Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: Ekstraklasa
Starcie AnonyMMous! z ALPAN-em nie zapowiadało się na wielkie widowisko, głównie z uwagi na problemy, z jakimi ekipa Maćka Miękiny boryka się w tym sezonie. Do tej pory nie udało się im zdobyć choćby punktu, a po zeszłotygodniowej porażce, która była de facto zwycięstwem wypuszczonym z rąk, morale w ekipie gospodarzy było raczej na średnim poziomie. Z kolei ekipa gości w zeszłym tygodniu przerwała passę dwóch porażek z rzędu i po pokonaniu faworyzowanej ekipy In Plus & Pojemna Halina byli zdecydowanym faworytem starcia z "Anonimowymi". Niestety dla widowiska, od pierwszych minut spotkanie układało się dość jednostronnie. Słynący z taktycznego rozgrywania ataków gracze gości bardzo sprawnie realizowali swój plan ofensywny, co chwila aplikując rywalom bramkę, przy czym sami bardzo szczelnie grali w defensywie. Efektem było miażdżące 0:8, a wśród strzelców ALPAN-u nie można było wyróżnić gracza z imponującą ilością trafień, gdyż rozkład był raczej równy. Co innego po zmianie stron. W drugiej połowie za strzelanie zabrał się jeden z najszybszych zawodników w całej Lidze Fanów, Mateusz Marcinkiewicz, który tylko w tej części meczu pokonywał golkipera gospodarzy aż pięciokrotnie. Niezbyt częste zrywy w ataku graczy AnonyMMous! przyniosły efekty w postaci trzech trafień autorstwa Maćka Latosiewicza, Maćka Sidorowicza oraz Michała Matyni. Jednak na te bramki goście odpowiedzieli aż dziewięciokrotnie. Bardzo solidnym dorobkiem bramkowym, poza wspomnianym Mateuszem Marcinkiewiczem, mógł pochwalić się Kamil Melcher, który zanotował na swoim koncie hat-tricka. Zawodnikiem meczu został jednak wybrany Patryk Skrajny, który co prawda tylko raz wpisywał się na listę strzelców, ale aż czterokrotnie asystował przy golach kolegów i w wielu akcjach to jego podania napędzały ruch w ofensywie gości. Ostatecznie ALPAN wygrał to spotkanie 3:17, zatem mecz bez większej historii, niestety....Niemniej, komplet punktów utrzymał ekipę Kamila Melchera w górnej części tabeli i nadal jest szansa na podium po rundzie jesiennej!
Hitowe starcie pomiędzy Gorlicką a Turem Ochotą dostarczyło nam nie lada emocji. Gospodarze jak zawsze w tym sezonie stabilnie ze składem, choć kilku kluczowych graczy nie stawiło się tego dnia na AWFie. Goście tym razem dysponowali naprawdę najlepszą możliwą kadrą i to dawało nadzieję na korzystny wynik. Już pierwsza akcja meczu i próba strzału nożycami Rafała Polakowskiego pokazała, że Tur jest zdeterminowany by wygrać to prestiżowe starcie. Ta pierwsza dobra akcja była preludium do fenomenalnej pierwszej połowy. Goście ustawieni na swojej połowie nie pozwalali rozpędzić się ani Marcelowi Gorczycy ani Filipowi Woźnicy. Gorlicka biła głową w mur a rywale wykorzystywali wszystkie błędy w wyprowadzaniu piłki. Kolejne trafienia Adriana Bartkiewicza, Piotra Leśniewicza i Bartka Osolińskiego wprawiły wręcz w konsternację przeciwników i szybko zrobił się wynik 0:3, co było sporym zaskoczeniem. Przed przerwą wynik podwyższył Adrian Bartkiewicz wykorzystując niepewność golkipera i po 25 minutach rywalizacji było 0:4. W przerwie w obozie gospodarzy mobilizacja i zmiana na pozycji bramkarza. Między słupkami stanął Marcel Gorczyca. Gra z lotnym bramkarzem i ryzyko jakie podjęła Gorlicka zaczęło przynosić korzyści. Najpierw sam Marcel strzelił bramkę na 1:4. Stopniowo Gorlicka zaczęła trafiać do bramki Tura i w zasadzie całą drugą odsłonę nie schodziła z połowy rywali. Pogoń za wynikiem udała się i w samej końcówce mieliśmy remis 5:5. Wówczas to Tur miał dwie kapitalne szanse. Najpierw Adrian Bartkiewicz nie znalazł drogi do bramki a strzał Michała Bruździaka trafił w słupek. Jedna z ostatnich akcji spotkania i strzał z ostrego konta Maksymiliana Kota dało nieoczekiwanie trzy punkty. Radość w obozie gospodarzy i smutek oraz niedowierzanie w sztabie Tura. Brawo dla obu ekip za wspaniałe widowisko i szkoda że nie można przyznać punktów za wrażenia artystyczne, bo Tur zasłużył swoją postawą na choćby jedno "oczko". Trzeba też podkreślić że tym razem znakomite zawody zagrał Paweł Wysocki, który miał słabsze mecze w poprzednich kolejkach, ale tym razem przypomniał że ma spore umiejętności i kilka razy kapitalnie interweniował. Gorlicka z kompletem punktów prowadzi w tabeli a Tur niestety przesunął się w dół ligowej hierarchii i musi koniecznie szukać punktów w kolejnych meczach.
Spotkania FC Kebavity z FC Impulsem UA mają zwykle bardzo przyjacielski charakter. Obie ekipy znają się bardzo dobrze i darzą wzajemnym szacunkiem, czego wyrazem było np. wspólne zdjęcie obu ekip, uchwycone przed pierwszym gwizdkiem. Niestety sama rywalizacja okazała się być nieco rozczarowująca i oglądaliśmy typowy mecz do jednej bramki. U gości zawiodła frekwencja, co bardzo szybko okazało się dla Ukraińców zabójcze. Wprawdzie Kebavita była w natarciu od pierwszych minut i Christian Nnamani miał kilka groźnych akcji, to golkiper Impulsu Artem Solonikov był bardzo czujny i nie dawał się pokonać. Gospodarze napierali, ale pierwszego gola zdobyła ekipa Vladyslava Budza. Kapitan gości wykorzystał błąd w obronie i strzałem z obrotu pokonał Barta Gwoździa, ale był to poniekąd łabędzi śpiew. Zawodnik Impulsu doznał przy tym zagraniu kontuzji i musiał opuścić boisko, co dla i tak wąskiej ławki rezerwowych było potwornym ciosem. Kebavita miała spore problemy, żeby przebić się przez defensywę Impulsu, ale do końca pierwszej połowy zapunktowała trzykrotnie i schodziła na przerwę z solidnym prowadzeniem. Druga połowa była już w sumie egzekucją w wykonaniu gospodarzy. Bardzo szybko gola zdobył Michał Dryński, który okiwał trzech obrońców i strzelił na krótki róg. Podopieczni Buraka Cana spokojnie dokładali kolejne gole i zupełnie kontrolowali dalszy przebieg meczu. Było to mocno zaskakujące, gdyż Impuls znany jest z bardzo walecznego charakteru i szczególnie w drugiej połowie potrafi włączyć się do walki, stwarzając zagrożenie do ostatniego gwizdka. Tym razem w ekipie gości zdecydowanie zabrakło determinacji, choć spora w tym zasługa świetnej dyspozycji golkipera Kebavity Bartka Gwoździa, który po raz kolejny zagrał świetne spotkanie, wprawiając napastników przeciwnika we frustrację. Bardzo wymownym podsumowaniem tego spotkania była końcówka meczu – przy stanie 10:1 Christian Nnamami przyznał się do zagrania ręką we własnym polu karnym, ale Ukraińcom nie udało się wykorzystać prezentu, bo Bartek Gwóźdź znów popisał się fenomenalnym refleksem. Kebavita zgarnęła łatwe trzy punkty i rozsiadła się na fotelu wicelidera ekstraklasy.
To spotkanie zdecydowanie nie rozczarowało pod względem emocji piłkarskich. Choć to dopiero 5 kolejka zmagań w Ekstraklasie, dla obu ekip był to mecz o przysłowiowe sześć punktów. I o ile gospodarze wzięli sobie do serca powagę tego starcia i stawili się w bardzo silnym składzie, o tyle frekwencja Haliny daleko odbiegała od optimum. Chłopaki jeszcze przed pierwszym gwizdkiem z rozbrajającą szczerością stwierdzili, że stawiają na jakość, a nie na ilość i filozofia ta okazała się nad wyraz trafna. Z początku to goście przeważali w posiadaniu piłki, a bramkarz EXC Krzysztof Jabłoński miał dużo więcej pracy niż jego odpowiednik po drugiej stronie boiska. Tomek Warszawski częściej wspomagał kolegów rozgrywaniem piłki od tyłu niż efektownymi paradami, ale klasyczny styl Pojemnej Haliny nie przynosił efektów. Po kwadransie gry wynik otworzył Bartosz Przyborek, który urwał się obrońcom przy rzucie z autu i zapakował piłkę do siatki. Dwie minuty później było już 0:2 po golu Tomasza Żebrowskiego, ale EXC odpowiedziało akcją Sebastiana Dąbrowskiego, który dostał podanie na prawe skrzydło i precyzyjnym strzałem w okienko zdobył gola kontaktowego. U gospodarzy szwankowała nieco komunikacja, szczególnie w bloku defensywnym i kilkukrotnie zdarzyły się przez to niebezpieczne zagrania w okolicach własnego pola karnego. W 21 minucie niezdecydowanie w takiej sytuacji wykorzystał Jakub Nahorny, który wyłożył piłkę Tomkowi Żebrowskiemu, a ten nie dał szans golkiperowi z Ochoty. O ile goście nie przyszaleli z frekwencją, o tyle w drużynie Kamila Jurgi sytuację można opisać jako klęskę urodzaju. Mimo szerokiej ławki rezerw chłopaki nie mogli się ze sobą porozumieć i pod koniec pierwszej połowy atmosfera wyraźnie zgęstniała. W przerwie panowie powiedzieli sobie kilka „ciepłych” słów, powyjaśniali to i owo i na drugą połowę wyszli nieco bardziej zmotywowani. Tempo pierwszej części spotkania było „relatywnie” umiarkowane jak na mecz ekstraklasy, ale po przerwie zamieniło się w regularny galop w wykonaniu obu ekip. EXC atakowało coraz śmielej, ale brakowało klarownych sytuacji strzeleckich. Spora w tym zasługa defensorów Haliny, którzy skutecznie wyłączyli z akcji ofensywnych Damiana Patokę. Jednak w 34 minucie snajper gospodarzy dostał prezent, którego nie zwykł marnować. Za wślizg w polu karnym sędzia podyktował rzut karny, a Damian precyzyjnym strzałem przy samym słupku zapakował piłkę do siatki. Goście poczuli presję i choć stwarzali sporo groźnych akcji, nie byli w stanie pokonać Krzysztofa Jabłońskiego. W końcówce gospodarze wyraźnie przycisnęli w ataku, ale zwyczajnie brakowało szczęścia. Na trzy minuty przed końcem Mateusz Olszak i Krystian Nowakowski wyprowadzili groźny atak, ale strzał odbił się od słupka, co było trzecim takim przypadkiem w wykonaniu zespołu z Ochoty. Fortuna uśmiechnęła się akcję później – goście na moment stracili koncentrację, a błyskawiczny rzut z autu strącił głową Kamil Jurga ustalając wynik meczu na 3:3. Była to bardzo zacięta i ciekawa rywalizacja, ale jesteśmy przekonani, że obie drużyny są raczej niezadowolone z podziału punktów.
Dużo więcej spodziewaliśmy się po starciu Esportivo Varsovii z Deportivo La Chickeno. Gospodarze grają bardzo dobrze w tym sezonie i są w grupie zespołów które kandydują do ostatecznego triumfu na koniec rozgrywek. Pewnie przychodząc na spotkanie w niedzielę nie spodziewali się aż tak prostego meczu. Jednak to goście ponownie w tym sezonie nie dojechali na mecz, bo stawiając się w zaledwie sześciu, czyli bez zmian nie mieli zbyt wiele szans z tak dobrze dysponowanym przeciwnikiem. Po kilku pierwszych minutach kamerzysta chciał wyłączyć kamerę a osoba obsługująca to spotkanie miała problemy, by wszystko wpisać w protokół - w takim tempie padały bramki w tym spotkaniu. O ile jeszcze pierwsza połowa wyglądała w miarę, to druga ocierała się o groteskę. Esportivo bawiło się na boisku i gdyby chłopaki chcieli naprawdę postrzelać w tym spotkaniu to wynik byłby o wiele wyższy. Do przerwy było 10:3. Po zmianie stron goście opadli już z sił i nie nadążali z powrotem do defensywy co skutkowało kolejnymi bramkami. Mecz zakończył się wynikiem 21:5 i mamy nadzieję, że był to ostatni taki mecz w ekstraklasie. Esportivo dopisuje kolejne trzy punkty i będzie się liczyło w walce o medale. Deportivo musi sobie zadać pytanie czy na poważnie chce walczyć w najwyższej klasie rozgrywkowej czy po prostu Ernest Woźniak nie mając co tydzień co najmniej kilku zmian potocznie nie porwał się z motyką na słońce?







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)