Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Dość nieoczekiwany przebieg miało starcie walczącego o utrzymanie FC Impuls UA z pretendentem do podium, ekipą ALPAN. Trzeba jednak zaznaczyć, że zespół gości był mocno osłabiony brakiem zawodników, którzy z powodu kontuzji nie mogli przystąpić do tego spotkania. Zaczęło się jednak zgodnie z przewidywaniami, a więc ułożona gra pozycyjna ekipy Kamila Melchera, która zaowocowała bramką zdobytą przez Wiktora Gajewskiego na 0:1. W pierwszych minutach meczu to właśnie goście mieli inicjatywę i momentami nie pozwalali wyjść ekipie z Ukrainy z własnej połowy, jednak wszystko w pewnym momencie przestało działać tak, jak powinno. Koncert Impulsu rozpoczął się od fenomenalnego trafienia Volodymyra Slobozheniuka, bramkarza gospodarzy, który zaskoczył Piotrka Kozę strzałem niemal z połowy boiska, doprowadzając do stanu 1:1. Ostatnie dziesięć minut pierwszej odsłony to chaos w szeregach ALPAN-u oraz świetna gra Vlada Budza. Napastnik ukraińskiej ekipy brał udział w trzech kolejnych trafieniach, dwukrotnie wpisując się na listę strzelców oraz asystując przy bramce Bohdana Ivaniuka. Do przerwy wynik brzmiał 4:1 i byliśmy bardzo ciekawi jak potoczy się druga część meczu, gdyż ambicje gości były mocno podrażnione. Obraz gry jednak nie zmienił się za bardzo i to ekipa Impulsu dużo lepiej poczynała sobie na murawie. Kolejne, trzy świetne akcje z udziałem Vlada Budza, w których dwukrotnie osobiście pokonywał golkipera rywali, a raz asystował, znalazły odpowiedź w postaci tylko jednego trafienia Wiktora Gajewskiego. Kiedy po podaniu Bohdana Ivaniuka piłkę do siatki skierował Mykola Rychko, wynik brzmiał 2:7, a w szeregach gości zaczęła odzywać się frustracja. Impuls grał swoje, a świetne zawody kontynuował duet Vlad Budz i Bohdan Ivaniuk. Pierwszy z wymienionych graczy zakończył zawody z pięcioma trafieniami i dwiema asystami, natomiast kapitan Impulsu do jednego trafienia dołożył aż cztery asysty. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Ukraińców 10:5. Na pocieszenie dla ALPAN-u, chociaż zapewne niewielkie, hat-tricka zanotował Wiktor Gajewski. Niemniej, pewne zwycięstwo gospodarzy w pełni zasłużone.
AnonyMMous po bezlitosnej lekcji jaką dostali od In-Plusu, w niedzielę mierzyli się z Kebavitą. Nie oszukujmy się – nikt tutaj nie zakładał sensacji, jakkolwiek trzeba było pamiętać, że jesienią Anonimowi jeden ze swoich najlepszych meczów w sezonie zagrali właśnie przeciwko drużynie Buraka Cana. Prowadzili wtedy nawet 6:2 i chociaż ostatecznie przegrali 8:10, to pozostawili po sobie dobre wrażenie. I pewnie podobny cel postawili sobie tym razem. Oczywiście marzyły im się punkty, lecz należało być realistą. Końcowy wynik wskazuje, że drużyna Maćka Miękiny tym razem nie postawiła się Kebavicie. Ale wcale tak nie było. Owszem – zespołem, który miał więcej okazji bramkowych byli faworyci, natomiast AnonyMMous mieli dobre momenty, choć trzeba przyznać, że gdy rywal przyspieszał grę, to nie byli w stanie znaleźć na to recepty. Ale mimo że po 25 minutach przegrywali 2:5, to na drugą odsłonę wyszli z nastawieniem, by trochę uprzykrzyć życie drugiej drużynie w tabeli. I mieli naprawdę fajny okres, który okrasili golem, powinni zdobyć jeszcze przynajmniej jednego, ale zabrakło im skuteczności. No a niestety – Kebavita na więcej nie pozwoliła i po tym, jak przespała początek finałowej odsłony, wreszcie wzięła się do roboty i po dwóch bramkach z rzędu dała jasno do zrozumienia, że nie pozwoli sobie wyrwać zwycięstwa. To co działo się dalej, to już historia. Anonimowi mimo ambitnej postawy tracili kolejne gole, natomiast wynik 2:11 pokazuje, jak piłka bywa niewymierna. Bo przeciwko In-Plusowi przegrali niżej, a zagrali znacznie słabiej. Nie zmienia to jednak faktu, że za nimi kolejna wysoka przegrana, natomiast mamy nadzieję, że jakiś powiew optymizmu mimo wszystko się pojawił. Z kolei Kebavita zrobiła po prostu to, co do niej należało, dzięki czemu pozostaje za plecami liderującej Gorlickiej.
Wiele osób pewnie się zastanawiało, czy dla Strefy Podium miejsce w Ekstraklasie to przypadkiem nie za wysokie progi. Z odpowiedzią na to pytanie musieliśmy jednak trochę poczekać, bo ich debiut w elicie przeciwko Kebavicie był nieporozumieniem, lecz nie tyle piłkarskim, co organizacyjnym. Na szczęście w rywalizacji z TURem, Filip Chmiel miał już do dyspozycji dużo lepszą i szerszą kadrę niż przed tygodniem, co dawało nadzieję, że chłopaki nie będą w rywalizacji z wielokrotnym mistrzem LF chłopcem do bicia. TUR poprzednią rundę miał do zapomnienia, lecz tę zaczął od wygranej w derbach Ochoty i liczył na kolejny skalp. Ale długo nie mógł złapać tutaj odpowiedniego rytmu. Być może dlatego, że dopiero z czasem zaczęli dojeżdżać kolejni zawodnicy, których część pomyliła obiekty i pojechała na AWF. Ekipa z Ochoty była co prawda lepsza pod względem piłkarskim, lecz Strefa Podium skutecznie się odgryzała i na każdego gola faworyta odpowiadała swoim. Ta tendencja straciła na mocy pod koniec pierwszej połowy, gdy zespół w białych strojach zdobył dwa gole z rzędu i gdy na początku drugiej części dołożył kolejnego, wydawało się, że jest po herbacie. Tym bardziej, że faworyci mieli jeszcze rzut karny. I dziś możemy gdybać, czy gdyby Przemek Alberski zdobył gola, to nie zamknąłby tego spotkania. Tyle że wykonawca stałego fragmentu gry nie trafił nawet w bramkę. A ponieważ lada moment Strefa Podium odpowiedziała golem na 3:5, to przegrywający chyba na dobre uwierzyli, że to spotkanie nie jest jeszcze stracone. Ich gra wyglądała coraz lepiej, wynik na korzyść faworytów coraz bardziej się kurczył i na kilka minut przed końcem mieliśmy już remis! W Turze doszło wtedy do zmian, na boisku znowu zaczęli się pojawiać ci, od których zależy najwięcej i ekipa z Ochoty ponownie wyszła na prowadzenie. Kto jednak sądził, że dowiezie je do końca, mógł się poczuć rozczarowany. Strefa Podium nie odpuszczała i po centrostrzale Aleksandra Zwierzyńskiego, w idealnym miejscu znalazł się Vadym Butenko, który niepilnowany dołożył nogę do piłki i dał swojej drużynie bardzo cenny jeden punkt. To było naprawdę fajne, żywe spotkanie, które jednak trudno spuentować inaczej, niż że TUR sam jest sobie winny straty dwóch punktów. Co nie oznacza, że należy deprecjonować Strefę Podium. Chyba każdy kto oglądał ten mecz, myślał że rywale ich złamali, ale oni grali do końca i los ich za to wynagrodził. I jest to naprawdę dobry prognostyk na przyszłość, bo nie zapominajmy, że część z tych zawodników poznała się dopiero przed pierwszym gwizdkiem. Jeśli więc dojdzie tutaj trochę zgrania, to Strefa jeszcze niejednej drużynie popsuje nastrój w niedzielne popołudnie.
Mimo, iż w tabeli oba zespoły dzielił dość duży dystans, to starcie In Plus & Pojemnej Haliny z Esportivo Varsovia zapowiadało się bardzo ciekawie. Drużyny doskonale się znały, więc mogliśmy być pewni, że będzie to przede wszystkim bardzo dobre widowisko z piłkarskiego punktu widzenia i nie myliliśmy się. Zaskakująco łatwo dla Esportivo potoczyły się wydarzenia w pierwszej odsłonie meczu. Zaczęło się od akcji Damiana Górki, który wypatrzył dobrze ustawionego Dominika Łobodzina, a ten silnym strzałem w środek bramki pokonał Mateusza Cichawę. Następnie mieliśmy kilka minut gry w przewadze gości, które jednak nie zostały wykorzystane przez gości, a kolejnych kilkanaście minut to bardzo wyrównana gra z dobrymi interwencjami bramkarzy. Obie drużyny rozkręciły się jednak pod koniec pierwszej części potyczki. Najpierw strzałem z ostrego kąta golkipera rywali pokonał Rafał Sadecki, podwyższając na 0:2. Bramka na 0:3 to dzieło Kuby Wardzyńskiego, który przejął piłkę po niebyt dobrze wykonanym aucie rywali, minął bramkarza i z impetem zapakował piłkę do pustej bramki. Gracze gospodarzy zdołali odpowiedzieć w pierwszej odsłonie raz, gdy po zamieszaniu w polu karnym piłkę ostatecznie dobił Jakub Nahorny. Po zmianie stron oglądaliśmy zdecydowanie lepszą grę gospodarzy, co zaowocowało doprowadzeniem do remisu. Bramka kontaktowa to akcja Jakuba Nahornego, który świetnie wypatrzył ustawionego przy pustej bramce Maćka Siocha, a ten okazji nie zmarnował. Niespełna dwie minuty później, bardzo podobna sytuacja, tym razem przy udziale Tomka Żebrowskiego i Jana Skotnickiego, zakończyła się trafieniem drugiego z Panów i mieliśmy 3:3, co oznaczało, że "Halina" powróciła do gry. Esportivo jednak nie pozwoliło rywalom wyjść na prowadzenie i po prostopadłym podaniu Damiana Górki, piłkę po płaskim strzale z półobrotu, skierował do bramki Kuba Jóźwiak. Na odpowiedź nie czekaliśmy jednak długo, gdyż już dwie minuty później futbolówkę od rywala wyłuskał Maciek Sioch i mimo, iż był ciągnięty za koszulkę, zdołał pokonać Michała Siwca. Przez kilkanaście minut oglądaliśmy dużo gry w środku pola i dobrze ustawione bloki defensywne, zatem bramki nie padło. Esportivo jednak zebrało się w końcówce meczu i znów przejęło inicjatywę, dzięki czemu zdołało wyjść na dwubramkowe prowadzenie po golach Kuby Jóźwiaka oraz Roberta Dębskiego, który po przejęciu piłki na własnej połowie wykorzystał fakt, że bramkarz rywali był bardzo mocno wysunięty i strzałem z połowy posłał futbolówkę do bramki. Na dwie minuty przed końcem gracze gospodarzy wykorzystali okazję ze stałego fragmentu gry, a konkretnie Bartek Przyborek popisał się świetną egzekucją rzutu wolnego, doprowadzając do wyniku 5:6. Czasu było niewiele, a jednobramkowy deficyt jak najbardziej do odrobienia, więc ekipa In Plus & Pojemna Halina nieco się odkryła, co wiązało się z ryzkiem "nadziania" na kontrę i tak też się stało. Bramka ustalająca rezultat meczu na 5:7 to "klepka", w której przeciwko bramkarzowi gospodarzy stanęło aż trzech graczy Esportivo, a na listę strzelców wpisał się Robert Dębski. Esportivo wciąż liderem, a In Plus & Pojemna Halina, ku zaskoczeniu wielu osób, nadal w dolnej części tabeli.
Obie ekipy w tym sezonie walczą o mistrzostwo, jednak po niedzielnym pojedynku EXC Mobile Ochota oddaliła się nie tylko od mistrzostwa, ale i od strefy medalowej. Gorlicka natomiast pierwszy raz od kilku spotkań pokazała jak mocną jest ekipą i powroty po dłuższej przerwie takich zawodników jak Adrian Beta czy Igor Mińkowski sprawiły, że Daniel Gello miał komfort w dobraniu składu i taktyki na spotkanie z zespołem z Ochoty. Początek meczu wyrównany gdzie po golu dla gości szybko odpowiedział bramką Mateusz Olszak wykorzystując wysokie wyjście stojącego między słupkami tego wieczoru Marcela Gorczycy. Przy wyniku 1:1 groźnie strzelca bramki faulował Jakub Sosnowski. Sędzia pokazał żółtą kartkę i Gorlicka musiała grać w osłabieniu. Jednak gospodarze nie wykorzystali okresu przewagi, goście po tym jak uzupełnili skład wzięli się za stwarzanie sytuacji pod bramką rywali. Kilka dobrych sytuacji wreszcie dało dwie bramki, które determinowały sytuację na boisku. Team Daniela Gello ustawił się szczelnie w obronie, a wiemy, że akurat ten element mają chłopaki z Gorlickiej opanowany znakomicie. EXC Mobile starało się grać z bramkarzem chcąc stworzyć przewagę, ale zastępujący tego dnia Patryka Koryckiego popularny Osa nie pomagał zbytnio w rozegraniu, a gdy już się na to zdecydował to zagrywane przez niego piłki były niedokładne. Jedynym zawodnikiem, który zagrażał przeciwnikom był Krystian Nowakowski który próbował strzałów z dystansu, a wiemy jakim dysponuje strzałem bo nie raz przeciwnicy się o tym przekonali, lecz nic tego dnia nie chciało wpaść. Do przerwy było 1:3 i tliła się nadzieja, że może w drugiej odsłonie da się odrobić stratę. Jednak drugie 25 minut to była dominacja Gorlickiej. Tego dnia byli świetnie dysponowani i mimo że gospodarze walczyli, to jednak dyspozycja dnia nie była po ich stronie. Ostatecznie skończyło się 2:10 co pokazuje jak druga część bardzo różniła się od pierwszej. Gorlicka nadal na pozycji lidera i z takim składem może jak najbardziej liczyć na obronę tytułu. EXC Mobile musi się podnieść po dwóch porażkach, ale chłopaki mają charakter i umiejętności i na pewno te gorsze momenty muszą się kiedyś skończyć.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)