reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga

RAPORT MECZOWY! 11. KOLEJKA - SEZON 25/26

W miniony weekend na naszych boiskach nie brakowało emocji - od porażki GWA Media, przez pewne zwycięstwo Warszawskiej Ferajny do zera, aż po kolejny triumf w najniższej lidze Rzeźni Marki. To oczywiście tylko fragment tego, co się wydarzyło, bo całość trudno zamknąć w jednym zdaniu. Na szczęście nasi koordynatorzy przybliżą Wam najciekawsze momenty i wydarzenia z poprzedniej serii spotkań.

Opisy meczów 11. kolejki czekają już na Was w raportach, w zakładce PODSUMOWANIE SPOTKANIA. Ale mamy też coś dla tych, którym nie chce się za dużo klikać, a których interesują relacje wyłącznie z meczów ligi w której grają. Wchodząc w menu konkretnego poziomu rozgrywkowego dodaliśmy opcję RELACJE MECZOWE. Wszystkie streszczenia znajdziecie tam w jednym miejscu :)
Życzymy Wam przyjemnej lektury!

Ekstraklasa

Starcie GWA Media Ochota z KSB Warszawa zapowiadało się jako hit kolejki i bez wątpienia spełniło wszelkie oczekiwania. Był to pojedynek drugiej z trzecią drużyną w tabeli, a dodatkowego smaczku dodawał fakt, że gospodarze rozpoczęli rundę wiosenną poniżej oczekiwań, remisując z FC Otamanami, podczas gdy KSB było na fali po zwycięstwie nad FC Impulsem UA.

Od pierwszych minut było jasne, że zobaczymy coś wyjątkowego. Spotkanie rozpoczęło się od mocnego uderzenia gości, bo wynik otworzył Voronov. Gospodarze błyskawicznie odpowiedzieli za sprawą Patoki, jednak to, co wydarzyło się między 7. a 10. minutą, było prawdziwym szokiem – KSB zdobyło aż trzy gole i niespodziewanie wyszło na prowadzenie 4:1. Od tego momentu inicjatywę przejęli zawodnicy GWA Media Ochota, którzy zaczęli dominować w posiadaniu piłki, podczas gdy goście skupiali się na kontratakach. Po 15 minutach gry było już 4:2, a drugiego gola zdobył Patoka. Chwilę później Voronov popisał się kapitalnym, niesygnalizowanym strzałem z połowy boiska, ponownie zwiększając przewagę swojej drużyny. Ten moment okazał się przełomowy. Bramkarz gospodarzy opuścił boisko, a jego miejsce jako lotny bramkarz zajął Sebastian Dąbrowski. Ta decyzja przyniosła efekt – gra gospodarzy zaczęła się zazębiać i między 20. a 25. minutą zdobyli aż trzy bramki, doprowadzając do remisu 5:5 przed przerwą.

Druga połowa rozpoczęła się od zdecydowanej przewagi GWA Media Ochota. Gole Bieniasa i Patoki dały prowadzenie 7:5 w 30. minucie. Od tego momentu mecz zamienił się w prawdziwy rollercoaster – bramki padały niemal co dwie minuty, raz dla jednej, raz dla drugiej drużyny. Decydujący cios zadali jednak goście. Na kilka chwil przed końcem Kashuba zdobył gola na 12:10 dla KSB i stało się jasne, że sensacja jest blisko. Choć gospodarze zdołali jeszcze trafić do siatki, nie starczyło im czasu na odrobienie strat. Ostatecznie KSB Warszawa wygrało to niesamowite widowisko 12:11, a mecz ten z pewnością przejdzie do historii jako jedno z najbardziej emocjonujących spotkań sezonu.

Spotkanie 11. kolejki Ekstraklasy Ligi Fanów pomiędzy In Plusem a FC Otamanami zapowiadało się niezwykle interesująco i takie też było od pierwszego do ostatniego gwizdka. Obie drużyny dobrze rozpoczęły rundę wiosenną - gospodarze od zwycięstwa, natomiast goście wywalczyli cenny remis z mistrzem Polski. Ich cele na sezon są jednak zupełnie odmienne: In Plus walczy o medale, a Otamany o utrzymanie w lidze.

Początek meczu to wzajemne badanie się i ostrożna gra z obu stron. Zarówno jedni, jak i drudzy stworzyli sobie kilka sytuacji, jednak bramkarze spisywali się bez zarzutu. Przełamanie nastąpiło w 7. minucie, kiedy Kashperuk wykorzystał swoją okazję i wyprowadził gości na prowadzenie. Zaledwie 90 sekund później ten sam zawodnik ponownie wpisał się na listę strzelców, podwyższając wynik na 2:0. Po tym ciosie inicjatywę przejęli gospodarze. W 14. minucie kontaktowego gola zdobył Skotnicki, a chwilę później świetną akcję indywidualną Szulkowskiego wykończył Przyborek, doprowadzając do wyrównania. Wymiana ciosów trwała w najlepsze - Kashperuk skompletował hat-tricka, jednak błyskawicznie odpowiedział Szeliga. Do przerwy oglądaliśmy aż sześć bramek i wynik 3:3.

Druga połowa była równie emocjonująca i wyrównana. W 32. minucie prowadzenie gospodarzom dał najlepszy na boisku Szulkowski, a kilkadziesiąt sekund później Szeliga podwyższył na 5:3. FC Otamany nie poddawali się i w 40. minucie zdobyli bramkę kontaktową, ale mimo ambitnej walki nie zdołali doprowadzić do remisu. Ostatecznie In Plus zwyciężył 5:4 w jednym z najbardziej widowiskowych spotkań kolejki.

Aż 10 kolejek musieli czekać zawodnicy TUR-a, aby ponownie zasmakować zwycięstwa w Ekstraklasie Ligi Fanów. W ekipie Tomka Kotusa dało się wyczuć wyjątkową mobilizację przed tym meczem i szybko okazało się, że nie było to wrażenie mylne. Już w 1. minucie spotkania wynik otworzył weteran tej ekipy, Maciej Baranowski. Chwilę później mogło być nawet 0:2, ale nie udało się wykorzystać sytuacji sam na sam z bramkarzem. W 7. minucie nie było już miejsca na błąd i Sebastian Klimiuk wbił piłkę do bramki Tanatosu. Gospodarze nieco przespali pierwsze minuty meczu, ale szybko zabrali się do odrabiania strat i momentalnie doprowadzili do remisu. Najpierw błysnął Szymon Lewicki, a po chwili prezent w postaci rzutu karnego wykorzystał Eryk Kopczyński. Riposta gości była błyskawiczna - pressing na połowie przeciwnika zmusił bramkarza do błędu, a gola zdobył Piotr Augustyniak. W niemal identycznych okolicznościach padła kolejna bramka w 21. minucie i TUR schodziłby na przerwę z dwubramkowym prowadzeniem, ale w samej końcówce pierwszej połowy dublet skompletował Szymon Lewicki.

W drugiej połowie mecz nabrał kolorów, bo w pewnym momencie ekipa z Ochoty musiała grać w dwuosobowym osłabieniu, a mimo to Tanatos nie zdołał przekuć tej przewagi na gola. W końcu udało się pokonać Pawła Sobolewskiego na dziesięć minut przed końcem, ale było to zupełnie przypadkowe trafienie - piłka odbiła się od obrońcy i zmyliła bramkarza gości. TUR napierał, ale Konrad Piskorz wyczyniał cuda między słupkami, między innymi broniąc dwie „setki”. W 45. minucie dokonał czegoś niezwykłego – przy rzucie karnym wykonywanym przez Maćka Baranowskiego całkowicie przeczytał zamiary strzelca i nie dał piłce wpaść do siatki.

Zdawało się, że Tanatos, niesiony euforią, przechyli szalę zwycięstwa na swoją stronę, ale stało się coś zupełnie innego. W 46. minucie, po kapitalnej akcji zespołowej, na 4:5 trafił Sebastian Klimiuk, a chwilę później gospodarzy dobił Piotr Augustyniak. W ostatniej akcji meczu ten sam zawodnik ustalił wynik na 4:7 i TUR w końcu mógł cieszyć się z kolejnej wygranej w Ekstraklasie LF.

Spotkanie pomiędzy Gladiatorami Eternis a Ogniem Bielany miało wyraźnego faworyta, ale jak pokazał przebieg meczu, goście nie zamierzali łatwo oddać punktów. Gladiatorzy po świetnej rundzie jesiennej przewodzili tabeli, natomiast Ogień Bielany walczy o utrzymanie. Co ciekawe, obie drużyny rozpoczęły rundę wiosenną od niespodziewanych porażek, co tylko dodawało temu starciu dodatkowego smaczku.

Od pierwszych minut inicjatywę przejęli gospodarze. Już w 3. minucie Kielak wykorzystał swoją okazję i otworzył wynik meczu. Ogień Bielany nie zamierzał się jednak cofać – goście starali się grać odważnie i w 8. minucie przyniosło to efekt, gdy Nowak doprowadził do wyrównania. Stracony gol wyraźnie podrażnił Gladiatorów, którzy szybko wrócili na prowadzenie za sprawą trafienia Starosa. W kolejnych fragmentach spotkania gra była bardzo otwarta. Obie drużyny tworzyły sytuacje podbramkowe, jednak świetnie spisywali się bramkarze, którzy długo utrzymywali wynik bez zmian. Dopiero w 20. minucie Pietrzak popisał się znakomitą indywidualną akcją i podwyższył prowadzenie gospodarzy na 3:1. Z takim wynikiem zespoły zeszły na przerwę.

Po zmianie stron obraz gry nieco się zmienił. To Ogień Bielany częściej utrzymywał się przy piłce i próbował narzucić swoje tempo, jednak brakowało skuteczności. Tymczasem Gladiatorzy byli bezlitośni – w 35. minucie na 4:1 trafił Dryński, a w 45. minucie drugiego gola w meczu dołożył Kielak. Gdy wydawało się, że spotkanie zakończy się wynikiem 5:1, goście w jednej z ostatnich akcji zdobyli jeszcze bramkę, ustalając rezultat na 5:2. Mimo wyraźnej wygranej lidera tabeli, wynik nie oddaje w pełni przebiegu gry, bo Ogień Bielany postawił bardzo trudne warunki i momentami był równorzędnym rywalem dla faworyzowanych Gladiatorów.

Starcie pomiędzy FC Impuls UA a FC Lakoksy było klasycznym meczem o sześć punktów. Obie ekipy przystępowały do rywalizacji bardzo zmotywowane – gospodarze chcieli opuścić strefę spadkową, a goście powiększyć swoją przewagę nad bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie.

Mecz od początku stał na wysokim poziomie technicznym. Jako pierwsi powody do radości mieli zawodnicy Bartka Królaka. Wynik otworzył Patryk Nowak, co zwiastowało udany wieczór dla Lakoksów. Radość gości nie trwała jednak długo. Impuls UA, pod wodzą Bohdana Ivaniuka, szybko przejął inicjatywę. Sygnał do ataku dał Dmytro Hrynov, doprowadzając do wyrównania. Od tego momentu gra zawodników z Ukrainy nabrała tempa i precyzji, świetnie spisywał się też bramkarz, który często uczestniczył w akcjach ofensywnych swojego zespołu. Kolejne akcje były pokazem skuteczności – najpierw Aidyn Yessaly wykończył podanie Romana Sołtysa, a chwilę później sam Sołtys wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik do przerwy na 3:1. Lakoksy starały się konstruować ataki, ale w ich grze brakowało dokładności i zimnej krwi w kluczowych podaniach.

Druga połowa przyniosła zmianę obrazu gry. Impuls UA cofnął się głębiej, mądrze wyczekując na kontrataki i oddając pole gry rywalom, a defensywa gospodarzy była tego dnia bardzo dobrze dysponowana. Mimo optycznej przewagi Lakoksów to Impuls zadał kolejny cios – po koronkowej akcji na 4:1 trafił Vasyl Ivaniuk. W końcówce spotkania Gracjan Brzeziński tchnął jeszcze nadzieję w serca gości, strzelając bramkę na 4:2, jednak ostatnie słowo należało do gospodarzy. Wynik meczu na 5:2 ustalił Vladyslav Budz, pieczętując zasłużone zwycięstwo swojej drużyny.

Taki rezultat sprawił, że walka o utrzymanie w Ekstraklasie nabrała rumieńców. FC Impuls UA zrównał się punktami ze swoim dzisiejszym rywalem, a w dolnej części tabeli aż cztery zespoły mają obecnie po 12 oczek. Każdy, nawet najmniejszy błąd w nadchodzących kolejkach może teraz decydować o ligowym "być albo nie być".

1 Liga

Gospodarze byli sporą niewiadomą, bo dołączyli do rozgrywek dopiero w przerwie zimowej, zastępując wycofaną drużynę. Mimo zmian kadrowych względem turnieju Decathlon Socca Cup, w którym zajęli drugie miejsce, było jasne, że to zespół o dużym potencjale. FC Łowcy natomiast to uznana marka na scenie socca, z licznymi sukcesami turniejowymi i jasnym celem, czyli awansem do Ekstraklasy.

Spotkanie rozpoczęło się w wymarzony sposób dla gości. Już w 1. minucie świetną akcję wypracował Kamil Kucharski, reprezentant Polski w socca, który asystował przy trafieniu Dudzińskiego. Cztery minuty później sam wpisał się na listę strzelców i FC Łowcy prowadzili już 2:0. Uragan jednak szybko pokazał charakter – gole Zaksa i Prokopa sprawiły, że w 11. minucie mieliśmy remis 2:2. Jak się później okazało, był to najlepszy moment gospodarzy w pierwszej połowie. Od tego momentu inicjatywę przejęli FC Łowcy, którzy zaczęli dominować i jeszcze przed przerwą zdobyli cztery kolejne bramki, schodząc do szatni z komfortowym prowadzeniem 6:2.

Po zmianie stron obraz gry się wyrównał. Obie drużyny długo utrzymywały się przy piłce i konstruowały składne akcje. Uragan nie zamierzał się poddawać i stopniowo odrabiał straty. Po kwadransie drugiej połowy było już tylko 5:7, co zwiastowało emocjonującą końcówkę. Decydujący moment nastąpił na pięć minut przed końcem, kiedy Dudziński zdobył gola na 8:5, znacząco przybliżając swój zespół do zwycięstwa. Mimo to gospodarze do samego końca walczyli z ogromnym zaangażowaniem i w końcówce zdobyli jeszcze dwa gole.

Ostatecznie zabrakło im jednak czasu i Uragan przegrał 7:8, pozostawiając po sobie bardzo dobre wrażenie, natomiast FC Łowcy dopisali do swojego dorobku cenne trzy punkty.

To było starcie drużyn z dwóch różnych światów. Z jednej strony Sirius, walczący o mistrzostwo, z drugiej Kebavita, która bije się o utrzymanie w pierwszej lidze. Różnicę było widać od pierwszych minut, choć początek meczu zapowiadał jeszcze wyrównaną walkę. Goście weszli w spotkanie bardzo pewnie, od razu narzucając wysokie tempo i przejmując inicjatywę. Ich ataki były szybkie, konkretne i dobrze zorganizowane, co szybko przełożyło się na prowadzenie. Kebavita próbowała odpowiadać, głównie poprzez szybkie wyjścia do przodu i wykorzystanie momentów przejściowych. Jedna z takich akcji przyniosła im wyrównanie, które na chwilę przywróciło nadzieję. To był jednak tylko moment. Z każdą kolejną minutą Sirius przejmował pełną kontrolę nad meczem. Ich gra wyglądała niemal perfekcyjnie na tle rywala - każdy zawodnik wiedział, gdzie się ustawić, jak przyspieszyć akcję i kiedy uderzyć. Co więcej, w budowaniu ataków uczestniczył nawet bramkarz, co tylko podkreślało ich pewność siebie i dominację.

Kebavita została zepchnięta do głębokiej defensywy, często zamknięta na własnej połowie i zmuszona do rozpaczliwej obrony. Sirius natomiast cierpliwie rozgrywał piłkę, rozciągał ustawienie rywala i raz po raz znajdował drogę do bramki. Świetne zawody rozegrali Pidluzhnyi oraz Ktitor, którzy napędzali ofensywę i nadawali rytm całemu zespołowi. Do tego swoje trafienia dorzucili Novik, Semenov i Androshchuk, co tylko potwierdza, jak szeroki wachlarz ofensywnych możliwości ma ta drużyna. Ostateczny wynik 12:1 mówi wszystko - to była pełna dominacja jednego zespołu i pokaz siły kandydata do mistrzostwa. Dla Siriusa to nie tylko trzy punkty, ale także potężna zaliczka bramkowa, która może mieć znaczenie w końcowym rozrachunku.

Dla Kebavity to bolesna lekcja. Jeśli chcą myśleć o utrzymaniu w pierwszej lidze, w kolejnych spotkaniach muszą pokazać zdecydowanie więcej, szczególnie w organizacji gry i reakcji na presję rywala.

Spotkanie pomiędzy Orłami Maciejki a AZS Nietoperze zakończyło się efektownym zwycięstwem gospodarzy 14:7, choć początek rywalizacji zapowiadał zupełnie inny scenariusz. Pierwsze minuty należały zdecydowanie do drużyny gości, która perfekcyjnie weszła w mecz i szybko objęła dwubramkowe prowadzenie. AZS Nietoperze imponowali skutecznością oraz organizacją gry, co pozwoliło im narzucić swoje tempo i kontrolować wydarzenia na boisku w początkowej fazie spotkania.

Orły Maciejki potrzebowały jednak chwili, by złapać właściwy rytm. Z biegiem czasu gospodarze zaczęli odzyskiwać kontrolę nad meczem, skutecznie odrabiając straty. Jeszcze przed przerwą zdołali nie tylko doprowadzić do wyrównania, ale również wyjść na prowadzenie, schodząc do szatni z wynikiem 4:2.

Druga połowa przyniosła zupełnie inne oblicze spotkania. Obie drużyny wyszły na parkiet jakby z dodatkowym zastrzykiem energii, co przełożyło się na bardzo otwartą i ofensywną grę. Tempo meczu znacząco wzrosło, a kibice mogli oglądać prawdziwy festiwal bramek. Kluczową rolę w zwycięstwie Orłów odegrali Jan Włodek oraz Szymon Różycki. Szczególnie imponująca była postawa tego drugiego, który w drugiej połowie sprawiał wrażenie zawodnika nie do zatrzymania – niemal każdy jego kontakt z piłką kończył się celnym strzałem, niezależnie od pozycji na boisku.

Ostatecznie Orły Maciejki przypieczętowały swoją dominację, wygrywając aż 14:7 i wysyłając wyraźny sygnał do ligowych rywali. Jeśli utrzymają taką formę, mogą poważnie namieszać w rozgrywkach pierwszej ligi.

Wiosenny powrót na boiska AWF Presley Gniazdowy mógł zaliczyć do udanych – przełamali serię porażek i złapali ważne zwycięstwo. W tym meczu mieli okazję zrobić kolejny krok i spróbować wydostać się ze strefy spadkowej. Problem był jeden – po drugiej stronie stanęło niepokonane dotąd Inferno, które w tym sezonie idzie jak burza i pewnie prowadzi w 1. lidze.

Faworyt był jasny, ale Presley od początku pokazał, że nie zamierza oddać punktów za darmo. Pierwszy cios zadało jednak Inferno – po 10 minutach trafił Patryk Abbassi, a chwilę później prowadzenie podwyższył efektowną piętką Oskar Pyrzyna. Wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem lidera. Goście szybko jednak odpowiedzieli i wrócili do gry. Mecz się uspokoił, a różnicy w tabeli zupełnie nie było widać. Przed przerwą obie drużyny dorzuciły po golu i Inferno schodziło do szatni z jednobramkowym prowadzeniem.

Po zmianie stron Presley szybko wyrównał po trafieniu Karola Gołębiewskiego i od tego momentu zaczęła się otwarta wymiana. Wynik długo był na styku – Inferno trafiało, Presley odpowiadał i trudno było wskazać, w którą stronę to pójdzie. W bramce gości pojawił się Kuba Baraniewicz i mocno ożywił grę zespołu. Dużo dawał przy rozegraniu, dorzucił asystę i pięknego gola w 32. minucie. Mimo że wpuścił sporo bramek, jego występ miał duży wpływ na tempo gry. Z przodu bardzo aktywny był też Jakub Wiktorowski – cały czas pod grą, dobrze ustawiony i regularnie dochodził do sytuacji, kończąc mecz hat-trickiem. Kluczowy moment przyszedł na około 10 minut przed końcem. Inferno wrzuciło wyższy bieg i zaczęło odjeżdżać. Ofensywa napędzana przez Pyrzynę, który imponował techniką, oraz Filipa Żołka, który zaliczył bardzo dobry debiut, była w końcówce bezlitosna.

Presley ostatecznie nie zapunktował, ale to nie był mecz, po którym mogą spuszczać głowy. Postawili się liderowi, grali odważnie i momentami naprawdę dobrze. Jeśli utrzymają ten poziom, spokojnie mogą jeszcze namieszać w tabeli.

W przypadku tego starcia można było spodziewać się wyrównanej walki, jednak ku zaskoczeniu wszystkich obserwatorów mecz był rozstrzygnięty już nieco po kwadransie gry. Goście byli zdeterminowani, by zdobyć dużą liczbę bramek, i od pierwszego gwizdka narzucili mordercze tempo. W efekcie w 5. minucie wynik otworzył Michał Piłatkowski, a po chwili było już 0:3 po dwóch trafieniach Adama Golenia. Taktyka obrana przez UEFA Mafia niosła ze sobą spore ryzyko – związane z rzuceniem wszystkich sił do ofensywy, ale szybko okazało się, że Explo nie ma argumentów na tak agresywnie i dynamicznie grających zawodników z Ursynowa. W 18. minucie było już 0:6 i dopiero wtedy gospodarzom udało się zdobyć gola. Nie zmieniło to jednak ogólnego obrazu gry, bo już chwilę później sytuację ostudził Jakub Komendołowicz, który dwukrotnie pokonał Michała Łuczyka. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:8, który nie pozostawiał złudzeń, kto tego dnia był lepszy.

Po zmianie stron UEFA Mafia nieco spuściła ze strzeleckiego tonu, ale i tak wygrała drugą połowę 3:4, a cały mecz aż 4:12. Taktykę przyjętą przez ekipę Norberta Wilka można określić nieco jako „jeźdźcy bez głowy”, ale paradoksalnie w takich warunkach ta młoda drużyna sprawdza się najlepiej. Explo momentami było zupełnie zagubione, a wszystkie ataki rozbijały się albo w środku pola, albo były zatrzymywane przez świetnie dysponowanego Maksa Szulca. W tym starciu zdecydowanie wygrały młodość i fantazja - UEFA Mafia wzięła rewanż za porażkę w rundzie jesiennej i zgarnęła w pełni zasłużone trzy punkty.

2 Liga

Goście byli tutaj typowani jako murowany faworyt i trzeba przyznać, że wywiązali się z tej roli wzorowo. Mecz nie zdążył się jeszcze dobrze rozpocząć, a Manitas prowadziło już 0:4 po golach Kacpra Siudaka, Kuby Jóźwiaka i Bartka Grzybowskiego. Dziki odpowiedziały golem… bramkarza tej ekipy, czyli Kamila Wiktorowicza, który uderzył z dystansu, a zasłonięty Paweł Tamowski nie zdążył zareagować. Nie oszukujmy się jednak, że trafienie to poderwało gospodarzy do walki. Był to raczej wypadek przy pracy, a w niecały kwadrans MKP wbiło aż osiem bramek i ze spokojem kontrolowało przebieg spotkania.

Kuba Jóźwiak urządził sobie istne polowanie, ostatecznie kończąc mecz z aż ośmioma trafieniami na koncie. Świetnie zaprezentował się również nowy nabytek, czyli Marcin Bawolik, ale zasadniczo każdy dołożył swoją cegiełkę do zwycięstwa i tylko dwóch zawodników MKP nie zapisało się tego dnia w protokole.

Była to, jak widać, okazja do wyśrubowania statystyk, a całe spotkanie nie przypominało wyrównanej rywalizacji, lecz raczej sparing drużyn z różnych poziomów ligowych. Ostateczny wynik 5:18 mówi wiele, a przecież nie wszystkie gwiazdy MKP były tego dnia obecne! To pokazuje, że Manitas jest ekipą z ogromnym potencjałem i może namieszać w tabeli 2. ligi, a także poradzić sobie na wyższym poziomie rozgrywek.

W ramach 11. kolejki na poziomie 2. ligi naprzeciwko siebie stanęły drużyny Husarii Mokotów III i Agape Team. Od pierwszego gwizdka było jasne, że żadna z ekip nie zamierza się cofnąć. Obie drużyny grały odważnie, stwarzając sobie groźne sytuacje podbramkowe, a otwarcie wyniku było tylko kwestią czasu. Jako pierwsi cios zadali gospodarze, kiedy to Kamil Kapica skutecznie wykończył jedną z akcji, dając Husarii prowadzenie.

Radość miejscowych nie trwała jednak długo. Jeszcze przed przerwą inicjatywę przejęli zawodnicy Agape Team, którzy całkowicie odwrócili losy tej części spotkania. Dwukrotnie do siatki trafił Patryk Gmurczyk, a jedno trafienie dołożył Kacper Gmurczyk. Dzięki temu to goście schodzili na przerwę z prowadzeniem 3:1.

Druga połowa zapowiadała się niezwykle ciekawie i nie zawiodła oczekiwań. Szybko po wznowieniu gry prowadzenie Agape podwyższył Patryk Kociński, jednak odpowiedź Husarii była imponująca. Gospodarze ruszyli do odrabiania strat i w krótkim czasie zadali trzy celne ciosy, doprowadzając do wyrównania 4:4. Gdy wydawało się, że wydarzenia na boisku układają się po stronie Husarii, Agape ponownie wyszło na prowadzenie. Na kilka minut przed końcem spotkania bramkę zdobył Patryk Żuber, stawiając gospodarzy w bardzo trudnej sytuacji.

Końcówka należała jednak do Husarii. Determinacja i walka do ostatniego gwizdka przyniosły efekt. Najpierw do siatki trafił Wiktor Kruczyński, a chwilę później decydujący cios zadał Kamil Apoczkin. Tym samym gospodarze odwrócili losy meczu i sięgnęli po zwycięstwo. Ostatecznie Husaria Mokotów III pokonała Agape Team różnicą jednego gola.

To miał być hit kolejki - nie tylko drugiej dywizji, ale całej Ligi Fanów – i był. Zoria na spotkanie z niemal nieomylnym liderem przyprowadziła całą armię ludzi, a Ternovitsia? Ternovitsia to klasa sama w sobie. Jeśli w tak silnej drugiej dywizji robisz 33 na 36 punktów, to chyba nie ma tu pola do dyskusji. Swoją drogą - znamy to! Przecież rok temu inny ukraiński zespół zachwycał nas w ten sam sposób. Sirius, bo o nim mowa, sezon 2024/25 w 2. lidze zakończył z dorobkiem 51 na 54 możliwe punkty. Terno próbuje iść ich śladem, a jeśli będą grali tak, jak w drugiej odsłonie meczu z Zorią, to wcale nie jest to niemożliwe do spełnienia.

Zoria zaliczyła potężny falstart na początku kampanii 2025/26, ale im dalej w las, tym ich gra wyglądała coraz lepiej. Ostatnie mecze w ich wykonaniu były pokazem prawdziwej deklasacji i siły, jaką emanowali. Jeśli ktoś mógł zatrzymać ten rajd, to kto, jak nie lider? Pierwsza odsłona zwiastowała jednak coś innego. Mecz był piekielnie wyrównany, a od 12. do 31. minuty nie padła ani jedna bramka, co tylko potwierdza tę tezę. Do przerwy 1:2 dla Zorii (gole dla gości w 4. i 12. minucie, dla gospodarzy w 5.), a potem piłkarska partia szachów. Czuć było, że spotkało się dwóch równorzędnych przeciwników.

Z minuty na minutę gra coraz bardziej się otwierała, a na efekty nie trzeba było długo czekać. 33. minuta - 3:3, 36. minuta - 4:3, w końcu na prowadzenie wyszli żółto-niebiescy. Nie cieszyli się nim jednak długo, bo już minutę później Kuzmin doprowadził do remisu 4:4. I wtedy wszystko się posypało. Zoria się rozsypała, a Terno pokazało mistrzowski kunszt, zdobywając cztery bramki w ciągu 10 minut i wygrywając finalnie aż 8:4. Kapitalne widowisko, a obie ekipy potwierdziły, że są topowymi zespołami, których przyszłość jest zdecydowanie w pierwszej dywizji.

Na papierze faworyt był jeden - Cyrkulatka, drużyna z Lubelszczyzny, która w tym sezonie prezentuje wysoką i równą formę. Bandziors to jednak zespół, który potrafi grać w piłkę i niejednemu rywalowi napsuł już krwi. I choć ostatecznie wynik wskazuje na wyraźną przewagę gospodarzy, sam przebieg spotkania był znacznie bardziej złożony.

Mecz rozpoczął się zgodnie z przewidywaniami. jJuż w 3. minucie prowadzenie dla Cyrkulatki zdobył Marcin Wieliczuk, który jak zwykle odnalazł się w odpowiednim miejscu i czasie. Gospodarze od początku starali się kontrolować tempo i narzucać swój styl gry, a po około dziesięciu minutach było już 2:0 - tym razem na listę strzelców wpisał się Pokrywka, który rozegrał bardzo dobre spotkanie zarówno w defensywie, jak i ofensywie. Mimo tego Bandziors wcale nie wyglądało na przytłoczone. Goście grali odważnie, próbowali skracać pole gry i szukać swoich okazji. Jeszcze przed przerwą udało im się złapać kontakt, gdy Maciek Cichocki wykorzystał sytuację po asyście… swojego ojca, co było jednym z ciekawszych momentów pierwszej połowy.

Po zmianie stron Bandziorsi poszli za ciosem. Akcja braci Kiełpiszów przyniosła wyrównanie na 2:2 i przez chwilę wydawało się, że mecz może skręcić w stronę niespodzianki. Goście pokazali charakter, ale ta pogoń kosztowała ich bardzo dużo sił. Od tego momentu Cyrkulatka wrzuciła wyższy bieg. Gospodarze znów zaczęli dominować, przyspieszyli grę i coraz częściej dochodzili do sytuacji strzeleckich. Swoją klasę potwierdzili Wieliczuk i Pokrywka, którzy nie tylko zdobywali kolejne bramki, ale też pracowali na całej długości boiska, nadając drużynie odpowiedni rytm. W końcówce przewaga Cyrkulatki była już wyraźna, a kolejne trafienia ustaliły wynik na 7:3.

Faworyt zrobił swoje, ale Bandziorsi po takim meczu mogą patrzeć w przyszłość z optymizmem. Takie spotkania budują rytm na tle wyżej notowanych rywali, a to może zaprocentować w walce o utrzymanie i sprawianiu niespodzianek ekipom ze środka tabeli.

3 Liga

Piorunujące wejście w mecz w 11. kolejce miała Warsaw Sinaloa, która już na samym początku po trafieniu Mateusza Nejmana wyszła na prowadzenie. Niedługo potem dwa kolejne gole dołożył najlepszy snajper drużyny, Patryk Abbassi. Gra gospodarzy wyglądała naprawdę dobrze – to nie były przypadkowe bramki, tylko efekt składnych, wypracowanych akcji całego zespołu.

Mimo że Orzeły Stolicy to bardziej doświadczona drużyna, na boisku to rywale prezentowali większy spokój, lepszą organizację i jakość w grze. Dużą robotę w bramce wykonywał też Kuba Baraniewicz, który nie tylko dobrze bronił, ale też pewnie kierował grą od tyłu, dając drużynie stabilność. Na pięć minut przed końcem pierwszej połowy Sinaloa dołożyła czwarte trafienie, a Orzeły Stolicy odpowiedziały jeszcze golem Macieja Kiełpsza. Po przerwie obie drużyny zaczęły spokojniej, a pierwszy gol w drugiej części padł dopiero po kwadransie i był to bardzo ładnie rozegrany atak gospodarzy, którzy rozklepali obronę rywali w sposób, którego nie powstydziłyby się zespoły z wyższych lig.

Przy korzystnym wyniku Sinaloa trochę uspokoiła grę i skupiła się bardziej na kontroli niż na atakowaniu. Nie stworzyli już wielu sytuacji, ale konsekwentnie dowozili prowadzenie. W końcówce Jan Wnorowski zdobył jeszcze dwa gole dla gości, jednak było już za późno, żeby odwrócić losy meczu.

Cieszy również spokojny przebieg spotkania i dobra atmosfera na boisku – oba zespoły skupiły się przede wszystkim na grze, co przełożyło się na naprawdę przyjemny mecz bez zbędnych nerwów. Sinaloa potwierdziła dobrą formę na początku rundy wiosennej, a sytuacja Orzełów robi się coraz trudniejsza, choć wszystko jeszcze w ich rękach. Mamy nadzieję, że nie powiedzieli ostatniego słowa i wnioski z tego spotkania przełożą na lepszą dyspozycję w kolejnych meczach.

Po potknięciu w pierwszej kolejce lider 3. ligi - Vikersonn - był wyraźnie zmotywowany, by się zrehabilitować i utrzymać pierwsze miejsce. Z kolei rezerwy Łowców chciały przerwać swoją nieudaną serię właśnie w starciu z liderem.

Początek meczu był bardzo dynamiczny. Szybko podyktowano rzut karny, którego nie wykorzystał Viacheslav Tymkiv – świetnie w tej sytuacji zachował się Andrij Prikaziuk. Chwilę później Viacheslav jednak się zrehabilitował, skutecznie dobijając piłkę do siatki i wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. Przez dłuższy czas wynik pozostawał wyrównany i trudno było przewidzieć, w którą stronę przechyli się szala – czy Vikersonn powiększy przewagę, czy Łowcy doprowadzą do remisu. Łowcy mieli swoją szansę, gdy po żółtej kartce dla Oleha Marcenyuka mogli grać w przewadze, jednak nie potrafili tego wykorzystać. Co więcej – po powrocie do gry to właśnie Marcenyuk został bohaterem spotkania.

Choć początek był wyrównany, dalsza część meczu przebiegała już pod dyktando Vikersonna. Jeszcze przed przerwą zbudowali solidną przewagę, zdobywając pięć bramek, na co Łowcy odpowiedzieli tylko jedną. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił – Vikersonn był szybszy, pewniejszy i bardziej konkretny w swoich działaniach. Największą gwiazdą spotkania został Oleh Marcenyuk, który zdobył aż pięć bramek. Viacheslav Tymkiv dołożył hat-tricka, a Kiril Pshyk zakończył mecz z dubletem. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wysokim zwycięstwem Vikersonna – 12:3.

Lider w świetnym stylu zareagował na potknięcie z poprzedniej kolejki, natomiast Łowcy II przedłużyli swoją nieudaną serię. Jedynym jaśniejszym momentem dla nich był piękny gol Artema Pavlika po potężnym strzale. Teraz najważniejsze będzie szybko zapomnieć o tym meczu i wrócić do walki o kolejne punkty.

Mecz na szczycie 3. ligi – obie drużyny, zarówno Comeback, jak i GLK, realnie aspirują do mistrzostwa, więc bezpośrednie starcie miało ogromne znaczenie i mogło mocno wpłynąć na końcowy układ tabeli. Wielu osób wskazywało GLK jako faworyta, jednak tego dnia lepszy okazał się Comeback.

Choć wynik przez długi czas utrzymywał napięcie, to patrząc na przebieg gry, więcej zagrożenia pod bramką rywali stwarzali zawodnicy w niebieskich koszulkach. Już w pierwszej połowie mieli kilka bardzo dobrych okazji, ale wykorzystali tylko jedną – na listę strzelców wpisał się Ivan Vidošević. Tuż przed przerwą GLK zdołało jednak wyrównać za sprawą Sławka Fariona i do szatni zespoły schodziły przy wyniku 1:1.

W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Dalej przeważał Comeback, a głównymi bohaterami zostali Konstiantyn Didenko oraz Ivan Vidošević. Pierwszy zakończył spotkanie z dorobkiem dwóch bramek i asysty, a drugi ustrzelił hat-tricka. To właśnie ich skuteczność pozwoliła odskoczyć na 5:1 i praktycznie rozstrzygnąć losy spotkania. W końcówce GLK zdołało jeszcze nieco zmniejszyć straty, ale ostatecznie przegrało 3:6, co raczej nie było dla nich dużym pocieszeniem. Zwycięstwo Comebacku jeszcze bardziej podkręca emocje w walce o mistrzostwo 3. ligi – zapowiada się naprawdę ciekawa końcówka sezonu.

W ramach 3. ligi zmierzyły się ze sobą ekipy Tonie Majami i Husarii Mokotów. Na papierze faworytem była drużyna z Mokotowa i ostatecznie pewnie pokonała rywala 10:5.

Od samego początku inicjatywę przejęła drużyna Tomka Hubnera. Szybko objęli prowadzenie za sprawą trafienia Krzyśka Mamli i kontrolowali przebieg gry, spokojnie tworząc ataki pozycyjne, nierzadko wykorzystując do tego bramkarza. Byli bardziej poukładani w konstruowaniu swoich akcji, cierpliwie czekali na znalezienie luki w szykach obronnych rywali. Gracze ToNieMajami bazowali na szybkich zrywach i kontrach oraz na przebłyskach indywidualnych poszczególnych zawodników. Było to jednak za mało, aby zagrozić rozpędzonym przeciwnikom. Niestety dla nich większość tych akcji była skutecznie neutralizowana przez defensywę Husarii.

Warto też wspomnieć o fantastycznej dyspozycji Kamila Ostapińskiego, który wielokrotnie ratował kolegów z opresji i swoimi paradami zadziwił wielu obserwatorów. Gdy większość widziała piłkę w siatce, wtedy pojawiał się Kamil i wyprowadzał wszystkich z błędu. Wybitną aktywnością na boisku wykazywali się również wcześniej wspomniany Krzysiek Mamla oraz Patryk Borowski. Obaj zawodnicy w tym meczu skompletowali hat-tricki, co tylko pokazuje, że strzelanie bramek nie jest im obce.

Tym samym Husaria notuje trzecią wygraną z rzędu, zaś Tonie Majami w ten weekend opuściło arenę AWF-u bez punktów. Na pewno jednak nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i będą walczyć o utrzymanie na poziomie 3. ligi – to drużyna, która potrafi grać w piłkę, co udowodniła chociażby tydzień temu, pokonując wicelidera, FC Comeback.

Prykarpattia po sensacyjnej wygranej z Vikersonnem UA zwietrzyła szansę na wydostanie się ze strefy spadkowej i ostrzyła sobie zęby na kolejne zwycięstwo w tej rundzie. Ich rywalem był Deluxe Barbershop, mocno poobijany po meczu z Warsaw Sinaloa, chcący jak najszybciej wrócić na zwycięską ścieżkę.

Mecz przez większość czasu był pod kontrolą nominalnych gości – w dużej mierze na taki stan rzeczy wpłynęły dość szybko strzelone bramki przez zawodników Deluxe Barbershop. Od 9. minuty prowadzili oni już 0:2 i choć chęci do atakowania z jednej i drugiej strony nie brakowało, to taki wynik utrzymał się do końca pierwszej części. Spory wpływ na taki stan rzeczy mieli bramkarze obu zespołów, przy czym dyspozycja Elgiza Alasgarliego robiła spore wrażenie – golkiper Deluxa popisał się kilkoma naprawdę świetnymi interwencjami.

Druga połowa miała podobny przebieg do tej pierwszej. W Prykarpattii bardzo aktywny był Andrii Dutchak, jednak defensywa rywali działała bez zarzutu. Około 30. minuty doszło do kontrowersji – Deluxe Barbershop zdobyło bramkę na 0:3, jednak doszło do złej zmiany w ekipie gości podczas trwania akcji. Tu słowa uznania kierujemy do menedżera Deluxe Barbershop, który przyznał się do błędu, w wyniku czego bramka dla jego zespołu została anulowana. Co więcej, chwilę później Prykarpattia zdobyła gola kontaktowego i zamiast 0:3 zrobiło się 1:2. Gospodarze nie zdołali jednak wyrównać i taki wynik utrzymał się do końcowego gwizdka.

Tym samym Deluxe zdobył jakże cenne trzy punkty, a zawodnicy tego zespołu mogą być dumni, że zwyciężyli w duchu rywalizacji fair play.

4 Liga

Konfrontacja pomiędzy Warszawską Ferajną a Boca Seniors zapowiadało się jako starcie drużyn o zupełnie różnych celach i nastrojach. Gospodarze po słabej rundzie jesiennej i nieudanym początku wiosny pilnie potrzebowali punktów, by myśleć o utrzymaniu. Z kolei Boca Seniors, którzy zakończyli pierwszą część sezonu na podium, liczyli na kontynuację dobrej formy i walkę o najwyższe cele.

Już od pierwszych minut było jednak widać, że to gospodarze są bardziej zdeterminowani. Ogromny wpływ na grę Warszawskiej Ferajny miał Adrian Dembiński, który był prawdziwym liderem zespołu – inicjował akcje ofensywne, a jednocześnie świetnie pracował w defensywie, przerywając ataki rywali. Mecz był wyrównany, ale to gospodarze sprawiali lepsze wrażenie piłkarskie i częściej dochodzili do sytuacji bramkowych. Przełamanie nastąpiło w 17. minucie, kiedy Domański otworzył wynik spotkania. Trzy minuty później ten sam zawodnik ponownie wpisał się na listę strzelców, podwyższając prowadzenie. Boca Seniors nie potrafili znaleźć odpowiedzi, a gospodarze konsekwentnie realizowali swój plan. Tuż przed przerwą Gregorczuk wykorzystał rzut karny na 3:0, a chwilę później Mikołajczyk ustalił wynik pierwszej połowy na 4:0.

Po zmianie stron przewaga Warszawskiej Ferajny była jeszcze bardziej widoczna. Gospodarze całkowicie kontrolowali przebieg meczu i z minuty na minutę powiększali swoją dominację. W 31. minucie na 5:0 trafił El Ansari, w 44. minucie drugiego gola w meczu zdobył Gregorczuk, a wynik spotkania na 7:0 ustalił niezawodny tego dnia Dembiński.

Ostatecznie Warszawska Ferajna rozgromiła Boca Seniors 7:0, sprawiając jedną z największych niespodzianek kolejki. To zwycięstwo może okazać się kluczowe w kontekście walki o utrzymanie, natomiast dla gości jest to bolesna lekcja i sygnał ostrzegawczy przed kolejnymi spotkaniami.

Spotkanie pomiędzy FC Bulls a Sportowymi Zakapiorami zapowiadało się jako starcie drużyn o zupełnie różnych celach. Gospodarze, po solidnej rundzie jesiennej zakończonej na podium, realnie myślą o awansie do wyższej ligi. Z kolei goście, którzy balansują tuż nad strefą spadkową, potrzebują punktów, aby zapewnić sobie spokojne utrzymanie. Dodatkowej motywacji FC Bulls nie brakowało – porażka z liderem w pierwszej kolejce wiosny tylko podsyciła ich determinację.

Mecz rozpoczął się od mocnego uderzenia gości. Już w pierwszych minutach Groszkowski otworzył wynik spotkania, zaskakując defensywę gospodarzy. FC Bulls szybko jednak odpowiedzieli, bo w 7. minucie Churiukanov doprowadził do wyrównania. Gra była otwarta, a obie drużyny starały się atakować. W 12. minucie Sportowe Zakapiory ponownie wyszli na prowadzenie i wydawało się, że mogą kontrolować przebieg meczu. Od tego momentu coś jednak w ich grze się zacięło. Inicjatywę przejęli gospodarze, którzy zaczęli grać coraz pewniej i skuteczniej. Jeszcze przed przerwą zdobyli dwa kolejne gole, odwracając losy spotkania i schodząc na nią z prowadzeniem 3:2.

Po zmianie stron FC Bulls nie zwolnili tempa – wręcz przeciwnie, zdominowali rywali i całkowicie przejęli kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Między 29. a 39. minutą zdobyli aż pięć bramek, tracąc przy tym tylko jedną. Ich przewaga rosła z każdą minutą i na dziesięć minut przed końcem było już 8:3. Końcówka należała już wyłącznie do gospodarzy, którzy dołożyli jeszcze dwa trafienia, pieczętując wysokie i w pełni zasłużone zwycięstwo. Ostatecznie FC Bulls pokonali Sportowych Zakapiorów 10:3, wysyłając wyraźny sygnał, że nadal liczą się w walce o awans.

Goście natomiast muszą szybko poprawić swoją grę, jeśli chcą uniknąć nerwowej walki o utrzymanie w dalszej części sezonu.

Mecz pomiędzy wiceliderem, ekipą Furduncio Brasil F.C., a na ten moment spadkowiczem, Team Ivulin, śmiało możemy nazwać deklasacją. Rzadko kiedy jakakolwiek drużyna kończy mecz „na zero z tyłu”, lecz taką sztuką popisali się gracze Furduncio. Bez problemu rozjechali oni Team Ivulin aż 7:0.

Gospodarze zagrali bezbłędny futbol – zarówno indywidualnie, jak i drużynowo, był to prawdziwy majstersztyk. W pierwszej połowie padły trzy gole, co praktycznie przesądziło o losach meczu. Team Ivulin próbował odpowiadać kontratakami, jednak brak skuteczności oraz dobra organizacja defensywy Furduncio sprawiały, że wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem.

Druga połowa wyglądała podobnie – pełna dominacja Furduncio. Każdy zawodnik dokładał swoją cegiełkę do zwycięstwa, a współpraca między liniami była na bardzo wysokim poziomie. Na szczególne wyróżnienie zasługuje jednak postawa Jeremiego. Wspomniany zawodnik popisał się imponującym dorobkiem – zdobył jedną bramkę i zanotował aż cztery asysty. Był niezwykle aktywny w pressingu, pracowity w obronie, a dodatkowo wystawiał swoim kolegom piłkę w taki sposób, że grzechem byłoby tego nie wykorzystać.

Tym samym Furduncio notuje kolejną wygraną i po 11. serii gier nadal zajmuje fotel wicelidera z przewagą zaledwie jednego oczka nad Bullsami, zaś Team Ivulin – po serii dwóch zwycięstw z rzędu – tym razem musiał uznać wyższość rywala.

Spotkanie pomiędzy SO4 FC a BM Development dostarczyło kibicom ogromnych emocji i stało na bardzo wyrównanym poziomie przez cały czas gry. Ostatecznie to gospodarze wyszli z tego starcia zwycięsko, ale wynik do samego końca pozostawał sprawą otwartą.

Początek meczu należał do SO4, którzy weszli w spotkanie z dużym impetem. Dwie szybko zdobyte bramki mogły sugerować, że gospodarze złapali właściwy rytm i będą kontrolować przebieg gry. Nic bardziej mylnego – utrata tych dwóch goli tylko zmobilizowała BM Development, którzy z minuty na minutę wyglądali coraz pewniej. Goście skutecznie odrobili straty, a następnie przejęli inicjatywę, schodząc do przerwy z jednobramkowym prowadzeniem. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:3, co zapowiadało jeszcze większe emocje po zmianie stron.

Druga część spotkania była już znacznie bardziej nerwowa. Gra się zaostrzyła, a sędzia musiał sięgać po kartki – w tej połowie pokazał aż trzy żółte oraz jedną czerwoną. Emocje udzielały się obu zespołom, które nie zamierzały odpuszczać ani na moment.

Na boisku oglądaliśmy prawdziwą wymianę ciosów – bramka za bramkę, akcja za akcję. Zarówno SO4 FC, jak i BM Development walczyli do samego końca, jednak to gospodarze zachowali więcej zimnej krwi w kluczowych momentach i przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Na szczególne wyróżnienie zasługują bramkarze obu drużyn. To właśnie oni, mimo wielu straconych goli, wielokrotnie ratowali swoje zespoły w trudnych sytuacjach, popisując się znakomitymi interwencjami i utrzymując swoje drużyny w grze. Ich postawa sprawiła, że wynik mógł być jeszcze wyższy, a emocje jeszcze większe.

W starciu Bad Boysów z liderem Hetmanem faworytem byli goście, ale liczyliśmy, że doświadczona ekipa Bartka Podobasa postawi wysoko poprzeczkę swojemu przeciwnikowi. Jednak już pierwsze minuty te nadzieje zgasiły, a kolejne tylko pogłębiały różnicę klas na boisku.

Oczywiście, biorąc pod uwagę wiek obu ekip i to, że w zespole Daniela Władka grają młodzi, wybiegani zawodnicy, było to sporym handicapem dla tej drużyny, a dla rywali pewnym wyzwaniem. Pierwsze dziesięć minut to praktycznie ciągłe ataki na bramkę Bad Boysów, które szybko dały kilkubramkową przewagę. Duet Damian Kucharczyk i Filip Motyczyński zdobywał kolejne gole i widać gołym okiem, że ci dwaj zawodnicy stanowią o sile ofensywnej swojej drużyny. Gospodarze starali się, ale brakowało nie tylko szybkości, lecz także dokładności podań do kolegów z drużyny, a straty powodowały kontry, które rywale bezlitośnie wykorzystywali. W efekcie wynik do przerwy był już bardzo wysoki.

Jedyną bramkę w tej części gry dla Bad Boysów zdobył Piotr Wardzyński, ale próżno było szukać nadziei na korzystny rezultat w tej konfrontacji. Po zmianie stron zamiast odrabiać straty gospodarze tracili kolejne bramki. Nie pomogła gra z lotnym bramkarzem, choć przez chwilę udało się utrzymać piłkę i ograniczyć konieczność gonienia młodych zawodników przeciwnika.

Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 1:16, co i tak było chyba najniższym możliwym rozmiarem porażki w tym pojedynku.

5 Liga

Na dole tabeli 5. ligi toczy się zacięta walka o to, aby wystawić głowę ponad taflę wody. W „wodzie” strefy spadkowej pluskają się FC Dziki z Lasu oraz Laga Warszawa, które w ostatni weekend zmierzyły się między sobą w bezpośrednim pojedynku. Druga drużyna Dzików musiała radzić sobie bez nominalnego bramkarza, więc między słupkami stanął grający na co dzień w polu Dawid Goździewski. Szybko okazało się, że brak golkipera z prawdziwego zdarzenia nie będzie problemem, a wręcz zaletą.

Laga przyjęła od rywali trzy bramki do 10. minuty, co – chcąc nie chcąc – ustawiło mecz. Dziki zdobywały gole z bliska po atakach poprzedzonych odbiorem piłki. Z tyłu zaś grały bardzo solidnie, a sam Goździewski odbijał lecące w bramkę uderzenia. Skapitulował łącznie dwa razy – ładnym strzałem ze znacznego dystansu pokonał go Szymon Święcicki, zaś w końcówce z rzutu karnego przechytrzył go Wojciech Buraś. Warto jednak zaznaczyć, że bramkarz wyczuł intencje strzelca.

Laga trafiała jednak w momentach, gdy Dziki grały swoją grę. Po utracie gola na 4:1 Goździewski zdecydował się na strzał z dystansu i z dużą dozą szczęścia wpisał się na listę strzelców. Ubrani w czerwone koszulki zawodnicy grali piłką, a potrafiący grać nogami bramkarz dawał ogromną przewagę przy utrzymaniu i dystrybucji futbolówki.

Z trzema asystami mecz zakończył Mateusz Oleszczuk – zasługujący na wyróżnienie – choć pewnie, gdyby nie nieskuteczność jego kolegów, mógłby dopisać sobie jeszcze co najmniej dwa ostatnie podania. Rezerwy Dzików z Lasu mogą za to dopisać sobie do tabeli ważne trzy oczka, zaś punkty w następnej kolejce dadzą im szansę na chwilowe złapanie oddechu.

Starcie Warsaw Eagle kontra Kryształem Targówek było spotkaniem, które idealnie pokazuje, jak nieprzewidywalna potrafi być piłka sześcioosobowa. Spotkanie rozpoczęło się pod dyktando gości, którzy od pierwszego gwizdka narzucili swój styl gry. Kryształ bardzo szybko udokumentował swoją przewagę i strzelanie w tym meczu rozpoczął Igor Ruciński, a chwilę później wynik podwyższył Przemek Szewczyk.

Gdy wydawało się, że Warsaw Eagle jest na deskach, nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Jeszcze przed gwizdkiem kończącym pierwszą część gry gospodarze wykorzystali błąd defensywy gości. Kontaktową bramkę zdobył Ali Abdullah, a tuż przed przerwą do remisu doprowadził Konrad Szela, który swoim trafieniem zagwarantował emocje w drugiej odsłonie tego spotkania.

Po zmianie stron scenariusz z początku meczu powtórzył się. Kryształ ponownie wszedł w drugą połowę z dużą intensywnością, szybko narzucił swój styl gry, dzięki czemu goście zdobyli dwie bramki i wyszli na prowadzenie 2:4. Warsaw Eagle nie zamierzało się jednak poddawać. Dzięki genialnej postawie Aliego Abdullaha, który brał ciężar gry na siebie, gospodarze po raz drugi w tym meczu zdołali wyrównać stan rywalizacji na 4:4.

Jak się później okazało, były to ostatnie przebłyski drużyny Karola Dębowskiego. Od stanu 4:4 na boisku istniała już tylko jedna drużyna. Absolutny popis dali Igor Ruciński oraz Kacper Kubiszer, którzy w duecie bezlitośnie rozmontowywali defensywę gospodarzy. Ich zgranie i skuteczność sprawiły, że końcówka meczu była jednostronnym widowiskiem. Kryształ Targówek finalnie odniósł wysokie zwycięstwo 4:9, co pozwala im realnie marzyć o mistrzostwie 5. ligi. Sytuacja Warsaw Eagle staje się natomiast z meczu na mecz coraz trudniejsza, a trzecia porażka z rzędu zepchnęła ich na ostatnie miejsce w tabeli. Widmo spadku zagląda im głęboko w oczy, a kapitan musi szybko znaleźć sposób na uszczelnienie obrony, jeśli chcą jeszcze myśleć o utrzymaniu w lidze.

W meczu 11. kolejki 5. ligi Ajaks Warszawa podejmował ekipę Tylko Zwycięstwo i było to spotkanie dwóch zupełnie różnych połów. Ostatecznie goście wygrali 4:2, ale przebieg meczu pokazuje, jak duże znaczenie miał początek rywalizacji.

Gospodarze fatalnie weszli w to spotkanie - brakowało im intensywności, odpowiedniej reakcji w defensywie i przede wszystkim fizyczności, która w pierwszej części była wyraźnie po stronie rywali. Tylko Zwycięstwo skrzętnie to wykorzystało, grając prosto, konkretnie i niezwykle skutecznie. Do przerwy było już 0:4, a każda nadarzająca się okazja była zamieniana na bramkę. Duża w tym zasługa Łukasza Walo oraz Andrzeja Morawskiego, którzy zdobyli po dwa gole i praktycznie ustawili mecz jeszcze przed zejściem do szatni. Warto jednak podkreślić postawę Jana Zabornego - bramkarz Ajaksu wielokrotnie ratował swój zespół przed jeszcze wyższą stratą. Jego interwencje utrzymywały gospodarzy „przy życiu”, choć przy takiej nieskuteczności i błędach zespołu trudno było o lepszy rezultat w pierwszej połowie.

Po zmianie stron obraz gry uległ zmianie. Ajaks Warszawa wyglądał zdecydowanie lepiej pod względem fizycznym i organizacyjnym. Zespół zaczął wygrywać więcej pojedynków, był bardziej agresywny w odbiorze i odważniejszy w ataku. Efektem tego były dwa zdobyte gole, przy których wyróżnił się Bartek Kopacz, notując trafienie oraz asystę. Mimo poprawy w drugiej połowie straty z początku meczu okazały się zbyt duże do odrobienia. Tylko Zwycięstwo kontrolowało przebieg końcówki i dowiozło korzystny wynik do końca. To spotkanie pokazało, jak istotne jest wejście w mecz na odpowiednim poziomie, bo nawet lepsza druga połowa nie była w stanie naprawić błędów z pierwszych 25 minut.

Mareckie Wygi, jako lider tabeli i główny kandydat do mistrzostwa ligi, przystępowały do meczu w roli faworyta. Na2Nożkę znajdowało się w środku tabeli, jednak aby liczyć się w dalszej rywalizacji o coś więcej w tym sezonie, musiało sięgnąć po zwycięstwo.

Spotkanie rozpoczęło się bardzo intensywnie z obu stron, a inicjatywa regularnie przechodziła z jednej drużyny na drugą. W pierwszej połowie skuteczniejsi okazali się jednak zawodnicy Na2Nożkę. Pierwsza bramka dla „czarnych” padła po dobrze zorganizowanym ataku zespołowym – zewnętrznym uderzeniem w samo „okienko” popisał się Mateusz Gąsiorowski. Niedługo później Na2Nożkę zdobyło drugą bramkę, powiększając przewagę. Przed końcem pierwszej połowy, po błędzie defensywy Wyg, padło trzecie trafienie. W końcówce tej części gry „czarni” prezentowali się wyraźnie lepiej.

Początek drugiej połowy był wyrównany, z lekką przewagą „niebieskich”, którzy z każdą minutą coraz mocniej naciskali na rywali. Po jednym z ofensywnych ataków Mareckie Wygi zdobyły pierwszą bramkę, wracając do gry. Następnie, po kolejnej dobrej akcji, trafienie zaliczył Zuchora, który skutecznie zamknął akcję na dalszym słupku. Ostatnia bramka dla Wyg padła po błędzie bramkarza, który niecelnym podaniem stworzył sytuację rywalom. Warto jednak podkreślić, że mimo straconych bramek Aleksander Sordyl miał bardzo duży wpływ na grę swojego zespołu. W pierwszej połowie dobrze inicjował ataki i napędzał ofensywę, a w drugiej wykazał się pewnością na linii, wielokrotnie ratując drużynę przed utratą kolejnych goli.

Mecz zakończył się podziałem punktów, który z perspektywy przebiegu spotkania można uznać za sprawiedliwy. Na2Nożkę było bardziej skuteczne w pierwszej połowie i długo kontrolowało wynik, natomiast Mareckie Wygi pokazały swoją jakość po przerwie, systematycznie odrabiając straty i przejmując inicjatywę. Lider tabeli potwierdził swoją siłę mentalną, wracając do gry mimo niekorzystnego wyniku, jednak zabrakło im czasu, aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Mecz 5. ligi pomiędzy FC Fenix a After Wolą dostarczył kibicom ogromnych emocji i trzymał w napięciu od pierwszego do ostatniego gwizdka. Od samego początku spotkanie było bardzo wyrównane i trudno było wskazać drużynę, która na dłużej przejmie inicjatywę.

Jako pierwsi cios zadali zawodnicy FC Fenix. Wynik meczu otworzył Mykoła Vietrienko, który skutecznie wykończył jedną z akcji swojej drużyny. Zaledwie kilka minut później prowadzenie podwyższył Maksim Surko i Fenix wyszedł na dwubramkową przewagę.

Piłkarze After Woli nie zamierzali jednak długo pozostawać w tyle i odpowiedzieli w najlepszy możliwy sposób. Bramkę kontaktową zdobył Michał Ziółek, a chwilę później do wyrównania doprowadził Przemysław Socik. To jednak nie był koniec ofensywy gości w pierwszej połowie, gdyż Jakub Czajka dołożył kolejne trafienie, ustalając wynik do przerwy na 3:2 dla gości.

Druga połowa była równie intensywna i pełna sytuacji bramkowych. Obie drużyny tworzyły groźne akcje, jednak początkowo skuteczniejsi byli zawodnicy After Woli. W pewnym momencie odskoczyli aż na 6:2, a ogromny wkład w utrzymanie tej przewagi miał ich bramkarz Igor Kasianik, który wielokrotnie ratował swój zespół przed utratą gola.

Gdy wydawało się, że losy meczu są już rozstrzygnięte, FC Fenix ruszył do odrabiania strat. Gospodarze zaczęli grać odważniej i skuteczniej, stopniowo niwelując przewagę rywali. Końcówka spotkania zamieniła się w prawdziwy thriller – na tablicy wyników widniał rezultat 7:6 dla After Woli, a emocje sięgały zenitu. Mimo ogromnej determinacji i licznych prób drużyna FC Fenix nie zdołała doprowadzić do wyrównania. Ostatecznie to After Wola sięgnęła po zwycięstwo i dopisała do swojego konta trzy cenne punkty po jednym z najbardziej emocjonujących spotkań kolejki.

6 Liga

Szósta liga przywitała nas tym razem naprawdę przyjemnym, piłkarskim porankiem. Starcie FC Zaborów z Sante zapowiadało się dość jednostronnie - gospodarze, zajmujący trzecią lokatę w tabeli, byli wyraźnym faworytem. Boisko jednak szybko pokazało, że goście nie zamierzają pełnić roli statystów.

Już na początku spotkania Sante wykorzystało zamieszanie w polu karnym, a najlepiej odnalazł się w nim Paweł Kowalski, który sprytnie wepchnął piłkę do siatki i dał swojej drużynie prowadzenie. Zaborów długo nie mógł odnaleźć swojego rytmu - sporo niedokładności, chaosu i brak płynności w rozegraniu sprawiały, że gospodarze wyglądali zaskakująco nerwowo. Przełamanie przyszło dopiero pod koniec pierwszej połowy. Najpierw Ratajczak, a chwilę później Czarnecki zdobyli dwie szybkie bramki, odwracając wynik i przywracając porządek w grze Zaborowa. Wydawało się, że gospodarze zejdą do szatni z prowadzeniem, ale Sante nie odpuściło i w ostatniej minucie pierwszej połowy doprowadziło do 2:2, co tylko podkręciło emocje przed drugą częścią meczu.

Po przerwie tempo na chwilę spadło, jakby obie drużyny zbierały siły na końcowy zryw. I rzeczywiście ostatnie 10 minut wynagrodziło wszystko. Mecz zamienił się w otwartą wymianę ciosów, a sytuacje pojawiały się jedna po drugiej. Najpierw Zaborów wyszedł na prowadzenie, potem Sante odpowiedziało, ale kluczowy moment należał do Franciszka Ratajczaka, który zdobył najładniejszą bramkę tego spotkania. Jego potężne uderzenie w samo okienko było prawdziwą ozdobą meczu i dało wynik 4:3. W końcówce gospodarze dołożyli jeszcze jedno trafienie, a Sante zdołało odpowiedzieć golem kontaktowym, jednak na więcej zabrakło już czasu, a być może także sił.

Ostatecznie FC Zaborów wygrywa 5:4, utrzymując trzecią lokatę i pokazując, że potrafi wygrywać nawet wtedy, gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Apetyt rośnie - pytanie tylko, czy w kolejnych spotkaniach uda im się doskoczyć do ścisłej czołówki.

Saska Kępa podejmowała drużynę Georgian Team w 11. kolejce i trzeba sobie jasno powiedzieć, że byliśmy świadkami bardzo jednostronnego widowiska. Z jednej strony było to coś, czego można było się spodziewać, patrząc na układ tabeli. Niestety los nie rozpieszcza ekipy Saskiej i po starciu z liderem dał im kolejny mecz z wiceliderem 6. ligi, który już od samego początku postawił wysokie warunki. I o ile to właśnie ekipa gospodarzy zaczęła strzelanie w tym meczu – od ładnej, składnej akcji zakończonej strzałem do pustej bramki – tak z minuty na minutę przewaga gości rosła. Już pierwsza połowa przyniosła bezpieczną przewagę czterech bramek.

Druga odsłona tego meczu nie była wcale inna. Gruzini dołożyli o jedną bramkę więcej niż w pierwszej części spotkania i pewnie wygrali to starcie wynikiem 11:2. Zdecydowanie wyróżniającymi się postaciami w tej ekipie był duet Saba Lomia – Lasha Gabrichidze. Ten pierwszy zakończył mecz z fantastycznym dorobkiem czterech goli, zaś drugi zaliczył aż pięć asyst. Do tego Giorgi Gabrichidze, który dorzucił dwie bramki okraszone trzema asystami, został wybrany zawodnikiem tego spotkania. Ofensywna siła zespołu gości jest niezwykle mocna i – patrząc choćby na to spotkanie – zdecydowanie wykracza poza poziom tej ligi. Jeśli będą z takim nastawieniem walczyć do końca sezonu, zdobycie złotych medali wcale nie jest dla nich poza zasięgiem.

Natomiast Saska Kępa musi pilnie szukać punktów w kolejnych starciach, gdyż strefa spadkowa puka do drzwi i na pewno żaden z zawodników tej drużyny nie chciałby ich na koniec sezonu otworzyć.

Starcie 6. ligi pomiędzy Shot DJ a Miksturą przyniosło prawdziwy rollercoaster. Mikstura przystępowała do tego meczu jako niepokonana drużyna z serią ośmiu zwycięstw z rzędu, a Shot DJ był jedynym zespołem, który wcześniej urwał jej punkty – jesienią padł remis.

Mecz od początku był bardzo otwarty i intensywny. Nie brakowało dogodnych sytuacji, ale szwankowała skuteczność. W krótkim odstępie czasu piłka dwukrotnie obijała słupek, a szybkie kontry pozostawały niewykorzystane. Wynik otworzył w 6. minucie Olak po kontrataku, jednak Mikstura szybko doprowadziła do wyrównania po akcji rozpoczętej od własnego bramkarza. Z biegiem czasu Shot DJ przejął inicjatywę – przechwyty i szybkie wyjścia do przodu zaczęły przynosić kolejne gole, a Mikstura nie nadążała z reakcją. Kluczowy fragment pierwszej połowy to seria trafień, która pozwoliła Shot DJ odskoczyć i ustawić wynik na 7:3 do przerwy.

Po przerwie to Mikstura przejęła inicjatywę. W krótkim odstępie czasu zdobyła trzy bramki, łapiąc kontakt i wracając do meczu. Przez dłuższy moment była drużyną aktywniejszą i bliższą wyrównania. Decydujący moment przyszedł jednak później. Shot DJ odzyskał kontrolę i – mimo gry w osłabieniu po czerwonej kartce Kalaby – potrafił ponownie odskoczyć. Jabłoński był w tym meczu niezwykle skuteczny i miał ogromny wpływ na końcowy wynik, zdobywając aż dziewięć bramek.

W końcówce Shot DJ przypieczętował zwycięstwo kolejnymi trafieniami, przerywając świetną serię Mikstury i potwierdzając swoją siłę w starciach z liderem.

Old Eagles Koło w niezwykle ważnym meczu podejmowało zespół Bartolini Pasta, który w pierwszej wiosennej kolejce zagrał znakomicie i wygrał z wyżej notowanymi Francuzami. Tym razem w składzie gości zabrakło zawodników, którzy przyczynili się do sukcesu przed tygodniem, stąd team Michała Cholewińskiego czekało trudne zadanie.

Początek spotkania to ataki ekipy z Koła i dość szybko Piotr Parol dał prowadzenie. Po chwili Krzysztof Józefiak strzelił bramkę na 2:0 i wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą Old Eagles Koło. Goście jakby jeszcze nie weszli dobrze w mecz, a już musieli odrabiać straty. Po kilku minutach jednak gospodarze niefrasobliwie rozgrywali piłkę na swojej połowie i popełnili błąd, który na bramkę zamienił Rafał Zaremba. Przy wyniku 2:1 ekipa z Koła próbowała kolejnych ataków i jeszcze przed przerwą podwyższyła prowadzenie. Po 25 minutach rywalizacji mieliśmy wynik 3:1.

Po zmianie stron, już w pierwszej akcji, Michał Skalski ponownie podał do przeciwnika i Bartolini Pasta znów złapała kontakt. Od stanu 3:2 jednak to Old Eagles Koło potrafiło zdominować rywala, czego efektem były kolejne trafienia. Świetnie w ofensywie ustawiał się Piotr Parol, który często zgrywał piłkę do kolegów, a ci mieli dzięki temu dogodne sytuacje bramkowe. Dużo sił na boisku zostawił również Sylwester Madej, zaliczając kluczowego gola dającego spokój drużynie, a w pierwszej połowie dokładając dwie asysty.

Goście walczyli do końca, ale ostatecznie przegrali to spotkanie. Gospodarze zdobyli cenne trzy oczka i nadal liczą się w walce o medale w trwającej kampanii.

Popołudnie na boiskach AWF przyniosło prawdziwie wiosenną aurę - słońce, dobrą temperaturę i klimat, który aż zachęcał do ofensywnej gry. I rzeczywiście, spotkanie między Szmulkami a Zieloną Latarnią miało w sobie coś z piłkarskiej świeżości. Pytanie tylko, kto lepiej wykorzystał te warunki.

Początek należał zdecydowanie do gospodarzy. Szmulki weszły w mecz z dużą energią i szybko przełożyły to na wynik. Otworzyły spotkanie, a chwilę później było już 3:1, głównie za sprawą Wiktora Januszewskiego, który ustrzelił dublet i od początku pokazywał, że jest jednym z liderów ofensywy tej drużyny. Jego wejście w rundę robi wrażenie - pewność siebie, wykończenie i aktywność pod bramką rywala. Jednak goście nie zamierzali się poddać. Po początkowym „amoku” Szmulek szybko wrócili do gry i doprowadzili do wyrównania 3:3, łapiąc odpowiedni rytm i zaczynając coraz odważniej atakować.

Wtedy na scenę wkroczył Mikołaj Wysocki. I zrobił dokładnie to, co robią zawodnicy klasy MVP. W kluczowym momencie meczu przejął inicjatywę i w krótkim czasie wyprowadził swoją drużynę z wyniku 3:3 na 3:6. Jego wykończenia były precyzyjne, spokojne i niezwykle skuteczne, a cała jego gra - od dryblingów, przez podania, po strzały - była po prostu przyjemna dla oka. Szmulki próbowały jeszcze wrócić do meczu, szukały swoich szans i zdobywały kolejne bramki, ale Zielona Latarnia, gdy już złapała prowadzenie, nie pozwoliła sobie go odebrać. Grała pewnie, dojrzale i konsekwentnie dowiozła wynik do końca.

Ostatecznie padł rezultat 8:6, który bez wątpienia można uznać za sporą niespodziankę. Drużyna zamykająca tabelę pokonała wyżej notowanego rywala i pokazała, że ma w sobie potencjał, by jeszcze namieszać w lidze. Strata do bezpiecznego miejsca wynosi wprawdzie osiem punktów, co jest znaczącym dystansem, ale po takim meczu jedno jest pewne - to wciąż nie jest misja niemożliwa.

7 Liga

W ramach 11. kolejki na Arenie Grenady byliśmy świadkami pojedynku Skry, znajdującej się na przedostatnim miejscu w tabeli, z Watahą, której zwycięstwo mogło zapewnić awans o aż cztery lokaty. W górnej części tabeli panował ścisk, więc goście wiedzieli, po co przyjechali na mecz.

Wataha od pierwszych minut miała wyraźną przewagę i wyszła na trzybramkowe prowadzenie. Gospodarze starali się kreować swoje ataki z głową, ale albo kończyły się one niedokładnością z przodu, albo dobrą dyspozycją Watahy w obronie. Po okresie gry na podwyższonym tempie i odrobinie pecha – jak np. przy potężnej bombie Mateusza Leszka w spojenie – Skrze udało się w końcu odpowiedzieć jednym trafieniem. Po chwili jednak stracili bramkę do szatni i schodzili na przerwę przegrywając 1:4.

Druga połowa zaczęła się zaskakująco. Skra w pierwszych minutach pokazała więcej konkretów i zdobyła dwie bramki w krótkim odstępie czasu. Po chwili jednak zabrakło im paliwa i to Wataha wcisnęła pedał gazu, rozpoczynając istną kanonadę. W świetnej dyspozycji był Miłosz Czernecki, który zaliczył asystę oraz zdobył cztery bramki. Gospodarze nie umieli znaleźć sposobu na rozpędzonych rywali, którzy w drugiej połowie otworzyli worek z sześcioma trafieniami i pewnie wygrali ten mecz wynikiem 3:10, gwarantując sobie miejsce na podium.

Ekipa Virtualne Ń po ostatniej kolejce znajduje się na pozycji wicelidera 7. ligi, co zawdzięcza postawie swojego napastnika – Szymona Kolasy – a także piłkarskim bogom. Ci uznali bowiem, że zaczarują metalowe obramowanie bramki Tomasza Gawraczyńskiego. Oba słupki i poprzeczka jak magnes przyciągały piłki uderzane przez Czasoumilaczy, a po każdym trafieniu w aluminium na twarzach widać było zawód, że piłka nie powędrowała parę centymetrów niżej bądź w bok.

Gdy Kolasa i spółka zdobywali kolejne bramki, to noszący niebieskie trykoty rywale klęli na słupkową niesprawiedliwość. Z pewnością był to bardziej wyrównany mecz, niż wskazuje na to wynik końcowy. Na pecha bardzo łatwo zwalać winę, jednak tu trzeba przyznać rację Czasoumilaczom, gdy tłumaczą porażkę właśnie tym argumentem. Nie można jednak odbierać kolejnego dobrego występu zespołowi Virtualne Ń.

Wspomniany Kolasa na pozycji numer 9. spisywał się bardzo dobrze i pokazywał kliniczne wykończenie. Trafił na 1:0, uderzając sprzed pola karnego po wcześniejszym przejęciu piłki i przebiegnięciu z nią niemal całego boiska. Później ukąsił golem na 5:0, prezentując strzał przypominający te oddawane przez legendarnego Ricardo Quaresmę. Pytanie jednak, czy Portugalczyk byłby taki skuteczny na sztucznym boisku AWF-u. A napastnik Virtualnego Ń – jak rozpoczął, tak też zakończył strzelanie golem na 8:4. Kolasa nie grał jednak sam – na listę strzelców wpisywali się także Bartosz Kaca, Filip Giełczewski, Jakub Majewski, Michał Burakowski oraz Marcin Dawydzik. Każdy jednokrotnie.

Czasoumilacze mieli swoje momenty. Fragmentami można było odnieść wrażenie, że to oni grają, a rywal strzela. Przechytrzyć piłkę przyciąganą przez obramowanie bramki udało się czterokrotnie. Mateusz Musiński celnie dobijał właśnie odbitą od słupka piłkę, choć warto pochwalić zawodników za składną akcję, która poprzedzała gola. Krótkie zgranie piłki wykorzystał Dima Rumezhak.

Czasoumilacze podgonili z 5:0 na 5:2, aby później jeszcze raz przycisnąć przy stanie 7:2. Wykorzystana przez Roberta Krzywkowskiego długa piłka, a chwilę później dobitka – po odbiciu od słupka, oczywiście – Piotra Cieślaka to było wszystko, na co mogli sobie pozwolić. Punkty powędrowały do wicelidera.

Wydawać by się mogło, iż oba zespoły dzieli przepaść – wszak miejsca w tabeli mogłyby to sugerować. Nic jednak bardziej mylnego. Trzeba bowiem wiedzieć, że siódma dywizja Ligi Fanów jest diabelnie wyrównana, trochę jak Polska Ekstraklasa w tym sezonie. Tym samym będący u szczytu kazachski Alash FC przystępował do meczu, mając na koncie 20 punktów, zaś będący w strefie spadkowej zespół Driperów - w przypadku wygranej - mógł zbliżyć się do lidera na odległość zaledwie… pięciu oczek. Taki to klimat tej radosnej siódmej Ligi Fanów. I do przerwy potwierdzała się teza, jakoby oba zespoły były na zbliżonym poziomie. Wynik? 1:1. Czy trzeba coś więcej dodawać? Trudno o lepszy dowód na to, że potencjał był wyrównany i nie było między tymi ekipami przepaści.

Jednak co królewskie, to królewskie - z czasem jakość lidera dała o sobie znać i Alash udowodnił wszem i wobec, że jego lokata nie jest dziełem przypadku. Im bliżej było końcowego gwizdka, tym Kazachowie powiększali dystans nad KSD. Finał tej batalii? 7:4 dla lidera. Driperzy z całą pewnością mogą być jednak z siebie dumni, bo pokazali, że daleko im do miana „chłopców do bicia”. Jeśli dalej będą tak grali, z dużą dozą prawdopodobieństwa utrzymają się w lidze, a może nawet pokuszą się o szalony rajd w górę tabeli. Taki scenariusz wcale nie należy do kategorii science fiction.

Do tego spotkania drużyny podchodziły w zupełnie odmiennych nastrojach i sytuacji ligowej. Warsaw Gunners FC potrzebowali punktów, aby oddalić się od strefy spadkowej, natomiast Eagles FC walczyli o utrzymanie miejsca w strefie awansowej i dalszą walkę o promocję do wyższej ligi.

Mecz rozpoczął się bardzo intensywnie z obu stron. Już w pierwszej minucie spotkania „czarni” objęli prowadzenie po świetnej akcji – bramkarz posłał długie, precyzyjne podanie na skrzydło, skąd piłka została dograna wzdłuż pola karnego i skierowana do pustej bramki. Odpowiedź „białych” nie kazała długo czekać. Jan Jabłoński popisał się znakomitym strzałem z rzutu wolnego po ziemi, doprowadzając do wyrównania. W kolejnych minutach inicjatywę przejęli zawodnicy Warsaw Gunners, co przełożyło się na kolejną bramkę. Po przechwycie w środku pola ponownie na listę strzelców wpisał się Jabłoński, wyprowadzając swoją drużynę na prowadzenie. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:1 dla Gunners.

Druga część spotkania rozpoczęła się od przewagi Eagles, jednak zabrakło im skuteczności pod bramką rywala. Na początku tej połowy ponownie trafił Jabłoński, powiększając przewagę swojej drużyny. Niedługo później, po zamieszaniu po rzucie rożnym, Gunners zdobyli kolejną bramkę. Z czasem Kanonierzy zaczęli dominować coraz wyraźniej. Kolejne trafienie padło po szybkim kontrataku, a w 37. minucie dorzucili następną bramkę. Dwie minuty później Javid Suleymanov zdobył jedną z najładniejszych bramek meczu – bezpośrednio z rzutu wolnego z dużej odległości, trafiając po raz drugi dla Eagles. Na odpowiedź Gunners nie trzeba było długo czekać – po dalekim wrzucie z autu świetnie odnalazł się kapitan Arkadiusz Trwoga, który zdobył gola strzałem głową. W końcówce spotkania Gunners dołożyli jeszcze dwa trafienia, ustalając wynik meczu na 9:2.

Patrząc na tabelę, wynik może wydawać się zaskakujący, jednak przez dużą część spotkania gra była wyrównana, a inicjatywa przechodziła z jednej drużyny na drugą. O końcowym rezultacie zadecydowała przede wszystkim skuteczność – Gunners potrafili lepiej wykorzystać swoje okazje, podczas gdy Eagles nie byli wystarczająco efektywni pod bramką rywala.

Doświadczenie gra rolę. Udowodnił to zespół Oldboys Derby, który nie stracił koncentracji w meczu z ekipą Tornado Squad nawet na minutę. Drużyna zamykająca tabelę 7. ligi od samego początku zwracała uwagę na krycie zawodnika z numerem 99. „Pilnujcie tego z numerem dziewięćdziesiąt dziewięć” – słychać było co chwilę z ławki rezerwowych. Zadanie to jednak łatwo sobie postawić, lecz trudniej wykonać.

Grający dla Oldboys Derby z najwyższym, dwucyfrowym numerem Jacek Pryjomski to zawodnik nieuchwytny. Na boisku potrafi być w paru miejscach jednocześnie, wszędzie siejąc zamęt. Choć strzelanie zaczął ktoś inny, to Pryjomski miał udział aż przy 10 z 13 zdobytych bramek. Albo obsługiwał swoich kolegów zagraniami w przeróżnych boiskowych sytuacjach, albo sam bezlitośnie wykorzystywał zagrania od drużynowych kompanów. Oldboysi zdobywali gole po szybkich wypadach, wielopodaniowych akcjach w stylu Barcelony z najlepszych lat gry tiki-taką, a Pryjomski trafił nawet bezpośrednio z rzutu wolnego, umieszczając piłkę przy długim słupku.

Nie można jednak powiedzieć o zespole Tornado, że oddał spotkanie bez walki. Przy wyniku 0:5 zdołali zdobyć dwie bramki i napędzić stracha rywalom. Przeciwnik był jednak konsekwentny w swoim graniu - piłkarze Oldboys operowali szybko piłką, co umożliwiało im wykorzystywanie luk w ustawieniu defensywnym Tornado Squad. Swoje momenty mieli Kamil Bassa, który zdobył hat-tricka, czy Adrian Królikowski, będący zawsze na zamknięciu akcji. Ostatnie słowo należało do zawodników Tornado, którzy w końcówce zdobyli bramkę ustalającą wynik całego spotkania na 13:3 dla Oldboys Derby. „Tego z numerem dziewięćdziesiąt dziewięć” nie udało się upilnować.

8 Liga

Patrząc na tabelę, było to jedno z tych spotkań, które mogą mieć ogromne znaczenie na koniec sezonu. Starcie Kresowii z Patriotem należało do kategorii „o sześć punktów". Zwycięzca mógł odetchnąć w środku tabeli, przegrany zaczynał niebezpiecznie spoglądać w stronę strefy spadkowej. W takich meczach każdy detal ma znaczenie, a każdy punkt jest na wagę złota.

Początek mógł ułożyć się idealnie dla gospodarzy. Już w 5. minucie Kresowia wywalczyła rzut karny. Do piłki podszedł Vadym Bezbidovych, pewnie wybrał róg i całkowicie zmylił bramkarza… ale futbol bywa przewrotny - piłka minęła słupek. To był moment, który mógł ustawić spotkanie, a zamiast tego dodał nerwowości gospodarzom. Dalsza część pierwszej połowy była bardzo fizyczna i kontaktowa. Obie drużyny walczyły o każdy metr boiska, a sytuacji było niewiele. Dopiero w końcówce impas przełamał Maksim Abramau, wyprowadzając Patriot na prowadzenie. Kresowia odpowiedziała niemal natychmiast - Bezbidovych odkupił swoje winy i doprowadził do wyrównania. Kiedy wydawało się, że zespoły zejdą do szatni przy remisie, Patriot zadał kolejny cios. Tuż przed przerwą zdobył bramkę na 1:2, co miało ogromne znaczenie mentalne przed drugą połową.

Po zmianie stron goście wyglądali na bardziej zdeterminowanych i konkretnych. Po około pół godzinie gry dołożyli kolejne trafienia, budując przewagę 4:1, która praktycznie zamknęła mecz. Szczególnie wyróżnił się Petrijsi, który ustrzelił dublet i był jednym z kluczowych zawodników w ofensywie Patriotu. Kresowia próbowała jeszcze wrócić do gry i zdobyła bramkę na 2:4, ale brakowało jej już czasu i skuteczności, by realnie zagrozić rywalom. Patriot kontrolował końcówkę i dowiózł cenne zwycięstwo. To triumf, który może okazać się bezcenny w kontekście walki o utrzymanie. Ten zespół zrobił ogromny krok w stronę spokojniejszej końcówki sezonu, natomiast Kresowia musi szybko wyciągnąć wnioski - takie mecze po prostu trzeba wygrywać, jeśli chce się uniknąć walki o przetrwanie.

Był to mecz bez większej historii, a stawianie Force Fusion w roli murowanego faworyta okazało się więcej niż słuszne. Napastnicy gospodarzy potrzebowali trochę czasu, żeby się rozkręcić, jednak przewaga drużyny Ruslana Yakubiva rosła z minuty na minutę, by w drugiej połowie przerodzić się w zupełną dominację.

Wynik otworzył niezawodny kapitan Force Fusion, który już chwilę później skompletował dublet po wykorzystaniu rzutu karnego, a jeszcze przed przerwą miał na swoim koncie hat-tricka. Jednego gola dołożył jeszcze debiutujący w FF Bartłomiej Babiarz i pierwsza połowa zakończyła się pewnym prowadzeniem gospodarzy 4:0. Co ciekawe, Shitable miało swój moment, kiedy żółtym kartonikiem został ukarany Nazar Dydchik, ale nie było w stanie przekuć przewagi liczebnej na gola. W drugiej połowie było jeszcze gorzej - ekipa Ivana Kirianova zupełnie nie miała pomysłu na grę w ofensywie i rzadko była w stanie realnie zagrozić bramce Volodymyra Antoshki.

Za to w drużynie gospodarzy uaktywnili się Oleh Leshchyshyn i Oleksandr Pliakin, którzy non stop nękali defensywę przeciwnika i ostatecznie obaj zakończyli mecz z golem na koncie. Warto tu również wspomnieć o występie Piotra Szpilarewicza, który wprawdzie tylko raz zapisał się w protokole jako asystent, ale kilkukrotnie zaczarował piłkę, popisując się błyskotliwymi zagraniami. Przy stanie 6:0 było już praktycznie po meczu, ale do końca pozostał jeszcze ponad kwadrans, który Force Fusion wykorzystało na całkowite dobicie przeciwnika. Gospodarze udowodnili, że na wiosnę są w wyśmienitej formie i zgarnęli w pełni zasłużone trzy punkty.

W ramach 11. kolejki 8. ligi doszło do starcia pomiędzy FC Pers a FC Dnipro United. Obie drużyny przystępowały do meczu w trudnej sytuacji, walcząc o utrzymanie, co zapowiadało wyrównane i zacięte widowisko. Boisko szybko jednak zweryfikowało te przewidywania.

Spotkanie znakomicie rozpoczęli gospodarze. FC Pers od pierwszych minut narzucili swoje tempo gry i skutecznie, raz po raz, przedzierali się przez defensywę rywali. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Dwa trafienia Kamola Obidova oraz bramka Rahmatjona Abduhafizova dały gospodarzom prowadzenie 3:0. Pod koniec pierwszej połowy goście zdołali jednak odpowiedzieć. Roman Zielinskyi wykorzystał jedną z okazji i zdobył bramkę kontaktową, przywracając nadzieję FC Dnipro United. Do przerwy FC Pers prowadził 3:1.

Druga połowa rozpoczęła się obiecująco dla gości. Mykyta Chepurko zdobył gola na 3:2 i wydawało się, że goście złapali właściwy rytm i mogą powalczyć o odwrócenie losów meczu. Kluczowy moment nastąpił jednak chwilę później – czerwoną kartkę obejrzał Ranjit Singh Kanwal. Dodatkowo goście przybyli na spotkanie bez zawodników rezerwowych, co oznaczało konieczność gry w osłabieniu do końca meczu. Od tego momentu inicjatywa całkowicie należała do gospodarzy. Persowie bezlitośnie wykorzystywali przewagę liczebną, dominując na boisku i systematycznie powiększając dorobek bramkowy. Kolejne akcje kończyły się golami, a defensywa FC Dnipro United nie była w stanie zatrzymać rozpędzonych rywali.

Ostatecznie spotkanie zakończyło się wysokim zwycięstwem FC Pers 10:3. Mecz, który zapowiadał się na wyrównane starcie drużyn walczących o utrzymanie, przerodził się w jednostronny pokaz siły gospodarzy, szczególnie w drugiej połowie.

Był to pierwszy mecz rozgrywany tego dnia na Arenie AWF i już z samego rana dostaliśmy widowisko pełne sportowych emocji. Ze względu na sytuację w tabeli było to dla obu ekip przysłowiowe starcie o sześć punktów i mobilizację dało się odczuć zarówno u gospodarzy, jak i gości. Już po kilku minutach gry było jasne, że spotkały się drużyny o bardzo zbliżonych charakterach boiskowych i nikt nie będzie odstawiał nogi. Gra, choć twarda i kontaktowa, nie obfitowała jednak w faule i sędzia tylko raz był zmuszony do wyciągnięcia żółtego kartonika.

Gospodarze otworzyli wynik - w 8. minucie gola zdobył Piotr Ziembiński. Paradoksalnie po tym trafieniu inicjatywa zdecydowanie przeszła na stronę Legionu i do przerwy punktowała już tylko ekipa gości. W 16. minucie kontratak po rzucie rożnym na gola zamienił Pavlo Chornobai, a po chwili ten sam zawodnik dołożył kolejne trafienie. W 22. minucie na 1:3 podwyższył Yurii Chornobai i takim wynikiem zakończyła się pierwsza połowa.

Po zmianie stron mecz nabrał jeszcze więcej kolorów. Najpierw gola kontaktowego zdobył Piotr Ziembiński, a po chwili Synowie Księdza stanęli przed idealną szansą na wyrównanie. Żółty kartonik obejrzał Bohdan Batiuk, ale gospodarze nie tylko nie wykorzystali przewagi, lecz także nadziali się na zabójczą kontrę i na 2:4 trafił Andrii Hehelskyi. Wydawało się, że po takim ciosie gospodarze już się nie podniosą, ale Synowie cierpliwie szukali swoich okazji, a tytaniczną pracę wykonał Damian Węgierek. W 33. minucie wyłożył piłkę Tomaszowi Godzimirskiemu, a w 37. minucie wypracował sytuację, po której Piotr Ziembiński, kompletując hat-tricka, doprowadził do wyrównania.

Do końca meczu pozostało jeszcze sporo czasu, a kwestia wyniku wciąż była otwarta. Inicjatywa była zdecydowanie po stronie Synów Księdza, ale Legion cały czas pozostawał groźny, szczególnie w kontratakach. Ostatecznie żadnej z ekip nie udało się przechylić szali zwycięstwa, a remis w tym spotkaniu wydaje się w pełni sprawiedliwym wynikiem.

W niedzielny poranek odbyło się starcie zespołów z górnej części tabeli ósmego poziomu rozgrywkowego. Obie drużyny ostrzyły sobie zęby na komplet punktów. Ekipa Q-Ice wiedziała, że zwycięstwo umocni ją na pozycji lidera, zaś FC Alliance dzięki wygranej mogło wskoczyć na miejsce premiowane awansem.

Początek meczu jasno pokazał, kto tu jest liderem. Q-Ice atakowało raz po raz, lecz koniec końców brakowało dokładności, o czym świadczyć może aż pięciokrotne obicie obramowania bramki gospodarzy. Gdy wszyscy zgromadzeni na Arenie Grenady myśleli, że bramka wisi na włosku, Alliance wyprowadziło świetną akcję i wyszło na prowadzenie po kapitalnym podaniu omijającym wszystkich obrońców rywali. Wtedy goście wyraźnie podrażnieni obrotem spraw podwoili starania w ataku, co zaowocowało trzema szybkimi bramkami i mieliśmy już 1:3. Gdy wydawało się, że Q-Ice otworzyło worek z bramkami, kontakt dał gospodarzom Volodymyr Lazaruk kapitalnym trafieniem z rzutu wolnego. Następnie chwila dekoncentracji oraz błąd bramkarza sprawiły, że Alliance szybkimi dwoma ciosami znów wyszło na prowadzenie. Q-Ice zdążyło jednak spiąć się jeszcze raz przed przerwą i dzięki składnej akcji pierwsza połowa zakończyła się hokejowym remisem 4:4.

Druga odsłona zaczęła się wyrównanie. Obie ekipy wiedziały, że wszystkie błędy będą słono kosztować i rozpoczęły się piłkarskie szachy. O ile przez pierwsze kilkanaście minut gra była wyrównana, tak później oglądaliśmy już koncert w wykonaniu gości. Składne i płynne ataki poskutkowały pięcioma trafieniami, w tym golem bramkarza bezpośrednio z rzutu wolnego. Alliance prowadziło 9:4 i wszystko wskazywało na to, że gdyby mecz trwał dłużej, wymiar kary mógłby być jeszcze wyższy.

Głównym artystą podczas tej kanonady został zdecydowanie Maks Kondarevych, który swój występ przypieczętował dwiema bramkami oraz trzema asystami. Gratulujemy występu.

9 Liga

Spotkanie 11. kolejki 9. Ligi Fanów pomiędzy Klubem Sportowym Sandacz a KróLewskimi Wola było starciem drużyn znajdujących się na dwóch przeciwległych biegunach tabeli. Gospodarze walczą o utrzymanie i każdy punkt jest dla nich na wagę złota, natomiast goście celują w awans i chcą włączyć się do ścisłej czołówki. Ich wysoką formę potwierdziło zwycięstwo nad wiceliderem w pierwszym meczu rundy wiosennej.

Początek spotkania należał jednak do Sandacza, który wszedł w mecz bardzo odważnie. Już w 6. minucie Olender wykorzystał swoją okazję i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Ten gol wyraźnie pobudził gości, którzy zaczęli stopniowo przejmować inicjatywę i coraz częściej gościli pod bramką rywali. W 14. minucie ich wysiłki zostały nagrodzone, bo Sadowski doprowadził do wyrównania. KróLewscy nie zamierzali się zatrzymywać i kilka chwil później objęli prowadzenie po trafieniu Olwińskiego. Mimo kolejnych sytuacji z obu stron wynik do przerwy nie uległ już zmianie i goście schodzili na nią z jednobramkową przewagą.

Po zmianie stron przewaga KróLewskich była jeszcze bardziej widoczna. Goście kontrolowali przebieg gry i regularnie stwarzali zagrożenie pod bramką Sandacza. W 27. minucie Olwiński ponownie wpisał się na listę strzelców, podwyższając na 3:1. Dwie minuty później Kondera dorzucił kolejne trafienie i zrobiło się 4:1. Rozpędzeni goście nie zwalniali tempa. W 37. minucie na 5:1 trafił Kosin, a chwilę później drugiego gola w meczu zdobył Kondera. W samej końcówce gospodarze zdołali jeszcze odpowiedzieć, gdy Krzyszczak zdobył bramkę na 6:2, ratując nieco honor swojej drużyny.

Ostatecznie KróLewscy Wola pewnie pokonali Klub Sportowy Sandacz 6:2, potwierdzając swoje aspiracje do walki o awans. Gospodarze natomiast, mimo dobrego początku, nie byli w stanie utrzymać tempa rywali i wciąż muszą szukać punktów w kolejnych spotkaniach, aby zapewnić sobie ligowy byt.

Jak na hit 9. ligi spotkanie to było zaskakująco jednostronnym widowiskiem. Po zeszłotygodniowym blamażu związanym z regulaminem rozgrywek LaFlame po prostu musiało wygrać ten mecz, aby zachować matematyczne szanse na dogonienie lidera. Jak widać po wyniku, plan ten udało się ekipie Sebastiana Górskiego wykonać w 100%, bo przez większą część meczu goście wyglądali na niemal bezradnych.

Początkowo obie drużyny miały zupełnie rozkalibrowane celowniki i ich grę można było podsumować słowami „mecz straconych szans”. Jednak w 16. minucie gospodarze się przełamali i gola otwierającego wynik zdobył Jan Kołodziejski. Od tego momentu LaFlame dostało wiatru w żagle – po chwili podwyższył Szymon Lisiecki, a jeszcze przed przerwą na 3:0 trafił Marcin Staszyc.

Po zmianie stron gospodarze szybko dorzucili kolejne trafienie i przy stanie 4:0 sytuacja Iglicy zrobiła się, delikatnie mówiąc, bardzo trudna. Nie tylko trzeba było gonić wynik, ale goście nie mogli znaleźć wspólnego rytmu, a frustracja negatywnie wpływała na skuteczność. Kiedy w 34. minucie Kornel Przewoźny zapakował piłkę do siatki, było już praktycznie po meczu. Paradoksalnie chwilę później atak Iglicy w końcu się przełamał, ale gol Kacpra Kubiszera przyszedł zwyczajnie za późno. Kwadrans to dużo czasu, jednak LaFlame wypracowało przewagę, której nie dało się już roztrwonić.

W 38. minucie Kornel Przewoźny, trafiając na 6:1, dał sygnał, że gospodarze nie dadzą Iglicy żadnych szans na comeback. W końcówce goście zdobyli jeszcze dwie bramki, ale ostatecznie to ekipa Sebastiana Górskiego mogła cieszyć się z trzech punktów i przedłużenia szans na walkę o podium.

Dziewięć kolejek bez zwycięstwa - z taką rzeczywistością musi mierzyć się obecnie ekipa Artura Kałuskiego. W zeszłą niedzielę goście mieli okazję do rewanżu za bardzo wysoką porażkę jesienią, ale szybko okazało się, że druga drużyna KSB po prostu ma patent na Scorpions i jest nim ofensywne trio - Aleksander Giżyński, Maksym Hluschenko i Vitalii Balandziuk.

Co ciekawe, KSB ponownie zwyciężyło różnicą aż czternastu bramek, ale początek meczu wcale nie zapowiadał takiego pogromu. Goście nawiązali równą walkę, ale brakowało im trochę szczęścia, a przede wszystkim chłodnej głowy, bo w pierwszej połowie Scorpions zmarnowali przynajmniej dwie stuprocentowe okazje. Inna sprawa, że goście zupełnie nie mieli odpowiedzi na rewelacyjnie dysponowanego Maksyma Hluschenkę. W 6. minucie otworzył wynik strzałem z dystansu, po chwili popisał się „petardą” z rzutu wolnego, a po kwadransie gry miał już na koncie cztery gole. Mogło być nawet wyżej, ale w sytuacji sam na sam Aleksander Giżyński nieco przesadził z nonszalancją i trafił w słupek.

W końcówce pierwszej połowy gola kontaktowego zdobył Aleksandr Mirgorodski, ale był to jeden z niewielu jasnych punktów w występie ADS Scorpions. Po zmianie stron KSB totalnie zdominowało przeciwnika i bez większego wysiłku dokładało kolejne bramki. Z 4:1 do przerwy momentalnie zrobiło się 9:1 i mecz był praktycznie rozstrzygnięty. Dla kapitana ekipy z Bródna, Michała Tarczyńskiego, był to wyjątkowo udany mecz - lider KSB pojawił się na boisku w końcówce i zdobył swojego premierowego gola w Lidze Fanów, a na dokładkę zaliczył jeszcze asystę przy trafieniu Patryka Makowskiego.

KSB II gładko pokonało ADS Scorpions, a wynik 16:2 dobrze oddaje charakter tego spotkania.

Bezpośrednie starcie ASAP Vegas FC z Bielany Legends miało duże znaczenie dla układu tabeli i nie zawiodło pod względem emocji. Ostatecznie to Vegas wygrało 7:6, choć o losach meczu zdecydowała dopiero ostatnia akcja.

Od pierwszych minut tempo było wysokie. Wynik otworzył Dymiński uderzeniem z dystansu po długim słupku, ale Bielany szybko wyrównały. Niedługo później Dymiński ponownie wpisał się na listę strzelców, niemal kopiując pierwsze trafienie, a chwilę później Vegas podwyższyło na 3:1. Rywale jednak nie odpuszczali – najpierw było blisko po uderzeniu w poprzeczkę, a następnie Borczyk trafił bezpośrednio z rzutu wolnego. Jeszcze przed przerwą wyrównał Jędrych, a po błędzie bramkarza Vegas Bielany objęły prowadzenie. Ostatecznie pierwsza połowa zakończyła się remisem 4:4.

Po zmianie stron gra się zaostrzyła, a Bielany szybko odskoczyły na dwie bramki. Kluczowa była sytuacja z rzutem karnym po faulu zawodnika ASAP Vegas we własnym polu karnym – Czarowski najpierw obronił strzał, ale przy dobitce Wojciechowskiego nie miał już szans. Chwilę później było już 6:4 i wydawało się, że to Bielany przejęły kontrolę. ASAP Vegas odpowiedziało jednak natychmiast – najpierw złapało kontakt, a następnie doprowadziło do wyrównania. W końcówce obie drużyny szukały zwycięskiego trafienia, ale decydujący cios padł w ostatniej akcji, kiedy Drozdowicz skierował piłkę do pustej bramki, ustalając końcowy wynik tego spotkania.

ASAP Vegas FC umocniło się w czołówce, natomiast Bielany Legends mimo tylko trzech punktów przewagi nad strefą spadkową, mogą odczuwać spory niedosyt po tak wyrównanym spotkaniu.

Dwie młode drużyny – a takowymi bez wątpienia są Gamba Veloce oraz TRCH – to na papierze ciekawe spotkanie. Można było oczekiwać, że piłkarze wykorzystają swoją witalność oraz chęć do gry, aby pokazać trochę dobrego futbolu. Mecz rozegrany o 22:00 w 9. lidze nie okazał się jednak piłkarską ucztą.

Gamba Veloce rozbudziło apetyty już na samym początku, wychodząc z dynamicznym kontratakiem prawą stroną boiska, którego efektem była bramka z bliska Bartosza Dybowskiego po dograniu od Olka Florczuka. Pójścia za ciosem jednak nie było. Drużyny bały się otworzyć i podejść ofensywniej, żeby przypadkiem nie stracić gola. Gdy udawało się zawiązać jakąś akcję, to strzały pozostawiały wiele do życzenia. Na pewno więcej mogło wyniknąć z gry Filipa Wolskiego. Grający w centrum pola pomocnik Gamba Veloce bardzo często miał piłkę przy nodze i widać było, że potrafi z nią zrobić wiele. Nie przełożyło się to jednak na konkrety – coś jak niegdyś u Piotra Zielińskiego.

Piłka więc zmieniała właściciela, znajdowała się w przeróżnych miejscach boiska, a my z utęsknieniem wypatrywaliśmy emocji. Sytuacja nieco zmieniła się przed przerwą, gdy podanie w pole karne od Jakuba Grabowskiego zamieniło się w asystę przy golu Bartka Fiksa. Trch nie poszło jednak za ciosem, bo od razu po tym trafieniu sędzia zakończył pierwszą połowę.

Po wznowieniu gry piłka dalej nie chciała trafiać nawet w światło bramki, a oba zespoły dużą wagę przywiązywały do zabezpieczenia własnego pola karnego. Ciężar rozstrzygnięcia meczu ponownie wziął na siebie Dybowski. Jego wysoki odbiór i pewne wykończenie dały najpierw prowadzenie, a w perspektywie czasu – zwycięstwo. W osiągnięciu celu nie przeszkodziła nawet gra z zastępstwem na bramce po żółtej kartce dla golkipera Gamby – Marka Kurzelewskiego. Awaryjnie między słupkami stanął Kuba Nita, który nie został nawet poważnie sprawdzony przez rywali. Szybko bowiem siły na boisku się wyrównały, gdy w następnej akcji Hubert Posacki także został odesłany na chwilę na ławkę kar.

Na boisku robiło się coraz bardziej nerwowo, ale kolejnych bramek już nie oglądaliśmy. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:1 dla ubranych na czarno zawodników Gamba Veloce.

10 Liga

W ramach 11. kolejki 10. ligi kibice byli świadkami niezwykle emocjonującego spotkania pomiędzy Bulbez Team Bemowo a FC Po Nalewce. Mecz od pierwszych minut zapowiadał się na wyrównany, jednak to goście jako pierwsi zadali dwa szybkie ciosy. Na listę strzelców wpisali się Rafał Bujalski oraz Michał Janiak, dając swojej drużynie dwubramkowe prowadzenie.

Gospodarze nie zamierzali jednak długo pozostawać w tyle. Szybko odpowiedzieli bramką kontaktową, a jej autorem był niezawodny Rafał Dobrosz, który pewnie wykorzystał rzut karny. Bulbez poszli za ciosem i jeszcze w tej części meczu doprowadzili do wyrównania po trafieniu Szymona Golonki. Końcówka pierwszej połowy należała jednak zdecydowanie do FC Po Nalewce, którzy zdobyli aż trzy kolejne bramki i schodzili do szatni z prowadzeniem 5:2.

Druga odsłona spotkania to już zupełnie inna historia. Bulbez Team Bemowo wrzucili wyższy bieg i rozpoczęli efektowną pogoń za wynikiem. Ich ofensywa funkcjonowała znakomicie. Gospodarze nie tylko odrobili straty, ale również całkowicie odwrócili losy meczu, wychodząc w pewnym momencie na prowadzenie 9:5. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 10:6 dla Bulbezu, który w drugiej połowie pokazał prawdziwy charakter i siłę ofensywną.

Na szczególne wyróżnienie z pewnością zasługuje Rafał Dobrosz, który zdobył aż sześć bramek i został bohaterem spotkania. Dzięki temu występowi objął prowadzenie w klasyfikacji strzelców 10. ligi, potwierdzając swoją znakomitą formę.

W 10. lidze zobaczyliśmy pojedynek o środek tabeli, gdzie każdy punkt ma znaczenie, bo sytuacja potrafi zmienić się z kolejki na kolejkę. I dokładnie tak wyglądał ten mecz – wyrównany, otwarty i długo trzymający w niepewności.

Początek należał do gości. Fuszerka weszła w spotkanie bardzo dobrze – Adrian Giska najpierw trafił bezpośrednio z rzutu rożnego, chwilę później wywalczył groźny rzut wolny, a w 10. minucie dołożył drugą bramkę. Szybko stał się centralną postacią meczu, a jego drużyna po kwadransie prowadziła już 3:0 i wyglądała naprawdę pewnie. Do tego ich bramkarz dokładał swoje i długo wydawało się, że kontrolują sytuację. Polska Górom jednak nie odpuściła. Powoli zaczęli wracać do meczu, a na pierwszy plan wysunął się Kamil Rytel. To on zdobył pierwszą bramkę dla gospodarzy i dał impuls do odrabiania strat. Jeszcze przed przerwą jego zespół doprowadził do remisu, a Kamil miał w tym bardzo duży udział.

Po zmianie stron to gospodarze złapali rytm. Od razu ruszyli do przodu i zaczęli przejmować inicjatywę. Mecz zrobił się jeszcze bardziej otwarty, a po kwadransie drugiej połowy było już 5:4 i wszystko wciąż było możliwe. Wtedy znowu przypomniał o sobie Rytel. Skompletował hat-tricka i dał swojej drużynie dwubramkowe prowadzenie. W szóstkach to nadal nie jest bezpieczny wynik, ale tym razem Fuszerka nie była w stanie wrócić – mimo kilku prób i naporu w końcówce.

Kropkę nad i postawił Borys Guzka. Polska Górom nie tylko odrobiła straty po bardzo trudnym początku, ale też dowiozła zwycięstwo, które pozwoliło im opuścić strefę spadkową i przeskoczyć rywali w tabeli.

Mecz czwartej drużyny Husarii Mokotów z Wczorajszymi FC można bez oporów nazwać bombą z opóźnionym zapłonem. Pierwsza połowa zaciętego spotkania nie zapowiadała, że na boisku padnie aż 14 goli, a wynik zostanie rozstrzygnięty różnicą czterech bramek. Do przerwy było remisowo, a próby przewidywania zakończenia można było przyrównywać do wróżenia z fusów.

Choć pierwsza bramka zapisana została Husarii, to kronikarski obowiązek każe sprostować, że faktycznym strzelcem był zawodnik Wczorajszych. Na samobója drużyna zareagowała jednak wzorowo – szybkie wyjście z akcją i nienaganne wykończenie dało remis. Scenariusz znów się powtórzył: Husaria strzeliła na 2:1, rywal szybko odpowiedział. Trudno było wskazać faworyta, a każda z drużyn grała o zwycięstwo. Zarówno Michał Mikołajczuk, jak i Norbert Wierzbicki mieli sporo pracy, ale lepiej poradził sobie ten drugi, bo to on zakończył mecz z mniejszą liczbą straconych goli.

Te zaczęły jednak padać dopiero w drugiej połowie. W role asystentów wcielili się Tomasz Hubner i Bartek Adamiak dla Husarii, zaś w zespole Wczorajszych podający podzielili się obowiązkami po równo. Gospodarze po zmianie stron zdołali odskoczyć przeciwnikom po golach Bartka Daniela i Bartka Adamiaka, a później kontrolowali przewagę dzięki bramce Hubnera, odpowiadającej na trafienie dla rywali autorstwa Mateusza Bonieckiego. Wczorajsi próbowali jeszcze gonić – na 5:4 trafił pięknym uderzeniem Adenekan Adedamola, a do remisu płaskim strzałem tuż przy słupku doprowadził Jakub Erbel. Kuba Skrzyniasz zdołał jednak przywrócić Husarii prowadzenie, którego ta nie oddała już do samego końca. Trzy punkty przypieczętował Daniel, który do swojej pewnej gry w defensywie dorzucił hat-tricka zdobytego w przeciągu czterech minut.

Spotkanie 11. kolejki 10. ligi pomiędzy Grajkami i Kopaczami a FC Depserados – starcie lidera z wiceliderem – dostarczyło kibicom mnóstwo emocji oraz zwrotów akcji, które trzymały w napięciu do ostatniego gwizdka.

Lepiej w mecz weszli goście z Depseradosu. Młody, utalentowany zespół od pierwszych minut grał z dużym luzem i spokojem, co szybko przełożyło się na efekt bramkowy. Na szczególne wyróżnienie zasłużył Jan Szcześniak – obecnie jeden z najlepszych zawodników ligi – który już na początku spotkania dwukrotnie pokonał Łukasza Wardę, dając swojej drużynie dwubramkowe prowadzenie.

Taki obrót spraw nie podłamał jednak lidera rozgrywek. Grajki i Kopacze, korzystając ze swojego doświadczenia, stopniowo wracali do gry. Ich determinacja przyniosła efekt – jeszcze przed przerwą nie tylko odrobili straty, ale również wyszli na prowadzenie 3:2, pokazując, że nie zamierzają łatwo oddać pierwszego miejsca w tabeli.

Po rozpoczęciu drugiej połowy gospodarze kontynuowali dobrą grę i udowadniali, że zasługują na miano lidera. Bramka po rzucie rożnym autorstwa Przemysława Nieszporka oraz znakomita dyspozycja Huberta Krzemińskiego, którego piłka wręcz „szukała” w tym meczu, pozwoliły powiększyć przewagę do 5:2. W tym momencie mogło się wydawać, że losy spotkania są już rozstrzygnięte. FC Depserados nie zamierzali jednak odpuszczać. Do końca walczyli o korzystny rezultat i zdołali zdobyć jeszcze jedną bramkę, ustalając wynik meczu na 5:3. Warto podkreślić świetne przygotowanie oraz postawę Łukasza Wardy i Mateusza Ziemiańskiego, którzy wielokrotnie ratowali swój zespół i sprawili, że wynik nie był jeszcze wyższy.

Intensywność spotkania była ogromna, a tempo gry sprawiało, że kibice mogli zobaczyć niemal wszystko, co najlepsze w piłce.  Było to widowisko godne meczu na szczycie, które tylko potwierdziło, jak wyrównana i emocjonująca jest rywalizacja w 10. lidze.

W ramach 11. kolejki 10. ligi doszło do spotkania pomiędzy FC Górka Kazurka a Gawulon FC. Choć na pierwsze trafienia trzeba było chwilę poczekać, to od początku nie brakowało zaangażowania i sytuacji podbramkowych z obu stron. Chwilami szwankowała jednak skuteczność.

Worek z bramkami rozwiązał Michał Mazur z zespołu gospodarzy, który w krótkim odstępie czasu dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0. Odpowiedź Gawulonu była jednak natychmiastowa, bo jeszcze przed przerwą do wyrównania doprowadzili Patryk Sadurek i Mateusz Hopcia. Do szatni drużyny schodziły przy wyniku 2:2.

Druga połowa to kolejna wymiana ciosów. Tym razem to piłkarze Gawulonu jako pierwsi wyszli na prowadzenie, jednak Górka Kazurka szybko odpowiedziała. Kluczowy fragment meczu należał jednak do gości, którzy wykorzystali serię swoich okazji i odskoczyli rywalom, budując przewagę aż do stanu 6:3. Górka Kazurka nie złożyła broni i do końca walczyła o odrobienie strat, jednak mimo ambitnej postawy nie zdołała już dogonić przeciwnika. Ostatecznie spotkanie zakończyło się zwycięstwem Gawulonu 7:5.

Mimo porażki gospodarzy obie drużyny zasługują na pochwałę za stworzenie widowiska pełnego emocji, zwrotów akcji i walki do ostatniego gwizdka.

11 Liga

Do starcia w ramach 11. kolejki obie ekipy podchodziły z tym samym nastawieniem, lecz będąc w zupełnie innym położeniu. Ferajna, tracąca jedynie dwa punkty do miejsca premiowanego awansem, uważała się za faworyta meczu, za to Patetikos potrzebował pozytywnego rezultatu jak tlenu, będąc zaledwie cztery punkty nad strefą spadkową.

Mecz zaczął się spokojnie i wyrównanie. Obie ekipy starały się kreować akcje, cierpliwie czekając na swój moment. Pierwszy cios wyprowadzili goście, lecz nie cieszyli się prowadzeniem długo za sprawą świetnie dysponowanego Bartosza Niebiela. Mieliśmy znów remis i nikt nie wiedział, w którą stronę skręci przebieg wydarzeń. Wszystko jednak po chwili zaczęło się klarować i – ku zaskoczeniu wielu – Patetikos spokojem i doświadczeniem zaczął dominować. Zdobyli dwie bramki w krótkim odstępie czasu, a tuż przed przerwą Dodi obsłużył kapitalnym przerzutem Skibińskiego, który dobił Ferajnę pewnym strzałem po krótkim słupku. Na przerwę goście schodzili przy wyniku 1:4.

Drugą część spotkania Patetikos znów zaczął od zdobycia gola, na co Ferajna odpowiedziała dwoma trafieniami. Niestety wraz z upływem czasu mecz zaczął tracić na walorach czysto piłkarskich. Zawodnicy obu drużyn zaczęli grać ostro oraz wdawać się w liczne dyskusje z rywalami, a także arbitrem. Ferajna zaczęła naciskać i wydawało się, że może jeszcze odrobić straty, lecz wtedy jeden z jej liderów tego dnia, Kacper Waz, otrzymał żółtą kartkę za niepotrzebne pretensje do arbitra. Znacznie utrudniło to grę całej ekipie, która straciła jeszcze jednego gola i ostatecznie zakończyła mecz porażką 3:6.

Patetikos dzięki temu rezultatowi odskoczył nieco od strefy spadkowej i może podejść do kolejnego spotkania z większym spokojem.

Spotkanie pomiędzy Legijną Ferajną a FC Warsaw Wilanów było jednym z najbardziej emocjonujących widowisk tej kolejki. Już pierwsza połowa zapowiadała prawdziwy rollercoaster – obie drużyny grały otwarty futbol, stawiając na ofensywę i wymianę ciosów. Efekt? Remis 3:3 do przerwy i ogromne tempo, które nie pozwalało kibicom ani na chwilę oddechu.

W ekipie gospodarzy od samego początku wyróżniał się Oskar Jenner, który był nie do zatrzymania dla defensywy rywali. Jego szybkość, dynamika i odwaga w pojedynkach jeden na jednego siały spustoszenie, a trzy zdobyte bramki tylko potwierdzają, jak wielki wpływ miał na grę swojego zespołu. Każda jego akcja niosła zagrożenie, a pewność w wykończeniu sprawiała, że był liderem ofensywy Legijnej Ferajny. FC Warsaw Wilanów również miało swoje argumenty i potrafiło skutecznie odpowiadać. Najjaśniejszą postacią wśród gości był Karol Kowalski, który zanotował dwa gole i dwie asysty, będąc mózgiem operacyjnym swojej drużyny. To przez niego przechodziła większość akcji, a jego decyzje w kluczowych momentach napędzały ofensywę. Świetnie wspierał go Kuba Świtalski, który dołożył bramkę i dwie asysty, aktywnie uczestnicząc w budowaniu ataków i tworząc przewagę w ofensywie.

Druga połowa była kontynuacją zaciętej rywalizacji. Żadna z drużyn nie potrafiła przejąć pełnej kontroli nad meczem, a wynik cały czas pozostawał sprawą otwartą. Ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem 5:5, co w pełni oddaje jego przebieg – intensywny, wyrównany i pełen jakości po obu stronach.

W spotkaniu 11. kolejki 11. ligi Mistrzowie Chaosu zmierzyli się z AC Choszczówka, a kibice mogli obejrzeć bardzo wyrównane i intensywne widowisko. Już od pierwszych minut było widać, że żadna z drużyn nie zamierza odpuszczać – tempo było wysokie, a walka toczyła się głównie w środku pola.

Pierwsza połowa zakończyła się remisem 1:1, co dobrze oddawało przebieg gry. Oba zespoły miały swoje momenty, potrafiły stworzyć zagrożenie, ale nie brakowało też twardej, momentami fizycznej rywalizacji. Delikatną przewagę w organizacji gry można było jednak dostrzec po stronie Choszczówki, które sprawiało wrażenie zespołu lepiej poukładanego.

Po przerwie mecz nadal był bardzo otwarty, jednak to goście częściej podejmowali lepsze decyzje w kluczowych momentach. Ich gra jako kolektywu była największym atutem – wymienność pozycji, wsparcie w każdej fazie akcji i odpowiedzialność za wynik sprawiły, że z biegiem czasu zaczęli przechylać szalę zwycięstwa na swoją stronę. Ostatecznie wygrali 3:2, choć do samego końca musieli zachować koncentrację.

Na szczególne wyróżnienie w ekipie triumfatorów zasługuje Bartosz Sałata. Choć tym razem nie wpisał się na listę strzelców ani nie zanotował asysty, był absolutnie kluczową postacią swojego zespołu. To przez niego przechodziła większość akcji – świetnie operował piłką, nadawał rytm grze i podejmował właściwe decyzje. Był liderem w środku pola, który spajał wszystkie formacje i dawał drużynie balans między defensywą a ofensywą.

Mistrzowie Chaosu również pokazali się z dobrej strony i do końca walczyli o korzystny rezultat, jednak tego dnia lepiej funkcjonujący kolektyw okazał się decydujący. AC Choszczówka udowodniła, że zgranie i konsekwencja potrafią przynieść przewagę nawet w bardzo wyrównanych spotkaniach.

Przed spotkaniem obie drużyny znajdowały się w zupełnie różnych sytuacjach ligowych. Piwo Po Meczu FC zajmowali ostatnie miejsce w tabeli i desperacko potrzebowali punktów, aby uniknąć spadku. Z kolei MWSP walczyli o utrzymanie się w strefie awansowej i dalszą grę o promocję do wyższej ligi.

Początek meczu należał do „czarnych”, którzy częściej utrzymywali się przy piłce. Mimo tego więcej konkretnych sytuacji podbramkowych tworzyli „biali”. Z czasem gra się wyrównała, a pod koniec pierwszej połowy inicjatywę ponownie przejęli zawodnicy MWSP. Gdy wydawało się, że pierwsza część zakończy się bezbramkowym remisem, po ładnej akcji na prowadzenie wyprowadził swoją drużynę Jakub Sołdaczuk.

Druga połowa rozpoczęła się od dalszej przewagi MWSP. Ich kontrola nad przebiegiem spotkania szybko przyniosła efekt – w środkowej fazie tej części gry Paweł Nowak podwyższył wynik, trafiając z ostrego kąta. Zaledwie minutę później ponownie na listę strzelców wpisał się Sołdaczuk, zdobywając swoją drugą bramkę i zmieniając wynik na 3:0. Po tym ciosie gra nieco się wyrównała, a inicjatywę zaczęli przejmować zawodnicy Piwo Po Meczu FC. W 41. minucie, po szybkim kontrataku, kontaktową bramkę zdobył Michał Świercz. Niedługo później, po przechwycie piłki przed polem karnym, drugiego gola dla swojej drużyny dołożył Marek Wysokiński, zmniejszając straty do jednego trafienia.

Końcówka spotkania była bardzo emocjonująca, jednak MWSP zdołali utrzymać prowadzenie i dopisać do swojego konta niezwykle ważne trzy punkty w kontekście walki o awans. Piwo Po Meczu FC pokazali charakter, odrabiając straty, jednak ostatecznie zabrakło im czasu, by doprowadzić do wyrównania.

Meczem otwierającym zmagania w 11. lidze był pojedynek Mocnego Narketu i Hiszpańskiego Galeonu. Różnica w tabeli pomiędzy tymi zespołami wynosiła aż siedem punktów, stąd też inne cele przyświecały tym drużynom – Galeon liczył na włączenie się do walki o podium, natomiast Mocny Narket od dłuższego czasu próbuje wydostać się ze strefy spadkowej. W obu przypadkach do ich realizacji potrzebne były tylko i wyłącznie trzy punkty. W ekipie gospodarzy mieliśmy aż trzech debiutantów, a meczowa kadra – w porównaniu do rywali, którzy dysponowali tylko jedną zmianą – mogła robić wrażenie. Przy czym kolejny raz okazało się, że ilość niekoniecznie idzie w parze z jakością.

Pierwsza połowa należała do Hiszpańskiego Galeonu – goście byli przede wszystkim skuteczniejsi od oponenta. Wynik w 7. minucie otworzył Ivan Rudyi, a w kolejnych minutach prawdziwy popis dał Stanisław Piątkiewicz, który świetnie odnajdywał się w polu karnym rywala, zdobywając w pierwszej połowie dwie bramki. Mocny Narket w premierowych 25 minutach trafił do siatki tylko raz i na przerwę drużyny schodziły przy wyniku 1:3.

Dużo więcej działo się w drugiej części. Stanisław Piątkiewicz skompletował hat-tricka, chwilę później Krzysiek Małażewski podwyższył na 1:5 i wydawało się, że Hiszpański Galeon ma ten mecz pod pełną kontrolą, a większych emocji już nie będzie. Jednak goście zadbali o to, by spotkanie miało jeszcze swoją dramaturgię. Najpierw Jakub Zwolak sprokurował rzut karny, do którego podszedł Ruben Nieścieruk, lecz tym razem kapitan Mocnego Narketu przestrzelił, posyłając piłkę nad poprzeczką. Jak nie idzie, to nie idzie – Ruben rzadko kiedy myli się z „jedenastki”. Goście po raz kolejny wyciągnęli pomocną dłoń w kierunku rywala, tym razem skutecznie – Jakub Szczypiorski popisał się niecodziennym golem z połowy boiska. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że piłkę skierował do własnej bramki… Tym trafieniem niejako „podpiął pod prąd” rywali, dając im impuls do dalszej walki. Chwilę później było już 3:5 po golu Dawida Brzezińskiego, a lada moment arbiter ponownie podyktował rzut karny dla Narketu. Tym razem do piłki podszedł Jan Sieczka i pewnie pokonał Jakuba Zwolaka.

Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Hiszpańskiego Galeonu 4:5, choć mało co wskazywało na to, że będziemy mieli tyle emocji w końcówce tego pojedynku. Galeon awansował tym samym na czwartą lokatę, Mocny Narket natomiast zakopał się na dobre w strefie spadkowej.

12 Liga

W ramach 11. kolejki 12. ligi kibice byli świadkami prawdziwego hitu na szczycie, w którym FC Melange podejmowało Rodzinę Soprano. Spotkanie od pierwszego gwizdka stało na wysokim poziomie i mogło się podobać – obie drużyny postawiły na ofensywny futbol, nie brakowało tempa, zaangażowania i sytuacji podbramkowych.

Jako pierwsi skuteczność pokazali zawodnicy Rodziny Soprano. Świetną dyspozycję strzelecką zaprezentował Damian Nieskórski, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Dodatkowo jedno trafienie dołożył Natan Kublik i goście objęli prowadzenie 3:0. Wynik mógł być jednak zupełnie inny, bo FC Melange również kreowało groźne sytuacje. Na ich drodze stał jednak znakomicie dysponowany bramkarz gości – Kuba Sidor, który długo pozostawał niepokonany. Skapitulował dopiero pod koniec pierwszej połowy, gdy gospodarze wykorzystali rzut karny. Do przerwy było 3:1 dla Rodziny Soprano.

Druga połowa rozpoczęła się ponownie od mocnego akcentu gości. Wiktor Stańczak podwyższył wynik na 4:1 i sytuacja FC Melange stała się bardzo trudna. Gospodarze nie zamierzali jednak odpuszczać. Walczyli ambitnie, szukając sposobu na pokonanie bramkarza rywali, lecz przez długi czas brakowało im skuteczności. Końcówka spotkania przyniosła jednak ogromne emocje. Najpierw do siatki trafił Łukasz Słowik, a chwilę później efektownym uderzeniem popisał się Marcin Godlewski. FC Melange złapało kontakt i ruszyło do ataku, próbując doprowadzić choćby do remisu. Mimo ogromnej determinacji gospodarzy wynik nie uległ już zmianie.

Ostatecznie Rodzina Soprano zwyciężyła 4:3 w niezwykle emocjonującym starciu. Co ciekawe, obie drużyny mają obecnie tyle samo punktów w tabeli, co tylko podgrzewa atmosferę przed następnymi kolejkami.

Inauguracyjne spotkanie niedzielnej kolejki 12. ligi zakończyło się zwycięstwem Vox Populi nad Dynamo Wołomin 6:3. Dodatkowego smaku dodawał fakt, że w pierwszym meczu między tymi drużynami padł wynik 4:3 dla Vox, a oba zespoły przed tą kolejką dzieliły zaledwie trzy punkty.

Początek meczu był wyrównany – żadna ze stron nie potrafiła stworzyć klarownej sytuacji. Dynamo próbowało uderzeń z dystansu, a Vox szukał swoich okazji w ataku pozycyjnym. Najbliżej gola gospodarze byli po strzale z rzutu wolnego, który zatrzymał się na słupku. Przełamanie nastąpiło po kilku minutach, gdy Stachowicz strzałem piętą dał prowadzenie swojej drużynie. Chwilę później Vox podwyższył wynik po prostopadłym podaniu z własnej połowy. Tuż przed przerwą, po odbiorze piłki w środku pola i podaniu do Chmiela, który pewnie wykończył akcję, było już 3:0.

Po zmianie stron gracze Populi szybko poszli za ciosem i dołożyli kolejne bramki, powiększając przewagę do pięciu trafień. Dynamo odpowiedziało golem Domidowicza, który efektownym strzałem w okienko rozpoczął pogoń swojego zespołu. Goście wrócili do gry i, wykorzystując swoje momenty oraz błędy rywala, doprowadzili do stanu 5:3, przywracając nadzieję. Na więcej jednak zabrakło czasu i skuteczności w ofensywie. W końcówce kropkę nad i postawił Stachowicz, który wykorzystał dobitkę, ustalając wynik meczu.

Dynamo mimo porażki utrzymuje bezpieczną przewagę nad strefą spadkową, natomiast Vox Populi pozostaje w walce o czołową trójkę.

Tyle samo punktów, takie same chęci do opuszczenia strefy spadkowej, zbliżony bilans bramkowy – ten mecz miał wszystko, by stać się arcyciekawym i wyrównanym widowiskiem, lecz w praktyce okazał się dość jednostronnym popisem. Po wyrównanym boju z Vox Populi, cudem zakończonym bez zdobyczy punktowej, o wiele więcej spodziewaliśmy się po Gentlemanach – niestety, choć momenty były, to zasadniczo od pierwszego gwizdka czegoś im brakowało.

Otwarcie wyniku nastąpiło za sprawą Yuliana Salnikova, który po podaniu Matviego Puzyka zmieścił piłkę precyzyjnie przy słupku. Skupiony głównie na zadaniach defensywnych Yan Paulavets zaliczył zaraz potem wspaniałą asystę, zagrywając Kutsowi świetną prostopadłą piłkę przełamującą linie.

Kolejne próby szybkiego podwyższenia prowadzenia zniweczył niezawodny Kuba Augustyniak, który jako jedyny wśród gości zdawał się być w optymalnej dyspozycji. Lumina bardzo chętnie wykorzystywała swojego nowo sprowadzonego golkipera do rozegrania piłki, często daleko od bramki. Choć takie rozwiązanie przynosiło sporo korzyści, umożliwiło też rywalom złapanie kontaktu – w jednej sytuacji Piotr Osiński wyszedł zbyt wysoko i, nie zdążywszy wrócić na pozycję, został przelobowany przez Pawła Domańskiego. Gospodarze nie dali jednak oponentom nadziei na poprawę wyniku, gdyż przed przerwą kolejne dwa ciosy wyprowadzili Salnikov i Łopaciński.

W drugiej połowie zdecydowanie najaktywniejszym zawodnikiem na placu gry był kapitan Luminy, Arseni Bahuleuski, który brał udział przy każdym z pięciu zdobytych w tej części spotkania goli. Dla Gentlemanów również otworzył się worek z bramkami i mimo że znacznie skromniejszy, to wcale nie z gorszych akcji – trafienie Piotra Dziemieszczyka, poprzedzone wrzutką w pole karne Domańskiego, a wcześniej zgraniem Bartosika, było prawdziwą ozdobą tego starcia.

Niestety, gole Dziemieszczyka, Margula i Lozego nie pomogły ostatecznie, by choć zbliżyć się do rozpędzonych tego dnia rywali. Rezultat 9:5 pozwolił więc Luminie zachować nadzieję na rychłe opuszczenie strefy spadkowej, a Gentlemanom - którzy starcia z najsilniejszymi rywalami mają jeszcze przed sobą - nie wróży niestety niczego dobrego.

Spotkanie 11. kolejki 12. ligi pomiędzy FC Łazarski a FURDUNCIO Brasil F.C. II zapowiadało się jako istotne starcie w kontekście walki o czołowe miejsca. Łazarski chciał wykorzystać szansę na zbliżenie się do lidera, natomiast Furduncio pozostawało w grze o górną część tabeli.

Od pierwszych minut gospodarze narzucili wysokie tempo i szybko zaczęli budować przewagę. Skyba otworzył wynik już w 2. minucie, a chwilę później dołożył drugie trafienie po szybkim wznowieniu z autu. Łazarski w pełni kontrolował przebieg gry i jeszcze przed przerwą powiększył prowadzenie po kilku dobrze rozegranych akcjach, schodząc do szatni przy wyniku 5:0.

Po zmianie stron Oleksin szybko podwyższył rezultat, dzięki czemu skompletował hat-tricka. Rezerwy FURDUNCIO Brasil odpowiedziały honorowym golem Pessoi z rzutu wolnego – pokonał on bramkarza precyzyjnym strzałem po ziemi. Nie byli jednak w stanie realnie zagrozić rywalom, którzy dalej dominowali w ofensywie. W końcówce Skyba zwieńczył swój występ efektowną akcją indywidualną. Ruszył z własnej połowy, minął dwóch przeciwników i zakończył akcję strzałem w okienko, również kompletując hat-tricka. Ostateczny wynik ustalił Kaźmierczak, zamykając mecz rezultatem 9:1.

Dzięki temu zwycięstwu FC Łazarski objął prowadzenie w tabeli. Było to ich szóste zwycięstwo z rzędu, co tylko potwierdza bardzo dobrą dyspozycję zespołu.

Starcie FC Razam z rezerwami FC Vikersonn UA przyniosło sporo zwrotów akcji, choć końcowy wynik 4:8 może sugerować jednostronne spotkanie. W rzeczywistości mecz długo był otwarty, a o jego losach zdecydowała dopiero końcówka.

Od początku przewagę zaznaczył Vikersonn. Szybko objął prowadzenie po trafieniu Kyselova, który chwilę później dołożył drugą bramkę. Na 3:0 podwyższył Rubka po składnej, dwójkowej akcji. Razam odpowiedziało trafieniem, ale niemal natychmiast straciło kolejną bramkę i znów musiało gonić wynik. W końcówce pierwszej połowy wykorzystało jednak sytuację 3 na 1 i zmniejszyło stratę.

Po zmianie stron gra się wyrównała. Obie drużyny częściej atakowały, a Razam wykorzystało swój moment – najpierw zmniejszyło straty po przechwycie w środku pola i sytuacji sam na sam, a chwilę później Yakimuk doprowadził do wyrównania na 4:4. Przez moment wydawało się, że mecz zaczyna się od nowa. Decydujące okazały się jednak kolejne minuty. Vikersonn szybko odzyskał prowadzenie, a chwilę później podwyższył wynik, ponownie wykorzystując skuteczność Kyselova. Razam miało jeszcze swoją okazję, trafiając w słupek, ale nie zdołało już odwrócić losów spotkania. W końcówce faworyt całkowicie przejął kontrolę i dołożył kolejne bramki, zamykając mecz wynikiem 8:4.

Dla Razam to trzecia porażka z rzędu, która znacząco komplikuje ich sytuację w tabeli – strata do bezpiecznej strefy rośnie. Vikersonn natomiast utrzymuje się w środku stawki i wciąż pozostaje w grze o awans.

13 Liga

Ważne spotkanie w kontekście walki o 3. miejsce oglądaliśmy w 13. lidze. Obie drużyny doskonale zdawały sobie sprawę, że starcie bezpośrednich rywali to klasyczny „mecz za sześć punktów”, którego nie można przegrać.

Pierwsza połowa była bardzo wyrównana i pełna emocji. Zespoły na zmianę wychodziły na prowadzenie. Najpierw po rzucie rożnym, świetnie rozegranym przez Elitarnych, na listę strzelców wpisał się Wojciech Sekulak. Odpowiedź była jednak natychmiastowa – kapitalny występ zanotował Piotr Jankowski, który zdobył dwie bramki, a przy odrobinie szczęścia mógł dorzucić jeszcze asysty. Ostatecznie jednak przed przerwą znów trafił Wojciech Sekulak i do szatni drużyny schodziły przy remisie.

Druga połowa przez długi czas wyglądała jak gra „na jednego gola”. Ten moment wykorzystali Elitarni, którzy zadali dwa szybkie ciosy – do siatki trafili Dawid Rupiński oraz Kamil Faryniarz. Wydawało się, że Borowiki mogą mieć ogromne problemy z powrotem do meczu, ale wtedy role się odwróciły. Elitarni nieco spuścili z tonu, a rywale ruszyli do odrabiania strat.

Najpierw kontaktową bramkę zdobył Dawid Bilski, a chwilę później fantastycznym, dalekim strzałem popisał się Michał Rzeczkowski, doprowadzając do wyrównania. W końcówce obie drużyny miały jeszcze swoje szanse na przechylenie szali zwycięstwa, jednak wynik nie uległ już zmianie. Na tablicy wyników pozostały dwie czwórki – 4:4.

Dwie drużyny rozpoczęły rundę wiosenną od porażek, dlatego zarówno White Foxes, jak i Siwy Koń chciały jak najszybciej się zrehabilitować po przerwie świątecznej. O ile dla debiutanta ligi same punkty są najważniejsze, to „Białe Lisy” wciąż mogły jeszcze myśleć o walce o coś więcej.

Pierwsza połowa upłynęła pod pełną dominacją Siwego Konia. Zespół prezentował się bardzo solidnie zarówno w defensywie, jak i w ataku. Na gole nie trzeba było długo czekać – szybko zrobiło się 3:0 po trafieniach Eryka Borczona, Ivana Yanyshyna i Macieja Morry. Wydawało się, że mecz zmierza w stronę wysokiego zwycięstwa, jednak mimo dalszej przewagi Siwy Koń nie zdołał podwyższyć wyniku przed przerwą.

White Foxes w pierwszej połowie wyglądali bardzo słabo, ale po zmianie stron na boisko wyszła zupełnie inna drużyna. Piłka zaczęła krążyć szybciej, pojawiła się pewność siebie i konsekwencja w ataku. Najpierw trafił Jeremi Wojton, chwilę później Jakub Sokołowski zmniejszył straty do minimum, a następnie Mateusz Grzeszuk doprowadził do wyrównania, doprowadzając do prawdziwego zwrotu akcji.

Happy endu dla „Białych Lisów” jednak nie było. Ostatnie słowo należało do Siwego Konia – Sebastian Zwierzchowski zdobył decydującą bramkę i ustalił wynik na 4:3. Debiutant ligi sięgnął po swoje pierwsze zwycięstwo w efektownym, pełnym emocji spotkaniu.

Pojedynek pomiędzy Nieuchwytnymi a rezerwami Kresowi Warszawa zapowiadał się niezwykle ciekawie, bowiem oba zespoły były włączone w walkę o miejsce na podium. Sztuka ta ostatecznie udała się tym pierwszym, ale od początku mecz nie układał się po myśli podopiecznych Marka Szklennika.

Bardzo szybko prowadzenie objęła Kresowia II – Artem Janczylik, przechwyciwszy futbolówkę w środku pola, pognał na bramkę rywali i po zejściu na lewą nogę pokonał broniącego z konieczności Pawła Dąbrowskiego. Choć sprytne rozegranie rzutu wolnego przez gospodarzy - Kyselova i Zhukova - napędziło Kresowi stracha, to właśnie wspomniany Janczylik był bliższy podwyższenia wyniku, lecz jego próba obiła poprzeczkę. Nad wyraz widoczna aktywność tego zawodnika przyniosła jednak efekty. Najpierw skompletował dublet po asyście Pavla Todryka, a potem sam obsłużył podaniem wychodzącego na czystą pozycję Mirosława Nowackiego. Przy stanie 0:3 chyba nikt nie spodziewał się, że granatowo-czarni odzyskają jeszcze kontrolę nad spotkaniem, tym bardziej że dali sobie wpakować trzy gole tak szybko.

A jednak - waleczny kolektyw łączący młodość z doświadczeniem pokazał, że nazwa ich zespołu nie wzięła się znikąd. Pierwszy impuls dało trafienie z dystansu Oleksiego Kyselova, któremu pomógł jeszcze delikatny rykoszet. Kontakt Nieuchwytni złapali dwie minuty później, kiedy po podaniu Ihora Malinicha piłkę z bardzo ostrego kąta wpakował do siatki czubkiem buta Raman Karniliuk. Widząc topniejącą przewagę, goście starali się wrócić na właściwe tory, lecz Nieuchwytnych raz ratował słupek, a innym razem bramkarz. Nieunikniony remis był efektem kolejnej odważnej, ale opłacalnej próby z dystansu w wykonaniu Kyselova, a na nieszczęście dla Kresowi zaraz potem Zhukov wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Druga odsłona przebiegała już w dużej mierze pod dyktando gospodarzy, którzy dołożyli jeszcze dwa trafienia, pozwalając gościom jedynie na gola Mirosława Nowackiego na otarcie łez. Zapewne padłoby jeszcze więcej bramek, lecz dobrą dyspozycją wykazywali się obaj bramkarze.

Po tym imponującym powrocie „do krainy żywych” Nieuchwytni wskoczyli na najniższy stopień podium, zmuszając oponentów do pogodzenia się z trudną do przełknięcia porażką.

Liczyliśmy na to, że Lisy postawią się wyżej notowanemu przeciwnikowi i choć wynik wskazuje na wyrównaną rywalizację, to goście wyraźnie przeważali przez całe spotkanie. Nie ma w tym nic dziwnego - Joga rozgrywa prawdopodobnie najlepszy sezon w swojej karierze, co mecz prezentując się bardzo solidnie, szczególnie w bloku defensywnym.

Z drugiej strony nie jest to drużyna zupełnie poza zasięgiem i Lisy mogą mieć pretensje tylko do siebie, szczególnie w kwestii ofensywy. Wyraźnie zabrakło jakiegoś przebłysku, podkręcenia tempa i nieszablonowych zagrań. W efekcie ataki gospodarzy były dla przeciwnika zbyt czytelne i rozbijały się gdzieś w środku pola. W defensywie było nieco lepiej, bo goście potrzebowali sporo czasu, żeby skalibrować celowniki, a i bramkarz Lisów, Jakub Brzeziński, popisywał się czujnością. Dopiero w 13. minucie wynik otworzył strzałem z rzutu wolnego Łukasz Krysiak, a w 20. minucie ten sam zawodnik podwyższył na 0:2 i takim bilansem zakończyła się pierwsza połowa.

Druga część spotkania nie przyniosła spektakularnej zmiany w obrazie gry. Większość akcji rozgrywała się w środku boiska i znów częściej oraz groźniej atakowała Joga. Jak zwykle bardzo aktywny był Mateusz Hnatio, ale długo nie mógł pokonać golkipera Lisów. Udało się to w końcu w 39. minucie, a w 44. minucie na 0:4 trafił Nikodem Łucka i Joga praktycznie zamknęła kwestię zwycięstwa.

Jak wspomnieliśmy, ofensywie gospodarzy zabrakło błysku i dynamiki, ale w 46. minucie niemoc strzelecką przełamał Kacper Tabaka i Lisy Bez Polisy zdobyły gola honorowego. Zwycięstwo Jogi było jednak bezdyskusyjne i ekipa Grzegorza Szostaka mogła cieszyć się z kompletu punktów.

Mecz wicelidera z przedostatnią drużyną tabeli w 13. lidze to kolejne spotkanie, którego byliśmy świadkami w miniony weekend. I chociaż finalnie obyło się tu bez większego zaskoczenia, to emocji zdecydowanie nie zabrakło.

Pierwsza połowa okazała się niezwykle wyrównana. Wynik otworzyli sensacyjnie gospodarze, gdy pewnym strzałem po ziemi Aleksander Sitek pokonał bramkarza rywali. Na odpowiedź przyszło nam trochę poczekać. Drużyny często wymieniały się futbolówką w środku pola i więcej było walki niż składnych akcji. Pomocną dłoń gospodarze wyciągnęli do swoich rywali w okolicach 20. minuty. Wtedy, po fatalnym podaniu, piłkę przejął Ariel Kucharski, który mocnym strzałem doprowadził do wyrównania i dał sygnał, że ten mecz można jeszcze spokojnie odwrócić.

Druga część spotkania przyniosła znacznie więcej piłkarskich momentów i goli. O ile na pierwsze trafienie w tej części meczu zawodnicy Cockpitu znaleźli odpowiedź po ładnej, składnej akcji, tak przy kolejnych bramkach nie zdołali już wyrównać stanu rywalizacji. Dwa trafienia po dobitkach podłamały zespół gospodarzy do tego stopnia, że – zważywszy na niewielką ilość pozostałego czasu – nie zdążyli już nic więcej w tym spotkaniu zrobić.

Mecz zrobił się emocjonujący w drugiej połowie i przez chwilę pachniało tu nawet małym zaskoczeniem. Ostatecznie jednak faworyt dowiózł trzy punkty, które na koniec dnia liczą się znacznie bardziej niż styl. Im gratulujemy kolejnych zdobytych oczek, a zespołowi Cockpit Country życzymy powodzenia w kolejnych meczach!

14 Liga

W niedzielne popołudnie na Arenie Grenady mogliśmy obejrzeć starcie między zajmującą 3. miejsce drugą drużyną OldBoys Derby a będącym trzy punkty nad strefą spadkową Olimpikiem.

Spotkanie zaczęło się dość zaskakująco – od pięknej akcji Olimpiku, w której Zhukov obsłużył świetną piłką Hordichuka, a ten umieścił ją w siatce po widowiskowym uderzeniu piętką. OldBoysi jednak zamierzali udowodnić, że nie znajdują się na podium przypadkiem, i zaczęli dominować na boisku spokojem oraz doświadczeniem, co przełożyło się na trzy szybkie bramki, w tym kapitalnego gola z rzutu wolnego w wykonaniu Łukasiewicza. Wtedy jednak nastąpił widoczny kryzys. Bramkarz Olimpiku zaczął bronić niemal wszystkie strzały, co frustrowało gospodarzy, którzy przez dekoncentrację i błędy w obronie stracili dwa gole. Do przerwy było 3:3.

Druga część spotkania zaczęła się szybką wymianą ciosów – po jednej bramce z każdej strony. Potem jednak inicjatywa spoczywała już prawie wyłącznie po stronie OldBoysów. Nacierali raz za razem i po chwili Łukasiewicz pięknym wolejem kolejny raz zameldował się w protokole meczowym. Olimpik, mający jedną bramkę straty, musiał postawić wszystko na jedną kartę, lecz nadmierna agresja sprawiła, że za faul przed własnym polem karnym ich bramkarz obejrzał kartkę. Gra w osłabieniu przyniosła kolejne trafienie dla gospodarzy – ponownie autorstwa Łukasiewicza – a mecz zakończył się wynikiem 6:4 dla OldBoys Derby.

Rewanżowe spotkanie pomiędzy BRD Young Warriors a BS Zadymiarze pokazało, że nawet przy różnicy aż 16 punktów w tabeli można rozegrać niezwykle wyrównany i emocjonujący mecz. W pierwszym starciu tych drużyn zdecydowanie lepsi byli zawodnicy BRD Young Warriors, którzy wygrali 6:2. Tym razem jednak rywale wyszli na boisko z ogromną motywacją do rewanżu.

Zadymiarze od początku pokazali, że nie będzie to dla nich zwykłe spotkanie. Już w 10. minucie zdobyli bramkę kontaktową, wchodząc w mecz z dużą determinacją i chęcią udowodnienia swoich umiejętności. Gospodarze nie pozostali jednak dłużni – zaledwie dziewięć minut później odzyskali prowadzenie, pokazując swoją skuteczność i doświadczenie. Końcówka pierwszej połowy należała do duetu Nesterowicz–Preibisz, który ponownie zaznaczył swoją obecność na boisku, doprowadzając do wyrównania. Do przerwy mieliśmy remis 2:2, a przebieg gry jasno wskazywał, że druga połowa przyniesie jeszcze więcej emocji.

Po zmianie stron to BS Zadymiarze przejęli inicjatywę. Skuteczna gra w ofensywie pozwoliła im odskoczyć rywalom na dwie bramki, co znacząco przybliżyło ich do upragnionego rewanżu. W międzyczasie na boisku zrobiło się bardzo gorąco – napięcie między zawodnikami przerodziło się w spięcia, na które sędzia zareagował zdecydowanie, pokazując dwie czerwone kartki oraz jedną żółtą. Po uspokojeniu sytuacji obie drużyny wróciły do gry, wymieniając się kolejnymi trafieniami. Mimo ambitnej postawy BRD Young Warriors, to BS Zadymiarze utrzymali przewagę do końca spotkania.

Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem gości 5:4, którzy tym samym zrewanżowali się za wysoką porażkę z pierwszego spotkania. Było to starcie które udowodniło, że tabela nie zawsze oddaje prawdziwy potencjał drużyn.

Spotkanie pomiędzy Klikersami a Heavyweight Heroes dostarczyło kibicom wielu emocji, zwrotów akcji oraz dramatycznych momentów, które miały wpływ na przebieg całego meczu. Lepiej w mecz weszli Klikersi. Już na początku spotkania Stanisław Leszczyński świetnie obsłużył Julka Torbicza, a ten pewnym strzałem otworzył wynik rywalizacji. Radość gospodarzy nie trwała jednak długo – Heavyweight Heroes szybko odpowiedzieli, coraz śmielej atakując i doprowadzając do wyrównania.

Niestety, przy tym wyniku doszło do groźnie wyglądającego zderzenia, w wyniku którego kontuzji nabawił się Artur Macek. Zawodnik nie był w stanie kontynuować gry i musiał opuścić boisko. W jego miejsce pojawił się Krzysztof Wiśniewski, który dzielnie dograł spotkanie do końca. Po wznowieniu gry Heavyweight Heroes utrzymali wysoką skuteczność. Wykorzystując swoje okazje, zdołali wypracować przewagę i schodzili na przerwę z wynikiem 1:3, mając wyraźną kontrolę nad spotkaniem.

Druga połowa przyniosła jednak zupełnie inną historię. Klikersi wyszli na boisko z ogromną determinacją i szybko zaczęli odrabiać straty. Ich ofensywna gra przyniosła efekt – najpierw doprowadzili do wyrównania, a następnie nieustannie naciskali na defensywę rywali. Choć Heavyweight Heroes zdołali jeszcze objąć prowadzenie 4:3, końcówka należała już do Klikersów. Gospodarze zachowali więcej zimnej krwi i odwrócili losy meczu, zdobywając dwie decydujące bramki i ustalając wynik spotkania na 5:4.

To zwycięstwo pokazuje, że Klikersi to drużyna z charakterem, która potrafi podnieść się w trudnym momencie i odwrócić losy spotkania. Jeśli utrzymają taką formę i determinację, mogą jeszcze sporo namieszać w dalszej części rozgrywek.

W ramach 11. kolejki 14. ligi doszło do ciekawego starcia pomiędzy Elekcyjną FC a Kanarkami. Spotkanie od pierwszych minut miało bardzo wyrównany i fizyczny charakter - obie drużyny nie odstawiały nogi, a walka o każdy fragment boiska była widoczna w każdym pojedynku.

Lepiej w mecz weszli gospodarze, którzy do przerwy wypracowali sobie solidną przewagę i schodzili do szatni z wynikiem 3:1. Elekcyjna FC potrafiła wykorzystać swoje sytuacje i wykazała się większą skutecznością pod bramką rywala, choć Kanarki również miały swoje momenty i nie pozwalały przeciwnikom na pełną kontrolę gry.

Druga połowa przyniosła jeszcze więcej emocji. Goście ruszyli do odrabiania strat i w pewnym momencie zbliżyli się na dystans jednej bramki - było już 4:3, co zwiastowało nerwową końcówkę. W tym momencie Kanarki rzuciły wszystko na jedną szalę, starając się doprowadzić do wyrównania. Taka postawa otworzyła jednak przestrzeń dla gospodarzy, którzy bezlitośnie to wykorzystali. Końcówka należała już zdecydowanie do Elekcyjnej, która zachowała więcej zimnej krwi i skuteczności, ostatecznie zamykając mecz wynikiem 7:3.

Na szczególne wyróżnienie w zespole triumfatorów zasługują Bartek Brulikis oraz Jakub Mydłowiecki - obaj zdobyli po trzy bramki, a Mydłowiecki dorzucił do tego jeszcze asystę, będąc niezwykle aktywnym i wszechstronnym ogniwem ofensywy. Ich skuteczność i współpraca w ataku były kluczowe dla końcowego sukcesu.

W drużynie Kanarków najjaśniejszą postacią był Jakub Kowalski, który zanotował dwa trafienia i asystę, napędzając ofensywne akcje swojego zespołu i do samego końca próbując odmienić losy spotkania.

W poprzedniej rundzie starcie tych zespołów zakończyło się zdecydowanym zwycięstwem Santiago i tym razem wiele wskazywało na podobny scenariusz. Nie tylko ze względu na różnicę w tabeli, ale też sam początek meczu.

Goście weszli w spotkanie znacznie lepiej – po 20 minutach prowadzili już trzema bramkami i wyglądali na drużynę bardziej skupioną oraz poukładaną. Gospodarze próbowali odpowiadać, ale długo brakowało konkretów. W ich grze było widać sporo luzu i minęło trochę czasu, zanim złapali właściwy rytm. Wyjątkiem był Kacper Romanowski – od początku najbardziej aktywny, zmotywowany i szukający rozwiązań. To właśnie on próbował pociągnąć zespół do przodu mimo niekorzystnego wyniku. Pierwszy impuls przyszedł tuż przed przerwą. Po jego strzale z dystansu, który bramkarz zdołał odbić, do piłki dopadł Albert Mikulski i zdobył bramkę na 1:3.

Po przerwie mecz się odwrócił. Santiago wyraźnie spuściło z tonu, a Pistons zaczęli grać z dużo większą energią. No i zaczęło się „Romano-show”. Kacper wziął odpowiedzialność na siebie i raz za razem trafiał do siatki, kompletując hat-tricka i odwracając wynik meczu. Swoje zrobił też Filip Reniec, który w drugiej połowie zachował czyste konto i dał zespołowi spokój z tyłu. Efekt? Od 0:3 do 4:3 i bardzo ważne trzy punkty dla Warsaw Pistons. Dzięki temu zwycięstwu wciąż mają realne szanse na wydostanie się ze strefy spadkowej.

15 Liga

W rywalizacji KP Syrenki z Yug.Budem zdecydowanym faworytem był obecny lider – nie tylko ze względu na swoją pozycję w tabeli, ale także na pierwszy mecz tych zespołów w rundzie jesiennej, w którym Yug.Bud rozgromił rywala aż 0:16. Co prawda teraz aż tak wysokiego wyniku się nie spodziewaliśmy, w końcu Syrenka od tamtego momentu zrobiła spory progres,  jednak każdy inny rezultat niż wygrana gości byłby sporą sensacją. I nie pomyliliśmy się w swoich przypuszczeniach.

Trzeba jednak oddać gospodarzom, że „tanio skóry nie sprzedali”. Bardzo długo utrzymywał się bezbramkowy remis, więc jeżeli Yug.Bud sądził przed pierwszym gwizdkiem, że czeka go łatwe spotkanie, to musiał się mocno zdziwić. Defensywa gospodarzy padła po raz pierwszy w około 10. minucie, za sprawą niezawodnego w tym sezonie Volodymyra Kharina. Chwilę później było już 0:2 i KP Syrenka, chcąc nie chcąc, musiała się mocniej otworzyć. To poniekąd się zemściło, bo gola na 0:3 stracili po szybkiej kontrze rywali. W pierwszej części oba zespoły trafiły jeszcze po razie i po 25 minutach wynik brzmiał 1:4.

Po zmianie stron nieco lepiej zaprezentowali się gracze Syrenki, co przełożyło się na bramkę na 2:4 autorstwa Wojtka Maliszewskiego. Kluczowy był jednak okres pomiędzy 37. a 40. minutą meczu – wtedy to Yug.Bud aż trzykrotnie znalazł drogę do bramki rywala i właściwie było już po meczu, bowiem przewaga lidera była nie do odrobienia. Dopiero przy wyniku 2:8 KP Syrenka zdobyła się na jeszcze jeden zryw – Oskar Ugorowski trafił na 3:8, a wynik z rzutu karnego na 4:8 ustalił Wojtek Maliszewski.

Cudu nie było. Choć gospodarze zagrali znacznie lepiej niż jesienią, w tym wypadku ligowa tabela nie zakłamuje rzeczywistości. Yug.Bud był drużyną lepszą i zasłużenie wygrał to spotkanie.

Inter, walczący o czołowe miejsca w tabeli, podejmował FC Wombaty, które próbują wydostać się ze strefy spadkowej. Różnica w tabeli sugerowała jednego faworyta, ale w tej lidze takie mecze już nieraz potrafiły układać się inaczej, niż zakładano.

Tym razem jednak Inter od początku złapał swój rytm i szybko przejął kontrolę nad spotkaniem. Grał spokojnie, ale konkretnie, bez zbędnego ryzyka, za to z dużą skutecznością pod bramką rywala. Taras Rudets był w świetnej dyspozycji i już w pierwszej połowie skompletował hat-tricka. Dobrze wyglądała też organizacja w defensywie – Aleksandr Szczawiński zachował czyste konto, a Wombaty miały problem, żeby w ogóle dojść do klarownych sytuacji. Do przerwy zrobiła się wyraźna przewaga Interu.

Po zmianie stron obraz gry trochę się zmienił. Wombaty zaczęły grać odważniej, wyżej i szybciej, co przyniosło efekt – udało im się zdobyć trzy bramki w krótkim odstępie czasu. Na moment pojawiło się wrażenie, że mogą jeszcze wrócić do meczu. Inter jednak nie stracił kontroli. Za każdym razem, gdy rywale próbowali złapać kontakt, gospodarze odpowiadali i uspokajali sytuację. Nie pozwolili, żeby zrobiło się nerwowo, tylko dalej robili swoje w ofensywie. Michał Kwiatkowski dołożył jeszcze jedno trafienie dla Wombatów, ale to był ich ostatni akcent w tym spotkaniu. Inter domknął mecz kolejnymi golami i wygrał bardzo pewnie 11:4, potwierdzając różnicę jakości między obiema drużynami w tym spotkaniu. Były jednak momenty, w których goście grali odważniej i całkiem dobrze wyglądało to w ofensywie – od razu przynosiło efekty.

Trzeba trzymać kciuki, żeby w kolejnych spotkaniach nie były to tylko pojedyncze zrywy, a bardziej stabilna gra przez całe mecze, bo do końca sezonu jeszcze sporo kolejek i w kontekście tabeli 15. ligi wszystko jest jeszcze do odwrócenia.

Do tego spotkania drużyny podchodziły w różnych sytuacjach ligowych. RCD Los Rogalos walczyli o zdobycie punktów, aby zwiększyć dystans od strefy spadkowej, natomiast Pogromcy Poprzeczek potrzebowali zwycięstwa, aby włączyć się do walki o awans do wyższej ligi. Mecz rozpoczął się lekką przewagą „pomarańczowych”, jednak po krótkim czasie inicjatywę przejęli „niebiescy”, co szybko przełożyło się na bramki. Po dobrym zgraniu Marcina Kowalskiego pierwszego gola zdobył Mateusz Niewiadomy. Niedługo później, po składnej akcji zespołowej, Niewiadomy trafił ponownie, tym razem uderzeniem ze średniego dystansu. Kolejne trafienie padło po ciekawie rozegranym rzucie wolnym w okolicach pola karnego. Czwartą bramkę zdobył Marcin Kowalski po indywidualnym ograniu obrońcy. Do końca pierwszej połowy inicjatywa należała wyraźnie do „niebieskich”, a „pomarańczowi” odpowiadali jedynie pojedynczymi akcjami.

Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy, po długim wrzucie z autu i znakomitym przyjęciu, Marcin Kowalski zdobył swoją trzecią bramkę w tym spotkaniu. Chwilę później, po błędzie przy wycofaniu piłki do bramkarza, padła bramka samobójcza autorstwa Olka Markowskiego. Następnie, po długim wykopie bramkarza na połowę przeciwnika, Kowalski przejął piłkę, minął kilku obrońców i dograł wzdłuż bramki, gdzie Mateusz Niewiadomy bez problemu dopełnił formalności, zdobywając kolejne trafienie.

W dalszej części meczu gra była w miarę wyrównana, z lekką przewagą „niebieskich”. Ostatnia bramka spotkania padła jednak dla „pomarańczowych” – po kontrataku z dystansu skutecznie uderzył Mateusz Drumlak, ustalając wynik meczu.

Pogromcy Poprzeczek przez większość spotkania kontrolowali przebieg gry i w pełni zasłużenie zbudowali wysoką przewagę bramkową. Mimo to w końcowej fazie meczu nie utrzymali pełnej koncentracji, co pozwoliło rywalom na zdobycie honorowego trafienia. RCD Los Rogalos pokazali charakter do samego końca, jednak różnica jakości i skuteczności była tego dnia wyraźnie widoczna.

Czy to najbardziej przyjazny mecz w całej lidze? Wiele na to wskazuje. Starcia Oldboysów z Niedzielnymi od dawna mają swój unikalny klimat - dużo uśmiechu, szacunku, ale gdy piłka rusza, emocji nie brakuje ani przez chwilę. Tak było i tym razem, gdy o 14:00 rozpoczęło się kolejne piłkarskie święto.

Lepiej w mecz wszedł faworyt. Chmielewski wykorzystał brak krycia, dopadł do bezpańskiej piłki i pewnym strzałem otworzył wynik. Uderzenie było na tyle sprytne, że kompletnie zaskoczyło bramkarza, a z trybun natychmiast rozległy się brawa. Niedzielni jednak nie zamierzali długo oglądać pleców rywala. Szybko odpowiedzieli - Marcin Aksamitowski uderzył precyzyjnie z przedpola i doprowadził do wyrównania, zamieniając chaos w konkretny efekt. Mecz nabrał tempa, a kolejne minuty przyniosły jedną z najładniejszych akcji spotkania. W 10. minucie Niedzielni rozegrali świetną, kombinacyjną akcję. Zmiana strony, szybkie podania, cierpliwe budowanie przestrzeni, aż w końcu Arek Lenart oddał strzał z dystansu. Piłka po rykoszecie wpadła do siatki i zrobiło się naprawdę ciekawie. Widmo niespodzianki zaczęło się materializować, ale wtedy Oldboys pokazali swoją największą broń, czyli stałe fragmenty gry. Dwa rzuty rożne, dwa zamieszania w polu karnym i dwa trafienia z bliskiej odległości. W krótkim czasie gospodarze odzyskali prowadzenie, a do przerwy wynik znów był otwarty.

Druga połowa przez długi czas była walką o przejęcie kontroli, z mniejszą liczbą klarownych okazji. Dopiero końcówka przyniosła prawdziwe emocje. Niedzielni doprowadzili do 3:3, a autorem bramki był Sosnowski. Wydawało się, że sensacja jest na wyciągnięcie ręki. I wtedy nadszedł moment, który rozstrzygnął wszystko. Oldboys ruszyli do ostatniego ataku. Kolejny rzut rożny, wybita piłka przed pole karne, chwila zawahania… i Piotr Cieślak huknął z woleja. Piłka poszybowała idealnie i zatrzepotała w siatce. Gol, który można oglądać bez końca.

4:3 dla Oldboysów - zwycięstwo wyrwane w ostatniej chwili. Niedzielni mogą czuć ogromny niedosyt, bo byli o krok od punktów. Ostatecznie jednak zadecydował jeden moment geniuszu. I właśnie za takie mecze kocha się piłkę.

Większość spotkań 11. kolejki w 15. lidze była klasycznymi starciami pomiędzy górą a dołem tabeli, a więc wszystkie światła reflektorów skierowały się w stronę potyczki Szeregu z Green Teamem. Mecz ten zdecydowanie nas nie zawiódł - były akcje, były wspaniałe gole, były parady bramkarskie.

I to właśnie od kilku świetnych interwencji zarówno Sebastiana Durańskiego, jak i Jana Wosińskiego rozpoczęło się to spotkanie. Żadna ze stron stosunkowo długo nie potrafiła przełamać szyków defensywnych swoich przeciwników i dopiero w 9. minucie Jakub Gazda dał płaskim strzałem prowadzenie ekipie SH. Nie trzeba było długo czekać na reakcję ze strony gości, bowiem mocnym uderzeniem z dalszej odległości popisał się specjalista w swoim fachu, Piotr Waszczuk. Lepszy okres gry Green Team przekuwał w realne zagrożenie pod bramką rywali, lecz Wosiński robił, co mógł, by trzymać przy życiu swoich kolegów z drużyny. To samo można było powiedzieć o Durańskim, który świetnie wyczuwał intencje strzelających rywali przy naprawdę dogodnych okazjach.

Dobre dziesięć minut naprzemiennych przechwytów, niecelnych strzałów, obijania słupków i poprzeczek oraz rosnącej niedokładności przerwał w końcu Grzegorz Świercz, który po otrzymaniu futbolówki na prawym skrzydle uderzył zza zasłony po długim rogu. Można dojść do wniosku, że tę wojnę nerwów w pierwszej odsłonie wygrał zespół gości, gdyż po zmianie stron Zieloni dobitnie pokazali, że zajmowane przez nich drugi stopień podium nie jest dziełem przypadku. Na 1:3 trafił sprowadzony zimą Paweł Ponieważ, a potem dublet skompletował Waszczuk. Dystans bramkowy zdołał zmniejszyć Gazda po podaniu Jakuba Wojno, lecz samobój Moczulskiego i piękne dośrodkowanie z głębi pola autorstwa Walczaka, wprost na głowę Świercza, pogrzebały nadzieje Szeregu na pozytywny rezultat.

Dzieła zniszczenia dopełnił kolejnym dubletem Waszczuk i tym samym „odroczył” medalowe zapędy gospodarzy przynajmniej do następnej kolejki. Seria aż pięciu zwycięstw z rzędu to wyraźny sygnał, że historycznie pierwsze dla Green Teamu medale mogą wkrótce stać się faktem.

16 Liga

W ostatnim meczu szesnastej ligi mierzyły się ekipy Rzeźni Marki i Vitaury. Młoda ekipa z Marek w szerokim składzie przystąpiła do rywalizacji. Goście również mieli kilka zmian i wzmocnień, co miało zagwarantować sukces w tym starciu.

Gospodarze lepiej zaczęli, bo po błędzie golkipera rywali wyszli na prowadzenie. Po chwili podwyższyli wynik, co nieco ich rozluźniło. Przeciwnik, choć nie miał najlepszego początku, szybko się pozbierał, a szczególnie aktywny w ataku był Patryk Przybysz. To dało bramkę kontaktową, która dawała nadzieję na korzystny wynik w tej rywalizacji. Rzeźnia jednak nie zamierzała się ograniczać do utrzymania rezultatu i dążyła do zdobywania kolejnych bramek. Gdy tylko wychodziła na dwubramkowe prowadzenie, Vitaura potrafiła szybko niwelować dystans. I tak do przerwy mieliśmy wynik 4:3.

Po zmianie stron celem gości było nie stracić bramki i czekać na okazję, by doprowadzić do remisu. Jednak mimo kilku szans nie udawało się pokonać Krystiana Kozłowskiego, a na domiar złego po prostych stratach Rzeźnia ponownie odskoczyła z wynikiem. To trochę podniosło temperaturę meczu i po jednej z akcji, za pretensje do sędziego, zawodnik gości otrzymał żółtą kartkę. W osłabieniu Vitaura straciła kolejną bramkę i już do końca spotkania, mimo walki, nie potrafiła odrobić strat.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:4 i to gospodarze w swoim drugim meczu na wiosnę dopisali do swojego konta kolejne trzy punkty.

Spotkanie dwóch ekip, które miały taki sam dorobek punktowy w lidze. Liczyliśmy zatem na ciekawe widowisko i od początku tego starcia widać było walkę oraz determinację po obu stronach.

Długo czekaliśmy na pierwsze trafienie, a sporo gry toczyło się w środkowej strefie boiska. Niemoc przełamało w końcu PPKS Tornado i od tego momentu potrafiło zdominować wydarzenia na murawie. Praktycznie w kilka minut zdobyło kolejne bramki i do przerwy prowadziło zasłużenie aż pięcioma golami. Będziemy Krążyć FC, mimo że starało się dorównać poziomem, często kończyło swoje akcje przed polem karnym rywali.

Po zmianie stron gospodarze starali się odrabiać straty, jednak szczelna i dobrze funkcjonująca defensywa rywali nie dawała zbyt wielu okazji do zdobycia bramki. Stąd długo na tablicy wyników utrzymywał się rezultat z pierwszych 25 minut. Dopiero w końcówce Wojciech Adamczuk potężnym strzałem zdobył - jak się okazało - honorowe trafienie dla swojego zespołu. PPKS Tornado po chwili odpowiedziało golem i ustaliło wynik meczu na 1:6.

W ostatniej akcji meczu Będziemy Krążyć FC miało kapitalną szansę na drugiego trafienia, ale pudło napastnika tej drużyny wprawiło w osłupienie niemal wszystkich na boisku. Goście zdobywają cenne trzy punkty i liczą się w walce o medale. Dla gospodarzy to kosztowna porażka, która może mieć duże znaczenie na koniec sezonu.

Niezwykle wyrównane starcie oglądaliśmy w meczu Ternovitsii z Ice Team. Początek należał zdecydowanie do gospodarzy, czego efektem były szybko strzelone dwie bramki. Z biegiem czasu jednak zespół Łukasza Mroza potrafił wejść na wyższy poziom i stwarzał sobie coraz lepsze sytuacje. Bramka kontaktowa padła z rzutu karnego, pewnie wykorzystanego przez Vlada Yarmoliuka. Ekipa z Ukrainy, mająca w swoich szeregach również zawodników z pierwszej drużyny, potrafiła jednak ponownie odskoczyć z wynikiem i wydawało się, że będzie kontrolowała to spotkanie.

Do przerwy mieliśmy wynik 4:2 i choć gospodarze byli stroną przeważającą, to goście nie zamierzali rezygnować z walki o punkty. Po zmianie stron momentalnie potrafili zbliżyć się na jedno trafienie do rywala, a po błędzie w defensywie Ternovitsii wyrównali stan meczu. Gdy wydawało się, że mogą pokusić się o remontadę, po stracie piłki na własnej połowie stracili bramkę i ponownie musieli gonić wynik. Niestety, kolejna akcja i ponowny błąd w obronie skutkowały rzutem karnym dla gospodarzy, co zirytowało ławkę rezerwowych Ice Teamu, która sądziła, że faulu w polu karnym nie było. Sędzia jednak nie miał wątpliwości i wskazał na wapno. Od momentu straty bramki na 6:4 gospodarze poszli za ciosem i zamknęli wynik tego meczu. Jeszcze w końcówce najlepszy w ekipie gości Vlad Yarmoliuk strzelił dla swojej drużyny piątego gola, ale na więcej czasu już zabrakło.

Mecz zakończył się wynikiem 9:5 i to Ternovitsia II mogła cieszyć się z kompletu punktów tej niedzieli.

Facebook

Reklama

Tabela

Social Media

Youtube

Reklama