reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
12:00

EXC Mobile Ochota po dwóch słabszych występach liczyła na przełamanie w starciu z Impulsem. Goście w tej rundzie grają naprawdę solidnie i liczyli na urwanie punktów faworytom. Od początku to gracze z Ochoty dominowali na boisku i starali się szybko strzelić bramki, by móc kontrolować spotkanie. O ile udało się otworzyć szybko wynik to później trochę niefrasobliwości w obronie spowodowało, że Vladyslav Budz szybko wyrównał. Gospodarze jednak grali konsekwentnie i po raz kolejny wyszli na prowadzenie. Gdy padła bramka na 3:1 wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Niestety mimo dobrej gry, goście dwa razy w prosty sposób tracili piłki i pomagali zdobywać bramki rywalom. Gra z wysoko wysuniętym bramkarzem paradoksalnie przyniosła więcej strat niż korzyści, ale gracze z Ukrainy konsekwentnie starali się konstruować ataki w taki właśnie sposób. Przed przerwą ponownie obrona EXC Mobile Ochota sprezentowała bramkę rywalom i na przerwę ekipy schodziły z wynikiem 3:2. Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy niefortunnie do bramkarza zagrywał Patryk Paszko i golkiper gospodarzy zaskoczony podaniem nie zdołał skutecznie interweniować i mieliśmy wynik 3:3. Od tego momentu team Sebastiana Dąbrowskiego podkręcił tempo a Krystian Nowakowski grający dotąd w defensywie przesunął się wyżej. I to właśnie po jego akcji EXC Mobile Ochota ponownie była o gola z przodu. Przy stanie 4:3 gracze z Ochoty mieli w środku pola rzut wolny. Sebastian Dąbrowski sprytnie wykorzystał gapiostwo rywali i strzelił na bramkę zaskakując bramkarza i podwyższając wynik meczu. 5:3 - tak ostatecznie skończyło się to spotkanie i to gospodarze zdobyli cenne trzy punkty i mamy nadzieję że to dla nich dobry prognostyk przed meczami, które zadecydują o medalach w tym sezonie.

2
13:00
( 1 : 2 )
4 : 3
Raport

Jeszcze przed Świętami TUR Ochota tracąc niemal pewne zwycięstwo nad Strefą Podium skomplikował sobie i tak trudną sytuację w kontekście walki o utrzymanie w Ekstraklasie. Dlatego z AnonyMMous nie zakładał innej opcji niż wygrana, chociaż wiadomo, że ta drużyna nie jest takim hegemonem jak przed laty i Anonimowi nie stali tutaj na straconej pozycji. Tym bardziej, że ekipa Maćka Miękiny miała dwa argumenty. Pierwszy to powrót do gry Konrada Kozłowskiego, a drugi to fakt, że jesienią ten zespół był w stanie pokonać TURa. I teraz powtórzył swój wyczyn. Ale znów nie sposób nie odnieść wrażenia, że to TUR jest w dużej mierze sam sobie winny. Premierowa połowa była bowiem niezła w wykonaniu faworytów, którzy prowadzili 2:0 i zdawało się, że mają mecz pod kontrolą. Anonimowi rzadko zagrażali bramce Pawła Sobolewskiego, mimo że dość często byli w posiadaniu piłki, jednak była to głównie sztuka dla sztuki. Wszystko zmieniło się wraz z bramką kontaktową, jaką udało im się zdobyć jeszcze przed przerwą. To wyzwoliło w zespole wiarę, że przy konsekwentnej grze wynik można jeszcze odwrócić. I jak pomyśleli – tak zrobili! Maciek Miękina mógł z zadowoleniem przyglądać się, jak koledzy z pola najpierw doprowadzają do remisu, a potem wychodzą na prowadzenie. TUR nie potrafił znaleźć swojego rytmu i dopiero po akcji duetu Konrad Wojtkielewicz – Piotr Branicki udało mu się wrócić do gry. Trudno było przewidzieć, do kogo będzie należał następny cios, ale ostatecznie zadali go Anonimowi, choć było w tym sporo szczęścia, bo piłkę do własnej bramki skierował Konrad Wojtkielewicz. TUR musiał już postawić wszystko na jedną kartę, lecz mimo gry z Robertem Hankiewiczem jako lotnym bramkarzem, nie potrafił zdobyć gola i kto wie, czy w ten sposób nie zaznał kluczowej porażki dla swoich dalszych losów. Bo trudno sobie wyobrazić, by z zespołami znacznie wyżej notowanymi był w stanie pokusić się o punkty, a już na pewno nie z taką z dyspozycją jaką prezentuje ostatnio. Brawa z kolei dla Anonimowych, którzy w wielu fragmentach spotkaniach byli najlepszą wersją siebie sprzed lat. Cierpliwość, pragmatyzm, skuteczność – te cechy wreszcie powróciły do ich gry i życzymy im, by to nie był jedynie jednorazowy wybryk, a co coś, co będziemy oglądali w ich wykonaniu w każdą niedzielę.

3
15:30

FC Gorlicka była przez nas typowana jako murowany faworyt w starciu ze Strefą Podium. O tym, że ciężko będzie zatrzymać rozpędzony team Daniela Gello goście przekonali się już w pierwszej akcji meczu, która skończyła się podyktowaniem rzutu karnego. Strefa Podium dość szybko odpowiedziała, ale jej radość trwała bardzo krótko, bo 5 minucie sędzia podyktował już drugi tego dnia rzut karny do Gorlickiej (i drugi zamieniony na bramkę). Po tej wymianie ciosów obie ekipy uszczelniły nieco grę w obronie i na kolejnego gola trzeba było trochę poczekać. W natarciu byli głównie gospodarze, którzy wyprowadzali ataki pozycyjne, ale ciasna obrona Strefy wymuszała częste rozciąganie gry na skrzydła i strzały z dystansu, którym brakowało celności. Team Filipa Chmiela odgryzał się kontrami i w 13 minucie Bartosz Salamon obił słupek, ale okazji gościom nie brakowało, bo Gorlicka popełniła kilka błędów w ustawieniu obrony. W 19 minucie Adrian Wełpa urwał się obrońcom i strzelił przy słupku na 2:2. Gospodarze raczej nie tak wyobrażali sobie ten mecz. Długo nie mogli znaleźć drogi do siatki Jarka Kurmana, ale w ostatniej akcji pierwszej połowy Kamil Dankowski zdecydował się na strzał z niemal połowy boiska i zdobył gola do szatni. Trafienie to okazało się kluczowe dla przebiegu całego spotkania, bo choć Strefa Podium wciąż stawiała opór, to Gorlicka nie oddała już inicjatywy do końca spotkania. W 34 minucie trafił Maksymilian Kot, a gol ten uskrzydlił kolegów i po chwili było już 5:2 po drugiej bramce Kamila Dankowskiego. Strefa goniła wynik, ale Gorlicka w końcu znalazła swój rytm i goście mimo wszelkich starań nie nadążali za rozpędzoną machiną z Ochoty. Wprawdzie przy stanie 6:2 z dystansu huknął Szymon Michoński, ale Gorlicka wciąż miała kierownicę w dłoniach, pewnie wygrała 8:3 i utrzymała się na fotelu lidera. Mecz ten pokazał jednak, że Strefa Podium jest ekipą, która może sporo namieszać w tabeli Ekstraklasy i nawet drużyny z topu muszą liczyć się z teamem Filipa Chmiela.

4
17:30

W ten weekend szykowaliśmy się na mecz na szczycie pomiędzy Kebavitą a Esportivo. Niestety kilku ważnych zawodników po obu stronach nie pojawiło się z różnych przyczyn na boisku, ale już na pierwszy rzut oka widać było że to goście mają większe ubytki w składzie niż gospodarze. Jednak mimo osłabień po obu stronach z przyjemnością oglądało się to spotkanie a dramaturgii nie zabrakło do ostatnich sekund. Lepiej w mecz weszli podopieczni Buraka Cana. Szczelna defensywa nie pozwalała rozwinąć się rywalom a w przodzie świetnie współpracowali Christian Nnamani i Lewis Onuigbo. To właśnie ich współpraca dała efekt w postaci bramek. Esportivo jednak podjęło rękawicę a ciężar na swoje barki wziął Damian Górka i Sylwester Wielgat. Jednak to nie oni, a Damian Stolarczyk huknął z dystansu i dał kontakt swojej ekipie. Do przerwy mieliśmy wynik 3:2 i to zapowiadało nie lada emocje. W drugiej odsłonie atak Kebavity funkcjonował trochę słabiej, przez co gospodarze nie byli już tak groźni jak w pierwszej połowie. Burak Can rotował składem przez co nie zawsze zawodnicy rozumieli się na boisku. Esportivo poczuło, że może tutaj zdobyć punkty. Dobrą robotę w środku pola robił niedoceniany trochę Rafał Sadecki, który dobrze sobie radził z silnymi fizycznie przeciwnikami. Od stanu 4:3 to Esportivo najpierw doprowadziło do wyrównania (po rzucie karnym po wślizgu w polu karnym Barisa Kazkondu). Chwilę później Damian Górka sytuacyjnie po rzucie wolnym dał prowadzenie 4:5 i zrobiło się nerwowo w obozie gospodarzy. Jednak Kebavita to drużyna która umie grać końcówki i najpierw za sprawą Macieja Banaska, który kapitalnie znalazł się w dogodnej sytuacji i wykorzystał ją dając remis 5:5, a po chwili na boisku zameldował się Tomasz Pietrzak, który pierwotnie miał nie grać, ale wobec tego, że wynik nie był pewny postanowił z kontuzją wejść na boisko. To przyniosło efekt w ostatnich sekundach, gdzie dostał piłkę i płaskim strzałem w dolny róg dał Kebavicie komplet punktów. 6:5 po końcowym gwizdku i u jednych radość u drugich chyba małe rozgoryczenie, bo z perspektywy całego meczu ten punkt po prostu im się należał. Jednak to jest piękno futbolu gdzie nie zawsze pada wynik sprawiedliwy, a czasami szczęście sprzyja po prostu innym. Kebavita nadal liczy na mistrzostwo. Esportivo musi się szybko pozbierać, bo za tydzień kolejny mecz na szczycie - tym razem z liderem Gorlicką.

5
19:30

Szeroka kadra i bogactwo wyboru były atutem ekipy In Plus & Pojemna Halina w starciu z ALPAN-em. Goście co prawda również licznie się stawili na to starcie, jednak w zespole gospodarzy widzieliśmy dużo jakości, która z założenia była bardzo trudnym zadaniem dla rywali. Strzelanie rozpoczął Mateusz Mazur, którego dobrym podaniem obsłużył Mateusz Cichawa. Popularny "Mazi" był także autorem podania do kolejnego z Mateuszów, tym razem Buia, który nie miał problemu ze skierowaniem piłki do pustej bramki. Trafienie kontaktowe Wiktora Gajewskiego dawało nadzieję, że spotkanie będzie wyrównane, jednak jeszcze przed przerwą gospodarze nieco odjechali z wynikiem. Po dwóch golach Bartka Przyborka było w pewnym momencie 4:1, jednak tuż przed przerwą pięknym strzałem głową popisał się Remek Muszyński i ostatecznie pierwsza odsłona zakończyła się wynikiem 4:2. W piłkarskich szóstkach taki wynik jest oczywiście sygnałem, że sprawa zwycięstwa jest wciąż otwarta i po zmianie stron liczyliśmy na ciekawą rywalizację o punkty. Niestety, coś w ekipie Kamila Melchera siadło i momentami mieliśmy wrażenie, jakby na boisku była tylko jedna drużyna. Od stanu 4:2 gracze "Haliny" aż pięciokrotnie pokonywali Michała Wytrykusa, a na listę strzelców wpisywali się: Mateusza Mazur - dwukrotnie - oraz Tomek Warszawski, Mateusz Taradejna i Mateusz Bui. Szczególnej urody było trafienie Mateusza Buia, który potężnym strzałem z okolicy połowy boiska nie dał szans golkiperowi rywali, a zaskoczeni siłą tego uderzenia byli chyba nawet jego koledzy, bo kilku z nich złapało się za głowy. W końcówce spotkania oglądaliśmy "wapno" dla ekipy gości, które skutecznie na bramkę zamienił Kamil Melcher, ustalając wynik spotkania na 9:3. Zdecydowane zwycięstwo graczy In Plus & Pojemna Halina, którzy przedłużyli jeszcze szansę walki o medale. Goście mimo porażki nadal zachowują dość bezpieczną odległość od strefy spadkowej.

Reklama