Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Rywalizacja Alpanu z Turem Ochota nabrała dodatkowego wydźwięku po ostatnich wynikach obudwu ekip. Ci pierwsi przegrali chociażby bardzo ważny mecz z Impulsem, a drudzy aż dwukrotnie stracili punkty na własne życzenie, bo zarówno z AnonyMMous jak i Strefą Podium spokojnie mogli zgarnąć dwa zwycięstwa. Stało się jednak inaczej, bracia Kotus i spółka „umocnili się” na pozycji spadkowej i mecz z Alpanem trzeba było traktować jako jedną z ostatnich szans, by wreszcie wyjść na prostą. I chociaż jak widzimy po wyniku, ta sztuka udała się drużynie z Ochoty, to sukces nie przyszedł tutaj łatwo. Można wręcz napisać, że tak jak Tur był w ostatnich meczach sam sobie winny, tak teraz sam skorzystał na tym, że to rywal nie wykorzystał swoich szans. I tyczy się to zwłaszcza pierwszej połowy, po której Alpan przegrywał 1:3, a gdyby wynik był odwrotny, to nikt nie mógłby mieć pretensji. Jeszcze przy stanie 0:0 drużyna z Duczek nie wykorzystała bowiem rzutu karnego (strzał Kamila Melchera obronił Paweł Sobolewski), Mateusz Marcinkiewicz trafił w poprzeczkę, a w jednej sytuacji Alpan miał pecha, bo zdobył prawidłowego gola, jednak arbiter nie uznał go, twierdząc że piłka nie przekroczyła całym obwodem linii bramkowej. Jak się można domyśleć, te wszystkie okazje zemściły się na graczach w niebiesko-białych koszulkach. Tur wykreował sobie mniej szans, natomiast wykorzystywał je z godną podziwu skutecznością. Po raz kolejny bardzo dobrze współpracował duet Konrad Wojtkielewicz - Piotr Branicki, gdzie ten drugi miał udział przy wszystkich golach swojego zespołu. W drugiej połowie Alpan próbował wrócić do gry, lecz sprawy nie ułatwiła mu kontuzja Mateusza Marcinkiewicza. Bez niego siła ofensywna drużyny Kamila Melchera znacznie spadła, Tur z kolei skutecznie bronił korzystnego wyniku i rezultat ustalony jeszcze w premierowych 25 minutach, pozostał końcowym. Dla ekipy z Ochoty to bardzo cenny łyk tlenu, bo dzięki temu wciąż tli się szansa, by zachować ekstraklasowy byt, chociaż nadal sytuacja jest trudna. Natomiast Alpan musi mieć się na baczności, bo w tym momencie do strefy spadkowej ma już bliżej niż dalej. Na szczęście w swoim terminarzu dysponuje jeszcze dwoma meczami z niżej notowanymi przeciwnikami (Strefą Podium i AnonyMMous) i wydaje się, że właśnie w tych dwóch potyczkach musi poszukać punktów, które zagwarantują grę w elicie Ligi Fanów również w kolejnym sezonie.
Ekipie AnonyMMous marzył się pewnie dublet złożony ze zwycięstw nad ekipami z Ochoty. Tydzień wcześniej drużyna Maćka Miękiny pokonała 4:3 Tura i teraz, bez względu na różnicę bramkową, liczyła na powtórkę z rozrywki. Jednak jasnym było, że EXC Mobile postawi poprzeczkę zdecydowanie wyżej. Zresztą, nie chodziło nawet o to, że ekipa Sebastiana Dąbrowskiego to jeden z faworytów do medali, ale też o fakt, że Anonimowi musieli sobie radzić choćby bez Konrada Kozłowskiego. Na domiar złego ten mecz fatalnie się dla nich zaczął, bo już w pierwszej akcji stracili gola, lada moment zrobiło się 0:2 i zaczęliśmy się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie skończy się tutaj jakimś pogromem. Przegrywający na szczęście w porę się obudzili i z minuty na minutę to spotkanie nabierało bardziej wyrównanego charakteru. Anonimowi wpierw doszli oponentów na 1:2, potem było też 2:3 i właśnie przy takim stanie szansę na 3:3 zmarnował bardzo aktywny Mateusz Sieciechowicz. Mobilni chyba zdali sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie, to skończą jak inna drużyna z Ochoty i nie chcąc być kolejnym skalpem Anonimowych w końcu podkręcili tempo. Kilka z ich następnych goli było efektem naprawdę fajnych, kombinacyjnych akcji, po których wynik zaczął puchnąć i stało się jasne, że do niespodzianki nie dojdzie. Wynik 7:3 jest według nas trochę za wysoki jak na to co widzieliśmy na boisku, natomiast nie podlega dyskusji że wygrał zespół lepszy. Anonimowym nie było się z tym łatwo pogodzić, zwłaszcza że według nich palce w ich porażce maczał sędzia, który przy jednym z ważnych goli nie dopatrzył się faulu. Ale nawet jeśli założymy, iż tamten gol padł w sposób wątpliwy, to przy takiej różnicy bramek trudno zakładać, że to by cokolwiek zmieniło w końcowym rozrachunku. Oddajmy jednak AnonyMMous, że ponownie przyjemnie patrzyło się na ich grę i nawet jeżeli punktów nie zdobyli, to sam fakt że mocno poddenerwowani swoich oponentów, powinni potraktować jako częściową satysfakcję ze swojego niedzielnego występu.
Niezwykle ciekawe widowisko oglądaliśmy w starciu In Plus Pojemnej Haliny z Kebavitą. Gospodarze przystąpili bez kilku podstawowych zawodników, a u gości sytuacja była jeszcze bardziej drastyczna do tego stopnia, że na boisku pierwszy raz w tym sezonie pojawił się menedżer Burak Can. Od początku, mimo że obie ekipy nie miały optymalnych zestawień, ci którzy oglądali ten mecz nie mogli narzekać na poziom i dramaturgię. Bardzo szybkie tempo spotkania powodowało, że akcja przenosiła się szybko z jednej bramki pod drugą. Skuteczniejsi w pierwszym fragmencie byli goście i to oni wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Mając tylko jedną zmianę przy korzystnym wyniku nadal starali się atakować, co mogło się zemścić w dalszej części meczu. Jeszcze przed przerwą gospodarze postarali się o bramkę kontaktową. Po składnej akcji po przejęciu piłki w defensywie zawodnicy Kebavity nie zdążyli wrócić do obrony i to skończyło się golem. Po 25 minutach rywalizacji mieliśmy wynik 1:2. Po zmianie stron szybko In Plus Pojemna Halina doprowadziła do wyrównania i dosłownie sekundy po golu na remis wyszła na prowadzenie. Bracia Żebrowscy solidarnie strzelili po bramce i zrobiło się 3:2 dla gospodarzy. Tak szybko jak odrobili straty ponownie zostali zaskoczeni przez Kebavitę. Dwie akcje i dwa trafienia ponownie wyprowadziły zespół Buraka Cana na gola z przodu. Przed nami było jeszcze sporo minut i to zwiastowało nie lada emocje. Gospodarze raz jeszcze zerwali się w pogoni za wynikiem i odrobili straty i na sekundy przed końcem meczu mieliśmy wynik 5:5. Ostatni rzut rożny w wykonaniu In Plus Pojemnej Haliny zamiast dać szanse na zwycięstwo dał kontrę Kebavicie. Dwóch zawodników znalazło się prze bramkarzem gospodarzy i Borys Ostapenko nie miał problemów z umieszczeniem piłki w siatce. Gwizdek kończący mecz i na tablicy wyników 5:6. Po raz drugi w ostatnich dwóch tygodniach goście wygrywają potyczkę równo z końcowym gwizdkiem, co nadal trzyma ich blisko lidera Gorlickiej. Gospodarze mogą czuć niedosyt i z perspektywy całego spotkania zasługiwali tutaj choćby na punkt.
13 kolejka Ligi Fanów przyniosła nam starcie ekip będących w dolnych rejonach tabeli. FC Impuls UA z 6 punktami zajmował 9 miejsce a Strefa Podium mająca o 7 oczek więcej 7 miejsce. Początek spotkania absolutnie nie odzwierciedlał tego co pokazuje ligowe zestawienie. Bardzo szybko swoją świetną szansę mieli gospodarze, ale Bohdan Ivaniuk w sytuacji kiedy miał niemal pustą bramkę strzelił obok niej. Przez kolejne kilka minut gra toczyła się w szybkim tempie, ale nie było konkretów w postaci strzałów czy goli. Zmieniło się to w 7 minucie, kiedy to kapitalne prostopadłe podanie od Igora Petlyaka wykorzystał Vladyslav Budz i mieliśmy 1:0. Chwilę później asystujący sam stanął oko w oko z golkiperem rywali, ale świetną interwencją popisał się Michał Papierz. Przewaga zespołu stworzonego przez zawodników z Ukrainy wzrastała i udokumentowali to w 11 minucie, gdy płaskie podanie Budza w pole karne wykorzystał Vasyl Ivaniuk. Goście próbowali odpowiadać strzałami z dalszej odległości jak chociażby Czyża, ale ich próby były niecelne. Celnie natomiast podawał Igor Petlyak. Najpierw obsłużył Pigarieva, chwilę później Budza i do przerwy mieliśmy rezultat 4:0. Na drugie 25 minut goście wyszli całkowicie odmienieni. Bardzo szybko zdobyli 2 gole (Karolik i Butenko), do tego byli bliscy strzelenia kolejnej, ale Marcin Kowalski trafił w poprzeczkę. Jak to w piłce nożnej bywa takie sytuacje często się mszczą. Tak też było tym razem, kiedy to Petlyak precyzyjnym uderzeniem umieścił piłkę w bramce rywali. Gdy w 35 minucie Budz dorzucił trafienie na 6:2 już chyba nikt oprócz samych graczy Strefy Podium nie wierzył, że będziemy mieć jeszcze emocje w tym pojedynku. A mieliśmy i to duże! Sygnał do ataku dał Filip Chmiel dokładając 3 gola dla swojej ekipy. Później błąd w szeregach obronnych oponentów wykorzystał Butenko, lobując bramkarza rywali strzałem ze swojej połowy boiska. Butenko również dorzucił kolejne 2 trafienia i zrobiło nam się 6:6. Niemal z ostatnim gwizdkiem arbitra gola dającego zwycięstwo i pierwsze 3 punkty Strefie Podium strzelił Rafał Karolik, który od razu wpadł w objęcia kolegów z zespołu. Kapitalne widowisko zafundowały nam obie ekipy i za to wielkie brawa.
Mecz na szczycie pomiędzy FC Gorlicką a Esportio Varsovią miał dać nam odpowiedź czy zawodnicy Eryka Zielińskiego będą w stanie powalczyć o mistrzostwo Ligi Fanów już w tym sezonie. Każdy inny wynik niż ich zwycięstwo w zasadzie eliminował tą ekipę z walki o pierwsze miejsce. Gospodarze wyszli na mecz mocno skoncentrowani i już w 3 minucie objęli prowadzenie. Przemysław Ostrowski wykorzystał podanie Marcela Gorczycy i otworzył wynik. Ten drugi chwilę później podwyższył na 2:0 po podaniu Mińkowskiego. Goście podrażnieni takim stanem rzeczy starali się szybko odpowiedzieć, ale świetnie dysponowany tego dnia był mistrz Ligi Fanów. Bardzo dobrze w obronie ustawieni zawodnicy Daniela Gello nie pozwalali swoim rywalom na zbyt wiele. Najaktywniejszy wśród nich był Wardzyński, który starał się narzucać tempo gry, rozgrywać i uderzać z dystansu. Na nic jednak te próby się zdały, bo w 13 minucie mieliśmy 3:0 kiedy to gola zdobył Sosnowski. Kolejne momenty pierwszej połowy to próby z obu stron. Jedna z nich zakończyła się sukcesem gości, kiedy to piłkę do bramki wpakował Łobodzin. Laurką drugich 25 minut było uderzenie Mateusza Kota, który przepięknym strzałem z dystansu podwyższył prowadzenie gospodarzy. Chwilę później odpowiedział Górka, ale w zasadzie po tej bramce emocje się skończyły. Gorlicka doszła do głosu i aplikowała kolejne trafienia swoim przeciwnikom. Skończyło się na 11 golach przy 3 bramkach rywali i pewnym zwycięstwie, które umocniło ich na czele tabeli.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)