RAPORT MECZOWY! 1. KOLEJKA - SEZON 25/25
Nie jest wykluczone, że premierowa kolejka sezonu 2025/26 była zarazem ostatnią tak ciepłą niedzielą w tym roku. A czy na boisku też było gorąco? Zdecydowanie tak! Nie zabrakło niespodzianek i sensacji, padły efektowne pogromy, ale przede wszystkim oglądaliśmy mnóstwo spotkań, w których o wyniku decydowały ostatnie sekundy. Ligo Fanów – fajnie, że wróciłaś!
W tym meczu spodziewaliśmy się wyrównanej rywalizacji, a ostatecznie skończyło się pogromem zaserwowanym przez ekipę Impulsu. Początek spotkania absolutnie nie zapowiadał takiego scenariusza – obie drużyny cierpliwie szukały błędów w obronie przeciwnika, a pierwszy gol padł dopiero w 13. minucie gry, i to z dobitki. Na listę strzelców wpisał się Roman Sołtys.
W podobnej sytuacji goście zapunktowali ponownie – strzał z dystansu Volodymyra Slobozheniuka został wypiąstkowany wprost pod nogi Vasyla Ivaniuka, który nie dał szans Cezaremu Wachnikowi i było 0:2. Na 0:3 podwyższył Vladyslav Budz, posyłając piłkę do siatki lobem niemal z połowy boiska.
Po zmianie stron KSB w końcu się obudziło, a indywidualną akcją popisał się Krystian Pękul. Chwilę później gospodarze trafili w spojenie bramki strzeżonej przez Volodymyra Slobozheniuka, ale na tym skończyła się inicjatywa KSB, które w dalszej części meczu zostało po prostu stłamszone przez świetnie zgrany kolektyw Impulsu. W 31. minucie na 1:4 trafił Vladyslav Budz, a w 40. minucie, po dwójkowej akcji, gola dołożył Roman Ocheretnyi i było już praktycznie po spotkaniu. KSB próbowało rozgrywać piłkę z pomocą bramkarza, ale defensywa Impulsu była ustawiona tak ciasno, a obrońcy doskakiwali do rywali w takim tempie, że nawet w ten sposób gospodarze nie byli w stanie przedrzeć się przez formację obronną gości.
Gracze z Ukrainy dołożyli jeszcze dwa trafienia i już w pierwszym meczu pokazali, że w tym sezonie mają znakomicie zgrany zespół oraz potencjał, by namieszać w tabeli Ekstraklasy.
Spotkanie dwóch drużyn, które w poprzednim sezonie do samego końca walczyły o najwyższe cele. Obie awansowały również na turniej finałowy mistrzostw Polski, choć tam nie poszło im najlepiej. Nowy sezon to nowe wyzwania i spore zmiany kadrowe. U gospodarzy wciąż trwa proces fuzji z FC Łowcy, dlatego w składzie pojawiło się wielu zawodników na co dzień grających w tamtej drużynie. Gościom z kolei brakowało przede wszystkim Kacpra Cetlina – bohatera jednego z najgłośniejszych transferów letniego okienka – który swoją przygodę z Ligą Fanów będzie kontynuował w ekipie EXC Mobile Ochota.
Mimo braku wspomnianego zawodnika Ogień Bielany kapitalnie rozpoczął ten mecz. Już po sześciu minutach brązowi medaliści z ubiegłego sezonu prowadzili 3:0. Zawodnicy zza naszej wschodniej granicy szybko jednak otrząsnęli się z letargu – najpierw gola zdobył Andryhchuk, a chwilę później Burda, zmniejszając stratę do jednej bramki. Obie ekipy miały jeszcze swoje szanse w pierwszej odsłonie, a poziom i intensywność gry stały na naprawdę wysokim poziomie. Gdy wydawało się, że do przerwy nic już się nie wydarzy, Warmiak podwyższył prowadzenie Ognia na 4:2, po czym rozległ się gwizdek kończący pierwszą połowę.
Drugą część spotkania lepiej rozpoczęli zawodnicy Otamanów, którzy szybko zdobyli bramkę kontaktową. Goście odpowiedzieli jednak równie błyskawicznie – najpierw ponownie Warmiak, a następnie Michalski, wyprowadzili swój zespół na prowadzenie 6:3. Przy takim wyniku gospodarze zdecydowali się wprowadzić lotnego bramkarza w osobie Denysa Blanka i ten manewr okazał się strzałem w dziesiątkę. Sam Blank zdobył dwie bramki, a kolejne trafienie dorzucił Yakovenko, doprowadzając do remisu na dziesięć minut przed końcem.
Końcówka była prawdziwą grą nerwów. Lepiej wytrzymali ją goście, którzy jeszcze czterokrotnie znaleźli drogę do bramki Otamanów. Ukraińcy odpowiedzieli tylko jednym trafieniem, co ustaliło końcowy rezultat na 10:7 dla Ognia Bielany.
W starciu beniaminka z aktualnym mistrzem Ligi Fanów emocji nie brakowało od pierwszego do ostatniego gwizdka. Choć faworytem byli Gladiatorzy Eternis, ekipa Bartka Królaka nie zamierzała oddać pola bez walki i postawiła bardzo trudne warunki.
Spotkanie rozpoczęło się od przewagi Gladiatorów, którzy częściej utrzymywali się przy piłce i groźniej atakowali. Wynik w 9. minucie otworzył Kuczewski po dobrym podaniu Racisa. W dalszej części pierwszej odsłony obie drużyny miały swoje okazje, ale nadal groźniejsi byli goście, co udokumentowali skuteczną akcją przeprowadzoną przez Dryńskiego i Pawłowskiego – ten drugi podwyższył na 2:0. Chwilę później trzeciego gola dołożył Pietrzak, który minął obrońcę i bez pomocy kolegów pokonał bramkarza Lakoksów. Beniaminek nie zamierzał się jednak poddać. Tuż przed przerwą Jeziorek zdobył kontaktową bramkę po składnej akcji i asyście Wosztyla, ustalając wynik pierwszej połowy na 3:1 dla mistrzów z ubiegłego sezonu.
Po zmianie stron Lakoksy ruszyły do ataku i znacznie częściej niż w pierwszych 25 minutach zmuszały Bartka Gwoździa do interwencji. Po jednej z dość chaotycznych akcji gospodarze zdobyli bramkę kontaktową – konkretnie zrobił to Wosztyl – i mecz ponownie się otworzył. Gladiatorzy odpowiedzieli jednak błyskawicznie: Dryński po świetnej indywidualnej akcji wpisał się na listę strzelców, odbierając rywalom nadzieję. W końcówce Wosztyl jeszcze raz dał impuls Lakoksom, trafiając na 4:3, ale na wyrównanie zabrakło czasu. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Bartek Gwóźdź, który kilkukrotnie ratował swój zespół przed stratą gola.
Ostatecznie Gladiatorzy Eternis wygrywają, ale Lakoksy pokazały, że mają potencjał, by napsuć krwi każdemu ligowemu rywalowi.
Tur, po słabszym poprzednim sezonie i odejściu kilku zawodników, musiał na nowo szukać wzmocnień. Młodzież, którą zwerbował do gry Jarek Kotus, w niedzielę miała pierwszy test umiejętności i charakteru, mierząc się z In Plusem połączonym z Alpanem. Trzeba przyznać, że wynik meczu dla wielu był sporym zaskoczeniem. Goście mieli co prawda mocno osłabiony skład, ale to wcale nie umniejsza sukcesu ekipy z Ochoty.
Początek spotkania to walka o każdy centymetr boiska. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze. Młodych zawodników mocno wspierali doświadczeni gracze, tacy jak Rafał Polakowski czy Robert Hankiewicz, pilnując, by drużyna nie „odpaliła się” po szybko strzelonej bramce. Nie zabrakło też kapitana Konrada Kowalskiego, który również starał się jak mógł, by pomóc zespołowi. Ekipa Janka Skotnickiego starała się dłużej utrzymywać przy piłce, ale mądrze i twardo grający zawodnicy Tura skutecznie neutralizowali atuty rywali. W pierwszej połowie oglądaliśmy jeszcze cztery trafienia – po dwa z każdej strony – i po 25 minutach rywalizacji na tablicy widniał wynik 3:2.
Po zmianie stron goście niemal całą drugą połowę nacierali na bramkę Tura. Jednak ofiarna obrona i niezliczone interwencje bramkarza Pawła Sobolewskiego utrzymywały korzystny rezultat dla gospodarzy. Ci z kolei czyhali na kontry i dwukrotnie udało im się je skutecznie wykorzystać. Mając przewagę, nie zmieniali taktyki, a gol Bartka Januszewskiego w końcówce meczu jedynie zmniejszył rozmiary porażki In Plusu połączonego z Alpanem.
Zespół Jarka Kotusa zasłużenie wygrał 5:3, a nam szczególnie zapadł w pamięć Bartosz Mazurek. Ten młody zawodnik pokazał spore umiejętności i będziemy bacznie obserwować go w kolejnych meczach tego sezonu.
Zdaniem wielu osób miał to być hit tej kolejki – i ci, którzy wieczorem zjawili się na arenie AWF-u, z pewnością się nie zawiedli, oglądając ten pojedynek. EXC Mobile Ochota, choć nie w najmocniejszym składzie, przystąpiła do rywalizacji z nastawieniem na zwycięstwo. KS Tanatos Browarek to ekipa, która w tym sezonie realnie może myśleć o walce o mistrzostwo, a patrząc na zawodników, jacy wyszli na plac w tej kolejce, ten cel wydaje się jak najbardziej uzasadniony.
Od początku oba zespoły narzuciły szalone tempo. Gra przenosiła się z jednej na drugą stronę, a walka toczyła się o każdy centymetr boiska. Świetnie dysponowani byli bramkarze – zarówno Krzysiek Jabłoński, jak i Darek Nowak bronili kapitalnie, dlatego na pierwsze trafienie trzeba było długo czekać. Wynik w końcu otworzył Michał Koszela. EXC starało się szybko odrobić stratę, ale tuż przed przerwą goście zadali kolejny cios i do szatni schodzili prowadząc 2:0.
Po zmianie stron gospodarze błyskawicznie zdobyli bramkę kontaktową, jednak radość z tego stanu nie trwała długo. Tanatos Browarek podwyższył wynik, lecz zamiast spokojnie kontrolować grę, dał się ponownie zaskoczyć. Od stanu 2:3 lepiej funkcjonowało EXC Mobile, a ciężar gry wzięli na siebie Janek Grzybowski i Krystian Nowakowski. Po wyrównującym golu goście byli wyraźnie sfrustrowani, że znów dali się dogonić. Gdy wydawało się, że kolejnych bramek już nie zobaczymy, kapitalnym strzałem popisał się Eryk Kopczyński. Czasu do końca było niewiele, ale wówczas, nie kto inny jak Krystian Nowakowski, swoim firmowym zagraniem ponownie dał remis ekipie z Ochoty.
Ostatecznie drużyny podzieliły się punktami i był to wynik jak najbardziej sprawiedliwy w kontekście całego meczu. Oba zespoły jednocześnie wysłały sygnał, że są w wysokiej formie i będą liczyć się w walce o złote medale w tej kampanii.
W niedzielnym starciu 1. Ligi Fanów spotkały się dwie ekipy o dużym potencjale ofensywnym – Uefa Mafia Ursynów oraz FC Łowcy. Pierwsza połowa przyniosła wyrównaną rywalizację, w której obie strony miały swoje momenty i sytuacje bramkowe.
Jako pierwsi do siatki trafili gospodarze. Piłatkowski świetnie utrzymał się przy piłce w polu karnym z rywalem na plecach i precyzyjnym strzałem nie dał szans bramkarzowi gości. Gdy druga bramka dla Uefy Mafii wydawała się kwestią czasu, dobrą kontrę przeprowadzili przyjezdni i doprowadzili do wyrównania – konkretnie Arterchuk. Chwilę później Plaksa zdobył drugiego gola dla FC Łowców, ustalając wynik do przerwy na 2:1 dla swojej drużyny.
Po zmianie stron obraz meczu zmienił się diametralnie. Do składu Łowców dołączył Denys Blank i od razu wprowadził nową jakość. Gra gości nabrała tempa, a ich przewaga rosła z każdą minutą. Kolejne trafienia zdobyli Illia i Solomichuk, wykorzystując błędy defensywy Uefy Mafii. Gospodarze próbowali wrócić do gry – bramkę kontaktową zdobył Bartkiewicz – ale niemal natychmiast odpowiedział Blank, ponownie powiększając przewagę Łowców.
Największe wrażenie zrobił jednak gol bramkarza FC Łowców, Antona, który precyzyjnie uderzył spod własnego pola karnego i przelobował bezradnego golkipera gospodarzy. Wynik spotkania na 7:3 ustalił Balcerzak, ale na więcej tego dnia Uefa Mafii nie było stać – musieli uznać wyższość lepiej dysponowanego przeciwnika.
Na pewno nie tak wyobrażała sobie powrót do regularnego sezonu Ligi Fanów ekipa Kebavity. Trudno wytłumaczyć, co tego dnia stało się z drużyną Buraka Cana, bo o ile w przeszłości zdarzały się jej wpadki i potknięcia, o tyle tym razem trzeba już mówić o prawdziwej deklasacji.
Tym bardziej zaskakujące jest to, że Explo musiało łatać skład na ostatnią chwilę i raczej nie tryskało optymizmem przed pierwszym gwizdkiem. Sytuacja błyskawicznie się jednak odmieniła – już w pierwszej akcji meczu Oskar Górecki otworzył wynik, a dosłownie chwilę później było 2:0 po trafieniu Marka Pawłowskiego. Goście wprawdzie odpowiedzieli golem Fabiana Kalety, ale w 5. minucie ponownie trafił Oskar Górecki, a Explo zamknęło mecz w niecałe 10 minut. Przy stanie 5:1 Kebavita rozpadła się mentalnie. Pierwsza połowa zakończyła się szokującym rezultatem 9:1. Trzeba jednak przyznać, że Explo grało jak natchnione – precyzyjne podania, dynamiczne akcje na jeden kontakt, zabójcza skuteczność, a przede wszystkim pewność siebie i luz sprawiły, że defensywa Kebavity nie miała tego dnia nic do powiedzenia.
Po zmianie stron gospodarze szybko dołożyli kolejne dwa trafienia i dopiero wtedy nieco ożywiła się ofensywa gości. Christian Nnamani w końcu się odblokował i zaliczył dublet. Nie miało to jednak żadnego znaczenia – po pierwsze przewaga bramkowa Explo była poza zasięgiem Kebavity, a po drugie goście kompletnie nie mieli pomysłu na taktykę w tym meczu.
Gospodarze natomiast ze spokojem, a momentami wręcz z lekką nonszalancją, kontrolowali przebieg spotkania do samego końca. Choć pozwolili sobie na nieco rozluźnienia w defensywie i kilka straconych goli, i tak zaprezentowali się z bardzo dobrej strony, zgarniając pierwsze trzy punkty w tym sezonie.
UKS Toho rozpoczęło swoją przygodę na naszych boiskach od starcia z Presley Gniazdowy. Goście również dołączyli do rozgrywek z nadziejami na dobre wyniki i rywalizację z najlepszymi ekipami w Warszawie. Początek tego debiutanckiego meczu należał jednak do przyjezdnych. Gospodarze jakby jeszcze nie weszli na pełne obroty, a już musieli gonić wynik.
Gra zawodników z Grodziska zdecydowanie się nie kleiła i menedżer zespołu raz po raz musiał mobilizować swoich podopiecznych do lepszej postawy. Presley wyszedł na dwubramkowe prowadzenie i nie miał zamiaru się zatrzymywać. Odrobinę nadziei gospodarzom dał Patryk Wasilewski, zdobywając gola kontaktowego, ale szybko odpowiedział trafieniem Szymon Puna i do przerwy było 1:3.
Po zmianie stron Toho prezentowało się znacznie lepiej – mądra defensywa nie pozwalała rywalom rozwinąć skrzydeł, a w ofensywie brylował Patryk Wasilewski, który świetnie współpracował z Dawidem Jankiewiczem. Presley jakby stracił koncepcję i animusz z pierwszych 25 minut. Pojawiało się coraz więcej niedokładności, a błędy w obronie mnożyły się z upływem czasu, co tak doświadczony przeciwnik wykorzystywał bez litości.
Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 5:3 i trzy punkty na inaugurację pojechały do Grodziska. Goście mimo porażki pokazali spory potencjał i mamy nadzieję, że w kolejnych spotkaniach zdołają utrzymać równy poziom gry przez pełne 50 minut.
Zapowiadało się piłkarskie święto, bo na murawie spotkały się dwie mocne i doświadczone ekipy. Jednak już przed pierwszym gwizdkiem było widać, że Husaria ma problem – przyjechała niemal bez rezerwowych, co w starciu o takiej intensywności to spore ryzyko.
Pierwsza połowa była wyrównana i stała na wysokim poziomie. Sebastian Maśniak dwukrotnie wyprowadzał Husarię na prowadzenie po świetnych podaniach kolegów, ale Sirius za każdym razem szybko odpowiadał. Kluczowy moment nastąpił tuż przed przerwą: brak komunikacji między obrońcą a bramkarzem Husarii wykorzystał Vadym Rossokhatyi, dając gospodarzom prowadzenie 3:2.
Po zmianie stron obraz gry zmienił się diametralnie. Sirius całkowicie zdominował rywali, wygrywając drugą połowę aż 7:0. Husaria starała się utrzymywać przy piłce, lecz popełniała zbyt wiele błędów i z każdą minutą traciła siły. Zespół w granatowych koszulkach natomiast prezentował futbol niemal perfekcyjny. Valerii Parshyn, Vadym Rossokhatyi i Igor Pivovar byli motorami ofensywy i przesądzili o wysokim triumfie.
Ostatecznie Sirius zwyciężył 10:3, potwierdzając, że będzie jednym z faworytów do podium 1. ligi. Husaria mimo porażki pokazała momenty dobrej gry – jeśli poprawi frekwencję i przyjedzie w pełnym składzie, jeszcze nie raz napsuje krwi ligowym konkurentom.
Od pierwszego gwizdka było widać, że Inferno Team przyjechał po pełną pulę. Już w pierwszych minutach agresywnym pressingiem wymuszali błędy rywali, a ich szybkie kontry siały spustoszenie w obronie Korsarzy. Pierwszy gol padł po błyskawicznym rozegraniu akcji skrzydłem – piłka trafiła do Macieja Świecińskiego, który mocnym strzałem otworzył wynik meczu. Chwilę później fantastycznym przeszywającym podaniem popisał się Oskar Pyrzyna, a znów akcję sprytnie wykończył Świeciński. Nie minęła minuta, a Korsarze złapali kontakt po szybkiej akcji. Natomiast zamiast remisu – kolejne ciosy. Wiktor Niemiec i Oskar Pyrzyna zdobyli dwa gole, podcinając skrzydła gospodarzom. Do przerwy tablica pokazywała 1:4 – to Inferno kontrolowało tempo gry.
Początek drugiej połowy to jeszcze większa dominacja gości. Do 33. minuty było już 1:7, ale w tym momencie Korsarze wykorzystali nieco rozluźnienie przeciwnika, doprowadzając do wyniku 4:7. Strzelali Chrapowicki, Kowalewski i Sobieszek. Inferno na sam koniec przypieczętowało zwycięstwo.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4:8. Goście pokazali świetne przygotowanie motoryczne i pomimo wielu niewykorzystanych sytuacji wygrali wysoko. Korsarze zaś, mimo ambitnej postawy, muszą wspiąć się na wyższy poziom w starciach z ligową czołówką. Zwłaszcza, jeśli mają na ten sezon ambitne cele.
Spotkanie dwóch mocnych ukraińskich drużyn w 2. lidze przez długi czas trzymało w napięciu i dostarczyło sporo emocji. Pierwszy gol padł dopiero w 17. minucie – po rzucie rożnym na prowadzenie wyszli zawodnicy Ternovitsii. Chwilę później podwyższyli wynik trafieniem z rzutu karnego, ale tuż przed przerwą Wikingowie zmniejszyli stratę do jednej bramki, dając sobie nadzieję na drugą połowę.
Po przerwie gra stała się dużo bardziej fizyczna, z licznymi starciami i przerywaną akcją. Obie ekipy apelowały o więcej wzajemnego szacunku i koncentrację na grze, jednak nie obyło się bez ostrych spięć – żółte kartki obejrzeli Ivan Markovych oraz Mykhailo Foroshchuk. Na kolejnego gola kibice czekali aż 15 minut, aż ponownie do siatki trafili gospodarze.
Końcówka należała w pełni do Ternovitsii. W ostatnich minutach spotkania zdobyli aż cztery bramki, definitywnie rozstrzygając losy meczu. Dubletami popisali się Volodymyr Grabowski i Oleg Grabowski. Dla Ukrainian Vikings trafiali Aidyn Yessaly oraz Roman Ivanenko.
Choć końcowy rezultat może sugerować jednostronne widowisko, na boisku oglądaliśmy wyrównany pojedynek, w którym oba zespoły pokazały ambicję i charakter. Ternovitsia potwierdziła swoje wysokie aspiracje i może z optymizmem patrzeć na kolejne kolejki, a Ukrainian Vikings – mimo porażki – udowodnili, że będą groźnym rywalem dla każdego, ale potrzebują jeszcze czasu, by ta maszyna "ruszyła z kopyta".
Rundę jesienną zainaugurowało starcie dobrze znanych ekip, które zapowiadało się na ciekawe widowisko. Lepiej w mecz weszła Husaria, od początku narzucając tempo i blokując ataki rywali. Efekt przyszedł szybko – po idealnym podaniu Kamila Kapicy wynik otworzył Mateusz Lewicki. Przez większą część pierwszej połowy gra się wyrównała, ale tuż przed przerwą świetnie dysponowany Kapica sam podwyższył prowadzenie na 0:2.
Po zmianie stron Zoria musiała ruszyć odważniej do przodu, jednak to goście dalej prowadzili grę. Apoczkin popisał się efektownym uderzeniem w samo okienko, dając Husarii trzecią bramkę. W końcówce gospodarze postawili wszystko na jedną kartę i z lotnym bramkarzem zepchnęli rywali do defensywy, odrabiając część strat. Mimo lekkiego rozluźnienia ekipa z Mokotowa dowiozła zwycięstwo 5:3 i rozpoczęła nową rundę od kompletu punktów. Zoria obudziła się w tym meczu chyba za późno, ale gra się tak, jak przeciwnik pozwala i należy tutaj docenić postawę triumfatorów.
Pierwsza kolejka 2. Ligi Fanów przyniosła prawdziwy pokaz siły w wykonaniu Cyrkulatki. Ich rywalem było Agape Białołęka, które próbowało stawić opór, jednak różnica jakości była wyraźna. Od pierwszego gwizdka goście przejęli inicjatywę, długo utrzymywali się przy piłce i umiejętnie rozciągali grę, szukając wolnych przestrzeni. Już do przerwy Cyrkulatka prowadziła 4:1 i w pełni kontrolowała wydarzenia na boisku.
W finałowych 25 minutach obraz gry nie uległ zmianie – przewaga przyjezdnych stała się wręcz jeszcze bardziej widoczna. Agape miało ogromne problemy z kryciem, często gubiło zawodników wbiegających w pole karne, a goście bezlitośnie to wykorzystywali. Każda akcja Cyrkulatki niosła ze sobą zagrożenie, a skuteczność w drugiej połowie była imponująca. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 12:3 dla Cyrkulatki – rezultatem, który mówi sam za siebie.
Na szczególne wyróżnienie zasłużyli liderzy ofensywy gości. Maciej Wieliczuk rozgrywał piłkę z dużym spokojem i precyzją, notując aż pięć asyst. Z kolei Ernest Rząd nie tylko trzykrotnie wpisał się na listę strzelców, ale dołożył jeszcze cztery asysty, będąc kluczowym elementem niemal każdej ofensywnej akcji. Ich współpraca siała spustoszenie w defensywie gospodarzy i potwierdziła, że Cyrkulatka będzie w tym sezonie wyjątkowo groźna.
Dla Agape Białołęka była to bolesna lekcja – zespół musi poprawić organizację gry w obronie, bo przy takim ustawieniu trudno będzie o punkty. Cyrkulatka natomiast już na starcie pokazała, że jej ambicje sięgają najwyższych celów.
W drugiej lidze Ligi Fanów doszło do jednego z najbardziej emocjonujących spotkań pierwszych kolejek. Warsaw Bandziors podejmowali drużynę Contra – ekipę, która jeszcze niedawno rywalizowała w Ekstraklasie i ma w swoim składzie wielu ogranych, doświadczonych zawodników. Już sam kontekst meczu zapowiadał niezwykle interesujące widowisko, a wydarzenia na boisku tylko to potwierdziły.
Od pierwszych minut obie drużyny postawiły na grę pełną determinacji, twardych pojedynków i wysokiego tempa. Bandziors, mimo że teoretycznie skazywani na porażkę, pokazali ogromną odwagę i ambicję. Nie wystraszyli się bardziej renomowanego rywala, a w wielu fragmentach to właśnie oni prowadzili grę. Contra z kolei starała się wykorzystać swoje doświadczenie i lepszą organizację. Do przerwy wynik 1:1 idealnie oddawał przebieg rywalizacji – nikt nie potrafił zdominować przeciwnika, a walka toczyła się praktycznie o każdy centymetr boiska.
Druga połowa była prawdziwym rollercoasterem. Gospodarze objęli prowadzenie 3:2 i wydawało się, że mogą sprawić jedną z pierwszych dużych sensacji sezonu. Ich gra była odważna, a kibice coraz głośniej wierzyli w zwycięstwo. Jednak Contra nie bez powodu jeszcze niedawno występowała w najwyższej lidze. W decydujących minutach pokazała charakter i zachowała chłodną głowę. Dzięki skuteczności w ataku oraz wykorzystaniu błędów w defensywie Bandziorów zdołała przechylić szalę na swoją korzyść.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:5 dla Contry, ale do samego końca rezultat pozostawał otwarty. Była to prawdziwa wizytówka drugiej ligi – szybka gra, mnóstwo sytuacji bramkowych, dramaturgia i emocje do ostatniego gwizdka. Bandziors, mimo porażki, pokazali, że mają potencjał, by rywalizować z najlepszymi, a Contra udowodniła, że jej celem jest powrót do elity i że ma ku temu odpowiednie argumenty.
Choć rywalizacja Dzików z Lasu z Rock’n Rollem zapowiadała się na wspaniałe i wyrównane widowisko, w rzeczywistości tak było jedynie w pierwszej połowie. Duży wpływ na przebieg meczu miały ogromne problemy kadrowe gospodarzy, którzy dysponowali tylko jednym rezerwowym, podczas gdy goście mieli aż pięciu.
Ukraiński zespół rozpoczął z wysokiego C – szybko objął dwubramkowe prowadzenie, najpierw za sprawą Vladyslava Voronova, a następnie Oleksandra Targomina. Dziki z Lasu musiały sporo biegać bez piłki, ponieważ zawodnicy w pomarańczowych strojach ani myśleli się jej pozbywać. Dobra organizacja gry pozwoliła jednak gospodarzom przetrwać to „piekiełko”, a dodatkowo, wykorzystując wyraźną przewagę wzrostu, zdobyli bramkę po dalekim wyrzucie z autu Dawida Goździewskiego wprost na głowę Piotra Jamroża.
W obliczu ciągłej dominacji Rock’n Rolla wyrównanie w wykonaniu Dzików było sporym zaskoczeniem – wprowadzony z ławki kapitan Michał Ossowski pokazał, dlaczego to właśnie on nosi na plecach numer 9. Na drugą połowę goście wyszli z jasnym celem: skalibrować celowniki i udowodnić, „kto tu rządzi”. Gdy już to zrobili, nie zamierzali się zatrzymywać – w krótkim odstępie czasu zdobyli kolejne dwie bramki, autorstwa Artema Pavlika oraz po dwójkowej akcji Leshchenko–Sobolewski.
Dziki próbowały jeszcze postraszyć rywali mocnymi uderzeniami z dystansu, ale na wysokości zadania stawał Roman Boichenko. Bramkę kontaktową przyniósł im dopiero niefortunny samobój Illyi Radkevicha. Emocji i ostrzejszych starć nie brakowało, lecz pod bramką Rock’n Roll grał koncert na wyłączność. Hat-tricka skompletował Targomin, a swoje trafienia dołożyli także Rakhmail i Voronov. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:8, choć nie obyło się bez groźnie wyglądających urazów – jak w przypadku Boichenki i Jamroża. Ostatecznie jednak obaj zawodnicy dokończyli mecz bez poważniejszych kontuzji.
Jak przystało na pojedynek dwóch ukraińskich ekip o zbliżonym poziomie umiejętności, było to spotkanie niezwykle zacięte i trzymające w napięciu niemal do samego końca. O tym, jak wyrównana była ta rywalizacja, świadczy fakt, że pierwszy gol padł dopiero w 21. minucie.
Początkowo obie drużyny dość nieśmiało atakowały bramkę przeciwnika, lecz z upływem czasu rosła inicjatywa po stronie Vikersonna, który w pewnym momencie praktycznie zmusił gospodarzy do nieustannej obrony i ograniczył ich do kontrataków. W 10. minucie żółtą kartkę obejrzał Ivan Pozaruk, ale Vikersonn nie potrafił wykorzystać przewagi liczebnej. W końcu zespołową akcję na jeden kontakt wykończył Ivan Vovk i goście objęli prowadzenie, jednak cieszyli się nim zaledwie dwie minuty – podanie przez całe boisko od bramkarza trafiło pod nogi Andrija Dutchaka, który obrócił się i nie dał szans golkiperowi Vikersonna, ustalając wynik pierwszej połowy na 1:1.
Po zmianie stron Yurii Rubinski wykorzystał fatalny błąd bramkarza Prykarpattii i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W 41. minucie ponownie wpisał się na listę strzelców, podwyższając na 1:3. Gdy wydawało się, że Vikersonn spokojnie dowiezie zwycięstwo, Bohdan Yosupchuk pognał lewym skrzydłem i zdobył bramkę kontaktową na 2:3.
Mimo wszystko wojnę nerwów w końcówce lepiej znieśli goście – na 2:4 trafił Viacheslav Tymkiv, a kropkę nad i postawił Ivan Vovk. Mecz zakończył się wynikiem 2:5.
Pierwsza kolejka 3. Ligi skrzyżowała ze sobą drużyny Warsaw Sinaloa oraz Tonie Majami. Od samego początku gospodarze ruszyli do agresywnego pressingu, co szybko przyniosło efekty w postaci trzech strzelonych goli. Wynik otworzył Abbassi, a chwilę później bramki dołożyli Kucharczyk i Dąbrowski.
Największą ochotę do gry wśród gości od pierwszych minut przejawiał Mouad Tahiri i to po jego podaniu w 8. minucie bramkarza rywali pokonał Sobczak. Radość beniaminka nie trwała jednak długo – ten sam Tahiri, który asystował przy golu kolegi, chwilę później… pokonał własnego bramkarza.
W dalszej części pierwszej połowy obie ekipy miały okazje do zmiany wyniku, lecz strzały były niecelne albo skutecznie interweniowali bramkarze. Druga odsłona zaczęła się podobnie jak pierwsza – od trafienia Abbassiego, który popisał się kapitalną indywidualną akcją, dryblując niemal całą drużynę przeciwników. Przewaga gospodarzy rosła z minuty na minutę, czego dowodem był gol Popławskiego. Wydawało się, że nic wielkiego już się nie wydarzy.
Nic bardziej mylnego. Od tego momentu do pracy mocno wzięli się zawodnicy Tonie Majami. Sygnał do ataku ponownie dał Tahiri, pokonując bramkarza gospodarzy. Kilka minut później, po bramce Teodorskiego, zrobiło się już 6:3. Goście poszli za ciosem – trafiali Gromysz oraz ponownie Tahiri. Na kilka minut przed końcem, ku uciesze Tonie Majami, wyrównującą bramkę zdobył Teodorski.
Obie ekipy mogły w samej końcówce przechylić szalę na swoją korzyść, lecz zabrakło im precyzji. Ostatecznie mecz zakończył się spektakularnym remisem 6:6.
Mecz pomiędzy FC Łowcy II a FC Comeback od początku trzymał w napięciu wszystkich obserwatorów. Goście weszli w spotkanie zdecydowanie lepiej – szybkie tempo, pressing oraz odważne wejścia w pole karne pozwoliły im zbudować przewagę. Już w pierwszej połowie Comeback trzy razy znalazł drogę do siatki, co wyraźnie ustawiło dalszy przebieg rywalizacji. Pięknym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Kostiantyn Didienko. Łowcy odpowiedzieli jedynie trafieniem z rzutu karnego autorstwa Antona Nautiaka i do szatni schodzili przy stanie 1:3.
Po przerwie gospodarze pokazali zupełnie inne oblicze. Wysunięta linia pressingu oraz większa liczba graczy w ofensywie szybko przyniosły efekty. Dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Danylo Tkachuk, a gola kontaktowego dorzucił również Oleh Halka. Kibice zgromadzeni na trybunach przecierali oczy ze zdumienia, bo jeszcze kilka minut wcześniej wydawało się, że Comeback spokojnie dowiezie korzystny wynik. W końcówce spotkania znów dało o sobie znać doświadczenie i chłodna głowa zawodników gości. Po składnej akcji piłkę otrzymał Kostiantyn Didenko i strzałem do pustej bramki pokonał bramkarza Łowców, ustalając rezultat na 5:4. Należy pochwalić Ivana Vidosevicia, który przez całe spotkanie napędzał ofensywę swojego zespołu i miał ogromny wpływ na końcowy sukces.
Ostatecznie FC Comeback sięgnął po komplet punktów, ale Łowcy II udowodnili, że potrafią walczyć z każdym. Jeśli poprawią organizację gry w defensywie i unikną przestojów w pierwszych fragmentach meczu, mogą jeszcze sprawić wiele niespodzianek w tym sezonie.
Na inaugurację 3. ligi byliśmy świadkami meczu pomiędzy drużyną GLK oraz zawsze groźną ekipą Deluxe Barbershop. Spotkanie od pierwszych minut stało na bardzo dobrym poziomie sportowym. Widać było, że obie ekipy solidnie przepracowały przerwę wakacyjną i z dużymi ambicjami przystępowały do niedzielnego meczu.
Pierwsze minuty to duża przewaga gospodarzy, którzy już po kilku minutach prowadzili 3:0, a autorem wszystkich trafień był Mateusz Grabowski, który tego dnia na boisku czuł się wyśmienicie. Goście długo nie mogli wstrzelić się w bramkę Patryka Dominiaka, jednak w 8. minucie Raul Mammadov strzelił pierwszego gola dla Barberów. Kolejne minuty to pełna kontrola ekipy GLK – chłopaki świetnie czuli się w ofensywie, co przynosiło im kolejne bramki. Gra w obronie również nie sprawiała im problemów, a gdy już przeciwnik dochodził do sytuacji strzeleckich, świetnie na bramce interweniował młodszy z braci Dominiaków. W końcówce pierwszej odsłony do głosu doszli zawodnicy Deluxe, którzy strzelając dwie bramki zmniejszyli straty i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 6:3.
Druga odsłona tego meczu to prawdziwy pokaz ofensywnej gry po obu stronach boiska. Zawodnicy seryjnie zdobywali bramki – pierwsi strzelanie w tej połowie rozpoczęli goście, którym udało się nawet dojść rywala na odległość jednego trafienia. GLK, czując presję, ponownie włączyli wyższy bieg i po bramkach Grabowskiego oraz Sebastiana Dominiaka odskoczyli na dwie bramki. Kolejne minuty to już wymiana ciosów. GLK znów zaczęło kontrolować przebieg spotkania i nawet pomimo utraty bramki gospodarze szybko odpowiadali swoimi trafieniami. W drugiej połowie padło aż 10 goli – po 5 dla każdej z ekip. Spotkanie ostatecznie zakończyło się wynikiem 11:8. Deluxe Barbershop nie grali źle, widać, że drzemie w nich duży potencjał i z pewnością jeszcze namieszają w 3. lidze. GLK było dziś lepsze – panowie stanowili kolektyw w obronie, a w ofensywie mieli Mateusza Grabowskiego, który strzeił aż 8 bramek. Mateuszowi oraz całemu zespołowi GLK gratulujemy udanego rozpoczęcia sezonu!
Ostatni mecz dnia rozegrała druga drużyna Husarii. Dla gospodarzy był to już szósty pojedynek w ciągu weekendu, a dla niektórych zawodników kolejne spotkanie w krótkim czasie, więc można było spodziewać się zmęczenia. Mimo to Husaria wystawiła solidny skład, z dwoma wysokiej klasy bramkarzami, a w zespole panowała przyjazna, koleżeńska atmosfera. Rywalem były Orzeły Stolicy – ekipa doświadczona, choć nieliczna, która idealnie wpisuje się w zasadę „jakość ponad ilość”.
Spotkanie można podzielić na dwie części. Pierwsza połowa to prawdziwa huśtawka – wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie: 0:1, 1:1, 1:2, 2:2, 2:3, 3:3. Orzeły kilkukrotnie obejmowały prowadzenie, ale Husaria za każdym razem odrabiała straty, imponując spokojem i determinacją.
Po przerwie gospodarze przejęli inicjatywę. Szybko zbudowali trzybramkową przewagę i kontrolowali przebieg gry: 6:3, 7:4, 8:5, 9:6, 10:7. Każda próba powrotu Orzełów natychmiast spotykała się z błyskawiczną odpowiedzią Husarii, która nie pozwoliła rywalom zbliżyć się wynikiem.
Mecz obfitował w ciekawe liczby. Jedynka oznaczała pierwszy triumf Husarii w sezonie, a zarazem pierwszą porażkę przeciwników. Dwójka przypominała o rzadko spotykanej sytuacji – Husaria skorzystała z usług dwóch bramkarzy w jednym spotkaniu, a obaj spisali się bez zarzutu. Trójka to dorobek Adama Wownysza, który zdobył hat-tricka dla Orzełów, choć nie zdołał odwrócić losów meczu. Czwórka natomiast symbolizowała wyczyn Krzysztofa Mamli – autora czterech goli i dwóch asyst, bezsprzecznego bohatera wieczoru.
To widowisko było idealnym zakończeniem dnia. Husaria, mimo zmęczenia, udowodniła klasę i koncentrację, a Orzeły – choć przegrały – zostawiły po sobie bardzo dobre wrażenie i z pewnością w następnych kolejkach powalczą o pierwsze punkty.
Spotkanie pomiędzy Sportowymi Zakapiorami a Hetmanem FC przyniosło kibicom prawdziwy festiwal bramek. Pierwsza połowa rozpoczęła się niezwykle intensywnie – gospodarze wyszli na prowadzenie dzięki trafieniu Pawła Groszkowskiego. Wymiana bramek zwiastowała nam ciekawe spotkanie. Wynik w pierwszej połowie zmieniał się w obie strony – po stronie Zakapiorów bramki zdobywali jeszcze Krzysztof Westenholz i Aleksy Sałajczyk. Ich dynamiczne akcje dawały nadzieję, że Zakapiory są w stanie narzucić własny styl gry i kontrolować wydarzenia na boisku. Hetman jednak szybko udowodnił, że nie zamierza się tylko bronić. Damian Kucharczyk i Kacper Urban wykorzystali swoje okazje, a do przerwy na tablicy wyników widniał rezultat 3:3, zapowiadający zaciętą drugą część meczu.
Po zmianie stron na boisku istniała już tylko jedna drużyna. Hetman podkręcił tempo i praktycznie w każdym ataku stwarzał zagrożenie pod bramką rywala. Damian Kucharczyk był nie do zatrzymania – raz po raz rozrywał defensywę Zakapiorów i finalizował akcje swojej drużyny. Łącznie zdobył aż pięć bramek, zasłużenie zostając bohaterem spotkania. Swoją cegiełkę dołożyli także Kacper Urban, Oskar Kalicki oraz Paweł Rolek, którzy skutecznie wykorzystywali dogodne sytuacje stwarzane przez kolegów z drużyny. Zakapiory próbowały odpowiadać kontrami, jednak z każdą minutą ich defensywa wyglądała coraz bardziej bezradnie wobec ofensywnej fali rywala. Hetman grał szybko, dokładnie i bezlitośnie wykorzystywał błędy przeciwnika. Ostatecznie mecz zakończył się wysokim zwycięstwem Hetmana 11:3, które jasno pokazuje różnicę w formie obu zespołów tego dnia.
Hetman FC udowodnił, że będzie groźnym kandydatem do czołówki ligi, natomiast Sportowe Zakapiory muszą jak najszybciej wyciągnąć wnioski z tej porażki, szczególnie w kwestii organizacji gry w obronie.
Mieszanka rutyny i młodzieńczej fantazji – Bad Boysi przystępowali do nowej kampanii z dużymi nadziejami, bo połączenie wieloletniego doświadczenia ekipy Bartka Podobasa z ogromnym talentem Kuby Soleckiego miało być przepisem na sukces. Już wiosną Źli Chłopcy prezentowali się bardzo dobrze, teraz musieli tylko podtrzymać korzystny trend. Ich rywale, Boca Seniors, debiutowali co prawda w Lidze Fanów, ale nie byli nowicjuszami – z powodzeniem występowali w innych rozgrywkach. I było to widać na boisku – niemal od pierwszych minut goście narzucili swój styl gry i umiejętnie neutralizowali atuty przeciwnika. Przede wszystkim odcięty od gry został wspomniany wcześniej Kuba Solecki – był często podwajany, miał bardzo mało przestrzeni, a rywale w ostateczności, gdy nie mogli sobie z nim poradzić, uciekali się do fauli.
Nie było jednak tak, że gracze Boca Seniors tylko przeszkadzali. Gdy przejmowali piłkę, potrafili zawiązać ciekawe akcje, a mocnymi strzałami z dystansu straszył Łukasz Pruszyński. Dało to wymierny efekt – po pierwszej połowie goście prowadzili 0:3. W drugiej odsłonie, przy stanie 0:4, Bad Boysi zdecydowali się na dobrze znany manewr – między słupkami stanął Bartek Podobas, aby stworzyć przewagę w rozegraniu piłki. Tym razem jednak plan spalił na panewce i gospodarze dość szybko wrócili do pierwotnego ustawienia, ale wtedy było już po meczu.
Wiadome było, że Boca Seniors nie wypuści zwycięstwa z rąk – Źli Chłopcy nie mieli ani argumentów, ani pomysłów, jak sforsować defensywę przeciwnika. A przecież Boca grało bez nominalnego bramkarza i aż prosiło się, by przetestować występującego tam zawodnika z pola. Problem w tym, że tych prób było jak na lekarstwo i ostatecznie skończyło się wysoką porażką 0:11. Goście zagrali świetne zawody, a niemal każdy zawodnik zapisał na swoim koncie bramkę lub asystę. Z taką grą Boca Seniors wyrasta na jednego z głównych kandydatów do awansu.
Już pierwsza kolejka pokazała, że starcia w tej lidze będą niezwykle wyrównane i emocjonujące. Team Ivulin oraz BJM Development stworzyli widowisko, które trzymało w napięciu przez pełne 50 minut gry. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem BJM 4:3, ale równie dobrze mogło paść na remis – tak blisko siebie byli rywale przez całe spotkanie.
Od początku widać było ogromną determinację obu ekip. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 2:2 i dokładnie oddawała przebieg gry – żadna drużyna nie potrafiła odskoczyć na więcej niż jedną bramkę, a walka toczyła się głównie w środku pola. Ivulin imponował ambicją, a ich ataki napędzał Arsieni Vanicki, który popisał się dwiema asystami i był jednym z najaktywniejszych zawodników na boisku. Cały zespół grał równo i nikt nie odstawał, co potwierdziło, że mimo problemów z poprzednich sezonów drużyna wciąż ma spory potencjał.
Po zmianie stron górę zaczęło brać doświadczenie zawodników BJM Development. Spokój i umiejętne kontrolowanie gry pozwoliły im dowieźć minimalną przewagę do końca. Kluczową postacią był Marcin Skowroński – autor dwóch bramek i asysty – prawdziwy lider ofensywy, który w decydujących momentach znajdował drogę do siatki. Bardzo dobrze zaprezentował się również Oliwier Aleksander, który swoją pracą i aktywnością mocno wspierał kolegów, a w defensywie brylował Filip Odoliński, wielokrotnie zatrzymując groźne akcje rywali.
Ostatecznie to BJM Development cieszyło się z kompletu punktów, wygrywając 4:3. Team Ivulin może jednak patrzeć z optymizmem na kolejne kolejki – pokazali solidną, wyrównaną grę i z pewnością nie zamierzają tanio sprzedawać skóry. Mocny początek sezonu dla obu drużyn zapowiada ciekawe tygodnie w 4. lidze.
Inauguracja Ligi Fanów przyniosła nie tylko piękną pogodę, ale też mecz dwóch zespołów zza naszej wschodniej granicy w 4. lidze. FC Bulls podejmowało Ukraine United. Początek spotkania należał do gości, którzy narzucili wysokie tempo i raz po raz atakowali bramkę strzeżoną przez Zhukova. Kwintesencją tej optycznej przewagi był strzał w poprzeczkę najaktywniejszego w pierwszych minutach Pradosha. Na tym jednak skończyły się pozytywne akcenty ekipy przyjezdnej w pierwszej połowie.
Później do głosu doszli gospodarze, którzy systematycznie stwarzali zagrożenie pod bramką rywala. W 7. minucie gola po dobrze rozegranym rzucie rożnym zdobył Grunchak. Chwilę później prowadzenie podwyższył Churiukanov, a w 14. minucie, po bramce Kozenki, było już 3:0. Nie minęło kilkadziesiąt sekund a ponownie trafił Churiukanov, a zaraz po nim Hololobov. Przy stanie 5:0 gracze Ukraine United mieli swoje szanse, ale albo świetnie bronił Zhukov, albo piłka odbijała się od słupka. Gdy wydawało się, że w pierwszej odsłonie nic już się nie wydarzy, ponownie do siatki trafił Kozenko, ustalając wynik do przerwy na 6:0.
Druga część meczu początkowo wyglądała podobnie do pierwszej – znów to goście rozpoczęli od ataków. Tym razem udało im się je udokumentować golem Pustovita. Ukraine United mieli kolejne okazje, lecz bramki zdobywali gospodarze. Najpierw składną akcję zespołu sfinalizował Hololobov, a następnie dwukrotnie trafił Vesolovskyi, do którego dołączył Seliverstov. Już całkowicie opadnięci z sił goście stracili jeszcze jednego gola – w ostatniej minucie hat-tricka skompletował Churiukanov, ustalając wynik spotkania na 12:1 dla FC Bulls.
W niedzielne popołudnie na Arenie Grenady, Furduncio Brasil F.C. podejmowało zespół Warszawskiej Ferajny.
Początek spotkania zapowiadał wyrównaną walkę – obie drużyny wykazywały sporo inicjatywy, tworząc dogodne sytuacje podbramkowe, choć lekką przewagę od samego startu zaznaczyli zawodnicy Furduncio. To właśnie oni jako pierwsi otworzyli wynik meczu: Rafael Andrade skutecznie wykończył akcję swojego zespołu i zdobył bramkę na 1:0. Gospodarze poszli za ciosem – kolejne trafienia dołożyli Bruno Martins oraz Jeremi Szymański, wyprowadzając drużynę na komfortowe prowadzenie 3:0.
Warszawska Ferajna nie zamierzała jednak składać broni. Strzałem z dystansu popisał się Kuba Żmijewski, dając gościom sygnał do walki. Jeszcze przed przerwą Furduncio odpowiedziało w spektakularny sposób – Luciano Sant’ana wykorzystał wyjście bramkarza i posłał piłkę do pustej siatki. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4:1.
Po zmianie stron ponownie z dobrej strony pokazał się Żmijewski, zdobywając swoją drugą bramkę i dając gościom nadzieję na odwrócenie losów spotkania. Przez dłuższy czas utrzymywał się wynik 4:2, a Ferajna kontynuowała natarcia, które przyniosły efekt w postaci kolejnego gola i zmniejszenia straty do jednej bramki. Na odpowiedź Canarinhos nie trzeba było długo czekać – Bruno Martins po raz drugi wpisał się na listę strzelców, pięknym uderzeniem pieczętując zwycięstwo Furduncio Brasil F.C. i ustalając wynik meczu na 5:3.
Spotkanie zdecydowanie mogło się podobać. Choć Warszawska Ferajna walczyła do samego końca, komplet punktów zasłużenie pozostał przy gospodarzach.
W pierwszej kolejce 5. Ligi Fanów beniaminek Ajaks Warszawa podejmował drużynę Tylko Zwycięstwo. Dla gospodarzy był to debiut w wyższej klasie rozgrywkowej i od początku było jasne, że czeka ich bardzo trudne zadanie. Spotkanie zakończyło się wynikiem 3:7, jednak sama gra Ajaksu pokazała wiele pozytywnych sygnałów na przyszłość.
Pierwsza połowa dobitnie uwidoczniła różnicę w doświadczeniu między obiema ekipami. Tylko Zwycięstwo grało dojrzale, spokojnie rozgrywało piłkę i skutecznie wykorzystywało błędy gospodarzy. Do przerwy na tablicy wyników widniało 1:4 i wydawało się, że losy meczu są już przesądzone. Ajaks jednak nie spuścił głów – walczył ambitnie, starając się odrobić straty i pokazać charakter.
Po zmianie stron tempo gry nadal dyktowali bardziej doświadczeni goście, którzy konsekwentnie powiększali przewagę. Mimo to Ajaks Warszawa potrafił jeszcze dwukrotnie znaleźć drogę do bramki rywali, co ostatecznie dało im trzy gole i pozwoliło zakończyć spotkanie z podniesionym czołem. Wynik 3:7 nie oddaje w pełni ich zaangażowania, determinacji i ambicji, widocznych aż do ostatniego gwizdka.
W drużynie Tylko Zwycięstwo trudno wskazać jednego bohatera, ponieważ cała ekipa funkcjonowała jak dobrze naoliwiona maszyna. Kolektywna gra, świetne zrozumienie i zespołowe akcje sprawiły, że każdy zawodnik miał swój udział w sukcesie.
Ajaks Warszawa został rzucony na głęboką wodę, ale takie mecze pozwolą mu szybciej nabrać niezbędnego doświadczenia. Jeśli zachowa swoją waleczność i poprawi organizację gry, wkrótce może sprawiać spore niespodzianki w 5. lidze.
W zapowiedziach jako faworyta wskazywaliśmy ekipę gości, lecz boisko szybko i brutalnie zweryfikowało te przewidywania. Końcowy wynik 12:1 dla Mareckich Wyg może wydawać się szczególnie zaskakujący, zważywszy, że Na2Nóżkę to drużyna, która zazwyczaj nie traci wielu goli – głównie za sprawą swojego etatowego golkipera Aleksandra Sordyla. Tym razem jednak zabrakło go w bramce, i właśnie tutaj należy upatrywać jednej z przyczyn tak wysokiej porażki, bo występujący w roli bramkarza Jan Danisiewicz nie sprostał zadaniu.
Nie zmienia to faktu, że gospodarze pokazali po prostu kawał dobrego futbolu, zwłaszcza w defensywie – większość ataków gości kończyła się już w środku pola albo na nogach dobrze ustawionych obrońców. Napastnicy również nie próżnowali i niemal każda zespołowa akcja pod bramką przeciwnika kończyła się groźnym strzałem. O ile przez pierwszy kwadrans Na2Nóżkę toczyło jeszcze w miarę wyrównaną walkę, o tyle jeszcze w pierwszej połowie Wygi wyraźnie odskoczyły i schodziły do szatni z solidnym prowadzeniem 6:1.
Prawdziwy koncert skuteczności dali Igor Zuchora i Oleksandr Kuzmow, którzy we dwójkę kompletnie rozpracowali defensywę gości. Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Przy stanie 11:1 Na2Nóżkę zdecydowało się na zmianę bramkarza – między słupki wszedł Maciej Samoraj i popisał się kilkoma udanymi interwencjami, choć ostatecznie i tak musiał wyciągać piłkę z siatki po golu niezawodnego Igora Zuchory.
Mareckie Wygi wygrały w pełni zasłużenie i w dobrych nastrojach mogą przygotowywać się do kolejnych spotkań.
Po długiej, letniej przerwie od ligowych rozgrywek na boiska AWF wróciły Laga oraz rezerwy Dzików z Lasu. Trudno było wskazać faworyta i faktycznie – mecz zapowiadał się wyrównany, takim też się okazał.
Nie będziemy oszukiwać i pisać, że zobaczyliśmy widowisko z gatunku „piłkarskich dzieł sztuki”. W rzeczywistości tempo gry było dość niskie, w dużej mierze przez krótką ławkę obu zespołów – każda drużyna miała do dyspozycji tylko po dwóch rezerwowych. Mimo tego napięcie i zainteresowanie utrzymywały się do końca, a decydował o tym sam wynik – żadna z ekip nie potrafiła odskoczyć choćby na dwie bramki. Szacunek jednak dla obu drużyn: mimo bliskiego wyniku grali spokojnie i dla własnej przyjemności, co ostatnio nie zawsze zdarza się na meczach LF.
W pierwszej połowie Laga szybko wyszła na prowadzenie dzięki trafieniu Kamila Poulaina. Dziki odpowiedziały – Dawid Goździewski zdobył gola po podaniu Kajetana Jasińskiego. W drugiej połowie historia się powtórzyła: Kamil Poulain popisał się świetnym strzałem z rzutu wolnego, ale duet Goździewski–Jasiński w końcówce znów doprowadził do remisu. Ostatnie minuty mogły przechylić szalę w obie strony, jednak rezultat 2:2 utrzymał się do końca.
Oba zespoły mogą zaliczyć inaugurację do udanych, choć w kolejnych kolejkach liczymy na większą skuteczność i jeszcze więcej bramek.
Zacznijmy od gości. Ich droga w piątej dywizji Ligi Fanów to ścieżka ekstremalnie wyboista i… dość osobliwa. Początek? Katastrofa goniła katastrofę. Pierwsze trzy mecze = trzy porażki. Jak na standardy wielkiego, sławą ociekającego Kryształu Targówek, to wyniki zdecydowanie poniżej jakiegokolwiek poziomu. Właściwie to pytanie do FCPK: czy kiedykolwiek wcześniej przegrali trzy mecze z rzędu, jak miało to miejsce w 2., 3. i 4. kolejce?
Zostawmy to. Bo to ta gorsza strona medalu pod tytułem „kampania 2025/26 w wykonaniu Kryształu”. Przełamanie nadeszło w piątej (tak naprawdę czwartej) kolejce, w szóstej zostało wyszarpane w ostatniej akcji, a – jak każdy powyżej widzi – w nadrabianej w ten weekend kolejce, po hat-tricku porażek, ustrzelony został inny, klasyczny hat-trick – tym razem dla odmiany zwycięski.
Przechodząc do Warsaw Eagle. Po letniej edycji Ligi Fanów mogliśmy mieć wobec chłopaków spore oczekiwania. Nawet jeśli miejsce końcowe nie zachwycało, to niektóre ich mecze z naprawdę silnymi ekipami stały na wysokim poziomie. Nikt nie pomyślałby, że zaledwie kwartał później ta sama drużyna w piątej dywizji będzie przegrywać z kimkolwiek 4:25 czy 6:14. Sytuacja ich niedzielnego rywala jasno jednak pokazuje, że wydostać się można zawsze i wszędzie – choćby z największego bagna, a w tym przypadku: z mielizn ligowej czeluści.
Przechodząc już stricte do samego meczu. Gospodarze przystępowali do niego z czterema punktami na koncie, zaś goście z sześcioma. Oba zespoły orbitowały więc gdzieś wokół siebie. Do pewnego momentu, gdy Warsaw Eagle prowadziło 2:0, wydawało się nawet, że zobaczymy zmianę miejsc w tabeli. Wtedy jednak Kryształ przypomniał sobie, że przecież coś tam jeszcze potrafi kopać. Najpierw gol na 1:2, potem na 2:2. Mało? To lecimy dalej – 2:3, 2:4. Tym razem wyglądało, jakby to Warsaw Eagle zapomnieli, o co w tym sporcie chodzi. Mianowicie – o bramki. I nagle mieliśmy kolejny zwrot akcji: gospodarze zdobyli dwie bramki z rzędu, doprowadzając do remisu 4:4. Totalna sinusoida.
W następnej fazie spotkania wydawało się, że ten emocjonalny rollercoaster trochę wyhamował, a gra się wyrównała. Dowód? Kryształ strzela gola, Orły odpowiadają – 5:5. Następnie znów ekipa z Targówka trafia, rywale natychmiast ripostują – 6:6. I tu można by postawić kropkę, bo to był ostatni moment tej szalonej batalii, gdy obie ekipy jeszcze trwały w klinczu. FCPK w końcu wrzucił najwyższy bieg, co poskutkowało czterema golami z rzędu i ostatecznym zamknięciem dyskusji o tym, kto dopisze sobie trzy punkty.
Dzięki tym trzem oczkom – i trzem wygranym z rzędu – nad Targówkiem znów wyjrzało słońce. Perspektywy Kryształu znów są – pozostając w tej symbolice – promieniste. Jednak, trzymając się obrazków, rzucają wyraźny cień na Warsaw Eagle, którzy okopali się na dnie piątej dywizji Ligi Fanów.
Pierwsza kolejka 6. Ligi rozpoczęła się z prawdziwym przytupem. W upalny dzień na Arenie AWF kibice byli świadkami prawdziwego festiwalu bramek, a drużyna Shot DJ w efektownym stylu rozgromiła Bartolini Pasta aż 8:3. Od pierwszego do ostatniego gwizdka tempo meczu było bardzo wysokie.
Shot DJ szybko narzucił swoje warunki gry, prezentując zorganizowaną ofensywę i imponującą skuteczność. Gwiazdą spotkania bez wątpienia był Jeremi Szymański, który zdobył hat-tricka, dołożył dwie asysty i zasłużenie zgarnął tytuł zawodnika meczu oraz miejsce w „szóstce kolejki”. Jego współpraca z Janem Jabłońskim (trzy gole i jedna asysta) oraz Michałem Wasiakiem (dwa trafienia) siała spustoszenie w szeregach obronnych przeciwnika.
Choć w pierwszej połowie zawodnicy Bartolini Pasta zdołali się postawić, w drugiej części spotkania wyraźnie opadli z sił, co młody i wybiegany zespół gospodarzy bezlitośnie wykorzystał. Goście próbowali odpowiadać głównie za sprawą Adama Kubajka, autora dwóch bramek, jednak ich defensywa z Piotrem Szczypkiem między słupkami nie była w stanie zatrzymać rozpędzonego rywala.
Mecz pokazał, że Shot DJ to drużyna, z którą trzeba się liczyć w tym sezonie. Jeśli utrzyma taką formę, może być jednym z faworytów do awansu, a nawet mistrzostwa. Bartolini Pasta z kolei musi popracować nad grą w obronie, jeśli chce liczyć na lepsze wyniki w nadchodzących tygodniach.
W niedzielny poranek na arenie AWF-u spotkały się ekipy Georgian Team i FC Zaborów. Goście debiutowali w naszych rozgrywkach i sami byliśmy ciekawi, jak zaprezentują się na inaugurację. Gruzini wystawili solidny skład, ale zabrakło jednego z liderów – Georgiego Gabrichidze, który złamał rękę i nie mógł pomóc kolegom na początku sezonu.
Początek spotkania to szybka bramka dla gospodarzy. FC Zaborów po słabszym starcie wzięli się do pracy i po przechwycie wyprowadzili kontratak, który sfinalizował defensor gości. Ekipa z Gruzji była jednak w pierwszej fazie meczu bardzo skuteczna i po dwóch własnych kontrach podwyższyła wynik. Od stanu 3:1 Zaborów starał się odrabiać straty i w końcu dopiął swego – bramka kontaktowa dodała zawodnikom animuszu, ale przed przerwą to gospodarze ponownie trafili do siatki. Do szatni zespoły schodziły przy wyniku 4:2.
Po krótkim odpoczynku Gruzini jakby „nie dojechali” na drugą połowę i szybko stracili dwie bramki. Co więcej, przy stanie 4:4 Zaborów poczuł, że może wygrać to spotkanie. Dwa kolejne przechwyty przyniosły dwie następne bramki i nieoczekiwanie na tablicy widniał wynik 4:6.
Gruzini potrafili jednak wrócić do meczu i na kilka minut przed końcem zmniejszyli stratę do jednej bramki. Końcówka to ataki z obu stron, ale ostatecznie po kolejnym przechwycie bramka na 6:8 ostudziła zapał gospodarzy. Zaborów dosłownie na sekundy przed końcowym gwizdkiem ustalił rezultat na 6:9 i w efektownym stylu rozpoczął swoją przygodę z Ligą Fanów.
W jednym z meczów pierwszej kolejki 6. Ligi, na Arenie Grenady, zmierzyły się drużyny Szmulki Warszawa oraz Old Eagles Koło. Spotkanie rozegrane w ostatnią niedzielę dostarczyło kibicom sporej dawki adrenaliny.
Od pierwszego gwizdka było widać, że żadna ze stron nie zamierza oddać punktów bez walki. Mecz był wyrównany, a obie drużyny prezentowały duże zaangażowanie zarówno w ofensywie, jak i w defensywie. Jako pierwsi z prowadzenia cieszyli się goście – skuteczna akcja duetu Mariusz Żywek–Sylwester Madej zakończyła się bramką dającą Old Eagles Koło prowadzenie.
Gdy wydawało się, że goście dowiozą jednobramkową przewagę do przerwy, gospodarze wrzucili wyższy bieg. Najpierw Mateusz Łęcki dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, wyprowadzając Szmulki na prowadzenie, a chwilę później Adrian Kaczmarek popisał się indywidualną akcją zakończoną celnym strzałem, ustalając wynik pierwszej połowy na 3:1 dla gospodarzy.
Druga część spotkania była równie emocjonująca. Old Eagles szybko zdobyli bramkę kontaktową, ale Szmulki odpowiedziały, ponownie wychodząc na dwubramkowe prowadzenie. W końcówce jednak to goście wykazali się większą determinacją – dwie skuteczne akcje i celne trafienia pozwoliły im doprowadzić do wyrównania.
Ostatecznie mecz zakończył się remisem 4:4. Obie drużyny mogą być zadowolone ze swojej postawy – spotkanie stało na bardzo dobrym poziomie, a remis należy uznać za sprawiedliwy rezultat oddający przebieg gry.
Mecz Mikstury z Saską Kępą od pierwszych minut miał wyraźnego faworyta i zakończył się pogromem 11:2. Gospodarze narzucili wysokie tempo już na początku, a ich ofensywa funkcjonowała niemal perfekcyjnie. Pierwsza połowa przyniosła pięć bramek dla Mikstury, przy czym goście zdołali odpowiedzieć dwukrotnie i na przerwę schodzili przy stanie 5:2. Druga część gry to już jednak absolutna dominacja – Mikstura zamknęła rywali na własnej połowie i raz po raz znajdowała drogę do bramki, zdobywając kolejne sześć trafień. Największe wrażenie zrobiła dyspozycja strzelecka liderów zespołu. Po trzy gole zdobyli Andrzej Łukomski, Kuba Polak oraz Mateusz Jochemski, prezentując różnorodność ataków i skuteczność w wykańczaniu akcji. Równie imponujący występ zanotował Rafał Jochemski, który do dwóch bramek dołożył aż pięć asyst. Cała drużyna gospodarzy wykazała się lepszą organizacją i pełnym zrozumieniem na boisku, co przełożyło się na widowiskowy rezultat.
Saska Kępa próbowała przeciwstawić się dominacji rywali, jednak ich akcje ofensywne ograniczyły się do pojedynczych przebłysków. Bramki Marcina Jaśkowca i Marcina Nowaka pozwoliły nieco zmniejszyć rozmiary porażki, ale były tylko kosmetycznym dodatkiem do całego obrazu gry. Defensywa gości nie była w stanie zatrzymać rozpędzonej Mikstury. Zwycięstwo 11:2 to mocny sygnał siły Mikstury w ligowych warunkach. Z kolei Saska Kępa musi szybko wyciągnąć wnioski z tej dotkliwej porażki, szczególnie w obronie, aby w przyszłości skuteczniej rywalizować z ligowymi rywalami.
Kiedy w kadrze na mecz żadna z drużyn nie dysponuje nominalnym bramkarzem, od razu wiadomo, że padnie sporo goli – i faktycznie tak było w szóstoligowym starciu Green Lantern z Sante. Tyle tylko, że bramki „sypały się” głównie w jedną stronę.
Przy dość wyrównanej pierwszej połowie dużą przewagę dla siedmioosobowego składu gości robił sprowadzony z Explo Team Jan Zapolski, który wyróżniał się wyszkoleniem technicznym na tle zarówno kolegów, jak i rywali. To właśnie po jego podaniu wynik meczu otworzył Tomek Kawalec. Zielone Latarnie nie zamierzały jednak odpuszczać – efektownym lobem z dystansu nad wysuniętym Tomkiem Cacko odpowiedział Patryk Podgórski.
Składne akcje duetów Wirboł–Zapolski oraz Zapolski–Kawalec podwyższyły prowadzenie Sante na 1:3. Gdy po świadomym zagraniu ręką Damiana Dobrowolskiego (czerwona kartka) rzut karny wykonywał Albert Piórkowski, wydawało się, że granatowo-czerwoni mają już utorowaną drogę do zwycięstwa. Strzał gracza z numerem 69 wylądował jednak prosto w stojącym między słupkami „z konieczności” Mikołaju Wysockim, który niedługo później został bohaterem swojej drużyny, zdobywając precyzyjnym, mocnym uderzeniem w dolny róg bramki gola kontaktowego.
Po przerwie Sante doszczętnie zdemolowało rywali, zdobywając jeszcze dziesięć bramek. Punkty do klasyfikacji kanadyjskiej dokładali Ułasiuk, Wirboł, Cacko, Kawalec i oczywiście Zapolski, którego trafienie na 3:11 śmiało może kandydować do miana gola kolejki. Gospodarze odpowiedzieli jedynie golem Rafała Koziołka po asyście Sebastiana Świparskiego oraz faulem w polu karnym Podgórskiego, za co ten ostatni otrzymał żółtą kartkę – podyktowaną „jedenastkę” Zapolski jednak fatalnie przestrzelił.
Tak dotkliwa porażka nie napawa optymizmem graczy Green Lantern. Jeśli w ich kadrze nie pojawi się bramkarz z prawdziwego zdarzenia, może być im bardzo trudno nawiązać równorzędną walkę z resztą stawki.
Mecz pomiędzy Oldboys Derby a Alash FC był typowym przykładem tego, w czym obie ekipy czują się najlepiej. Przez znaczną część spotkania to goście prowadzili grę, długo utrzymując się przy piłce, a gospodarze cierpliwie czekali w mądrym ustawieniu na błąd lub niecelne podanie. To drugie dało graczom z osiedla Derby prowadzenie – po przechwycie w środkowej strefie Marcin Wiktoruk zagrał do Jacka Pryjomskiego, który otworzył wynik.
Na nieszczęście żółto-czerwonych Kazachowie mieli w swoich szeregach postać nietuzinkową – Madiyara Seidulai, który podobnie jak w sezonie letnim dyrygował całą grą zespołu. Nic więc dziwnego, że to właśnie on „odzyskał wynik” dla Alashu, strzelając nie jedną, nie dwie, a trzy bramki! Szczególnym kunsztem popisał się przy golu na 1:2, gdy nadał piłce taką rotację, że wpakował ją do siatki bezpośrednio z rzutu rożnego. Oldboys Derby – jak to Oldboys Derby – nie zamierzali odpuszczać. Po niezwykle celnym, choć wydawałoby się zwyczajnym wykopie Michała Piątkowskiego piłka dotarła do biegnącego lewym skrzydłem Norberta Bormańskiego, który huknął z powietrza nie do obrony, dając swojej drużynie kontakt.
Na początku drugiej połowy zobaczyliśmy klasyczny scenariusz: prowadzący grę rywal nie wyciąga wniosków, a Oldboys Derby bezlitośnie to wykorzystują. Świetne wychodzenie na wolne pole Michała Kurowskiego pozwoliło mu ustrzelić dublet, co mocno podirytowało przekonanych o swojej przewadze graczy Alashu. Konsekwencją były niepotrzebne spięcia i ostrzejsze odbiory, za które żółte kartki obejrzeli Kamil Koćwin oraz Daulet Niyazov.
W trudnych chwilach ponownie błysnął geniusz Madiyara, tym razem w roli asystenta przy bramkach Nurlykhana Yessenzhana i Olzhasa Zhambila. Po odzyskaniu prowadzenia goście mogli zamknąć mecz, lecz piłka po strzale jednego z ich zawodników odbiła się od poprzeczki i spadła na linię bramkową – tylko centymetry dzieliły Alash od kolejnego gola.
Jak trwoga, to do kapitana: Oldboys Derby zdołali wyprowadzić jeszcze jedną, ostatnią kontrę, w której podanie Bormańskiego wykorzystał nie kto inny, jak Wiktoruk, doprowadzając do remisu. Gospodarze zrobili potem wszystko, by utrzymać wynik i ostatecznie oba zespoły podzieliły się punktami w premierowej kolejce 7. Ligi.
Warsaw Gunners FC kontra Skra Warszawa zapowiadał się jako niezwykle interesujący pojedynek. Gospodarze to drużyna z dużym doświadczeniem w naszych rozgrywkach, celująca w czołowe miejsca tabeli, natomiast goście po udanym debiutanckim sezonie ostrzą sobie zęby na mistrzostwo 7. ligi.
Przed spotkaniem trudno było wskazać wyraźnego faworyta, ale pierwsze minuty pokazały, że lepiej w mecz weszła Skra. Po składnej akcji kombinacyjnej do siatki trafił Brian Mbewe, a niedługo później powtórzył swój wyczyn, zdobywając bliźniaczo podobną bramkę. Gunners doszli do głosu dopiero po skutecznym wykorzystaniu błędu rywali, co dało im gola kontaktowego. Od tego momentu tempo gry nieco zwolniło, lecz tuż przed przerwą genialnym strzałem Bartosz Dzikowski podwyższył prowadzenie Skry na 3:1.
Druga połowa to już popis gry ekipy gości, a przede wszystkim najlepszego w tym meczu Lewisa Onuigbo, który zaczął seryjnie zdobywać bramki. Zakończył spotkanie z pięcioma trafieniami i trzema asystami, znacząco pomagając drużynie objąć po pierwszej kolejce pozycję lidera i odnieść pierwsze w historii zwycięstwo nad Warsaw Gunners FC.
Od gospodarzy trzeba wymagać zdecydowanie lepszej postawy, bo zwłaszcza w drugiej połowie zaprezentowali się poniżej swoich możliwości. Skra Warszawa udowodniła natomiast, że w tym sezonie będzie poważnym kandydatem do walki o mistrzostwo.
W meczu otwierającym rundę jesienną Wataha Warszawa od pierwszych minut przejęła pełną kontrolę i pewnie pokonała Eagles 9:3. Już do przerwy goście prowadzili 4:2, choć wynik nie oddawał ich wyraźnej przewagi – byli lepsi zarówno indywidualnie, jak i drużynowo, często grając na pamięć i bezbłędnie rozmontowując defensywę rywala.
Cały zespół Watahy zagrał fenomenalnie, ale szczególne brawa należą się bramkarzowi Piotrowi Szwedo, który dwoił się i troił między słupkami, notując spektakularne interwencje i wielokrotnie frustrując napastników Eagles. Goście dziewięciokrotnie trafili do siatki, tracąc zaledwie trzy gole i zapisując na swoim koncie komplet punktów już w pierwszej kolejce. A Eagles? Apetyty mieli spore, ale to na pewno nie był ich optymalny skład. Być może byli też zaskoczeni poziomem 7. ligi, ale w Lidze Fanów nie ma łatwych meczów, o czym niestety przekonali się boleśnie na własnej skórze.
W niedzielę na Arenie Grenady odbyło się inauguracyjne spotkanie 7. Ligi Fanów pomiędzy KS Driperzy a Virtualne Ń. Zapowiedź meczu budziła spore emocje, bo naprzeciw siebie stanęli doświadczeni weterani oraz silna w poprzednim sezonie drużyna gospodarzy.
Od początku mecz był niezwykle wyrównany, pełen zwrotów akcji i dogodnych sytuacji. Strzelanie rozpoczął genialny tego dnia Szymon Kolasa, pokonując bramkarza fantastycznym uderzeniem z rzutu wolnego. Nastąpiła dynamiczna wymiana ciosów – Driperzy odpowiedzieli golem Kuby Brodzika, a chwilę później Kolasa skompletował dublet. Nim się obejrzeliśmy, gospodarze wyszli na prowadzenie 3:2. Od tego momentu Driperzy przejęli inicjatywę i to oni rozdawali karty, do przerwy dokładając jeszcze dwa trafienia.
W drugiej połowie można było się spodziewać, że doświadczeni zawodnicy Virtualne Ń wrócą do gry i powalczą o punkty, ale tak się nie stało. Z każdą minutą rosła przewaga gospodarzy, którzy kontrolowali przebieg meczu, przypieczętowując zwycięstwo bramkami Bartka Dłutowskiego oraz Jana Strzembosza.
Goście dopiero w końcówce ponownie zaczęli strzelać rozluźnionym już rywalom. Wszystkie gole dla Virtualne Ń zdobył tego dnia Szymon Kolasa. Mimo prowadzenia w pierwszej połowie Virtualni przespali jej dalszą część, pozwalając oponentom na szybki powrót – gdyby nie to, końcowy wynik mógł wyglądać zupełnie inaczej. Szansa na kolejne punkty nadarzy się już w najbliższą niedzielę.
Ostatnią serię meczów otwierających pierwszą kolejkę rundy jesiennej zamknęło starcie Czasoumilaczy z Tornado Squad. Pierwsze 25 minut upłynęło spokojnie, bez forsowania tempa. Obie drużyny podeszły do gry bardziej analitycznie niż chaotycznie, co przełożyło się na niewielką liczbę goli – do przerwy padły zaledwie trzy, a gospodarze schodzili do szatni z jednobramkową zaliczką.
Po zmianie stron obraz gry wyraźnie się zmienił. Czasoumilacze uznali, że najlepszą obroną jest atak, i coraz odważniej nacierali na bramkę strzeżoną przez Jakuba Rudnika. Bohaterem meczu został Dima Rumezhak, który zdobył dwa gole i zaliczył asystę, ale przede wszystkim imponował nieustępliwością i pracowitością – niemal przez całe spotkanie biegał od pola karnego do pola karnego, jakby miał płuca ze stali.
Determinacja Rumezhaka oraz dobra dyspozycja całego zespołu pozwoliły gospodarzom pewnie wygrać 6:3 i rozpocząć sezon kompletem punktów. Tornado? Wiemy, że oni potrzebują czasu, by się rozkręcić, ale ważne że grają i nie odpuścili rozgrywek. Wyniki przyjdą z czasem.
Inauguracyjne starcie ósmej ligi dostarczyło sporo emocji i od razu pokazało, że Synowie Księdza nie zamierzają być jedynie barwną ciekawostką po awansie. W spotkaniu z uznawanym za faworyta Force Fusion zaprezentowali się z dużą pewnością siebie i wygrali 6:4, potwierdzając, że ich zeszłoroczny rajd po awans nie był dziełem przypadku.
Pierwsza połowa była bardzo otwarta i obfitowała w bramki. Synowie od początku narzucili szybkie tempo i konsekwentnie szukali drogi do siatki rywala. Do przerwy prowadzili już 4:2, co pozwoliło im kontrolować przebieg meczu. Kluczowa w ich grze była nie tylko ofensywa, ale i kolektywne zaangażowanie – cała drużyna funkcjonowała jak dobrze naoliwiona maszyna, w której każdy dokładnie wiedział, jakie ma zadanie.
Na wyróżnienie zdecydowanie zasłużył Damian Węgierek, który zanotował aż trzy asysty. Jego wizja gry, umiejętność znajdowania kolegów w idealnych sytuacjach i precyzyjne podania sprawiły, że ofensywa Synów była wyjątkowo groźna. Warto jednak podkreślić, że tym razem nie było jednego bohatera – cała ekipa zagrała równo i z ogromną determinacją, co przełożyło się na końcowy sukces.
Force Fusion nie poddawało się i próbowało odwrócić losy meczu. Dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Dawid Paradowski, swoje trafienie dołożył także Oleh Leshchyshyn, a dodatkowo padł gol samobójczy po niefortunnej interwencji bramkarza Prycińskiego z Synów Księdza. To jednak było za mało – rywale grali zbyt pewnie i konsekwentnie, by wypuścić zwycięstwo z rąk.
Ostateczny wynik 6:4 pokazuje, że ósma liga może być dla Synów Księdza dużym wyzwaniem, ale mają oni wszelkie argumenty, by powalczyć tu o coś więcej niż tylko utrzymanie. Dla Force Fusion to zimny prysznic na start – jeśli chcą myśleć o kolejnych sukcesach, muszą szybko poprawić grę w defensywie.
Ciekawe widowisko zaserwowały nam ekipy Kresovia Warszawa i Dnipro United. Od początku mecz toczył się w dobrym tempie, a obie drużyny chciały koniecznie dobrze wejść w nowy sezon. Pierwsze groźne sytuacje stworzyli goście, ale bramkarz gospodarzy kilkukrotnie popisał się świetnymi interwencjami. Po akcji Kiryło Kuda i strzale Maksyma Marchenki nie zdołał jednak odbić piłki i na tablicy wyników było 0:1.
Zespół Danila Mikulicha dążył do wyrównania i dopiął swego po składnej akcji całego zespołu. Od stanu 1:1 obie ekipy miały swoje okazje, ale trzeba przyznać, że po obu stronach znakomicie spisywali się bramkarze. Do przerwy utrzymał się remis.
W drugiej odsłonie gospodarze mieli świetną szansę na objęcie prowadzenia, lecz nie wykorzystali okazji i to Dnipro ponownie wyszło na prowadzenie. Kresovia znów musiała gonić wynik i po kolejnej zespołowej akcji ponownie wyrównała. Chwilę później Mykola Tiuryn miał znakomitą okazję i po raz pierwszy drużyna Danila Mikulicha wyszła na prowadzenie.
Mając korzystny rezultat, gospodarze starali się kontrolować grę, ale po jednej ze strat zawodnik Kresovii ratował się faulem, za co otrzymał żółtą kartkę. Grając w przewadze, goście zdobyli bramkę wyrównującą, a do końca meczu pozostawały niespełna cztery minuty. Końcówka była niezwykle emocjonująca – obie drużyny miały swoje szanse, a najlepszą z nich zawodnik Dnipro, którego strzał zatrzymał się jednak na słupku.
Po bardzo dobrym meczu w wykonaniu obu zespołów spotkanie zakończyło się zasłużonym remisem 3:3 i podziałem punktów na inaugurację sezonu.
Q-Ice Warszawa w inauguracyjnej kolejce podejmowało zespół FC Legion UA – i było to starcie, które w pełni spełniło przedmeczowe oczekiwania. Strzelanie rozpoczęło się błyskawicznie: już po niespełna dwóch minutach goście objęli prowadzenie mocnym i pewnym strzałem. Duet Pushkarenko–Hehelskyi nadawał ton ofensywie Legionu, wymieniając się asystami i skutecznie finalizując kolejne akcje.
Gospodarze nie zamierzali jednak ustępować. Maks Kondarevych raz po raz odpowiadał rywalom, swoimi trafieniami doprowadzając do wyrównań i utrzymując wynik w równowadze. Pierwsza połowa zakończyła się sprawiedliwym remisem, a tempo gry nie pozwalało nawet na chwilę oddechu.
Po przerwie obraz meczu się nie zmienił – wciąż była to wyrównana batalia, choć nieco lepiej prezentował się zespół Łukasza Mroza. To właśnie Q-Ice potrafiło w decydujących momentach zachować więcej zimnej krwi. Końcówka spotkania zamieniła się w prawdziwą wojnę nerwów, z której zwycięsko wyszli gospodarze.
Kluczową rolę odegrali liderzy drużyny: wspomniany wcześniej Kondarevych, Vlad Yarmoliuk – autor czterech goli – oraz bramkarz Eduard Vakhidov, który popisał się aż pięcioma asystami, co w jego przypadku staje się wręcz znakiem firmowym. Ostatecznie Q-Ice Warszawa wygrało różnicą dwóch bramek, a ambitny Legion UA, mimo dobrej gry, musi uzbroić się w cierpliwość, jeśli chodzi o premierowe punkty.
Ciekawy pojedynek zapowiadał się w 8. lidze – obie drużyny awansowały klasę wyżej i każda chciała dobrze wejść w sezon. Pers zachował swój skład, natomiast Alliance w pełni uzasadnił swoją nazwę, łącząc w jednym zespole zawodników kilku ukraińskich ekip, głównie Ukrainian Devils i Astry.
Początek spotkania to prawdziwy zimny prysznic dla Alliance. W ciągu kilku minut Pers objął pewne prowadzenie 3:0 i konsekwentnie kontrolował grę. Jak zwykle największe zagrożenie stwarzało ofensywne trio Obidov–Usmonov–Musoev. Alliance odpowiedział, ale do przerwy i tak przegrywał 2:4.
W drugiej połowie długo utrzymywała się podobna historia – gdy tylko Alliance zbliżał się wynikiem, Pers szybko odpowiadał golem. Wydawało się, że mecz jest rozstrzygnięty. Jednak przy stanie 5:7 Alliance zdobył trzy bramki w szybkim odstępie czasu i sensacyjnie wyszedł na prowadzenie. Największy udział w tej pogoni miał Volodymir Lazaruk, który rozegrał kapitalne zawody i skompletował poker, zostając bezsprzecznie bohaterem meczu. Ostatni gol padł w kuriozalnych okolicznościach: dwóch zawodników Persa zderzyło się ze sobą i z rywalem, a przeciwnik otrzymał stuprocentową okazję, której nie zmarnował.
Chwilę później doszło jeszcze do ostrego, zupełnie niepotrzebnego faulu i na boisku wywiązała się przepychanka. Nie ma sensu o niej więcej wspominać – o szczegółach pisaliśmy już w „plusach i minusach” kolejki. Obu drużynom lepiej skupić się na piłce, bo te dwa zespoły naprawdę potrafią grać w futbol, a dzisiejszy mecz był tego najlepszym dowodem.
W pierwszej kolejce 8. Ligi Fanów doszło do spotkania, które przez długi czas było niezwykle wyrównane. Shitable podejmowało w roli gospodarza ekipę Legionu, a pierwsza połowa pokazała, że oba zespoły są gotowe na intensywną i fizyczną rywalizację. Do przerwy utrzymywał się remis 2:2, co dobrze oddawało zaciętość pojedynku i determinację obu stron.
Gospodarze dysponowali szerszą kadrą, co dawało im możliwość częstszych zmian i wydawało się, że to właśnie może być ich atut w drugiej części meczu. Jednak po przerwie Legion całkowicie przejął inicjatywę i wykorzystał swoje największe atuty – skuteczność oraz świetną organizację gry.
Kluczowe okazały się występy Igora Polskyiego oraz Vladyslava Barabasha. Obaj byli nie do zatrzymania przez defensywę Shitable – Polskyi dwukrotnie trafił do siatki, podobnie jak Barabash, a ich gole podcięły skrzydła gospodarzom. Z minuty na minutę Legion coraz mocniej dominował, zdobywając aż pięć bramek w drugiej połowie i nie pozostawiając rywalom żadnych złudzeń.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się wygraną Legionu 7:2, co było jasnym sygnałem dla reszty ligi, że to drużyna, z którą trzeba się poważnie liczyć. Shitable walczyło ambitnie i miało swoje momenty, ale zabrakło im koncentracji i skuteczności po przerwie. Legion natomiast pokazał charakter oraz siłę ofensywną, która może stać się ich największą bronią w nadchodzącym sezonie.
W jednym z meczów inaugurujących 9. Ligę byliśmy świadkami prawdziwego strzeleckiego widowiska. Na Arenie Grenady zmierzyły się drużyny Gamba Veloce oraz A.D.S Scorpion’s. Oba zespoły miały już okazję spotkać się podczas tegorocznej edycji Ligi Letniej – wtedy triumfowała Gamba, natomiast Scorpion’s przyjechał tym razem w mocno odmienionym składzie, co mogło dawać nadzieję na trzymające w napięciu starcie.
Początek meczu był wyrównany: obie ekipy badały się nawzajem, próbując narzucić własne tempo gry. Po chwili taktycznych szachów gra zaczęła się otwierać. Jako pierwsi bramkę zdobyli gospodarze – błąd w obronie wykorzystał Skwirtniański, wykładając piłkę do pustej bramki Florczukowi. Nim się obejrzeliśmy, Gamba prowadziła już 3:0, a beniaminek z każdą akcją nabierał wiatru w żagle. Świetną zmianę dał Sienicki, który ustrzelił dublet zaledwie kilka minut po wejściu na boisko. Do końca pierwszej połowy trafiali jeszcze Nita, Filip Wolski oraz Kiszka, dzięki czemu do przerwy na tablicy widniał już wynik 8:0. Goście wyglądali na kompletnie zagubionych, nie nadążając za tempem rywali.
Po zmianie stron wydawało się, że intensywność gry nieco opadnie, ale nie w tym meczu. Druga połowa rozpoczęła się niemal identycznie jak pierwsza – Skwirtniański ponownie wykorzystał błąd w defensywie i zanotował kolejną asystę. Chwilę później cudownym rajdem popisał się Filip Wolski, podwyższając prowadzenie na 10:0. Dopiero w 30. minucie spotkania przebudziła się drużyna A.D.S Scorpion’s – pewnym strzałem akcję zakończył Morra.
Niestety dla gości kolejne minuty były pechowe: zaliczyli dwa samobóje, przeplatane efektownym golem Dybowskiego, który zabawił się z rywalami niczym w brazylijskim stylu. Następnie Radziszewski po akcji kombinacyjnej trafił na 14:1. Goście odpowiedzieli dopiero w końcówce, zdobywając w krótkim odstępie dwa gole. Mecz w spokojnym tempie dobiegł do końca, a Gamba dołożyła jeszcze dwa trafienia.
Rezultat 16:3 mówi sam za siebie. Gamba Veloce melduje się w lidze z przytupem i jasno sygnalizuje, że interesuje ich walka o złoto. A.D.S Scorpion’s muszą natomiast jak najszybciej zapomnieć o tym spotkaniu i w kolejnej kolejce wyjść na boisko z czystą głową, bo sezon dopiero się zaczyna.
W potyczce 1. kolejki 9. ligi zmierzyły się ekipy Asap Vegas FC oraz Królewscy Wola. Od pierwszego gwizdka sędziego było jasne, że obie drużyny przyjechały po trzy punkty – intensywność, zaangażowanie i wyrównany poziom gry mogły się podobać.
Pierwsza połowa obfitowała w składne akcje i dobre okazje z obu stron, jednak to Asap Vegas jako pierwsi objęli prowadzenie. Na listę strzelców wpisał się Kacper Drozdowicz, skutecznie wykańczając jedną z akcji gospodarzy. Do przerwy było 1:0, co zapowiadało jeszcze więcej emocji po zmianie stron.
Druga połowa nie przyniosła zmiany obrazu gry – walka trwała w najlepsze, a sytuacje mnożyły się pod obiema bramkami. Szczególnie Kamil Ostapiński, bramkarz Królewskich, miał pełne ręce roboty, notując kilka kapitalnych interwencji i utrzymując swój zespół w grze. W końcówce spotkania emocje sięgnęły zenitu. Po celnym uderzeniu z rzutu wolnego Kuba Gajda doprowadził do wyrównania. Radość gości nie trwała jednak długo – zaledwie chwilę później ponownie błysnął Kacper Drozdowicz, zdobywając swoją drugą bramkę i ustalając wynik na 2:1 dla gospodarzy.
Choć to reprezentanci Asap Vegas FC mogli cieszyć się ze zwycięstwa, oba zespoły zostawiły na boisku mnóstwo serca i zaprezentowały się z bardzo dobrej strony. Jeśli następne kolejki 9. ligi będą równie emocjonujące, kibice mogą szykować się na naprawdę pasjonujący sezon.
Obie ekipy miały w tym meczu coś do udowodnienia, dlatego oglądaliśmy bardzo wyrównane i emocjonujące spotkanie. Sandacz nie popisał się frekwencją, stawiając się na placu gry z zaledwie jedną zmianą, natomiast Legendy nie tylko dysponowały szeroką ławką rezerwowych, ale też ogromnym głodem strzelania bramek. Ujawnił się on już w 3. minucie, gdy Mateusz Borczyk otworzył wynik.
Nie minęły dwie minuty, a sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy, który pewnie wykorzystał Marcin Wojciechowski. Po świetnym początku w wykonaniu drużyny z Bielan do głosu doszedł Sandacz, a konkretnie nowy nabytek tego zespołu – Rafał Bujalski. W 10. minucie wykorzystał podanie Damiana Słojkowskiego, a chwilę później popisał się akcją indywidualną i mieliśmy remis. Riposta gospodarzy była błyskawiczna – Jan Wojciechowski ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie, które chwilę później podwyższył Marcin Wojciechowski. Goście jeszcze przed przerwą zdołali odrobić straty. Najpierw zapunktował Kacper Zając, a w ostatniej akcji pierwszej połowy Damian Rozmarynowski w nieco kontrowersyjnych okolicznościach doprowadził do remisu 4:4.
Druga połowa lepiej rozpoczęła się dla Sandacza. W 27. minucie Damian Słojkowski dał swojej drużynie prowadzenie, a chwilę później dołożył drugie trafienie i nagle losy meczu całkowicie się odwróciły. Wprawdzie Bielany Legends nie zwiesili głów, ale coś w ich grze wyraźnie się zacięło. W pierwszej połowie rozgrywali piłkę zespołowo, co przynosiło efekty, natomiast po przerwie skupili się na indywidualnych akcjach, które przeważnie rozbijały się o obronę gości.
W 35. minucie Rafał Malinowski obejrzał żółtą kartkę, a przewagę liczebną gospodarze przekuli w gola autorstwa Mateusza Borczyka. Prowadzenie Sandacza stopniało do zaledwie jednego trafienia, lecz poszukując wyrównania, Legendy zbytnio się odkryły. Goście wykorzystali to, przechodząc do gry z kontry, a jedną z takich akcji zabójczo wykończył Paweł Podkoń.
W samej końcówce Piotr Kamiński przywrócił gospodarzom nadzieję na remis, ale czasu zabrakło i Sandacz dowiózł korzystny wynik do końca, zgarniając trzy punkty. Choć Legendom zabrakło nieco koncentracji, szczególnie w drugiej połowie, to w naszym odczuciu dobrze zaprezentowali się w pierwszym meczu sezonu. Sandacz mimo zwycięstwa musi jednak popracować nad frekwencją. Jedno jest pewne – rewanż w rundzie wiosennej zapowiada się na prawdziwe widowisko.
KSB II Warszawa podejmowało LaFlame Bielany w meczu rezerw drużyn, które na co dzień występują w najwyższej klasie rozgrywkowej Ligi Fanów. Był to także swoisty „mecz przyjaźni”, rozgrywany w wyjątkowo spokojnej atmosferze. Dobre relacje między zespołami było widać zarówno w zachowaniu zawodników na boisku, jak i w liczbie „prezentów”, jakie wzajemnie sobie sprawiali.
Obie ekipy postawiły na ofensywę i grały radosny, otwarty futbol. Do 11. minuty padło aż osiem goli – po cztery dla każdej ze stron. Większość strzałów zmierzających w światło bramki kończyła się golem. Taki obraz meczu utrzymywał się przez całą pierwszą połowę, która zakończyła się wynikiem 6:6.
Drugą część lepiej rozpoczęły rezerwy KSB, obejmując prowadzenie 7:6, ale były to tylko dobre złego początki. Od tego momentu zawodnicy Michała Tarczyńskiego jakby stanęli, co skrupulatnie wykorzystali rywale, zdobywając kolejne bramki.
Bardzo aktywny był zwłaszcza Szymon Lisiecki, który zakończył mecz z dorobkiem trzech goli i trzech asyst. Wtórował mu Staszyc (3 gole, 2 asysty) oraz Przewoźny i Grygorczuk (po 2 gole). Z upływem czasu przewaga gości rosła, a gospodarze wyraźnie opadli z sił. Stać ich było jedynie na trafienie Giżyńskiego w końcówce, co nie mogło już odwrócić losów rywalizacji.
Ostatecznie LaFlame Bielany pokonało KSB II Warszawa 11:8.
W pierwszej kolejce 9. szczebla rozgrywkowego Ligi Fanów, na Arenie Grenady, spotkały się drużyny KS Iglica Warszawa i TRCH. Od pierwszych minut było jasne, kto będzie rozdawał karty w tym spotkaniu, ponieważ gospodarze szybko przejęli pełną kontrolę nad meczem.
Wynik otworzył Kacper Kubiszer, skutecznie wykańczając podanie od Kacpra Romanowskiego. Choć rezultat 1:0 utrzymywał się dość długo, końcówka pierwszej połowy należała już w pełni do podopiecznych Radka Sówki. Najpierw na 2:0 podwyższył Jakub Zając, a tuż przed przerwą Sebastian Szczygielski dołożył trzecie trafienie, ustalając wynik do przerwy na 3:0. Dorobek bramkowy Iglicy mógł być jeszcze wyższy, ale kilkukrotnie świetnymi interwencjami ratował swój zespół bramkarz TRCH, Wojtek Matczak.
Druga połowa rozpoczęła się pozytywnym akcentem dla gości – bramkę zdobył Mikołaj Kawecki, dając swojej drużynie cień nadziei na odwrócenie losów meczu. Radość TRCH nie trwała jednak długo, bo Kubiszer odpowiedział niemal błyskawicznie, zdobywając kolejne trafienie i kompletnie podcinając skrzydła rywalom. Od tego momentu na boisku dominowała już tylko jedna drużyna.
KS Iglica Warszawa nie zwalniała tempa i systematycznie powiększała przewagę, ostatecznie wygrywając aż 9:1. Był to bezapelacyjny pokaz siły i znakomite wejście w sezon w wykonaniu triumfatorów. Jeśli utrzymają formę z tego spotkania, mogą być jednym z głównych kandydatów do czołowych lokat w nadchodzących rozgrywkach. I pewnie taki jest również ich cel.
Znakomite, pełne zwrotów akcji spotkanie rozegrały zespoły Husarii Mokotów i Górki Kazurki. Pierwsze minuty przyniosły szybką, dobrą grę po obu stronach, ale skuteczniejsi byli goście. Szybko objęli prowadzenie i choć chwilę później ekipa Tomka Hubnera wyrównała, zawodnicy w niebieskich trykotach ponownie odskoczyli z wynikiem. Świetnie w bramce spisywał się Jan Lewandowski, kilkukrotnie ratując swój zespół przed utratą gola.
Jeszcze przed przerwą Husaria zmniejszyła dystans i do szatni drużyny schodziły przy wyniku 2:4. Po zmianie stron w obozie gospodarzy nastąpiły dwie roszady: między słupkami stanął Jakub Myszór, a do ataku przesunął się Tomek Hubner. Początkowo nie przynosiło to efektów, lecz z czasem Husaria zaczęła odrabiać straty. W pewnym momencie było już 4:5, a następnie 5:6.
Gdy po bramce na 5:7 wydawało się, że Górka Kazurka dowiezie wynik do końca, w grę gości wkradła się nonszalancja. Kilka prostych błędów w defensywie oraz nieskuteczność pod bramką przeciwnika dały gospodarzom nową energię. Husaria najpierw wyrównała, a chwilę później wyszła na prowadzenie. Rozpaczliwe ataki przyjezdnych nic nie dały, a równo z końcowym gwizdkiem Tomek Hubner ustalił rezultat na 10:7.
Wynik z pewnością nie oddaje w pełni przebiegu meczu, ale trzeba przyznać, że doświadczenie i spryt Husarii zapewniły jej cenne trzy punkty w premierowym starciu tego sezonu.
W 10. lidze czekało nas naprawdę ciekawe spotkanie. Na boisku zmierzyły się dwa zespoły z zupełnie innym bagażem doświadczeń. FC Po Nalewce to drużyna dobrze znana w Lidze Fanów – zarówno pod względem stażu, jak i średniego wieku zawodników. Mają już swoje sukcesy, m.in. zwycięstwo w tej samej 10. lidze dwa lata temu. Desperados to natomiast całkowite przeciwieństwo – młody, ambitny zespół, który dopiero debiutuje w rozgrywkach po przejściu z Warszawskiej Ligi Osiedlowej. Większość ich zawodników to bardzo młodzi chłopcy, stawiający dopiero pierwsze kroki w seniorskiej piłce.
Mimo że Desperados przyjechali niemal bez zmian i nie w pełnym składzie, od początku wyglądali lepiej i prowadzili grę. W pewnym momencie na tablicy widniało już 5:1 i wydawało się, że czeka nas jednostronny pojedynek. Jednak doświadczenie Po Nalewce zrobiło swoje – dwa szybkie gole tuż przed przerwą sprawiły, że do szatni schodzili przy wyniku 5:3.
Druga połowa miała bardzo podobny przebieg. Desperados ponownie odskoczyli na cztery trafienia i znów wydawało się, że jest po meczu. Ale Po Nalewce nie zamierzali się poddawać – zmniejszyli stratę do minimum i mieli nawet szansę na wyrównanie. Z drugiej strony, Desperados kilkakrotnie mogli „zamknąć” spotkanie, ale marnowali dogodne sytuacje. Ostatecznie skończyło się na minimalnym zwycięstwie beniaminka, choć w przyszłości będą musieli być bardziej skuteczni i chłodni pod bramką, by uniknąć takich nerwowych końcówek.
Jeśli chodzi o indywidualności – obie drużyny miały swoich bohaterów. W FC Po Nalewce brylował doświadczony Michał Kurowski (4 gole + 1 asysta) oraz Kacper Konowrocki (2 gole + 1 asysta). Po stronie Desperados świetnie wypadł Jan Szcześniak, autor dwóch bramek i dwóch asyst – jego wpływ na grę był jednak dużo większy niż pokazują same liczby. To zawodnik, który potrafił „ciągnąć” drużynę i jeśli utrzyma ten poziom, czeka go naprawdę duża przyszłość. Kapitalnie spisał się także Sebastian Kowalczyk, który skompletował hat-tricka, popisując się kilkoma efektownymi trafieniami. Mecz przyniósł kibicom sporo emocji i pokazał charakter obu drużyn: Po Nalewce potwierdzili, że potrafią walczyć do końca, a Desperados udowodnili, że mimo debiutu w lidze, już teraz mogą namieszać i wygrywać z doświadczonymi rywalami.
Potyczka pomiędzy Bulbez Team Bemowo a Grajkami i Kopaczami była prawdziwym widowiskiem ofensywnego futbolu, które zakończyło się zwycięstwem gości 9:6. Pierwsza połowa przebiegała zdecydowanie pod dyktando Grajków – ich szybkie akcje, skuteczne podania i zimna krew pod bramką rywala sprawiły, że jeszcze przed przerwą prowadzili aż 6:1. Bulbez miał ogromne problemy w defensywie, a każdy kolejny atak przeciwnika niósł zagrożenie. Jedynym pozytywnym akcentem gospodarzy było trafienie, które pozwoliło zachować nadzieję przed drugą częścią gry.
Po zmianie stron obraz meczu zmienił się diametralnie. Gospodarze zagrali odważniej i ruszyli do odrabiania strat. Na listę strzelców wpisywali się Rafał Dobrosz i Łukasz Żendzian, a aktywna gra Leszka Zalewskiego i Szymona Golonki wniosła energię w poczynania Bulbezu. Zespół z Bemowa zdołał zmniejszyć dystans i na chwilę stworzyć wrażenie, że wielki powrót jest możliwy. Grajki i Kopacze zachowali jednak spokój i konsekwencję. Ich kluczowym zawodnikiem okazał się Kuba Dworakowski, który wielokrotnie kończył szybkie kontrataki i skompletował hattricka. Duże znaczenie miała też gra Jakuba Zarychty, odpowiedzialnego za kreowanie akcji i utrzymywanie rytmu drużyny. W końcówce to właśnie skuteczność gości przesądziła ostatecznie o ich triumfie.
Bulbez Team pokazał charakter w drugiej połowie, lecz nie zdołał odrobić zbyt dużej straty z pierwszej części gry. Grajki i Kopacze zasłużenie wywieźli komplet punktów, prezentując futbol skuteczny i dojrzały, który może dać im przewagę w dalszej rywalizacji w sezonie 2025/26.
W meczu 10. ligi powracająca do rozgrywek ekipa Fuszerki zmierzyła się z Wczorajszymi. Od początku gospodarze wywierali presję, mieli więcej z gry, częściej utrzymywali się przy piłce i stwarzali sobie liczne sytuacje bramkowe. Na przerwę schodzili z jednobramkową zaliczką, choć liczba niewykorzystanych okazji z pewnością mogła ich frustrować – dwa trafienia to było absolutne minimum.
Po zmianie stron zaczęło się potwierdzać piłkarskie porzekadło, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. Wczorajsi grali skuteczniej i potrafili postawić przysłowiową „kropkę nad i”. Świetny mecz rozgrywał Jakub Erbel, który był zaangażowany w niemal każdą ofensywną akcję swojej drużyny i stał się prawdziwym liderem zespołu.
Gospodarze długo prowadzili, ale w końcówce wypuścili zwycięstwo z rąk, tracąc decydującego gola w ostatniej minucie. Trafienie na 4:3 zdobył właśnie Jakub Erbel, zapewniając Wczorajszym komplet punktów i wymarzony start rundy jesiennej. Widać, że liga letnia nie poszła w las i doświadczenie zebrane w wakacje zaprocentowało.
Pierwsza kolejka nowego sezonu przyniosła kibicom prawdziwy festiwal emocji. Mecz zakończył się widowiskowym remisem 5:5 i był doskonałą ilustracją tego, że obie drużyny wchodzą w rozgrywki z różnymi historiami, ale podobnym apetytem na udany start.
Polska Górom, zmagająca się w ostatnich sezonach z bolesną serią spadków, wyszła na murawę z determinacją, by wreszcie odwrócić negatywny trend. Do przerwy gospodarze prowadzili 2:1 i wydawało się, że kontrolują wydarzenia na boisku. Duży udział miał w tym golkiper Jakub Szymkowiak, który stał się nieoczekiwanym bohaterem. Nie tylko świetnie bronił, ratując zespół w trudnych momentach, ale także zadziwił wszystkich skutecznością w ofensywie – zdobył dwie bramki i dołożył asystę. Tak wszechstronny występ sprawił, że bez wątpienia był najlepszym zawodnikiem w barwach gospodarzy.
Po zmianie stron do głosu doszedł Gawulon FC. Choć to ich pierwszy pełny sezon w Lidze Fanów, pokazali, że są drużyną ambitną i waleczną. Kluczową postacią był Kacper Pawłowski, który raz sam wpisał się na listę strzelców, a dodatkowo zanotował aż trzy asysty. Jego szybkość, dynamika i pomysłowość w grze otwierały kolegom drogę do bramki i sprawiały ogromne problemy defensywie Polski Górom. Dzięki jego aktywności Gawulon zdołał odrobić straty i w końcówce doprowadzić do emocjonującego remisu.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się podziałem punktów, który wydaje się w pełni sprawiedliwy. Polska Górom pokazała, że potrafi walczyć i ma indywidualności zdolne do przechylenia losów meczu, ale nadal musi popracować nad stabilnością defensywy. Gawulon FC z kolei udowodnił, że świetny debiut wiosną nie był przypadkiem – są gotowi rywalizować jak równy z równym na wyższym poziomie.
Pojedynek Mocnego Narketu z MWSP zapowiadaliśmy jako starcie dwóch kapitanów, ale nie spodziewaliśmy się, że będzie to pojedynek bramkarski. Ruben Nieścieruk to etatowy golkiper gospodarzy, natomiast Maciej Wrotniak musiał awaryjnie – przynajmniej w pierwszej części – stanąć między słupkami MWSP. W premierowych 25 minutach nie zobaczyliśmy wielu bramek, choć okazji do strzelenia gola nie brakowało. Goście całkiem nieźle operowali piłką, nie dali się stłamsić rywalowi, próbowali strzałów z dalszej odległości, ale te nie sprawiały najmniejszych problemów Rubenowi Nieścierukowi. Z kolei Mocny Narket był o wiele mniej konkretny – właściwie Wrotniak nie musiał się zbytnio przemęczać, bo gospodarze nie dochodzili do klarownych sytuacji.
Przełamanie nastąpiło w 22. minucie, gdy jeden z zawodników MWSP stracił piłkę na własnej połowie, a błąd ten świetnie wykorzystał Bartosz Sitek, otwierając wynik spotkania. Do przerwy było więc skromne 1:0. MWSP musiał gonić rezultat, a rywal dysponował znacznie szerszą kadrą, co przy panujących warunkach pogodowych mogło być sporym handicapem. Sytuacja gości jeszcze bardziej się skomplikowała, gdy Maciek Zadroziński podwyższył prowadzenie Narketu na 2:0.
Mało kto spodziewał się wtedy takiego zwrotu akcji. Najpierw goście zdobyli bramkę kontaktową, przywracając nadzieję na korzystny wynik. Sporo okazji miał Janek Małaśnicki, ale tego dnia nie potrafił wstrzelić się w bramkę. Gdy wydawało się, że Mocny Narket dowiezie skromne zwycięstwo do końca, zabrakło postawienia kropki nad „i”. W samej końcówce Jan Michna dwukrotnie trafił do siatki, dając MWSP zwycięstwo 3:2.
Remis nie skrzywdziłby nikogo, ale są takie mecze, które trzeba po prostu „przepchnąć” – i właśnie tak MWSP sięgnęło po pełną pulę.
W inauguracyjnej kolejce 11. Ligi Fanów doszło do spotkania, które od początku miało jednego wyraźnego faworyta. Hiszpański Galeon podejmował FC Patetikos, a mecz od pierwszych minut przebiegał pod całkowite dyktando drużyny gości. Już do przerwy Patetikos prowadzili pewnie 3:0, pokazując większą kulturę gry, lepszą organizację i wysoką skuteczność w ofensywie.
Po zmianie stron przewaga przyjezdnych tylko rosła. Kolejne bramki padały w szybkim tempie, a gospodarze nie byli w stanie zatrzymać świetnie funkcjonującej ofensywy rywala. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem aż 11:2, co jest jasnym sygnałem, że FC Patetikos będą jednym z głównych kandydatów do walki o czołowe miejsca w lidze.
Najważniejszą postacią spotkania był bez wątpienia Paweł Jasztel. Jego występ można określić mianem spektakularnego – zakończył mecz z dorobkiem aż pięciu asyst i dwóch bramek. To on napędzał grę ofensywną swojej drużyny, rozgrywał piłkę z dużą swobodą i precyzją, a jego podania regularnie otwierały kolegom drogę do siatki. Udział przy siedmiu trafieniach jednoznacznie uczyniło go MVP tego starcia.
Hiszpański Galeon zdołał odpowiedzieć jedynie dwoma golami, które były raczej kwestią honoru niż realnej walki o punkty. Różnica jakości i doświadczenia była wyraźna. FC Patetikos rozpoczęli sezon od mocnego uderzenia, a ich efektowna wygrana 11:2 to jasny sygnał ostrzegawczy dla kolejnych rywali.
Mistrzowie Chaosu na przywitanie z sezonem 2025/26 zmierzyli się z drużyną Piwo Po Meczu FC i od początku było wiadomo, że czeka nas starcie pełne zwrotów akcji. Gospodarze wracali po rozczarowującej wiośnie z nową energią i kluczowymi zawodnikami gotowymi do gry, natomiast goście od kilku lat systematycznie pną się w górę ligowej hierarchii, budując opinię zespołu solidnego i skutecznego.
Pierwsza połowa pokazała, że przewidywania o wyrównanym meczu były trafne. Tempo gry było wysokie, a akcje sunęły raz za razem na obie bramki. Do przerwy widniał rezultat 2:2, co doskonale oddawało przebieg spotkania. Piwo Po Meczu prezentowało równy, kolektywny futbol, bez wyraźnych gwiazd, ale z mocnym zespołowym zaangażowaniem. Mistrzowie Chaosu natomiast liczyli przede wszystkim na indywidualne błyski swoich liderów.
Po zmianie stron gospodarze pokazali jednak, dlaczego są jednymi z faworytów tej edycji. Kluczowe role odegrali Tomek Faltynowski i Bartek Cieślak – duet, który siał zamęt w defensywie rywali. Faltynowski zakończył spotkanie z dorobkiem dwóch goli i dwóch asyst, potwierdzając świetną formę już na starcie sezonu. Cieślak z kolei skompletował hat-tricka, co uczyniło go głównym katem Piwa Po Meczu. To właśnie ta dwójka napędzała ofensywę Mistrzów, przechylając szalę zwycięstwa w drugiej połowie.
Ostatecznie Mistrzowie Chaosu wygrali 5:3, choć mecz do samego końca trzymał w napięciu. Piwo Po Meczu zagrało solidnie, ale zabrakło im zawodnika, który w kluczowych momentach wziąłby ciężar gry na siebie. Gospodarze pokazali natomiast, że wyciągnęli wnioski z poprzedniego sezonu zasadniczego i potrafią wygrywać w trudnych, wyrównanych starciach. Ten wynik daje im udany początek ligi i sygnał, że mogą znów walczyć o najwyższe cele.
W meczu 11. Ligi Fanów AC Choszczówka zaprezentowała się z bardzo solidnej strony i zasłużenie pokonała Legijną Ferajnę 4:1. Gospodarze od pierwszych minut imponowali dobrą organizacją gry w defensywie, skutecznie neutralizując ofensywne atuty przeciwnika. Legijna Ferajna, mimo licznych prób, nie potrafiła przebić się przez szczelną obronę Choszczówki, a gdy już się to udawało – na posterunku był bramkarz lub dobrze ustawieni obrońcy.
Choszczówka umiejętnie wykorzystywała szybkie kontry, a jedna z nich przyniosła prowadzenie. Górecki wykorzystał błąd rywali i otworzył wynik, dając swojej drużynie zasłużoną przewagę do przerwy.
W drugiej połowie gospodarze nie zwolnili tempa. Ponownie błysnął Górecki, który po raz drugi wpisał się na listę strzelców, podwyższając na 2:0. Chwilę później kolejną składną akcję wykończył Kochanowski, pewnie wykorzystując podanie Przybysza – zrobiło się 3:0. Goście nie poddali się i w 44. minucie Grześkowiak zdobył honorowego gola, ale ostatnie słowo należało do gospodarzy. Już minutę później, w 45. minucie, po szybkim ataku wynik ustalił Bartosz Sałata, któremu asystował Kochanowski.
Legijna Ferajna może mówić o szczęściu, że nie straciła więcej bramek – kilkukrotnie świetnymi interwencjami popisał się Tomasz Zaręba. AC Choszczówka była lepsza w każdym elemencie gry i w pełni zasłużenie sięgnęła po komplet punktów.
Pierwsza kolejka nowego sezonu w Lidze Fanów przyniosła spotkanie, które już teraz można zaliczyć do najbardziej emocjonujących. Na murawie zmierzyli się gospodarze – FC Warsaw Wilanów, od kilku edycji marzący o złotym medalu, oraz CWKS Ferajna Warszawa, ambitny zespół rozpoczynający swój drugi sezon na tym poziomie rozgrywek. Faworytem byli gospodarze, ale boisko pokazało, że o punkty trzeba walczyć do ostatniej sekundy.
Pierwsza połowa przyniosła wiele zwrotów akcji i niespodziewane prowadzenie CWKS. Do przerwy to właśnie goście wygrywali 3:2, a sygnał do ataku dał im Kacper Waz, który od początku spotkania imponował skutecznością. Warsaw Wilanów próbował odpowiadać kombinacyjną grą, ale defensywa CWKS wytrzymywała większość naporu, a przewaga gości utrzymywała się aż do zejścia do szatni.
Druga połowa była już prawdziwym festiwalem emocji. Znakomite zawody rozgrywał Maciej Dobrowolski, bramkarz gospodarzy, który nie tylko bronił w sytuacjach sam na sam, ale także świetnie organizował ustawienie obrony. Dzięki jego koncentracji i interwencjom Wilanów utrzymywał kontakt z rywalem i nie pozwolił CWKS na odskoczenie.
Choć Kacper Waz zdobył wszystkie cztery bramki dla Ferajny, co samo w sobie jest wyczynem godnym podkreślenia, ostatecznie nie wystarczyło to do zwycięstwa. Warsaw Wilanów wykorzystał swoje szanse w decydujących momentach i przechylił szalę meczu na swoją korzyść. Spotkanie zakończyło się wynikiem 5:4 dla gospodarzy, którzy pokazali, że mają charakter i potrafią odwracać losy spotkania nawet w trudnych okolicznościach.
Ten mecz był świetnym otwarciem sezonu – obfitował w bramki, indywidualne popisy i dramatyczne momenty. Warsaw Wilanów dzięki tej wygranej od razu sygnalizuje swoje aspiracje medalowe, a CWKS Ferajna Warszawa, mimo porażki, mogła zejść z boiska z podniesionym czołem.
Mocne wejście w nowy sezon zaliczyło Dynamo Wołomin. Ekipa Macieja Kosińskiego stanęła naprzeciwko nieco zagadkowej drużyny Lumina i pokazała się z bardzo dobrej strony. Już w pierwszej akcji meczu mogło być 1:0 i tylko świetna interwencja bramkarza gości uchroniła ich przed stratą gola. Mimo to Dynamo nie zwalniało i już w 3. minucie na prowadzenie wyprowadził swój zespół niezawodny Mikołaj Matera. Kolejne trafienie dołożył w 7. minucie, a chwilę później swoje trzy grosze dorzucił Adam Domidowicz i w niecały kwadrans gospodarze uzyskali wyraźną przewagę.
Ta przewaga zresztą rosła z minuty na minutę. Choć w końcówce pierwszej połowy gola kontaktowego zdobył Vlad Krupa, gospodarze byli po prostu znacznie lepiej zorganizowani, szczególnie w obronie. Akcje gości stawały się groźne, gdy rozgrywali piłkę na jeden kontakt, ale nie zdarzało się to często – w pozostałych sytuacjach rozbijali się o solidny blok defensywny Dynamo. Ekipa z Wołomina grała przyjemny dla oka, zespołowy futbol, co przynosiło znakomite efekty.
Na początku drugiej połowy Andrzej Śliwka asystował przy golu Natalii Duby, po chwili sam wpisał się na listę strzelców, a niemal natychmiast kolejne trafienie zaliczył Mikołaj Matera. Lumina miała swoje momenty – jednym z nich było przepiękne uderzenie z rzutu wolnego w wykonaniu Danylo Polikevycha, który efektownym „rogalem” posłał piłkę do siatki tuż przy słupku.
W końcówce w szeregi Dynamo wkradła się lekka nonszalancja i gościom udało się nieco zmniejszyć straty, jednak zwycięstwo gospodarzy ani przez moment nie było zagrożone. Trzy punkty w pełni zasłużenie powędrowały na konto przybyszów z Wołomina.
Pierwsza kolejka 12. Ligi Fanów przyniosła spotkanie, które od początku zapowiadało się interesująco. Na boisko wybiegli gospodarze – Furduncio Brasil F.C. II – oraz drużyna FC Razam. Już od pierwszych minut było widać, że Brazylijczycy są lepiej przygotowani zarówno technicznie, jak i fizycznie, co szybko przełożyło się na wydarzenia boiskowe.
Pierwsza połowa należała zdecydowanie do gospodarzy. Bohaterem tej części meczu był Caio Barbosa, który dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. Szczególne wrażenie zrobiło jego pierwsze trafienie – zdobyte bezpośrednio z rzutu rożnego. Precyzja i siła uderzenia całkowicie zaskoczyły bramkarza FC Razam, a kibice długo oklaskiwali tę efektowną bramkę. Drugie trafienie Barbosy również pokazało jego instynkt strzelecki i znakomitą technikę. Do przerwy Furduncio prowadziło pewnie 2:0.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ większej zmianie. Brazylijczycy kontrolowali tempo, imponowali wyszkoleniem technicznym i wydolnością, co pozwoliło im systematycznie powiększać przewagę. Do końca spotkania zdobyli jeszcze trzy bramki, pokazując pełną dominację w ofensywie. FC Razam zdołało odpowiedzieć jedynie jednym honorowym trafieniem.
Ostatecznie Furduncio Brasil F.C. II zwyciężyło 5:1, dając jasny sygnał, że będzie groźnym przeciwnikiem dla każdego w tej lidze. Ich gra łączyła widowiskowość z efektywnością, a postawa Caio Barbosy sprawiła, że już w pierwszej kolejce wyrósł on na lidera zespołu i kandydata do miana jednej z gwiazd rozgrywek.
Start 12. ligi przyniósł wynik, którego niewielu się spodziewało. Faworyzowana Rodzina Soprano musiała uznać wyższość FC Vikersonn UA II, a spotkanie zakończyło się efektownym zwycięstwem gospodarzy aż 10:4. Choć pierwsza połowa nie zapowiadała tak jednostronnego finału, po przerwie drużyna z Ukrainy włączyła wyższy bieg i kompletnie zdominowała rywali.
Pierwsze 25 minut było wyrównane. Oba zespoły odpowiadały sobie cios za cios, a na tablicy widniał remis 3:3. Wydawało się, że w drugiej części zobaczymy podobny obraz gry, tymczasem Vikersonn UA II wszedł na zdecydowanie wyższy poziom intensywności. Zagrali szybciej, agresywniej i przede wszystkim skuteczniej, całkowicie rozbijając defensywę Rodziny Soprano.
Kluczową postacią spotkania był Oleksii Kyselov, który rozegrał kapitalne zawody – cztery zdobyte bramki i asysta mówią same za siebie. To on prowadził ofensywę gospodarzy, świetnie odnajdując się w polu karnym i wykorzystując każdy błąd przeciwników. Równie duży wpływ na wynik miał Mati Musoew, autor dwóch goli i aż trzech asyst. Jego aktywność i wizja gry sprawiły, że ataki Vikersonna były płynne i niezwykle groźne.
Rodzina Soprano próbowała gonić wynik, ale w drugiej połowie była bezradna wobec dobrze zorganizowanego i skutecznego przeciwnika. Najlepszym strzelcem gości okazał się Krzysztof Kulibski, zdobywca dwóch bramek, jednak tym razem nie był w stanie poprowadzić swojej drużyny – jego występ był daleki od najlepszych z poprzednich sezonów.
Ostatecznie gospodarze wygrali różnicą sześciu trafień, wysyłając mocny sygnał na początek rozgrywek. Pokazali, że nawet druga drużyna Vikersonna może być groźnym przeciwnikiem, a przy takiej formie ofensywnej będą liczyć się w walce o czołowe lokaty. Dla Rodziny Soprano to bolesny start sezonu i szybka lekcja pokory – jeśli chcą walczyć o medale, muszą wyciągnąć wnioski z tej dotkliwej porażki.
Niezwykle jednostronne starcie oglądaliśmy już w pierwszej kolejce dwunastego poziomu rozgrywkowego Ligi Fanów. Doświadczony Melange podejmował debiutującą w rozgrywkach ekipę Vox Populi i – co tu dużo mówić – to właśnie „stare wygi” pokazały młodym wilkom, jak gra się w piłkę.
Pierwsza połowa toczyła się pod pełne dyktando gospodarzy. Cztery zdobyte bramki to wręcz najniższy wymiar kary, jakim pomarańczowi potraktowali ligowych nowicjuszy. W tej części meczu zdecydowanie wyróżniał się Marcin Godlewski – autor dwóch goli i dwóch asyst, a przy tym motor napędowy całej drużyny. Jego wkład w grę, determinacja i walka o każdą piłkę nie umknęły uwadze rywali.
Kiedy wydawało się, że przy prowadzeniu 4:0 mecz nieco się uspokoi, zawodnicy obu zespołów szybko wyprowadzili nas z błędu. Goście zaczęli odważniej atakować, jednak to Melange wciąż punktował, błyskawicznie i mądrze kontrując. Ostatecznie licznik gospodarzy zatrzymał się na aż jedenastu trafieniach!
Warto też pochwalić bramkarza Bartosza Jakubiela, który zachował czyste konto – rzadko spotykane w tych rozgrywkach. Melange rozpoczął sezon od efektownego zwycięstwa 11:0, a debiutujące Vox Populi, mimo niepowodzenia, może teraz powiedzieć sobie "pierwsze śliwki robaczywki" i nadziei na otwarcie dorobku poszukać w najbliższą niedzielę.
\W meczu FC Łazarski – Gentleman Warsaw Team zobaczyliśmy prawdziwy thriller.
Do 18. minuty Łazarski przegrywał już 0:3 i sytuacja wyglądała bardzo źle, choć nie była jeszcze całkowicie beznadziejna. Wystarczyło jednak mniej niż dwie minuty, aby losy spotkania odwróciły się o 180 stopni – trzy bramki padły jedna po drugiej i zrobiło się 3:3. Wynik się wyrównał, ale przewaga psychologiczna była już wyraźnie po stronie Łazarskiego. Potwierdziło się to zaraz po przerwie, gdy drużyna po raz pierwszy w meczu wyszła na prowadzenie. Niestety dla nich – był to zarazem ostatni moment, kiedy znajdowali się z przodu. Gentleman Team szybko wyrównał, a później całkowicie przejął inicjatywę, zdobywając jeszcze trzy bramki bez odpowiedzi i rozstrzygając spotkanie na swoją korzyść.
Najjaśniejszą postacią w barwach Łazarskiego był Jakhongir Khayrullaev, autor hat-tricka, który dał swojej drużynie ogromną nadzieję na korzystny wynik. U Gentlemanów błyszczał duet Paweł Domański – Piotr Loze: pierwszy zanotował gola i trzy asysty, drugi natomiast skompletował hat-tricka i dorzucił jedną asystę.
Gentlemani dzięki temu zwycięstwu zaliczyli idealny start sezonu, pokazując ogromną siłę charakteru i prawdziwą mentalność. Z kolei Łazarski, mimo porażki, zostawił po sobie bardzo pozytywne wrażenie – przy takiej grze pierwsze punkty są tylko kwestią czasu.
W 13. lidze rywalizację rozpoczęliśmy od pojedynku Nieuchwytnych z Borowikami. W zapowiedziach wspominaliśmy o transferach dokonanych przez Marka Szklennika, ale z nowych nabytków zobaczyliśmy tylko Patryka Pawłowskiego. I to wystarczyło, choć początek meczu w wykonaniu gospodarzy nie był najlepszy – sporo niedokładności i brak zrozumienia sprawiały, że Borowiki wyglądały na lepiej poukładaną drużynę. Nie przełożyło się to jednak na większe konkrety, bo poza bramką Marcina Stachacza Nazar Horin nie miał wiele pracy między słupkami. Nieuchwytni próbowali strzałów z dystansu, ale dobrze radził sobie z nimi Adam Kolanowski.
W końcu gospodarze dopięli swego – po golu Huberta Roela wyrównali, a od tego momentu zespół Szklennika zaczął się rozkręcać. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:1. Tuż po przerwie Nieuchwytni po raz pierwszy objęli prowadzenie za sprawą Oleksiia Kyselova, który z każdą minutą czuł się na boisku coraz pewniej. Borowiki na drugą część wyszły nieco ospale, a gdy w końcu zaczęli naciskać, stracili bramkę na 3:1. Chwilę później na 4:1 podwyższył Ihor Malinich i wydawało się, że mecz jest rozstrzygnięty.
W końcówce jednak Borowiki rzuciły się do odrabiania strat i doprowadziły do stanu 4:3, a nawet miały szansę na remis. Ostatecznie Nieuchwytni obronili skromne zwycięstwo. Goście mogą czuć niedosyt, bo przegrali trochę na własne życzenie. Nieuchwytni natomiast mogą sporo namieszać w tej lidze – o ile byli zawodnicy Narodowego Śródmieścia będą regularnie pojawiać się na meczach, bo momentami widać było, że reszta drużyny nie zawsze nadąża za pomysłami Patryka Pawłowskiego.
Spotkanie drugiego zespołu Kresovii z Lisami bez Polisy o godzinie 8:00 otworzyło pierwszą serię nowego sezonu Ligi Fanów. Co ciekawe, to właśnie goście zdobyli pierwszą bramkę w tych rozgrywkach – i to oficjalnie jako pierwsi w całym sezonie. Dokonał tego Przemysław Goworek, który po podaniu z rzutu rożnego na raty pokonał bramkarza gospodarzy, zapisując na swoim koncie historyczne trafienie.
Pierwsza odsłona meczu obfitowała w dużo gry w środku pola. Przez pierwsze 15 minut przewagę mieli Lisy, którym do pełni szczęścia brakowało jedynie lepszej finalizacji stwarzanych okazji. Zanim się obejrzeliśmy, pierwsza połowa dobiegła końca, a wraz z upływem czasu przewaga gości zaczęła wyraźnie maleć. Coraz śmielej do głosu dochodziła ekipa prowadzona przez Daniila Mikulicha.
Najwyraźniej zawodnicy Kresovii przyjęli zasadę „co cię nie zabije, to cię wzmocni” – skoro Lisy nie potrafiły ich „zabić”, gospodarze z każdą minutą nabierali pewności i w końcu całkowicie przejęli inicjatywę. Artem Janczylik, autor czterech goli, rozstrzelał się na dobre, a ozdobą meczu było piękne trafienie kapitana Kresovii, Daniila, bezpośrednio z rzutu wolnego.
Spotkanie zakończyło się wynikiem 7:3 dla gospodarzy, którzy długo wchodzili w ten mecz i w cały sezon, ale gdy już „weszli”, zrobili to z przytupem, zgarniając pierwsze trzy punkty. Gościom pozostało obejść się smakiem i szukać punktów w kolejnych spotkaniach.
Pierwsza kolejka 13. Ligi przyniosła starcie, w którym piłka odskakiwała zawodnikom częściej, niż oglądaliśmy celnych strzałów na bramkę. Nie oznacza to jednak, że mecz był pozbawiony emocji czy ciekawych akcji. Oba zespoły stawiły się w podobnie licznych składach i na boisku również mogliśmy mówić o dość wyrównanej rywalizacji.
Strzelanie rozpoczęli goście, gdy Michał Zdanowski zagrał z obrony do Antona Klymaka, a ten precyzyjnie przymierzył w lewy róg bramki. Na odpowiedź Cockpitu nie trzeba było długo czekać – Aleksander Sitek pokonał Łukasza Kuleszę strzałem tuż przy słupku. Nie licząc pudła w wykonaniu Maćka Gorzelińskiego, to Zaruby częściej kreowały okazje do objęcia prowadzenia, ale czujny na posterunku był Michał Maziarz, który w pewnym momencie musiał popisać się serią efektownych interwencji.
Przewaga graczy w różowo-granatowych strojach w końcu przyniosła efekt – na 1:2 trafił nowy nabytek, Mikheil Saralidze, po asyście bardzo aktywnego Daniela Czerwonki. To właśnie jego uderzenie w słupek otworzyło drugą odsłonę meczu. Po przerwie jednak to gospodarze znacznie częściej stwarzali zagrożenie pod bramką rywali. Zgodnie z przebiegiem spotkania, kontra w wykonaniu Felixa Madery i Maćka Gorzelińskiego doprowadziła do wyrównania, a drugi z nich mógł cieszyć się z gola, wykonując przy tym efektowną „gwiazdę”. Ostatnia bramka w tej rywalizacji również padła po kontrataku – po świetnym dograniu Mateusza Preibisza precyzyjnie przymierzył Tomek Kozielewicz, dając młodemu Cockpit Country upragnione trzy punkty.
Warto podkreślić, że mimo licznych zwrotów akcji i ogromnych emocji, mecz przez cały czas toczył się w spokojnej, sportowej atmosferze, za co obu ekipom należą się duże brawa – nie każdy potrafi utrzymać nerwy na wodzy przy tak wyrównanym wyniku.
W pierwszej kolejce 13. Ligi, w niedzielne popołudnie na Arenie Grenady, zmierzyły się zespoły White Foxes i Elitarni Gocław.
Pierwsza odsłona była wyrównana – obie drużyny starały się narzucić swój styl gry i stworzyć zagrożenie pod bramką rywali, jednak bramkarze kilkukrotnie ratowali swoje zespoły przed utratą gola. Do przerwy utrzymywał się więc bezbramkowy remis i trudno było wskazać faworyta.
Po zmianie stron mecz nabrał zdecydowanie większych rumieńców. Wynik otworzyli goście – po dobrym podaniu Wojciecha Sekulaka piłkę do siatki posłał Dawid Rupiński. White Foxes odpowiedzieli błyskawicznie, bo chwilę później do remisu doprowadził Jakub Sokołowski. Niestety dla gospodarzy, kolejne minuty należały już do Elitarnych: najpierw na prowadzenie wyprowadził ich Mariusz Głębocki, następnie w zamieszaniu podbramkowym skutecznie odnalazł się Marcin Bielski, chwilę później swoje drugie trafienie dołożył Rupiński, a wynik podwyższył ponownie Bielski.
Gdy wydawało się, że mecz jest już rozstrzygnięty, do głosu znów doszli White Foxes. Dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Jakub Sokołowski, kompletując hat-tricka i dając swojej drużynie nadzieję. Ostatecznie jednak to Elitarni Gocław zapisali na swoim koncie komplet punktów, wygrywając 5:3.
Choć początek spotkania nie zapowiadał ofensywnej kanonady, druga połowa w pełni wynagrodziła cierpliwość zgromadzonych widzów.
Konfrontacja Boiskowego Folkloru z Joga Bonito w 13. lidze okazało się pełnym zwrotów akcji widowiskiem, które finalnie zatrzymała się na wyniku 6:9. Pierwsza połowa była wyrównana i obfitowała w ofensywne akcje z obu stron. Gospodarze nie bali się atakować i dzięki trafieniom Ariela Kucharskiego oraz Damiana Dąbrowskiego potrafili utrzymywać kontakt z rywalem. Z kolei Joga Bonito od samego początku prezentowało szybki i bezpośredni styl gry, a Kamil Pietrzykowski oraz Mateusz Hnatio skutecznie wykorzystywali swoje okazje. Do przerwy goście schodzili z minimalną przewagą 4:3, co zapowiadało emocjonującą drugą część meczu.
Po zmianie stron obraz gry zmienił się na korzyść Joga Bonito. Drużyna gości zaczęła przejmować inicjatywę i coraz częściej rozgrywała akcje w pobliżu bramki przeciwnika. Pietrzykowski imponował skutecznością, dołożył kolejne trafienia i siał zamęt w szeregach obronnych Folkloru. W ofensywie wyróżniali się także Sebastian Kluczek i Sebastian Jary, którzy wspierali drużynę zarówno w kreowaniu sytuacji, jak i w finalizacji ataków. Każda strata gospodarzy była bezlitośnie wykorzystywana, a tempo gry narzucane przez Joga Bonito sprawiało, że gospodarze mieli coraz mniej argumentów. Boiskowy Folklor próbował jeszcze odpowiadać pojedynczymi kontrami, jednak ich skuteczność nie wystarczyła, by zatrzymać rozpędzonych rywali.
Ostatecznie mecz zakończył się wygraną Joga Bonito, a bohaterem spotkania został Kamil Pietrzykowski, autor czterech bramek i licznych groźnych akcji. Dzięki tej wygranej Joga Bonito pokazało, że może być silną ekipą 13. ligi.
Drugi zespół Oldbojów tym razem zawitał do 14. ligi i mogło się wydawać, że będzie łatwo i przyjemnie, biorąc pod uwagę, że jeszcze sezon wcześniej występowali w 8. lidze. Jednak numerek przy lidze nie zawsze ma znaczenie – tu także trzeba się napracować, by wygrać. Rywalem ekipy z Osiedla Derby był Olimpik, który przetarcie przed sezonem miał w lidze letniej i od początku było wiadomo, że czeka nas wyrównane spotkanie.
I tak właśnie było: sporo walki, dużo biegania, ale też kilka indywidualnych przebłysków. Takie „błyski” bez wątpienia miał Łukasz Łukasiewicz – w pierwszej połowie zdobył obie bramki dla Oldbojów. Najpierw wykorzystał podanie Damiana Bartosiewicza, a następnie perfekcyjnie wykonał rzut wolny, kierując piłkę bezpośrednio do siatki. Można było się spodziewać, że Oldboje spokojnie dowiozą prowadzenie, tym bardziej że kilka razy Nazar Horin ratował Olimpik przed utratą kolejnych goli.
W drugiej części coś się jednak zacięło, szczególnie między 31. a 35. minutą – wtedy goście doprowadzili do remisu i mecz de facto zaczął się na nowo. Olimpik złapał wiatr w żagle, prezentował się znacznie lepiej niż w pierwszej odsłonie, a swój zespół napędzał przede wszystkim Artur Prokopchuk. Oldboje przetrwali jednak napór rywali i wyprowadzili decydujący cios – Bartłomiej Krywko ustalił wynik na 3:2.
Oldboys Derby II wygrywa swój pierwszy mecz w sezonie, natomiast Olimpik może czuć spory niedosyt, bo remis nikogo by tu nie skrzywdził.
Spotkanie pomiędzy słynnym „bródnowskim walcem” a zupełnie nową w rozgrywkach Ligi Fanów ekipą o sympatycznej nazwie BS Zadymiarze zdecydowanie należało do tych, w których dokuczający upał nie pozwalał żadnej ze stron w pełni rozwinąć skrzydeł. Zgodnie z przewidywaniami kluczową rolę odegrało doświadczenie gospodarzy, którzy – w myśl zasady „lepiej mądrze stać niż głupio biegać” – wyszli na dwubramkowe prowadzenie za sprawą Pawła Naszkiewicza (gol klatką piersiową po rzucie z autu Marcina Miszkurki) oraz Łukasza Sokołowskiego.
Goście, obdarzeni młodzieńczym polotem i zapałem nowicjuszy, również mieli w swojej kadrze jakościowych graczy. Jednym z nich był Jakub Pawelec, który mocnym strzałem zdobył bramkę kontaktową. Jednak ten młodzieńczy entuzjazm zbyt często przeradzał się w brak organizacji w grze bez piłki, co bezlitośnie wykorzystało BRD, ponownie korzystając z rzutu z autu – tym razem futbolówkę na głowę niekrytego w polu karnym Macieja Karczewskiego dogrywał Naszkiewicz.
Po przerwie widać było, że Zadymiarze przemyśleli swoje błędy i z dużą dozą motywacji rzucili się na rywali, zmuszając Adriana Kloskowskiego do kilku kluczowych interwencji. Przy z pozoru niegroźnym wznowieniu gry przez bramkarza i kapitana gości Kubę Szymborskiego piłkę otrzymał Pawelec i wykonał efektowny rajd, mijając po drodze dwóch przeciwników, a następnie po zejściu na lewą nogę trafił na 3:2.
Niestety, na tym skończył się wkład w ten mecz zawodników grających na biało – zmęczeni upałem i mający coraz większe problemy z powrotami do defensywy, pozwolili BRD na coraz groźniejsze ataki. Gospodarze takiej przewagi nie zmarnowali i wypracowali sobie dwie klarowne okazje, które wykorzystali kolejno Sokołowski i Naszkiewicz. Pierwszy z nich otrzymał jeszcze szansę na skompletowanie hat-tricka i oczywiście to zrobił, pewnie egzekwując rzut karny. Tym samym ustalił ostateczny rezultat rywalizacji, a trzy punkty powędrowały na Bródno.
W ramach 1. kolejki zmierzyły się drużyny Milkeen FC oraz Heavyweight Heroes. Od początku spotkanie miało szarpany przebieg, ale żadna z ekip nie potrafiła postawić przysłowiowej „kropki nad i”. Pierwsze 25 minut to głównie walka w środkowej strefie boiska. Było sporo sytuacji bramkowych po obu stronach, jednak tego dnia bramkarze byli znakomicie dysponowani. Jakub Gąbka z Milkeen i Artur Macek z Heroes zasługują na dużą pochwałę, bo dzięki ich interwencjom po pierwszej połowie mieliśmy bezbramkowy remis.
Worek z golami otworzył się dopiero po przerwie. Strzelanie rozpoczęli gospodarze, lecz szybko cieszyli się prowadzeniem, bo goście błyskawicznie wyrównali. Później trwała wymiana ciosów – gol za gol – aż w końcówce to Milkeen zdobyło czwarte, decydujące trafienie, zapewniając sobie komplet punktów po niezwykle zaciętym starciu.
Najlepszym zawodnikiem spotkania był bez wątpienia Jakub Gąbka, który bronił jak natchniony i niczym ściana strzegł bramki swojego zespołu, znacząco przyczyniając się do triumfu Milkeen. Herosi musieli się z kolei obejść smakiem i na pewno nie tak wyobrażali sobie start ligowych zmagań...
W pierwszej kolejce 14. Ligi zmierzyły się drużyny Elekcyjna FC oraz Kanarki. Mecz od początku zapowiadał się bardzo ciekawie i emocjonująco, ponieważ dla gości było to debiutanckie spotkanie w Lidze Fanów, a jako test przyszło im się zmierzyć z ogranym już zespołem Elekcyjnych.
Od pierwszych minut tempo gry było naprawdę solidne jak na ten poziom rozgrywek. Mimo że Kanarki narzuciły swój styl i szybko objęły dwubramkowe prowadzenie, gospodarze nie podłamali się, co poskutkowało bramką kontaktową autorstwa Adriana Swacika. Od tej pory mogliśmy oglądać prawdziwą wymianę ciosów. Najpierw wynik podwyższył genialny tego dnia Jakub Kowalski, a chwilę później Elekcyjna znów zbliżyła się do rywali. Tuż przed przerwą Kowalski trafił ponownie, ustalając rezultat pierwszej połowy na 4:2 dla gości.
Po zmianie stron wiatru w żagle nabrała drużyna gospodarzy. Niesamowitą precyzją z rzutu wolnego popisał się Przemek Długokęcki, dając Elekcyjnej upragniony remis. Stan ten nie trwał jednak długo – dynamiczny duet Adriana Mulaka i Jakuba Kowalskiego poprowadził Kanarki do ponownego, tym razem aż trzybramkowego prowadzenia, które ostatecznie przesądziło o wyniku.
Goście dołożyli jeszcze trzy trafienia, tracąc tylko jedno, i gładko wygrali 10:5. Już po pierwszej kolejce mamy solidne podstawy, by wskazywać Kanarki jako jednego z głównych faworytów do zwycięstwa na tym poziomie rozgrywek.
Inauguracja 14. Ligi od razu przyniosła kibicom solidną dawkę emocji i bramek. Spotkanie pomiędzy Warsaw Pistons a Santiago Remberteu rozpoczęło się wyrównanym fragmentem gry, a na pierwsze trafienia nie trzeba było długo czekać.
Jako pierwsi na prowadzenie wyszli goście – wynik otworzył Maciej Warzyński, dając swojej drużynie szybkie prowadzenie. Reakcja gospodarzy była natychmiastowa: chwilę później do wyrównania doprowadził Paweł Nowak, ustalając rezultat na 1:1. Pierwsza połowa obfitowała w kolejne gole. Najpierw Santiago Remberteu zadali jeszcze dwa ciosy, na które Warsaw Pistons odpowiedzieli jedną bramką. Do przerwy było 2:3, co zapowiadało emocjonującą drugą część meczu.
Po zmianie stron Santiago szybko odzyskali dwubramkową przewagę, a na listę strzelców ponownie wpisał się Michał Syrnyk. Choć Warsaw Pistons jeszcze raz złapali kontakt, zdobywając trzecią bramkę, dalsza część spotkania była już jednostronnym widowiskiem. Piłkarze Santiago Remberteu włączyli wyższy bieg i rozpoczęli prawdziwy festiwal strzelecki.
Na szczególne wyróżnienie zasłużył Piotr Wójtowicz, który aż czterokrotnie pokonał bramkarza rywali. Równie kapitalne zawody rozegrał Michał Syrnyk, finalnie kompletując hat-tricka. Ostatecznie Santiago Remberteu odnieśli przekonujące zwycięstwo 10:3, wysyłając jasny sygnał, że w tym sezonie zamierzają grać o kolejne złoto do swojej kolekcji.
Może zabrzmieć to niezbyt przychylnie, ale rzadko zdarza się, by zespół NieDzielnych dominował przeciwnika w grze z piłką przy nodze. Tym razem jednak właśnie tak było w spotkaniu otwierającym zmagania w 15. Lidze Fanów, w którym mierzyli się z debiutującą w rozgrywkach ekipą Yug.Bud. Mądre zarządzanie zmianami po obu stronach przez długi czas pozwalało znieść doskwierający upał, lecz była to dopiero połowa sukcesu.
Gospodarze spokojnie operowali futbolówką, cierpliwie szukając wolnych przestrzeni w defensywie rywali i pozwalając im jedynie na jeden poważniejszy zryw – potężny strzał w poprzeczkę. „Polskie Leeds United” mogło prowadzić już 3:0 do przerwy, lecz próby Maćka Piątka i Sławka Godyńskiego zakończyły się tylko uderzeniami w słupek, a strzał z rzutu wolnego Jana Wójcika nieznacznie minął okienko bramki, której odważnie strzegł Dmytro Czui.
W drugiej połowie dała o sobie znać fizyczna przewaga Yug.Budu. Choć nie grali agresywnie, to w walce bark w bark potrafili pokazać siłę i niełatwo było z nimi wygrać pozycję. Ku zaskoczeniu wszystkich to właśnie goście zdobyli pierwszą bramkę – po zamieszaniu w polu karnym po rzucie rożnym na listę strzelców wpisał się Vladyslav Mochonyi. Ukraińska drużyna poszła za ciosem i ponownie postraszyła rywali strzałem w poprzeczkę, a wszystkie ofensywne próby NieDzielnych zatrzymywał niezawodny Czui.
Można powiedzieć, że Yug.Bud doskonale wyregulował celowniki w tym meczu, bo w drugiej naprawdę klarownej sytuacji zdobył kolejne trafienie – Aliaksei Varonin zamienił na gola podanie Vladyslava Korobki. Nie oznacza to jednak, że gospodarze całkowicie wypisali się z walki o punkty. Wciąż mieli argumenty, by sięgnąć choćby po remis, lecz rażąco pudłowali, a symbolem tej nieskuteczności była akcja Wójcika, który nie trafił do praktycznie pustej bramki.
Choć wynik 0:2 może wydawać się dla NieDzielnych niesprawiedliwy, samo spotkanie było naprawdę ciekawe i wyrównane. Z taką grą, przy poprawie skuteczności, gospodarze mogą być spokojni o punkty w następnych meczach.
W pierwszej kolejce 15. ligi na Arenie Grenady kibice obejrzeli jednostronne widowisko, które od początku toczyło się pod pełną kontrolą Green Team. Faworyci rozgrywek nie pozostawili złudzeń, gromiąc rywali aż 16:0 i pokazując pełnię swoich możliwości ofensywnych.
Największe gwiazdy drużyny błyszczały formą. Daniel Kurowski skompletował hat-tricka i dorzucił cztery asysty, mając udział przy większości bramek swojego zespołu. Marcin Walczak był z kolei prawdziwą maszyną do zdobywania goli – sześciokrotnie trafiał do siatki i raz asystował. Ta dwójka całkowicie rozmontowała defensywę Los Rogalos, a ich współpraca mogła imponować.
RCD Los Rogalos próbowali się bronić, ale przewaga Green Team była zbyt wyraźna. Każdy błąd gospodarzy był natychmiast wykorzystywany, a tempo narzucone przez faworytów nie pozwalało złapać oddechu. Mecz zakończył się rekordowym zwycięstwem gości, które już na starcie sezonu wyraźnie potwierdza ich aspiracje do dominacji w lidze.
Green Team dzięki temu efektownemu triumfowi wysyła mocny sygnał rywalom – będą niezwykle trudni do zatrzymania. Los Rogalos natomiast muszą jak najszybciej wyciągnąć wnioski z tego bolesnego doświadczenia i skoncentrować się na kolejnych spotkaniach, aby uniknąć podobnych wyników w przyszłości. Nawet jeśli są do nich trochę przyzwyczajeni ;)
Szereg Homogenizowany pierwszy mecz nowego sezonu rozgrywał z dobrze znanym z ubiegłego roku ligowym rywalem – FC Wombaty. Dotychczasowy bilans ich spotkań wynosił 1:1. Pierwsza połowa była wyrównana i długo czekaliśmy na premierowego gola. Oba zespoły grały odważnie, tworząc dogodne sytuacje do objęcia prowadzenia. Lepiej pod bramką przeciwnika radzili sobie goście, którzy w 15. minucie wyszli na prowadzenie.
Gospodarze już dwie minuty później doprowadzili do wyrównania i z nową energią przejęli inicjatywę. Taka gra szybko przyniosła im drugiego gola i pierwsze prowadzenie. Reakcja FC Wombatów była jednak natychmiastowa – jeszcze w tej samej minucie wyrównali, a następnie zakończyli pierwszą połowę z jednobramkową przewagą. Po tej odsłonie meczu wydawało się, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę gości.
Druga część spotkania miała jednak inny przebieg. Gospodarze wyszli na murawę odmienieni, co zaowocowało szybkim objęciem dwubramkowego prowadzenia. Wombaty nie poddawały się, lecz bramka rywala była jak zaczarowana – piłka kilkakrotnie odbijała się tylko od słupka. Coraz lepsza atmosfera w zespole Szeregu Homogenizowanego kontrastowała z rosnącą frustracją gości, którzy z każdą minutą gasli.
Pomimo walki do końca Wombaty zdołały zdobyć jedynie jednego gola na pięć minut przed ostatnim gwizdkiem, ustalając wynik na 7:4. Szereg Homogenizowany po wymagającym meczu zgarnął pierwsze punkty w nowym sezonie i aktualnie zajmuje drugie miejsce w lidze.
W inauguracyjnej kolejce ostatniej ligi zmierzyły się ekipy KP Syrenka oraz Oldboys Derby III. Zdecydowanym faworytem tego spotkania byli goście, którzy podejmowali drużynę po bardzo słabym debiutanckim sezonie – bez choćby jednego zdobytego punktu.
Pierwsze minuty szybko potwierdziły przedmeczowe prognozy. Wynik otworzył Piotr Grudzień po cudownej asyście Oli Pastuszko, a chwilę później na 2:0 podwyższył wyróżniający się tego dnia Marcin Chmielewski. Wbrew oczekiwaniom gospodarze nie zamierzali się poddać – kontaktowego gola zdobył Maksymilian Pająk. Oldboys nie dali się jednak dogonić i jeszcze przed przerwą ponownie odskoczyli na dwubramkowe prowadzenie.
Po zmianie stron do głosu doszła KP Syrenka. Dzięki asyście Eryka Bakuna i skuteczności Pająka gospodarze zdołali wyrównać na 3:3. Chwilowa dekoncentracja Oldboys zmobilizowała ich jednak do ponownej ofensywy – przejęli inicjatywę i raz po raz stwarzali zagrożenie pod bramką rywali. Swoją szansę ponownie wykorzystał Chmielewski, a premierowego gola w debiucie zanotował Mateusz Abramczyk. Cień nadziei dał jeszcze swojej drużynie niezawodny Pająk, wpisując się na listę strzelców po raz czwarty, lecz ostateczny cios zadał Albert Stachowiak. Dostrzegł wysoko ustawionego bramkarza i potężnym uderzeniem z własnej połowy ustalił wynik na 6:4.
Oldboys Derby III mogą być w pełni zadowoleni z udanego startu sezonu, natomiast KP Syrenka – mimo porażki – zaprezentowała grę, która napawa optymizmem przed następnymi kolejkami.
Mecz Interu z Pogromcami Poprzeczek był prawdziwym rollercoasterem, zakończonym widowiskowym remisem 5:5. Gospodarze rozpoczęli spotkanie w kapitalnym stylu, szybko narzucając tempo i wykorzystując błędy przeciwnika. Już do przerwy Inter prowadził 4:1 i wydawało się, że trzy punkty są na wyciągnięcie ręki. Liderem zespołu był Pawlo Danko, który popisywał się skutecznością i precyzją, zdobywając w całym meczu cztery bramki i dokładając asystę. W pierwszej połowie bramkę dla Pogromców zdobył Marcin Kowalski.
Druga połowa przyniosła jednak zupełnie inny obraz gry. Pogromcy Poprzeczek wrócili na murawę z ogromną determinacją i zaczęli odrabiać straty. Trafienia Karoliny Figiel, Michała Kowalskiego, Mateusza Niewiadomego oraz Olka Markowskiego pozwoliły wyrównać wynik i doprowadziły do emocjonującej końcówki. Na uwagę zasługują również asysty Dariusza Kozłowskiego, a także aktywność Marcina Kowalskiego i Olka Markowskiego, którzy wspierali ofensywę swojego zespołu.
Choć Pogromcy mieli swoje problemy w defensywie, w drugiej połowie imponowali konsekwencją i wiarą w odwrócenie losów meczu. Inter z kolei, mimo świetnej pierwszej części, nie zdołał utrzymać koncentracji i pewności w obronie. Kilka błędów w rozegraniu oraz zbyt głębokie ustawienie otworzyły rywalom drogę do bramki. Trzeba jednak podkreślić kapitalne interwencje Adama Maja, który kilkukrotnie ratował swój zespół przed utratą kolejnych goli i pozwolił Pogromcom dowieźć cenny remis.
Ostateczny wynik 5:5 sprawia, że oba zespoły mają powody do refleksji – Inter nad utraconą przewagą, a Pogromcy nad początkową słabą koncentracją. To spotkanie było jednak najlepszym dowodem, że w Lidze Fanów emocji nigdy nie brakuje!







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)