Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: Ekstraklasa
W meczu Tura z EXC Mobile Ochota spodziewaliśmy się, że będzie się sporo działo na boisku. Nie pomyliliśmy się, bo były ładne bramki zwarcia na boisku i sporo dramaturgii w samej końcówce. Początek należał do ekipy z Ochoty. Gracze Konrada Kowalskiego prowadzili grę i długo utrzymywali się przy piłce. Goście ustawieni w defensywie czekali na moment dogodny do kontrataków. Jednak mądrze operujący piłką Tur nie popełniał błędów. W ataku pod nieobecność kapitana Tura ustawiony był Rafał Polakowski. W jednej z akcji wrócił się do strefy obronnej i w solowej akcji huknął niemal ze środka boiska, pakując piłkę w samo okienko bramki Krzysztofa Jabłońskiego. 1:0 dla gospodarzy i goście musieli zmienić trochę taktykę. Nie minęło kilka minut a mieliśmy wyrównanie. Z dystansu strzelał Krystian Nowakowski a do piłki odbitej przez Pawła Wysockiego doskoczył Sebastian Dąbrowski i było 1:1. Po chwili na solową akcję zdecydował się Dawid Brewczyński i kopiując wyczyn Rafała Polakowskiego zdobył pięknego gola dającego prowadzenie EXC Mobile Ochota. W końcówce pierwszej połowy mecz zaczął przypominać te z gatunku brzydkich. Dużo było gadania, fauli i wzajemnych pretensji. To poskutkowało żółtymi kartkami, które sędzia wyciągnął by schłodzić trochę temperaturę graczy na boisku. Do przerwy nic się nie zmieniło i ze skromnym prowadzeniem teamu Kamila Jurgi schodziliśmy na przerwę. Wynik 1:2 zwiastował emocje w drugich 25 minutach. Po zmianie stron długo oglądaliśmy scenariusz z początku spotkania. Tur miał praktycznie cały czas piłkę. Atakował, ale nic z takiego grania nie wychodziło. Ciężko było dojść do jakiejś klarownej sytuacji. Goście konsekwentnie w defensywie przesuwali i czekali na błędy rywali. Po jednej z akcji zagotowało się pod bramką Tura i Przemysław Alberski chcąc wybić piłkę wpakował ją do swojej bramki. Wynik 1:3 stawiał ekipę wielokrotnego mistrza Ligi Fanów w sytuacji jeszcze trudniejszej. Gospodarze mieli w końcówce kilka okazji, ale ponownie to EXC Mobile Ochota po kontrze dołożył czwartą bramkę. Na sekundy przed końcowym gwizdkiem Adrian Bartkiewicz zdobył drugiego gola dla Tura, ale była to bramka jedynie zmniejszająca rozmiary porażki. Goście wygrywają i zdobywają cenne punkty, gospodarze muszą w kolejnych meczach postarać się o szerszy skład, bo brak kilku zawodników był tego dnia bardzo widoczny.
Deportivo w tym sezonie ma apetyt na to, by powalczyć o najwyższe cele w ekstraklasie. Wiemy że Ernest Woźniak ma naprawdę kilku znakomitych zawodników, którzy indywidualnie potrafią sporo, ale nieraz zbiór indywidualności nie osiąga sukcesów jeżeli nie tworzy prawdziwej drużyny. Kapitan Czikenów dobrze o tym wie i zrobi wszystko by zbudować zespół, który dobrze będzie się rozumiał. W poprzedniej kolejce goście minimalnie ulegli Turowi i komplet punktów w starciu z Impulsem był swojego rodzaju obowiązkiem. Ekipa z Ukrainy wie, że w tym sezonie będzie piekielnie trudno się utrzymać i w każdym meczu trzeba starać się wywalczyć punkty. Początek spotkania to ataki gości, którzy szybko chcieli wyjść na prowadzenie. Gospodarze starali się grać jak najszczelniej w defensywie i czyhać na kontry. Do bramki Impulsu powrócił po długiej przerwie Artem Solonikov i miał sporo pracy od pierwszej minuty spotkania. W ataku Deportivo szczególnie aktywny był Eryk Agnyziak oraz Patryk Zych i to po akcjach tych zawodników padły pierwsze bramki w tym meczu. Podopieczni Ernesta Woźniaka przeważali i ekipa Impulsu niewiele mogła zdziałać. Dopiero w końcówce pierwszej połowy udało się strzelić premierowego gola po akcji Budz - Didenko. Do przerwy było 1:6 i nic nie zwiastowało odwrócenia wyniku w drugiej połowie. Początek drugich 25 minut to ponowna dominacja Czikenów, ale w porównaniu z pierwszą połową skuteczność była mizerna. Impuls nie poddawał się i zaczął odrabiać straty. Trzeba też zaznaczyć, że w niektórych sytuacjach brakowało szczęścia. Niestety techniką i szybkością rywalom dorównywali tylko Vladyslav Budz i Kostiantyn Didenko, co było widoczne na boisku. Ostatecznie Deportivo dowiozło zwycięstwo i mecz zakończył się wynikiem 8:10, ale w meczach z rywalami z topu szczególnie defensywa gości jest do poprawy. Gospodarze dzielnie walczyli do końca i za to należą im się brawa, bo pokazali charakter na boisku.
In Plus Pojemna Halina po remisie z Kebavitą chciał w kolejnym meczu wygrać, by już na początku sezonu nie tracić kontaktu z czołówką tabeli. Esportivo Varsovia mimo porażki z Gorlicką dało sygnał, że będzie walczyć o najwyższe cele i już początek spotkania wskazywał że gości czeka ciężka przeprawa. Gospodarze znakomicie odcinali grę z bramkarzem rywali, przez co ekipa Patryka Galla nie mogła stwarzać sobie dogodnych sytuacji. Z kolei w ofensywie znakomicie funkcjonował duet Mikołaj Kwiatkowski & Kuba Wardzyński, dzięki czemu Esportivo stwarzało sobie sporo klarownych sytuacji. Strzelanie rozpoczął ten pierwszy znakomicie znajdując się w polu karnym przeciwników. Po chwili było już 2:0 i goście musieli odrabiać straty. Niestety szczelna obrona rywali na niewiele pozwalała w pierwszej połowie a na domiar złego dystans się zwiększał. Na trzy minuty przed końcem było już 4:0 i zgromadzeni kibice niedowierzali, że Esportivo tak wysoko prowadzi. Tuż przed gwizdkiem oznajmiającym przerwę Janek Skotnicki strzelił jedynego gola dla In Plus Pojemnej Haliny w pierwszych 25 minutach. 4:1 na półmetku rywalizacji. Po zmianie stron goście ruszyli do odrabiania strat. Dwa razy w bliźniaczy sposób Tomek Warszawski huknął z dystansu i zrobiło się 4:3. Pamiętamy mecz sprzed tygodnia, gdzie team Eryka Zielińskiego grał lepiej a jednak przegrał. Słychać było z ławki gospodarzy że trzeba zamknąć mecz i ponownie dał o sobie znać duet Kwiatkowski - Wardzyński. To po akcjach tych zawodników Esportivo ponownie odskoczyło na dwie bramki przewagi. W końcówce cios za cios i pogoń gości, by chociażby wyszarpać remis. Jednak tym razem gospodarze dowieźli korzystny wynik i zgarnęli pierwsze punkty w tym sezonie. Mecz kończy się wynikiem 6:4 i jesteśmy ciekawi jak rozwinie się rywalizacja w ekstraklasie, bo widać już po pierwszych meczach że stawka ekip walczących o medale w tym roku będzie bardzo szeroka.
Zespoły FC Kebavita oraz Alpan nie miały jeszcze przyjemności zmierzyć się w regularnym sezonie Ligi Fanów i bardzo byliśmy ciekawi bezpośredniego starcia między nimi. W poprzedniej kolejce Kebavita była o krok od niemałej niespodzianki i pokonania Pojemnej Haliny, a ostateczny remis na pewno spowodował, że Burak Can postawił sobie jasny cel na ten mecz – wygrać. Gospodarze już od pierwszego gwizdka narzucili swoje warunki gry. W 5 minucie Michał Dryński wypatrzył uciekającego po prawym skrzydle Borysa Ostapenkę, precyzyjnie dośrodkował, a Borys z pierwszej piłki uderzył przy samym słupku i umieścił piłkę w siatce. W tej akcji ujawnił się jeden z trzech czynników, które finalnie doprowadziły do triumfu ekipy gospodarzy. Kebavita konsekwentnie buduje swój zespół od kilku sezonów i widać zaufanie, z jakim zawodnicy tej drużyny rozgrywają piłkę między sobą. Mądre wyprowadzanie akcji, spokój i wzajemna asekuracja w obronie, do tego bystre i precyzyjne przenoszenie gry na skrzydła. Widać było, że Alpan średnio radzi sobie z takim planem taktycznym. Drugim filarem gospodarzy był tego dnia golkiper Bartek Gwóźdź, który zagrał fenomenalne zawody i napastnicy przeciwnika momentami łapali się za głowy patrząc na niemożliwe parady Bartka. Trzeci powód leżał już bezpośrednio po stronie napadu Alpana. O ile rozgrywanie piłki w środku boiska czy podkręcanie tempa wychodziło ekipie Kamila Melchera całkiem dobrze, o tyle wykończenie, mówiąc delikatnie, pozostawiało wiele do życzenia i chłopaki mogą mieć pretensje głównie do siebie. Po kwadransie było już 3:0 dla Kebavity po golach Moatasema Aziza oraz Christiana Namaniego i dopiero po tym golu Alpan wyraźniej przycisnął w ataku, choć początkowo ofiarna i ciasna obrona gospodarzy nie pozwalała na klarowne sytuacje strzeleckie. Udało się przemóc w samej końcówce pierwszej połowy – w 23 minucie gola kontaktowego zdobył Daniel Kania, a bramkę do szatni zapakował Kamil Melcher i nagle zrobiło się 3:2, co podbudowało gości. Na drugą połowę wyszli zdecydowanie bardziej zdeterminowani, podkręcili tempo i zaczęli napierać na bramkę Bartka Gwoździa, momentami zamykając nawet Kebavitę na jej połowie. Ataki nie przynosiły efektów, a gospodarzom wystarczyła jedna kontra, żeby Baris Kazkondu podwyższył prowadzenie. Mecz ten mógłby potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby nie wspomniana wcześniej, fatalna skuteczność napastników Alpana. Podejrzewamy, że gdyby napór z początku drugiej połowy przyniósł szybkie bramki, mecz przebiegłby na innych warunkach. A tak Christian Namani i Kamil Majorek podwyższyli na 6:2 i Kebavita na spokojnie dowiozła zwycięstwo. Ostatniego gola strzelił Mateusz Marcinkiewicz ustalając wynik spotkania na 6:3.
Anonimowi w tym sezonie na pierwszych dwóch meczach mieli szeroki skład, jednak widać gołym okiem że brakuje zdecydowanie jakości na boisku i trzeba szybko zweryfikować taktykę i plan jak powalczyć z drużynami które mają potencjał o wiele większy niż gospodarze. Jedno jest pewne - podopieczni Maćka Miękiny nie prowadzić otwartej gry z rywalami, bo to zazwyczaj może się kończyć wysokimi porażkami. Gorlicka po męczarniach przed tygodniem teraz miała dużo słabszego rywala, więc i przewaga na boisku była widoczna gołym okiem. Już pierwsze minuty to szybkie trafienia po akcjach Maksa Himela. Po kilku minutach było 0:2 i przewaga teamu Daniela Gello nie podlegała dyskusji. W ofensywie aktywni byli jak zawsze Marcel Gorczyca i Filip Woźnica, który w tym sezonie pojawił się w składzie Gorlickiej. Trzeba przyznać że to znakomity transfer, bo Filip jest niezwykle aktywny w ofensywie, dużo biega i w destrukcji też jest bardzo skuteczny. Anonimowi starali się stworzyć swoje okazje, ale wobec szczelnej defensywy rywali ciężko było dojść do jakiejś sytuacji strzeleckiej. Do przerwy było 0:4. Po zmianie stron Gorlicka bawiła się na boisku stwarzając sobie kolejne okazje. Wkradł się też moment rozluźnienia przez co gospodarze mogli strzelić bramki honorowe. W końcówce spotkania pojawił się pomysł z lotnym bramkarzem i Maciek Miękina zszedł z boiska, ale przy bezpiecznym wyniku dla gości nie było szans żeby chociażby zbliżyć się do rywala. Swoje minuty złapał także Dariusz Gorczyca i miał nawet szanse zapisać się w protokole, ale ostatecznie sędzia nie wskazał na środek boiska po jego strzale twierdząc, że piłka nie wpadła do bramki. Spokojnie było też na trybunach, ale za tydzień będzie gorąco, bo mecz z EXC Mobile Ochota na pewno będzie meczem innego gatunku. Ostatecznie mecz kończy się wynikiem 3:9 i zwycięstwem Gorlickiej bez większego wysiłku.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)