Sezon 2014/2015
Relacje meczowe: Ekstraklasa
W meczu Alpana z Turem obie ekipy potrzebowały punktów, by myśleć o walce o czołowe lokaty. Goście niestety po raz kolejny w tym sezonie nie mieli kilku podstawowych zawodników i to sprawiało, że gospodarze mieli nadzieję na wygranie starcia z bardziej utytułowanym rywalem. Początek to walka o każdy centymetr boiska i widać było, że oba zespoły były zdeterminowane by zgarnąć komplet punktów. Po jednej strzelonej bramce w początkowej fazie meczu dawało nadzieję, że to spotkanie będzie trzymało w napięciu przez pełne 50 minut. Przy stanie 1:1 mieliśmy pierwszą tego dnia kontrowersje. Bramkarz Alpana Piotr Koza interweniował ręką poza polem karnym. Zawodnicy gospodarzy twierdzili że sytuacja miała miejsce w polu karnym, ale sędzia był na tyle pewny swojej decyzji, że przyznał rzut wolny i ukarał golkipera czerwoną kartką. Jak się okazało z nagrania video sędzia jednak podjął słuszną decyzję i nie było tu mowy o skrzywdzeniu teamu Rafała Dębskiego. Na szczęście Alpan dysponuje dwoma bramkarzami i Michał Wytrykus mimo że nie w pełni sił stanął między słupkami. Kolejną sytuacją która budziła emocje tym razem pod bramką Tura, było wyjście z piłką poza pole karne. Sędzia zdecydował się tym razem na żółtą kartkę i oba zespoły grały w osłabieniu. Do przerwy nic się nie zmieniło i remisem zakończyła się pierwsza połowa. Po zmianie stron Tur obie ekipy dążyły do zwycięstwa. Przeważał Tur mając więcej sytuacji i częściej utrzymywał się przy piłce. Jednak niespodziewanie to Alpan wyszedł na prowadzenie. Marcin Konopka podał piłkę do bramkarza a ten fatalnie skiksował i piłka wpadła do bramki. Kuriozalna bramka nie załamała gości. Po chwili ten sam Marcin Konopka wykończył akcję Tura i ponownie był remis. Lada moment miała miejsce kolejne sporna sytuacja. Do piłki która wróciła na połowę Tura dopadł Mikołaj Prybiński, który ubiegł golkipera i wpakował piłkę do bramki. Jednak sędzia odgwizdał faul ku zdumieniu zawodników gospodarzy. W tej sytuacji nie do końca można się zgodzić z interpretacją arbitra, który oczywiście zasugerował się zderzeniem zawodników, ale to zawodnik Alpana był bardziej zainteresowany piłką niż bramkarz Tura, który desperacko rzucił się w kierunku piłki. W końcówce jednak to Alpan miał więcej argumentów po swojej stronie. Głównie za sprawą Mateusza Marcienkiewicza, który strzelił trzy bramki. Jedną po kontrze, drugą po błędzie obrony lobem przez niemal całe boisko a na koniec zakończył swój festiwał trafieniem z rzutu wolnego. Alpan zasłużenie pokonuje Tura i nadal liczy się w stawce drużyn walczących o czołowe lokaty. Tur po raz kolejny przegrywa i jeżeli nic się nie zmieni w kwestii frekwencji, to może się okazać że goście będą musieli walczyć o utrzymanie w ekstraklasie...
Jeszcze kilka lat temu, gdyby ktoś zobaczył parę AnonyMMous – Esportivo, to w ciemno stawiałby na Anonimowych. Gdy chłopaki na przestrzeni lat kolekcjonowali trofea, ekipa Esportivo dopiero rozpoczynała budowanie swojej marki. Minęło jednak kilka wiosen i czasy się zmieniło. Anonimowi bardziej niż z rywalami, toczą walkę ze sobą, z frekwencją i kontuzjami, z kolei ich rywale wyrastają na jeden z najfajniej rozwijających się projektów piłkarskich w naszej okolicy, a może nawet dalej. Zresztą – wystarczyło spojrzeć w tabelę Ekstraklasy, a tam AnonyMMous zamykali stawkę, nie mając na swoim koncie punktów, z kolei ich oponenci byli w ścisłym czubie. I gdyby tak Superbet miał wystawiać kursy na to spotkanie, to trudno powiedzieć czy w ogóle zdecydowałby się ocenić szansę na zwycięstwo AnonyMMous, bo prawdopodobieństwo było bardzo, bardzo niewielkie. I jak widać po wyniku – niespodzianki tutaj nie było, chociaż suchy rezultat nie mówi nam wszystkiego o tym meczu. Bo ekstraklasowi outsiderzy (dziwnie się używa tego sformułowania w odniesieniu do takiej ekipy, no ale takie są fakty), mimo iż grali bez zmian, to przyjęli dobrą taktykę na tę potyczkę i długo konsekwentnie ją realizowali. Skutecznie grali w destrukcji, a gdy tylko pojawiała się szansa na kontrę, to szukali Łukasza Winka, by ten po przyjęciu piłki rozrzucił ją do kolegów. Ten schemat przyniósł kilka wybornych okazji dla AnonyMMous, tyle że szwankowała skuteczność. A jeśli grasz z taką ekipą jak Esportivo, to musisz wykorzystywać to co masz. No i te wszystkie popsute okazje zemściły się. Już do przerwy faworyci prowadzili 4:0 i było jasne, że krzywda im się tutaj nie stanie. Niektórzy wieszczyli nawet dwucyfrówkę i pewnie gdyby nie Maciek Miękina, to tak by było, ale ostatecznie mecz skończył się wynikiem 8:1. Esportivo zrobiło to, co miało zrobić, chociaż trochę trwało, zanim chłopaki dobrali się do skóry doświadczonym przeciwnikom. Najważniejsze jednak, że są trzy punkty – w takich spotkaniach styl nie jest najbardziej istotny. Co do AnonyMMous, to trzeba ich pochwalić. 50 minut bez ani jednego zmiennika, a mimo to do samego końca nie odpuszczali. Oczywiście szkoda, że w pierwszej połowie nie zamieniali na bramki swoich szans, bo trochę zaszachowaliby swoich konkurentów, jednak nie łudźmy się – w kontekście punktów nic by to nie zmieniło. I cóż – szósta porażka stała się faktem, chociaż bardziej niż przegraną Maciek Miękina przeżywał to, że znów zawiódł się na kilku osobach, które mimo wcześniejszych deklaracji nie dojechały na AWF. Bo przez takie rzeczy stworzona przez niego drużyna i cała jej legenda zaczyna rozmieniać się na drobne…
W meczu na szczycie w ekstraklasie emocji nie brakowało od pierwszej do ostatniej minuty. Od początku spotkania czuło się smak piłkarskiego święta i zgromadzeni kibice mogli oglądać znakomite widowisko pełne dramaturgii. Pierwsi do bramki rywali trafili gospodarze. Po zamieszaniu w polu karnym piłkę przejął Kamil Jurga i strzałem między nogami bramkarza skierował piłkę do siatki. Kebavita szybko chciała wyrównać i swoje okazje mieli Christian Namani i Borys Ostapenko, ale nie potrafili pokonać Krzysztofa Jabłońskiego. Sztuki tej dokonał dopiero w 11 minucie Christian Namani silnym strzałem z dystansu. Mieliśmy remis i mecz rozpoczynał się na nowo. Po okresie, w którym obie ekipy nie mogły znaleźć drogi do bramki przyszła 17 minuta. Przed polem karnym faulowany był Filip Junowicz. Do piłki podszedł Krystian Nowakowski i sprytnym strzałem pokonał Bartka Gwoździa. Radość z prowadzenia trwała dosłownie dwie minuty i po strzale Michała Dryńskiego piłka odbiła się od wracającego do bramki golkipera i ponownie mieliśmy remis. W końcówce zagotowało się przy linii. Damian Patoka i Baris Kazkondu próbowali wyjaśnić sobie zaistniałą sytuację w sposób niesportowy i sędzia ukarał ich żółtymi kartkami. Do przerwy był więc remis 2:2. Po zmianie stron ponownie mieliśmy sporo walki na boisku i obie ekipy nie odpuszczały. W 36 minucie Damian Patoka znów wyprowadził team z Ochoty na prowadzenie. Kebavita ponownie goniła wynik i po raz kolejny udało się wyrównać po kapitalnym strzale Borysa Ostapenko. Wynik 3:3 utrzymywał się dosłownie minutę. Sebastian Dąbrowski skorzystał z niefrasobliwości defensywy gości i płaskim strzałem nie dał szans bramkarzowi. 4:3 i radość w obozie gospodarzy. Do końca pozostało niespełna sześć minut i na boisku robiło się coraz goręcej. Baris Kazkondu na trzy minuty przed końcem wykorzystał prezent od obrony rywali i mecz zakończył się wynikiem 4:4. I wydaje się on sprawiedliwy w kontekście całego spotkania, które w naszej opinii było jednym z najlepszych w tym sezonie.
Kto by pomyślał, że pojedynek In-Plusu Pojemnej Haliny z Deportivo la chickeno będzie starciem zespołów z dołu tabeli Ekstraklasy. No ale najwyższa klasa rozgrywkowa w Lidze Fanów nie wybacza i jeśli jakiś zespół notuje słabszą serię, to od razu ma to przełożenie na pozycję w ligowej hierarchii. To wszystko powodowało, że tak naprawdę ciężko było wskazać tutaj faworyta, chociaż gdy okazało się, że Ernest Woźniak będzie dysponował tylko sześcioma zawodnikami, to nie wróżyliśmy dobrego wyniku Deportivo. Kadra przeciwników prezentowała się lepiej, a w dodatku ten zespół kapitalnie rozpoczął mecz i już po upływie kwadransa prowadził 3:0. Odnosiliśmy wrażenie, że zawodnicy la chickeno nie będą w stanie wyjść z tych opresji. Ale niewykluczone, że tak samo pomyśleli zawodnicy In-Plusu, którzy wyglądali na rozluźnionych, pewnych siebie i trochę spuścili z tonu. Konkurenci wykorzystali to natychmiast i jeszcze w pierwszej połowie zdążyli zmniejszyć straty do zaledwie jednego gola. A już druga odsłona, to koncert beniaminka Ekstraklasy. Ta ekipa zaczęła wykorzystywać każdy, nawet najmniejszy błąd w obronie przeciwnika i ze stanu 2:3 wyszła na 7:4! Fantastycznie uzupełniał się tandem – Eryk Agnyziak & Patryk Zych. Jeden asystował, drugi strzelał, a bywało też odwrotnie, ale w ciemno można było założyć, że jeśli Deportivo cieszy się z gola, to palce maczał w tym albo jeden, albo drugi, albo obydwaj. Na reakcję In-Plusu czekaliśmy aż do 45 minuty. I wtedy objawił nam się dość nieoczywisty bohater w szeregach Pojemnej, a mianowicie Maciek Sioch. To on trzema kolejnymi strzałami ze swojej lewej nogi spowodował, że różnica na korzyść la chickeno wynosiła tylko jedną bramkę! In-Plus poczuł krew, czuł że nie wszystko jest tutaj stracone, ale w najgorszym możliwym momencie błąd przytrafił się Bartkowi Przyborkowi, co w konsekwencji dało decydujące trafienie zawodnikom Deportivo. Po tym ciosie przegrywający już się nie podnieśli i przegrali mecz, który wydawał się być nie do przegrania. Wszystko działało na korzyść In-Plusu, bo i wynik i samo spotkanie mieli początkowo pod kontrolą. Gdy jednak dali się rozruszać oponentom, to ci byli nie do powstrzymania. To starcie pokazało ogromny potencjał triumfatorów, bo wygrać mecz bez zmian z takim rywalem i w takim stylu – to była duża sztuka. I oby był to mecz, który zapoczątkuje pozytywną serię Deportivo, na którą ten zespół stać. Co do In-Plusu, to po tym spotkaniu stało się coś, co trudno sobie wyobrazić – ta drużyna znalazła się w strefie spadkowej! A ponieważ za tydzień gra z Gorlicką, to niewykluczone, że jej przygoda z dolnymi rejonami tabeli jeszcze trochę potrwa…
FC Gorlicka nie zatrzymuje się w swoim ekstraklasowym przełaju. Jak na razie pokonuje każdą przeszkodę i nie inaczej miało być w niedzielę, zwłaszcza że mierzyła się z rywalem, który jeszcze ani razu nie zaznał smaku zwycięstwa w trwającej kampanii. Bo co innego może wyjść z połączenia, gdzie jedni wszystko wygrywają, a drudzy przegrywają? Piłka nożna bywa jednak trochę bardziej skomplikowana. Tutaj każdy mecz to inna historia i z takiego założenia musieli wyjść przede wszystkim gracze FC Impuls, którzy wiedzieli, że nie mają tutaj nic do stracenia i chcieli się postawić wyżej notowanemu konkurentowi. I możemy z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że zawodnicy z Ukrainy nie zawiedli. Od samego początku grali bardzo zdyscyplinowanie taktycznie, zostawiali Gorlickiej mało miejsca, a nawet gdy dopuszczali przeciwnika do strzału, to potrafili heroicznie zablokować piłkę własnym ciałem. Co więcej – to oni wyszli tutaj na prowadzenie, ale chyba wszyscy wiedzieliśmy, że utrzymać je będzie bardzo ciężko. Zwłaszcza, iż faworyci coraz częściej zaczęli wykorzystywać swojego lotnego bramkarza, którym był Marcel Gorczyca. Ta ryzykowna, aczkolwiek świetnie opanowana przez ekipę Daniela Gello taktyka opłaciła się. Lider rozgrywek jeszcze przed upływem 25 minut nie tylko odrobił straty, ale miał nawet gola przewagi. Impuls wiedział, że jeśli chce do tego spotkania wrócić, to nie może pozwolić sobie na stratę kolejnych goli, ale łatwiej było o tym pomyśleć, niż zrobić. Bo jak samemu zdobywać bramki, gdy to rywal jest non stop przy piłce? Gorlicka miała ogromną przewagę w posiadaniu futbolówki, popełniała bardzo mało błędów, a gole na 3:1 i 4:1 zdobyła w krótkim okresie czasu, co chyba ostatecznie pozbawiło nadziei zawodników z Ukrainy. Charakter tych graczy nie pozwalał im jednak, by się poddać. Mimo że nie jest łatwo wciąż biegać za piłką, to oni robili co mogli, byle tylko uprzykrzyć życie rywalowi. Wystarczyło to tylko do honorowej porażki, która przyjęła postać 1:6. Ale Impuls zasłużył na trochę ciepłych słów. Ambicja i determinacja towarzyszyła im od pierwszej do ostatniej minuty. Nam podobał się szczególnie bramkarz Artem Solonikov, który obronił mnóstwo strzałów, z rzutem karnym na czele. Ale to było za mało. Gorlicka co prawda zwłaszcza w pierwszej połowie musiała się trochę napocić, jednak z biegiem czasu pokazała, dlaczego jest na szczycie najbardziej konkurencyjnych rozgrywek szóstkowych w Warszawie. I zepchnąć ją stamtąd będzie piekielnie ciężko.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)