment drugiej połowy potrafili postawić faworyzowanych rywali w bardzo trudnej sytuacji.
To był mecz godny lokat, które zajmują obie ekipy. Ternovitsia w tym sezonie udowodniła, że cały czas robi krok naprzód i pnie się w ligowej hierarchii. Cyrkulatka to drużyna, która ma sporo jakości i z pewnością 1. liga jest miejscem, w którym będzie walczyć o najwyższe cele.
Niedzielne starcie tych zespołów było niesamowite. Od początku oglądaliśmy szybkie tempo i dużo jakości po obu stronach boiska. Gospodarze jako pierwsi wyszli na prowadzenie i jeszcze przed przerwą potrafili podwyższyć wynik. Wszystko za sprawą gola bramkarza Danylo Artemenki, który posłał piłkę przez całe boisko do pustej bramki przeciwnika. Sam golkiper z Ukrainy miał swój dzień, a jego interwencje były kluczowe dla wyniku tego starcia.
W drugiej połowie goście musieli zaryzykować, jednak początkowo nie przynosiło to efektu. W pewnym momencie było już 4:0 dla zespołu z Ukrainy, ale Cyrkulatka grała do końca. Na przestrzeni kilku minut trzy szybko zdobyte bramki zapewniły niezwykłe emocje w końcówce. Wówczas gospodarze cofnęli się i skupili na obronie wyniku, a tylko dzięki postawie swojego bramkarza utrzymali jednobramkową przewagę do końcowego gwizdka.
Mecz zakończył się wynikiem 4:3 i w naszej ocenie było to jedno z najlepszych spotkań w tej lidze w tym sezonie. Brawa dla obu ekip za wspaniałe widowisko i kawał dobrego futbolu na miarę drużyn, które w kolejnym sezonie zagrają na zapleczu ekstraklasy.
W spotkaniu 17. kolejki 2. ligi Ukrainian Vikings pokonali Warsaw Bandziors 10:7. Mecz od pierwszych minut był niezwykle otwarty i obfitował w sytuacje bramkowe, a obie drużyny postawiły przede wszystkim na ofensywę.
Vikings znakomicie rozpoczęli spotkanie i już po kilku minutach objęli dwubramkowe prowadzenie. Bandziors szybko odpowiedzieli, jednak gospodarze równie szybko odzyskiwali kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Po golach Krzyżaka i Lacha wydawało się, że Vikings przejmują pełną kontrolę nad spotkaniem. Bandziors pokazali jednak charakter, zdobywając dwie bramki i ponownie włączając się do walki o korzystny wynik jeszcze przed przerwą. Ostatecznie Vikings schodzili do szatni z prowadzeniem 5:3, ale wynik pozostawał sprawą otwartą.
Drugą połowę lepiej rozpoczęli gospodarze. Dwa szybkie trafienia Woźniaka oraz gol Krzyżaka pozwoliły im zbudować pięciobramkową przewagę, która mogła dawać poczucie pełnej kontroli nad przebiegiem spotkania. Bandziors nie zamierzali jednak odpuszczać. Najpierw straty zmniejszył Maciej Cichocki, a później kolejne trafienia dokładali Bandurow i Kiełpsz. Mimo że różnica stopniowo malała, Wikingowie za każdym razem znajdowali odpowiedź.
Spotkanie toczyło się w bardzo wysokim tempie, a okazji nie brakowało po obu stronach boiska. Ważnym ogniwem Bandziors był Sobieralski, który kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą kolejnych bramek i utrzymywał go w grze mimo niekorzystnego wyniku. Ostatecznie decydujące okazały się większa skuteczność oraz lepsze wykorzystanie kontrataków przez Vikings. Ostatnia bramka meczu padła właśnie po jednym z takich szybkich wyjść i ustaliła wynik na 10:7.
Obie drużyny stworzyły jedno z najbardziej bramkostrzelnych spotkań tej kolejki. Mimo siedmiu zdobytych bramek Bandziors nie byli w stanie zatrzymać ofensywy rywali, a Vikings dzięki skuteczniejszej grze w ataku dopisali do swojego dorobku trzy punkty.
Przed rozpoczęciem spotkania trudno było wskazać innego faworyta niż Manitas Konserwacja Podwozia. Agape Team rozgrywa bardzo trudny sezon i z dorobkiem zaledwie jednego punktu zamyka ligową tabelę, będąc już ekipą pogodzoną ze spadkiem. Z kolei Manitas wciąż liczy się w walce o awans do wyższej klasy rozgrywkowej, dlatego komplet punktów był dla nich niezwykle istotny.
Goście od pierwszych sekund potwierdzali swoje aspiracje. Już w pierwszej minucie wynik otworzył Marcin Tyszka, dając swojej drużynie szybkie prowadzenie. Manitas kontrolował przebieg wydarzeń na boisku, konsekwentnie budował kolejne akcje i regularnie stwarzał zagrożenie pod bramką rywali. Efektem tej przewagi były następne trafienia. Świetnie dysponowany Kuba Jóźwiak trzykrotnie wpisał się na listę strzelców, a jedno trafienie dołożył również Damian Stolarczyk. Agape odpowiedziało jedynie golem Daniela Ziółkowskiego, dlatego do przerwy goście prowadzili aż 5:1.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Manitas nadal dominował, dobrze operował piłką i z dużą łatwością dochodził do sytuacji strzeleckich. Kolejne skutecznie wykończone akcje pozwoliły jeszcze bardziej powiększyć przewagę. Agape zdołało zdobyć drugą bramkę, jednak nie miało argumentów, by nawiązać walkę z rozpędzonym rywalem. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wysokim zwycięstwem Manitasu 8:2. Dzięki zdobytym trzem punktom zwycięzcy tracą już tylko jedno oczko do strefy medalowej, która gwarantuje awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Przed ostatnią kolejką sezonu walka o czołowe miejsca w 2. lidze zapowiada się więc niezwykle emocjonująco.
Starcie 17. kolejki 2. Ligi Fanów pomiędzy FC Dziki z Lasu a FC Zoria Streptiv miało być hitem weekendu na tym poziomie rozgrywkowym. Obie ekipy wciąż walczyły o upragniony awans, jednak rzeczywistość okazała się brutalna dla Dzików. Zoria zaprezentowała świetny futbol, deklasując rywali aż 12:2.
Goście błyskawicznie przejęli inicjatywę. Wynik otworzył Yaroslav Zmiivskyi, a chwilę później na 2:0 podwyższył Vitalii Lisnychenko po podaniu Yauheniego Novika. Gdy Dmytro Kuzmin strzelił trzeciego gola, Dziki odpowiedziały trafieniem Konrada Owerczuka na 1:3. Nadzieje gospodarzy szybko zgasił jednak Maksym Bozhko, ustalając wynik pierwszej połowy na 1:4.
Po zmianie stron Zoria kontynuowała ofensywne tornado, a koncertową partię rozgrywał Lisnychenko. To właśnie on rozpoczął festiwal strzelecki w drugiej odsłonie, a gdy Bozhko podwyższył na 6:1, gospodarze byli już wyraźnie bezradni. Kolejne ciosy zadawali Novik, który popisał się indywidualną akcją zakończoną golem na 7:1, oraz Kuzmin. Po następnym trafieniu znakomicie dysponowanego Lisnychenki, który podwyższył na 9:1, oglądaliśmy już prawdziwy nokaut.
Końcówka meczu wyglądała podobnie jak całe spotkanie. Goście kontrolowali przebieg wydarzeń i dokładali kolejne trafienia. Gospodarzy było stać jedynie na jeszcze jedną bramkę Owerczuka, a ostatecznie FC Dziki z Lasu przegrały z FC Zoria Streptiv aż 2:12.
Dla przegranych ten wynik oznacza koniec marzeń o grze na zapleczu Ekstraklasy w przyszłym sezonie. Goście natomiast, jeśli w ostatniej kolejce pokonają zdegradowane już Warsaw Bandziors, będą mogli świętować upragniony awans.
Trzeci garnitur Husarii Mokotów zmierzył się w niedzielę z ekipą Rock’n Roll Warsaw i boleśnie przekonał się, jak brzmią ostre gitarowe riffy. To spotkanie rozpoczęło się jednak spokojnie. Obie drużyny badały się nawzajem i sprawdzały, co zaproponuje przeciwnik.
W mediach społecznościowych Husarii mogliśmy przeczytać wyjaśnienie, że „wynik był niestety oczekiwany, albowiem my gramy o to, by się do końca sezonu nie połamać, mając bezpieczne siódme miejsce”. I faktycznie, gra gospodarzy pozostawiała wiele do życzenia. Oglądając to spotkanie z boku, można było odnieść wrażenie, że zawodnicy grają na pół gwizdka. Rock’n Roll Warsaw miało jednak zupełnie inne cele. Drużyna wciąż walczy o awans do 1. ligi, więc trzy punkty były jej potrzebne jak tlen. Wygrana 5:2 sprawiła, że ostatnia, 18. kolejka zapowiada się niezwykle emocjonująco. Zawodnicy Rock’n Roll mieli jasno określony cel i konsekwentnie go realizowali.
Na pierwsze gole trzeba było chwilę poczekać, bo Konrad Piskorz był najbardziej zapracowanym zawodnikiem na boisku i nie zamierzał biernie przyglądać się piłce wpadającej do siatki. Nie był jednak w stanie zatrzymywać wszystkiego w nieskończoność. Błąd techniczny przy opanowaniu piłki stworzył sytuację, której nie sposób było zmarnować. Przed przerwą oglądaliśmy jeszcze celne uderzenie sprzed pola karnego, które wpadło tuż przy lewym słupku bramki Husarii z perspektywy strzelca, Vladyslava Voronova. Sam Voronov zakończył to spotkanie z hat-trickiem na koncie.
W drugiej połowie znacznie częściej oglądaliśmy piłkę w bramce, i to po obu stronach boiska. Rock’n Roll Warsaw miało przewagę, przez co nieco spuściło z tonu, ale ani przez moment nie dało rywalom realnej nadziei na zdobycie punktów. Husaria zdobyła dwa gole - Kacper Miriuk i Oskar Kuhn trafiali do pustej bramki po dobitkach. Trzeba jednak przyznać, że gospodarze mogli pokusić się o kolejne trafienia, lecz często brakowało im odpowiednich decyzji w kluczowych momentach. Tego problemu nie mieli ich rywale, którzy z dużą łatwością dochodzili do sytuacji zakończonych strzałem do pustej bramki po dograniu wzdłuż linii końcowej boiska. Przepis na zwycięstwo okazał się więc prosty, ale wyjątkowo skuteczny.
Bezpośredni mecz na dole tabeli 3. ligi pomiędzy Orzełami Stolicy a FC Prykarpattią mógł sprawić, że w ostatniej kolejce wciąż mielibyśmy mecze o wysoką stawkę. Orzeły w przypadku zwycięstwa zachowałyby szanse na utrzymanie. Do przerwy wydawało się, że taki scenariusz jest jak najbardziej realny.
Stojący w bramce rywali Mykola Osichnyi regularnie nękał Mikołaja Kiełpsza strzałami z dalszej odległości, jakby postawił u bukmachera pieniądze na swojego gola z dystansu. Kiełpsz miał tego dnia sporo pracy, ale długo skutecznie odpierał ataki przeciwników. Prykarpattia zdobyła w pierwszej połowie jedną bramkę, jednak nie wystarczyło to, by wyjść na prowadzenie. Najpierw Tomasz Krzyżański wykorzystał błąd w komunikacji defensywy rywala i stanął sam na sam z bramkarzem, pewnie kierując piłkę do siatki. Następnie Paweł Miłkowski podwyższył prowadzenie płaskim strzałem z dystansu. Dzięki temu Orzeły schodziły na przerwę z prowadzeniem 2:1.
Wynik pozostawał na styku i taki stan utrzymywał się praktycznie przez całe spotkanie. Po zmianie stron ponownie oglądaliśmy wymianę ciosów. Trzy z rzędu wyprowadziła Prykarpattia – najpierw padł gol z bliskiej odległości, następnie skuteczne uderzenie zza pola karnego, a na koniec Vladyslav Khmara wykorzystał niecelne podanie rywali i posłał piłkę do bramki z własnej połowy. Strach pomyśleć, z jakiej odległości padłby kolejny gol, gdyby nie odpowiedź Orzełów Stolicy. Maciej Kiełpisz popisał się mocnym strzałem z dystansu, a chwilę później podobnym uderzeniem odpowiedział Krzysztof Niedziółka. Na tablicy wyników widniał remis 4:4, po czym za sprawą Maxa Mahora to Orzeły ponownie wyszły na prowadzenie.
Zwycięstwo? Nie tym razem. Prykarpattia najpierw doprowadziła do remisu po akcji trzech na dwóch i minięciu bramkarza, a tuż przed końcowym gwizdkiem rozklepała defensywę rywali, wyprowadzając decydujący cios. Dzięki temu sięgnęła po niezwykle cenne zwycięstwo i komplet punktów.
FC Vikersonn wychodził na boisko ze świadomością, że tytuł mistrzowski jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło wygrać lub liczyć na to, że Comeback oraz Warsaw Sinaola nie zdobędą punktów w swoich spotkaniach. GLK, które po ostatnich wynikach niespodziewanie wróciło do walki o czołowe miejsca, zamierzało jednak pokrzyżować te plany.
Jedyny moment, w którym losy meczu mogły potoczyć się inaczej, trwał zaledwie kilka minut. Dominiak otworzył wynik efektownym wolejem po rzucie rożnym, ale Vovk szybko odpowiedział trafieniem pod poprzeczkę, a chwilę później prowadzenie swojej drużynie dał Rubinski. Mor dołożył trzecią bramkę po strzale z dystansu, a Farion po dobitce zmniejszył straty na 2:3. Wymiana ciosów nie trwała jednak długo. Samobójcze trafienie Rozkresa przy próbie zablokowania strzału, efektowny gol Rubinskiego i kolejne trafienie Vovka sprawiły, że pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:6.
Na początku drugiej części meczu Wolszczak stanął przed szansą zdobycia bramki z rzutu karnego przy stanie 2:6, jednak Shchur popisał się znakomitą interwencją i utrzymał wysoką przewagę swojego zespołu. Mor nie zamierzał zwalniać tempa. Dwa kolejne gole z dystansu, zdobyte z imponującą precyzją i siłą, rozwiały wszelkie wątpliwości co do losów spotkania. Farion po szybkim wznowieniu z autu trafił na 3:8, ale chwilę później Mor skompletował swoje czwarte trafienie, ponownie pokonując bramkarza strzałem z dystansu. W końcówce emocje wzięły górę i jeden z zawodników Vikersonn obejrzał czerwoną kartkę za komentarze pod adresem sędziego. Było to konsekwencją wcześniejszego napomnienia żółtą kartką.
Ostatecznie FC Vikersonn sięgnął po mistrzostwo 3. ligi. I w tym meczu również pokazał, dlaczego w tym sezonie okazał się najlepszy i praktycznie nie do zatrzymania.
Drużyna Deluxe Barbershop na dwie kolejki przed końcem sezonu cały czas liczyła się w walce o miejsce na podium. Ich przeciwnicy, Tonie Majami, zajmowali ostatnie miejsce w tabeli i było już pewne, że kolejny sezon spędzą na niższym poziomie rozgrywkowym.
Lepiej mecz rozpoczęli gospodarze, którzy już w 3. minucie wyszli na prowadzenie. Chwilę później podwyższyli wynik, choć tym razem pomogło im trafienie samobójcze rywali. Kolejne minuty to dalsze ataki zespołu gospodarzy, którzy jeszcze dwukrotnie pokonali golkipera przeciwników i odskoczyli na kilka bramek przewagi.
W końcówce pierwszej połowy gra się wyrównała, czego efektem były cztery gole – po dwa dla każdej z drużyn. Na przerwę zespoły schodziły przy wyniku 5:3 dla wyżej notowanej ekipy. Z powodu żółtej kartki otrzymanej przez zawodnika Deluxe w ostatniej akcji pierwszej połowy drużyna gości rozpoczęła drugą część spotkania z przewagą jednego gracza, co szybko wykorzystała, zmniejszając straty do jednej bramki. Kolejny żółty kartonik dla gospodarzy w dalszej części meczu sprawił, że rywale ponownie wykorzystali grę w przewadze i doprowadzili do remisu. Ostatnie słowo należało jednak do faworytów, którzy zdobyli dwie bramki i przypieczętowali zwycięstwo 7:5.
Bardzo dobre zawody rozegrał Asim Mizzayew, który do czterech bramek dorzucił dwie asysty. Niestety dla Deluxe Barbershop wygrana nie wystarczyła, by zakończyć sezon na podium, i w ostatniej kolejce pozostaje im walka o utrzymanie czwartego miejsca. Pomimo bardzo dobrej gry zespół Tonie Majami kolejny raz schodzi z boiska bez zdobyczy punktowej, ale należą im się wielkie brawa za walkę do końca i stworzenie naprawdę niezłego widowiska.
FC Comeback przypieczętował w tej kolejce awans do 2. ligi. Zawodnicy tej drużyny już wiedzą, że zakończą sezon na podium, a kropkę nad „i” postawili w sposób najbardziej przekonujący z możliwych. W niedzielnym meczu całkowicie zdominowali Husarię Mokotów i nie pozostawili rywalom żadnych złudzeń.
Najwięcej radości z nękania defensywy przeciwnika miał bez wątpienia Ivan Vidosević. Jego głównym zadaniem było zdobywanie bramek i wywiązał się z niego znakomicie. Zawodnik Comebacku pokonał Kamila Ostapińskiego aż pięć razy, odpowiadając za połowę dorobku swojego zespołu. Po drugiej stronie wtórować próbował mu Bartek Tula z Husarii, jednak zdołał zdobyć „tylko”, a właściwie aż trzy bramki. Przy takiej przewadze rywali był to i tak godny uznania wynik.
Comeback rozpoczął mecz z wysokiego „C”. Już w pierwszych minutach wynik otworzył Evgen Lavrynenko, który zdecydował się na strzał z dalszej odległości i chwilę później mógł cieszyć się z trafienia. Następnie do siatki z rzutu wolnego trafił Vidosević, a niedługo później ponownie wpisał się na listę strzelców po wysokim odbiorze. Kolejnego gola dołożył Konstantyn Didenko i zespół ubrany na niebiesko błyskawicznie budował swoją przewagę. Do przerwy było już 7:2 i mało kto wierzył, że losy tego spotkania mogą się jeszcze odwrócić. Husaria po prostu nie miała argumentów, by myśleć o jakimkolwiek powrocie do meczu.
W drugiej połowie tempo nieco spadło, co przy takim wyniku było całkowicie zrozumiałe. FC Comeback nie musiał już forsować gry ani wykorzystywać wszystkich swoich atutów. Zawodnicy kontrolowali przebieg spotkania i spokojnie zmierzali po zwycięstwo. Trudno było nie zauważyć uśmiechów na ich twarzach – w końcu właśnie przypieczętowali awans do wyższej klasy rozgrywkowej.
Na słowa uznania zasługują również piłkarze Husarii, którzy mimo wyraźnej przewagi rywali nie rozłożyli rąk i do samego końca walczyli o jak najlepszy rezultat. W końcówce zdołali nawet nieco zmniejszyć rozmiary porażki.
Ostatecznie FC Comeback wygrał 10:5, przypieczętowując awans w bardzo efektownym stylu.
Jeśli ktoś szukał meczu pełnego emocji, zwrotów akcji, pięknych bramek, frustracji i walki do ostatnich sekund, to właśnie znalazł idealny przykład. Starcie Warsaw Sinaloa z FC Łowcy II dostarczyło wszystkiego, czego można oczekiwać od widowiska na wysokim poziomie. Spotkanie rozpoczęło się kapitalnie dla gospodarzy. Patryk Abbassi popisał się fenomenalnym indywidualnym rajdem, po którym oddał strzał nie do obrony, dosłownie zdejmując pajęczynę z okienka bramki rywali. Było to trafienie najwyższej klasy, które błyskawicznie rozgrzało kibiców.
Warsaw Sinaloa nie zamierzała się zatrzymywać. Chwilę później gospodarze dołożyli kolejną bramkę i odskoczyli na dwa gole przewagi. FC Łowcy II nie zamierzali jednak składać broni. Goście coraz śmielej atakowali i jeszcze przed przerwą zdołali zmniejszyć straty. Do szatni obie drużyny schodziły przy wyniku 2:1.
Druga połowa rozpoczęła się pod dyktando Łowców. Goście ruszyli do ataku z ogromną determinacją i walczyli o każdą piłkę. Ich wysiłki szybko przyniosły efekty. Najpierw doprowadzili do wyrównania, a następnie objęli prowadzenie 3:2, całkowicie odwracając losy spotkania. Wtedy dała o sobie znać frustracja. Strzelec pierwszej bramki dla gospodarzy dopuścił się niesportowego zachowania, za które został ukarany żółtą kartką. Emocje sięgały zenitu, a każda kolejna akcja mogła przechylić szalę zwycięstwa na jedną ze stron.
Gospodarze odpowiedzieli w najlepszy możliwy sposób – na boisku. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu i determinacji doprowadzili do remisu 3:3 po kolejnym efektownym trafieniu. Chwilę później ponownie błysnął świetnie funkcjonujący duet Paciorkowski – Gąska. Ich doskonałe zrozumienie zaowocowało bramką na 4:3 i wywołało eksplozję radości w szeregach Warsaw Sinaloa. Euforia nie trwała jednak długo. Daniel Guba obejrzał żółtą kartkę, a goście natychmiast wykorzystali moment zawahania rywali. FC Łowcy II pokazali charakter i ponownie doprowadzili do remisu, ustalając wynik na 4:4. Wydawało się, że obie drużyny zostawiły na boisku tyle sił, że podział punktów jest już przesądzony.
Futbol po raz kolejny napisał jednak własny scenariusz. Gdy zegar nieubłaganie zbliżał się do końca meczu, w polu karnym rywali pojawił się wcześniej ukarany żółtą kartką Daniel Guba. Wbiegł tam niczym rasowy napastnik, idealnie odnajdując się w decydującym momencie spotkania. Zachował zimną krew i posłał piłkę do siatki, wywołując prawdziwe szaleństwo na boisku.
To właśnie Daniel Guba został bohaterem tego widowiska. Jego trafienie ustaliło wynik meczu na 5:4 i zapewniło Warsaw Sinaloa zwycięstwo, oraz awans do 2. ligi. Brawo!
Choć Hetman FC miał już zapewniony tytuł mistrzowski 4. Ligi, to w starciu z Boca Seniors pokazał, że nawet po osiągnięciu głównego celu sezonu nadal potrafi znaleźć odpowiednią motywację do zwyciężania. Spotkanie zakończyło się efektownym triumfem gospodarzy 9:5, jednak sam wynik nie oddaje w pełni przebiegu meczu, który przez długie fragmenty był znacznie bardziej wyrównany, niż mogłoby się wydawać.
Boca Seniors przystąpiła do tego pojedynku z problemami kadrowymi, ale mimo ograniczonej liczby zmienników starała się nawiązać walkę z mistrzem. Goście stworzyli sobie sporo dogodnych sytuacji bramkowych, jednak ich największym przeciwnikiem okazała się skuteczność. Kilkukrotnie bardzo dobre okazje zostały zmarnowane, a gdy piłka zmierzała już do siatki, na posterunku pojawiał się kapitalnie dysponowany Bartek Folc. Bramkarz Hetmana rozegrał jedno ze swoich najlepszych spotkań w sezonie. Zanotował kilka znakomitych interwencji, które w kluczowych momentach pozwoliły jego drużynie utrzymać bezpieczny dystans i nie dopuścić do powrotu rywali do gry.
Najjaśniejszą postacią Boca Seniors był z kolei Łukasz Pruszyński. Napastnik gości aż trzykrotnie wpisywał się na listę strzelców i praktycznie w pojedynkę próbował utrzymać swój zespół w walce o korzystny rezultat. Jego hat-trick zasługuje na duże uznanie, jednak wobec dobrze funkcjonującej machiny Hetmana okazał się niewystarczający.
Po stronie mistrzów po raz kolejny o sile zespołu przesądziła przede wszystkim zespołowość. Hetman nie opierał swojej gry na jednym liderze, lecz na świetnie współpracującym kolektywie. Dobra organizacja, wzajemna asekuracja oraz płynność w rozegraniu sprawiały, że gospodarze regularnie znajdowali drogę do bramki przeciwnika. Gdy jeden zawodnik miał słabszy moment, odpowiedzialność natychmiast przejmowali kolejni koledzy z drużyny. Mimo ambitnej postawy Boca Seniors i wielu groźnych sytuacji, mistrzowie konsekwentnie budowali swoją przewagę. Z każdą minutą coraz lepiej wykorzystywali wolne przestrzenie i błędy przeciwników, a ich skuteczność pod bramką rywala stała na bardzo wysokim poziomie. To właśnie różnica w finalizacji akcji okazała się jednym z kluczowych czynników decydujących o końcowym wyniku.
Dla Boca Seniors porażka jest kolejnym potwierdzeniem, że końcówka sezonu nie układa się po ich myśli. Szanse na walkę o podium zostały stracone już wcześniej, a obecnie pozostaje im rywalizacja o jak najwyższą lokatę i godne zakończenie rozgrywek.
Hetman FC natomiast dopisał do swojego dorobku kolejne trzy punkty, pokazując, że mimo zdobytego już mistrzostwa nadal nie zamierza rozdawać prezentów rywalom.
Na Arenie AWF naprzeciw siebie stanęły BM Development oraz Sportowe Zakapiory. Stawka była ogromna dla obu drużyn. BM Development przystępowało do meczu z 3. miejsca w tabeli i wciąż marzyło o awansie do 3. ligi, natomiast Zakapiory walczyły o miejsce w czołowej piątce, które gwarantuje udział w Pucharze Ligi Fanów.
Od pierwszych minut było widać, że nikt nie zamierza kalkulować. BM Development rozpoczęło spotkanie bardzo dobrze i już w pierwszej połowie zbudowało sobie przewagę, jednak Sportowe Zakapiory nie pozwalały rywalom odskoczyć. Wynik otworzył Semerenko, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Niedługo później na 2:0, po błędzie bramkarza, podwyższył Shemanuiev. Zakapiory nie zamierzały odpuszczać i po dwóch golach Dąbrowskiego doprowadziły do remisu. Taki wynik utrzymał się do przerwy.
Druga odsłona obfitowała w zwroty akcji, szybkie kontrataki i efektowne akcje, a wynik zmieniał się niemal z minuty na minutę. BM Development próbowało wykorzystać swoją szansę i zrobić kolejny krok w stronę wymarzonego awansu. Zakapiory pokazały jednak charakter, nie odpuszczały żadnej piłki i konsekwentnie odpowiadały na każdy cios rywala. Tuż po przerwie na 3:2 trafił Semerenko, ale goście ambitnie ruszyli do odrabiania strat. W krótkim czasie nie tylko zdołali wyrównać, ale nawet wyszli na prowadzenie 4:3. Ten stan rzeczy nie trwał jednak długo, bo gospodarze odpowiedzieli trzema szybkimi golami i ponownie przejęli kontrolę nad spotkaniem, budując dwubramkową przewagę. Goście, walczący ambitnie do samego końca, zdołali zdobyć jeszcze jedną bramkę, ale ostatnie słowo należało do Semerenki, który strzelił swojego czwartego gola w tym meczu i ustalił wynik spotkania.
Mecz zakończył się zwycięstwem BM Development 7:5, dzięki czemu zespół utrzymał się w walce o najwyższe cele. Sportowe Zakapiory mimo porażki udowodniły jednak, że zasługują na miejsce w ligowej czołówce i do samego końca sezonu będą bić się o przepustkę do Pucharu Ligi Fanów.
W ramach 17. kolejki 4. Ligi naprzeciw siebie stanęły zespoły Bad Boys oraz FC Bulls. Stawka tego spotkania była szczególnie wysoka dla gospodarzy, którzy wciąż walczyli o utrzymanie na tym poziomie rozgrywkowym.
Lepiej mecz rozpoczęli właśnie zawodnicy Bad Boys. Na prowadzenie wyprowadził ich Krystian Stępień, który wykorzystał błąd bramkarza rywali, przejął piłkę i bez problemu skierował ją do pustej bramki. Odpowiedź FC Bulls była jednak błyskawiczna. Kilka chwil później do wyrównania doprowadził Vadym Churiukanov, a następnie goście objęli prowadzenie po niefortunnym trafieniu samobójczym Konrada Litwiniuka. Radość Bullsów nie trwała jednak długo. Gospodarze szybko wrócili do gry, najpierw doprowadzając do remisu, a chwilę później ponownie wychodząc na prowadzenie. Gdy wydawało się, że to Bad Boys zejdą na przerwę z korzystnym wynikiem, w samej końcówce pierwszej połowy do siatki trafił Konstantin Vesolovskyi, ustalając rezultat pierwszej części meczu na 3:3.
Po zmianie stron obraz gry uległ zmianie. Zdecydowanie mocniej drugą połowę rozpoczęli zawodnicy FC Bulls, którzy zadali trzy szybkie ciosy i przejęli pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Bad Boys próbowali jeszcze odrabiać straty i w pewnym momencie zdołali zmniejszyć różnicę do zaledwie jednej bramki, jednak goście byli tego dnia niezwykle skuteczni. Każda próba powrotu do meczu ze strony gospodarzy spotykała się z kolejną odpowiedzią Byków.
Ostatecznie FC Bulls zwyciężyli 11:7, dopisując do swojego dorobku komplet punktów po niezwykle ofensywnym widowisku. Dla Bad Boys porażka ma bardzo bolesne konsekwencje. Na jedną kolejkę przed końcem sezonu zespół spada do strefy spadkowej i aby zachować szanse na utrzymanie, w ostatniej serii gier będzie musiał nie tylko sięgnąć po zwycięstwo, ale również liczyć na potknięcie swoich rywali. Z kolei Byki zachowały drugie miejsce i w ostatniej kolejce postarają się je utrzymać.
SO4 FC przystępowało do spotkania z nożem na gardle, walcząc o utrzymanie i próbując przełamać serię dwóch porażek z rzędu. Z kolei Furduncio Brasil F.C. wciąż liczyło się w walce o awans, dlatego strata punktów nie wchodziła w grę.
Od pierwszych minut było widać, że goście przyjechali po komplet punktów. Już w 7. minucie Douglas Mesquita otworzył wynik spotkania, dając Furduncio prowadzenie. Chwilę później przewagę podwyższył Mirandetti i sytuacja gospodarzy zaczęła robić się coraz trudniejsza. SO4 zdołało jednak odpowiedzieć. W 16. minucie Mikołaj Marczewski wykorzystał podanie Antoniego Staniosa i zdobył kontaktową bramkę na 1:2. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo. Furduncio szybko odzyskało kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. Jeremi Szymański po asyście Fernando Mirandettiego podwyższył wynik na 3:1, a kilka minut później Bruno Martins dołożył kolejne trafienie, dzięki czemu goście schodzili na przerwę z komfortowym prowadzeniem 4:1.
Po zmianie stron SO4 próbowało wrócić do gry, lecz pierwszy cios ponownie zadali zawodnicy Furduncio. Luciano Santana wykorzystał podanie Szymańskiego i podwyższył wynik na 5:1. Gospodarze nie zamierzali jednak odpuszczać. Maksym Rudenko zdobył bramkę na 5:2, dając swojej drużynie impuls do walki. Nadzieje miejscowych szybko ostudził jednak Jeremi Szymański, który po raz drugi wpisał się na listę strzelców, podwyższając prowadzenie gości na 6:2. Mimo wysokiej straty SO4 walczyło do samego końca. Najpierw Łukasz Grzybowski zdobył bramkę na 6:3, a następnie Antoni Stanios ustalił wynik spotkania na 6:4. Dla zawodnika gospodarzy był to bardzo dobry występ, okraszony golem i asystą.
W drugiej połowie nie zabrakło również wydarzenia, do którego obserwatorzy meczów SO4 zdążyli się już niemal przyzwyczaić. Żółtą kartkę obejrzał Szymon Oniszczuk, który po raz kolejny znalazł się w notesie sędziego. Tym razem napomnienie nie miało jednak większego wpływu na przebieg spotkania ani na końcowy rezultat.
Ostatecznie Furduncio Brasil F.C. wygrało 6:4 i pozostało w grze o awans do wyższej klasy rozgrywkowej. SO4 FC zanotowało trzecią porażkę z rzędu i nie ma już nawet matematycznych szans na utrzymanie w lidze.
Spotkanie Teamu Ivulin, który pogodził się już ze spadkiem, z solidnie prezentującą się w ostatnich tygodniach Warszawską Ferajną miało wyraźnego faworyta. Boisko bardzo szybko potwierdziło przedmeczowe przewidywania, a goście od pierwszego gwizdka pokazali, że nie zamierzają pozostawić żadnych złudzeń.
Ferajna podeszła do tego meczu niezwykle profesjonalnie. Od początku imponowała agresywnym pressingiem, doskokiem do rywala i szybkim przejściem do ataku. Widać było, że dla jednej drużyny jest to już mecz bez większej stawki, a dla drugiej ważny krok w walce o jak najwyższą pozycję na finiszu rozgrywek.
Już od pierwszych minut gospodarze mieli ogromne problemy z wyjściem spod pressingu. Warszawska Ferajna regularnie odbierała piłkę wysoko i błyskawicznie zamieniała przechwyty na sytuacje bramkowe. Największą różnicę robił duet Daniel Żurawski – Franciszek Pogłód, który praktycznie przez całe spotkanie nadawał ton ofensywnym akcjom gości. Żurawski rozegrał prawdziwy koncert skuteczności. Zdobył aż pięć bramek, a jedna z nich była szczególnej urody - potężne uderzenie w samo okienko sprawiło, że bramkarz mógł jedynie odprowadzić piłkę wzrokiem. Pogłód nie zamierzał pozostawać w cieniu kolegi. Na swoim koncie zapisał hat-tricka oraz asystę, wielokrotnie napędzając akcje swojej drużyny i tworząc przewagę w ofensywie.
Trzeba jednak podkreślić, że nie był to wyłącznie popis dwóch zawodników. Cały zespół Ferajny wykonał ogrom pracy. Defensywa grała spokojnie i odpowiedzialnie, środek pola kontrolował tempo meczu, a ofensywa bezlitośnie wykorzystywała kolejne okazje. Plan był prosty: liderzy ofensywy mieli dostarczyć liczby, a reszta drużyny zapewnić stabilność. Efekt okazał się imponujący. Przewaga gości była widoczna od pierwszej do ostatniej minuty, a końcowy wynik tylko to potwierdził.
Mimo wysokiej porażki warto spojrzeć na Team Ivulin szerzej niż przez pryzmat tego jednego meczu. To drużyna zgrana, ambitna i oparta na dobrej atmosferze. Wiele wskazuje na to, że w przyszłym sezonie może mocno namieszać w 5. Lidze. Warszawska Ferajna natomiast pozostaje w grze o 5. miejsce, a walka o jak najwyższą lokatę potrwa prawdopodobnie do ostatnich minut sezonu.
Starcie Mareckich Wyg z Kryształem Targówek było niezwykle ważne w kontekście walki o mistrzostwo. Gospodarze po porażce w poprzedniej kolejce stawili się na mecz w mocnym zestawieniu, licząc na komplet punktów. Goście zebrali na to spotkanie jedynie meczową szóstkę, ale mimo braku zmienników nie zamierzali rezygnować z walki o korzystny wynik.
Pierwsza połowa upłynęła pod znakiem ataków ekipy z Marek. Czuć było mobilizację i chęć wypracowania sobie korzystnego wyniku już od początku spotkania. Kryształ przetrwał jednak trudne momenty, a geniusz Igora Rucińskiego i jego atomowe strzały z dystansu pozwoliły gościom zejść na przerwę przy remisie 2:2.
Po zmianie stron nadal przewagę w ataku i posiadaniu piłki miała drużyna z Marek, jednak mimo wielu stworzonych sytuacji nie potrafiła przełożyć ich na kolejne bramki. To zemściło się w końcówce meczu. Ponownie błysnął Igor Ruciński, który najpierw trafił strzałem z dystansu, a następnie wykorzystał rzut wolny, zdobywając gola na wagę trzech punktów. Trzeba też podkreślić, że goście heroicznie walczyli do samego końca. Nie było o to łatwo, bo rywale narzucili wysokie tempo, a gdyby byli skuteczniejsi, powinni przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść.
Ostatnia kolejka będzie zatem decydująca w walce o tytuł mistrzowski. W niedzielę czekają nas ogromne emocje, a wszystkie rozstrzygnięcia poznamy wieczorem, bo właśnie wtedy zaplanowano mecze na tym poziomie rozgrywkowym.
To było spotkanie, które od pierwszych minut miało jednego głównego bohatera. FC Dziki z Lasu II przyjechały na mecz doskonale przygotowane i bardzo szybko pokazały, że zamierzają narzucić swoje warunki gry. Już od początku goście przejęli inicjatywę, kontrolując przebieg wydarzeń na boisku i skutecznie wykorzystując swoje sytuacje. Warsaw Eagle próbowało odpowiadać, jednak dobrze zorganizowana defensywa rywali nie pozwalała gospodarzom rozwinąć skrzydeł. Efektem przewagi FC Dzików z Lasu II był wynik do przerwy – 4:1 dla gości.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Druga połowa rozpoczęła się od rzutu karnego dla gości. Do piłki podszedł Jakub Przygoda, który zachował pełny spokój i pewnym strzałem podwyższył prowadzenie swojej drużyny. Mimo niekorzystnego wyniku gospodarze nie składali broni. Warsaw Eagle próbowało wrócić do meczu i zmniejszyć straty, jednak każda próba odrobienia wyniku spotykała się z szybką odpowiedzią rywali. Dziki z Lasu imponowały skutecznością, organizacją gry i bardzo dobrym przygotowaniem do tego spotkania.
Z każdą kolejną minutą przewaga gości stawała się coraz bardziej widoczna. Ich akcje były płynne, dobrze przemyślane i regularnie kończyły się groźnymi sytuacjami pod bramką gospodarzy. Warsaw Eagle walczyło ambitnie do końca, lecz tego dnia nie było w stanie zatrzymać rozpędzonych rywali.
Ostatecznie FC Dziki z Lasu II odniosły efektowne i w pełni zasłużone zwycięstwo 9:4, potwierdzając swoją bardzo dobrą dyspozycję. Teraz czeka ich mecz o "być albo nie być" z After Wolą i w takiej formie będą faworytami.
W tabeli 5. ligi panuje już względny spokój. Drużyny, które wywalczyły awans, znamy od pewnego czasu, środek tabeli również się wyklarował, a walka o utrzymanie ogranicza się już tylko do dwóch zespołów. A właściwie ograniczała się, bo Ajaks Warszawa pewnie pokonał Lagę Warszawa, przypieczętowując los obu drużyn. Ajaks zapewnił sobie utrzymanie, a Lagę pozbawił już nawet matematycznych szans na pozostanie w lidze.
Wciąż trwa jednak rywalizacja w klasyfikacji strzelców. Napastnik Ajaksu, Bartek Kopacz, dorzucił w niedzielę kolejnego hat-tricka, dzięki czemu utrzymał pozycję lidera z przewagą jednej bramki nad najgroźniejszymi rywalami. Pierwsze trafienie zanotował z rzutu karnego, a dwa kolejne zdobył, ustalając wynik odpowiednio na 5:0 i 6:0.
Skuteczność Kopacza miała duże znaczenie dla końcowego rezultatu, ale nie była najważniejszym czynnikiem tego zwycięstwa. Kluczową rolę odegrała świetnie funkcjonująca defensywa. Laga Warszawa miała ogromne problemy z przedostaniem się pod bramkę strzeżoną przez Mateusza Nowaka. Nie działało praktycznie żadne rozwiązanie, bo Kevin Long Tran i jego koledzy bardzo sumiennie wywiązywali się ze swoich obowiązków w obronie. Można było odnieść wrażenie, że postawili sobie za cel nie dopuścić rywali pod własne pole karne i konsekwentnie realizowali ten plan.
Włoska szkoła futbolu po raz kolejny znalazła potwierdzenie na boisku, a do tego zawodnicy Ajaksu bardzo dobrze prezentowali się w ofensywie, szczególnie w szybkich atakach. Wszystkie bramki, poza tą zdobytą z rzutu karnego, padły właśnie po dynamicznych kontrach. Nowoczesny futbol opiera się na szybkości działania i podejmowaniu właściwych decyzji w ułamkach sekund. W tym elemencie zdecydowanie lepszy był Ajaks Warszawa, który zasłużenie wygrał 6:0.
Dla gospodarzy był to w zasadzie mecz jedynie o honor, bo w kontekście tabeli 5. ligi niewiele mógł już zmienić. Mimo to Na2Nóżkę podeszło do tego starcia bardzo ambitnie. Zespół stawił się z szeroką ławką rezerwowych i jasnym założeniem, że trzeba powalczyć o trzy punkty. Dla After Wola sytuacja wyglądała zupełnie inaczej - ewentualne zwycięstwo przedłużało szanse na utrzymanie na tym poziomie rozgrywkowym. Już na starcie goście podnieśli sobie poziom trudności, bo przyjechali z zaledwie jednym zmiennikiem. Nadrabiali jednak zaangażowaniem i nieustępliwością.
Początek meczu układał się pod dyktando gospodarzy. W 6. minucie wynik otworzył Wiktor Ślaz, a gra Na2Nóżkę wyglądała na lepiej poukładaną. Wszystko zmieniło się jednak po kwadransie gry. W 14. minucie Filip Domański huknął z dystansu tuż przy słupku i mieliśmy remis. W ciągu dosłownie dwóch kolejnych akcji After Wola odwrócił losy spotkania. Najpierw Paweł Korycki zauważył, że golkiper N2N wyszedł daleko od bramki i posłał strzał przez całe boisko, po którym piłka wpadła do siatki. Chwilę później identycznym zagraniem popisał się Kamil Ptak i nagle zrobiło się 1:3.
Spotkanie nabierało tempa. W 22. minucie na 1:4 trafił Mateusz Socha, ale jeszcze przed przerwą Na2Nóżkę dwukrotnie pokonało Bartka Czajkę. Po golach Wiktora Ślaza i Pawła Daleckiego przewaga After Wola stopniała do zaledwie jednej bramki.
Po zmianie stron goście błyskawicznie podwyższyli prowadzenie – na 3:5 trafił Kamil Ptak. Gospodarze nie odpuszczali i w 33. minucie gola zdobył Maciej Samoraj, ale już chwilę później After wrócił do dwubramkowej przewagi za sprawą kolejnego trafienia Kamila Ptaka. W 36. minucie Na2Nóżkę ponownie doskoczyło do rywali, a na listę strzelców po raz drugi wpisał się Paweł Dalecki. Chwilę później After miał doskonałą okazję do podwyższenia wyniku, ale akcja zakończyła się dwukrotnym obiciem słupka. Pecha miał również Kacper Zielaskiewicz, który po naciągnięciu mięśnia uda nie był w stanie dokończyć meczu. Oznaczało to dla gości grę bez zmian do samego końca.
Mimo to zawodnicy z Woli zachowali zarówno zimną krew, jak i skuteczność w ofensywie. W 40. minucie na 5:7 trafił Filip Domański. Końcowe minuty były prawdziwą wojną nerwów, bo każdy gol mógł przechylić szalę zwycięstwa. W 44. minucie Maciej Samoraj zdobył bramkę na 6:7, ale goście błyskawicznie odpowiedzieli trafieniem Pawła Koryckiego. Gospodarze rzucili dosłownie wszystkie siły do ataku. Do akcji ofensywnych włączył się nawet bramkarz Na2Nóżkę i był to świetny pomysł, bo na minutę przed końcem Aleksander Sordyl skierował piłkę do siatki głową, doprowadzając do wyniku 7:8.
Fortuna była jednak tego dnia po stronie Afteru. W ostatniej minucie Mateusz Socha postawił kropkę nad „i”, a ekipa z Woli dowiozła zwycięstwo do końca, przedłużając swoje szanse na pozostanie w 5. lidze.
Patrząc na wynik, można odnieść wrażenie, że było to dość jednostronne widowisko. Winą za taki obraz spotkania należy głównie obarczyć frekwencję w ekipie FC Fenix – gospodarze do 18. minuty grali w pięciu, a ostatecznie udało się dotrzeć jeszcze zaledwie jednemu zawodnikowi. W efekcie Tylko Zwycięstwo miało bardzo komfortowe warunki do gry.
I choć ekipa braci Jałkowskich ostatecznie wywiozła z tego starcia trzy punkty, to do samego stylu tego zwycięstwa można mieć pewne zastrzeżenia. Mimo że gospodarze przez większość pierwszej połowy grali w osłabieniu, a po przerwie było już widać fizyczne zmęczenie, nie odpuszczali walki do samego końca. Niewykluczone, że przy szerszej ławce rezerwowych mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej. Grając w przewadze, Tylko Zwycięstwo zdobyło początkowo tylko dwa gole – w 5. minucie wynik otworzył Bogusz Sordyl, a cztery minuty później podwyższył Szymon Jałkowski. Potem celowniki napastników TZ wyraźnie się rozkalibrowały, bo na kolejne trafienie trzeba było czekać aż do samej końcówki pierwszej połowy. Wówczas na listę strzelców wpisał się Łukasz Walo.
Po zmianie stron zapunktował Fenix, a bramkę na 1:3 zdobył Roman Braniuk. Był to dla TZ kubeł zimnej wody, jednak goście wykazali się dużym doświadczeniem i uspokoili grę w defensywie, przez co gospodarze nie mieli już zbyt wielu klarownych sytuacji strzeleckich. Maciek Miękina popisał się kilkoma dobrymi interwencjami, a Szymon Jałkowski i Łukasz Walo dołożyli po jednym trafieniu. Na dziesięć minut przed końcem meczu goście prowadzili już komfortowo 5:1. Wprawdzie w 42. minucie na 2:5 trafił Dmytro Balabasev, ale na więcej gospodarzom zwyczajnie zabrakło sił. W samej końcówce rozkręciła się ofensywa Tylko Zwycięstwo – strzelanie rozpoczął Stanisław Włoczewski, a swoje cegiełki dołożyli kolejno Łukasz Walo, Szymon Jałkowski oraz Andrzej Morawski. Momentalnie zrobiło się 2:9 i było już po meczu.
Ostatnie słowo należało do Yuriego Vovkotruba, który zdobył ostatniego gola dla Fenixa. Spotkanie zakończyło się wyraźnym zwycięstwem gości 9:3. Tym samym wciąż są oni w grze o mistrzostwo 5. ligi.
Pojedynek Szmulek Warszawa z Bartolini Pasta zapowiadał się na starcie o sporym ciężarze gatunkowym. Obie ekipy miały przed tym meczem po 20 punktów i twardo walczyły o piąte miejsce, które daje przepustkę do Pucharu Ligi Fanów oraz gwarantuje pewne utrzymanie w rozgrywkach na kolejny sezon.
Pierwsza połowa to bardzo dobra i skuteczna gra Szmulek. Gospodarze otworzyli wynik w 7. minucie po bramce Pacholczaka. Co prawda w 15. minucie, po dograniu Jakuba Trzaskowskiego, wyrównał Arkadiusz Kamiński, ale końcówka tej części gry zdecydowanie należała do gospodarzy. W 18. minucie na 2:1 trafił Mateusz Łęcki, a w 25. minucie prowadzenie podwyższył Borys Sułek. Szmulki na tle rywala wyglądały znacznie pewniej i sprawiały wrażenie drużyny mającej pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Z kolei Bartolini Pasta grało w tej części meczu bez większego pomysłu i na przerwę schodziło z dwubramkową stratą (3:1).
Goście obudzili się tak naprawdę dopiero po zmianie stron, a obraz gry całkowicie się odwrócił. Z gospodarzy uszło powietrze, a Bartolini rzuciło się do odrabiania strat. Świetną robotę wykonał duet Mateusz Brożek – Jakub Trzaskowski, który wziął na swoje barki losy tego spotkania. Sygnał do ataku dał w 39. minucie Brożek, a zaledwie cztery minuty później ten sam zawodnik doprowadził do remisu 3:3 kapitalnym strzałem z rzutu wolnego. Szmulki były wyraźnie rozbite utratą prowadzenia, co goście bezlitośnie wykorzystali. W 45. minucie Trzaskowski – również bezpośrednio z rzutu wolnego – wyprowadził Bartolini na prowadzenie 4:3. W samej końcówce, w 50. minucie, ten sam zawodnik zamknął mecz golem na 5:3, pewnie wykańczając akcję po podaniu Zaremby.
Szmulki po bardzo dobrej pierwszej połowie kompletnie stanęły w drugiej części spotkania i na własne życzenie wypuściły z rąk zwycięstwo. Bartolini Pasta po raz kolejny udowodniło jednak swój charakter, odwracając wynik z 1:3 na 5:3. Dzięki świetnej postawie swoich liderów zespół wykonał ogromny krok w stronę zajęcia piątego miejsca na koniec sezonu.
Mecz o mistrzostwo na dwie kolejki przed końcem sezonu, oba zespoły rozdzielone zaledwie dwoma punktami. W tym spotkaniu wszystko mogło się wydarzyć.
Shot DJ wyszli na boisko jak po swoje. Szymański kozłującym strzałem z dystansu otworzył wynik, Kopyść dobił piłkę do pustej bramki po zgraniu partnera, a Jabłoński po przechwycie podwyższył na 0:3, zanim Zaborów zdążył się pozbierać. Bartkiewicz trafił z woleja, a Jabłoński po efektownym rajdzie podwyższył na 0:5.
Zaborów przez długie minuty był po prostu nieobecny na boisku, oddając inicjatywę bez większej walki. W końcu gospodarze się obudzili. Jacewicz i Jarosz szybko zmniejszyli straty do 2:5, a Zaborów zaczął rozgrywać piłkę z bramkarzem i budować swoją pozycję na boisku. Szymański odpowiedział jednak kapitalnym strzałem w okienko sprzed pola karnego, podwyższając na 2:6. Za sprawą trafień Ratajczaka i Rutkowskiego do przerwy wynik wskazywał 3:7.
Po zmianie stron Zaborów przejął inicjatywę, a goście skupili się bardziej na defensywie. Czarnecki po dwóch wcześniej ofiarnie zablokowanych strzałach wreszcie znalazł drogę do siatki i zdobył bramkę na 4:7. Gospodarze poczuli, że jeszcze nie jest za późno na odwrócenie losów meczu. Napięcie sięgało zenitu. Po jednym z fauli doszło do zamieszania, a sędzia sięgnął po kartki – żółtą dla zawodnika Shot DJ oraz żółtą i czerwoną dla graczy Zaborowa. Grający w przewadze goście szybko to wykorzystali. Bartkiewicz dołożył nogę przy bramce na 4:8, a Jabłoński efektownym strzałem z dystansu przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny.
Mistrzostwo Shot DJ staje się coraz bardziej realne. Goście obejmują prowadzenie w tabeli i potrzebują już tylko jednego dobrego meczu, by sięgnąć po tytuł. Bohaterem spotkania został Szymański, który zakończył mecz z dorobkiem dwóch bramek i trzech asyst.
Saska Kępa w 17. kolejce mogła przedłużyć swoje szanse na utrzymanie na poziomie 6. ligi. Ekipa Sante była natomiast już pogodzona ze spadkiem. W meczu bezpośrednim jedni mogli więc wygrać bardzo dużo, drudzy zaś skutecznie pokrzyżować ich plany. Zawodnicy Sante najwyraźniej wolą północną część Pragi, bo pociągnęli Saską Kępę ze sobą na dno.
Sante zaczęło bardzo mocno. Dwa szybkie ciosy i pewne strzały ze środkowej strefy pola karnego, umieszczone tuż przy słupku, dały gościom znakomite wejście w mecz. Na tyle dobre, że chyba sami zawodnicy byli zaskoczeni takim początkiem, co w pewnym momencie wprowadziło nieco dekoncentracji. Reprezentanci Saskiej Kępy wdrożyli plan naprawczy i choć nie odrobili strat tak szybko, jak je tracili, to zdołali wrócić do gry. Czy dekoncentracja może być zaraźliwa? To pytanie do lekarzy, ale w tym meczu można było zaobserwować podobne objawy. Zawodnicy Saskiej Kępy ponownie zaczęli tracić gole, a wszystko rozpoczęło się od prostego błędu organizacyjnego. Wracający na boisko po karze zawodnik nie zauważył, że jego kolega już zajął jego miejsce, przez co drużyna została ponownie ukarana żółtą kartką.
Saska Kępa przez kolejne trzy minuty musiała grać w osłabieniu, co dla Sante okazało się wodą na młyn. Goście bezlitośnie wykorzystali ten moment i ostatecznie sięgnęli po pewne zwycięstwo 6:3. Warto podkreślić, że całe spotkanie stało na całkiem niezłym, piłkarskim poziomie. Bohaterem meczu został Tomek Kawalec, który popisał się hat-trickiem. Po jednej bramce dołożyli Grzegorz Kozłowski, Jakub Melak i Paweł Kowalski.
Sante spada z ligi, ale może schodzić z boiska z podniesioną głową. Razem z nimi ligę opuszcza również Saska Kępa. Jedni powiedzą, że to złośliwość losu, inni, że prawdziwa sportowa rywalizacja do samego końca. Wszystko zależy od tego, czy jest się kibicem z Saskiej Kępy, czy ze Szmulowizny.
Niby mecz piłkarskich szóstek, a momentami zdawał się być wyjęty z futbolu jedenastoosobowego. Niby w tabeli mierzące się zespoły dzieliło aż szesnaście punktów, a jednak spotkanie miało przebieg tak wyrównany, jakby była to potyczka o mistrzostwo ligi. Trzeba przyznać, że obie ekipy zachowały koncentrację przez pełne pięćdziesiąt minut, i to pomimo coraz mocniej operującego słońca oraz niewielkiej liczby zmienników – u Mikstury było ich dwóch, a w Green Lantern okrągłe zero.
Widowisko stało na naprawdę wysokim poziomie i wyraźnie dało się odczuć doświadczenie bijące z obu stron, jak przystało na drużyny, które w Lidze Fanów rozegrały już wiele sezonów. Z uwagi na braki kadrowe Green Lantern skorzystało z koła ratunkowego w postaci transferu Mateusza Rozkresa z trzecioligowego GLK. Między słupkami oglądaliśmy natomiast kolejny eksperyment – tym razem rękawice bramkarskie przywdział Sebastian Świpiarski i spisywał się naprawdę znakomicie, zarówno na linii, jak i w rozegraniu.
Drużyna gości dysponowała oczywiście szeregiem swoich najaktywniejszych gwiazd, a więc zwinnymi i technicznymi dryblerami – Łukomskim, Zawadzińskim oraz Junowiczem. To właśnie ten ostatni dał Miksturze prowadzenie w 18. minucie. Po podaniu Andrzeja Łukomskiego płaskim strzałem pokonał golkipera rywali. Kiedy wydawało się już, że Adrian Sosnowski zejdzie na przerwę z czystym kontem, dosłownie minutę przed gwizdkiem fenomenalnym uderzeniem z powietrza popisał się zdecydowanie najaktywniejszy zawodnik gospodarzy, Damian Dobrowolski. Wykorzystał on podanie jednego z najlepszych rozgrywających 6. Ligi, Patryka Podgórskiego, i doprowadził do wyrównania.
W drugiej połowie obraz gry właściwie się nie zmienił. Niespecjalnie było widać zmęczenie po którejkolwiek ze stron. Na nieco częstsze natarcia Mikstury, przez co mnóstwo pracy w defensywie miał Kuba Mendak, Green Lantern odpowiadało rzadszymi, ale konkretniejszymi sytuacjami pod bramką rywali. Na nieszczęście Zielonych Latarni Kamil Bieliński nie potrafił tego dnia znaleźć drogi do siatki.
W spotkaniach tak wyrównanych o przydziale punktów często decydują najdrobniejsze detale. Tak było i tym razem. Kluczowy okazał się z pozoru niegroźny faul na Junowiczu przed polem karnym gospodarzy. Strzelec pierwszego gola wziął na siebie wykonanie wywalczonego przez siebie stałego fragmentu gry i precyzyjnym strzałem przy dalszym słupku ponownie wyprowadził Miksturę na prowadzenie. Kluczowi dla utrzymania kontroli nad meczem okazali się również niezwykle doświadczeni Mateusz „Meli” Jochemski oraz Dariusz „Wujek” Jochemski. Choć nie zapisali na swoim koncie ani gola, ani asysty, to dołożyli bardzo ważną cegiełkę do końcowego triumfu gości.
Skromne zwycięstwo 2:1 pozwoliło Miksturze wrócić na najniższy stopień podium i przerwać passę czterech porażek z rzędu. Dla Green Lantern oznaczało natomiast definitywne przekreślenie szans na utrzymanie w 6. Lidze.
Patrząc na sytuację w tabeli przed pierwszym gwizdkiem, obie drużyny miały o co walczyć. Georgian Team zajmował trzecie miejsce, które daje awans, natomiast Old Eagles broniło piątej lokaty, premiowanej awansem do Pucharu Fanów. Choć motywacji nie brakowało po obu stronach, faworyt wydawał się oczywisty. Gruzini przez cały sezon prezentowali bardzo wysoką jakość i zasłużenie znajdowali się w ścisłej czołówce tabeli.
Początek meczu tylko potwierdzał te przewidywania. Szybko dał o sobie znać Saba Lomia, który zdobył swoją 61. bramkę w sezonie, a Georgian Team błyskawicznie wypracował sobie dwubramkową przewagę. Wydawało się, że gospodarze spokojnie kontrolują sytuację i zmierzają po kolejne ważne zwycięstwo. Wtedy jednak wydarzyło się coś, czego mało kto się spodziewał. Old Eagles nie tylko nie załamało się po słabym początku, ale wręcz odpowiedziało z ogromną siłą. Goście zaczęli grać odważniej, szybciej i przede wszystkim skuteczniej. Z minuty na minutę przejmowali inicjatywę, a ich ofensywa funkcjonowała znakomicie. Efekt? Z wyniku 2:0 zrobiło się 2:5.
Ogromny udział w tym zwrocie akcji miał Piotr Parol, który rozegrał jedno z najlepszych spotkań w sezonie. Trzy asysty i bramka przeciwko drużynie walczącej o awans to wynik imponujący sam w sobie, ale jeszcze większe wrażenie robił sposób, w jaki wpływał na grę swojej drużyny. Niemal każda groźna akcja przechodziła przez jego nogi. Spokój, pewność siebie, wizja gry i jakość podań sprawiały, że obrona Georgian Team miała ogromne problemy z zatrzymaniem gości.
Gospodarze oczywiście nie zamierzali się poddać. Problem polegał jednak na tym, że Orzełki za każdym razem znajdowali odpowiedź. Georgian Team próbował odrabiać straty, a ciężar ofensywy wziął na siebie Giorgi Gabrichidze, który skompletował hat-tricka i utrzymywał swoją drużynę w grze. Finalnie ostatnia bramka Gabrichidzego na 6:7 padła dopiero w ostatniej akcji meczu i była już jedynie zmniejszeniem rozmiarów porażki. Niespodzianka stała się faktem! Bardzo bolesna dla Georgian Team, który po tej porażce spadł na czwarte miejsce i przed ostatnią kolejką nie będzie już zależny wyłącznie od własnych wyników.
Old Eagles natomiast wykonało ogromny krok w stronę obrony piątej lokaty i miejsca premiowanego awansem do Pucharu Fanów. Taki wynik może okazać się bezcenny na finiszu sezonu.
Hit 7. Ligi Fanów nie zawiódł oczekiwań. Wicelider tabeli Oldboys Derby podejmował mistrza rozgrywek, Alash FC. Dla gości stawka była już niewielka, ponieważ tytuł mistrzowski zapewnili sobie wcześniej. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja gospodarzy. Zwycięstwo gwarantowało im awans do wyższej klasy rozgrywkowej, dlatego od pierwszego gwizdka grali z ogromną determinacją.
Spotkanie rozpoczęło się od prowadzenia Alash FC po trafieniu Dauleta Nyyazova. Oldboys Derby szybko odpowiedzieli za sprawą Marcina Wiktoruka, a następnie wyszli na prowadzenie po golu Grzegorza Zaleskiego. Mistrzowie ligi pokazali jednak swoją jakość i jeszcze przed przerwą doprowadzili do remisu 2:2. Po raz drugi do siatki trafił Nyyazov, a asystę przy tym golu zanotował Madiyar Seiduali.
Po zmianie stron mecz nabrał jeszcze większych rumieńców. Kluczowy moment nastąpił na początku drugiej połowy, gdy po niefortunnym trafieniu samobójczym Madiyara Seidualiego gospodarze objęli prowadzenie 3:2. Chwilę później Oldboys Derby poszli za ciosem, a Marcin Wiktoruk zdobył swoją drugą bramkę w meczu, podwyższając wynik na 4:2. Alash FC nie zamierzał jednak składać broni. Kontaktowego gola zdobył Seiduali, częściowo rehabilitując się za wcześniejsze pechowe trafienie samobójcze. Gdy wydawało się, że końcówka będzie niezwykle nerwowa, kolejny cios zadali gospodarze. Kamil Bassa wykorzystał swoją okazję i podwyższył prowadzenie na 5:3, przybliżając Oldboysów do upragnionego awansu.
Mistrzowie ligi walczyli do samego końca i w ostatnich minutach zdołali jeszcze zdobyć bramkę na 5:4, zmniejszając rozmiary porażki. Na więcej nie pozwolił jednak dobrze dysponowany zespół gospodarzy, który po końcowym gwizdku mógł rozpocząć świętowanie. Dzięki temu zwycięstwu Oldboys Derby zapewnili sobie awans do wyższej klasy rozgrywkowej, pieczętując świetny sezon w najlepszy możliwy sposób.
Dla Eagles FC był to bardzo ważny mecz w kontekście tabeli 7. ligi. Ewentualna porażka mogła skończyć się dla tej ekipy przesunięciem do strefy spadkowej, dlatego w szeregach gospodarzy dało się zauważyć wyraźną mobilizację. SKRA nie popisała się natomiast frekwencją i stawiła się na placu gry w zaledwie sześć osób.
Gospodarze powinni mieć więc ułatwione zadanie, ale o dziwo to goście jako pierwsi wyszli na prowadzenie. Już w 3. minucie wynik otworzył Israel Mipakatahar. Riposta przyszła szybko, bo już w kolejnej akcji Eagles doprowadzili do wyrównania, a na listę strzelców wpisał się Javid Suleymanov. Skra odpowiedziała błyskawicznie. Chwilę nieuwagi w szyku obronnym Eagles ponownie wykorzystał Israel Mipakatahar. Po tak dynamicznym początku tempo meczu nieco się uspokoiło, ale w 16. minucie znów zapunktowali goście, a tym razem gola zdobył Lewis Onuigbo. Gospodarze napierali na bramkę Noana Bahadira, a w 19. minucie ofiarną interwencją popisał się Zemoudine Fouapon, który wybił piłkę z linii bramkowej. Na niewiele się to jednak zdało, bo chwilę później piłkę do siatki skierował Asim Mizzayev. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało jednak do gości, a hat-tricka skompletował Israel Mipakatahar.
Po zmianie stron gospodarze szybko zabrali się za odrabianie strat. Już w 27. minucie na 3:4 trafił Javid Suleymanov. Niestety dla Eagles FC był to początek końca ich nadziei na korzystny rezultat. Minutę później dublet skompletował Lewis Onuigbo, a gospodarzom coraz bardziej brakowało koncentracji i cierpliwości. W efekcie w ciągu kilku kolejnych minut SKRA odjechała z wynikiem na 7:3 i było już praktycznie po meczu. Wprawdzie w 40. minucie drugiego gola zdobył Asim Mizzayev, ale było to zdecydowanie za mało, by wrócić do gry. SKRA dokładała kolejne trafienia, a kropkę nad „i” w ostatniej minucie meczu postawił Paweł Mączka.
Dzięki temu SKRA mogła cieszyć się ze zdobycia trzech punktów po bardzo skutecznym występie mimo niezwykle skromnej kadry.
Driperzy przystępowali do tego starcia ze świadomością, że Eagles FC przegrali swój mecz. Oznaczało to, że w przypadku zwycięstwa gospodarze wydostaną się ze strefy spadkowej. Ta perspektywa musiała działać na nich wyjątkowo mobilizująco, bo spotkanie było praktycznie rozstrzygnięte już po ośmiu minutach gry.
Już w 1. minucie wynik otworzył Norbert Gregorczyk. Chwilę później po raz pierwszy zapunktował Jan Strzembosz, a następnie dublet skompletował wyjątkowo aktywny tego dnia Wiktor Stojek i na tablicy wyników widniało już 4:0.
Virtualne Ń to doświadczona ekipa, a boiska Ligi Fanów widziały już bardziej spektakularne powroty do gry. Tego dnia goście nie popisali się jednak frekwencją, a brak Szymona Kolasy wyraźnie osłabił ich blok ofensywny. Nie bez znaczenia było również to, że Driperzy byli po prostu „w gazie”. Szczególnie dobrze funkcjonował duet Mikołaj Owczarczyk – Wiktor Stojek, który regularnie napędzał akcje gospodarzy. Swoją cegiełkę jeszcze przed przerwą dołożył Bartek Dłutowski i Driperzy schodzili do szatni z bardzo komfortowym prowadzeniem 5:0.
Po zmianie stron nieco ożywili się napastnicy Virtualnego Ń i w 27. minucie na listę strzelców wpisał się Wojciech Kalinowski. Gol ten nie odmienił jednak losów meczu. Defensywa Driperów była tego dnia niezwykle szczelna, a Sebastian Papierz, strzegący bramki gospodarzy, nie miał zbyt wiele pracy. Po drugiej stronie boiska Wiktor Stojek wrzucił jeszcze wyższy bieg i w ciągu kilku minut trzykrotnie wypracował kolegom doskonałe sytuacje bramkowe. Jan Strzembosz i Mikołaj Owczarczyk nie zamierzali ich marnować. Wszystko układało się po myśli gospodarzy i nawet samobójcze trafienie Kuby Brodzika zostało przyjęte przez nich ze spokojem.
Driperzy bezlitośnie punktowali przeciwnika, a gdy licznik zatrzymał się na trzynastu trafieniach, Michał Burakowski ustalił wynik spotkania na 13:3.
W konfrontacji z 7. ligi KK Wataha Warszawa pokonała Warsaw Gunners FC 5:4. Obie drużyny stworzyły ciekawe widowisko, a o losach punktów zdecydowały detale oraz skuteczność w kluczowych momentach meczu.
Pierwsze fragmenty należały do Watahy, która lepiej weszła w spotkanie i szybciej znalazła drogę do bramki. Wynik otworzył Czernecki, a kilka minut później prowadzenie gości podwyższył Kacperski. Gunners z czasem zaczęli dochodzić do głosu, tworzyli sporo sytuacji i mieli swoje okazje, ale długo brakowało im skutecznego wykończenia. Przed przerwą odpowiedział Jabłoński, zmniejszając straty do 1:2.
Druga połowa początkowo jeszcze bardziej skomplikowała sytuację Gunners. Wataha wykorzystała przechwyt oraz kolejną skuteczną akcję i odskoczyła na 4:1. Wtedy jednak mecz zaczął się zmieniać. Gunners ruszyli wysokim pressingiem, coraz częściej zamykali rywali pod ich bramką i szukali uderzeń z dystansu. Ważne interwencje notował też Warpechowski, który po przerwie utrzymywał swój zespół przy życiu. Największy ciężar gry w ofensywie wziął na siebie Jabłoński. Najpierw precyzyjnym strzałem po ziemi zmniejszył straty, później skompletował hat-tricka uderzeniem przy dalszym słupku, a następnie asystował przy golu Mostowskiego na 4:4. Gunners wrócili z wyniku 1:4 i wydawało się, że po takim zrywie mogą jeszcze pójść za ciosem. Wataha odpowiedziała jednak natychmiast. Zaledwie minutę po wyrównaniu Korzeniewski zdobył bramkę na 5:4, odbierając gospodarzom punkt w samej końcówce spotkania.
Dla Gunners ta porażka oznacza utratę szans na awans i przekreśla bardzo udaną serię ostatnich występów. KK Wataha Warszawa natomiast dopisała do swojego dorobku niezwykle cenne trzy punkty.
Poranek na AWF-ie przyniósł jedno z bardziej emocjonujących spotkań 17. kolejki. FC Alliance, mimo gry bez zmienników, pokonało Synów Księdza 5:4, rewanżując się za jesienną porażkę 1:5 i odnosząc drugie zwycięstwo z rzędu po wcześniejszej serii niepowodzeń.
Początek spotkania był dość ostrożny, choć groźniej atakowali Synowie Księdza. Już od pierwszych minut dobrze między słupkami spisywał się Pryciński, który kilkoma pewnymi interwencjami dawał swojej drużynie sporo pewności w defensywie i był jednym z wyróżniających się zawodników początku meczu. Goście byli aktywniejsi, trafili również w słupek, a swoją przewagę udokumentowali dwoma golami zdobytymi w odstępie zaledwie minuty. Najpierw po szybkim przejęciu i sprawnie rozegranej akcji na listę strzelców wpisał się Ziembiński, a chwilę później prowadzenie podwyższył Jusiński, wykorzystując błąd bramkarza rywali. Alliance długo szukało sposobu na odwrócenie niekorzystnego wyniku. Jeszcze przed przerwą kontaktową bramkę dał strzał Chernukhy, po którym piłka odbiła się od jednego z obrońców i wpadła do siatki.
Po zmianie stron gospodarze szybko doprowadzili do remisu, jednak Synowie Księdza nie zamierzali oddawać inicjatywy. Najpierw ponownie wyszli na prowadzenie, a następnie po akcji Godzimirskiego i trafieniu Ziembińskiego odskoczyli na 4:2. Wydawało się, że prowadzący mają mecz pod kontrolą, jednak końcówka należała już do Alliance. Gospodarze najpierw zdobyli bramkę kontaktową, a kilka minut później doprowadzili do wyrównania. Gdy wszystko wskazywało na podział punktów, o losach spotkania przesądził Maksymovych, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo 5:4.
Dzięki temu zwycięstwu FC Alliance praktycznie zapewniło sobie utrzymanie i kontynuuje udaną końcówkę sezonu. Synowie Księdza mogą natomiast żałować niewykorzystanej szansy, bo jeszcze na kilka minut przed końcem mieli ten mecz pod pełną kontrolą.
Jeżeli ktoś przed pierwszym gwizdkiem szukał meczu pełnego zwrotów akcji, to starcie Shitable z Kresowią Warszawa z pewnością spełniło wszystkie oczekiwania. Spotkanie miało wszystko, czego można oczekiwać od końcówki sezonu – gole, nieustannie zmieniające się prowadzenie oraz dramaturgię, która utrzymywała się aż do ostatniego gwizdka sędziego.
Od początku było widać, że gospodarze nie zamierzają pełnić jedynie roli tła dla zespołu walczącego o miejsce w czołowej piątce. Shitable grało odważnie i skutecznie wykorzystywało swoje okazje, dzięki czemu szybko pokazało, że Kresowię czeka znacznie trudniejsze zadanie, niż mogło się wydawać przed meczem. Goście odpowiadali jednak tym samym i już od pierwszych minut trwała prawdziwa wymiana ciosów. Pierwsza połowa była niezwykle wyrównana. Żadna z drużyn nie potrafiła wypracować sobie bezpiecznej przewagi, a wynik zmieniał się niemal z akcji na akcję. Raz bliżej prowadzenia byli gospodarze, chwilę później inicjatywę przejmowali goście. Ostatecznie po sześciu trafieniach na tablicy wyników widniał remis 3:3, który idealnie oddawał obraz wydarzeń na boisku.
Po zmianie stron emocji było jeszcze więcej. Obie ekipy grały ofensywnie, momentami całkowicie zapominając o kalkulacji. Prowadzenie przechodziło z rąk do rąk niczym w kalejdoskopie. Gdy wydawało się, że Shitable jest o krok od sprawienia niespodzianki, Kresowia potrafiła błyskawicznie odpowiedzieć. Kiedy z kolei goście obejmowali prowadzenie, gospodarze znajdowali sposób, by ponownie doprowadzić do wyrównania. Decydujące momenty należały jednak do Kresowii Warszawa. W końcówce spotkania goście zachowali więcej zimnej krwi i zadali ten najważniejszy cios. Dzięki skutecznej akcji w kluczowym momencie meczu wyszarpali niezwykle cenne zwycięstwo 8:7, które może mieć ogromne znaczenie w kontekście walki o miejsce w TOP 5 i przepustkę do czerwcowego turnieju Superbet.
Shitable po raz kolejny pokazało ogromny charakter i mimo porażki zasłużyło na słowa uznania. Gospodarze byli bardzo blisko sprawienia niespodzianki, jednak tym razem zabrakło im odrobiny szczęścia. Kresowia natomiast udowodniła, że mimo utraty szans na podium nadal potrafi walczyć o swoje cele. Trzy punkty zdobyte po tak zaciętym boju smakują podwójnie i pozwalają z dużym optymizmem patrzeć na ostatnią kolejkę sezonu.
Spotkanie pomiędzy FC Legion UA a Force Fusion FC zapowiadało się niezwykle interesująco. Stawka była szczególnie wysoka dla gospodarzy, którzy w przypadku zwycięstwa wciąż mogliby liczyć się w walce o miejsce na podium. Goście mieli już natomiast zapewniony awans do wyższej klasy rozgrywkowej, jednak od pierwszego gwizdka było widać, że nie zamierzają odpuszczać tego meczu.
Początek spotkania był wyrównany, choć to Force Fusion stwarzało sobie zdecydowanie więcej groźnych sytuacji podbramkowych. Na posterunku znakomicie spisywał się jednak Andriy Prikaziuk, który wielokrotnie ratował swój zespół przed utratą bramki. Bramkarz Legionu prezentował świetną formę między słupkami i dosłownie zamurował dostęp do własnej bramki. Niewykorzystane okazje lubią się mścić i dokładnie tak było tym razem. Choć na pierwsze trafienie kibice musieli czekać dość długo, to właśnie Legion jako pierwszy znalazł drogę do siatki. W końcówce pierwszej połowy Pavlo Chornobai skutecznie wykończył jedną z akcji gospodarzy, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Do przerwy Legion prowadził więc 1:0.
Po zmianie stron ponownie oglądaliśmy zaciętą i pełną walki rywalizację. Kilka minut po wznowieniu gry zawodnicy Force Fusion FC doprowadzili do wyrównania za sprawą Oleha Leshchyshyna, który wykorzystał swoją szansę i przywrócił nadzieje gości na korzystny rezultat. Żadna z drużyn nie zamierzała jednak zadowolić się remisem. Akcje sunęły raz pod jedną, raz pod drugą bramkę, a emocji nie brakowało do samego końca. Na około dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem ponownie błysnął Pavlo Chornobai. Zawodnik Legionu popisał się kapitalnym uderzeniem, nie dając najmniejszych szans bramkarzowi rywali i po raz drugi tego dnia wyprowadził swój zespół na prowadzenie.
Gospodarze byli bardzo blisko niezwykle cennego zwycięstwa, jednak nie zdołali utrzymać korzystnego wyniku do końca. W samej końcówce meczu do głosu ponownie doszli goście. Po jednym z ataków Nazar Dydchyk doprowadził do wyrównania, ustalając wynik spotkania na 2:2.
Dla FC Legion UA remis oznacza utratę matematycznych szans na zajęcie miejsca na ligowym podium przed ostatnią kolejką sezonu. Force Fusion FC mogą natomiast z pełnym spokojem świętować awans do wyższej klasy rozgrywkowej, potwierdzając w tym spotkaniu, że nieprzypadkowo należą do najlepszych zespołów 8. ligi.
Batalia między pomiędzy piątym w tabeli FC Pers a ósmym FC Patriot miało ogromny ciężar gatunkowy. Sytuacja w lidze jest na tyle wyrównana, że ewentualne zwycięstwo gości mogło momentalnie wywindować ich do czołowej piątki, jednocześnie zrzucając gospodarzy tuż nad strefę spadkową.
FC Patriot weszło w ten mecz z jasnym planem i od razu ruszyło do ataku. Już w 1. minucie wynik otworzył Volodymyr Pedosiuk. Co prawda w 15. minucie Rahmatjon Abduhafizov wyrównał na 1:1, ale to goście wyglądali na boisku znacznie pewniej. W 22. minucie na 1:2 trafił Mykyta Rai, a zaledwie dwie minuty później Persów przed utratą kolejnego gola musiał ratować Kamol, wybijając piłkę z samej linii bramkowej. W 25. minucie goście i tak dopięli swego, podwyższając prowadzenie na 3:1. Mając dwie bramki przewagi, Patriot wyglądał na drużynę, która pewnie dowiezie zwycięstwo. Z biegiem czasu obraz gry jednak całkowicie się odwrócił.
FC Pers obudził się w najważniejszym momencie i rzucił do odrabiania strat. Sygnał do ataku dał w 33. minucie ponownie Abduhafizov, zdobywając bramkę kontaktową na 2:3. Goście wyraźnie stanęli, a zaledwie trzy minuty później do wyrównania na 3:3 doprowadził Kamol. Patrioci byli wyraźnie rozbici utratą przewagi, co gospodarze bezlitośnie wykorzystali. W 39. minucie FC Pers zadał decydujący cios, wychodząc na prowadzenie 4:3, którego nie oddał już do końcowego gwizdka.
FC Pers zaliczył kapitalny powrót, wyciągając wynik z 1:3 na 4:3 i pokazując na boisku ogromny charakter. Dzięki tej wygranej gospodarze bronią swojej pozycji w czołówce tabeli, a FC Patriot na własne życzenie wypuszcza z rąk pewne punkty i ogromną szansę na ucieczkę z dolnych rejonów ligowej hierarchii.
Przed starciem pomiędzy ASAP Vegas FC a KSB II Warszawa murowanym faworytem wydawali się gospodarze. Ekipa ASAP, po tym jak w ostatniej kolejce ostatecznie straciła szanse na wicemistrzostwo, chciała po prostu przypieczętować zdobycie brązowych medali. KSB II z kolei mogło podejść do meczu ze spokojnym nastawieniem, ponieważ nie walczyło już o najwyższe cele. Spodziewaliśmy się pewnego zwycięstwa faworyta, ale na boisku doszło do niespodzianki.
Początek meczu zwiastował dość wyrównaną walkę. W 14. minucie wynik otworzył Maksym Hluschenko z KSB II, wykorzystując podanie Vitaliia Balandziuka. ASAP zdołał odpowiedzieć w 23. minucie, kiedy Norbert Dymiński trafił do siatki po dograniu Roberta Rzący. Na przerwę schodziliśmy przy remisie 1:1.
Po zmianie stron gospodarze ruszyli do przodu i w 27. minucie Dymiński skompletował dublet, wyprowadzając ASAP na prowadzenie 2:1. Wydawało się wtedy, że faworyt wreszcie złapał swój rytm, jednak to, co wydarzyło się chwilę później, całkowicie odmieniło losy spotkania. Od 30. minuty KSB II po prostu zdemolowało defensywę rywala, aplikując mu aż siedem bramek z rzędu. Koszmar gospodarzy nakręcał rewelacyjny duet KSB. Maksym Marchenko skompletował hat-tricka, a Maksym Hluschenko dorzucił kolejne trafienia, kończąc mecz z imponującym dorobkiem czterech goli. Swoją bramkę dołożył również Balandziuk. W efekcie spotkanie zakończyło się prawdziwą deklasacją i zwycięstwem KSB II Warszawa 8:2.
ASAP Vegas FC po katastrofalnej drugiej połowie zostaje bez punktów i musi mocno uważać w ostatniej kolejce, by nie stracić trzeciego miejsca w tabeli na rzecz goniących ich Królewskich. KSB II sprawiło natomiast niespodziankę, udowadniając, że zapowiedzi o niesprzedawaniu tanio skóry nie były rzucane na wiatr.
Wicelider 9. ligi nie miał większych problemów z dopisaniem kolejnych punktów. LaFlame Bielany pokonało A.D.S. Scorpion’s 10:3, od początku do końca kontrolując przebieg spotkania i potwierdzając różnicę, jaka dzieli oba zespoły w ligowej tabeli.
Już pierwsze minuty pokazały, w jakim kierunku będzie zmierzał ten mecz. Zawodnicy LaFlame wysoko pressowali, często odbierali piłkę na połowie rywala i szybko zamieniali przewagę na kolejne sytuacje bramkowe. Efektem były trzy gole zdobyte jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa. Dodatkowym problemem Scorpion’s okazała się kontuzja bramkarza, który z powodu urazu musiał opuścić boisko już przy stanie 0:2. Od tego momentu gospodarze nie mieli już żadnego zawodnika na ławce rezerwowych, co przy tak wymagającym spotkaniu dodatkowo utrudniało im zadanie.
Mimo wyraźnej przewagi rywali Scorpion’s potrafili od czasu do czasu zagrozić bramce przeciwnika. Jednym z takich momentów było trafienie Balceraka na 1:3. Po jego mocnym strzale z dystansu piłka odbiła się od poprzeczki i zatrzepotała w siatce. Był to jednak tylko chwilowy przebłysk, bo jeszcze przed przerwą LaFlame dołożyło dwa kolejne trafienia i schodziło do szatni z komfortowym prowadzeniem 5:1.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Goście nadal dominowali w posiadaniu piłki i regularnie tworzyli sobie sytuacje bramkowe. Na listę strzelców wpisywali się kolejni zawodnicy, a duży udział przy wielu akcjach miał Kołodziejski, który oprócz trzech bramek zanotował również dwie asysty. Scorpion’s odpowiedzieli jeszcze dwoma trafieniami, w tym drugim golem Balceraka, jednak nie byli w stanie nawiązać realnej walki o korzystny wynik. LaFlame po raz kolejny potwierdziło swoją wysoką pozycję w tabeli i nie pozostawiło złudzeń niżej notowanemu rywalowi.
A.D.S. Scorpion’s walczyło ambitnie, jednak różnica jakości między zespołami była tego dnia wyraźnie widoczna, a końcowy wynik 10:3 w pełni odzwierciedla przebieg spotkania.
Gamba Veloce nie dała rywalom żadnych szans. Jeśli ktokolwiek spodziewał się powtórki jesiennego starcia, kiedy to właśnie Bielany wyszły zwycięsko, już po pierwszych minutach wiedział, że tym razem taki scenariusz raczej się nie powtórzy.
Początek meczu rozegrał się w niesamowitym tempie. Wolski otworzył wynik po składnej akcji, Skwirtniański dorzucił dwa gole z rzędu i do 13. minuty Gamba prowadziła już 6:0, kończąc większość akcji koronkowymi rozegraniami do pustej bramki. W tym czasie Bielany straciły dwóch zawodników z powodu odnowionych kontuzji, co nie zwiastowało niczego dobrego na dalszą część spotkania. Goście próbowali odpowiadać kontratakami, ale bez większego efektu. Przez dłuższy czas kolejnych goli nie oglądaliśmy, jednak Gamba spokojnie utrzymywała pełną kontrolę nad wydarzeniami na boisku.
Po przerwie historia w dużej mierze się powtórzyła. Dybowski trafił z dystansu na 7:0, Skwirtniański asystował przy golu Wolskiego, a Florczuk wpisał się na listę strzelców po uderzeniu z pierwszej piłki. Gamba dokładała kolejne trafienia spokojnie i systematycznie, nie pozostawiając rywalom złudzeń. Przełamanie Bielan przyszło dopiero po długim podaniu z autu, które wykończył Tomiak, strzelając tyłem do bramki. Później dwukrotnie trafił Olędzki, a Urbaczewski mocnym strzałem z półwoleja ustalił wynik spotkania na 13:2.
Warto odnotować ciekawostkę związaną z Urbaczewskim. Mecz rozpoczął między słupkami, ale po wejściu w pole zanotował gola i asystę. To kolejny argument za tym, że jego potencjał ofensywny zdecydowanie wykracza poza grę na bramce.
Gamba Veloce odegrała się za jesienną porażkę z Bielanami w najbardziej dobitny sposób. Tercet Wolski, Skwirtniański i Florczuk był tego dnia nie do zatrzymania i dał drużynie mocne argumenty w walce o miejsce tuż za podium. Takie zwycięstwo z pewnością buduje zespół przed decydującym starciem sezonu.
Rywalizacja Królewskich Wola z TRCH miało wyraźnego faworyta. Zespół Królewskich wciąż walczył o przedłużenie szans na brązowe medale, podczas gdy ekipa TRCH, kończąca bardzo trudną dla siebie rundę, chciała przede wszystkim zagrać z honorem i pozostawić po sobie dobre wrażenie.
Początek meczu zwiastował naprawdę ciekawe i wyrównane widowisko. Obie drużyny wyszły na boisko z chęcią do otwartej gry. W 11. minucie wynik otworzył Marcin Sadowski, dając prowadzenie faworytom. TRCH nie zamierzało jednak składać broni i szybko pokazało charakter. Zaledwie trzy minuty później Jakub Libera popisał się ładną akcją, doprowadzając do remisu 1:1. Królewscy musieli wrzucić wyższy bieg, by ponownie sforsować defensywę rywala. Udało się to w 21. minucie za sprawą trafienia Bartka Pacholczaka na 2:1. Od tego momentu gospodarze zaczęli łapać właściwy rytm i ostatecznie schodzili na przerwę z w pełni kontrolowaną, solidną zaliczką 4:1.
W drugiej połowie obraz gry stał się już zdecydowanie bardziej jednostronny, a podopieczni Adriana Olwińskiego weszli na swój najwyższy poziom skuteczności. Zespół z Woli z każdą kolejną minutą nabierał wiatru w żagle, konstruując akcje, które z niemal stuprocentową regularnością zamieniał na bramki. Tempo zdobywania goli było w pewnym momencie tak duże, że przy stoliku organizatorskim trudno było nadążyć z notowaniem kolejnych strzelców i asystentów w meczowym protokole. TRCH walczyło ambitnie do samego końca i również dołożyło swoje trafienia, jednak tego dnia rywale byli po prostu bezbłędni w ofensywie. Ostatecznie ten prawdziwy festiwal strzelecki zakończył się wysokim zwycięstwem Królewskich 14:3. Gospodarze dopisali do swojego dorobku bardzo cenne trzy punkty, które utrzymują ich w grze o ligowe podium.
Drużynie TRCH należą się natomiast brawa za podjęcie otwartej walki i sportową postawę do samego końcowego gwizdka, mimo że wynik w drugiej połowie dość szybko wymknął się spod kontroli.
Gospodarze przystępowali do tego spotkania z zaledwie punktem przewagi nad drugim miejscem, natomiast goście potrzebowali przynajmniej remisu, by już teraz zapewnić sobie trzecie miejsce na koniec sezonu.
Od pierwszych minut gołym okiem było widać rangę tego starcia. Obie drużyny podeszły do siebie z dużym respektem, nie chcąc popełnić błędu, który mógłby zaważyć na końcowym rezultacie. Wynik już w 4. minucie otworzyli goście, którzy skutecznym strzałem z dystansu objęli prowadzenie. Odpowiedź gospodarzy była jednak błyskawiczna – kilka chwil później również uderzeniem z dalszej odległości doprowadzili do wyrównania.
Pod koniec pierwszego kwadransa inicjatywę przejęli Grajki i Kopacze. Gospodarze zaczęli grać odważniej i skuteczniej, co przełożyło się na trzy kolejne trafienia. Ozdobą pierwszej połowy była ostatnia bramka, kiedy to Kuba Dworakowski popisał się sprytnym lobem, podnosząc swoich kolegów na duchu i zachwycając kibiców zgromadzonych przy boisku. Po bardzo ciekawych pierwszych 25 minutach zespoły schodziły do szatni przy wyniku 4:1.
Druga połowa rozpoczęła się od trafienia Gawulonu, co zwiastowało jeszcze spore emocje. I rzeczywiście ich nie zabrakło. Najpierw prowadzenie gospodarzy podwyższył Krzysztof Jarosz, zdobywając efektowną bramkę piętą. Goście nie zamierzali jednak składać broni i odpowiedzieli dwoma kolejnymi trafieniami, zmniejszając straty do zaledwie jednej bramki. W międzyczasie Gawulon miał również doskonałą okazję do odrobienia strat, jednak nie wykorzystał rzutu karnego. Jak się później okazało, był to jeden z kluczowych momentów spotkania, który w końcowym rozrachunku mógł kosztować gości przynajmniej punkt.
Po bardzo dobrym piłkarsko meczu Grajki i Kopacze sięgnęli po komplet punktów, przypieczętowując tym samym mistrzostwo 10. ligi. Dla gospodarzy to idealne zwieńczenie znakomitego sezonu. Porażka Gawulon FC sprawia natomiast, że kwestia brązowych medali pozostaje otwarta. W ostatniej kolejce zespół będzie musiał zdobyć co najmniej punkt, aby zagwarantować sobie miejsce na podium.
Oba zespoły wciąż miały o co walczyć w ligowej tabeli, dlatego od pierwszego gwizdka nie brakowało zaangażowania, walki o każdą piłkę i determinacji w dążeniu do zdobycia kompletu punktów.
Jako pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze. Wynik otworzył Michał Omyliński, dając Fuszerce prowadzenie i dobry początek spotkania. Goście szybko pokazali jednak, że nie oddadzą niczego za darmo. Kilka minut później do wyrównania doprowadził Sławek Ogorzelski i mecz rozpoczął się praktycznie od nowa. W kolejnych fragmentach pierwszej połowy nieco więcej z gry mieli zawodnicy Fuszerki. Ich przewaga przyniosła wymierne efekty w postaci dwóch kolejnych trafień. Najpierw na listę strzelców wpisał się Filip Kaczorowski, a następnie Robert Malarowski, dzięki czemu gospodarze odskoczyli rywalom na dwie bramki. FC Po Nalewce nie zamierzali jednak składać broni i tuż przed przerwą zmniejszyli straty za sprawą Michała Piątkowskiego, który ustalił wynik pierwszej połowy na 3:2.
Po zmianie stron emocje nie opadły ani na moment. FC Po Nalewce znakomicie rozpoczęli drugą część spotkania i szybko doprowadzili do wyrównania. Autorem bramki na 3:3 był Jan Dominiewski, co sprawiło, że rywalizacja ponownie nabrała rumieńców. Niestety dla gości, dalsza część meczu należała już głównie do Fuszerki. Gospodarze przejęli inicjatywę i w krótkim odstępie czasu zdobyli dwie kolejne bramki, odzyskując pełną kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. Kilka minut przed końcem dołożyli jeszcze jedno trafienie, budując trzybramkową przewagę i stawiając rywali w bardzo trudnym położeniu.
FC Po Nalewce zdołali odpowiedzieć jeszcze jednym golem w końcówce spotkania, jednak na odrobienie wszystkich strat zabrakło już czasu. Ostatecznie, po niezwykle emocjonującym i obfitującym w bramki meczu, Fuszerka pokonała oponentów 6:4.
Dzięki zdobyciu trzech punktów oraz potknięciom ligowych rywali Fuszerka awansowała na 5. miejsce w tabeli. Dla FC Po Nalewce porażka ma natomiast bardzo przykre konsekwencje. Po tym spotkaniu zespół stracił już nawet matematyczne szanse na utrzymanie...
Niedzielne spotkanie rozpoczęło się od mocnego uderzenia Husarii. Już w 2. minucie Kuba Skrzyniarz popisał się fantastycznym strzałem z dystansu, trafiając prosto w okienko bramki i dając swojej drużynie prowadzenie 1:0. Był to gol najwyższej próby, który od początku nadał ton całemu widowisku. FC Desperados odpowiedzieli osiem minut później, doprowadzając do wyrównania. Ich radość trwała jednak bardzo krótko. Zaledwie kilkadziesiąt sekund później Tomasz Hubner ponownie wyprowadził gospodarzy na prowadzenie, a minutę później kolejny cios zadał Skrzyniarz, zdobywając swoją drugą bramkę w meczu. Te kilka minut wyraźnie wstrząsnęło drużyną Desperados, która musiała szybko odnaleźć się w nowej sytuacji.
Po bardzo intensywnym początku tempo meczu nieco spadło. Obie drużyny szukały kolejnych okazji do zdobycia bramki, jednak przez dłuższy czas dobrze funkcjonujące defensywy skutecznie neutralizowały większość zagrożeń. Dopiero końcówka pierwszej połowy przyniosła kolejne emocje i po jednym trafieniu dla każdej ze stron. Dzięki temu Husaria schodziła na przerwę z prowadzeniem 4:2 i wyraźną przewagą psychologiczną.
Druga część spotkania długo pozostawała wyrównana, lecz od 33. minuty rozpoczęło się prawdziwe strzeleckie widowisko. Obie drużyny coraz odważniej ruszały do ataku, a gra stała się znacznie bardziej otwarta. Kibice oglądali bramkę za bramką, a tempo spotkania ponownie wzrosło. W tej wymianie ciosów zdecydowanie lepiej odnaleźli się zawodnicy Husarii Mokotów IV. Kapitalne zawody rozgrywał Tomasz Hubner, który po przerwie był praktycznie nie do zatrzymania. Napastnik gospodarzy zdobył aż cztery bramki w drugiej połowie i stał się bezapelacyjnym bohaterem spotkania. Jego skuteczność oraz wykończenie akcji w kluczowych momentach pozwoliły gospodarzom utrzymywać bezpieczną przewagę. FC Desperados do końca walczyli o odwrócenie losów rywalizacji. W końcówce jeszcze kilkukrotnie zagrozili bramce przeciwnika i próbowali wrócić do gry, jednak nie byli już w stanie zniwelować strat. Husaria zachowała więcej spokoju, skutecznie odpowiadała na kolejne ataki rywali i nie pozwoliła sobie odebrać zwycięstwa.
Ostatecznie Husaria Mokotów IV pokonała FC Desperados 8:5, odnosząc niezwykle ważne zwycięstwo, które sprawia, że w ostatniej kolejce sezonu nadal będzie walczyć o brązowy medal.
Ostatnie wyniki zespołu Polska Górom sprawiły, że na dwie kolejki przed zakończeniem sezonu drużyna ta grała już głównie o miejsce w środkowej części tabeli. Ich rywal, Wczorajsi FC, cały czas uciekał przed strefą spadkową, a kolejne zdobyte punkty mogły zapewnić spokojną końcówkę sezonu. Od początku obie drużyny postawiły na defensywę i przez długie fragmenty meczu nie potrafiły stworzyć klarownych sytuacji bramkowych. Dopiero w 12. minucie padł pierwszy gol i dzięki celnemu trafieniu goście wyszli na prowadzenie.
Druga część pierwszej połowy była znacznie ciekawsza. Były słupki, poprzeczki i - co najważniejsze - bramki. Z wyniku 0:2 po chwili zrobiło się 3:2 dla gospodarzy, ale na przerwę drużyny schodziły przy remisie 3:3.
Finałowa odsłona ponownie przyniosła sporo emocji. Najpierw prowadzenie ponownie objęli goście, którzy chwilę później, po błędzie bramkarza, podwyższyli swoją przewagę. Kolejne minuty należały jednak do gospodarzy, którzy dzięki bardzo dobrej grze ofensywnej zdołali doprowadzić do wyrównania. Ostatnie słowo należało jednak do Wczorajszych. Goście zdobyli jeszcze dwie bramki i ostatecznie wygrali spotkanie 7:5.
Zdobyte trzy punkty sprawiły, że Wczorajsi zapewnili sobie utrzymanie na tym poziomie rozgrywkowym. Porażka Polski Górom oznacza natomiast, że rywale zbliżyli się do nich już na zaledwie jeden punkt. Przed ostatnią kolejką drużynie pozostaje więc walka o miejsce w czołowej piątce, które gwarantuje udział w pucharze na zakończenie sezonu.
Spotkanie pomiędzy Bulbez Team Bemowo a FC Górka Kazurka zapowiadało się niezwykle interesująco, zwłaszcza w kontekście walki o utrzymanie. Gospodarze doskonale wiedzieli, że komplet punktów może mieć ogromne znaczenie w końcowym układzie tabeli, dlatego od pierwszych minut wyszli na boisko z dużą determinacją i jasno określonym celem. Goście postawili swoim rywalom twarde warunki, dzięki czemu oba zespoły stworzyły widowisko na bardzo wysokim poziomie.
Bulbez Team Bemowo rozpoczął mecz bardzo konkretnie. od bramki juz w 6.minucie. Gospodarze dobrze organizowali grę, cierpliwie budowali akcje i potrafili wykorzystywać swoje okazje pod bramką rywala. Efektem tej postawy było podwyższenie prowadzenia na 2:0 jeszcze przed przerwą, co dawało ekipie z Bemowa spory komfort przed drugą częścią spotkania.
Po zmianie stron FC Górka Kazurka nie zamierzała jednak składać broni. Goście ruszyli do odrabiania strat i pokazali charakter, stopniowo wracając do meczu. Bramkę kontaktową zdobył Wojciech Pochwalski, który sfinalizował składną akcję swojego zespołu. Górka Kazurka dostała wiatru w żagle i błyskawicznie zdobyła kolejne trafienie, doprowadzając do wyrównania. Momentem kulminacyjnym rywalizacji okazał się jednak gol graczy z Bemowa zdobyty po stałym fragmencie gry w samej końcówce spotkania. Bulbez ponownie wyszedł na prowadzenie. Goście rzucili się do odrabiania strat, przez co mocniej otworzyli się na kontrataki rywali.
W znakomity sposób wykorzystał to Rafał Dobrosz, który przypieczętował nie tylko zwycięstwo swojej drużyny, ale także własny świetny występ. Bez jego wkładu końcowy sukces gospodarzy bez wątpienia nie byłby możliwy. FC Górka Kazurka zdołała jeszcze tego dnia zdobyć bramkę, jednak na odrobienie strat było już zdecydowanie za późno.
Rezultat 4:3 najlepiej pokazuje, jak wyrównane było to spotkanie. Gospodarze co prawda wyszli z tego pojedynku zwycięsko, jednak wciąż nie są w pełni zależni od siebie. W przyszłym tygodniu, poza własnym zwycięstwem, będą musieli liczyć również na wysoką porażkę Wczorajszych FC.
Już przed rozpoczęciem niedzielnego spotkania pomiędzy Hiszpańskim Galeonem a AC Choszczówka wiadomo było, że może to być jedno z ciekawszych spotkań przedostatniej serii. Obie ekipy nie zawiodły, a wynik 6:7 dobitnie to pokazuje.
Jako pierwsi do siatki trafili gospodarze, dając tym samym jasny sygnał drużynie, która już wcześniej zapewniła sobie tytuł mistrzowski, że zamierzają walczyć jak równy z równym. Po składnej akcji ofensywnej, w którą zaangażowany był praktycznie cały zespół Galeonu, gospodarze wysunęli się na prowadzenie już w pierwszych minutach spotkania. Taki początek był dla AC Choszczówki sygnałem ostrzegawczym. Goście błyskawicznie pokazali jednak, dlaczego są niekwestionowanie najlepszym zespołem w lidze. Po wznowieniu od środka kapitalny rajd przeprowadził Michał Kochanowski, wykładając piłkę Bartoszowi Salacie. Napastnik mistrzów był tego dnia w wybitnej dyspozycji. Nieustannie nękał defensywę gospodarzy i ostatecznie aż pięciokrotnie wpisywał się na listę strzelców.
To właśnie Salata był bohaterem pierwszej połowy. Jedno z jego trafień było prawdziwą ozdobą meczu. Podbił sobie piłkę tyłem do bramki, a następnie zewnętrzną częścią buta umieścił ją w siatce Magnusa Michalskiego, kompletując hat-tricka w efektownym stylu. Było to trafienie najwyższej klasy.
Ciosy zadawane przez mistrzów nie złamały jednak Galeonu. Gospodarze wciąż walczyli o podium i nie mogli pozwolić sobie na utratę wiary w korzystny wynik. Cierpliwie budowali akcje, a efektem były trafienia Michała Dąbkowskiego oraz Stanisława Piątkiewicza, który wykorzystał błąd w rozegraniu rywali. Wydawało się, że do przerwy na tablicy wyników będzie widniał remis 3:3, jednak właśnie wtedy ponownie błysnął Salata. Wyszedł najwyżej do dośrodkowania i precyzyjną główką wyprowadził AC Choszczówkę na prowadzenie.
Po zmianie stron gospodarze rzucili się do odrabiania strat. W szatni musiały paść mocne słowa, bo w grze Galeonu wyraźnie było widać ogromną determinację. Sygnał do ataku ponownie dał Michał Dąbkowski, który otrzymał piłkę przed polem karnym, znalazł odrobinę miejsca i potężnym strzałem w samo okienko doprowadził do wyrównania. Sen Galeonu o zwycięstwie został jednak szybko przerwany. Do głosu ponownie doszła Choszczówka, która jeszcze raz pokazała mistrzowską jakość. Najpierw Salata zdobył kolejną bramkę po mocnym uderzeniu głową, a chwilę później goście przeprowadzili składną akcję, po której odskoczyli rywalom na dwa trafienia. Galeon nie zamierzał się poddawać. Po raz kolejny zamieszanie pod bramką przeciwnika wykorzystał Piątkiewicz, podtrzymując nadzieje gospodarzy. Ostateczny cios zadał jednak Olek Śpiewak, skutecznie kończąc jedną z akcji i praktycznie zamykając losy spotkania.
Ogromny udział w zwycięstwie mistrzów miał również bramkarz Szymon Salata. Golkiper AC Choszczówki wielokrotnie ratował swój zespół przed utratą kolejnych bramek i był jednym z kluczowych bohaterów tego widowiska.
W samej końcówce Hiszpański Galeon jeszcze raz znalazł drogę do siatki, lecz na odrobienie wszystkich strat było już zdecydowanie za późno. Ostatecznie świeżo upieczony mistrz zwyciężył 7:6, zachowując więcej zimnej krwi w kluczowych momentach i potwierdzając, że złote medale trafiły w odpowiednie ręce.
Tecz miał ogromne znaczenie dla obu drużyn – gospodarze wciąż walczyli o awans, natomiast goście bronili się przed spadkiem. Wszystko wskazywało więc na to, że stawką tego pojedynku będą nie tylko trzy punkty, ale również przyszłość obu zespołów.
Spotkanie rozpoczęło się zgodnie z oczekiwaniami od trafienia dla gospodarzy. Niestety dla CWKS-u był to jedynie dobry początek, ponieważ w kolejnych minutach kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami przejęli Mistrzowie Chaosu. Goście szybko doprowadzili do wyrównania, a z każdą minutą prezentowali się coraz pewniej. W tej fazie meczu to właśnie oni nadawali ton grze, imponując organizacją, zaangażowaniem i skutecznością. Swoją przewagę udokumentowali kolejnymi trafieniami. Na prowadzenie 2:1 wyprowadził ich Jakub Spławski, a później goście nie zwalniali tempa. Do końca pierwszej połowy to właśnie Mistrzowie byli zespołem zdecydowanie lepszym. Grali intensywnie, bardzo dobrze bronili i skutecznie neutralizowali atuty gospodarzy. CWKS miał ogromne problemy ze sforsowaniem defensywy rywali, dlatego wynik 4:1 dla gości do przerwy był jedną z większych niespodzianek tej kolejki.
Po zmianie stron gospodarze ruszyli do odrabiania strat. Sygnał do ataku dał Bartosz Puchalski, który pewnie wykorzystał rzut karny. Trafienie dodało CWKS-owi energii i wiary we własne możliwości. Gospodarze nie mieli już nic do stracenia, dlatego postawili wszystko na jedną kartę. Nie zraziła ich nawet kolejna stracona bramka. Przy wyniku 3:5 nadal wierzyli, że są w stanie odwrócić losy spotkania. Chwilę później Bartosz Niebiel zdobył gola kontaktowego i przewaga Mistrzów Chaosu stopniała do zaledwie jednej bramki. Atmosfera na boisku robiła się coraz gorętsza, a gospodarze wyraźnie czuli, że rywale zaczynają tracić pewność siebie.
Ferajna Warszawa nie ustawała w atakach. Kolejne akcje przyniosły upragniony efekt, gdy Jakub Piątek doprowadził do remisu 5:5. Goście, którzy jeszcze kilkanaście minut wcześniej wydawali się mieć mecz pod pełną kontrolą, byli wyraźnie podłamani takim obrotem wydarzeń. Końcówka należała już do gospodarzy. CWKS wykorzystał moment słabości przeciwnika i kontynuował ofensywny napór. Decydujący cios zadał Bartosz Puchalski, który w samej końcówce zdobył bramkę na 6:5, kompletując kapitalny występ i zapewniając swojej drużynie niezwykle cenne trzy punkty.
O awansie gospodarzy oraz utrzymaniu Mistrzów Chaosu zadecyduje więc ostatnia, decydująca kolejka sezonu.
Gospodarze stali przed tym meczem pod ścianą, ponieważ tylko zwycięstwo pozwalało im zachować szanse na utrzymanie. Zespół Patetikos również potrzebował punktów, aby zapewnić sobie ligowy byt i spokojnie podejść do ostatniej kolejki sezonu. Od pierwszego gwizdka kibice zgromadzeni na obiekcie AWF-u mogli oglądać prawdziwą wymianę ciosów, a tempo spotkania ani na moment nie zwalniało.
Jako pierwsi do głosu doszli zawodnicy FC Patetikos. Wynik otworzył Jakub Michalik, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Odpowiedź Legijnej Ferajny była jednak błyskawiczna, bo już chwilę później do wyrównania doprowadził Jerzy Kijkowski. Goście nie zamierzali jednak oddawać inicjatywy. Po raz kolejny na listę strzelców wpisał się Michalik, kompletując dublet, a następnie Paweł Jasztel podwyższył prowadzenie Patetikos do dwóch trafień.
Wydawało się, że goście zaczynają przejmować kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi, jednak gospodarze szybko wrócili do gry. Dwie kolejne bramki pozwoliły Ferajnie odrobić straty i doprowadzić do remisu 3:3. Gdy wydawało się, że takim wynikiem zakończy się pierwsza połowa, ostatnie słowo przed przerwą należało jednak do gości. Łukasz Wileński skutecznie wykończył jedną z akcji swojego zespołu i to Patetikos schodzili do szatni z jednobramkowym prowadzeniem.
Po zmianie stron emocje kipiały. Kiedy jedna z drużyn na moment przechylała szalę zwycięstwa na swoją stronę, druga niemal natychmiast odpowiadała trafieniem wyrównującym. Na boisku nie brakowało walki, zaangażowania i determinacji, a żadna z ekip nie zamierzała odpuszczać nawet na chwilę. W drugiej części meczu kibice obejrzeli aż dziewięć bramek. Zarówno Legijna Ferajna, jak i FC Patetikos zdołali w pewnym momencie objąć prowadzenie, jednak żadna ze stron nie była w stanie wykonać decydującego kroku. Spotkanie trzymało w napięciu do ostatnich minut, a losy punktów ważyły się praktycznie do końcowego gwizdka. Ostatecznie po niezwykle widowiskowym, pełnym zwrotów akcji i ofensywnych popisów meczu padł remis 8:8, który patrząc na przebieg spotkania wydaje się wynikiem w pełni sprawiedliwym.
Dla FC Patetikos zdobyty punkt oznacza utrzymanie i możliwość spokojnego podejścia do ostatniej kolejki sezonu. Znacznie smutniejsze nastroje panują natomiast w obozie Legijnej Ferajny. Remis nie był wynikiem, którego potrzebowali gospodarze, ponieważ sprawia on, że przed ostatnią serią spotkań stracili już matematyczne szanse na pozostanie w 11. lidze.
W roli faworyta typowaliśmy tutaj Mocny Narket, ale ekipa Rubena Nieścieruka musiała solidnie się napocić, aby zgarnąć trzy punkty. Co więcej – z początku drużyną zdecydowanie groźniej atakującą było Piwo Po Meczu, a kapitan Narketu w przeciągu dziesięciu minut aż trzykrotnie bronił przysłowiowe „setki”. Koledzy z ataku na szczęście odwdzięczyli się za czujność golkipera i w 10. minucie gospodarze wyszli na prowadzenie po klasycznej, dwójkowej akcji Krystiana Ostatka i Gabriela Ducha. Goście byli nieustępliwi i jeszcze przed przerwą wyszli na prowadzenie. Najpierw w 18. minucie pięknym strzałem w samo okno popisał się Piotr Zakrzewski, a w 21. minucie dobitkę wykorzystał Szymon Koziarski.
Po zmianie stron obie ekipy były bardzo aktywne, ale żadna z nich nie mogła wyraźnie przechylić szali na swoją korzyść. Powoli inicjatywa przechodziła na stronę Mocnego Narketu, choć w 35. minucie Piwo Po Meczu mogło zamknąć tę rywalizację – rzut wolny w okolicach pola karnego mógł być gwoździem do trumny przeciwnika, ale ostatecznie nie udało się wykorzystać stałego fragmentu gry.
Gospodarze za to powoli, ale metodycznie szukali błędów w obronie gości, aż w końcu w 39. minucie udało się wymęczyć gola wyrównującego, którego strzelił Gabriel Duch. To trafienie wyraźnie podłamało gości, bo już w 42. minucie na 3:2 trafił Adam Łuciuk, a po tym golu defensywa Piwa Po Meczu zupełnie się posypała. Kolejne trafienie zaliczył Adam Łuciuk, swoją cegiełkę dołożył Krystian Ostatek i Narket, prowadząc 6:2, miał już zwycięstwo w kieszeni.
Nawet trafienie z końcówki autorstwa Macieja Szcześniaka nie było w stanie odwrócić losów tego meczu i Mocny Narket mógł cieszyć się ze zwycięstwa oraz przedłużenia swoich szans na ucieczkę ze strefy spadkowej.
Spotkanie pomiędzy FC Warsaw Wilanów a MWSP okazało się kolejnym bramkostrzelnym widowiskiem tej kolejki. Już sam wynik 5:8 pokazuje, że kibice mogli oglądać mecz pełen ofensywnej gry.
Pierwsza połowa była bardzo wyrównana. Obie drużyny od początku postawiły na odważny futbol, regularnie przedostając się pod bramkę rywala i szukając okazji do zdobycia kolejnych trafień. Jako pierwsi do siatki trafili goście. Precyzyjnym strzałem po ziemi popisał się Paweł Nowak, wyprowadzając MWSP na prowadzenie. Zespół z Wilanowa nie przejął się jednak stratą bramki i konsekwentnie realizował swój plan. Po składnej akcji zespołowej do siatki trafił Piotr Wdowiński, doprowadzając do wyrównania. Obie ekipy grały bardzo ofensywnie i już od pierwszych minut było widać, że żaden podział punktów nie wchodził w grę.
Skuteczniejsi w swoich atakach okazali się jednak goście. Po przeszywającym podaniu Jakuba Sołdaczuka do Miłosza Wróblewskiego MWSP ponownie objęło prowadzenie. Kilka minut później przewaga wzrosła do dwóch bramek, a swoją rolę odegrał również błąd w ustawieniu defensywy gospodarzy. Tuż przed przerwą kontaktowe trafienie zdobył Karol Kowalski, dając FC Warsaw Wilanów nadzieję na odwrócenie losów spotkania po zmianie stron.
Druga połowa była jeszcze bardziej otwarta. Gospodarze próbowali wrócić do gry, ale za każdym razem MWSP odpowiadało w najlepszy możliwy sposób – kolejnymi bramkami. Goście grali konkretnie, świetnie wykorzystywali pozostawione przestrzenie i z dużą swobodą finalizowali swoje akcje ofensywne. Prawdziwy festiwal strzelecki rozpoczął się w końcówce spotkania. W ciągu kilku minut kibice obejrzeli aż siedem bramek. Początkowo wydawało się, że trafienia Sołdaczuka i Nowaka definitywnie zamknęły mecz. Duet Świtalski–Kowalski, który przez cały sezon był jednym z najmocniejszych punktów Wilanowa, ponownie dał jednak swojej drużynie nadzieję na odwrócenie losów rywalizacji.
Goście nie pozostawili jednak rywalom nawet cienia szans. Kilka akcji później ponownie rozbili defensywę gospodarzy, zdobywając trzy kolejne bramki i ustalając końcowy rezultat na 8:5.
Dzięki temu zwycięstwu MWSP przypieczętowało drugą pozycję w tabeli 11. Ligi Fanów i potwierdziło swoją wysoką formę na finiszu sezonu. FC Warsaw Wilanów musi natomiast pogodzić się z kolejną porażką. Dla zespołu z Wilanowa była to już piąta przegrana z rzędu, co sprawia, że końcówka rundy rewanżowej zdecydowanie nie układa się po jego myśli.
Vox Populi przystępowało do tego spotkania z nadzieją na przełamanie fatalnej serii i podtrzymanie szans na grę w Pucharze Ligi Fanów. Rywalem była zamykająca tabelę Lumina, która również walczyła już praktycznie o ostatnią deskę ratunku w kontekście utrzymania. Przed pierwszym gwizdkiem więcej argumentów przemawiało za gospodarzami, jednak boisko zweryfikowało nadzieje "Populistów".
Początek meczu był bardzo wyrównany. Obie drużyny podchodziły do spotkania z dużą ostrożnością, wiedząc, jak wiele może znaczyć każdy błąd. Lumina od pierwszych minut pokazała jednak sporą determinację i nie zamierzała ograniczać się wyłącznie do defensywy. Goście dobrze organizowali swoją grę, skutecznie przeszkadzali rywalom w budowaniu akcji i potrafili wykorzystać swoje okazje pod bramką Vox Populi. Pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Luminy 2:1 i choć wynik był korzystny dla gości, przebieg spotkania zapowiadał jeszcze wiele emocji po zmianie stron.
Druga odsłona przyniosła jednak obraz, którego mało kto mógł się spodziewać. Zamiast spodziewanego naporu gospodarzy to właśnie Lumina zaczęła prezentować się jeszcze lepiej niż przed przerwą. Goście grali z dużą pewnością siebie, byli skuteczni w ofensywie i konsekwentni w defensywie. Każda kolejna udana akcja dodawała im wiary, a Vox Populi z minuty na minutę sprawiało wrażenie zespołu coraz bardziej zagubionego.
Lumina znakomicie wykorzystywała wolne przestrzenie i błędy przeciwników, regularnie dochodząc do sytuacji strzeleckich. Gospodarze nie byli w stanie odpowiedzieć równie skuteczną grą, a problemy, które były widoczne w ich wykonaniu w ostatnich tygodniach, ponownie dały o sobie znać. Piąta porażka z rzędu stała się faktem, a końcowy rezultat 6:2 dla gości był jedną z większych niespodzianek tej kolejki. Dla Luminy to zwycięstwo ma ogromne znaczenie nie tylko pod względem punktowym, ale również mentalnym. Zespół, który w ostatnich tygodniach miał bardzo niewiele powodów do radości, pokazał charakter i udowodnił, że nie zamierza składać broni przed końcem sezonu. Dzięki świetnej postawie po przerwie goście zasłużenie sięgnęli po komplet punktów, zachowując jeszcze matematyczne nadzieje na pozostanie w lidze.
Vox Populi natomiast musi jak najszybciej odnaleźć formę, jeśli chce zakończyć rozgrywki choć jednym pozytywnym akcentem. Wynik 2:6 dobitnie pokazał, że kryzys gospodarzy trwa.
FC Vikersonn UA II pokonało Gentleman Warsaw Team 9:3, skutecznie wykorzystując błędy rywali i kontrolując przebieg spotkania przez większą część meczu. Choć gospodarze kilkukrotnie próbowali wrócić do gry, goście za każdym razem znajdowali odpowiedź i nie pozwolili sobie odebrać inicjatywy.
Początek meczu był dość wyrównany. Obie drużyny cierpliwie szukały sposobu na sforsowanie defensywy przeciwnika, jednak jako pierwsi skuteczność pokazali zawodnicy Vikersonn. Wynik otworzył Petryszyn, a niedługo później prowadzenie podwyższył gol samobójczy, który padł po rzucie wolnym i pechowym rykoszecie. Kolejne trafienie dołożył Furdui i zrobiło się już 3:0 dla gości. Gentleman Warsaw Team z czasem zaczął dochodzić do głosu. Gospodarze coraz odważniej atakowali i jeszcze przed przerwą zdołali zmniejszyć straty za sprawą Surmacza. Mimo to pierwsza połowa zakończyła się wyraźną przewagą Vikersonn, które schodziło do szatni z komfortowym zapasem.
Po zmianie stron Gentlemani próbowali wrócić do gry. Na trafienia Domańskiego i Loze zespół Vikersonn reagował jednak niemal natychmiast. Goście konsekwentnie wykorzystywali błędy w defensywie oraz niedokładności przy rozegraniu piłki, nie pozwalając rywalom złapać kontaktu. Szczególnie po przerwie było widać, że Gentlemani mają problemy z utrzymaniem koncentracji pod presją, co bezlitośnie wykorzystywali przeciwnicy.
Końcówka należała już zdecydowanie do Vikersonn. Petryszyn i Furdui skompletowali hat-tricki, będąc najjaśniejszymi postaciami ofensywy swojego zespołu. Ostatnie minuty tylko powiększyły rozmiary zwycięstwa, a wynik został ustalony podczas gry w przewadze liczebnej po tym, jak jeden z zawodników Gentleman Warsaw Team został ukarany żółtą kartką za zagranie ręką.
Dla FC Vikersonn UA II było to wysokie i w pełni zasłużone zwycięstwo w meczu, który nie miał już dla nich większej stawki. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja Gentlemanów. Ta porażka może mieć bardzo poważne konsekwencje w kontekście walki o utrzymanie. Przed ostatnią kolejką szanse na pozostanie w lidze wciąż istnieją, jednak gospodarze będą potrzebowali nie tylko własnego zwycięstwa, ale również korzystnych wyników na innych boiskach.
Rodzina Soprano pewnie poradziła sobie w meczu z Furduncio. Na pierwszy rzut oka nie było w tym nic zaskakującego – faworyt po prostu dopisał kolejne zwycięstwo do swojego dorobku. Ten triumf miał jednak znacznie większe znaczenie, niż mogłoby się wydawać. Jego konsekwencje sięgały bowiem meczu rozgrywanego równolegle na sąsiednim sektorze. Remis lub porażka Łazarskiego w starciu z FC Melange oznaczały utratę pozycji lidera. I właśnie taki scenariusz ostatecznie się zrealizował – Rodzina Soprano została nowym liderem ligi.
Jeśli chodzi o samo spotkanie, Soprano już w pierwszej połowie praktycznie ustawiło wynik meczu. Szybko zbudowana przewaga 5:1 nie pozostawiała żadnych złudzeń zawodnikom Furduncio. Gospodarze kontrolowali wydarzenia na boisku, byli skuteczniejsi pod bramką rywala i konsekwentnie powiększali swoją przewagę.
Po zmianie stron tempo meczu jeszcze wzrosło. Druga połowa przyniosła aż dwanaście bramek, a ofensywnie usposobiona Rodzina Soprano nie zamierzała zwalniać. Ostatecznie ta część spotkania zakończyła się wynikiem 8:4, a cały mecz efektownym zwycięstwem nowego lidera aż 13:5.
W trakcie spotkania szczególną uwagę przyciągała również rywalizacja indywidualna. Kibice z zainteresowaniem śledzili poczynania Filipa Motyczyńskiego oraz Grzegorza Bogdańskiego, którzy walczą o czołowe miejsca w klasyfikacjach indywidualnych. Motyczyński zakończył mecz z dorobkiem pięciu bramek, potwierdzając swoją skuteczność pod bramką rywali. Bogdański natomiast zanotował aż sześć asyst, po raz kolejny pokazując, jak ogromny wpływ ma na ofensywną grę swojej drużyny. Równolegle trwało spotkanie FC Łazarski z FC Melange, które przez długi czas utrzymywało wynik remisowy. Po zakończeniu własnego meczu zawodnicy Rodziny Soprano przenieśli się na sąsiedni sektor, aby śledzić końcówkę tamtego starcia. W ostatnich minutach Melange zdobyło decydującą bramkę, która przesądziła nie tylko o wyniku meczu, ale również o zmianie lidera całych rozgrywek.
Dzięki zwycięstwu nad Furduncio oraz korzystnemu rezultatowi w równolegle rozgrywanym spotkaniu Rodzina Soprano wskakuje na pierwsze miejsce w tabeli i przejmuje kontrolę nad walką o mistrzostwo. Przed ostatnią kolejką wszystko pozostaje w ich rękach.
Mecz pomiędzy FC Melange a FC Łazarski miał ogromny ciężar gatunkowy. Jego wynik mógł bezpośrednio wpłynąć na układ sił w ścisłej czołówce tabeli, dlatego napięcie było wyczuwalne jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Obie drużyny podeszły do spotkania bardzo poważnie, a dodatkowych emocji dostarczyła przedmeczowa weryfikacja tożsamości zawodników FC Melange, o którą zawnioskował Łazarski. Szybko okazało się jednak, że cała kadra gospodarzy jest w pełni zgodna z regulaminem i można było skupić się wyłącznie na piłce.
Od początku meczu lepiej prezentowali się zawodnicy FC Łazarski. Grali odważnie, kreatywnie i częściej utrzymywali się przy piłce. Swoją przewagę udokumentowali w 10. minucie, gdy dobrze rozegraną akcję ofensywną skutecznym strzałem wykończył Yehor Holubko, dając swojej drużynie prowadzenie 1:0. Goście mieli kolejne okazje, by podwyższyć wynik, ale na ich drodze stał świetnie dysponowany tego dnia Łukasz Krysiak. Bramkarz Melange kilkukrotnie ratował swój zespół znakomitymi interwencjami, utrzymując gospodarzy w grze mimo przewagi rywali. FC Melange nie imponowało może efektowną grą, ale postawiło na pragmatyzm i skuteczność. Jeszcze przed przerwą, w 20. minucie, do wyrównania doprowadził Marcin Godlewski, wykorzystując jedną z niewielu dogodnych okazji swojego zespołu. Do szatni oba zespoły schodziły przy remisie 1:1.
Po zmianie stron oglądaliśmy twardą i wyrównaną walkę. Obie drużyny zdawały sobie sprawę, jak wiele może znaczyć ten wynik. Kiedy wydawało się, że spotkanie zakończy się podziałem punktów, decydujący cios zadał FC Melange. W 46. minucie Łukasz Słowik znalazł drogę do siatki i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie 2:1.
Końcówka meczu była niezwykle nerwowa. Łazarski rzucił się do ataku, próbując uratować choćby punkt, ale Melange skutecznie broniło dostępu do własnej bramki. Swoją rolę odegrały również „trybuny”. Zawodnicy Rodziny Soprano, którzy wcześniej wygrali swoje spotkanie, pozostali przy boisku i bardzo głośno dopingowali Melange. Trudno się dziwić – porażka Łazarskiego była dla nich idealnym scenariuszem w walce o pierwsze miejsce.
Ostatecznie FC Melange wytrzymało presję i dowiozło niezwykle cenne zwycięstwo 2:1. Wynik ten mocno przetasował sytuację w tabeli. Nowym liderem została Rodzina Soprano z dorobkiem 40 punktów, FC Melange awansowało na drugie miejsce z 39 oczkami i nadal pozostaje w grze o mistrzostwo, natomiast FC Łazarski po tej bolesnej porażce spadł na trzecią lokatę z 37 punktami.
W licznych kadrach, bo gospodarze stawili się w dziewięcioosobowym składzie, a goście przyjechali w jedenastu, oba zespoły pojawiły się na finiszu kampanii 2025/26 w 12. lidze. Mecz miał zdecydowanie większy ciężar gatunkowy dla Razamu, który w tym spotkaniu walczył o życie i przedłużenie nadziei związanych z utrzymaniem. W przypadku Dynamo podium odjechało już dawno, a maksimum, jakie można jeszcze wyciągnąć z końcówki sezonu, to miejsce w TOP5.
Jak wyglądał sam przebieg meczu? Długo musieliśmy czekać na bramki, ale kiedy już zaczęły padać, to hurtowo. Lepiej w spotkanie weszła ekipa Razamu, która po 20 minutach prowadziła 2:0. Kiedy wydawało się, że takim wynikiem zakończy się pierwsza połowa, bramkę kontaktową zdobył Michał Matyja. Gol na 1:2 sprawił, że mieliśmy pełne prawo oczekiwać emocji po przerwie.
Trafienie na 1:3 w 34. minucie? Spokojnie, Dynamo nie miało zamiaru odpuszczać. Szybka odpowiedź i znów rezultat był na styku – 2:3. Był to jednak ostatni moment, kiedy wynik pozostawał tak blisko. Kolejne minuty przyniosły gole na 2:4 i 2:5. Tak naprawdę właśnie wtedy, po piątym trafieniu dla Razamu, temperatura meczu nieco opadła.
Do końca spotkania gospodarze zdobyli jeszcze dwie bramki, podobnie jak goście. Ostatecznie Razam sięgnął po niezwykle cenne zwycięstwo i nadal zachowuje szanse na utrzymanie. Sytuacja Dynamo oraz ich ewentualnego miejsca w TOP5 wyjaśni się natomiast dopiero w przyszłym tygodniu.
Niestety, w zeszłą niedzielę byliśmy świadkami ostatnich na jakiś czas lisich derbów. Lisy Bez Polisy pokonały White Foxes (fox to po angielsku lis, jakby ktoś nie wiedział), dzięki czemu utrzymały się w 13. lidze kosztem swoich rywali. Ten bratobójczy pojedynek zakończył się wynikiem 3:1, a kluczem do zwycięstwa okazała się dość nieoczywista broń, rodem z taktyki Puszczy Niepołomice Tomasza Tułacza – rzuty z autu.
Pierwszy gol dla Lisów Bez Polisy padł już na początku meczu. Daleko wrzucona piłka trafiła na głowę wbiegającego Miłosza Tabaki. Osiem minut później oglądaliśmy niemal powtórkę tej sytuacji, tyle że tym razem do siatki trafił Kacper Tabaka. Co ciekawe, zmieniali się również zawodnicy wznawiający grę z autu – asysty przy golach zaliczyli Robert Prządka oraz Konrad Prządka.
White Foxes odpowiedzieli już po pierwszym trafieniu rywali, jednak zagranie ręką przy opanowaniu piłki sprawiło, że bramka nie mogła zostać uznana. A szkoda, bo była naprawdę przedniej urody. Trudno jednak wygrać mecz, gdy w sytuacjach podbramkowych brakuje tego jednego, decydującego dotknięcia piłki. Niewykorzystane okazje mogą śnić się „Białym Lisom” jeszcze przez całą letnią przerwę. Lisy Bez Polisy również nie były tego dnia bezbłędne pod bramką przeciwnika, ale najważniejsze, że potrafiły trzykrotnie znaleźć drogę do siatki. Na 3:0 podwyższył Kacper Tabaka po indywidualnej akcji i strzale przy bliższym słupku już w drugiej połowie. White Foxes odpowiedzieli jedynie honorowym trafieniem – w samej końcówce kontratak skutecznie wykończył Filip Kozioł.
Na kolejne lisie derby przyjdzie nam poczekać przynajmniej jeden pełny sezon. A kto wie – może przy okazji następnego starcia tych dwóch drużyn, tak mocno związanych z leśnymi stworzeniami, specjalnym koncertem uraczy nas Ewelina Lisowska? Taka luźna propozycja rzucona w eter.
Elitarni Gocław robili wszystko, co w ich mocy, by w starciu z faworyzowanym Boiskowym Folklorem zgarnąć komplet punktów i zachować nadzieję na walkę o medale do ostatniej kolejki. Przez znaczną część spotkania wszystko szło zgodnie z planem pomarańczowych, którzy wiedząc, że pod względem piłkarskiej jakości trudno będzie im dorównać rywalom, oddali piłkę Folklorowi, sami czyhając na przechwyty i błyskawiczne kontrataki.
Trzeba jednak podkreślić, że tak znakomity początek gości nie byłby możliwy bez Marcina Głębockiego. Bramkarz Elitarnych popisywał się kapitalnymi interwencjami przy próbach Kucharskiego i Jankowskiego, a jego instynktowne parady były naprawdę imponujące. W zaledwie pięć minut Elitarni odskoczyli liderowi 13. Ligi na trzy bramki przewagi. Był to efekt konsekwentnej gry w defensywie i świetnej organizacji po odbiorze piłki. Mimo że szczególnie przy pierwszym trafieniu Patryk Świtaj dwoił się i troił, by nie dopuścić do utraty bramki, to Sebastian Kowiński, Łukasz Dawid i Konstanty Brzozowski zapewnili swojej drużynie komfortowe prowadzenie.
Z ataku pozycyjnego gospodarzy długo niewiele wynikało. Gdy już udało im się poważniej zagrozić bramce Elitarnych, najczęściej na przeszkodzie stawało obramowanie bramki albo świetnie dysponowany Głębocki. W końcu sfrustrowany sytuacją i mający niewiele swobody w rozegraniu Kacper Miriuk posłał swoją firmową prostopadłą piłkę do Kucharskiego, a ten lekkim uderzeniem obok bezradnego golkipera ustalił wynik pierwszej połowy na 1:3.
Po zmianie stron coraz wyraźniej zaznaczała się przewaga Boiskowego Folkloru, ale Elitarni, wciąż wierni swoim założeniom taktycznym, stawiali niezwykle twardy opór. Chwila nieuwagi gości wystarczyła jednak, by gospodarze błyskawicznie doprowadzili do wyrównania. Najpierw Jankowski wykorzystał rzut rożny, a następnie Aleks Miriuk skorzystał z błędu w rozegraniu pomiędzy bramkarzem a defensywą rywali. Nadzieja dla Elitarnych wróciła za sprawą tego, co funkcjonowało u nich najlepiej przez cały mecz – przechwytu. Kowiński odebrał piłkę Kacprowi Miriukowi, który nieco pogubił się w dryblingu, po czym pognał sam na sam z bramkarzem i zdobył gola na 3:4.
Pomimo buzujących emocji i rosnącej frustracji, piłkarze Boiskowego Folkloru pokazali jednak swoją jakość. W ciągu kolejnych minut niemal nie schodzili z połowy przeciwnika, oblężając pole karne Elitarnych. Trafienie Kacpra Miriuka po podaniu Bednarskiego, dobitka Jankowskiego oraz świetna dwójkowa akcja braci Miriuków pozwoliły gospodarzom odwrócić losy meczu i wyjść na prowadzenie 6:4. Choć przed końcem koncertowa wymiana podań między Dariuszem Gutowskim a Pawłem Biretą pozwoliła gościom zdobyć kontaktową bramkę, było już za późno, by przełożyło się to na jakąkolwiek zdobycz punktową.
Tym imponującym comebackiem Boiskowy Folklor oficjalnie zapewnił sobie mistrzostwo 13. Ligi!
Nieuchwytni wchodzili w to spotkanie bez prawa do błędu. Cztery punkty straty do Kresowii, dwie kolejki do końca i konieczność wygrania każdego meczu przy jednoczesnym liczeniu na korzystne wyniki na innych boiskach. Cockpit Country, już bez matematycznych szans na utrzymanie, nie miał jednak zamiaru się podkładać. Pierwsze zwycięstwo po długiej posusze dało tej ekipie apetyt na więcej.
Hofman mocnym strzałem po ziemi otworzył wynik i przez chwilę wydawało się, że Cockpit ma sytuację pod kontrolą. Przez długi czas obie drużyny cierpliwie rozgrywały piłkę, a Nieuchwytni mimo przewagi w posiadaniu nie potrafili znaleźć skutecznego wykończenia. W końcu Roel wykorzystał akcję po rzucie rożnym i doprowadził do remisu, a chwilę później Zhukov przeprowadził efektowny rajd indywidualny, wyprowadzając gospodarzy na prowadzenie 2:1.
Druga połowa obfitowała w długie podania, nie zawsze celne. Laga za lagę. W końcu Ostaszewicz wykorzystał zawahanie obrońcy przy wybiciu piłki i doprowadził do wyrównania 2:2, a mecz ponownie stał się otwarty. Przy wyniku remisowym kluczowy okazał się gol Gaworskiego po rozegraniu rzutu rożnego. Od tego momentu Cockpit Country wyraźnie stracił kontrolę nad wydarzeniami na boisku. To, co nastąpiło później, przypominało regularne rozmontowywanie rywala. Zhukov popisał się mocnym strzałem z dystansu, Gaworski dołożył trafienie po dobitce, a kolejne gole zdobywali Petriv i ponownie Zhukov, który skompletował hat-tricka, ustalając wynik spotkania na 7:2.
Nieuchwytni zrobili wszystko, co do nich należało – zdobyli siedem bramek i dopisali do swojego dorobku trzy punkty. Niestety pozostałe wyniki nie ułożyły się po ich myśli i wszystko wskazuje na to, że pozostanie im najgorsze sportowe miejsce – tuż za podium.
Spotkanie dwóch drużyn z czołówki tabeli od początku nie pozwalało spuścić wzroku z boiska. Już w 1. minucie wynik otworzył Daniil Mikulich, dając gościom szybkie prowadzenie. Kilka minut później kapitan Kresowii ponownie wpisał się na listę strzelców, podwyższając wynik na 2:0.
Mimo mocnego początku przyjezdnych gospodarze nie zamierzali składać broni. Przez kolejne fragmenty meczu oglądaliśmy niezwykle zaciętą i wyrównaną rywalizację, w której żadna ze stron nie odpuszczała nawet na moment. Sygnał do odrabiania strat dla Joga Bonito dał Grzegorz Szostak, zdobywając bramkę kontaktową. Kilka minut przed końcem pierwszej połowy gospodarze dopięli swego i doprowadzili do wyrównania za sprawą Karola Klimaszewskiego.
Gdy wydawało się, że zespoły zejdą do szatni przy remisie, ponownie o sobie przypomniał Daniil Mikulich. Wykorzystał błąd bramkarza, przejął piłkę i skierował ją do pustej bramki, kompletując hat-tricka jeszcze przed przerwą. Dzięki temu trafieniu jego drużyna mogła z nieco większym spokojem złapać oddech przed drugą odsłoną meczu.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Kibice nadal oglądali prawdziwą wymianę ciosów. Za każdym razem, gdy zawodnicy Joga Bonito doprowadzali do wyrównania, zmobilizowana Kresowia odpowiadała kolejnym trafieniem i ponownie obejmowała prowadzenie. Widać było, jak wiele dla gości znaczyło to spotkanie. Zwycięstwo nad wyżej notowanym rywalem dawało im bowiem awans do wyższej klasy rozgrywkowej jeszcze przed ostatnią kolejką sezonu.
Ostatecznie, po niezwykle emocjonującym widowisku, Kresowia Warszawa II sięgnęła po cenne zwycięstwo 7:6. Cały zespół gości zasłużył na słowa uznania za determinację i konsekwencję w dążeniu do celu, jednak szczególne wyróżnienie należy się Daniilowi Mikulichowi. Kapitan Kresowii rozegrał kapitalne zawody, zdobywając cztery bramki i notując asystę, co oznacza, że miał udział przy niemal każdej bramce swojego zespołu. To właśnie jego znakomita postawa w dużej mierze przesądziła o niezwykle ważnym triumfie gości, którzy już teraz mogą cieszyć się z upragnionego miejsca na podium 13. ligi.
O godzinie 11:00 przyszło nam oglądać spotkanie drużyn, które w obecnym sezonie mogły podejść do rywalizacji nieco spokojniej. Siwy Koń traktował tę rundę jako cenne doświadczenie i okazję do oswojenia się z realiami Ligi Fanów, natomiast Borowiki już od dłuższego czasu zadomowiły się w bezpiecznej, środkowej części tabeli, znajdując swój przytulny „dąb”, pod którym mogły spokojnie przeczekać końcówkę rozgrywek.
Choć stawka nie była tak wysoka jak w meczach o awans czy utrzymanie, na boisku nie brakowało zaangażowania. Od pierwszych minut było jednak widać, że goście przyjechali bardzo dobrze przygotowani i szybko zaczęli zaznaczać swoją przewagę. Szczególnie wyróżniał się duet Anishchenkov – Jankowski, który regularnie rozrywał defensywę Siwego Konia. Obaj świetnie współpracowali, kreowali sytuacje i skutecznie zamieniali przewagę na kolejne trafienia. Do rozmontowania rywali nie były potrzebne żadne podstępy rodem z konia trojańskiego – wystarczyła piłkarska jakość i skuteczność.
Gospodarze nie zamierzali jednak składać broni. Największą postacią w ich szeregach był Szymon Zawadzki, który odpowiedział hat-trickiem i przez długi czas utrzymywał swoją drużynę w grze. Jego skuteczność sprawiła, że mimo przewagi Borowików mecz nie stracił emocji i do samego końca zachował swoją intensywność. Co ciekawe, sam wynik nie oddaje jednego bardzo ważnego aspektu tego spotkania. Był to w dużej mierze również mecz bramkarzy. Zarówno Jakub Wojno, jak i Dominik Turemka wielokrotnie ratowali swoje zespoły przed stratą kolejnych bramek. Efektowne interwencje, szybkie reakcje i kilka naprawdę trudnych obron sprawiły, że kibice mogli podziwiać kunszt obu golkiperów. Gdyby nie ich postawa, liczba bramek mogłaby być jeszcze wyższa.
Ostatecznie przewaga Borowików znalazła odzwierciedlenie w końcowym wyniku, ale oba zespoły zostawiły po sobie dobre wrażenie. Goście potwierdzili, dlaczego znajdują się wyżej w tabeli, a Siwy Koń zebrał kolejne doświadczenia w rozgrywkach Ligi Fanów i mimo trudniejszego sezonu pokazał, że tej drużynie nie brakuje pasji do piłki.
Spotkanie pomiędzy zespołami BRD Young Warriors oraz Kanarki miało istotny wpływ na ligową tabelę. Gospodarze balansowali nad strefą spadkową i każdy punkt był dla nich na wagę złota. Goście natomiast cały czas walczyli o miejsce na drugim stopniu podium i końcowy sukces uzależniony był wyłącznie od ich własnych wyników.
Od początku inicjatywę przejęły Kanarki, które już po ośmiu minutach prowadziły 4:0. Kolejne minuty przyniosły dwa następne trafienia – po jednym dla każdej z drużyn – i chwilę przed upływem pierwszego kwadransa gry ponownie mieliśmy czterobramkowe prowadzenie gości. Od tego momentu zawodnicy obu zespołów zamiast na grze coraz bardziej skupiali się na wzajemnych utarczkach słownych. Niepotrzebne dyskusje, prowokacje i spięcia zaczęły dominować nad piłkarskimi wydarzeniami. Z kronikarskiego obowiązku należy jednak odnotować, że na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 8:5 dla Kanarków.
Kilka minut przerwy tylko na chwilę ostudziło emocje. W pierwszej części drugiej połowy oba zespoły skupiły się na grze i w ciągu kilkunastu minut zdobyły po jednej bramce. Ostatnie fragmenty spotkania ponownie upłynęły jednak pod znakiem dyskusji i niepotrzebnych nerwów. Dodatkowo faul bramkarza gospodarzy poza polem karnym, za który obejrzał czerwoną kartkę, doprowadził do kolejnego spięcia między zawodnikami. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem faworytów 8:5. Zdobyte punkty zagwarantowały im drugie miejsce w ligowej tabeli. Porażka BRD Young Warriors sprawiła natomiast, że zespół znalazł się w strefie spadkowej.
Najlepszym podsumowaniem tego spotkania jest fakt, że sędzia pokazał łącznie aż dziesięć żółtych kartek i jedną czerwoną. Co ciekawe, oba zespoły na najlepszych zawodników drużyny przeciwnej wybrały nie strzelców bramek, lecz piłkarzy, którzy zachowali najwięcej spokoju i opanowania w trakcie tego gorącego starcia.
Co tutaj się wydarzyło? Lider gubi punkty w przedostatniej kolejce, a FC Olimpik dzięki efektownemu zwycięstwu włącza się do walki o 3. miejsce. Już od pierwszych minut gospodarze pokazali, że zamierzają postawić liderowi bardzo trudne warunki. Kapitalnie dysponowany Nazar Petriv dwukrotnie znalazł drogę do siatki, prezentując świetne wykończenie akcji i wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie.
BS Zadymiarze nie zamierzali jednak składać broni. Lider szybko odpowiedział dwoma trafieniami, doprowadzając do wyrównania i udowadniając, dlaczego od wielu kolejek znajduje się na szczycie tabeli. Gdy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się remisem, ostatnie słowo należało do gospodarzy, którzy jeszcze przed przerwą ponownie objęli prowadzenie.
Po zmianie stron można było spodziewać się szturmu lidera. Rzeczywiście, BS Zadymiarze stworzyli sobie wiele sytuacji i próbowali przejąć kontrolę nad meczem, jednak trafili na fenomenalnie dysponowanego bramkarza FC Olimpik. Golkiper gospodarzy rozgrywał prawdopodobnie jedno z najlepszych spotkań w sezonie, zatrzymując kolejne próby rywali i odbierając im nadzieję na odwrócenie losów meczu.
Napędzeni świetnymi interwencjami swojego bramkarza gospodarze prezentowali się coraz pewniej. Byli lepiej zorganizowani, bardziej zgrani i skuteczniejsi pod bramką przeciwnika. Każda kolejna akcja zwiększała ich przewagę, co znajdowało odzwierciedlenie również na tablicy wyników. Ostatecznie FC Olimpik pokonał Zadymiarzy 6:2, odnosząc w pełni zasłużone zwycięstwo. To rezultat, który powoduje, że triumfatorzy zachowują realne szanse na zakończenie rozgrywek na podium. W niedzielę przekonamy się, czy uda im się zrealizować cel.
Oldboys Derby II walczą o brązowe medale i już w tę niedzielę mogli zapewnić sobie miejsce na podium. Naprzeciwko stanęli jednak Klikers, którzy tego dnia zupełnie nie przypominali drużyny z dolnych rejonów tabeli. Od pierwszego gwizdka prezentowali się lepiej praktycznie pod każdym względem – zarówno pod względem organizacji gry, jak i szerokości składu, której Oldboysom wyraźnie brakowało.
Zawodnicy w czarnych koszulkach wyglądali na boisku pewniej, spokojniej i przede wszystkim byli bardziej głodni zwycięstwa. Przez całe spotkanie utrzymywali równy poziom, unikając przestojów, które często kosztują punkty. Jedynym elementem, którego momentami im brakowało, była skuteczność. Duża w tym zasługa Rafała Wieczorka, który raz za razem ratował Oldboysów świetnymi interwencjami i utrzymywał swój zespół w grze. Mimo że gospodarze przez długi czas pozostawali w kontakcie, z każdą minutą było widać, że zaczyna brakować im sił. Trudy długiego sezonu dawały o sobie znać, a momentami można było odnieść wrażenie, że drużyna próbuje już przede wszystkim dotrwać do końca rozgrywek. To jednak mogło okazać się kosztowne w starciu z tak dobrze dysponowanym rywalem.
Klikers od początku do końca kontrolowali przebieg spotkania. Po pierwszej połowie prowadzili 3:1, a po zmianie stron jeszcze bardziej zwiększyli przewagę, odskakując na 6:2. W końcówce dodatkowo czerwoną kartkę obejrzał Bartek Krzywko z Oldboys Derby, co praktycznie rozwiało wszelkie wątpliwości dotyczące zwycięzcy. Klikers nie wykorzystali gry w przewadze do zdobycia kolejnych bramek, ale spokojnie i dojrzale dowieźli korzystny wynik do końcowego gwizdka. Największym bohaterem meczu był Piotr Wąsowski, który zakończył spotkanie z dorobkiem dwóch bramek i trzech asyst.
Dzięki temu zwycięstwu Klikers zapisali na swoim koncie jedno z najlepszych spotkań w sezonie. Oldboys Derby II wciąż pozostają w grze o podium, ale przed ostatnią kolejką nie mają już miejsca na potknięcia. Brązowe medale nadal są w ich zasięgu, a wszystko rozstrzygnie się na finiszu sezonu.
Heavyweight Heroes bardzo dobrze prezentują się w końcówce sezonu i tym razem pewnie pokonali Santiago Remberteu. Goście przyjechali na mecz tylko z jedną zmianą i bez nominalnego bramkarza, a po kontuzji jednego z zawodników byli zmuszeni kończyć spotkanie bez żadnego gracza rezerwowego.
Nie był to jednak problem gospodarzy, którzy konsekwentnie realizowali swój plan. O ile pierwsza połowa była jeszcze stosunkowo wyrównana i zakończyła się wynikiem 3:1 dla Heavyweight Heroes, o tyle druga część meczu okazała się znacznie bardziej bolesna dla Santiago. Wraz z upływem minut gościom zaczęło brakować sił, co bezlitośnie wykorzystali rywale. Druga połowa zakończyła się wynikiem 6:2, a całe spotkanie 9:3 dla „Bohaterów”.
Największe zagrożenie pod bramką przeciwnika stwarzało trio Parzych – Zachewicz – Aniołowski. To właśnie ta trójka błyszczała w ofensywie, zdobywając aż osiem z dziewięciu bramek swojej drużyny. Ich współpraca wyglądała bardzo dobrze, a każda kolejna akcja sprawiała defensywie Santiago coraz więcej problemów. Na osobne wyróżnienie zasługuje również kapitan zespołu, Daniel Dudziński. Był to dla niego wyjątkowy mecz, ponieważ rozgrywał swoje setne spotkanie w barwach drużyny. Mimo problemów zdrowotnych zdołał zapisać na swoim koncie asystę, dokładając swoją cegiełkę do kolejnego zwycięstwa zespołu.
Heavyweight Heroes życzymy podtrzymania świetnej formy i udanego zakończenia sezonu. Santiago Remberteu natomiast zachęcamy do pełnej mobilizacji przed ostatnią kolejką. Warto zakończyć rozgrywki mocnym akcentem i pokazać charakter do samego końca.
Mimo że zarówno Elekcyjna FC, jak i Warsaw Pistons zajmują obecnie odpowiednio 10. i 9. miejsce w ligowej tabeli, w ten weekend sprawili kibicom fajne widowisko. Wynik 6:8 świadczy o wysokiej skuteczności obu ekip, a zarówno defensywa gospodarzy, jak i gości miała ogromne problemy z zatrzymaniem rozpędzonych ataków rywali.
Pierwsza połowa przyniosła prawdziwą wymianę ciosów. Oba zespoły grały odważnie, szybko przechodziły do ofensywy i regularnie trafiały do siatki. Już po ośmiu minutach gry zobaczyliśmy aż siedem bramek! Tuż po rozpoczęciu od środka piękną akcję ofensywną przeprowadzili gospodarze, obejmując prowadzenie. Następnie Pistons najpierw wyrównali, a później przejęli inicjatywę, choć chwilę później na tablicy wyników ponownie widniał remis 3:3.
Kluczowe dla przebiegu meczu okazało się potężne uderzenie przy krótkim słupku autorstwa Kacpra Romanowskiego, który bez wątpienia był najjaśniejszym punktem zespołu gości. Co więcej, w pierwszej połowie aż czterokrotnie wpisał się na listę strzelców. Od tego momentu tempo meczu nieco spadło, a pozostała część pierwszej odsłony przebiegała już pod dyktando Warsaw Pistons. Na przerwę zespoły schodziły przy wyniku 4:6.
W drugich 25 minutach spotkanie rzeczywiście straciło nieco na dynamice. Gospodarze przejęli inicjatywę, budowali akcje od tyłu i stwarzali sobie dogodne okazje, jednak Warsaw Pistons nie tylko skutecznie się bronili, ale również potrafili odpowiedzieć groźnymi kontratakami. Jeden z nich wykorzystał Krzysztof Chodziński, podwyższając wynik na 4:7. Kropkę nad „i” postawił Jan Kafarski, który skutecznie zgasił nadzieje gospodarzy na powrót do meczu. Elekcyjna FC próbowała jeszcze odrobić straty i zdołała zdobyć dwa gole, lecz na realny comeback było już zdecydowanie za późno.
Ostatecznie to goście zwyciężyli 8:6, pokazując dużą skuteczność i zachowując chłodną głowę w kluczowych momentach spotkania. Elekcyjna FC mimo porażki zasługuje na uznanie za walkę do końca.
Będący w wybitnej formie i znajdujący się w trakcie passy czterech zwycięstw z rzędu Szereg Homogenizowany kontra grający ostatnio w kratkę, ale i tak rozgrywający sezon życia Pogromcy Poprzeczek – stawką tego pojedynku dla pierwszych było zachowanie niewielkiego dystansu do podium, natomiast dla drugich zapewnienie sobie miejsca w TOP 5 15. Ligi.
W ten dosyć upalny fragment dnia obie ekipy nie ułatwiły sobie zadania, przyjeżdżając w bardzo okrojonych składach. Pogromcy dysponowali zaledwie jednym rezerwowym, natomiast Szereg nie miał ani jednego zmiennika.
Gospodarze doskonale wiedzieli, że przeciwnicy tworzą naprawdę zgrany kolektyw, a dodatkowo wspierani przez świetnie grającego nogami golkipera, Jakuba Wojno, będą jeszcze trudniejsi do zatrzymania. Dlatego też postawili przede wszystkim na mądrą grę obronną, a w ataku opierali się głównie na sytuacjach powstałych po przechwytach. I mimo lekkiej dominacji SH, nie skłamiemy, jeśli powiemy, że to właśnie Pogromcy Poprzeczek stworzyli sobie dwie zdecydowanie groźniejsze okazje. Po ładnej kombinacji w polu karnym Szeregu pomiędzy Niewiadomym a Marcinem Kowalskim ten drugi nie zdołał wpakować piłki do siatki, a chwilę później z bliskiej odległości spudłował Peszko.
Niewykorzystane okazje oczywiście się zemściły. Zbyt słaby doskok piłkarzy PP do dłużej prowadzącego piłkę Eryka Borczona pozwolił temu zawodnikowi otworzyć wynik spotkania. Choć do przerwy obie drużyny stworzyły sobie jeszcze kilka sytuacji, Wojno i Maj nie dopuścili, by jakakolwiek piłka ponownie zatrzepotała w siatce.
Po zmianie stron między słupkami Pogromców doszło do roszady, bowiem odnowiona kontuzja uniemożliwiła Michałowi Kowalskiemu dalszą grę w polu. Współpraca Niewiadomego ze starszym Kowalskim przyniosła efekt w 30. minucie, kiedy „Kowal” utrzymał się przy piłce mimo rywala na plecach i znakomicie zagrał do wbiegającego na bliższy słupek Niewiadomego, a ten pewnym strzałem umieścił futbolówkę w siatce. Nie minęło wiele czasu, a Szereg za sprawą Bańkowskiego i Ryszawy odskoczył rywalom na dwa trafienia i PP ponownie musieli gonić wynik, co wobec narastającego zmęczenia było coraz trudniejszym zadaniem. Z pomocą przyszedł rzut karny podyktowany za przewinienie na Niewiadomym, wykorzystany przez samego poszkodowanego. Chwilę później jednak obsłużony przez Bańkowskiego Ryszawa szybko ostudził radość Pogromców Poprzeczek.
Gracze SH ponownie sprokurowali rzut karny, którego na gola pewnym strzałem zamienił Marcin Kowalski. Doskonałe wyjścia na wolne pole po prostopadłych podaniach Bańkowskiego i Gazdy pozwoliły jednak Szeregowi zdobyć jeszcze dwa cenne trafienia i niejako odkupić wcześniejszą niefrasobliwość we własnym polu karnym.
Jakub Wojno nie pozwolił już na kolejne gole dla PP, broniąc strzały zarówno Boguckiego, jak i Markowskiego. Mecz zakończył się więc wynikiem 6:3 dla Szeregu Homogenizowanego, a w obliczu korzystnych rezultatów pozostałych spotkań dał obu drużynom dokładnie to, w co przed pierwszym gwizdkiem celowały.
Inter po wygranej z Yug Budem miał nadzieję na pokonanie Green Teamu i pozostanie w walce o mistrzostwo. Od początku meczu było widać, jak wielka jest stawka tego starcia. Oba zespoły z dużym zaangażowaniem przystąpiły do rywalizacji, co zapowiadało emocje aż do ostatnich minut spotkania. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli goście po strzale niezawodnego Piotra Waszczuka. Inter nie zamierzał jednak rezygnować i jeszcze przed przerwą doprowadził do wyrównania. Drugie 25 minut zapowiadało się więc niezwykle interesująco.
Po zmianie stron Green Team ponownie objął prowadzenie, ale gdy wydawało się, że będzie spokojniej i rozsądniej rozgrywał piłkę, obrona znów straciła koncentrację, a ekipa z Ukrainy doprowadziła do remisu. Być może kluczowa akcja meczu miała miejsce w polu karnym gości. Piłka po uderzeniu jednego z zawodników Interu toczyła się po linii bramkowej i gospodarze byli przekonani, że przekroczyła linię. Sędzia nie wskazał jednak na środek boiska, a rywale ruszyli z kontrą, którą zamienili na bramkę. Mimo tej kontrowersyjnej sytuacji Inter od stanu 2:3 potrafił ponownie wyrównać. Gdy wydawało się już, że mecz zakończy się podziałem punktów, niemal w ostatniej akcji spotkania Łukasz Jakubowski zdecydował się na strzał, kompletnie zaskakując rywali.
Szok po stronie Interu, ogromna radość po stronie Green Teamu. Goście sięgnęli po niezwykle cenne zwycięstwo, które może mieć ogromne znaczenie w końcowym układzie tabeli. Ostatnia kolejka będzie więc decydująca w walce o medale. Sami jesteśmy ciekawi, jak potoczy się ten emocjonujący finisz rozgrywek.
Spotkanie pomiędzy RCD Los Rogalos a FC Wombaty miało gigantyczne znaczenie w kontekście walki o utrzymanie, dlatego stawka była ogromna dla obu zespołów.
Lepiej spotkanie rozpoczęli gospodarze, którzy już w 4. minucie wyprowadzili błyskawiczną kontrę zakończoną trafieniem Adama Świstaka. Zaledwie trzy minuty później ten sam zawodnik ponownie wpisał się na listę strzelców. Po przejęciu piłki ruszył sam na sam z bramkarzem i efektownym lobem podwyższył prowadzenie Los Rogalos na 2:0. Przez dłuższy czas gospodarze kontrolowali przebieg wydarzeń, jednak FC Wombaty nie zamierzały łatwo oddać tego spotkania. W 15. minucie goście wykorzystali błąd rywali, a sytuację pewnie wykończył Wojtek Grabowski, zdobywając bramkę kontaktową. Trafienie wyraźnie dodało Wombatom pewności siebie. Goście coraz śmielej atakowali i jeszcze przed przerwą doprowadzili do wyrównania. Do szatni oba zespoły schodziły przy remisie 2:2,więc losach meczu miała zdecydować druga połowa.
Po zmianie stron ponownie lepiej rozpoczęli gospodarze. Już dwie minuty po wznowieniu gry świetnie rozegrany aut przez Filipa Przybylskiego trafił do nabiegającego Mateusza Drumlaka, który skierował piłkę do siatki i przywrócił swojej drużynie prowadzenie. Kilka minut później kibice obejrzeli najpiękniejszą bramkę całego spotkania. Mikołaj Mańko zdecydował się na odważny strzał niemal z połowy boiska i idealnie przymierzył przy dalszym słupku. Bramkarz Wombatów był całkowicie bez szans, a Los Rogalos odskoczyli na dwie bramki, prowadząc 4:2.
FC Wombaty po raz kolejny pokazały jednak charakter. W 32. minucie zdobyły bramkę kontaktową, a sześć minut później doprowadziły do remisu 4:4. Goście ponownie wrócili do gry i wydawało się, że spotkanie może zakończyć się podziałem punktów. Decydujące okazały się jednak ostatnie fragmenty. Końcowe dziesięć minut należało już zdecydowanie do Los Rogalos. Gospodarze zachowali więcej spokoju, skutecznie wykorzystywali swoje okazje i zdobyli jeszcze dwa gole, przechylając szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Dzięki świetnej końcówce Rogale sięgnęły po niezwykle cenne zwycięstwo 6:4, które zapewniło drużynie utrzymanie w lidze. Dla Wombatów porażka miała znacznie bardziej bolesne konsekwencje. Przegrana sprawiła, że zespół zakończy sezon w strefie spadkowej...
Spotkanie OldBoys Derby III z YUG.BUD miało przed pierwszym gwizdkiem zdecydowanego faworyta i byli nim goście. Trudno było o inne przewidywania, skoro po jednej stronie oglądaliśmy drużynę napędzaną przez duet Volodymyr Kharin – Olek Pliakin, który przez cały sezon należy do najbardziej produktywnych w lidze.
Początek meczu nie zwiastował jednak aż tak wysokiego wyniku. YUG.BUD od pierwszych minut kontrolował przebieg gry, utrzymywał się przy piłce i regularnie atakował, ale gospodarze przez dłuższy czas skutecznie bronili dostępu do własnej bramki. Niestety, w 8. minucie doszło do bardzo pechowego i smutnego wydarzenia. Przy interwencji po nisko bitej centrze urazu doznał bramkarz OldBoys, Piotr Arendt. Kontakt z rywalem zakończył się złamaniem palca, przez co nie mógł kontynuować gry. W tym miejscu życzymy Piotrowi szybkiego powrotu do zdrowia i sprawnej rehabilitacji. Między słupkami zastąpił go Przemysław Biały i spotkanie mogło być kontynuowane. Od tego momentu przewaga YUG.BUD stawała się coraz bardziej widoczna. Goście w końcu znaleźli sposób na sforsowanie defensywy gospodarzy, a kiedy już się wstrzelili, nastąpił prawdziwy ofensywny huragan. Kolejne akcje były przeprowadzane z dużą jakością, a duet liderów zespołu regularnie rozmontowywał szyki obronne rywali. Efekt? Aż 8:1 do przerwy.
Po zmianie stron obraz gry właściwie się nie zmienił. YUG.BUD nie zamierzał zdejmować nogi z gazu, a dodatkowej energii dodawał im gorący doping własnych fanek. Goście konsekwentnie atakowali, kreowali sytuacje i dokładali kolejne trafienia, nie pozwalając gospodarzom na złapanie kontaktu. Prawdziwy koncert rozegrał Volodymyr Kharin, który aż siedmiokrotnie wpisywał się na listę strzelców. Nie mniej imponujący był występ Olka Pliakina, który zakończył mecz z dorobkiem sześciu asyst. Takie liczby mówią same za siebie i pokazują, dlaczego YUG.BUD znajduje się na szczycie tabeli.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 13:3. Jeśli w ostatniej kolejce nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, wszystko wskazuje na to, że YUG.BUD sięgnie po mistrzostwo ligi, pieczętując znakomity sezon w naprawdę efektownym stylu.
Takich NieDzielnych nie widzieliśmy od dawna! Od pierwszych minut było widać, że gospodarze są ekipą lepiej zorganizowaną i zdecydowanie skuteczniejszą pod bramką rywala. W dużej mierze wynikało to z mocnego składu, jaki udało im się zebrać na tę kolejkę. Jako pierwsi trafili do siatki za sprawą precyzyjnego strzału Daniela Czekaja. Już w początkowej fazie meczu defensor NieDzielnych zdecydował się na uderzenie zza pola karnego, co poskutkowało szybkim objęciem prowadzenia.
Goście błyskawicznie udowodnili jednak, dlaczego są drużyną wyżej notowaną w tabeli. Pięknym wykończeniem sytuacji sam na sam popisał się snajper KP Syrenki, Maksymilian Pająk, doprowadzając do wyrównania. Syrenka napierała, próbując wyjść na prowadzenie, jednak jej plany kilkukrotnie pokrzyżował Marcin Aksamitowski. Bramkarz NieDzielnych był tego dnia w genialnej dyspozycji i ratował swój zespół z wielu trudnych sytuacji. Niewykorzystane okazje zemściły się i niespodziewanie to gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie dzięki trafieniu Damiana Grochowskiego. Tuż przed przerwą NieDzielni zdołali jeszcze raz trafić do siatki Syrenki, schodząc do szatni z dwubramkową zaliczką.
Po zmianie stron obraz meczu jeszcze wyraźniej układał się pod dyktando NieDzielnych. Gospodarze grali z dużą swobodą, skutecznie przechodzili z obrony do ataku i niemal bezlitośnie wykorzystywali pozostawione przestrzenie. KP Syrenka próbowała odpowiadać, jednak miała ogromne problemy z zatrzymaniem rozpędzonego przeciwnika. Rywale w samej końcówce trafiali do siatki niemal co chwilę. Godyński dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, Grochowski dołożył jeszcze trzy trafienia, a prawdziwą ozdobą spotkania była bramka Marcina Aksamitowskiego. Golkiper NieDzielnych uderzeniem z własnej połowy przelobował wszystkich zawodników na boisku, zdobywając gola, który bez wątpienia był zwieńczeniem jego znakomitego występu.
Ostatecznie NieDzielni zwyciężyli aż 9:2, prezentując bardzo dobrą organizację gry, wysoką skuteczność i - co najważniejsze - dopisując do swojego dorobku drugą wygraną w tym sezonie po długiej przerwie. Takich NieDzielnych chcemy oglądać co weekend!
KP Syrenka mimo wysokiej porażki zasługuje na uznanie za walkę do końca, jednak tego dnia to gospodarze byli zespołem zdecydowanie bardziej konkretnym i bezlitosnym pod bramką rywala.
Mecz o sześć punktów, spotkanie o medale i starcie, po którym można było spodziewać się ogromnych emocji – tym razem jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Tornado odniosło bardzo pewne zwycięstwo 5:0, które zapewniło mu srebrne medale i jednocześnie praktycznie przekreśliło szanse Vitaury na podium.
Od pierwszych minut spotkanie było całkowicie pod kontrolą Tornado. Tempo gry, organizacja i skuteczność były po ich stronie. W niespełna 30 minut Kamil Rusinek skompletował hat-tricka i praktycznie ustawił cały mecz. Jedno z trafień było absolutną ozdobą spotkania – strzał lewą nogą z okolic środkowego koła, który wylądował idealnie w okienku bramki. Gol najwyższej klasy, podkreślający jego dominację na boisku.
Vitaura próbowała odpowiedzieć – szukała swoich szans w ataku, starała się narzucić fizyczną grę i podnieść intensywność, jednak tego dnia wszystko układało się po myśli rywali. Tornado skutecznie neutralizowało kolejne próby przeciwników i z każdą minutą coraz bardziej kontrolowało przebieg spotkania. W końcówce meczu zespół Tornado świadomie uspokoił grę, utrzymując się przy piłce i bezpiecznie dowożąc wynik do końca. Dołożył jeszcze dwa trafienia, a jego bramkarz zakończył spotkanie z czystym kontem, co tylko podkreśliło skalę dominacji.
Przed ostatnią kolejką sytuacja jest jasna: Vitaura musi wygrać swój mecz z Q-Ice, jeśli chce pozostać w walce o trzecie miejsce, natomiast Tornado może być już spokojne o srebrne medale. Choć walka o złoto wymknęła się im z rąk, zespół pokazuje, że chce zakończyć sezon w najlepszym możliwym stylu.
Mistrzowie nie zwalniają tempa. Po przypieczętowaniu mistrzostwa 16. Ligi Fanów zawodnicy Ternovitsii II przystąpili do spotkania z Rzeźnią Marki już bez większej presji, ale mimo to pokazali pełen profesjonalizm i sięgnęli po kolejne wysokie zwycięstwo. Choć końcowy wynik 11:2 robi ogromne wrażenie, to przez długi czas spotkanie nie zapowiadało aż tak jednostronnego rozstrzygnięcia.
Pierwsza połowa nie należała do najbardziej emocjonujących. Ternovitsia II kontrolowała przebieg gry, częściej utrzymywała się przy piłce i stwarzała więcej sytuacji, jednak tempo meczu pozostawiało sporo do życzenia. Gospodarze starali się ambitnie przeciwstawiać faworytom, a przewaga mistrzów długo nie przekładała się na lawinę bramek. Do przerwy było zaledwie 2:0 dla gości i nic nie wskazywało na to, że po zmianie stron zobaczymy prawdziwy festiwal strzelecki.
Jeżeli jednak pierwsza połowa była spokojna, to druga okazała się całkowitym popisem Ternovitsii II. Mistrzowie z każdą minutą coraz mocniej naciskali, a Rzeźnia Marki miała coraz większe problemy z zatrzymaniem rozpędzonych rywali. Kolejne akcje kończyły się groźnymi strzałami, a gole zaczęły wpadać z dużą regularnością. Goście imponowali skutecznością, wymieniali podania z dużą swobodą i bezlitośnie wykorzystywali każdy błąd przeciwników.
Samo spotkanie trudno jednak zaliczyć do najbardziej porywających widowisk sezonu. Przewaga jednej drużyny była tak wyraźna, że momentami emocji było jak na lekarstwo. Niektórzy żartobliwie mogliby stwierdzić, że chwilami bardziej interesująco prezentowała się rosnąca wokół obiektu trawa niż wydarzenia na boisku. Wynikało to jednak głównie z faktu, że losy meczu były praktycznie rozstrzygnięte na długo przed ostatnim gwizdkiem. Mimo wysokiej porażki Rzeźnia Marki może patrzeć w przyszłość z optymizmem. Wynik nie oddaje w pełni potencjału tej drużyny, która już wielokrotnie pokazywała, że posiada spore możliwości i w kolejnych sezonach może rywalizować na wyższym poziomie.
Z kolei Ternovitsia II potwierdziła, że mistrzowski tytuł nie był dziełem przypadku. Nawet po osiągnięciu najważniejszego celu sezonu zespół nie odpuszcza i nadal prezentuje jakość godną najlepszej drużyny ligi. Wynik 11:2 był tego kolejnym potwierdzeniem.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)