RAPORT MECZOWY - 4.KOLEJKA
Już tylko dziewięć zespołów w Lidze Fanów może się pochwalić punktową nieskazitelnością. Ale jesteśmy przekonani, że na każdego przyjdzie czas i że nikomu nie uda się dowieźć miana niepokonanego do samego końca. Tym bardziej, że niespodzianek (i to dużego kalibru) z tygodnia na tydzień jest coraz więcej. A tradycyjnie przeczytacie o nich w naszym cotygodniowym raporcie z boiska!
Starcie eXc Mobile Ochota z Explo Team zapowiadało się dość interesująco, a okazało się rewelacyjnym widowiskiem. Panowie z obu drużyn pokazali nie tylko futbol na bardzo wysokim poziomie, ale również klasę i wzajemny szacunek, za co należą się słowa pochwały. Ciekawie zrobiło się już po pierwszym gwizdku, bo daleki strzał Karola Bieniasa poleciał „za kołnierz” golkipera Explo Rafała Pomaskiego, który ratował się dość ekwilibrystyczną interwencją, piłka spadła pod nogi Mikołaja Prybińskiego, ale skończyło się tylko obiciem słupka. Mimo to gospodarze byli w natarciu i już 2 minucie padła bramka otwierająca - pięknym strzałem z przewrotki popisał się Michał Kępka. Już minutę później było 2:0 po golu Sebastiana Dąbrowskiego, lecz Explo uszczelniło obronę i team z Ochoty już tak łatwo nie miał. Najpierw Łukasz Malczewski trafił w słupek, a w 12 minucie gola kontaktowego zdobył Oskar Górecki. Gospodarze realizowali schemat gry z wysoko wysuniętym bramkarzem i Krzysztof Jarzyna często podłączał się do rozegrania, do tego bardzo aktywni byli Jan Grzybowski oraz Karol Bienias. W efekcie jeszcze przed przerwą trafił Mikołaj Prybiński i zawodnicy eXc schodzili do szatni prowadząc 3:1. Druga część spotkania również rozpoczęła się od gola po stronie eXc i znów trafił Michał Kępka. Team Sebastiana Dąbrowskiego trzymał bezpieczną przewagę bramkową praktycznie przez cały mecz, choć w 38 minucie Explo doskoczyło z wynikiem na 5:4, kiedy Damian Koński wykorzystał zamieszanie pod bramką Krzysztofa Jarzyny. Nie starczyło jednak determinacji, żeby pójść za ciosem, a Karol Bienias i Krystian Nowakowski zapakowali dwa szybkie gole, które praktycznie przekreśliły szanse Explo na wyrównanie. Wynik na 7:5 w 48 minucie ustalił Oskar Górecki i wygrywając eXc pozostało na fotelu lidera.
Po ciężkiej kontuzji, jaką odniósł Damian Zalewski, w bramce Gladiatorów Eternis stanął Kamil Kuczewski, a jego ekipa w takim niecodziennym zestawieniu musiała stawić czoła Esportivo Varsovia. Jak na dwa mocne, ekstraklasowe zespoły przystało, spodziewaliśmy się wyrównanej walki, jednak dość szybko widowisko zrobiło się jednostronne. Gospodarze od początku prezentowali spokój i wyrachowanie, czym zdobyli optyczną przewagę, a ich perfekcja w budowaniu ataków pozycyjnych była bardzo widoczna. Pierwsze trafienie to dzieło Kuby Wardzyńskiego, który po przejęciu piłki popędził skrzydłem i wykończył z zimną krwią akcję na 1:0. Dwa kolejne trafienia to świetnie wypracowane sytuacje strzeleckie, przy których nie zawiedli Adrian Giżyński i Damian Górka. Swojego "mini hat-tricka" w postaci trzech asysty skompletował Mikołaj Wysocki, gdy po jego podaniu gola na 4:0 zdobył Kuba Jóźwiak. Odpowiedź gości była symboliczna, ale bardzo efektowna, gdy ładnym dryblingiem i skutecznym wykończeniem popisał się Artur Błoński i mieliśmy 4:1. Do końca pierwszej odsłony strzelali już tylko gospodarze, a przy obu akcjach udział miał Patryk Zych, który najpierw podał do Damiana Górki, a następnie asystował przy trafieniu ustalającym wynik premierowej odsłony na 6:1 autorstwa Kuby Jóźwiaka. Było jasne, że graczom Esportivo będzie piekielnie ciężko wrócić do gry, a początek drugiej połowy potwierdził, kto miał tego wieczoru lepszy piłkarsko dzień. Bramki Mikołaja Wysockiego, Kuby Jóźwiaka oraz Patryka Zycha sprawiły, że było aż 9:1. Na osłodę w ekipie gości pięknym golem lobem popisał się Pedro Martinez, ale trudno było o radość z tego trafienia. Efektowną końcówkę spotkania zaliczyli Mikołaj Wysocki oraz Damian Górka, gdyż w ostatnich minutach obaj dwukrotnie zmuszali Michała Siwca do kapitulacji. Ostatecznie mecz zakończył się dwucyfrową wygraną gospodarzy 14:4 i mamy nadzieję, że gracze Esportivo podniosą się i zmobilizują na starcie w następnej kolejce. Gladiatorzy po tym zwycięstwie są tuż za podium, natomiast goście niestety w tym sezonie póki co bez punktów.
Zarówno Warsaw Bandziors, jak i FC Kebavita przed tym starciem miały na koncie jedną wygraną i dwie porażki, co było zdecydowanie poniżej oczekiwań obu zespołów, więc oczekiwaliśmy wyrównanej walki. Niestety, bardzo szybko inicjatywę przejęli goście, którzy swoim spokojem w kreowaniu ataku pozycyjnego wręcz irytowali rywali. Gospodarze zawsze będą przy piłce stawiali na wysoką dynamikę akcji i skupiali się na kontrach, jednak nie przynosiło to efektu. Gole w pierwszej połowie zdobywali przede wszystkim zawodnicy Kebavity, a jako pierwszy na listę strzelców wpisał się Azamat Qutpiddinov, który wykorzystał stratę rywali oraz wysokie ustawienie golkipera rywali i posłał piłkę do pustej bramki z własnej połowy. Sporo zamieszania było przy golu na 2:0, gdy przy zagubionej w polu karnym piłce znalazł się Moatasem Aziz, który chyba nieświadomie skierował ją do bramki. Gole na 0:3 oraz 0:4 to błysk kreatywności i sprytu Maćka Banaska, który asystował przy golach Vlada Budza oraz Azamata Qutpiddinova. "Bandziorom" udało się otworzyć konto strzeleckie jeszcze w pierwszej odsłonie, gdy po podaniu Krzyśka Niedziółki bramkę w zamieszaniu w polu karnym zdobył Maciek Bandurow. Rezultat pierwszej odsłony na 1:5 ustalił, po podaniu Bartka Gwoździa, Vlad Budz. Początek drugiej połowy to nadal spokojna gra Kebavity i wzorowo wykonana kontra, w której podaniami wymienili się Kamil Majorek oraz Moatasem Aziz, gdzie ten drugi wykończył akcję na 1:6. Gospodarze, mimo dużego deficytu podjęli jeszcze walkę i po golach Szymona Kołosowskiego oraz Michała Bogusza doprowadzili do stanu 3:6. Warto wspomnieć, że przy tych dwóch golach świetnymi podaniami popisał się Norbert Wilk. Do końca spotkania to jednak goście kontrolowali przebieg gry, a szczególnie dobrze spisywał się Kamil Majorek, który w tym czasie asystował przy bramce Moatasema Aziza, a także dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, zapisując na swoim koncie m.in. gola ustalającego wynik mecz na 3:9. Zdecydowane i zasłużone zwycięstwo ekipy Buraka Cana pozwoliło jego ekipie odskoczyć od strefy spadkowej. Warsaw Bandziors są po tym meczu na przedostatnim miejscu.
Mecze In Plus & Pojemnej Haliny z TURem Ochota to niemal klasyki gwarantujące emocje do samego końca, jednak tym razem byliśmy świadkami raczej jednostronnego widowiska. Gospodarze mają w tym sezonie nieustający problem ze składem, co przekłada się na kiepskie wyniki i tym razem było tak samo. W oczy szczególnie rzucał się brak etatowego bramkarza, bo wystawienie w tej roli Patryka Szeligi okazało się raczej marnotrawieniem potencjału ofensywnego tego zawodnika. Gospodarze oczywiście próbowali wykorzystać grę z wysoko wysuniętym golkiperem, ale trzykrotnie kończyło się to przejęciem piłki przez zawodników TURa i strzałem przez całe boisko do pustej bramki. Z drugiej strony team z Ochoty pokazał się jak za najlepszych lat. Wysoka frekwencja, dobry skład i przede wszystkim świetna skuteczność i mecz był wygrany praktycznie w pierwszej połowie. W 3 minucie wynik otworzył Michał Ochman, trzy minuty później podwyższył na 2:0, w 12 minucie Piotr Branicki praktycznie wrzucił piłkę na głowę Rafała Polakowskiego i futbolówka zatrzepotała w siatce. Dopiero przy stanie 0:3 ofensywa In Plus & Pojemnej Haliny się obudziła, z rzutu rożnego podał Jan Skotnicki, a gola strzelił Bartek Żebrowski. TUR odpowiedział golem Piotra Branickiego, a gospodarze zrewanżowali się trafieniem Jana Skotnickiego i na tym skończyło się strzelanie ekipy Patryka Galla w pierwszej połowie, za to Piotr Branicki dokładał kolejne trafienia i goście schodzili do szatni z komfortowym prowadzeniem 2:7. W drugiej części obraz gry nie uległ specjalnej zmianie, a opadający z sił gospodarze nie mieli szans na dogonienie wyniku i mecz zakończył się gładkim zwycięstwem TURa 4:10. Mimo wszystko te cztery trafienia w wykonaniu In Plus & Pojemnej Haliny pokazują, że jest to zespół, który nawet w kryzysie może być groźny, ale w obecnej formie niebiescy wyraźnie odstają od czołówki Ekstraklasy.
Nieczęsto zdarza się, żeby beniaminek Ekstraklasy był stawiany w roli faworyta w starciu z ekipą, która ma spore doświadczenie na tym poziomie rozgrywek, ale tak właśnie było w meczu Alpana z FC Otamanami. Mimo to mecz był szalenie wyrównany i kwestia wyniku długo pozostawała otwarta. Goście wyszli na prowadzenie w 6 minucie po golu Juriego Nievdakha, ale dwie minuty później Mateusz Marcinkiewicz popisał się indywidualną akcją i był remis. W 12 minucie znów Otamany wyszły na prowadzenie i znów zapunktował Jurii Nievdakh, ale tym razem przewaga gości utrzymała się niemal do końca pierwszej połowy, kiedy wyrównał Kamil Melcher. Druga część spotkania to klasyczny scenariusz, w którym walczą obie ekipy, ale gole zdobywa tylko jedna. W 31 minucie hat-tricka zgarnął Jurii Nievdakh, a Alpan mógł zripostować chwilę później, kiedy sędzia odgwizdał rzut wolny o krok od pola karnego. Golkiper Otamanów Oleg Bortnyk przeczytał jednak zamiary przeciwnika i popisał się świetną interwencją przecinając podanie. Do końca meczu pozostało jeszcze mnóstwo czasu, ale żadna z ekip nie była w stanie wyraźnie przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Mimo wszystko ataki gości były nieco groźniejsze i w końcu niemoc strzelecką w 45 minucie przełamał niezawodny Borys Ostapenko, który urwał się lewym skrzydłem i strzelił z ostrego kąta pod poprzeczkę. Otamany poszły za ciosem i po chwili Vitalii Yakovenko oddał dość niespodziewany strzał z dystansu, a zasłonięty golkiper Alpana nie zdołał zareagować i piłka wtoczyła się do siatki. Gol ten wyraźnie podciął skrzydła gospodarzom, którzy mieli coraz mniej czasu na dogonienie wyniku, ale przede wszystkim brak pomysłu na świetnie poukładaną defensywę Otamanów. Kropkę nad i postawił w samej końcówce Borys Ostapenko, który uderzył z rzutu wolnego i nie dał szans Piotrowi Kozie, a Otamany zwyciężając 2:6 wskoczyły na najniższy stopień podium Ekstraklasy.
Dwa tygodnie temu mieliśmy przyjemność oglądać ekipę Wilków na Arenie Grenady, gdzie w naprawdę klasowy sposób wypunktowali Energię. I prawdę mówiąc, opis tamtego spotkania moglibyśmy skopiować do ich kolejnej rywalizacji, tym razem z AnonyMMous. Wówczas dominowały takie słowa jak „mądrość”, „wyrachowanie”, „skuteczność” i dokładnie te same cechy były decydujące o kolejnym sukcesie liderów tabeli. A dodatkowo Wilki kolejny komplet punktów zainkasowały grając bez ani jednej zmiany. Dla Anonimowych to mogła być dość dziwna sytuacja, bo to zwykle oni miewają kłopoty kadrowe, a teraz to rywale z takowymi się mierzyli. Nie miało to jednak żadnego wpływu na przebieg meczu. Faworyci od samego początku nastawili się na ciężką pracę i na to, że będą starali się czerpać przede wszystkim z błędów przeciwnika. A tych nie brakowało – chociażby gol na 1:0 odbył się kosztem fatalnej pomyłki w defensywie Anonimowych. Co prawda ekipie Maćka Miękiny udało się dość szybko zrehabilitować za tego gola, to dalsza część pierwszej połowy należała do Wilków. Lider zapisał na swoim koncie kolejne dwa trafienia i mógł udać się nie tylko na zasłużony, ale na pewno potrzebny kilkuminutowy odpoczynek. Na starcie drugiej odsłony Anonimowi kontynuowali swoją przewagę w posiadaniu piłki, jednak niewiele z tego wychodziło. Gdy jednak Mikołaj Pekowski zdobył bramkę na 2:3, myśleliśmy że to może być game-changer i że zmęczona ekipa Wilków za chwilę zostanie zdemontowana. Nic z tego. Faworyci natychmiast odpowiedzieli swoim golem, potem po pięknej zespołowej akcji dorzucili trafienie na 5:2, z kolei to co działo się dalej, to już historia. AnonyMMous zostali totalnie wypunktowani i przegrali ostatecznie aż 2:8. To ich czwarta z rzędu porażka i jak tak dalej pójdzie, to niewykluczone, że w ciągu dwóch sezonów, zaliczą dwa spadki z rzędu. Oczywiście do końca sezonu daleko, ale porównując ich grę do innych ekip, to naprawdę trudno będzie znaleźć aż trzy zespoły, które uda im się wyprzedzić. A przynajmniej tak to wygląda na ten moment. Na zupełnie odmiennym biegunie są Wilki, które mają komplet punktów i śmiało podążają tam, skąd przyszli gracze AnonyMMous. I jeżeli do ich składu wróci kilku ważnych zawodników, których ostatnio brakowało, to wcale byśmy się nie zdziwili, gdyby w tym sezonie nikt nie był w stanie ich zatrzymać.
Derby Ukrainy to niezależnie od poziomu rozgrywkowego, zawsze gwarancja wielkich emocji. Tym razem miało to miejsce na zapleczu Ekstraklasy, a bohaterami potyczki były ekipy, które doskonale się znają, a mianowicie FC Impuls podejmował Ukrainian Vikings. Byliśmy pewni wysokiego poziomu i wzajemnego szacunku na murawie, ale byliśmy nieco zaskoczeni niewielką liczbą bramek w pierwszej połowie. Duża w tym zasługa obu bramkarzy, Mykoli Osichnyia oraz Eduarda Vakhidova, którzy w tej części spotkania bronili naprawdę kapitalnie. Przełamanie nastąpiło jednak, gdy po wyprowadzeniu kontry przez Vitalija Lubina piłka spadła pod nogi dobrze ustawionego Yeugenija Syrotenko, a ten, mając przed sobą tylko bramkarza, nie zmarnował okazji i wpisał się na listę strzelców. Było to jedyne trafienie w pierwszej połowie, zakończonej rezultatem 0:1. W drugiej połowie jedni i drudzy mieli sporo pecha (albo szczęścia?) gdyż piłka wiele razy obijała poprzeczki i słupki po obu stronach boiska. Obie ekipy miały też okazję do strzelenia gola w przewadze po żółtych kartonikach, jednak tego czasu żadna ze stron nie wykorzystała. Sztuka ta udała się po stałym fragmencie gry, gdy bezpośrednio z rzutu wolnego gola na 0:2 zdobył Oleh Dvolliatyk. Wydawało się, że "Wikingowie" mają mecz pod kontrolą, gdy stało się coś wręcz niesamowitego. Tak chyba trzeba nazwać trzy minuty gry Impulsu, w trakcie których Vlad Budz wpisywał się na listę strzelców aż czterokrotnie! Szczególnie bramka na 2:2 mogła się podobać, gdyż po wyrzucie z autu kolegi z drużyny, Vlad zgrabnie przyjął piłkę na dominującą, prawą nogę i pięknym strzałem z półwoleja posłał futbolówkę w dalsze okienko bramki! Ale to nie uroda tego gola zszokowała gości, a skuteczność Vlada. Dosłownie w kilka minut cały wynik został wywrócony do góry nogami, a gospodarze przejęli inicjatywę. Ostatecznie Derby Ukrainy zakończyły się wynikiem 4:2 i jesteśmy pewni, że wspierający kolegów zza linii bocznej Serhii Orenchuk będzie miał ciekawe wnioski do omówienia z kolegami.
Mecz na szczycie – tak śmiało możemy nazwać pojedynek pomiędzy zespołami Graczy Gorszego Sortu i Contry. Obydwie drużyny przed tym spotkaniem tylko raz straciły punkty remisując po jednym meczu, dzięki czemu znajdowały się w górnych rejonach tabeli. Lepiej spotkanie zaczęli goście, którzy dwa razy pokonując bramkarza rywali po 7 minutach wyszli na dwubramkowe prowadzenie. W kolejnych fragmentach gra się wyrównała i dopiero po upływie kwadransa byliśmy świadkami kolejnego trafienia. Tym razem było ono autorstwa zawodnika gospodarzy, dzięki czemu zespół ten doskoczył do swoich rywali na jedną bramkę. W ostatnich fragmentach kolejne trafienie zaliczyli goście, jednak ozdobą tej części meczu było trafienie zawodnika GGS-u Karola Wierzchonia, które ustaliło wynik tej części meczu na 3:2 dla Contry. Druga odsłona rozpoczęła się od ataków zespołu gospodarzy, którzy dopięli swego i doprowadzili do wyrównania. Stracona bramka mocno podrażniła rywali, którzy w kolejnych trzech minutach trzy razy znaleźli drogę piłki do bramki przeciwników i odskoczyli na bezpieczną przewagę. W ostatnich minutach zespół Contry kontrolował przebieg boiskowych wydarzeń i do końca spotkania nie dał się zbliżyć swoim rywalom. Ostatecznie podopieczni Michała Raciborskiego wygrali 7:4 i dopisali kolejne trzy punkty do swojej kolekcji. Zespół Graczy Gorszego Sortu długimi fragmentami grał jak równy z równym ze swoim przeciwnikiem, ale w decydującym fragmencie spotkania pozwolił swoim rywalom na odskoczenie na zbyt dużą odległość i pierwszy raz kończy swój mecz bez zdobyczy punktowej .
Warsztat Gepetto po dwóch porażkach z rzędu mierzył się z Ogniem Bielany, który tydzień temu zgarnął swoje pierwsze trzy punkty i tylko różnicą bramek było oczko wyżej w tabeli. Oba zespoły przyszły na mecz w „skromnych” składach i musiały dobrze rozdysponować swoje siły. Mimo braków kadrowych mecz toczył się w szybkim i wysokim tempie, jak na zaplecze Ekstraklasy przystało. Pierwsza połowa należała do gości, a wręcz można powiedzieć do duetu Kacper Cetlin/Jan Napiórkowski. Kacper dzięki dobrej grze kolegów i dokładnym podaniom zdobył klasycznego hat-tricka, który jak się później okazało dał trzybramkowe prowadzenie w pierwszej połowie. Gospodarze mieli duże problemy, aby efektywnie zagrozić bramce rywala, a jak już im się to udało to strzał był obroniony lub po prosty niecelny. Wydawało się, że mecz jest już rozstrzygnięty, lecz mowa motywacyjna w szeregach Warsztatu Gepetto w przerwie niemal odwróciła losy tego spotkania. Zaledwie cztery minuty po zmianie stron wystarczyły, aby gospodarze doprowadzili do wyrównania i mecz zaczął się od nowa. Dużo lepiej wyglądający niż w pierwszej połowie zawodnicy Gepetto kreowali coraz lepsze akcje podbramkowe. Goście nie byli im dłużni, lecz żadna ze stron nie była wstanie pokonać bramkarza. Gol na wagę zwycięstwa padł w 40 minucie i został zdobyty przez nowego zawodnika Ognia Bielany, Karola Piwowarskiego. Do samego końca oglądaliśmy wyrównaną grę o wygraną, ale rezultat ustalony w 40 minucie nie uległ już zmianom. Trzy punkty zostały na Bielanach.
Trochę zaskoczyło nas, gdy Organizator rozgrywek do naszego cotygodniowego fantypa wrzucił spotkanie MixAmator kontra Energia. Być może miał on jakieś zakulisowe informacje, które powodowały, iż tutaj mogliśmy spodziewać się jakiejś niespodzianki, ale tak na papierze, to murowanym faworytem byli gracze Energii. MixAmator, mimo szczerych chęci, przegrywa na razie wszystko jak leci, a ich rywale potrafili zremisować choćby z Contrą, co już stanowiło wyraźny sygnał, kto tutaj może być bliżej trzypunktowej zdobyczy. No i cóż – wielkiego, a przede wszystkim zaciętego widowiska niestety nie uświadczyliśmy. Tylko początek był w miarę równy, widać że drużyny miały do siebie sporo wzajemnego respektu, ale gdy worek z golami rozwiązali gracze Energii, to w odstępie zaledwie kilku chwil, dopisali do swojego dorobku trzy trafienia i było praktycznie po meczu. Sytuacji MixAmatora nie poprawiała frekwencja. Co prawda podstawowy skład był solidny, ale ławka rezerwowych składała się z przypadkowych graczy, których nikt wcześniej nie widział na oczy. To nie mogło się dobrze skończyć. Energia bezlitośnie punktowała oponentów i jej przewaga w żadnym momencie spotkania nie była niższa niż cztery gole. Dobrze spisywał się Artur Petrov, bardzo aktywny, który mecz zakończył ostatecznie z dorobkiem cztery goli. Finalnie Energia po meczu bez większych emocji wygrała 9:2 a warto dodać, że każdy zawodnik z tej ekipy miał po 50 minutach przynajmniej jedną bramkę lub jedną asystę na koncie. Chłopaki zagrali drużynowo, mądrze i prawdopodobnie w żadnym momencie spotkania nie czuli, że coś może im tutaj grozić ze strony rywala. MixAmator co prawda starał się jak mógł, lecz na poziomie 1.ligi, coś takiego to zdecydowanie za mało. I jeżeli tutaj nie nastąpi stabilizacja w składzie, a być może jakieś wzmocnienia, to obrazek w którym podopieczni Michała Fijołka okupują ostatnie miejsce w tabeli, może się nie zmienić nawet do końca sezonu.
Krocząca od zwycięstwa do zwycięstwa Husaria Mokotów stanęła do rywalizacji z Tylko Zwycięstwo, które do tej pory miało na swoim koncie zaledwie 3 oczka i nie zapowiadało się na rychłe podreperowanie dorobku. Husaria w swoim zwyczaju zaczęła mecz ofensywnie, nie pozwalając rywalom opuścić własnej połowy. Taka gra szybko przyniosła efekty w postaci bramek. Najpierw Dominik Talarek zamienił na gola precyzyjne dogranie Piotra Milewskiego, a po chwili wcześniej asystujący Dominik wpisał się na listę strzelców. Tylko Zwycięstwo po pewnym czasie zaczęło się odgryzać, udawało im się przenieść swoje ataki w pobliże bramki strzeżonej przez Norberta Wierzbickiego, jednak Husaria nie bez powodu ma najlepszą defensywę w lidze i za każdym razem udawało im się zażegnać niebezpieczeństwo. Zawodnicy z Mokotowa do przerwy zdobyli jeszcze trzy bramki i przy prowadzeniu 5-0 Husaria schodziła na przerwę raczej już pewna zwycięstwa. Obraz gry w drugich 25 minutach nie uległ większej zmianie, choć trzeba oddać zespołowi TZ, że mimo powiększającej się straty do rywali nie odpuszczali nawet na moment. Ambitna gra to jednak na tym poziomie rozgrywkowym troszkę za mało, by myśleć o wygranej z jedną z najlepszych drużyn na tym szczeblu. Husaria zwyciężyła 9-0 i tym samym coraz wygodniej zasiada na pozycji lidera, natomiast Tylko Zwycięstwo po kolejnej porażce musi zerkać za plecy, bo miejsce w strefie spadkowej coraz bardziej zagląda im w oczy.
Dziki Młochów podejmowali późnym, niedzielnym wieczorem Warszawską Ferajnę. Od samego początku zaznaczyła się duża przewaga ekipy gospodarzy. W 6 minucie bardzo aktywny tego dnia Michał Śpiewak wykorzystał podanie w tzw. uliczkę i bez problemu trafił na 1-0. Minutę później na 2-0 poprawił Kamil Skrzydlewski, po ładnej klepce ze strzelcem pierwszej bramki. W tym momencie do głosu doszła ekipa przyjezdnych. Stało się to niestety po samobójczej bramce napastnika Dzików. Ten prezent spowodował, że na tablicy wyników mieliśmy stykowe 2-1, ale nie podcięło to skrzydeł ekipie gospodarzy. Na 3-1 trafił bardzo aktywny Jacek Miracki, który wykorzystał podanie po krosie od Ayhana Emiroglu. Nawałnica gospodarzy trwała w najlepsze a Warszawska Ferajna była coraz bardziej przyciśnięta do ściany. Na 4-1 i 5-1 trafił Michał Dobiegała. Najpierw wykorzystał ładne zagranie z klepki od Przemysława Skrzydlewskiego, by chwilę później na 5-1 trafić soczystym uderzeniem pod poprzeczkę. Bezbronny golkiper mógł tylko obserwować lot piłki... Po tej akcji arbiter zakończył pierwszą połowę. Druga odsłona to szybka bramka na 6-1 rozpędzonych Dzików. Jacek Miracki ładnie uderzył po długim rogu bramki rywala i golkiper mógł tylko wyciągnąć piłkę z siatki. Na 7-1 ponownie trafił Jacek Miracki, tym razem po ładnej klepce od Michała Śpiewaka. 8-1 to już dzieło Witolda Balickiego, który strzelił tę bramkę po ładnym rajdzie przez środek pola. Na 9-1 trafił Michał Śpiewak po sprytnym podaniu w uliczkę od Przemysława Skrzydlewskiego. Po tej kanonadzie ekipa gospodarzy zwolniła tempo rozgrywania, co skrzętnie wykorzystała drużyna gości i zdobyła swoją drugą bramkę w tym meczu. Konrad Pietrzak podawał a Kamil Jaśkowiak strzelał. Niestety było to wszystko na co pozwoliła w tym meczu ekipa Dzików. Przypieczętowali oni swoje pewne zwycięstwo dwiema bramkami zdobytymi pod koniec spotkania. Najpierw trafił Witold Balicki a na 11-2 wynik podwyższył Ayhan Emiroglu, po ponownej asyście bardzo aktywnego Michała Śpiewaka. Dziki Młochów plasują się na 4 miejscu w 2.lidze, przegrywając trzecią pozycję tylko mniejszą liczbą zdobytych bramek, natomiast Warszawska Ferajna ląduje na 9 miejscu i rywale powoli zaczynają jej odjeżdżać...
Mecz pomiędzy Orzełami Stolicy a KSB Warszawa w czwartej kolejce Ligi Fanów przyniósł widowiskową konfrontację między dwiema drużynami sąsiadującymi w czubie tabeli drugiej ligi. Przed meczem Orzeły Stolicy zajmowały trzecie miejsce, a KSB Warszawa było na drugiej pozycji, co dodawało spotkaniu napięcia. Potyczka rozpoczęła się obiecująco dla gospodarzy, gdy w 5 minucie Maciej Kiełpsz przejął piłkę na prawym skrzydle i po dynamicznym rajdzie umieścił ją w siatce, otwierając wynik. W 10 minucie, po rzucie z autu, sprytna akcja Tomasza Czerniawskiego zakończyła się golem głową, dając Orzełom dwubramkowe prowadzenie. Pierwsza połowa była pełna intensywnych akcji, a obie drużyny zawzięcie atakowały, jednak to gospodarze utrzymali przewagę 2-0 do przerwy. Po zmianie stron KSB Warszawa podjęło zdecydowane starania, aby odwrócić losy meczu. Ich wysiłki zaowocowały dwiema bramkami zdobytymi przez Macieja Grabickiego, z czego jedna była efektem rzutu karnego, co doprowadziło do wyniku 3-2. Jednak gracze Orzełów Stolicy, szczególnie Tomasz Czerniawski, który ostatecznie został uznany za MVP kolejki, wykazywali się doskonałą grą obronną, uniemożliwiając rywalom zdobycie decydujących goli. Wspaniałe interwencje bramkarza Jana Ławcewicza dodatkowo wspierały defensywę drużyny. Im bardziej zespół KSB naciskał na atak, tym bardziej wystawiał się na kontrataki ze strony gospodarzy, którzy skutecznie wykorzystywali błędy rywali w obronie. Ostatecznie mecz zakończył się rezultatem 6-3 na korzyść Orzełów Stolicy, co przesunęło ich na drugie miejsce w tabeli, a KSB Warszawa spadło na trzecią pozycję. Oba zespoły zaprezentowały dobry poziom piłkarski, co obiecuje niezwykle ekscytujący rewanż na wiosnę. Ich postawa jest wyraźnym sygnałem, że walka o awans do pierwszej ligi będzie niezwykle zacięta i nieprzewidywalna.
Trudno w to uwierzyć, że drużyny tej klasy co UEFA Mafia i AFC Goodfellas miały wspólnie zaledwie 1 punkt po trzech rozegranych kolejkach. Trudny terminarz to jedno, były też spotkania, gdzie jedni lub drudzy przegrywali minimalnie, no ale z racji bezpośredniej potyczki, ktoś wreszcie mógł przerwać tę fatalną passę. Inauguracja meczu wskazywała, że zrobi to zespół z Ukrainy. Bo mimo iż początek był równy i nikt nie wyrobił sobie wielkiej przewagi, to właśnie ekipa Goodfellas wykorzystała fakt, że rywale otrzymali żółtą kartkę i na 1:0 bramkę zdobył Kiryl Semerenko. Ten gol nakręcił ekipę w żółtych strojach i na 2:0 podwyższył Oleksandr Targomin. To nieco utemperowało zapędy zespołu z Ursynowa. Ale właśnie wtedy bardzo prosty błąd popełnił Artiom Pastushyk. W niegroźnej sytuacji za lekko zagrał do jednego z kolegów, na czym skrzętnie skorzystał Damian Paluszek. Nadzieja w ekipie UEFA Mafia odżyła, aczkolwiek misję odrobienia strat trzeba było przełożyć na drugą połowę. Tutaj dość szybko pojawiła się szansa, by doprowadzić do remisu. Tyle że rzutu karnego nie wykorzystał Michał Piłatkowski. Młodzi gracze z Ursynowa nie załamali się tymi okolicznościami, chociaż w pewnym momencie mogli stracić wiarę, że cokolwiek wpadnie do siatki gości, bo oprócz niewykorzystanej „jedenastki” zaliczyli też dwa strzały w obramowanie bramki Goodfellas. Rywale nie byli dłużni. Dysponowali chociażby rzutem wolnym, po którym Kiryl Semerenko obił słupek. Końcówka spotkania należała jednak do UEFY Mafii. Ursynowska młodzież w krótkim odstępie zdobyła dwie bramki, z czego zwłaszcza o tę drugą, która padła po podaniu z rzutu rożnego, ekipa Goodfellas powinna mieć do siebie sporo pretensji. Mimo, że Yaraslau Sycheuski i spółka rzucili się do ataków, to nie potrafili wyklarować sobie konkretnej okazji i przegrali mecz, który mieli praktycznie w garści. Ale abstrahując od wyniku, obejrzeliśmy naprawdę dobre, szybkie i ciekawe spotkanie, które nie pasowało do ekip z dolnych miejsc tabeli. Dlatego nie mamy wątpliwości, że dla jednych i drugich nadejdą w końcu lepsze czasy i to, co stało się na początku sezonu, pozostanie jedynie wspomnieniem.
Spotkanie Green Lantern z Korsarzami zamykało tego dnia zmagania ligowe na Arenie AWF. Mimo wyjątkowo chłodnej aury zawodnicy obu drużyn postarali się o ciekawe widowisko, bo choć początek meczu zwiastował gładką przeprawę dla Latarników, to Korsarze pokazali, że zawsze walczą do końca. Pierwsza połowa toczyła się wyraźnie pod dyktando gospodarzy. Już w 3 minucie wynik otworzył Kamil Biliński, a minutę później trafienie dołożył Kacper Gastał. Po chwili mogło być już 3:0, ale tym razem gospodarze stuprocentowej okazji nie wykorzystali. Mimo to wciąż byli w natarciu i w 18 minucie na 3:0 podwyższył Mikołaj Wysocki, a jeszcze raz przed przerwą trafił Kamil Biliński i Green Lantern schodziło do szatni z bezpiecznym, wydawało się, wynikiem 4:0. Po zmianie stron goście wzięli się do odrabiania strat i powoli, ale skutecznie gonili wynik. W 29 minucie pogoń rozpoczął Mateusz Telakowiec, a już minutę później było 4:2, a sprytnym trafieniem z przewrotki popisał się Marcin Wątkowski. Goście napierali coraz wyraźniej, ale Latarnie również atakowały, chociaż brakowało precyzji – w 36 minucie po strzale Mikołaja Wysockiego piłka obiła słupek. Za to goście nie zdejmowali nogi z gazu – w 37 minucie gola zdobył Patryk Orzeł, a już po chwili był remis, kiedy bramkę zainkasował Jan Jabłoński. Green Lantern poczuło, że zwycięstwo zaczyna przeciekać przez palce, ale sytuacja uspokoiła się, kiedy w 40 minucie na 5:4 trafił Sebastian Bartczuk. Gospodarze odzyskali pewność z pierwszej części spotkania, a na dodatek żółtym kartonikiem został ukarany Bartłomiej Kowalewski. Choć Green Lantern nie przekuło przewagi liczebnej na gola, to czasu do końca meczu zostało już bardzo niewiele i Korsarze w końcówce musieli zaryzykować, żeby dogonić wynik. Tak się nie stało, a kropkę nad i w 49 minucie postawił Damian Dobrowolski i gospodarze wygrali 6:4.
Po trzech pełnych seriach spotkań sytuacja w ligowej tabeli wyklarowała się do tego stopnia, że z dużą dozą prawdopodobieństwa mogliśmy ocenić już potencjał poszczególnych ekip. Tym samym minionej niedzieli, w czwartej kolejce stanęły naprzeciwko siebie ekipy, o zgoła odmiennych ambicjach. Gospodarze, czyli FC Kryształ Targówek byli jak dotąd niepokonani, pewnie punktując w każdym ze swoich spotkań. Goście natomiast zdołali zaledwie wygrać tylko raz, w zaciętym pojedynku z Perłą WWA. Niestety z powodu oddanego walkowera, ich zdobycz punktowa została pomniejszona o jedno oczko, przez co z dorobkiem dwóch punktów, znaleźli się oni na przedostatnim miejscu w tabeli. Ku naszemu zdziwieniu to właśnie wyżej wymieniona drużyna pod wodzą Salvadora de Fenixa pierwsza rozpoczęła swoją ofensywę. Dwie bramki dały im chwilę oddechu. Niestety dla nich poskutkowało to również sporym rozluźnieniem w formacji defensywnej. Z tego powodu na przerwę, gracze w niebieskich strojach schodzili podłamani, przegrywając 4:2. W drugiej odsłonie tej rywalizacji coraz bardziej zarysowywała się nam przewaga graczy z Targówka. Reprezentanci Kryształu zdobywali kolejne bramki, które oddalały ich z każdą chwilą na bezpieczny dystans od rywali. Kanonada zakończyła się na stanie 7:4, kiedy to arbiter główny tego spotkania, Damian Szczytniewski użył gwizdka po raz ostatni, oznajmiając koniec tego (w dużej mierze) jednostronnego starcia.
Zespół Smoczej Furiozy mimo bardzo efektownej gry w ofensywie, znacznie gorzej spisuje się pod swoją bramką, przez co w pierwszych trzech kolejkach nie zdobył jeszcze ani jednego punktu. Drużyna Sante niespodziewanie w tym sezonie poniosła już dwie minimalne porażki, ale trzeba uczciwie przyznać, że z wymagającymi rywalami. Początek tego spotkania był bardzo wyrównany, obydwie drużyny pokazały fajny, ofensywny futbol, czego efektem były dwie bramki – po jednej dla każdej ze stron. Kilka minut później na prowadzenie powinni wyjść goście, ale piłka po ich strzale wylądowała na poprzeczce. W kolejnej akcji dopięli już jednak swego, lecz riposta rywali była niemal natychmiastowa i ponownie w protokole meczowym mieliśmy wpisany wynik remisowy. Ostatnie słowo w pierwszej części meczu należało do gości, którzy strzelając bramkę na 3:2 ustalili wynik premierowych 25 minut. Kluczowe dla losów spotkania były z kolei premierowe fragmenty drugiej części, kiedy to aż trzykrotnie drużyna Sante pokonała bramkarza swoich rywali i odskoczyła na cztery bramki. Zawodnicy Smoczej Furiozy starali się jeszcze nawiązać kontakt z rywalem, ale na każde ich trafienie oponenci odpowiadali tym samym. W szeregach gospodarzy dwoił się i troił Aleksander Janiszewski, ale jego wysiłki poszły na marne. Po drugiej stronie boiska koncertowa gra Michała Aleksandrowicza, który zdobył cztery bramki i zaliczył trzy asysty, które ostatecznie dały jego drużynie zwycięstwo 10:5. Po bardzo ciekawym widowisku drużyna Sante zdobywa trzy punkty, natomiast Smocza Furioza pomimo strzelenia pięciu bramek ponownie schodzi z bliska z zerowym dorobkiem punktowym.
Fuszerka tydzień temu przegrała w meczu na szczycie i minionej niedzieli nastawienie tej drużyny mogło być jedno - interesowały ich tylko trzy punkty. Szmulki Warszawa z kolei od dwóch kolejek nie potrafią pokonać rywali i nie zapowiadało się, że ta passa zostanie przerwana. Gracze Szmulek weszli jednak rewelacyjnie w spotkanie, bo Wiktor Januszewski wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Goście nie cieszyli się zbyt długo, bo praktycznie w pierwszej akcji po wznowieniu gry ze środka boiska dokładnym podaniem popisał się Łukasz Prusik, a niezawodny Adrian Giska doprowadził do wyrównania. Po strzeleniu tej bramki mecz stał się coraz bardziej jednostronny. Ciągłe ataki Fuszerki dawały się we znaki gościom, a cudów w bramce dokonywał Karol Dębowski. W pierwszej połowie gospodarze strzelili jeszcze trzy bramki, zapewniając sobie bezpieczne prowadzenie do przerwy. Drugie 25 minut okazało się być znacznie bardziej wyrównane, Fuszerka dalej miała optyczną przewagę, ale nie potrafiła tego przekuć na zdobycz bramkową, z kolei Szmulki odgryzały się akcjami ofensywnymi, ale brakowało precyzji w końcowej fazie akcji. W końcowych fragmentach meczu Łukasz Prusik zdobył piątą bramkę dla Fuszerki, tym samym ustalając wynik spotkania. Fuszerka po tym meczu zajmuje pozycję wicelidera ustępując tylko Kryształowi Targówek, natomiast ekipa Szmulek musi się wziąć w garść i zacząć zdobywać punkty, bo rywale zaczynają odjeżdżać i może być ciężko o korzystny wynik na koniec sezonu.
Mecz bramkarzy – tak można opisać pierwszą połowę rywalizacji Perły WWA z Młodzieżowcami. Od początku byliśmy świadkami intensywnego spotkania, gdzie lekką przewagę miała jednak Perła. To ona kreowała sobie nieco więcej okazji do strzelenia bramki, z drugiej strony Młodzieżowcy byli bardziej konkretni – w pierwszej fazie meczu to Bartek Czajka musiał się mocniej wysilić, dwukrotnie popisując się świetnym refleksem przy strzałach rywali z bliskiej odległości. Im dalej w mecz, tym więcej zagrożenia pojawiało się pod bramką Wiktora Sławińskiego, ale i on bronił pewnie, przez co długo utrzymywał się bezbramkowy wynik. Minuty mijały, ale pierwszy gol wisiał w powietrzu. Przełamanie nastąpiło dopiero w 22 minucie, Perła przejęła piłkę przed własnym polem karnym i wyszła z perfekcyjną kontrą – wystarczyły trzy podania, by przenieść się pod pole karne Młodzieżowców i Maciej Zambrzycki dał swojemu zespołowi prowadzenie. Z takim rezultatem obie ekipy udały się na przerwę. W drugą część lepiej weszli zawodnicy gospodarzy. Oliwer Tetkowski popisał się świetnym uderzeniem po dłuższym rogu i podwyższył prowadzenie na 2:0. Kolejnych 10 minut zajęło Młodzieżowcom zdobycie bramki kontaktowej i emocje tak naprawdę z każdą minutą narastały. Najpierw Perła zdobyła gola na 3:1, ale nie został on uznany przez sędziego, który dopatrzył się faulu w ataku. Obie ekipy miały dogodne szanse na zdobycie bramki, ale szybciej dopięli swego Młodzieżowcy. Po zneutralizowaniu ataku Perły wyszli z kontrą i po podaniu Marcina Kowalskiego, Grzegorz Maciejewski dał gościom remis. I gdy wydawało się, że obie ekipy podzielą się punktami przypomniał o sobie duet Tetkowski – Zambrzycki, który zapewnił Perle trzy punkty zdobywając gola na 3:2. Obejrzeliśmy naprawdę dobry mecz, obfitujący w sytuacje bramkowe, rozgrywany w dobrym tempie, pełnym walki, gdzie nikt nie odpuszczał, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Świetnie zaprezentowali się bramkarze, to właśnie dzięki nim mamy tak niski wynik. Młodzieżowcy mogą odczuwać niedosyt, ale zabrakło im lepszego wykończenia, czy też lepszego ostatniego podania. W takim meczu, jeśli myśleli o zwycięstwie, muszą wykorzystywać to co sobie wykreowali, bo w naszym odczuciu Perła tych okazji miała jednak więcej.
Husaria III i Zoria Streptiv do bezpośredniej rywalizacji przystępowały z dorobkiem 6 punktów. To pozwalało im egzystować w środku ligowej stawki, natomiast było jasne, że triumfator tej potyczki zrobi wyraźny krok w stronę miejsc 1-3, z kolei przegrany powiększy swoją stratę do strefy medalowej. Mecz zapowiadał się wyrównanie, chociaż trochę nas zdziwiło, że zespół z Ukrainy, mimo iż miał 21 osób na liście, tuż przed spotkaniem dopisał do składu kolejne trzy nazwiska. To nie wróżyło najlepiej i sugerowało, że mogą być tutaj problemy ze zgraniem. Ale początkowo nie było tego widać. Na starcie doświadczyliśmy zresztą festiwalu strzeleckiego z obydwu stron, bo nie minęło 10 minut, a jedni i drudzy mieli na swoim koncie już po dwa trafienia. Potem na prowadzenie wyszli gracze Zorii i od tego momentu trochę czasu upłynęło, zanim obejrzeliśmy kolejną bramkę. Wówczas gola z rzutu wolnego dla Husarii zdobył Tomasz Hubner. To trafienie zamknęło nam wynik pierwszej połowy i po 25 minutach nie byliśmy bliżej odpowiedzi, do kogo powędruje komplet punktów. W drugiej odsłonie ekipa Zorii zaczęła jednak sama robić sobie problemy. Najpierw jeden z zawodników otrzymał żółtą kartkę, co rywale wykorzystali i pierwszy raz byli w tym spotkaniu o bramkę z przodu. Gdy siły się wyrównały, to i rezultat zmienił swoją postać, bo gracze z Ukrainy doprowadzili do remisu. Kulminacyjny moment spotkania nastąpił chwilę później. Nazar Kmit zatrzymał piłkę ręką, a ponieważ ta zmierzała do bramki, to arbiter nie miał wyjścia i musiał wyciągnąć czerwoną kartkę. Wówczas emocje w tym starciu się skończyły. Husaria wykorzystała nie tylko rzut karny, ale i grę w przewadze, budując sobie bezpieczny zapas bramkowy. Zoria, mimo iż grała w osłabieniu, nie odpuszczała. Do przodu przesunięty został Zurabi Saginadze, który robił sporo zamieszania w defensywie oponentów, lecz nie przyniosło to oczekiwanych efektów. Ostatecznie Husaria III wygrała 9:5 i awansowała na trzecie miejsce w tabeli. I chociaż było w tym trochę pomocy przeciwnika, to wydaje nam się, że nawet bez niej, ekipa z Mokotowa wygrałaby to spotkanie, chociaż prawdopodobnie troszkę niższym stosunkiem bramek. Najważniejsze były jednak punkty, bo Zoria to ekipa solidna, która jeszcze niejednej drużynie wyrządzi piłkarskie kuku, dlatego mecz z nimi dobrze już mieć za sobą.
Taktyczne szachy, ambitne zagrania, niesamowicie wysokie tempo. To właśnie te trzy czynniki cechują spotkanie z minionej kolejki, kiedy to w ramach rozgrywek czwartej ligi, stanęły naprzeciwko siebie drużyny Dzików z Lasu oraz rezerw Husarii Mokotów. Od samego początku przebieg meczu był niebywale zacięty i wyrównany. Piłkarskie detale niejednokrotnie decydowały o przebiegu akcji. Z tego powodu zawodnicy gości w minimalnym stopniu wyrastali na faworytów spotkania. Efektem tego była solowa bramka Marka Wdowińskiego, która otworzyła stan rywalizacji. Było to pierwsze oraz ostatnie trafienie w tej części spotkania. Tym samym do przerwy, na tablicy wyników widniało prowadzenie ekipy z warszawskiego Mokotowa. W drugiej części rywalizacji zdecydowanie ciężej było nam wskazać stronę dominującą. Zarówno gospodarze, jak i goście prezentowali zbliżony poziom gry. Z powodu wysokiego tempa ponadto, w ich zagrania wkradło się o wiele więcej niedokładności, a kondycyjne braki poskutkowały zwiększonym kontaktem fizycznym. W tym aspekcie starsi, bardziej doświadczeni i mocniejsi fizycznie gracze w czarnych strojach zdecydowanie przeważali. Jednakże zrównoważyło się to z powodu nienagannej techniki i większym pokładom energii ich młodszych rywali. Efektem tego była niesamowita solowa akcja Michała Janowicza. Ofensywny gracz Dzików z Lasu rozpoczął swój rajd niemalże od własnej bramki, mijając kilku graczy rywala. To właśnie różnica, którą stworzył w grze jeden na jeden umożliwiła Antoniemu Hermanowi dojście do strzału, którym zaskoczył fenomenalnego bramkarza rywali, Łukasza Gołębiowskiego. Tym samym spotkanie to zakończyło się podziałem punktów i remisem 1:1.
Starcie między Lagą Warszawa a FC Shadows na papierze zapowiadało się bardzo wyrównanie i liczyliśmy na sporo emocji. Co prawda na początku potyczki, mimo natarcia Lagi Warszawa, goście zachowywali czyste konto, ale ogromna w tym zasługa nie bloku defensywnego, a Artema Bogatikova, który świetnymi interwencjami uchronił swoją ekipę od utraty bramki. Niestety dla ekipy z Ukrainy, kolejne minuty pierwszej połowy miały już znacznie bardziej gorzki smak. Zaczęło się od świetnego, długiego zagrania górą stojącego w bramce Antoniego Dudy, który dograł do Huberta Szalskiego, a ten silnym strzałem wyprowadził "Lagersów" na prowadzenie. Świetnie rozegrany rzut rożny i efektowny wolej, to już akcja duetu Olek Muszyński i Szymon Dudzik, gdzie drugi z wymienionych wolejem wykańczał akcję. Wynik premierowej odsłony na 3:0 ustalił Janek Bajek, który przechwycił źle zagraną piłkę i przelobował bramkarza. FC Shadows prezentowali się zdecydowanie poniżej oczekiwań i liczyliśmy, że nabiorą wiatru w żagle po zmianie stron. Tak się jednak nie stało. Gospodarze nadal kontrolowali mecz, a genialną formą popisał się Symon Dudzik, który tylko w drugiej połowie skompletował hat-tricka. Tutaj trzeba zaznaczyć, że jego piękne uderzenie "rogalem" z rzutu wolnego w okienko zostało nominowane do bramki kolejki! Niestety goście nie mieli tego poranka zbyt wielu argumentów i nie udało im się nawet zdobyć honorowego trafienia. Liczymy, że odbudują formę na kolejną niedzielę, gdyż porażka 0:7 zdecydowanie nie oddaje umiejętności gości, chociaż trzeba przyznać, iż Laga wygrała zasłużenie.
Minionej niedzieli na obiektach warszawskiego AWF-u mierzyły się ze sobą ekipy Popalonych Styków oraz Big Balls. Gospodarze po trzech seriach spotkań znajdowali się na trzecim miejscu z dorobkiem sześciu punktów. Goście natomiast, z karnym, ujemnym punktem okupowali ostatnią pozycję w tabeli. Z tego powodu jakakolwiek próba predykcji wyniku oraz określenia faworyta wydawała się raczej zbędna. Nasze słowa znalazły potwierdzenie już w pierwszej połowie, kiedy to gospodarze zdominowali gości, aplikując im przy tym aż cztery bramki. Bohaterami tego okresu gry był bezapelacyjnie kwartet Dzięciołowski, Pniewski, Dobrowolski oraz Targowski, którzy dzięki kapitalnemu zgraniu zamknęli rywalizację w zatrważająco krótkim czasie. Mimo tak jednostronnej części meczu, w drugiej odsłonie było już o wiele ciekawiej. Otwarta gra, wysokie tempo i przede wszystkim duże emocje po obydwu stronach spowodowały, że bramki mogliśmy oglądać tym razem w wykonaniu zarówno FC Popalonych Styków oraz drużyny Big Balls. Niestety dla gości ambicja i usilne chęci okazały się niewystarczające w spotkaniu z bardziej doświadczonym rywalem. Mimo tego w ich grze widoczny jest znaczny potencjał, który z meczu na mecz coraz wyraźniej się zarysowuje. Szansa na premierowe punkty w wykonaniu gości, już za tydzień. Przed gospodarzami natomiast kapitalna okazja na atak na pierwszą lokatę, ponieważ zagrają z bezpośrednim rywalem w walce o mistrzostwo, czyli Lagą Warszawa, do której tracą zaledwie jeden punkt.
O godzinie 19:00 na Arenie AWF było już chłodno, dlatego bardzo liczyliśmy, że konfrontacja Pantery z Compatiblem trochę nas rozgrzeje. I nie zawiedliśmy się. Przedstawiciele obydwu ekip dostarczyli nam sporo emocji, no i przede wszystkim to, co lubimy najbardziej, czyli zagadkę dotyczącą trzech punktów, która została rozwiązana dopiero w końcówce drugiej połowy. Sytuacja w tym meczu zmieniała się zresztą regularnie. Start był rewelacyjny dla Compatibl, bo już w pierwszej akcji gola zdobył Anton Klimak, a na 2:0 świetnym uderzeniem z dystansu popisał się Artur Kustov. Wiedzieliśmy jednak, że charakter Pantery nie pozwoli na to, by tak to zostawić. Nominalni gospodarze wzięli się do roboty, szybko zmniejszyli straty a potem, po koronkowej akcji, którą wykończył Szymon Januła był już remis. Gracze Pantery chyba poczuli, że to jest dobry moment, by dobić zamroczonego rywala. I po tym, jak Rafał Duda wykorzystał rzut wolny, objęli prowadzenie. Wszystko wydawało się więc być na jak najlepszej drodze do całej puli, a to myślenie spotęgowało się, gdy Bartek Fabisiak umiejętnie spressował jednego z rywali, wywalczył piłkę i pokonał Oleksandra Fedosiuka. Cztery gole z rzędu – to musiało robić wrażenie. Myśleliśmy, że Compatibl będzie miał problem, by wrócić na właściwe tory, ale chłopaki wcale nie przerazili się okolicznościami i zaczęli wracać do tego, co prezentowali na początku meczu. Najpierw skorzystali z pomocy Pawła Janiszewskiego, który zaliczył trafienie samobójcze, a potem zrobiło się 4:4 i z prowadzenia dawnego Mobilisu nic nie zostało. I teraz to rywale wydawali się być na fali wznoszącej. Tym bardziej, że mieli w składzie Artura Kustova, który tego wieczora nie bał się podejmować trudnych decyzji i gdy tylko miał trochę miejsca, to uderzał. I w ten właśnie sposób zadbał o gola na 5:4 dla Kompatybilnych, a całość domknął Anton Klimak, przez co końcowy wynik stanął na 6:4. Możemy się domyślać, że zawodnicy Pantery do tej pory nie potrafią znaleźć przyczyn porażki. Przecież mieli to spotkanie pod kontrolą i nagle coś się zacięło, uciekła pewność siebie, a rywal tylko na to czekał. Nie będzie łatwo podnieść się po takiej porażce, lecz trzeba to zrobić, bo inaczej ugrzęzną w strefie spadkowej na dobre. Od miejsc zagrożonych spadkiem uciekł za to Compatibl. Nie był to dla nich łatwy mecz, ale brawo za to, że w momencie, gdy niewiele im się układało, byli w stanie znaleźć w sobie pokłady determinacji, co przełożyli na powrót ze stanu 2:4. Takie zwycięstwo na pewno cieszy i powinno stanowić dobry prognostyk przed drugą częścią rundy jesiennej.
Niepokonane jeszcze w tym sezonie BJM Development podejmowało doświadczoną ekipę Oldboys Derby. Na Arenie Picassa, gdzie ten mecz się odbywał, czuć było od pierwszych minut, że obie drużyny mają zamiar walczyć o pełną pulę. Gospodarze mimo braku kilku podstawowych zawodników liczyli na to, że boisko na którym zawsze dobrze się czuli, będzie dla nich dodatkowym atutem. Pierwsze fragmenty meczu to potwierdzały, bo zespół Marcina Wiktoruka ustawił się w defensywie i liczył na swoje okazje. Goście od początku starali się zdominować przeciwników, lecz pierwsze akcje nie kleiły się a w bramce świetnie spisywał się Michał Piątkowski. W końcu wynik otworzył Miłosz Suchta. Dostał on znakomite dogranie od Jacka Pryjomskiego i nie miał problemu z wykończeniem akcji. BJM szybko chciał odpowiedzieć i od tego momentu co i raz sunęły ataki na bramkę gospodarzy. Długo była ona jak zaczarowana, ale w końcu płaskim strzałem Paweł Tamowski znalazł drogę do siatki rywali. Po chwili było już 1:2 i wydawało się, że goście pójdą za ciosem. Moment kryzysowy Oldboysi przetrwali a tuż przed przerwą wyrównali za sprawą skutecznego tego dnia Miłosza Suchty. Po 25 minutach rywalizacji było 2:2. Po zmianie stron mecz trochę się zaostrzył. Obie ekipy miały swoje okazje, a gdy BJM wyszedł na prowadzenie po znakomitym strzale Piotra Jarmakowskiego, wydawało się że goście przechylą szalę na swoją korzyść. Jednak gospodarze nie ustępowali i dążyli do wyrównania. Ponownie Miłosz Suchta przedarł się przez obronę rywali i znów mieliśmy remis. Końcówka to pod jednym golu z obu stron i mecz zakończył się wynikiem 4:4. Oldboys Derby liczyło na więcej, ale i tak trzeba szanować punkt z tak mocnym rywalem. BJM to jak na razie ekipa, która ma na koncie trzy remisy i nie trzeba dużo analizować, że strata tylu punktów może być kluczowa w kontekście walki o medale na koniec sezonu.
Obie ekipy z 3 pkt na koncie zajmowały miejsce tuż nad strefą spadkową. Minimalnym faworytem tego spotkania wydawał się Patriot, ale po ostatnim dobrym meczu ekipy Artura Kałuskiego spodziewaliśmy się, że gospodarze mogą się pokusić o dobry wynik. Pierwsze minuty to sporo walki z obu stron, drużyny grały bardzo uważnie w defensywie i nawet jeśli ktoś dochodził do sytuacji strzeleckiej, to jednak nie były to akcje, po których bramkarze byli zmuszani do większego wysiłku. Tym samym na pierwszego gola musieliśmy czekać aż do okolic 15 minuty, kiedy to strzelecki impas przełamał Paweł Poniatowski. Dał on sygnał swojemu zespołowi, że to jest właśnie ten moment, w którym mogą mocniej przycisnąć rywala. I w niespełna pięć minut Skorpiony strzeliły kolejne dwie bramki, wychodząc na prowadzenie 3:0. Goście jeszcze w pierwszej części rzucili się do odrabiania strat, zepchnęli rywala do defensywy, lecz do przerwy wynik nie uległ zmianie. Skorpiony zagrały mądrze pierwszą połowę, bardzo dobrze wyglądał duet obrońców Jarosław Marek – Juri Łukjanec, który wygrał sporą liczbę pojedynków z przeciwnikiem, czujny w bramce był Piotr Arendt. Druga połowa, to obrót o 180 stopni. Zgodnie z przewidywaniami Patrioci ruszyli do ataków i już na początku drugiej części zmniejszyli stratę do stanu 3:1, w czym wydatnie pomógł im Patryk Szewczuk, który stanął w drugiej części w bramce Skorpionów, zaliczając bramkę samobójczą. Z szybką ripostą pospieszył Bartek Filip, ale chwilę później znów do siatki trafili gracze gości. Wynik 4:2 utrzymywał się przez kolejne 10 minut, choć Skorpiony miały przynajmniej dwie stuprocentowe okazje i gdyby je wykorzystały, to uspokoiłyby mecz i skutecznie pozbawiły Patriotów szans na odrobienie strat. A tak? Najpierw ekipa z Ukrainy zdobyła bramkę kontaktową, chwilę później mieliśmy już remis, a na pięć minut przed końcem za wślizg w polu karnym sędzia podyktował „jedenastkę” którą wykorzystał Vitaliy Kram. Gospodarze nie mieli nic do stracenia i ruszyli do ataków, co wykorzystali rywale, podwyższając wynik meczu. Ostatecznie zakończył się on rezultatem 4:6. Patriotom należą się brawa za odwrócenie losów spotkania, swoją walką i ambicją zasłużyli na dobry wynik. Skorpiony natomiast mogą być bardzo niepocieszone, po dobrej pierwszej połowie coś ewidentnie zacięło się w tej ekipie, co przeciwnik bez skrupułów wykorzystał.
Mecz pomiędzy Georgian Team, złożonym z gruzińskich graczy, a Deluxe Barbershop, z drużyną składającą się z zawodników z Azerbejdżanu, zapowiadał się naprawdę interesująco i przede wszystkim jako spotkanie zaciętej walki na boisku. Przed meczem Deluxe Barbershop miał trudny start w piątej lidze, nie zdobywając ani jednego punktu, podczas gdy Georgian Team, choć wcześniej doznał porażki z Sportowymi Zakapiorami, prezentował solidną formę. Od samego początku to zespół z Gruzji dominował, zdobywając pewne prowadzenie 7-0 po zaledwie 13 minutach, głównie dzięki znakomitej grze Saby Lomii i Lashy Gabrichidze. Po przerwie Deluxe Barbershop zmotywowany do odrobienia strat zdobył pierwszy bramkę po zmianie stron. Następnie, po dwóch minutach sędzia przyznał rzut karny dla gości, którego Elvin Namazov nie wykorzystał z powodu świetnej interwencji bramkarza Georgian Teamu, Dmitriego Shulaia. Niemniej jednak piłka po odbiciu trafiła z powrotem do Namazova, który skutecznie pokonał Shulaia. W skutek determinacji Deluxe Barbershopu różnica bramek stopniowo zmalała. Gdy przewaga gospodarzy stopniała do czterech bramek, ekipa ta wzięła się ponownie w garść, pewnie punktując słabe strony rywali. Jedną z wiodących postaci stał się Vato Jambazishvili, który świetnie czytał grę, bardzo dobrze ustawiał się oraz nadawał tempo akcjom przeprowadzanym przez gospodarzy. Mecz zakończył się rezultatem 12-6 na korzyść Georgian Team, pogłębiając kryzys Deluxe Barbershop, którzy nadal nie zdołali zdobyć punktów w lidze. Przedstawiciele Gruzji udowodnili swoją wyższość, demonstrując potencjał, który może pozwolić im na walkę o czołowe miejsca w lidze. Mimo porażki Deluxe Barbershop wciąż może czerpać naukę z meczu i dążyć do poprawy wyników w przyszłości.
Inferno Team spisuje się znacznie poniżej zakładanych przez siebie oczekiwań i 3 punkty dla ekipy Igora Patkowskiego były w tym meczu niezbędne, żeby wrócić do gry o poważne cele w 5 lidze. Jednak ich rywal, Old Eagles Koło zaprezentowali się w pierwszych kolejkach bardzo dobrze i ich celem na pewno było dopisanie sobie kolejnych kompletu "oczek". Już na początku meczu bramkarz Inferno Team popełnił katastrofalny błąd z którego skrzętnie skorzystał Przemysław Długokęcki i wyprowadził grających w delegacji Orzełków na prowadzenie. Po upływie kilku minut gospodarzom udało się doprowadzić do wyrównania, piłkę do siatki skierował Wojciech Sobieski, ale to było wszystko na co było stać Inferno w pierwszej połowie. Old Eagles Koło przerwy zdobyło jeszcze 3 bramki, a na szczególną uwagę zasługuje gol zdobyty przez Piotra Parola, który w swoim stylu przymierzył z dystansu i nie dał szans bramkarzowi. W drugiej połowie w ekipie gospodarzy swój talent do strzelania bramek pokazał Michał Pasiorowski, który zaliczył aż 4 trafienia, jednak w całym meczu jego dokonania przyćmił Przemysław Długokęcki który nie dość, że strzelał, to jeszcze asystował. Obie ekipy poszły na wymianę ciosów, bramkarze jednej i drugiej drużyny co chwilę wyciągali piłkę z siatki, ale to przyjezdna drużyna wyszła z tej strzelaniny zwycięsko, pokonując rywali 11:6.
Krocząca od zwycięstwa do zwycięstwa ekipa BM podejmowała grającą w kratkę Munję. BM do tej pory nie stracił choćby punktu i na pewno chciał taki stan rzeczy podtrzymać co najmniej do kolejnego tygodnia. Munja weszła w ten mecz z dużym animuszem, rozgrywała swoje akcje szybko i precyzyjnie, co przyniosło efekt w postaci bramki już w 5 minucie meczu. BM nie potrzebował jednak zbyt dużo czasu by doprowadzić do wyrównania, a z pomocą gospodarzom przyszedł Kacper Drozdowicz, który niefortunną interwencją skierował piłkę do własnej bramki. Na kolejne trafienie musieliśmy czekać aż do ostatniej akcji pierwszej połowy, gdy Danil Prudnikov wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W drugiej części spotkania przewaga BM zaczęła się zwiększać i raczej nikt nie miał wątpliwości kto z tego pojedynku wyjdzie zwycięsko. Munja starała się uprzykrzać życie rywalom, ale ciągle czegoś brakowało - albo spokoju, albo precyzji, a może i po prostu jakości piłkarskiej. BM wygrał w tym meczu 8:3 i trzeba przyznać, że ta ekipa robi na nas coraz większe wrażenie, przez co rywale muszą podchodzić do nich z największym możliwym respektem. Munja z 6 punktami trzyma się środka tabeli, ale ich gra musi wejść na wyższy poziom, jeśli chcą spędzić zimę na miejscu niezagrożonym spadkiem.
Rywalizacja drużyn, z których jedna ma komplet punktów a druga komplet porażek zwykle zapowiada się jednostronnie. Byliśmy jednak dalecy od wyciągania podobnych wniosków w rywalizacji Sportowych Zakapiorów z Bartolini Pasta. Głównie dlatego, że chociaż ci drudzy przegrali jak dotąd wszystkie mecze, to dwa z nich zaledwie jedną bramką, a do tego mieli dość trudny terminarz. Absolutnie więc nie skreślaliśmy ich szans, co zresztą szybko znalazło werbalne potwierdzenie na boisku, gdy w jednym z pierwszych fragmentów Daniel Lasota, a więc kapitanów Zakapiorów, przypomniał swoim zawodnikom, że „przecież mówiłem, że to nie będzie łatwy mecz”. No i nie był. Początek należał do Bartolini, a gra tej ekipy z piłką naprawdę mogła się podobać. Gorzej było ze skutecznością pod bramką rywali, co szybko się zemściło, gdy Paweł Groszkowski wrzucił piłkę z autu a Daniel Lasota potwierdził, że w grze głową nie ma sobie równych w Lidze Fanów i pięknym trafieniem otworzył wynik. Po tym golu Zakapiory złapały trochę wiatru w żagle i mogły prowadzić nawet 2:0, ale Rafał Zaremba z Bartolini uratował swój zespół, gdy po jednej z akcji wybił piłkę z linii bramkowej. Co się jednak odwlekło, to nie uciekło. Na początku drugiej połowy Piotrek Maciuk zalicza przechwyt, mija bramkarza i zdobywa gola na 2:0. Sytuacja „Makaroniarzy” zrobiła się trudna. Sygnał do odrabiania strat dał Michał Cholewiński. To po jego akcji piłkę na raty wbił do bramki Mateusz Pęczek. Lada moment było już 2:2 i mecz rozpoczął się na nowo. Wydawało się, że ta ekipa która zdobędzie kolejnego gola, wjedzie na autostradę do trzech punktów a ponieważ trafienie zaliczyły Zakapiory (po prostym błędzie w obronie rywali), to wniosek nasuwał się sam. Ale ekipa Bartolini błyskawicznie odpowiedziała, znów swoje zrobił tutaj Michał Cholewiński i mimo, że w końcówce Zakapiory miały jeszcze jedną dogodną okazję (zmarnował ją Daniel Lasota), to mecz zakończył się remisem. To był dobry mecz, który przyjemnie się oglądało i według nas miał on sprawiedliwy finał. Dla Bartolini to może być początek procesu odbicia się od ligowego dna, z kolei Zakapiory podtrzymały serię meczów bez porażki a teraz czeka je starcie na szczycie z BM. I jeśli tutaj również nie przegrają, to nie ma innej opcji – ten zespół będzie skazany na to, by w tym sezonie powalczyć o medale.
Starcie to mogło wydawać się pojedynkiem Dawida z Goliatem, bo Ciamajdy zajmowały ostatnie miejsce w tabeli, a niekwestionowanym faworytem był liderujący Vikersonn. Boisko zdawało się potwierdzić wszelkie przewidywania, bo już w pierwszej akcji meczu Wladyslaw Lewicki pokonał golkipera gospodarzy. Jednak Ciamajdy dość szybko otrząsnęły się z początkowego szoku, a kiedy żółtym kartonikiem został ukarany Yevhenii Kyrii, wykorzystały przewagę liczebną - w 10 minucie Konrad Kulesza dostał trochę miejsca i po atomowym strzale wyrównał na 1:1. Pięć minut później Vikersonn ponownie wyszedł na prowadzenie, a indywidualną akcją popisał się Slawik Tuymkiw. Choć do końca pierwszej połowy już żaden z zespołów nie zapunktował, to nie brakowało akcji raz pod jedną, raz pod drugą bramką. Identycznie sytuacja wyglądała po zmianie stron, jednak to Ciamajdy powoli, ale konsekwentnie przechylały szalę zwycięstwa na swoją stronę. Spora w tym zasługa m.in. Jakuba Grzyba, który ofiarnie grał w obronie i zostawił sporo zdrowia na boisku, ale jego praca przyniosła konkretne efekty. W 38 minucie ten właśnie zawodnik zdobył bramkę wyrównującą, a trzy minuty później asystował przy golu Konrada Kuleszy. Następnie stery przejął Konrad, który dobił przeciwnika golem w 44 minucie i sensacyjny wynik 4:2 stał się faktem. Vikersonn rzucił wszystkie siły do ataku, ale Ciamajdy mądrze rozegrały końcówkę i wreszcie mogły cieszyć się z pierwszych punktów w lidze.
Ostatnia ekipa w tabeli 6 ligi FC Kanonierzy podejmowali lidera Bad Boys. Od początku meczu zarysowała się duża przewaga gości. Festiwal strzelecki swojej ekipy rozpoczął najbardziej chyba aktywny i co ważne skuteczny Maciej Pyrka. Wykorzystał ładne podanie Dawida Lewandowskiego i bez problemu pokonał bramkarza gospodarzy trafiając na 1-0. Obydwie ekipy nadal wzajemnie się "badały", lecz coraz większą przewagę zyskiwali faworyci. W 18 minucie bohater pierwszej połowy Maciej Pyrka ponownie skrzywdził rywala. Tym razem ładnie z klepki zagrywał Bartosz Staniszewski a Pan Pyrka tylko dołożył nogę do lecącej piłki i Bad Boys prowadzili 2-0. Kanonierzy co prawda próbowali się odgryzać, ale nie mogli przebić się przez szyki obronna rywala. Tę sytuację na boisku skrzętnie wykorzystywała drużyna przyjezdnych. Efektem tego była bramka zdobyta pod koniec pierwszej połowy. Po raz trzeci w tej połowie na listę strzelców wpisał się Maciej Pyrka. Po tej bramce arbiter zakończył pierwszą połowę meczu, która zakończyła się 3-0 dla Bad Boys. Druga odsłona tego spotkania to nadal huraganowe ataki gości. Szybko zdobywane trafienia po 15 minutach dały wynik 7-0 i duży spokój w szeregach lidera 6 ligi. Dopiero około 40 minuty Kanonierzy trafili po raz pierwszy. Artur Lech wykorzystał celne zagranie z klepy Adama Domidowicza i trafił do bramki. Jednak rozpędzeni Bad Boys nie zatrzymywali się nawet na chwilę a cała sytuacja tylko ich rozsierdziła. Najpierw na 8-1 trafił Mikołaj Kozłowicz, na 9-1 Bartłomiej Podobas i na 10-1 niezmordowany w tym meczu Maciej Pyrka. Z taką przewagą goście mogli spokojnie grać "swoje". Spotkanie dobiegało powoli końca a czas uciekał jak szalony. Co prawda Adam Domidowicz trafił na 2-10 po ładnym podaniu Amadeusza Obzejty, ale nie zmieniło to za bardzo obrazu tego spotkania. W ostatnich dwóch minutach najpierw bramkę na 3-10 zdobyli gospodarze. Oskar Nowicki wykorzystał ładne podanie od aktywnego Adama Domidowicza, ale chwilę później dzieła zniszczenia dokonał najlepszy asystent Bad Boys Dawid Lewandowski, po asyście Bartłomieja Podobasa. FC Kanonierzy bardzo chcieli wygrać ten mecz, gdyż każdy punkt jest dla nich na wagę złota, ale niestety dla nich ekipa Bad Boys była świetnie dysponowana w tym spotkaniu i widać było dlaczego są w tym momencie na czele 6 ligi.
Bardzo dobre widowisko piłkarskie zaserwowali nam gracze After Wola oraz KS Iglicy Warszawa, Od pierwszych minut tempo spotkania było bardzo dobre, a o atmosferę futbolowego święta cały czas dbał gracz gospodarzy, Paweł Fronczak, który bardzo żywiołowo motywował swoich kolegów do dobrej gry, zarówno będąc na boisku, jak i bacznie obserwując poczynania zza linii bocznej. Początek spotkania to jednak lepsza gra gości, którzy ostrzeliwali bramkę strzeżoną przez Kamila Ptaka, ale golkiper "Afterów" spisywał się bardzo dobrze i skapitulował dopiero po pięknym strzałem w okienko Mateusza Fejchera. Odpowiedź gospodarzy była skuteczna, gdyż najpierw po akcji indywidualnej i rajdzie przy linii bocznej na listę strzelców wpisał się Patryk Kępka, a następnie dobitką pod poprzeczkę popisał się Czarek Koliński. Ostatnie słowo w pierwszej odsłonie należało jednak do graczy Iglicy, kiedy to po podaniu Mateusza Fejchera piłkę do bramki, strzałem z półwoleja, posłał Patryk Cyranowski. Po zmianie stron gracze gości mieli kilka okazji do wyjścia na prowadzenie, jednak bramka rywali była jak zaczarowana. Niewykorzystane sytuacje zemściły się na nich i po podaniu Patryka Kępki oraz wykończeniu Radka Żukowskiego drugi z wymienionych graczy zdecydował się na strzał "rogalem", dzięki czemu ekipa z Woli wyszła na prowadzenie 3:2. Finałowe 10 minut spotkania było arcyciekawe, zacięte i szczerze mówiąc zastanawialiśmy się skąd gracze obu ekip mają jeszcze siłę na utrzymanie takiego tempa. Nieco szczęścia pomogło dotrzeć piłce zaadresowanej przez Kamila Ptaka do Pawła Fronczaka, ale w wykończeniu akcji nie było już przypadku, gdyż Paweł popisał się świetnym strzałem z półwoleja i było 4:2. Iglica nie odpuszczała i cały czas wierzyła w wygraną, czego efektem była akcja Maćka Krupińskiego, który przejął źle zagraną piłkę i nie dał szans Kamilowi Ptakowi. Goście postawili wszystko na jedną szalę i nieco się otworzyli w końcówce, co poskutkowało kontrą przeprowadzoną przez Kacpra Łopuszyńskiego, zakończoną celnym strzałem. Było to trafienie ustalające wynik potyczki na 5:3 i trzeba przyznać, że było to naprawdę bardzo ciekawe i pełne emocji spotkanie, a gospodarze wygrali po ciężkiej walce.
Crimson Boys, czyli trzecia ekipa 6 ligi podejmowali zajmujących ósmą pozycję Wiecznie Drugich. Od początku widać było, że gospodarze są na wznoszącej fali i mają chrapkę na 4 zwycięstwo z rzędu. Natomiast goście będą musieli się mocno postarać, aby zatrzymać rozpędzonych Crimsonów. Już w 2 minucie nowy nabytek Karmazynowych chłopców Kacper Urban trafił po solowej akcji w okienko i gospodarze prowadzili 1-0. Dwie minuty później będący od kilku spotkań w wyśmienitej formie strzeleckiej Piotr Zieliński po podaniu Damiana Kucharczyka poprawił na 2-0 i gospodarze układali ten mecz pod siebie. 7 minuta to bramka na 3-0 duetu Andrzej Młoński i Damian Kucharczyk. Dopiero po tych wydarzeniach goście wzięli się mocniej do odrabiania strat i trafili na 1-3. Piotr Kawka przejął piłkę przed polem karnym przeciwników i nie rozmyślając za wiele kropnął z całej siły a piłka powędrowała w okienko bramki Crimsonów. Podrażnieni straconym golem Karmazynowi ruszyli ponownie do ataku. Efektem tego była zdobyta bramka na 4-1. Po raz drugi trafił niezawodny w tym sezonie Piotr Zieliński po podaniu niezmordowanego Kacpra Urbana. Naszym zdaniem ten duet bardzo mocno namiesza w tym sezonie w 6 lidze. Chwilę później gospodarze trafili na 5-1. W tym momencie meczu dominacja gospodarzy nie podlegała dyskusji. Kawalkada gospodarzy trwała na dobre. Autorem bramki na 6-1 był ponownie Piotr Zieliński. Gospodarze przy tym wyniku trochę zwolnili tempo rozgrywania swoich akcji, co szybko wykorzystała ekipa gości. Witold Trochonowicz bez problemu przejął piłkę przed polem karnym rywali i bez zastanowienia uderzył a futbolówka wpadła w okienko bramki gospodarzy. Po tym trafieniu arbiter zakończył pierwszą połowę spotkania, a wynik brzmiał 6:2. Druga połowa to mocne ataki Wiecznie Drugich, czego efektem była szybko zdobyta bramka na 3-6. Bardzo aktywny i jak zawsze niezawodny Piotr Kawka dostał podanie od Adriana Pióro i bez problemu wykorzystał okazję. To zdarzenie podrażniło graczy w czarno-czerwonych koszulkach, którzy już dwie minuty później trafili na 7-3. Damian Kucharczyk popisał się solową akcją i bez problemu trafił do bramki rywala. Gospodarze nie przestawali atakować, ale i oponenci starali się kreować swoje akcje. Na 8-3 trafił Damian Kucharczyk po podaniu niezawodnego "Ziela". Odpowiedź rywali przyszła szybko. Na 4-8 i 5-8 trafiał duet Piotr Kawka i Witold Trochonowicz. Tego już było jednak chyba za dużo dla gospodarzy, gdyż przycisnęli ponownie mocniej i szybko trafili na 9-5. Kacper Urban wykorzystał podanie Damiana Kucharczyka i po ładnej klepce bez problemu pokonał bramkarza rywali. Arbiter miał za chwilę kończyć spotkanie, ale innego zdania był Piotr Kawka. Wiecznie Drudzy wykonywali rzut rożny, Kawka zwodem zgubił swojego obrońcę i bez problemu wpakował piłkę do siatki przeciwnika. Chwilę po tym zdarzeniu arbiter zakończył to emocjonujące spotkanie, które Crimson Boys wygrali 9-6.
Drużyna Więcej Sprzętu niż Talentu po bardzo mocnym początku sezonu, gdzie zanotowała dwa zwycięstwa, w ubiegłej kolejce przegrała i straciła pierwsze punkty w tej kampanii. Ich przeciwnik, zespół Mikstury dokładnie na odwrót - rozpoczął sezon jesienny przegrywając pierwsze dwa mecze, ale przed tygodniem przyszło przełamanie. Dodatkowo gospodarze mieli olbrzymie problemy kadrowe i mecz zaczęli w pięciu. Tu trzeba odnotować honorową postawę ich rywali, którzy również w takiej liczbie graczy rozpoczęli zmagania. Początek to wymarzony start dla gości, którzy już w 1 minucie objęli prowadzenie. Chwilę później powinien być remis, ale piłka po strzale zawodnika gospodarzy wylądowała na słupku. Kolejne minuty to męska gra, w której żadna z drużyn nie odstawiała nogi, ale grając fair bez żadnych złośliwości. Kolejną bramkę zobaczyliśmy w 12 minucie i była ona autorstwa Mikstury, która podwyższyła stan posiadania. Chwilę później ponowne trafienie tego zespołu, a na kilka minut przed gwizdkiem oznaczającym przerwę dał o sobie ponownie znać bohater ostatniej kolejki, Rafał Jochemski, który strzelając bramkę ustalił wynik pierwszej połowy na 4:0. Druga odsłona to ponowne ataki Mateusza Jochemskiego i spółki, jednak dwa ich strzały zamiast trafić do bramki wylądowały na poprzeczce. Mówi się jednak, że do trzech razy sztuka i za chwilę zrobiło się 5:0. W końcowym fragmencie tego pojedynku bramkę zdobyli gospodarze, jednak na więcej w ofensywie nie było ich stać. Dodatkowo w końcowych fragmentach stracili jeszcze jedną bramkę i mecz zakończył się wynikiem 6:1 dla Mikstury. Po bardzo słabym początku sezonu zespół ten jest na fali wznoszącej i na pewno będzie liczył się w walce o najwyższe cele. Drużyna Więcej Sprzętu niż Talentu mając spore braki kadrowe nie była w stanie przeciwstawić się dobrze grającym rywalom i szansy na przełamanie musi upatrywać w następnej kolejce.
Z racji spóźnienia jednego ze swoich zawodników, Drunk Team grał do 15 minuty w pięciu, co powodowało, że musiał obrać jedyną słuszną strategię - obronę. Łatwiej było jednak powiedzieć, niż zrobić - chłopaki tracili kolejne bramki po dobrych strzałach drużyny Tornado Squad, gdzie bramkarz nie miał nic do powiedzenia. Odkąd pojawił się szósty gracz w Drunk Teamie mecz nabrał zupełnego innego obrotu sprawy. To gospodarze zaczęli dyktować warunki i odrabiać straty. I to mimo, że grali bez zmian. Łukasz Walo na koniec pierwszej połowy strzela hat-tricka, na którego skompletowanie potrzebował zaledwie 4 minut! Wynik do przerwy 3:4 dla Tornado. W drugiej połowie nie było już wzlotów i upadków żadnej ze stron. Oglądaliśmy równe widowisko w którym zdobycie bramki to był niesamowity wyczyn. Dopiero pod koniec spotkania padły kolejne cztery trafienia - po dwie dla obu stron. Dwa zdobył Łukasz Walo, ale to niestety nie wystarczyło nawet do remisu. Bramka dająca zwycięstwo dla Tornado padła w ostatnim akcencie spotkania. Po stronie triumfatorów warto wyróżnić przede wszystkim Andreasa Altanisa, który zanotował 3 trafienia i 1 asystę. To był bardzo dobry i równy mecz.
Pogrążony w kryzysie Tartak liczył na pierwszą zdobycz punktową w meczu, w którym ich przeciwnikiem było znajdujące się na drugim biegunie Virtualne Ń. Tartak osłabiony brakiem kilku kluczowych zawodników, w tym charyzmatycznego kapitana Luca Kończala. Virtualni niemal w optymalnym składzie i z dobrą formą szybko zaczęli strzelanie, kiedy to jeden z liderów gości czyli Michał Płotnicki wykorzystał dogranie Wojtka Kalinowskiego i technicznym strzałem pokonał bezradnie interweniującego Konrada Dudka. Kolejne dwa trafienie były autorstwa oczywiście Szymona Kolasy, który w każdym kolejnym meczu udowadnia swoją wartość w zespole Marka Giełczewskiego. W pierwszej połowie Tartak było stać na tylko jedno trafienie, a jego autorem był Łukasz Łukasiewicz, który odpalił rakietę z rzutu wolnego i nie dał najmniejszych szans na interwencję golkiperowi rywali. Do przerwy goście prowadzili 4-1 po kolejnym trafieniu Szymona Kolasy. Druga część spotkania przebiegiem niewiele różniła się od pierwszych 25 minut. Virtualni razili nieskutecznością, każdy z oglądających ten mecz zastanawiał się, jak jest możliwe, że piłka nie wpada do bramki. Duża w tym zasługa oczywiście Konrada Dudka, który dwoi się i troił w bramce, ale na niewiele to się ostatecznie zdało. Tartak zaczął być aktywniejszy w akcjach ofensywnych, co przełożyło się na strzelenie dwóch bramek, ale przy tak dobrze grających gościach, to było zdecydowanie zbyt mało. Virtualne Ń dorzuciło też kilka swoich bramek i zamknęli tę zimną niedziele zwycięstwem 8:4. Tartaku, pora się obudzić, bo widmo spadku z 7 ligi zaczyna być coraz bardziej realne...
W czwartej kolejce zmierzyły się zespoły TRCH i Bulbez Team Bemowo. W tym widowiskowym starciu obie ekipy dostarczyły niezapomnianych emocji. TRCH, składający się głównie z młodych zawodników, początkowo dominował nad doświadczoną drużyną Bulbez Team Bemowo. Przez większą część meczu gospodarze kontrolowali posiadanie piłki i tworzyli wiele groźnych sytuacji pod bramką rywali. Niezwykle skuteczny Kacper Sokołowski i świetnie kreujący sytuacje Kamil Pasik dręczyli swoimi poczynaniami defensywę gości. Jednak sytuacja diametralnie się zmieniła w drugiej połowie, gdy wynik 7:2 na korzyść TRCH nie zdołał osłabić determinacji Bulbezu. Z zaskakującym uporem i niezłomnym duchem, gracze z Bemowa rozpoczęli niezwykły odwrót, zdobywając bramki z niezwykłą zaciętością. Zespół ten zaczął odzyskiwać straty, strzelając bramki jedna za drugą. Nawet sami zawodnicy nie mogli za bardzo uwierzyć w to, co się działo na boisku. Zdeterminowani do walki do końca, zdołali wyrównać z TRCH wynikiem 7:7, ukazując prawdziwą siłę i zaangażowanie. Mecz był pełen pasji i nieprzewidywalnych zwrotów akcji, co stanowi jedno z najbardziej ekscytujących aspektów piłki nożnej. Ten niezwykły mecz służy jako przypomnienie, że w futbolu żaden wynik nie jest pewny, a skoncentrowana gra do ostatniego gwizdka jest kluczowa, zwłaszcza przeciwko zgranej i doświadczonej drużynie.
Zmobilizowanie się do gry o godzinie 22:00, zwłaszcza przy niskiej temperaturze, to na pewno nie jest łatwa sprawa. A właśnie z takim wyzwaniem przyszło się zmierzyć drużynom KK Wataha oraz FC Ballers. Nie był to mecz ekip z górnej połowy tabeli 7.ligi, a raczej zespołów, które do tego miana aspirują. Bliżej celu przed pierwszym gwizdkiem byli gracze Watahy, którzy mieli na swoim koncie trzy punkty, podczas gdy rywal tylko jeden. Początek zapowiadał, że FC Ballers być może zaznają smaku premierowego zwycięstwa, bo weszli solidnie w mecz i gdybyśmy właśnie wtedy mieli wyrokować, kto otworzy worek z bramkami, to postawilibyśmy właśnie na nich. Ale w ekipie Watahy był tego dnia Piotr Cieślak, który swoją lewą nogą potrafi dokonywać rzeczy naprawdę fajnych. Pierwszy raz użytek ze swojej kończyny zrobił właśnie przy stanie 0:0 i z dobrego początku Ballersów nic nie zostało. Co więcej – stracony gol zdeterminował przebieg pierwszej połowy. Podopieczni Przemka Kacperskiego poszli za ciosem, zbudowali aż trzybramkową przewagę i dopiero przy stanie 0:3 rywale znaleźli sposób, by wreszcie otworzyć swój dorobek. Gol z rzutu wolnego Alekseia Ignatieva niewiele jednak zmienił. Za chwilę kontrola wróciła do Watahy, która do przerwy prowadziła 4:1 i nie zapowiadało się na to, że tej drużynie może się tutaj stać piłkarska krzywda. Druga odsłona tę tezę potwierdziła. Gospodarze grali swobodnie, skutecznie, nie tracili koncentracji, a dodatkowo coraz więcej osób z ich składu wpisywało się na listę strzelców czy asystentów. Jak zwykle bardzo pracowity był Wojtek Wolny i łącznie dorobek ośmiu bramek dla Watahy solidarnie podzieliło między sobą aż czterech graczy. W obozie FC Ballers wyglądało to znacznie słabiej. Wynik 2:8 nie pozostawia złudzeń kto był lepszy i trudno powiedzieć, co dzieje się z tym zespołem. Zwłaszcza w grze do przodu widzimy dużą potrzebę wzmocnień, bo 10 goli w czterech spotkaniach to naprawdę bardzo słaby wynik. Brakuje tutaj kogoś, kto będzie kończył akcję kolegów, lub wymyśli coś z niczego. W przeciwnym razie takie wyniki jak ten niedzielny mogą się powtarzać. Chociaż i tutaj mogło być znacznie wyżej, bo gdyby Wataha wykorzystała wszystko co miała, to dwucyfrówka pękłaby lekko…
To bez wątpienia było jedno z najlepszych starć w ten weekend. Zaczęło się świetnie, bo już w 4 minucie mieliśmy 2:1 dla Furduncio. W końcu Zaruby wyrównują po strzale sam na sam, ale przed końcem tej części gry Maia odpowiada finezyjnym uderzeniem i do połowy mamy wynik 3:2. W przerwie obie strony zebrały się w kółeczko, słuchając wskazówek od obu kapitanów, co zwiastowało nam dużo lepszą drugą połowę i rzeczywiście tak było! Widać było motywację, wolę walki i chęć wygrania tego zaciętego spotkania. Ponownie dwie bramki padają w ciągu minuty, a ich strzelcem był Valerii Rusal z Zarubów. To jednak nie był koniec emocji w tej potyczce. Za zagranie ręką został podyktowany rzut karny dla Furduncio. Niesamowita dyspozycja bramkarza nie dała nam ujrzeć piłki w siatce. Drużyna gości się cofnęła i zaczęła się bronić spokojnie, rozgrywając piłkę i kradnąc bardzo cenne minuty dla gospodarzy. A ponieważ ekipa Canarinhos musiała się otworzyć, to znów Rusal strzela bramkę na 3:5 w ostatniej minucie meczu, kończąc nam to spotkanie z hat trickiem. Na koniec warto wyróżnić bramkarzy po obu stronach, dzięki którym oglądaliśmy tak mało goli.
Ósma liga w tym sezonie jest niezwykle wyrównana i taki przebieg miał też mecz między Mareckimi Wygami a Warsaw Gunners. Od początku szybkie tempo wskazywało, że sporo będzie się tutaj działo. Już po trzech minutach mieliśmy wynik 2:1 i tak szybko padające bramki sugerowały, iż możemy być świadkami niezwykle wysokiego wyniku. Z biegiem czasu jednak obie ekipy uszczelniły obronę i mimo wielu okazji z obu stron na kolejne trafienie musieliśmy trochę poczekać. Tuż przed przerwą goście wyrównali i po pierwszej połowie mieliśmy remis 2:2. To zapowiadało niezwykłe emocje w drugiej odsłonie. Po zmianie stron znakomicie funkcjonujący duet Sebastian Lisocki - Arkadiusz Trwoga rozkręcali się z każdą minutą. Mareckie Wygi mimo walki i determinacji jakoś nie potrafili przeciwstawić się gościom. którzy byli coraz skuteczniejsi i jeszcze bardziej zdeterminowani do walki. Mieli chyba w pamięci starcie z Saską Kępą, gdzie nie byli gorsi a minimalnie przegrali. Warsaw Gunners strzelając kolejne bramki odjechali z wynikiem i mimo że gospodarze starali się jak mogli, to nieskuteczność i trochę brak pomysłu na sforsowanie defensywy rywali nie mogło skończyć się sukcesem. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 3:8. Patrząc na tabelę w tej lidze każda z ekip ma szanse na walkę zarówno o medale, ale w przypadku kilku niepowodzeń może spaść do strefy spadkowej, bo różnica punktów po czterech kolejkach jest naprawdę minimalna. Mamy nadzieję że kapitana Gunnersów Arka Trwogę zobaczymy za tydzień, bo w końcówce naciągnął mięsień łydki i z ławki dyrygował swoimi kolegami na boisku.
Minionej niedzieli, na boiskach warszawskiego AWF-u stanęły naprzeciwko siebie ekipy, które bezpośrednio sąsiadują ze sobą w tabeli. Gospodarze, czyli Legion, na trzy spotkania zdobyli dwa punkty. Goście natomiast raz wygrali, dzięki czemu FC Polska Górom minimalnie wyprzedzała ostatni zespół ze strefy spadkowej. Tym samym, mogliśmy się spodziewać nie lada emocji. Nie pomyliliśmy się, ale wszystko po kolei. Goście rozpoczęli pierwszą połowę ze sporym przytupem. Szybkie prowadzenie ekipie w białych strojach dał im bowiem etatowy snajper, Grzegorz Milewski, który kilka chwil po tym wydarzeniu podwyższył wynik na 0:2. Pierwsza połowa tym samym malowała się nam pod znakiem dominacji Polski Górom. Opinia ta została dobitnie potwierdzona, kiedy to sędzia Szczytniewski zakończył pierwszą połowę przy wyniku 1:3. Należy podkreślić, że wszystkie cztery bramki zdobyli goście, co oznacza, że honorowe trafienie gospodarzy wpadło za sprawą nieszczęśliwego zagrania Jakuba Kucharskiego. Druga odsłona tego widowiska była jednak o wiele bardziej interesująca. Szalona pogoń za wynikiem ukraińskiej drużyny doprowadziła w końcowym etapie do celu. Gracze Legionu wyszli wreszcie na upragnione prowadzenie 5:4. Radość nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ Grzegorz Milewski i spółka podwyższyli tempo swoich akcji, co zaowocowało ponownym przejęciem inicjatywy. Finalnie mecz ten zakończył się wynikiem 6:7 na korzyść Polski Górom. Dzięki tym arcyważnym punktom goście mogą odczuwać radość, ponieważ udało im się wskoczyć ex aequo na trzecią lokatę, premiowaną awansem do wyższej klasy rozgrywkowej.
Różnica w tabeli pomiędzy Shot DJ, a Na2Nóżkę wynosiła zaledwie jeden punkt. Goście przystępowali do meczu jeszcze bez porażki na koncie, gospodarze po remisie z Legionem chcieli odnieść kolejne zwycięstwo. N2N od początku ruszyli z impetem na rywala, dzięki czemu mecz toczony był w szybkim tempie. Optycznie lepiej wypadli gospodarze, ale to rywale jako pierwsi objęli w tym meczu prowadzenie – Edouard Tran Van w 9 minucie strzelił na 0:1. Jak się potem okazało, było to jedyne trafienie w pierwszej części. Pomimo braku większej ilości bramek samo spotkanie oglądało się dość przyjemnie. Obie ekipy dobrze operowały piłką i dalsze trafienia wydawały się kwestią czasu. W drugiej połowie mecz jeszcze bardziej się rozkręcił. Parę minut po wznowieniu gry Francuzi podwyższyli swoje prowadzenie na 0:2. Wydawało się, że Marcel Winiarski za mocno wygonił się do linii bocznej, ale świetnie wypatrzył w polu karnym Gabriela Kermiche, który strzałem głową umieścił piłkę w siatce. Co ciekawe to kolejna bramka zdobyta głową w wykonaniu Shotów i widać, że ten element mają bardzo dobrze opanowany. Pięć minut później było już 0:3 i znów w roli głównej wystąpił Marcel Winiarski. Rywale zareagowali w najlepszy możliwy sposób. Skoro nie wychodziło im z gry, to spróbowali odrobić straty w inny sposób. Z pomocą przyszły stałe fragmenty gry, bo najpierw Wiktor Śląz zdobył gola z rzutu wolnego, a chwilę później Mateusz Gąsiorowski zaliczył trafienie kontaktowe po rzucie rożnym. Shot DJ miał jednak tego dnia w swoim składzie Marcela Winiarskiego, który zrobił w tym meczu różnicę. Jego dynamika, szybkość i umiejętność dryblingu była kluczowa i bez wątpienia, bez niego Shotom byłoby znacznie trudniej o końcowe zwycięstwo. A co możemy powiedzieć o gospodarzach? Nie grali źle, widać że jest to poukładana drużyna z dużym potencjałem, jednak tego dnia przeciwnik po prostu był lepszy.
Drużyna BRD Young Warriors po bardzo dobrym pierwszym meczu, kiedy to zdobyła komplet punktów kolejne dwa zakończyła porażkami. Ich przeciwnik, Saska Kępa to jedyna drużyna na tym poziomie rozgrywkowym z kompletem zdobytych oczek. I to właśnie ona otworzyła w 3 minucie wynik spotkania. Riposta rywali była niemal natychmiastowa i już dwie minuty później po dwóch trafieniach na prowadzenie wyszła drużyna gospodarzy. Po bardzo intensywnym i żywym początku kolejne minuty upływały na walce w środkowej części boiska i nieliczne sytuacje bramkowe nie zmieniły wyniku spotkania. Dopiero końcowe minuty pierwszej części przyniosły podwyższenie prowadzenia i drużyny schodziły na przerwę z wynikiem 3:1 dla gospodarzy. Druga odsłona zaczęła się od mocnego uderzenia zawodników z Saskiej Kępy, bo pierwsza ich akcja zakończyła się zmniejszeniem deficytu. Kolejne minuty to przewaga gości, jednak pomimo kilku dobrych sytuacji bramkowych wynik nie ulegał zmianie. Drużyna „młodych wojowników” bardzo umiejętnie się broniła a dodatkowo w ostatnich minutach tego pojedynku zdołała dwukrotnie pokonać golkipera oponentów i mecz zakończył się wynikiem 5:2 dla BRD Young Warriors. Należy zaznaczyć, że drużyna ta zagrała zespołowo i to był klucz do zdobycia kolejnego kompletu punktów. Zawodnicy Saskiej Kępy ponoszą pierwszą porażkę w tym sezonie, ale mimo tej wpadki utrzymali pozycję lidera w ligowej hierarchii.
W meczu 8 ligi rozgrywanym na Arenie Picassa Kozice Warszawa podejmowały Hiszpański Galeon. Początek spotkania to całkowita dominacja gości, którzy już po kilku minutach prowadzili 0-3. Kozice grały niedokładnie i bez pomysłu, a niektórzy zawodnicy często starali się rozgrywać akcje indywidualnie, co mocno frustrowało kolegów z drużyny. Do przerwy goście strzelają jeszcze jedną bramkę i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 0-4. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił, Hiszpański Galeon całkowicie panował nad przebiegiem i wydawało się, że zawodnicy gości kontrolują wydarzenia na boisku. Szybko zdobywają 5, 6 oraz 7 bramkę i chyba nawet najwięksi optymiści nie widzieliśmy szans na odrobienie takiej straty. Co prawda przy wyniku 0-7 goście za sprawą Valentina Chekwube strzelają jeszcze dwie bramki, jednak na nic więcej nie było ich stać w tym spotkaniu. Mecz ostatecznie kończy się wynikiem 2-8 i po bardzo dojrzałej grze Hiszpański Galeon pewnie pokonuje Kozice Warszawa. Goście dalej znajdują się w strefie spadkowej, ale z taką dyspozycją z pewnością mają duże szanse, aby już w najbliższy weekend wydostać się z niej na dobre.
W przedmeczowych zapowiedziach pisaliśmy, że w tym meczu może paść wiele bramek i wszystko wskazywało na to, że w głównej roli wystąpią tu zawodnicy Varsovii. I tak też było, bo już w 2 minucie wynik otworzył Marcin Krzysztoń – dopadł on do „wyplutej” przez bramkarza piłki po strzale Karola Mroczkowskiego i Varsovia objęła prowadzenie. Wydawało się, że będzie to łatwy mecz dla lidera, tymczasem życie napisało zupełnie inny scenariusz. Do bramki wszedł spóźniony Yurii Trush i był to prawdziwy game changer tego spotkania. Już w pierwszej połowie pokazał, że ma spore umiejętności bramkarskie i kilkoma swoimi interwencjami ratował zespół przed utratą bramki. Do tego jego koledzy z pola nie próżnowali i najpierw w 17 minucie Arkadiusz Aderek doprowadził do wyrównania, a minutę później po składnej akcji mieliśmy już 2:1 dla Elitarnych. Takim wynikiem, co by nie mówić dość niespodziewanie, skończyła się pierwsza część. Varsovia nieco zaskoczona takim przebiegiem spotkania próbowała odzyskać kontrolę nad meczem i przynajmniej na początku drugiej części miała przewagę nad rywalem, co jednak nie przekuwało się na gole. Dopiero w okolicach 40 minuty do wyrównania doprowadził Karol Mroczkowski z rzutu wolnego, choć zanim piłka trafiła do siatki otarła się jeszcze o Krzysztofa Łuczywka. Wydawało się wtedy, że Varsovia pójdzie za ciosem, ale nic z tego – Elitarni niespełna dwie minuty później znów wyszli na prowadzenie, a po chwili mieliśmy już 4:2! Varsovia atakowała, tworzyła sobie sytuacje, ale bramka rywala była tego dnia jak zaczarowana. Pod koniec spotkania wynik podwyższył Łukasz Eljasiak, a rezultat ustalił Arkadiusz Aderek. Ta bramka na 6:2 była świetnym podsumowaniem tego meczu - Yurii Trush uruchomił dalekim wyrzutem Arkadiusza Aderka, a ten przyjął piłkę i przelobował Bartka Gebhardta. To właśnie ci dwaj zawodnicy Elitarnych byli głównymi architektami sukcesu – Yurii świetnie bronił dostępu do własnej bramki, a Arkadiusz tego dnia był niesamowicie skuteczny. Gospodarze zagrali bardzo dobre spotkanie, mocno pracowali w defensywie, by zneutralizować atuty Karola Mroczkowskiego i to w dużej mierze się udało. Varsovia zagrała gorzej niż w dotychczasowych meczach, zabrakło przede wszystkim lepszego wykończenia i skuteczności pod bramką rywala, przez co pierwsza porażka w sezonie stała się faktem.
W spotkaniu Łazarskiego z GLK oglądaliśmy dwie odmienne połowy. W pierwszej mimo że gospodarze się starali, to nie potrafili poważniej zagrozić bramce Łukasza Trzpioły. Goście od początku dobrze operowali piłką od tyłu i dwaj dobrze wyszkoleni zawodnicy jak Sebastian Dominiak i Damian Sawicki próbowali kreować sytuacje kolegom z drużyny. Dobrze też grał Patryk Dominiak, który kilka razy urwał się po linii końcowej i swoimi dośrodkowaniami potrafił robić sporo zamieszania w obozie przeciwników. Tak zresztą padła pierwsza bramka, przy której asystował otwierając wynik meczu. GLK nie zatrzymywało się i jeszcze przed przerwą podwyższyło wynik. Sławek Farion skorzystał z sytuacji jaką stworzyli koledzy i do przerwy było 0:3. Po zmianie stron wydawało się, że goście będą kontrolować spotkanie i nic tu nadzwyczajnego się nie wydarzy. Gdy padła bramka na 0:4 obawialiśmy się, że gospodarze nie będą w stanie nic więcej zrobić. Jednak od tego momentu GLK chyba uwierzyło, że ma na koncie trzy punkty i totalnie oddało pole rywalom. Ci strzelili najpierw gola na 1:4 i poczuli że mogą powalczyć o odwrócenie losu meczu. Po chwili było już 2:4 i w ekipie gości wkradła się niepewność oraz złość, że tak łatwo przeciwnicy dochodzą do czystych pozycji. W końcówce udało się jeszcze zmniejszyć rozmiary porażki, ale na więcej nie było niestety czasu. Ostatecznie GLK wygrywa 3:4 z Łazarskim, ale druga połowa to sygnał, że jeszcze sporo w tej ekipie jest do poprawy. Gospodarze pokazali tym meczem że mają potencjał do gry i na pewno w tym sezonie jeszcze niejednokrotnie pokażą, na co ich stać.
Mecz Nagel z Mistrzami Chaosu przyniósł nam bardzo wiele wrażeń i emocji. Obie drużyny wystąpiły w licznych składach. Bardzo szybko ujrzeliśmy pierwszą bramkę Radosława Niziołka, który odebrał piłkę przeciwnikom w ich własnym polu karnym i sam wymierzył sprawiedliwość, dając prowadzenie Mistrzom Chaosu. Przeciwnik szybko wziął się za odrabianie strat i zrobił to z nawiązką, zdobywając trzy bramki. Potem mieliśmy dość długi okres, gdzie obydwaj bramkarze nie musieli schylać się po piłkę do siatki. Na koniec połowy nastąpiła jednak wymiana ciosów. Dla Nagel bramkę zdobył Symonczuk, a dla Mistrzów ponownie Niziołek strzelając sprzed pola karnego. Do przerwy wynik 4:2. Zdecydowanie w tej połowie lepiej wypadła drużyna gospodarzy. W drugiej odsłonie goście więcej atakowali, co przełożyło się również na wynik, bo pomimo straty bramki zaczęli odrabiać straty. W ostatnich trzech minutach zdobyli trzy gole. Gdyby wcześniej się obudzili, mogliby wpędzić w duże zakłopotanie drużynę Nagel. Spotkanie zakończyło się ostatecznie wynikiem 7:5 dla gospodarzy. Zawodnikami meczu zostali napastnicy Maksimo Stesiuk z Nagel (3 gole) oraz Radosław Niziołek z Mistrzów Chaosu, który tego dnia aż cztery raz znalazł sposób na golkipera oponentów.
W batalii między Hetmanem FC a Rodziną Soprano nie widzieliśmy zdecydowanego faworyta. W praktyce więcej punktów mieli na swoim koncie nominalni gospodarze, ale każdy kto zna potencjał Rodziny Soprano ten wie, że oni mogą odpalić w każdym momencie i trzech punktów straty do rywala nie można było traktować zbyt poważnie. Potwierdziło się to na boisku, gdzie oglądaliśmy niezwykłą wymianę ciosów, padło dużo bramek i długo nie było jasne, do kogo trafi komplet "oczek". Pierwsza połowa to typowy schemat „gol za gol”. Soprano cztery razy wychodzili na prowadzenie i czterokrotnie je tracili. Można to dość łatwo wytłumaczyć – o ile bowiem jedni i drudzy mieli dużą łatwość w kreowaniu sobie okazji, o tyle gra w defensywie pozostawiała mnóstwo do życzenia. Dopiero na początku drugiej połowy Krzysiek Kulibski i spółka uzyskali dwa gole przewagi, a jednocześnie wprowadzili trochę więcej dyscypliny w swoich szeregach obronnych. Rywale cały czas mieli z tym problem. Często bywało tak, że po swoim ataku dawali oponentom bardzo łatwą okazję do kontry, bo pojęcie „powrotu do obrony” funkcjonowało rzadko albo wcale. Mimo to udało się zmniejszyć straty na 5:6, jednak to był ostatni moment, gdy zespoły były siebie tak blisko. Potem gracze Rodziny Soprano zaczęli punktować swoich przeciwników, regularnie pokonując Daniela Starosielskiego. Hetman co prawda nie próżnował, ale w pewnym momencie zaciął się z przodu i nie potrafił znaleźć pomysłu na dobrze spisującego się Aleksandra Grabowskiego. Wynik więc puchł i ostatecznie zatrzymał się przy stanie 9:6 dla Rodziny. Być może trzy gole przewagi to trochę zbyt dużo, bo Hetman był absolutnie równorzędnym rywalem, ale widać było braki w defensywie, bo gdyby na mecz dojechał np. Marcin Banasiak, to wyglądałoby to zupełnie inaczej. Mówi się trudno, trzeba o tym meczu zapomnieć i szybko wrócić na zwycięską ścieżkę. Co do triumfatorów, to w tym momencie doszlusowali do środka tabeli i na pewno liczą, że ta jedna wygrana przerodzi się w coś dłuższego. Bo jeśli tak jak do tej pory, będą przeplatać zwycięstwa porażkami, to o nic więcej niż miejsca 5-6 nie będą w stanie powalczyć.
Niepokonana jeszcze w tym sezonie ekipa ADP Wolskiej Ferajny szukała kolejnych punktów w meczu z Force Fusion FC. Goście z Woli musieli rozpocząć ten mecz jednego zawodnika mniej, ze względu na spóźnienie jednego z zawodnikow. Taki stan rzeczy nie pomógł jednak gospodarzom, którzy nie potrafili wykorzystać gry w przewadze. Gdy obie ekipy były już w komplecie, to ADP zaczynało zyskiwać przewagę, którą udało się udokumentować bramką Przemka Fudały. Gospodarze nie pozostawali dłużni i już po kilku minutach udało im się doprowadzić do wyrównania. Mecz toczył się głównie w środku pola, a gdy jakieś akcje się zdarzały, to były głównie autorstwa ADP Wolskiej Ferajny. Jeden z nich w końcówce pierwszej połowy przyniósł upragnioną bramkę gościom, dzięki której na zasłużony odpoczynek schodzili z jednobramkową przewagą. Druga połowa była znacznie bardziej otwarta, ataki przenosiły się z jednej strony na drugą i bramkarze co chwilę musieli wyciągać piłkę z siatki. Lepiej z tej wymiany ciosów wyszli gracze z Woli, których gra defensywna była na wyższym poziomie i stracili o dwie bramki mniej niż Force Fusion FC. ADP po tym meczu znalazło się na pozycji wicelidera i może coraz śmielej myśleć o najwyższym stopniu podium na koniec sezonu.
Kolejnym spotkaniem rozgrywanym na Arenie Picassa w ramach 4 kolejki Ligi Fanów był mecz między Na Wariackich Papierach a FFK OldBoys II. Zdecydowanym faworytem wydawali się być goście, jednak znamy dobrze walecznych zawodników z drugiej drużyny FFK i wiemy, że często lubią sprawiać niespodzianki. Mecz zgodnie z oczekiwaniami lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy już po niespełna kilku minutach prowadzili 3-0. Autorami bramek byli odpowiednio Sebastian Roszak, Kamil Sierdziński oraz Patryk Rak. Faworyci wydawali się być lepsi pod każdym względem, oponenci natomiast popełniali głupie błędy a kiedy już zbliżali się do bramki rywala, zawsze brakowało dokładności. Drużyna Na Wariackich Papierach nie zwalniała tempa i jeszcze przed przerwą dwukrotnie pokonała bramkarza gości, Piotra Domańskiego. Po krótkim odpoczynku i zmianie stron spotkanie rozkręciło się na dobre, a my byliśmy świadkami prawdziwego rollercoastera. Obie drużyny postawiły na ofensywną grę, mocno się otwierając i często zapominając o obronie. Worek z bramkami pękł a wynik zmieniał się praktycznie co chwilę. W tej części meczu widzieliśmy aż 10 goli, po pięć dla każdej z ekip. Spotkanie ostatecznie kończy się wynikiem hokejowym 10-5 i daje kolejne zasłużone 3 punkty gospodarzom tego spotkania.
Bejern jak na razie idzie bardzo podobną drogą w 10.lidze, jaką szedł w Lidze Letniej. Wówczas również kroczył od zwycięstwa do zwycięstwa, mało komu pozostawiał jakieś złudzenia, a ostatecznie skończył ze srebrem. Teraz celuje być może jeszcze wyżej, o czym w niedzielę mieli się przekonać kolejni rywale. FC Patetikos to natomiast nowa drużyna w rozgrywkach, która początek miała kiepski, ale potem odniosła dwie wygrane, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia, to pewnie tliła się tutaj nadzieja, że klasyczny hat-trick zostanie skompletowany właśnie na jednym z ligowych faworytów. Ale dziś już wiemy, iż nic z tego nie wyszło. Czy można było temu zapobiec? Na początek oddajmy Bejernowi, że jak zwykle przyjął bardzo dobrą taktykę. Czyli w spokoju oczekiwał na rozwój wydarzeń i starał się być przede wszystkim beneficjentem błędów w obozie przeciwników. A na te nie trzeba było długo czekać – na 1:0 gola zdobył Tomek Skórka, a ten sam zawodnik lada moment zaliczył ważny przechwyt, który doprowadził go do 100% sytuacji, w której okazał się bezbłędny. Patetikos nie byli w stanie na to odpowiedzieć. Ogólnie sama gra nie wyglądała źle, ale brakowało konkretów. W drugiej połowie wyglądało to podobnie – posiadanie piłki po stronie Patetycznych, zaczęły się nawet pojawiać konkretne sytuacje bramkowe, ale Dominik Trzaskowski pozostawał niepokonany. A Bejern jak to Bejern – wyczekał, dał się wyszumieć i za chwilę było 3:0. A gdy Tomek Skórka wykorzystał błąd bramkarza Patetikos Rafała Michalaka i były już cztery gole przewagi, w tym meczu nie mogło się już nic wydarzyć. I dopiero przy takim stanie beniaminek Ligi Fanów przełamał indolencję strzelecką, lecz było to zdecydowanie za późno. Ostatni cios należał zresztą do rywali i końcowy wynik to 5:1. Brawa dla Bejernu za wyrachowanie, dobrą taktykę i skuteczną realizację. Tak gra lider i to bez swojego najlepszego zawodnika, Filipa Pławiaka. Z kolei Patetyczni muszą jeszcze nabrać trochę doświadczenia, bo piłkarsko to jest naprawdę fajna ekipa, która ma duży potencjał. Trzeba go tylko oszlifować, aczkolwiek taki proces lubi trwać, dlatego nie wolno się zniechęcać, bo to wszystko kiedyś zaprocentuje.
Na zakończenie zmagań na Arenie Picassa drużyna FC Po Nalewce podejmowała Heavyweight Heroes. Spotkanie było zapowiadane jako bardzo ciekawe i wyrównane, obie ekipy nie zaznały w tym sezonie goryczy porażki i z dorobkiem 7 punktów sąsiadowały w ligowej tabeli. Mecz znacznie lepiej rozpoczęli Nalewkowicze, bo już po kilku minutach Michał Kurowski dwukrotnie pokonał bramkarza gości. W kolejnych minutach ofensywa gospodarzy nie zwalniała i Mateusz Rudnik podwyższył rezultat na 3-0. Gra gospodarzy wyglądała świetnie, nie było głupich błędów w obronie a formacja ofensywna była nie do zatrzymania przez bezradnych defensorów gości. Jeszcze przed przerwą FC Po Nalewce zadaje dwa kolejne ciosy i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 5-0. Po zmianie stron obie ekipy nie forsowały tempa, gospodarze pilnowali wyniku a goście od czasu starali się atakować bramkę Michała Piątkowskiego. W drugiej połowie jako pierwsi bramkę strzelają Herosi. W kolejnych minutach byliśmy świadkami bardzo otwartej gry z obu stron, gdzie bramki padały na zmianę po obu stronach boiska. W końcówce przegrywającym udało się strzelić nawet trzy bramki z rzędu, ale ostatnie słowo w tym meczu należało do gospodarzy i to oni mogli się cieszyć wygraną w stosunku 8-5. W drużynie triumfatorów wyróżniali się kapitan Sławek Ogorzelski oraz bramkarz Michał Piątkowski, któremu w drugiej odsłonie udało się wybronić strzał z rzutu karnego. Tym samym FC Po Nalewce pewnie pokonują rywala, dzięki czemu z dorobkiem 10 punków awansują na drugie miejsce w ligowej hierarchii.
WKS Bęgal w 4 kolejce mierzył swoje umiejętności piłkarskie z Dynamo Wołomin, które jak na razie nie może zaliczyć rundy jesiennej do udanej. Mimo iż gospodarze są wyżej w ligowej tabeli, mogliśmy obejrzeć wyrównaną walkę o zwycięstwo od pierwszej do ostatniej minuty. Premierowa bramka w tym meczu padła szybko, bo już w 2 minucie i WKS Bęgal wysunął się na prowadzenie. Zanim doszło do wyrównania, (na które musieliśmy trochę poczekać) oba zespoły w szybkim tempie przemieszczały się po płycie boiska, przenosząc akcje spod jednej bramki pod drugą. Lekka przewaga gospodarzy dała wymierny efekt dopiero pod koniec tej części spotkania, kiedy to po wtórnym wyniku remisowym odskoczyli rywalom na dwa gole. Wynik 4:2 do przerwy zapowiadał emocjonującą drugą połowę i tak właśnie było. Goście wyciągnęli wnioski i wdrożyli plan taktyczny w życie zdobywając trzy gole i po raz pierwszy wysunęli się na prowadzenie. Radość nie trwała długo i tym razem to gospodarze wyrównali wynik. Do samego końca oglądaliśmy akcję za akcję i gol za gol, lecz ten najważniejszy padł w 50 minucie. Łukasz Krawczyk z WKS Bęgal zdobywając swoje pierwsze trafienie w tym sezonie zapewnił zwycięstwo sobie i kolegom, oraz awans na najniższy stopień podium. Dynamo Wołomin musi jeszcze trochę poczekać na pierwsze punkty, lecz widać z meczu na mecz progres w ich grze i nadchodzące spotkanie może okazać się przełomem.
W niedzielne popołudnie na Arenie Picassa drużyna Old Boys Derby II podejmowała Kresowię Warszawa. Gospodarzom w tym sezonie nie udało się zaznać zwycięstwa i zawodnicy OBD II liczyli, że ta sztuka powiedzie się w rywalizacji z młodą ekipą Kresowi. Początek spotkania bardzo wyrównany, obie drużyny postawiły na solidną obronę a ataki starały się wyprowadzać mała liczbą zawodników. Wraz z upływem czasu coraz groźniej na bramkę gospodarzy atakowali zawodnicy z Ukrainy, jednak ich próby strzału były niecelne albo rewelacyjnie na bramce spisywał się kapitan OldBoys, Rafał Wieczorek. To co nie udało się gościom, udało się gospodarzom i to oni jako pierwsi wychodzą na prowadzenie - bramkę po zamieszaniu w polu karnym zdobywa Kamil Koćwin. W kolejnych minutach Kresowia rzuciła się do odrabiania strat i ta sztuka udała im się, po fatalnej stracie i po przejęciu piłki przez Maksata Torayeva. Jeszcze przed przerwa goście podwyższają wynik na 1-2, kiedy to po wrzucie piłki z bocznej strefy boiska niefortunnie we własnym polu karnym interweniował Łukasz Tarasiuk i myląc swojego bramkarza skierował piłkę do bramki. Po zaciętej i bardzo przyjemnej do oglądania pierwszej połowie na przerwę schodziliśmy przy wyniku 1-2. Po zmianie stron widowisko nabrało jeszcze większego tempa. Chwilę po wznowieniu gry do ataku ruszyli gospodarze, którzy za sprawą Adama Włodarczyka doprowadzają do remisu. W kolejnej części meczu ponownie do głosu doszli zawodnicy Kresowi, którzy nie chcąc zremisować tego spotkania ruszyli do ataku i po kilku minutach za sprawą Władysława Łozowskiego wychodzą na prowadzenie 2-3. Od tego momentu gra gości zupełnie się posypała, jakby zapomnieli o defensywie a akcje ofensywne nie przynosiły żadnych korzyści, gdyż albo świetnie interweniował bramkarz albo akcje kończyły się już w zarodku. Tutaj swoją szansę znaleźli zawodnicy z Białołęki, którzy najpierw doprowadzają do wyrównania następnie podwyższają rezultat na 4-3. Końcówka meczu była brzydka dla widowiska, widzieliśmy w niej sporo fauli, niepotrzebnych dyskusji obu ekip z arbitrem, co zabiło dynamikę tego spotkania. W ostatnich minutach goście rzucili się do odrabiania strat, niestety nadziewając się na groźne kontry. Po jednej z nich, akcję na bramkę zamienia Łukasz Łukasiewicz i mamy 5-3. W końcówce grająca w osłabieniu drużyna OldBoys Derby II dobija rywali i zasłużenie wygrywa 6-3. Spotkanie trzymało w napięciu do ostatniej minuty, na duże wyróżnienie zasługuje kapitan gospodarzy, który z całą pewnością w dużej mierze przyczynił się swoimi interwencjami do korzystnego wyniku. Ekipie Rafała Wieczorka gratulujemy pierwszych 3 punktów i liczymy na więcej w kolejnych spotkaniach tego sezonu.
Przed tym meczem spodziewaliśmy się, że może to być zacięte i wyrównane spotkanie, a wynik remisowy nie byłby zaskoczeniem. Nasze przewidywania spełniły się w 100% i przez 50 minut oglądaliśmy walkę raz pod jedną, raz pod drugą bramką. Wynik otworzyło Centrum, ale na pierwsze trafienie musieliśmy czekać aż do 14 minuty, kiedy mocnym strzałem z dystansu popisał się Stanisław Wojda i zmieścił piłkę przy samym słupku. Stanisław był wyjątkowo aktywnym zawodnikiem i często uruchamiał akcje ofensywne gości, ale obrona Borowików była wyjątkowo czujna i nie dawała się przechytrzyć. Za to powoli rozkręcała się ofensywa gospodarzy – w 18 minucie stuprocentową okazję jeden na jednego zmarnował Dmytro Nedashkivskiy, lecz gol wisiał w powietrzu i w samej końcówce pierwszej połowy Borowiki wyrównały. Rzut z autu wykonał Denis Shevchenko, a niekryty w polu karnym Marcin Stachacz uderzył piłkę głową i futbolówka zatrzepotała w siatce. W przerwie Borowiki musiały powiedzieć sobie kilka męskich słów, bo po wznowieniu gry błyskawicznie złapały przewagę. W 28 minucie gola zdobył Dawid Bilski, a minutę później Dmytro Nedashkivskiy strzelił po długim rogu i nagle zrobiło się 3:1 dla gospodarzy. Centrum wzięło się do odrabiania strat i w 32 minucie zamieszanie pod bramką niemalże skończyło się golem dla gości, ale refleksem wykazał się golkiper Borowików Przemysław Jażdżyk. Chwilę później Centrum dostało prezent w postaci żółtego kartonika dla Dmytro Nedashkivkiego a na listę strzelców wpisał się Gustaw Kowalski. W 37 minucie gola wyrównującego potężnym strzałem po rękach bramkarza zdobył Kamil Tomala i było to ostatnie trafienie w tym meczu. Do końca zostało jeszcze sporo czasu, ale obie ekipy nie szalały ze skutecznością. Wprawdzie w 40 minucie żółty kartonik otrzymał Łukasz Wrona, jednak tym razem Centrum przewagi liczebnej nie wykorzystało. Patrząc na przebieg całego spotkania remis wydaje się tutaj sprawiedliwym wynikiem, ale już teraz wiemy, że mecz rewanżowy zapowiada się niezwykle ciekawie.
W niedzielne popołudnie doszło do starcia Złączonych z Red Rebels. Drużyna gości weszła świetnie w spotkanie, prowadząc szybko już 0:3. Po kilku minutach odpowiedział Piotr Gipsiak, zmniejszając straty. Drużyny nawzajem atakowały pozycyjnie, a następnie czekały na kontry, jednak to nie dało oczekiwanego skutku i w tej części nie udało podnieść się wyniku żadnej ze stron. Wynik do przerwy 1:3 dla Red Rebels. Dosłownie chwilę po powrocie na boisko znów bramkę zdobywa Gipsiak. Warto wyróżnić również asystę dla bramki Bazarova, ponieważ była to wrzutka prawie przez całe boisko. Kiedy mecz dobiegał końca kolejne dwa trafienia dla złączonych zdobył Piotr Gipsiak, a więc gospodarze mogli cieszyć się powrotem na właściwe tory i odrobieniem strat, bo mecz zakończył się sprawiedliwym wynikiem 4:4. Warto wyróżnić również Azamata Bazarova, który strzelił trzy z czterech goli, jakie tego dnia zainkasowali Red Rebels.
W ramach 4 kolejki Ligi Fanów KS Lipinki Łużyckie podejmowały drużynę FC Torpedo. Obie ekipy wydawały się być w dobrej formie, dlatego czekaliśmy na doskonale widowisko. Mecz od początku toczył się na bardzo dużej intensywności, młodzi zawodnicy w obydwu zespołach prezentowali wysokie umiejętności techniczne a ich zaangażowanie było widoczne dla wszystkich kibiców zgromadzonych na Arenie Picassa. Jako pierwsi na prowadzenie wyszli gospodarze, pięknym strzałem z dystansu popisał się Maciej Mazurak. Odpowiedź gości przyszła szybko - Kuryło Kud równie silnym i precyzyjnym strzałem pokonał golkipera gospodarzy. Jeszcze przed końcem pierwszej połowy ponownie na prowadzenie wyszli zawodnicy drużyny Lipinki Łużyckie, tym razem po zespołowej akcji Jakub Czerski strzela bramkę. Do końca pierwszej odsłony wynik nie uległ już zmianie, dlatego na przerwę schodziliśmy przy stanie 2-1. Po zmianie stron Torpedo dostaje kolejną bramkę i wydawało się, że ekipa z Ukrainy zazna pierwszej porażki w tym sezonie. Goście nie składali broni i już od początku starali się odrabiać straty. Motywacja i pomoc z ławki kapitana Andrzeja Barana okazała się bardzo pomocna i w 40 minucie Torpedo łapie kontakt. Do końca spotkania akcje przenosiły się raz pod jedną raz pod drugą bramkę, jednak ciągle brakowało dokładności. Na kilka minut przed końcem FC Torpedo strzela bramkę wyrównującą i mamy 3-3, jednak nie było to wcale ich ostatnie słowo w tym meczu. Dosłownie minutę później Oleh Ilnytskyi ponownie pokonuje bramkarza gości i mamy 3-4. Do końca spotkania wynik nie uległ już zmianie i Torpedo pozostaję jedyną niepokonaną drużyną w 11 lidze!
W 4 kolejce 11 ligi czerwona latarnia tej tabeli Broke Boys podejmowali Joga Bonito. Gospodarze, którzy w tym sezonie zawodzą na całej linii musieli to spotkanie wygrać, by zrobić ważny krok w kontekście utrzymania na tym szczeblu rozgrywkowym. Goście natomiast plasują się na czwartym miejscu tuż za ekipą Złączonych. Widać więc, że dla obydwóch tych ekip ten mecz był bardzo ważny. Spotkanie rozpoczęło się w spokojnym tempie i na wzajemnym badaniu. Jednak już w 11 minucie MVP meczu Mateusz Hnatio wyszedł sam na sam z golkiperem gospodarzy i faulowany padł w polu karnym. Arbiter podyktował rzut karny, który wykorzystał sam poszkodowany. Gracze Joga Bonito rozpędzali się, ale i Broke Boys nie próżnowali. Dzięki większej determinacji w tej części meczu gospodarze trafili w 16 minucie na 1-1. Anton Liashuk ładnie uruchomił Zakhara Baradaukina i ten drugi trafił bez problemu na remis. Ta bramka mocno podrażniła ekipę przyjezdną, która wzięła się ostro do roboty czego efektem było zdobycie 3 bramek w niespełna 10 minut. Na 2-1 i 3-1 trafił bardzo aktywny Dorian Kwieciński po podaniach jak zawsze niezmordowanego Mateusza Bubrzyka oraz wcześniej wspominanego Mateusza Hnatio. Pod sam koniec pierwszej połowy na 4-1 trafił ponownie Mateusz Hnatio i takim też wynikiem zakończyła się pierwsza połowa meczu. Druga odsłona to nawałnica ze strony Joga Bonito, którzy bezwzględnie wykorzystywali każdy błąd Broke Boys. Warto nadmienić, że 8 minut drugiej połowy gospodarze grali z jednym mniej zawodnikiem, po czerwonej kartce ich bramkarza pod koniec pierwszej odsłony. Efektem tego była wspomniana wcześniej nawałnica gości. Festiwal strzelecki rozpoczął Karol Klimaszewski. Na 6-1 trafił Mateusz Bubrzyk. Trafienie na 7-1 to dzieło Grzegorza Szostaka, który przechwycił piłkę na skrzydle, ściął do środka i po sytuacji sam na sam pokonał bezbronnego golkipera gospodarzy. Broke Boys będąc pod ścianą próbowali się odgryzać, ale Joga Bonito to drużyna z dużym doświadczeniem i nie za bardzo im na to pozwalała. Na 9-1 bramkę zdobył bezbłędny tego dnia duet Mateusz Hnatio & Matuesz Bubrzyk. Dopiero po 9 trafieniach goście trochę odpuścili, co starali się wykorzystać oponenci. Efektem tego była bramka na 2-9 autorstwa Yuriego Bogodyazha. Zawodnik ten przejął piłkę na swojej połowie i mijając trzech rywali zdobył bramkę. Jednak chwilę później goście wrócili na właściwe tory i ponownie Matuesz Hnatio trafił do siatki rywala. Było więc już 10-2. Rozpędzony MVP Mateusz Hnatio dokonał dzieła zniszczenia i w 47 minucie trafił na 11-2. Oponenci zripostowali trafieniem Zakhara Baradaukina, który ustalił wynik tego jednostronnego meczu na 11-3 dla Joga Bonito.
W spotkaniu Wombatów z Melange wzięło udział aż 19 osób. Obie drużyny przybyły w szerokich kadrach na mecz. Drużyna gości od samego początku napierała, ale podopieczni Szymona Godonia bardzo mądrze się bronili, wyprowadzając groźne kontry. Wynik spotkania otwiera Łukasz Słowik strzelając bramkę po rykoszecie i zamieszaniu w szeregach obrony Wombatów. Następnie kolejne dwa trafienia zdobywają Marciniak i Słowik. W połowie tego starcia wynik wynosił 3:0 dla Melange, a bramkarz gospodarzy wykazał się niejednokrotnie świetną interwencją. Po wyjściu na drugą połowę Wombaty szybko zdobywają bramkę dając sobie nadzieje na odrobienie strat. Stąporek strzela po podaniu z rożnego uciekając obrońcom. Chwilę później znów Melange narzuca tempo i zdobywa kolejne trzy trafienia. Na koniec meczu znów Wombaty się budzą, ale to niczego nie zmienia w ogólnym rozrachunku. Gospodarze mogli wygrać wyżej, bo mieli swoje sytuacje które niestety zmarnowali, ale i tak zwycięstwo jest zasłużone, bo goście byli tutaj zdecydowanie lepsi.
Zupełnie inaczej toczą się losy ekip WEiTI United i Bagstaru w trwającym sezonie. Ci pierwszy przegrali premierowe spotkanie w lidze, ale potem zanotowali dwa zwycięstwa z rzędu. Drudzy odwrotnie – początek mieli wyborny, a potem równia pochyła. Ale jasnym było, że tutaj możemy się spodziewać wyrównanej batalii, chociaż gdy okazało się, że gracze WEiTI nie mają ani jednej zmiany, to zaczęliśmy się zastanawiać, czy starczy im sił na pełne 50 minut. Zacznijmy jednak od początku. Pierwsza połowa to prawdziwa jazda bez trzymanki. Zaczęło się od dwóch goli dla WEiTI autorstwa Kazimierza Lipskiego, co jednak nie podcięło skrzydeł Bagstarowi, który powoli instalował sterowniki w to spotkanie. I chociaż za każdym razem gdy odrabiał połowę strat, to rywal wracał do bezpiecznej, dwubramkowej przewagi, to ten schemat stracił na znaczeniu pod koniec inauguracyjnej odsłony. Rafał Jagóra i spółka złapali wreszcie swój rytm, zdobyli dwa gole z rzędu, a powinni nawet prowadzić, lecz Kuba Wrzosek zmarnował w jednej akcji dwie doskonałe okazje i pewnie do tej pory nie wie, jak to się stało, że nie zapisał się wówczas na listę strzelców. Ten zawodnik zrehabilitował się jednak w drugiej połowie i Bagstar po raz pierwszy w meczu był o gola z przodu. Ten fakt, w połączeniu z coraz większymi problemami ekipy WEiTI ze zdobywaniem bramek sugerował, że gracze w błękitnych koszulkach będą w stanie dowieźć swoje prowadzenie do końca. Wiara była tym większa, że dobrze prezentował się bramkarz Oskar Głuszniewski, który długimi fragmentami stanowił mur nie do przejścia. Jednak wszystko się posypało, a kluczowy moment to zejście z boiska Piotrka Parola. Kontuzja chwilowo uniemożliwiła kontynuację gry temu zawodnikowi, co bardzo szybko wykorzystali oponenci. Najpierw gola po indywidualnym rajdzie zanotował Kazimierz Lipski, a na 6:5 piłkę do bramki wbił Szymon Auguścik. Bagstar walczył do końca, szansę miał Filip Pacholczak oraz wspomniany Piotrek Parol, który ostatecznie wrócił do gry, ale widać było, że nie może dać z siebie tyle, ile chce. Więcej goli już nie padło i po dramatycznym boju WEiTI zwyciężyło 6:5. W naszej ocenie sprawiedliwy byłby tutaj remis, ale biorąc pod uwagę, że triumfatorzy gole zdobywali wtedy, gdy w teorii powinni nie mieć już sił, to jednak chyba na te trzy punkty zasłużyli. Szkoda jednak Bagstaru, który walczył naprawdę ambitnie, a mimo dużego poświęcenia ponownie został z niczym…
Ajaks Warszawa nie może zaliczyć pierwszej części rundy jesiennej do udanej. Z jednym punktem i dwoma wysokimi porażkami plasował się w dolnej części tabeli. Natomiast jego rywal Essing Gorillaz był po przeciwnej stronie. Samotny lider z największą liczbą strzelonych bramek. Mecz zapowiadał się na jednostronne widowisko. Ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu gospodarze nie chcieli tanio sprzedać skóry i poza skuteczną obroną również stwarzali zagrożenie w polu karnym swojego rywala. Goście potrzebowali aż trzynastu minut, aby po raz pierwszy umieścić piłkę w siatce strzeżonej przez Kacpra Bielenia. Gra z minuty na minutę nabierała na szybkości i twardości po obu stronach, a bramkarze mieli coraz więcej pracy. Kiedy Olek Florczyk podwyższył prowadzenie wydawało się, że Essing Gorillaz będą spokojnie budować swoją bramkową przewagę. Jednak na dwie minuty przed końcem pierwszej połowy wynik z rzutu karnego ustalił Bartek Kopacz, zdobywając swojego pierwszego gola w tym meczu i zmniejszając stratę do oponenta. Druga odsłona meczu była jeszcze bardziej emocjonująca. Gospodarze chcąc odrobić straty grali zdecydowanie odważniej, lecz ich starania wielokrotnie zatrzymywał Marek Kurzelewski nie pozwalając na doprowadzenie do wyrównania. Oba zespoły w tej części meczu strzeliły po dwa gole i różnica z pierwszej połowy zdecydowała o zwycięstwie Essing Gorillaz, które zanotowało czwartą wygraną z rzędu. Zawodnicy Ajaksu mimo przegranej zaprezentowali się naprawdę z bardzo dobrej strony, a ich gra napawa optymizmem na nadchodzące spotkania. Dlatego wierzymy, że zła passa szybko się od nich odwróci i ucieczka z ostatniego miejsca niedługo stanie się faktem.
W starciu czwartej kolejki Ligi Fanów pomiędzy zespołami AFC Niezamocni a Lisy Bez Polisy obserwowaliśmy dynamiczne widowisko oraz zażartą walkę o zwycięstwo. Przed meczem różnice w formie obu drużyn wydawały się istotne. AFC Niezamocni mający zaledwie jeden punkt na koncie, starający się wyjść z kryzysu stanęli naprzeciw Lisom Bez Polisy, mimo niestabilnej gry, uznawanym za faworyta tego pojedynku. Pomimo stawienia się na mecz w bardzo wąskiej kadrze, gracze AFC Niezamocni na pewno mieli nadzieję na poprawę wyników, dążąc do zaskoczenia swoich rywali. Natomiast Lisom Bez Polisy, dysponującym głęboką ławką, towarzyszyła presja potwierdzenia swojej przewagi nad przeciwnikiem. Już w 2 minucie meczu Damian Borkowski wyprowadził Lisy Bez Polisy na prowadzenie, zdobywając pierwszego gola. Ta bramka zapoczątkowała dominację gości w pierwszej połowie, czego wyrazem był wynik 1:6 na korzyść ich drużyny. Szczególnie imponująca okazała się ładna bramka Damiana Borkowskiego, zdobyta po wkręceniu piłki do bramki z rzutu rożnego. Na początku drugiej połowy losy meczu zaczęły się komplikować dla Lisów Bez Polisy, gdyż Aleksander Klimaszewski otrzymał czerwoną kartkę, pozostawiając drużynę w osłabieniu. AFC Niezamocni próbowali wykorzystać tę szansę. Udało im się zbliżyć do rywali, między innymi za sprawą Dawida Brzoskowskiego, który wykręcił w tym meczu naprawdę solidne statystki w postaci dwóch bramek i trzech asyst co oznacza, że brał udział przy wszystkich bramkach swojej ekipy. Mimo ofensywnego podejścia AFC Niezamocni, Lisy Bez Polisy zdołali utrzymać prowadzenie do końcowego gwizdka, zwyciężając 7:5
W meczu czwartej kolejki spotkały się dwie ekipy, które jeszcze nie przegrały w tym sezonie. Od początku mecz toczony był w szybkim tempie a oba zespoły były zdeterminowane do walki o komplet punktów. Szybko jednak swoją skutecznością gospodarze pokazali kto tego dnia jest lepiej dysponowany. W ataku brylował duet Karol Kowalski & Kuba Świtalski i szybkie prowadzenie podcięło trochę skrzydła gościom. Shitable starało się atakować, ale robiło to nieskutecznie a w defensywie popełniało sporo błędów, które rywale wykorzystywali tego dnia bezlitośnie. Do przerwy było 5:0 i spore zaskoczenie dla wszystkich, bo sądziliśmy że będzie to wyrównany pojedynek. Po zmianie stron nadzieję na pogoń za wynikiem dał Ivan Kirianov, strzelając dwie bramki z dystansu. Jednak gdy Shitable łapało moment lepszej gry, to Warsaw Wilanów potrafiło odpowiadać kolejnymi bramkami. W bramce swoje wybronił również Dominik Pietruczuk, co również było ważne w kontekście ostatecznego wyniku tego spotkania. Shitable w końcówce zmniejszyło rozmiary porażki, pokazując że potrafi grać na wysokim poziomie. Mecz zakończył się wynikiem 8:4, co umocniło gospodarzy na czele tabeli. Goście mimo porażki nadal zajmują dobre miejsce w środku stawki i z nadziejami podejdą do kolejnego meczu licząc na poprawę swojej pozycji w dwunastej lidze.
Nieposiadające choćby punktu Sportano Football Club podejmowało zespół Niedzielnych, który okupował miejsce w środku tabeli. Gospodarze od samego początku przeważali na boisku, wykorzystując większą liczbę zmian oraz brak nominalnego bramkarza pomiędzy słupkami gości. Strzelanie zawodnicy Sportano rozpoczęli już w 3 minucie, a Niedzielni odpowiadali im tym samym, dzięki czemu na przestrzeni 10 minut zobaczyliśmy aż sześć trafień, z dwubramkową przewagą gospodarzy. Krótka ławka rezerwowych coraz bardziej dawała się we znaki gościom. Efektem tego poza mało efektywną grą była strata kolejnych bramek. Mimo, że Marcin Aksamitowski robił co mógł, nie był w stanie zatrzymać napastników gospodarzy. Zanim sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy gospodarze powiększyli swoją zdobycz bramkową o dwa gole, tracąc tylko jednego. Wynik 6:3 do przerwy zwiastował pierwsze punkty oraz zwycięstwo Sportano Football Club. Dryga część meczu okazała się bardziej wyrównana niż się tego spodziewaliśmy, o czym mogą świadczyć tylko dwa zdobyte gole - po jednym dla każdej ze stron, co miało miejsce w ostatnich minutach spotkania. Dzięki zwycięstwu gospodarze przybliżyli się do opuszczenia strefy spadkowej, a goście mimo porażki nie zmienili swojej pozycji w tabeli.
Zdecydowanie nie tak gracze Niedzielnych II wyobrażali sobie starcie z rezerwami Furduncio Brasil F.C. Już od pierwszych minut goście bardzo mocno postawili na intensywność gry w obronie, przez co gospodarze mieli spore problemy z przedostaniem się pod bramkę Brazylijczyków. Z kolei napierający na bramkę Marcina Aksamitowskiego "Canarinhos" wykorzystali swoje szanse dwukrotnie w pierwszej połowie. Najpierw ładną akcję dwójkową przeprowadzili Gabriel Gliwic oraz Carlitos Moreira, gdzie drugi z wymienionych graczy wykończył akcję na 0:1. Dość szybko w szeregach Niedzielnych II wkradła się frustracja, co skutkowało sporadycznymi dyskusjami zarówno z arbitrem, jak i wewnątrz drużyny. Efektem było rozkojarzenie w szeregach obronnych, co wykorzystał Abbey Stunna, dobijając w trakcie zamieszania w polu karnym piłkę, tym samym ustalając wynik pierwszej połowy na 0:2. Przewaga optyczna była po stronie gości, jednak liczyliśmy, że gospodarze się zmobilizują i pokażą, na co ich stać po zmianie stron. Tak się jednak nie stało i to gracze z Ameryki Południowej nadal przeważali na boisku. Udokumentowali swoją przewagę trzema kolejnymi trafieniami, spośród których dwa zaliczył Carlitos Moreira, a raz na listę strzelców wpisał się Gabriel Gliwic. Okazja dla gospodarzy przytrafiła się po nieprzepisowym zagraniu w polu karnym, a "wapno" na bramkę zamienił Łukasz Ostrowski i było 1:5. Oczekiwaliśmy delikatnego wiatru w żagle Niedzielnych, ale to Furduncio kontynuowało marsz po trzy punkty. Zabójczo skuteczny tego dnia Carlitos Moreira notował kolejne trafienia, w całym meczu pokonując golkipera przeciwników aż sześciokrotnie! Wspomniany golkiper, Marcin Aksamitowski, dał ostatecznie upust swojej frustracji, gdy po wysokim wyprowadzeniu akcji na połowę przeciwników stracił piłkę, a następnie, po strzale rywala, zatrzymał ją ręką...w połowie boiska, za co obejrzał czerwoną kartkę. Nie wpłynęło to jednak znacznie na losy meczu i ostatecznie goście wygrali mecz 8:1.
Po trzech ligowych kolejkach sytuacja na ostatnim poziomie rozgrywkowym zaczęła się powoli klarować. Minionej niedzieli stanęły naprzeciwko siebie ekipy Gentleman Warsaw Team oraz Szeregu Homogenizowanego. Gospodarze jak dotąd zdobyli o jedno oczko więcej od swoich rywali. Cztery punkty w ich wykonaniu są efektem pokaźnej wygranej nad Pogromcami oraz niedawnemu remisowi z Brazylijczykami. Goście natomiast zapunktowali tylko na inaugurację ligi, z wcześniej wymienioną ekipą Poprzeczek. Tym samym mogliśmy się spodziewać bardzo wyrównanego spotkania. Nie zawiedliśmy się, a sam mecz poniósł obserwatorów! Strzelanie rozpoczęli goście, którzy za sprawą trafienia Pawła Lachowskiego objęli prowadzenie. Należy podkreślić, że bramkę poprzedzało kapitalne podanie Moczulskiego, bez którego droga do bramki byłaby niewątpliwie zablokowana. Radość Szeregu utrzymała się aż do przerwy, na którą zawodnicy schodzili przy stanie 0:1. Gospodarze relatywnie szybko wyrównali jednak po powrocie do gry. Chwilę po tym precyzyjnym i mocnym strzałem pod poprzeczkę bramkarz gości stracił kolejną bramkę, tym razem autorstwa Loze. Zasadniczo, gdy mecz zaczął układać się pod Gentleman Warsaw Team, coś poszło nie tak. Być może była to zbyt otwarta postawa Michała Danga i spółki. Poskutkowało to stratą dwóch bramek, co w efekcie dało porażkę 2:3. Jednakże najbliższa kolejka będzie dla nich szansą na kolejne punkty, zagrają oni bowiem z rezerwami Niedzielnych, które jak dotąd zdobyły zaledwie punkt.
Obie ekipy z ambicjami do walki o czołowe lokaty przystępowały do następnej batalii o ligowe punkty. Piwo Po Meczu jak dotąd z kompletem punktów liczyło na kolejną całą pulę i fotel lidera. Green Team po dwóch zwycięstwach z rzędu chciało kontynuować dobrą passę. Pierwsza połowa niezwykle wyrównana. Początkowo lepiej prezentowali się gospodarze, którzy szybko wyszli na prowadzenie za sprawą Michała Świercza. Z biegiem czasu goście jednak rozkręcali się, a w przodzie sporo pracy wykonywał Kasper Masenek. To właśnie jego bramka dała kontakt z rywalami. Piwo Po Meczu starało się odskoczyć z wynikiem, ale przeciwnicy nie zamierzali łatwo oddać pola i skutecznie się bronili. W końcówce po jednej z akcji sędzia podyktował rzut karny dla gości. Ponownie niezwodny Kacper Masenek strzelił bezbłędnie i do przerwy mieliśmy remis 3:3. Po zmianie stron obie ekipy miały swoje okazje. Niestety gra trochę się zaostrzyła a w efekcie tego goście musieli grać w osłabieniu. Stracili do tego dwie bramki i musieli szukać sposobu, by odrobić straty. Kolejna trochę nierozważna żółta kartka po zagraniu ręką napastnika nie pomagała. Czas płynął a Green Team mimo ambitnej walki do końca nie odmienił losów meczu. Ostatecznie gospodarze wygrywają 5:3 i umacniają się na czele tabeli. Goście w środku stawki, ale nadal z szansami na walkę o czołowe lokaty w tej kampanii.
Pojedynki Pogromców Poprzeczek i Oldboys Derby III mają już swoją renomę, dla tych drugich Pogromcy są (obok Green Teamu) zespołem z którym mają rozegranych najwięcej meczów. Nic dziwnego, że ta rywalizacja urasta do miana klasyka ostatniego poziomu rozgrywkowego. Przed meczem niemal wszystko wskazywało na wygraną Oldbojów, począwszy od słabszej dyspozycji Pogromców, po całkiem dobrą formę gości na starcie sezonu. Sporym wzmocnieniem okazała się obecność Przemka Białego, którego występ stał pod znakiem zapytania, ale bramkarz Oldboys Derby w pełnej gotowości stawił się na Arenie AWF. Mecz zaczął się świetnie dla gości – już w 3 minucie rozegrali fajną akcję, gdzie potrzebowali zaledwie czterech podań, by przetransportować piłkę od bramkarza do Jarosława Wołoszyna, który sfinalizował wszystko mocnym strzałem po poprzeczkę. Chwilę później mogło być 0:2, ale piłka odbiła się jedynie od słupka. Choć Oldboje mieli szansę na podwyższenie, drugą bramkę zdobyli dopiero w 13 minucie. Z rzutu wolnego mocno uderzył Andrzej Garman i wynikiem 0:2 skończyła się pierwsza część. Goście byli stroną przeważającą i niewiele wskazywało na to, że w drugiej odsłonie obraz gry się zmieni. I tak też było, a nawet możemy stwierdzić, że Oldboje wręcz zdominowali Pogromców. Tuż po rozpoczęciu drugiej części podwyższyli na 0:3, po paru minutach było już 0:5. Gospodarze zdołali odpowiedzieć bramkami Olka Markowskiego oraz Adama Maja, który przedarł się z piłką przez całe boisko, by pokonać swojego vis-a-vis. Zryw Pogromców, który odmieni losy meczu? Nie tym razem, romantyczną historię pokonała proza życia, a ta była taka, że Oldboje byli tego dnia o klasę lepsi. Mieli pomysł i mieli środki, by ten pomysł wcielić w życie i byli w tym elemencie skuteczni. Od stanu 2:5 był to mecz do jednej bramki – tej strzeżonej przez Adama Maja. Goście trafili do siatki jeszcze pięciokrotnie i ostateczny wynik brzmi 2:10. Zeszłej jesieni Pogromcy wygrali 8:0, dziś przegrywają 2:10, to wiele mówi jak dużo może się zmienić w ciągu roku. W ekipie z osiedla Derby można wyróżnić Przemka Białego, który od początku sezonu nie schodzi poniżej pewnego poziomu, Jarosława Wołoszyna, który był do bólu skuteczny, ale i pozostałych Oldbojów, bo każdy dołożył cegiełkę do tego zwycięstwa.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)