RAPORT MECZOWY - 16.KOLEJKA
Husaria Mokotów, FC Dziki z Lasu, FC Po Nalewce - to kolejne drużyny, które są nowy-koronowanymi mistrzami swoich klas rozgrywkowych! I wszystkie zrobiły to w naprawdę świetnym stylu, tym bardziej że poziom w ligach w których startowały był naprawdę bardzo wyrównany. Tym samym nierozwiązanych zagadek w sezonie 2023/24 jest już coraz mniej!
Nie było większych emocji w meczu Tura z eXc Mobile Ochota. Gospodarze nie przyszli w nadzwyczajnym składzie na to spotkanie a nawet gdyby tak było, to nie mieliby chyba większych szans z rozpędzoną machiną, jaką jest na wiosnę eXc. Mający w swoich szerach niezwykle utalentowanych młodych graczy goście dominowali na boisku od pierwszych minut i ani na chwilę wynik tego spotkania nie był dla nich zagrożony. Do przerwy mieliśmy rezultat 1:5, co i tak stanowiło dość niski wymiar kary dla gospodarzy. Tur starał się jak mógł, swoje robili doświadczeni gracze, ale na tak dobrze dysponowanego rywala nie było tego dnia sposobu. Ofensywa eXc grała wzorowo a do grupy młodych wilków znakomicie wpasował się doświadczony Michała Kępka, który dodaje spokoju i doświadczenia niemal w każdym meczu. Nie ma co ukrywać, że obóz ekipa Sebastiana Dąbrowskiego czeka za tydzień mecz sezonu z Gladiatorami i to tam okaże się czy ten walecc wreszcie się zatrzyma czy pojedzie dalej. W ten weekend skończyło się na wyniku 1:13 ale wiemy, że mogło być wyżej gdyby, chłopaki z eXc nie zgodzili się na skrócenie męczarni swojemu wieloletniemu rywalowi z Ekstraklasy.
Explo Team walczy o utrzymanie w tym sezonie i praktycznie w każdym meczu potrzebuje punktów. Alpan zwyciężając w ten weekend zapewniał sobie udział w Pucharze Ligi Fanów i eliminacjach Mistrzostw Polski Playareny. Początek spotkania lepszy w wykonaniu Explo, które zawsze pierwsze połowy gra znakomicie. Tym razem na prowadzenie zespół wyprowadził Jan Zapolski. Explo poszło za ciosem i szybko dołożyło dwa trafienia a Alpan wyglądał tak, jakby jeszcze formę zostawił na parkingu AWFu. Po okresie marazmu bramkę kontaktową Kamil Melcher i z wynikiem 3:1 zespoły schodziły na przerwę. Niemoc z pierwszej połowy gości w drugiej została przełamana. Explo miało szansę odskoczyć rywalom z wynikiem, lecz z perspektywy czasu popełniło błąd, który być może zaważył na wyniku. Przed polem karnym faulowany był zawodnik gości. Sędzia zmierzał w kierunku miejsca w którym był faul i zapewne ukarałby zawodnika Alpana kartką, ale Mateusz Włudarski wznowił grę, chcąc zaskoczyć rywala. Sędzia jak tłumaczył po meczu nie mógł według przepisów wrócić do tej sytuacji, dlatego gra toczyła się dalej. Od tego momentu Alpan rozpędzał się i skutecznie najpierw wyrównał a potem wyszedł na prowadzenie. W końcówce za faul taktyczny czerwoną kartkę zobaczył Damian Koński, co totalnie rozbiło Explo. Alpan jest więc pewny czwartego miejsca, co jest dużym sukcesem tego zespołu. Explo obecnie w strefie spadkowej i do ostatniej kolejki będzie musiało walczyć o pozostanie w lidze.
Wyniki spotkań poprzedzających mecz pomiędzy Warsaw Bandziors a Esportivo Varsovia sprawiły, że gospodarze stracili już matematyczne szanse na utrzymanie i sezon zakończą na miejscu spadkowym. Goście natomiast w przypadku wygranej mieliby jeszcze szansę na pozostanie w Ekstraklasie i od początku ruszyli z dużym animuszem. Ich rywale nie pozostawali dłużni i od początku mecz stał na bardzo wysokim poziomie sportowym oraz na dużej intensywności. Akcje przenosiły się z jednej połowy na drugą, jednak żadna z ekip nie potrafiła zamienić ich na zdobycz bramkową. Mimo kilku dobrych sytuacji wynik nie ulegał zmianie i na przerwę drużyny schodziły z rezultatem bezbramkowym. Znacznie więcej działo się po zmianie stron. Najpierw strzałem zza połowy próbował zaskoczyć golkipera rywali zawodnik gości, ale pomylił się o centymetry. Sytuacja ta zemściła się dwie minuty później, kiedy to gospodarze otworzyli wynik spotkania. Następne minuty to skuteczna gra zespołu Esportivo i kolejne sytuacje zostały zamienione na trzy bramki. Ich rywale nie pozostawali dłużni i w krótkim odstępie czasu doprowadzili do wyrównania. Z remisu za długo się nie cieszyli, ponieważ w kolejnej akcji ponownie zawodnicy gości wyszli na prowadzenie. Jednak ostatnie słowo należało do Bandziorów, którzy zdobywając dwie bramki wygrali mecz 5:4. Po pierwszej połowie, gdzie obydwie drużyny były mocno skoncentrowane na defensywie, w drugiej sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Porażka Esportivo Varsovia sprawiła, że zespół ten dołączył do swoich rywali i sezon zakończy w strefie spadkowej.
W Ekstraklasie sporo dzieje się jeśli chodzi o kwestię ostatecznych rozstrzygnięć. Jedyną ekipą, która wie że zdobędzie brązowe medale są Otamany, ale mimo że zespół Olega Bortnyka nie gra już o coś więcej, to nie zamierza odpuszczać kolejnym rywalom. Gladiatorzy do tej pory grali z zespołami, które do pewnego momentu się trzymały, ale gdy tylko ekipa Michała Dryńskiego włączała wyższy bieg, to rywale nie mieli najmniejszych szans na punkty. Mecz w niedzielę wyglądał jednak inaczej i sporo goście musieli się natrudzić, by zdobyć komplet punktów. Początek spotkania to szczelna defensywa teamu z Ukrainy i oczekiwanie na szanse w ofensywie. Gladiatorzy długo rozgrywali piłkę w poprzek boiska grając z własnym bramkarzem, ale było to zdecydowanie zbyt czytelne. Tak upłynęła pierwsza połowa, gdzie jedyną bramkę zdobył Yegor Boiko, któremu wyszedł strzał życia. Po zmianie stron obraz gry nie zmieniał się i nadal oglądaliśmy podobne schematy jak w pierwszej połowie. Gdy Vitalii Yakovenko strzelił drugą bramkę, wydawało się że Otamany już nie wypuszczą dobrego wyniku w tym meczu. Jednak zmiana bramkarza na Tomasza Pietrzaka poprawiła rozegranie i szybko Gladiatorzy złapali kontakt. Kamil Kuczewski kapitalnym strzałem dał bramkę na 1:2 i goście od tego momentu poczuli, że mogą spokojnie nie tylko zremisować, lecz nawet wygrać. I tak się stało - najpierw bramka na remis a chwilę później mniej widoczny w tym meczu Kuba Jóźwiak dał trzy punkty ekipie Michała Dryńskiego. Tym samym goście za tydzień zmierzą się być może w kluczowym meczu o mistrzostwo z eXc Mobile Ochota a Otamany spokojnie mogą szlifować formę na turnieje, które są przed nimi w nadchodzącym czasie.
W spotkaniu pomiędzy ekipami Energii oraz Graczami Gorszego Sortu bezapelacyjnie nie brakowało emocji. Mimo napiętej atmosfery mecz toczył się w zaciętej, ale sportowej atmosferze. Dodatkowych emocji dodawało bliskie sąsiedztwo w tabeli. Oznaczało to, że w przypadku wygranej gospodarzy przewaga nad siódmym GGS-em znacząco wzrośnie. Od samego początku zawodów obydwa zespoły weryfikowały wzajemnie swój boiskowy potencjał. Prawdziwy przełom nastąpił dopiero około 10 minuty, kiedy to Heorhii Parnitskii zdecydował się na uderzenie z pokaźnej odległości, dostrzegając źle ustawionego bramkarza. Efektem tego było otwarcie wyniku. W następnych fragmentach, mimo usilnych starań gości, to gospodarze wychodzili obronną ręką z podbramkowych sytuacji. Należy zaznaczyć, że motorem napędowym Graczy Gorszego Sortu był standardowo Mateusz Grabowski. Niestety rywal był bezlitosny. Pierwsza połowa zakończyła się bowiem wynikiem 3:1, co mimo najszczerszych chęci GGS-u, nie wróżyło najlepiej. Mimo tak sceptycznych predykcji po zakończonej części spotkania podopieczni Adriana Kanigowskiego wyraźnie obudzili się w drugich 25 minutach. Najpierw po sporym zamieszaniu w polu karnym, trafienie samobójcze zaliczył Oleh Smolinskyi. Później natomiast do wyrównania doprowadził Arkadiusz Waszak, aż wreszcie po kapitalnej akcji Michała Wierzchonia z wcześniej wspomnianym Grabowskim goście objęli pierwszy raz prowadzenie w tym spotkaniu. Niestety dla nich, w końcowych minutach szczęście uśmiechnęło się w stronę Energii, która zdołała odrobić straty z nawiązką, tym samym wygrywając minimalnie 5:4.
Po tym starciu spodziewaliśmy się piłkarskiego święta, emocjonującego spotkania i mnóstwa walki do ostatniego gwizdka sędziego. Ku naszemu absolutnemu niedowierzaniu mecz ten okazał się najbardziej jednostronnym starciem ukraińskich ekip, jakie kiedykolwiek widzieliśmy na tym poziomie rozgrywek. Zasadniczo możemy tu nawet mówić o blamażu ze strony Vikings, którzy mieli szeroką ławkę rezerwowych, z podstawowego składu zabrakło jedynie Yeugena Syrotenki, a mimo to gościom nie udało się nawet zdobyć gola, tracąc ich aż czternaście (sic!). Naprawdę ciężko powiedzieć co się stało z ekipą Vikingów, choć wyraźnie nie był to dzień tej ekipy i fortuna zdecydowanie nie dopisywała, a ilość pechowych sytuacji i niedokładnych strzałów była wręcz demotywująca. Nawet znany z rewelacyjnych parad golkiper Eduard Vakhidov nie był w stanie odwrócić losów meczu, bo napastnicy Impulsu byli tego dnia po prostu zabójczo skuteczni. Co ciekawe sam początek nie zapowiadał takiego pogromu. Wynik dopiero w 9 minucie otworzył niezawodny Vladyslav Budz i choć po kwadransie gry było już 3:0, to Ukranian Vikings wciąż szukali okazji strzeleckich, a wynik pozostawał zasadniczo otwarty. Kiedy w 21 minucie trafił Bohdan Ivaniuk sytuacja gości zrobiło się - delikatnie mówiąc - nieciekawa, a początek drugiej połowy szybko pokazał, że Impuls jest tego dnia po prostu poza zasięgiem. W ciągu dwóch akcji gospodarze odskoczyli z wynikiem na 6:0, a strzelanie nie skończyło się i każdy drobny błąd czy potknięcie Vikings było srogo karane przez ekipę Bohdana Ivaniuka. Vladyslav Budz skończył mecz z pięcioma trafieniami na koncie, cztery gole zaliczył Dmytro Hrynov, swoje dołożyli też Bohdan Ivaniuk, Dmytro Stesiuk, Yaroslav Kopylov i Roman Soltys, czyli każdy zawodnik Impulsu poza bramkarzem zaliczył tego dnia trafienie. Goście szukali gola honorowego, ale nic nie chciało wpaść i ekipa Victora Yaremiego musiała pogodzić się z totalną dominacją Impulsu. Jak widać ekipa Vikingów złapała zadyszkę na koniec rundy i znów doznała porażki w bardzo ważnym meczu. Wprawdzie udało się zachowało drugą lokatę, ale zarówno Impuls jak i Ogień Bielany oraz Contra mają minimalną stratę do wicelidera i końcówka sezonu w 1 lidze zapowiada się przez to szalenie ciekawie.
Mecz pomiędzy Mixamatorem, a Ogniem Bielany pomimo szerokiego składu Mixamatora, był dość jednostronnym widowiskiem. Gospodarze mieli swoje momenty, ale niestety ambicja i wola walki nie wystarczyła, chociaż początek tego nie zwiastował. Ogień Bielany uciekł na prowadzenie 0:2, ale za sprawą Suliatytskyi’a i Butenko, gospodarze doprowadzili do remisu. Potem obudził się na dobre Kacper Cetlin, który wraz z Szymonem Lisieckim zadbali o to, żeby obrońcy Mixamatora powkręcali się trochę w murawę. Minęło kilka minut i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 7:3 dla Ognia. Po przerwie zobaczyliśmy inny obraz gospodarzy, którzy na kilka minut przejęli inicjatywę, a dwie bramki Vadyma Butenki sprawiły, że zaczęliśmy mieć nadzieję na wiele emocji do końca spotkania. Jednakże od stanu 5:7 zobaczyliśmy trafienia Sidora, Napiórkowskiego i dwa Cetlina. Nadzieję gospodarzy podtrzymał na chwilę Kamil Gadomski, ale później znów oglądaliśmy festiwal dobrej gry graczy z Bielan. Tradycyjnie już rządził i dzielił Kacper Cetlin, który ostatecznie zakończył mecz z dorobkiem 9 bramek. Świetnie grał też Marcin Staszyc, który zaliczył łącznie 5 asyst oraz Szymon Lisiecki, który do dwóch bramek, dołożył trzy asysty. Właściwie każdy z graczy Ognia był tego dnia świetnie dysponowany. Ogień zbliżył się do zajmujących drugie miejsce Wikingów z Ukrainy, więc nadal są szanse na srebrne medale dla Bielan. Tymczasem Mixamator ma aż 5 punktów straty do lokaty gwarantującej utrzymanie, co na tak krótkim dystansie do końca sezonu, może okazać się nie do nadrobienia.
W niedzielny wieczór zespół Contry podejmował ekipę Siriusa. Wiedzieliśmy, że będzie to niezwykle zacięte i wyrównane spotkanie i jak pokazał mecz, nie pomyliliśmy się. Strzelanie rozpoczął Marcin Banasiak po podaniu od Filipa Woźnicy. Euforia gospodarzy nie trwała zbyt długo, bowiem ukraińscy zawodnicy podrażnieni takim stanem rzeczy ruszyli do ataku, co przyniosło zamierzony cel, ponieważ następne 4 gole należały właśnie do graczy Siriusa. Był to dość niespodziewany zwrot akcji, ponieważ oba zespoły prezentowały równie dobry poziom gry. Contra próbowała zniwelować stratę. Swoje trafienie dołożył Kuba Lisowski, jednakże szybko odpowiedzieli goście, a dokładniej Serhii Kuznetsov. Ostatecznie wynik pierwszej połowy ustaliła dwójka najbardziej wyróżniających się graczy z drużyny w niebieskich strojach, co oznaczało, że zeszli oni do szatni z dwoma bramkami straty. Taki rezultat zwiastował nam drugą połowę pełną emocji. Tak też się stało. Gracze Contry błyskawicznie zabrali się do gonienia wyniku, co udało im się uczynić, bowiem doprowadzili do wyniku 5:5, co zapowiadało nam niesamowitą końcówkę spotkania. Obie drużyny szły łeb w łeb, gol za gol, jednakże na ostatnie 3 minuty przed końcem spotkania świetnie dysponowany tego dnia Ivan Gul oraz równie dobrze grający Ihor Pivovar zagwarantowali swojej drużynie zwycięstwo. Końcowy rezultat tej rywalizacji wyniósł 7:9 na korzyść ukraińskiego zespołu.
W niedzielny wieczór aktualny spadkowicz 2 ligi, zespół Tylko Zwycięstwo, podejmował ekipę Green Lantern. Pomimo tego, że nie był to mecz na szczycie, emocjami nie odstawał w żaden sposób. Strzelanie rozpoczął Mikołaj Wysocki po podaniu od bramkarza. Długo goście nie cieszyli się jednak z prowadzenia, ponieważ pięknym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Piotrek Wadowski. Zapakował on piłkę w samo okienko bramki przeciwnika, tym samym nie pozostawiając żadnych szans na skuteczną interwencję bramkarzowi. Gracze Green Lantern podrażnieni takim obrotem spraw ruszyli do ataku, co przyniosło owoc w postaci dwóch bramek na ich konto. Tym samym pierwsza połowa zakończyła się dwubramkową zaliczką zespołu znajdującego się na 6 miejscu w tabeli. Druga część spotkania rozpoczęła się od bramki Mateusza Walczaka, czym zmniejszył on stratę do zaledwie jednego gola, co zapowiadało emocje do ostatniego gwizdka. Szybko jednak odpowiedział zawodnik drużyny przeciwnej, a dokładniej Adrian Rzepecki. Ostatni cios w tym meczu zadał najbardziej aktywny z ekipy Tylko Zwycięstwo Piotrek Wadowski, lecz było to za mało, aby wyszarpać chociażby jeden punkt. Kolejna przegrana aktualnego spadkowicza komplikuje ich i tak już nieciekawą sytuację, lecz mają oni jeszcze realne szansę na pozostanie na poziomie 2 ligi.
W meczu Korsarzy z UEFA Mafia Ursynów spodziewaliśmy się dość sporych emocji, ale pierwsza połowa odrobinę nas rozczarowała. Na boisku działo się co prawda dużo, ale ciężko nazwać ten mecz zaciętym, ponieważ Korsarze tylko raz trafili do siatki graczy z Ursynowa, a to za sprawą Jana Jabłońskiego. Tymczasem gracze z południa Warszawy trafili aż pięciokrotnie i prezentowali się o niebo lepiej od swoich oponentów. Świetne zawody rozgrywali przede wszystkim Norbert Wilk i Adam Goleń, którzy byli klasą sami dla siebie. Do przerwy na tablicy wyników widzieliśmy więc wynik 1:5, a po przerwie niewiele się zmieniło. Dopiero po siódmej bramce dla „fanów” organizacji zarządzającej europejskim futbolem, coś się ruszyło w szeregach Korsarzy. Dwie bramki Kowalewskiego i jedna Jabłońskiego sprawiły, że panowie z Ursynowa co raz częściej pytali o czas pozostały do końca spotkania i jaki dokładnie jest wynik meczu. Sytuację uspokoił jednak Piłatkowski, a po chwili trafił również Norbert Wilk, który podwyższył wynik do stanu 5:9. Jako ostatni do siatki trafił bardzo skuteczny tego dnia Kowalewski i Korsarzom udało się zmniejszyć rozmiary porażki. Wynik 6:9 nie przyniósł gospodarzom punktów, co może mieć znaczenie na koniec sezonu. UEFA Mafia po raz kolejny pokazała się z dobrej strony i zachowała szanse na medal. Tymczasem Korsarze pozostają na siódmej pozycji w lidze i zachowują duże szanse na utrzymanie.
Orzeły Stolicy, po bardzo wysokiej porażce z KSB Warszawa, musiały szybko powrócić na zwycięską ścieżkę. Tym samym cel na mecz z FC Niko UA był tylko jeden. Ale zespół z Ukrainy to nie jest ekipa, która łatwo oddaje pole, więc należało się spodziewać zaciętego pojedynku. Czy taki on był w rzeczywistości? Nie do końca, bo faworyci dość szybko ułożyli sobie tę potyczkę. Błyskawicznie otworzyli wynik, a potem po indywidualnej szarży Janka Wnorowskiego podwyższyli na 2:0. Ekipie Niko udało się odpowiedzieć golem Tarasa Mysko, ale ostatnie słowo w tej części spotkania należało do faworytów. Maciek Kiełpsz uderzył z dystansu, a mający sporo problemy z jego strzałami Dmytro Zaiachuk odbił piłkę przed siebie, gdzie czekał już na to Krzysztof Niedziółka i było 3:1. Ten gol na tyle pozwolił się rozwinąć w grze Orzełom, że w pewnym momencie drugiej połowy prowadzili już 5:1. I być może za szybko uwierzyli, że wszystko jest już załatwione. Okres ich słabszej gry wykorzystali oponenci, którzy dzięki bramkom Tarasa Mysko i Evgena Pomelnychyia zdołali zmniejszyć straty do dwóch trafień. Kolejny gol mógłby tutaj wprowadzić sporo nerwowości, jednak Orzeły w porę zdołały opanować sytuację trafieniem na 6:3 i zabiły to spotkanie. Końcówka była już starciem do jednej bramki, a wisienką na torcie okazała się bramka z 45 minuty Pawła Miłkowskiego, z której bardziej niż strzelec, ucieszył się Janek Wnorowski. Końcowy wynik to 8:3 i nie pozostawił on wątpliwości, czy trzy punkty trafiły w dobre ręce. Sytuacja Orzełów na dwie kolejki przed końcem jest więc niezła, ale daleko jej do luksusowej. Wszystko dlatego, że w następnej kolejce grają z Husarią i ogólnie mają dużo trudniejszy terminarz, aniżeli Dziki Młochów i KSB Warszawa, które będą chciały zepchnąć ich z pozycji wicelidera. Czy uda im się utrzymać miejsce na podium? Czas pokaże. Z kolei ekipa Niko UA jest co prawda blisko zapewnienia sobie utrzymania, ale musi pomyśleć o wzmocnieniach w formacji ofensywnej, bo Orzeły nie miały praktycznie żadnych problemów, z rozbijaniem ataków oponenta. Brakuje tutaj lidera, który zagwarantowałby kilkanaście bramek w sezonie. Bez tego ciężko im będzie odgrywać w lidze taką rolę, jaką odgrywać na pewno by chcieli.
W niedzielę na jednym z boisk warszawskiego AWF-u zmierzyły się dwie drużyny aspirujące do zakończenia sezonu w strefie medalowej. Przed meczem faworytem wydawała się ekipa KSB Warszawa, która w ostatnim spotkaniu z Orzełami Stolicy wróciła na zwycięską ścieżkę. Spotkanie rozpoczęło się dynamicznie, gdyż już w 1 minucie zawodnicy KSB zdobyli gola. Po objęciu prowadzenia kontrolowali grę, kreując groźne sytuacje, jednak brakowało im skuteczności w wykończeniu. W 8 minucie, dzięki bramce Przemysława Skrzydlewskiego, Dziki Młochów doprowadziły do wyrównania. Gospodarze górowali w posiadaniu piłki, budując ataki pozycyjne, ale nie potrafili przekuć przewagi w kolejne bramki. W 14 minucie na prowadzenie wyszli goście, lecz już minutę później Paweł Szafoni doprowadził do ponownego remisu. Dziki Młochów byli dobrze przygotowani taktycznie, skutecznie bronili dostępu do swojej bramki i sprawiali rywalom problemy, grając z kontry. Dzięki temu na przerwę schodzili z przewagą trzech bramek. Po zmianie stron obraz gry nie uległ znaczącej zmianie. Po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę wynik podwyższył kolejno w 27 i 35 minucie bardzo skuteczny tego dnia Michał Dobiegała. Gospodarze nadal dłużej utrzymywali się przy piłce, jednak ich ataki były zbyt przewidywalne dla dobrze zorganizowanych gości. KSB Warszawa zdołała zdobyć jeszcze jedną bramkę w końcówce spotkania, ale ostatecznie przegrała 3:7. Porażka sprawiła, że ekipa Michała Tarczyńskiego spadła na czwarte miejsce w tabeli. Z kolei Dziki Młochów wskoczyły do strefy premiowanej awansem i jeśli utrzymają formę, mają szansę pozostać w niej do końca sezonu.
Po południu o godzinie 15:00 zmierzyły się ekipy 2 ligi na sektorze D. Husaria zajmuje 1 miejsce w tabeli i dzięki zwycięstwo mogła zapewnić sobie mistrzostwo, zaś drużyna przeciwna czyli Warszawska Ferajna ma ostatnie miejsce i walczy o utrzymanie. Gospodarze przystąpili do tej potyczki bez zmian, mimo to jakości w składzie nie zabrakło. Od pierwszych minut było widać zaangażowanie Husarii i chęć wygrania meczu. Mimo kilku prób Ferajny lepszy okazywał się świetnie dysponowany bramkarz Norbert Wierzbicki. Do połowy wynik brzmiał aż 13:0. W drugiej części spotkania przez rozluźnienie w obronie i nieco lepszą grę drużyny gości udaje się zdobyć dwie bramki w drugą stronę. To jednak gospodarze byli dużo lepsi w tym spotkaniu. Zdecydowanie wyróżniali się Jan Grzybowski oraz Oskar Lachowicz. Mecz zakończył się wygraną drużyny Tomasza Hubnera aż 28:2.
Sante jeszcze kilka kolejek temu miało szansę na załapanie się na podium, ale słabsza frekwencja, a co za tym idzie, gorsze wyniki sprawiły, że spadli do środka tabeli i jedyne o co mogli w tym sezonie jeszcze powalczyć, to Puchar Ligi Fanów. Na pojedynek z Kryształem stawili się jednak w bardzo mocnym i co ważne, szerokim składem, co zapowiadało ciekawe starcie, biorąc pod uwagę fakt, że Sante jako jedyna drużyna w lidze potrafiła do tej pory odebrać punkty liderowi. Goście z kolei pewnie kroczą po tytuł i w przypadku swojego zwycięstwa oraz porażki Husarii mogli zapewnić sobie mistrzostwo. Mecz zaczął się jednak po myśli Sante, które dość szybko objęło prowadzenie po składnej zespołowej akcji, którą wykończył Karol Kopeć. Kolejne minuty to bardzo wyrównane starcie, gdzie jedni i drudzy szukali swoich okazji do zdobycia gola. W końcu udało się to ponownie gospodarzom – z najbliższej odległości piłkę do siatki skierował Mikołaj Tokaj i mieliśmy już 2:0, a gdy na 3:0 podwyższył Michał Aleksandrowicz coraz bardziej stawało się realne to, że gospodarze będą w stanie wygrać to spotkanie. Sante chciało utrzymać wynik do przerwy, ale w samej końcówce Kryształ zdobył gola i można było się zastanawiać, jak ta bramka do szatni zadziała na obie ekipy. Po zmianie stron goście ruszyli do odrabiania strat. Jak zawsze aktywny był Igor Ruciński, który wygrywał wiele pojedynków biegowych, ale brakowało skuteczności przy wykończeniu. Sante mocno zagęściło środek pola, wypychając rywali na skrzydła, gdzie ci co prawda wygrywali szybkością, ale gdy już oddawali strzał, to zazwyczaj piłka mijała bramkę rywala. Gospodarze nie ograniczali się do defensywy, również budowali swoje ataki, często wykorzystując do rozgrywania swojego bramkarza. Co więcej, udało im się podwyższyć prowadzenie do stanu 4:1. Kryształ znów zbliżył się na dwa gole, ale to był max, jaki ten zespół osiągnął tego wieczoru. W końcówce obie ekipy zdobyły po jednym golu i finalnie Kryształ przegrał pierwszy mecz w sezonie. To pokazuje, że Sante naprawdę ma potencjał do walki z zespołami z topu, ale wtedy, gdy dysponuje wszystkimi najlepszymi zawodnikami. Dzięki determinacji i konsekwencji w grze udało im się zdobyć cenne punkty, sprawiając przy tym niemałą niespodziankę.
Na więcej emocji liczyliśmy w meczu Ternovitsii ze Szmulkami Warszawa. Gospodarze wygrali dwa ostatnie spotkania, dlatego o ich formę byliśmy spokojni. Goście remisem z Husarią pokazali, że potrafią grać na wysokim poziomie i liczyliśmy że w meczu z niedzielnym rywalem ten trend podtrzymają. Jednak szybko okazało się, iż tego dnia ekipa z Pragi ma po prostu słabszy dzień. Pierwsze szybko strzelone bramki dla Ternovitsii ustawiły to spotkanie. Szmulki były bezradne w ataku, gdzie kompletnie nic nie wychodziło temu zespołowi. W defensywie było jeszcze gorzej, bo rywale często wychodzili z kontrami a zawodnicy z Pragi nie zawsze skutecznie wracali do obrony. Do przerwy wynik spotkania brzmiał 7:2, choć gdyby gospodarze byli skuteczniejsi, to mógłby być zdecydowanie wyższy. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Mimo mobilizacji w szerach gości nic tak naprawdę w ich grze się nie poprawiło. Dużo było indywidualnych akcji, które przeciwnicy skutecznie neutralizowali. Rozpędzeni gracze z Ukrainy podreperowali sobie statystyki bramek i mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 15:4. Choć obie ekipy szans na utrzymanie nie mają, to na pewno w ostatnich kolejkach będą chciały pozytywnie zakończyć sezon. Więcej do poprawy mają gracze Szmulek i liczymy, że kolejny mecz będzie dużo lepszy w ich wykonaniu.
To spotkanie stało pod wielkim znakiem zapytania odnośnie przebiegu, bowiem oba zespoły prezentują futbol na równie dobrym poziomie, przez co ciężko było wskazać faworyta. Lepiej w mecz weszła drużyna Smoczej Furiozy, obejmując dwubramkowe prowadzenie. Zespół gospodarzy pokazał jednak, że łatwo się nie podda. Trafienie dające “kontakt” zanotował Bartosz Kubik. Ekipy szły cios za cios, przez co pierwsza część zakończyła się remisem 4:4, co zapowiadało jeszcze większe emocje w drugiej połowie. Wynik ciągle nie był rozstrzygnięty z uwagi na równą grę obu ekip. W Młodzieżowcach wyróżniali się Tomasz Krzyżański oraz Bartosz Stankiewicz, zaś w Furiozie Aleksander Janiszewski oraz Konrad Adamczyk. Spotkanie przebiegało w dość spokojnej atmosferze aż do 42 minuty. O ile umiejętności boiskowych możemy pozazdrościć Konradowi Adamczykowi, który rozgrywał dobre zawody, tak co do jego zachowania można mieć wiele “ale”. Skandaliczne odzywki do sędziego prowadzącego to spotkanie miały tylko jeden słuszny finał - czerwona kartka dla zawodnika gości. Osłabił on tym samym swoją drużynę, która musiała grać jednego zawodnika mniej do końca meczu, co miało ogromny wpływ na wynik. Jego zespół przegrał z rywalem 8:5, a sam Adamczyk przyćmił swój znakomity występ przez swoje niedopuszczalne zachowanie i brak samokontroli.
W niedzielę o godzinie 15:00 faworyt spotkania, FC Zoria Streptiv, zmierzyła się z ekipą Fuszerki. Spotkanie to miało od początku do końca jednostronny przebieg, ukraińscy piłkarze byli stroną dominującą i przeważającą. Strzelanie zaczęła drużyna znajdującą się na najniższym szczeblu podium, a konkretnie uczynił to Zurabi Saginagze. Był to pierwszy i ostatni gol, jakiego mieliśmy okazję zobaczyć w tej części spotkania. Druga połowa rozpoczęła się od festiwalu bramek w wykonaniu najbardziej wysuniętego piłkarza Zorii, Saginagze. Rywale nie mieli żadnej recepty na jego strzały, był on autorem aż 5 goli, czym tak naprawdę ustalił, kto w tym meczu zgarnie całą pulę. Gdy wynik był tak naprawdę przesądzony, do głosu doszli gospodarze za sprawą trafienia Macieja Chrzanowskiego. Był on najjaśniejszym punktem swojej drużyny, ponieważ brał udział przy wszystkich bramkach, które jego zespół zdobył w tym meczu, co zostało zauważone przez przeciwników i tym samym zgarnął on MVP swojej drużyny. Było to jednak zdecydowanie za mało, aby w większym stopniu zagrozić faworytowi, który wygrał spotkanie i umocnił swoją pozycję na podium 3 ligi na dwie kolejki do końca rozgrywek.
Mecz pomiędzy Perłą a Husarią zapowiadał wielkie emocje oraz pokaz wybitnych umiejętności piłkarskich obu ekip. Ku zaskoczeniu wszystkich, spotkanie okazało się jednostronne na korzyść graczy w zielonych koszulkach. Byli oni stroną stwarzającą więcej okazji oraz kreującą lepsze sytuacje bramkowe. Dobitnie pokazuje to wynik pierwszej połowy, który wynosił 4:0 dla Perły, co pokazuje świetną dyspozycję gospodarzy zarówno w szykach ofensywnych, jak i defensywnych. Przebieg drugiej połowy niewiele różnił się od tego, co mieliśmy okazję zobaczyć w pierwszej odsłonie starcia. Pełna kontrola drużyny walczącej o podium. Postacią wyróżniającą się był Matheus Franco, który zdobył aż 5 bramek oraz zaliczył 2 kluczowe podania do swoich kolegów z zespołu, co zostało docenione przez przeciwników, którzy zdecydowali, że zasłużył on na miano MVP. Mimo wszystko za ten mecz należy się pochwała całej ekipie graczy w zielonych trykotach, ponieważ pokazali kawał dobrego futbolu, przez co zasłużenie wygrali to spotkanie, tym samym przybliżając się do upragnionego podium oraz komplikując plany Husarii, która zaciekle goni lidera tabeli, ekipę Kryształu Targówek. Ostatnie dwie kolejki zapowiadają się naprawdę interesująco, bowiem Perła ma zaledwie 1 punkt straty do wyżej notowanej Zorii Streptiv, co daje im realne szanse na zajęcie wyższej lokaty w tabeli.
Spotkanie pomiędzy zespołami Laga Warszawa a FC Dziki z Lasu miało bardzo duże znacznie w kontekście walki o mistrzostwo 4 ligi. Gospodarze w przypadku wygranej mieliby jeszcze matematyczne szanse na tytuł. Inny wynik gwarantowałby na dwie kolejki przed końcem sezonu złote medale dla gości. Od początku obydwie drużyny wzięły się do roboty, stwarzając sobie kilka sytuacji bramkowych. Jednak pierwsze celne trafienie zanotowaliśmy dopiero w 12 minucie i było ono autorstwa gospodarzy. Chwilę później doskonałą sytuację na wyrównanie mieli rywale, ale piłka po ich strzale trafiła w poprzeczkę. Co się nie udało w tej sytuacji, zespół Dzików dokonał w kolejnych akcjach najpierw zdobywając bramkę wyrównującą a następnie - chwilę przez końcowym gwizdkiem sędziego oznajmiającym przerwę - kolejne dwa trafienia. Po bardzo dobrej końcówce wynik do przerwy brzmiał 1:3. Kilka minut po wznowieniu gry kontaktową bramkę zdobyli Lagerzy, jednak w dalszej części meczu punktował już tylko zespół rywali. Ich kolejne dwa trafienia spowodowały, iż na kwadrans przed zakończeniem meczu mieliśmy różnicę trzech trafień. Mimo sporej ilości czasu, który pozostał do końcowego gwizdka, wynik nie uległ już zmianie. Ostatecznie Dziki z Lasu wygrały spotkanie 5:2 i na dwie kolejki przed zakończeniem sezonu zdobyły tytuł mistrzowski. Duży udział w końcowym triumfie miał Karol Bienias, który dwoił się i troił zdobywając dwie bramki i notując dwie asysty. Mimo porażki zespół Laga Warszawa jest bardzo blisko utrzymania drugiej pozycji i otrzymania srebrnych krążków na zakończenie sezonu.
Mecz pomiędzy zespołami Pantera i FC Popalone Styki miał olbrzymie znaczenie w kontekście walki o utrzymanie się w 4 lidze. Gospodarze musieli wyjść z tego pojedynku zwycięsko, jeżeli chcieli myśleć o bezpiecznej pozycji na koniec sezonu. Dla gości zwycięstwo oznaczałoby zapewnienie sobie bezpiecznego miejsca i spokojne dogrywanie ostatnich dwóch kolejek. Od początku lepiej na boisku prezentowali się gracze Styków, którzy w 8 minucie objęli prowadzenie. Dwie minuty później było już 2:0 a kolejne celne trafienia zobaczyliśmy po kwadransie gry. Dwukrotnie były one autorstwa faworytów i na przerwę drużyny schodziły z wynikiem 0:4. Druga połowa rozpoczęła się od szybko strzelonych trzech bramek przez Popalone Styki i już wtedy było wiadomo, kto zdobędzie komplet punktów. Zespół Pantery tylko raz zdołał pokonać golkipera rywali, ale była to bramka wyłącznie na pocieszenie. W ostatnich minutach goście kontrolowali przebieg boiskowych wydarzeń i bardzo spokojnie pilnowali wyniku, który da im pewne utrzymanie na tym poziomie rozgrywkowym. Ostatecznie mecz zakończył się wysokim zwycięstwem zespołu Styków 7:1 a duży w tym udział miał Kamil Paszek, którzy do zdobytych trzech bramek dorzucił dwa kluczowe podania. Zespół Pantery był tylko tłem dla dobrze grających rywali i sezon zakończy w strefie spadkowej.
Mecz na szczycie 4 ligi. Oldboys Derby z 29 punktami zajmowało 3 lokatę przed tym spotkaniem a Husaria II Mokotów z 3 oczkami mniej była o pozycję niżej. Dla gospodarzy zwycięstwo oznaczałoby awans do wyższej klasy rozgrywkowej, co na pewno dodawało prestiżu temu pojedynkowi. Pierwsza odsłona obfitowała w wiele podbramkowych sytuacji z obu stron, a wynik zmieniał się bardzo często. Strzelanie rozpoczęli gospodarze od trafienia Zaleskiego. Chwilę później wyrównał Tarwacki. Kiedy wydawało się, że goście odnaleźli swój styl gry, gola zdobył Pryjomski. To tylko zmotywowało ofensywnych zawodników Husarii, co poskutkowało dwoma bramkami w ciągu minuty. Najpierw strzelił Borowski, później Hubner i do przerwy rezultat brzmiał 2:3. Druga odsłona była bardzo podobna do pierwszych 25 minut. Goście częściej grali w ataku pozycyjnym i wypracowywali sobie dobre sytuacje strzeleckie a Oldboys cofnięte na własną połowę groźnie kontrowało. Chwilę po gwizdku oznajmiającym rozpoczęcie finałowej połowy kolejne trafienie zaliczył Borowski. Szybko na to odpowiedział Pryjomski, ale moment później gola zdobył Mamla i na kwadrans przed zakończeniem pojedynku mieliśmy wynik 3:5. Od tego momentu skuteczniejsi byli gospodarze. Najpierw trafienie zaliczył Wiktoruk, chwilę później Suchta co złożyło się na rezultat 5:5 na kilka chwil przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Decydujący cios zadali jednak gracze Husarii, a konkretnie najaktywniejszy z nich w tej potyczce Krzysztof Mamla. Dzięki temu trafieniu Husaria przeskoczyła Oldboys w tabeli i na 2 kolejki przed końcem sezonu ma bardzo duże szanse. aby w przyszłym roku zagościć w wyższej klasie rozgrywkowej.
Widowisko, które stworzyli gracze BJM Development i FC Kryształ Targówek II było naprawdę zacne. Łącznie 19 bramek w meczu i naprawdę szybka gra obu zespołów mimo… dość wąskich kadr. Jedni i drudzy mieli tego dnia do dyspozycji tylko 7 graczy, więc trzeba było naprawdę podziwiać ich determinację i walkę, której nie brakowało. Pierwsza połowa zaczęła się lepiej dla rezerw Kryształu, ale prawda jest taka, że jak tylko gracze z Targówka uciekali, to BJM ich doganiał. Przy stanie 2:2 role się odwróciły i tym razem to BJM wychodził na prowadzenie, a Kryształ doprowadzał do wyrównania. Do przerwy było 4:4 i zacieraliśmy rączki na dalsze 25 minut. Emocji nie brakowało, bo znów lepsze wejście w mecz zaliczył Kryształ, który po skutecznie wykonanym rzucie karnym przez bramkarza, wyszedł na prowadzenie 4:6. Gospodarze nie zamierzali jednak odpuszczać i doprowadzili do remisu. Taka wymiana ciosów trwała aż do stanu 8:8. Wtedy baterie w organizmach graczy Kryształu prawdopodobnie się wyczerpały i niestety nie było już innej opcji – to BJM miał lepiej naładowane akumulatory i dzięki bramkom Aleksandra oraz dwóm trafieniom Zawistowskiego, objął prowadzenie 11:8 i już go nie oddał. BJM pozostaje na 5 miejscu w tabeli i ma nadal szansę na brązowy medal. Tymczasem Kryształ gra o honor i w ostatnich meczach na pewno nie odpuści, bo nadal ma szansę na 8 miejsce w tabeli.
W zapowiedziach pisaliśmy, że dla Shadows może być to ciężki mecz, bo CompatibL nie ma już nic do stracenia, a taki stan rzeczy często pozytywnie wpływa na grę zespołu. W tym aspekcie nie mieliśmy racji, bo zasadniczo poza kilkoma momentami ekipa Andrzeja Rykalova była w tym dniu praktycznie poza zasięgiem. Na początku meczu gospodarze nawiązali równorzędną walkę, a w 5 minucie mogło być nawet 1:0, ale Artur Kustov ostatecznie zmarnował 100% okazję. Goście za to rozkręcali się z minuty na minutę i po chwili swój zespół na prowadzenie wyprowadził Eugen Muhnin. Już po chwili było 0:2, a gola z dobitki strzelił Vladyslav Fesian. Jeszcze przed przerwą Eugen Muhnin zaliczył drugie trafienie i Shadows schodzili do szatni z solidnym prowadzeniem 0:3, a tuż po wznowieniu gry kolejnego gola zdobył Vladyslav Fesian. Mimo sporej przewagi bramkowej przeciwnika gospodarze wciąż walczyli, ale głównym kłopotem Compatiblu okazał się bramkarz Shadows Yaroslav Smolin, który rozegrał kapitalny mecz i mimo wszelkich starań napastników gospodarzy długo pozostawał niepokonany. Jednocześnie ekipa Andrija Hryndy nie grzeszyła skutecznością i zmarnowała kilka niemalże 100% okazji. W 30 minucie sytuacja taka skończyła się zabójczą kontrą i hat-tricka zgarnął Eugen Muhnin. Tempo meczu nieco opadło – goście mieli sporą zaliczkę bramkową i nie musieli już wywierać presji, co przy żarze lejącym się z nieba było raczej rozsądnym posunięciem. Gospodarze szukali okazji do zdobycia gola honorowego i w 46 taka się nadarzyła, a podanie Artura Kustova na gola zamienił Andrey Ivanov. W samej końcówce Shadows dołożyli jeszcze dwa trafienia i gładko pokonali CompatibL 1:9.
Chociaż Sportowe Zakapiory już tydzień wcześniej zapewniły sobie tytuł mistrzowski w 5.lidze, to każdy kto pomyślał, że chłopaki odpuszczą resztę spotkań, nie zna charakteru tego zespołu. Dlatego Old Eagles Koło nie mogło tutaj w żadnym stopniu liczyć na taryfą ulgową. Problemem Orzełków była też po raz kolejna frekwencja oraz brak kilku ważnych graczy. Jakby kłopotów było mało, to szybko kontuzji nabawił się Jarosław Senator i było jasne, że ciężko będzie powalczyć o punkty. I nawet gdy Old Eagles udało się wyjść na prowadzenie po trafieniu Sylwestra Madeja, to wiedzieliśmy, że prędzej czy później faworyci dojdą tutaj do głosu. Intuicja nas nie zawiodła, bo jeszcze przed przerwą lider tabeli zdołał wyjść na prowadzenie. Najpierw gola zdobył powracający do zespołu Daniel Lasota, a potem świetnym strzałem po długim rogu popisał się Aleksy Sałajczyk. A gdy na początku drugiej części spotkania Robert Lach kapitalnym wolejem podwyższył stan posiadania na 3:1 stało się jasne, że Orzełki muszą powoli oswajać się z myślą o porażce. Dość bezpieczne przewaga Zakapiorów powodowała, że w dalszej części spotkania oglądaliśmy dość otwarte widowisko, gdzie bramki padały dla obydwu stron. Końcowy rezultat, czyli 5:3 uczciwie oddaje to, co widzieliśmy na placu boju, co jeszcze powiększyło przewagę triumfatorów nad resztą stawki. W tym momencie to już 11 punktów i żadna inna drużyna nie wyrobiła sobie tak dużej różnicy punktowej w całej Lidze Fanów. Z kolei Old Eagles są w tym momencie na piątym miejscu i żeby wcisnąć się na podium, potrzebują koniecznie wygrać dwa ostatnie mecze. Na szczęście terminarz mają dość przyjemny i zakładając, że ktoś przed nimi straci punkty, być może uda im się rzutem na taśmę dorzucić kolejne medale z najlepszej ligi szóstek w Polsce.
Jeszcze niedawno pisaliśmy, że jeśli Georgian Team będą grali do końca sezonu tak, jak w całej rundzie wiosennej, to może się okazać, że wylądują poza podium. Te obawy z kolejki na kolejkę robią się coraz bardziej realne, zwłaszcza że w niedzielę bracia Gabrichidze i spółka znów mierzyli się z kłopotami kadrowymi. Upał był spory, a ich było zaledwie sześciu, co już wtedy podpowiadało, że z licznie przybyłymi na mecz Patriotami mogą mieć problemy. Ogólnie było to szalone spotkanie, gdzie długo ciężko było wskazać, kto okaże się zwycięzcą. Powodem było chaotyczna postawa FC Patriot. Ta ekipa miała w rękach wszystkie narzędzia, by szybko sobie ten mecz ustawić, a potem spokojnie go kontrolować. No ale nie do końca się to udawało. Co prawda nominalni gospodarze prowadzili już 3:1, ale odważna gra z lotnym bramkarzem reprezentantów Gruzji powodowała, że rezultat szybko zbliżył się do remisu. Na początku drugiej połowy wynik brzmiał 3:3. Patrioci grali nerwowo, z kolei ich przeciwnicy starali się być cierpliwi i tak naprawdę wszystko rozbiło się o sytuację przy stanie 4:4. Wówczas sędzia podyktował dla Gruzinów rzut karny, a do piłki podszedł Saba Lomia. Niestety strzał kompletnie mu nie wyszedł i bramkarz Patriot nie musiał nawet interweniować. A że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić, to lada moment mieliśmy gola w drugą stronę. Fatalny błąd popełnił Shuquri Lomia, który stał wówczas na bramce swojej ekipy i z jego pomyłki skrzętnie skorzystał Maksim Abramau. Zaraz zrobiło się 6:4 i wówczas z przegrywających zeszło powietrze. Kolejne gole dla Patriotów zaczęły padać hurtowo i skończyło się na 9:4. Oczywiście Gerogian Team nie byli tak słabi, jak wskazuje rezultat, ale w ich sytuacji niewiele to zmienia. Tę rundę trzeba dograć i jak najszybciej o niej zapomnieć. A najlepiej byłoby pokonać w następnej kolejce BM, bo wówczas uda się powrócić na drugie miejsce w tabeli. Patrioci walczą natomiast o lokatę nr 5, która dałaby im przepustkę do Pucharu Ligi. I chociaż w ich grze wciąż jest sporo mankamentów, to najważniejsze, że powoli wszystko wraca na właściwe tory. Oby tak do końca sezonu.
Spotkanie zespołów z dolnych rejonów tabeli. W nieco bardziej komfortowej sytuacji przed tym spotkaniem byli gospodarze, którzy znajdowali się na ostatnim bezpiecznym miejscu w ligowej tabeli, trzy punkty nad strefą spadkową. Goście natomiast jak tlenu potrzebowali punktów, bo porażka w tym pojedynku oznaczałaby, że w przyszłym sezonie zagrają na niższym szczeblu rozgrywkowym. Pierwsze minuty przebiegały bardzo spokojnie. Jedni i drudzy próbowali swoich sił w ataku pozycyjnym, ale nie przynosiło to pożądanych efektów. Po około kwadransie gry padł pierwszy gol. Zdobył go Dawid Polucha wykorzystując niefrasobliwość w obronie zawodników Bartolini Pasta. Podrażnieni gospodarze do końca pierwszej odsłony starali się doprowadzić do wyrównania, ale mimo kilku niezłych sytuacji strzeleckich nie udało im się pokonać bramkarza przeciwników. To czego nie potrafili zrobić w pierwszych 25 minutach, dokonali chwilę po przerwie, kiedy to "prezent" podarowany przez Inferno Team na gola zamienił Cholewiński. Kilka chwil później następny podarunek od gości. Tym razem w postaci samobójczego trafienia Dawida Poluchy. Wisienką na torcie tego pojedynku był znakomicie wyprowadzony kontratak przez gospodarzy, który wykończył Miłkowski, przyczyniając się do odskoczenia od swoich rywali na dwie bramki. Ten sam gracz dorzucił kilka minut później kolejne trafienie i właściwie karty w tym meczu zostały rozdane. Ambitnie grający goście w ostatniej minucie zdołali za sprawą Załuski strzelić jeszcze jednego gola, ale ostatecznie ulegli 2:4 i następny sezon zaczną na niższym szczeblu rozgrywkowym.
Okręt, którego kapitanami są trener Artur Kałuski oraz Paweł Poniatowski, zdaje się przeciekać coraz bardziej. Na początku rundy widoczna była zmiana stylu gry ekipy ADS-ów. Utarte schematy zmieniły się we frywolne boiskowe działania. Niestety z każdą kolejką gra dobrze znanych Scorpionów wygląda coraz bardziej chaotycznie, przez co tracą bardzo dużo punktów. Tym razem przyszło im się zmierzyć z rywalami wprost zza wschodniej granicy. Mowa tu o ekipie BM, która jak dotąd zgromadziła pokaźny dorobek 27 punktów – w porównaniu „Skorpiony” mogły pochwalić się przed startem zawodów zaledwie 14 oczkami. Jedno przed startem spotkania było pewne. Jeżeli goście zamierzali pozostać w walce o utrzymanie, to spotkanie musieli wygrać. Na ich szczęście, rywale z Ukrainy dość wcześnie wpakowali piłkę do własnej siatki, dzięki czemu goście prowadzili 0:1. Od tego momentu zasadniczo o grze ADS-ów ciężko jest powiedzieć coś pozytywnego. Masa nieskuteczności pod polem karnym rywala zaowocowała szybkimi kontrami w wykonaniu przeciwników. Bardzo często to właśnie po nich padały bramki, przez co pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4:1. Mimo tak mizernego okresu gry, w drużynie w białych strojach wciąż była widoczna wola walki oraz ambicja, która często okazuję się nieoceniona, w szczególności na tak małym placu gry. Niestety nie tym razem… Rywal w drugiej odsłonie tego spotkania podwoił swój dorobek, co w zestawieniu z zaledwie jedną bramką w wykonaniu najmłodszego z graczy ADS-ów – Dominika Dedka – okazało się niewystarczające. To właśnie z tego powodu mecz zakończył się wynikiem 8:2 dla ekipy BM, która dzięki temu wskoczyła w tabeli na drugie miejsce.
W niedzielne popołudnie na arenie AWFu stanęły przed sobą drużyny Bad Boys oraz Czasoumilacze. Faworytem byli gospodarze, ale niczego nie chcieliśmy przesądzać. Spotkanie rozpoczęło się od bardzo intensywnej gry z obu stron, jakkolwiek na pierwszego gola musieliśmy czekać aż do 10 minuty, kiedy to Damian Borowski wypatrzył Macieja Pyrkę a ten pewnie skierował piłkę do bramki gości. Nadzieję w serca Czasoumilaczy wlał Piotr Cieślak, który po indywidualnej akcji pokonał bramkarza gospodarzy. W końcówce pierwszej połowy doszło do kulminacyjnego momentu, który ustawił cały przebieg spotkania. Jeden z obrońców gospodarzy sfaulował wychodzącego na czystą pozycję napastnika Bad Boysów i wyrok mógł być tylko jeden - czerwona kartka dla Czasoumilaczy. To oznaczało 10 minut gry w osłabieniu, a co gorsza brak możliwości powrotu na boisko po upływie kary. Niestety goście tego dnia pojawili się w sześcioosobowym składzie co powodowało grę w osłabieniu przez całą drugą połowę. Gospodarze wykorzystali przewagę jeszcze w pierwszej połowie i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 2-1. W drugiej odsłonie Bad Boysi zdecydowali się zdjąć bramkarza i w pełni kontrolowali sytuacje boiskową. Szybko udokumentowali swoją przewagę zdobywając najpierw bramkę po samobójczym trafieniu obrońcy Czasoumilaczy, a następnie podwyższyli wynik na 4-1 po sprytnym centrostrzale Dawida Lewandowskiego. Po upływie 10 minutowej kary, Bad Boysi zdecydowali się na gest fair play i pozwolili aby zawodnik ukarany czerwoną kartką mógł wrócić na boisko. Po tej decyzji spotkanie ponownie się wyrównało, gościom nawet udało się strzelić dwie bramki doprowadzając do wyniku 4:3, jednak 10 minutowa utrata jednego zawodnika spowodowała sporą stratę sił. Końcówka spotkania należała już do faworyzowanych Bad Boysów i to oni wpierw strzelają na 5-3, a następnie ustalają wynik na 6:3. Dzięki wygranej gospodarze mogą jeszcze myśleć awansie do 5 ligi, przed nimi jeszcze ważne mecze, które ostatecznie zdecydują o końcowej klasyfikacji.
W 16 kolejce Ligi Fanów KS Iglica Warszawa podejmowała FC Vikersonn. Iglica w tym sezonie gra zdecydowanie poniżej oczekiwań i zajmuje miejsce w strefie spadkowej 6 ligi. Zdecydowanie na odmiennym biegunie są goście, którzy walczą o awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Początek spotkania był bardzo intensywny i szybki, bo obydwu ekipom bardzo zależało, by zdobyć premierową bramkę. Nie upłynęło kilka minut spotkania, a już nasze przedmeczowe przewidywania zaczęły się sprawdzać. Vikersonn szybko objął prowadzenie po golu Ivana Vovka. Choć wydawało się, że faworyci pójdą za ciosem, to na kolejne trafienia musieliśmy trochę poczekać. Niemniej jednak po 15 minutach mieliśmy pewne prowadzenie 0-4. Gospodarze grali dobrze, ale strasznie chaotycznie. Jeszcze przed przerwą ekipa Ihora Makhlai strzeliła kolejne 3 bramki i wynik na tablicy pokazywał 0-7. Zwycięstwo gości nie było w żaden sposób zagrożone a niewiadomą pozostawała tylko przewaga, z jaką zakończą spotkanie. W przerwie w drużynie Iglicy padło kilka mocniejszych słów i w drugiej połowie przyniosło to wymierne korzyści. Po rozpoczęciu Iglica strzela bramkę, której zdobywcą był Patryk Cyranowski. Niestety podziałała ona na gości, jak płachta na byka, którzy ponownie ruszyli z całym animuszem inkasując kolejne trafienia. W końcówce spotkania obie ekipy postawiły już tylko na ofensywę i bramki padały po obu stronach boiska. Wynik 3-11 nie pozostawia złudzeń, kto był lepszy w tym spotkaniu. Jesteśmy spokojni, że z taką formą Vikersonn wywalczy awans do 5 ligi. Jeśli chodzi o Iglicę, to ma coraz mniej szans na utrzymanie i każdy kolejny punkt może być na wagę złota.
Obie ekipy na szóstym poziomie rozgrywkowym walczą o utrzymanie i bezpośrednie starcie miało duży wpływ na sytuację przed ostatnimi dwoma meczami w sezonie. Dodatkowo Wiecznie Drudzy mają do rozegrania mecz zaległy, więc jakby podliczyć punkty, które są do zdobycia to szansa na utrzymanie jest nadal w zasięgu tej drużyny. Początek meczu niezwykle wyrównany i obie ekipy miały swoje okazje do strzelenia bramki. W drużynie gości na boisku widzieliśmy pierwszy raz w tym sezonie Czarka Petasza i Janka Skotnickiego, którzy mieli być gwarancją punktów w tym spotkaniu. Czarek zaczął jednak mecz od kartki po faulu przed polem karnym, ale Wiecznie Drudzy nie potrafili wykorzystać przewagi. Kanonierzy potrafili przetrwać osłabienie, a zaraz po tym jak na boisku mieli komplet zawodników Mateusz Nejman otworzył wynik spotkania. Wiecznie Drudzy nie ustępowali w atakach i zdołali wyrównać. Jednak to goście na przerwę schodzili z prowadzeniem. Do przerwy mieliśmy wynik 1:2 i to zapowiadało nie lada emocje w drugich 25 minutach. Po zmianie stron z większym animuszem ruszyli goście. Jak zawsze naładowany na walkę na maksimum swoich możliwości był Piotr Kawka, który kapitalnymi bramkami dawał nadzieje na punkty swojej ekipie. Przy stanie 4:3 uaktywnił się Janek Skotnicki, strzelając trzy gole dla swojego teamu. Wynik 4:6 nie zraził Wiecznie Drugich, którzy dążyli do wyrównania i ten cel osiągnęli. Remis powoduje, że nadal nie wiemy kto spadnie z ligi i najbliższe mecze będą w tej kwestii dominujące.
Mecz na szczycie tabeli, w którym to wicelider czyli After Wola podejmowało lidera czyli Miksturę. Dla gości to spotkanie miało dodatkowe znaczenie. 1 punkt wywalczony na boisku powodował, że goście na dwie kolejki przed końcem sezonu zapewniliby sobie mistrzostwo ligi. Gospodarze do tego spotkania przystąpili wzmocnieni Piotrem Goljaszem, dla którego był to debiut w rozgrywkach Ligi Fanów. Mikstura natomiast musiała radzić sobie bez jednego ze swoich najlepszych graczy, czyli Szymona Kolasy. Wspomniany wczesniej Goljasz od samego początku meczu pokazywał, że ma dużą chęć do gry i drzemie w nim spory potencjał. I to właśnie ten zawodnik po świetnej indywidualnej akcji rozpoczął strzelanie w tym spotkaniu. Radość gospodarzy nie trwała długo, bo równie piękną akcją jak wcześniej jego przeciwnik popisał się Patryk Zych doprowadzając do wyrównania. Na kolejne bramki przyszło nam czekać do drugiej odsłony. W 30 minucie świetne podanie za plecy obrońców wykorzystał Graczyk a moment po tym znowu świetną indywidualną akcją popisał się Goljasz. Ten sam gracz podwyższył również wynik spotkania na 4:1 i asystował przy golu Fronczaka na 5:1. W końcowych fragmentach trafienie zanotowali również zawodnicy Mikstury. Na nic się to jednak zdało, bo gospodarze odpowiedzieli dwoma bramkami a laurką tego pojedynku był ostatni gol autorstwa nie kogo innego a Piotra Goljasza.
Po zatrważającej serii pięciu spotkań zakończonych porażką ekipa Crimson Boys, minionej niedzieli podejmowała Więcej Sprzętu niż Talentu. Tym samym mieliśmy przyjemność obserwować starcie dwóch sąsiadujących ze sobą w tabeli ekip. Emocję malowały się nam w jaskrawych barwach od samego początku. Strzelanie rozpoczęli goście, którzy po kapitalnej asyście Damiana Węgierka do Dariusza Piwowarskiego objęli prowadzenie. Radość nie trwała jednak długo, ponieważ rywale zdołali wyrównać. Od wyniku 1:1 rozpoczął się okres dominacji Więcej Sprzętu niż Talentu. Najpierw gracze gości ponownie odzyskali prowadzenie, by później powiększyć je do dwóch bramek. Niestety dla nich, ogromny optymizm okazał się zdradziecki w skutkach. Zawodnicy Crimson Boys kontynuowali swoją grę z kontry, czego efektem były relatywnie szybko zdobyte dwie bramki, które doprowadziły do wyrównania. Następnie zawodnicy, którzy mogą poszczycić się tak niechlubną serią porażek ponownie zaskoczyli nas – obserwatorów – aplikując rywalom kolejną bramkę. W odpowiedzi WSnT zdołało po raz kolejny znaleźć drogę do bramki, strzeżonej przez niezawodnego Wiktora Stankowskiego, dzięki czemu do przerwy był remis (4:4). W drugiej odsłonie tego zaciętego pojedynku pierwsi do głosu doszli goście, którzy przejęli znacząco inicjatywę. Na drodze stawał im jednak bramkarz, który swoją kapitalną dyspozycją utrzymywał Crimsonów w grze. Niestety dla gospodarzy, rywal znalazł na niego metodę, co przełożyło się na wynik 5:7. Gdy wszystko zdawało się stracone, grę na siebie wziął niezawodny Damian Kucharczyk, który niemalże w pojedynkę (ze sporą zasługą Zielińskiego) rządził i dzielił na boisku. Jego indywidualny błysk okazał się zbawienny w skutkach, ponieważ jego drużynie udało się doprowadzić do remisu 7:7, który dał im jakże cenny punkt oraz nadzieję na „lepsze jutro”.
Przed tą kolejką oba zespoły sąsiadowały ze sobą w tabeli. Gospodarze z 24 oczkami zajmowali 5 miejsce a goście z 28 punktami byli na 4 pozycji. Jedni i drudzy cały czas byli w walce o awans do wyższej klasy rozgrywkowej, chociaż Drunk Team aby tego dokonać, musiał liczyć na potknięcia rywali. Pierwsza odsłona była dość wyrównana, zarówno Drunk Team jak i Bulbez Team Bemowo mieli swoje szanse, aby otworzyć wynik. Udało się to Michałowi Janowskiemu, który wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Niezbyt długo cieszyli się z takiego stanu rzeczy gospodarze, bo szybko po dobrej akcji całego zespołu odpowiedział Duk. Tuż przed gwizdkiem oznajmiającym koniec pierwszej części pojedynku bramkę strzelił Marcin Taras i do przerwy faworyci prowadzili 2:1. Druga odsłona przyniosła nam 5 bramek w ciągu 9 minut. Cztery z nich padły łupem gości, co złożyło nam się na wynik 6:2 w 40 minucie pojedynku. Ostatnie fragmenty spotkania również należały do Bulbez Team, czym tylko podkreślili swoją przewagę nad rywalem i pokazali dlaczego są wyżej w ligowej tabeli. Szczególnie wyróżniał się Kretkiewicz, który w końcówce meczu dorzucił dwa trafienia. Gospodarze starali się ambitnie zmniejszyć rozmiary porażki, co udało im się za sprawą samobójczego trafienia rywali. Ostatecznie goście zwyciężyli 8:3 i awansowali na 3 miejsce w ligowej tabeli.
O godzinie 22:00 na sektorze B zostało rozegrane spotkanie pomiędzy Virtualne Ń a Zaruby United. Mecz zapowiadał się świetnie, gdyż te drużyny zajmowały wówczas dwie najwyższe lokaty w tabeli ligowej. Przez pierwsze minuty spotkania żadna ekipa nie mogła znaleźć właściwiej drogi do bramki i ciężko było wychwycić, który zespół prezentuje się lepiej. Wynik spotkania otwiera Michał Płotnicki z drużyny Virtualne Ń po podaniu Szymona Kolasy. Chwilę później goście dwa razy zaskakują bramkarza rywali i wychodzą na prowadzenie, lecz świetnie dysponowany tego dnia Płotnicki zalicza dublet i gracze w zielonych koszulkach wygrywają pierwszą część spotkania 3:2. W drugiej połowie zostaje podyktowany rzut karny po nieudanym wślizgu, pewnie wykorzystany przez Szymona Kolasę. Ten sam zawodnik, tym razem po kontrze, kiwając bramkarza zdobywa kolejną bramkę. Rywale odgryzali się i udało im się nawet doprowadzić do remisu, tyle że później nie wykorzystali swoich sytuacji, przez co to przeciwnik zadał dwa decydujące ciosy i ostatecznie to Virtualne Ń wygrali mecz 6:4.
Mecz FC Ballers z TRCH zapowiadał się wyśmienicie. Obie drużyny miały sporo do udowodnienia, bo obie nie są jeszcze pewne utrzymania, a na horyzoncie widać również Puchar Ligi Fanów, w którym mogą jeszcze zagrać. Dużo lepiej zaczęła drużyna gości, która w pierwszych minutach przejęła inicjatywę. Zubkouski i Masakowski wyprowadzili Ballersów na prowadzenie, a kilka minut później do bramki trafił świetny tego dnia Hnatiuk i było 0:3. W tym momencie obudziło się TRCH, a do siatki trafił Szymon Kaczyński. To trochę zmieniło obraz gry, bo co prawda na 1:4 podwyższył Hnatiuk, ale Kaczyński i Pasik ukłuli przez przerwą i na szybkie łyki wody schodziliśmy przy wyniku 3:4. Niestety, w drugiej połowie poza emocjami czysto piłkarskimi, byliśmy też świadkami niepotrzebnych przepychanek i kłótni na murawie, które skończyły się kilkoma żółtymi kartonikami. Mecz stał na bardzo dobrym poziomie, ale takie sytuacje sprawiły, że trochę ciężko się go oglądało. Po przerwie trafił jednak Grabowski i to dało oddech TRCH, które ruszyło do przodu. Jednakże mała liczba zmian, w tych warunkach atmosferycznych oraz wspomniane kartki sprawiły, że to Ballersi wygrali to spotkanie. Hnatiuk zakończył mecz z 4 bramkami i zasłużenie został wybrany najlepszym graczem spotkania. Ballersi przybliżyli się w tabeli do miejsc gwarantujących utrzymanie, a TRCH coraz bardziej ogląda się za siebie.
W 16 kolejce Tartak podejmował KK Wataha Warszawa. Drużyna gospodarzy zajmuje ostatnie miejsce w tabeli z dorobkiem 2 punktów, zaś ekipa gości 6 lokatę, bezpiecznie chroniącą przed spadkiem, ale również dającą małe szanse na podium. W bardzo szybkim tempie Wataha doprowadza do wyniku 3:0 po dwóch bramkach Wojciecha Wolnego i jednej Macieja Lulka. Rywale odpowiadają trafieniem Łukasza Łukasiewicza, która daje nadzieję na w miarę wyrównaną rywalizację. Niestety wciąż gra była całkowicie pod dyktando gości, którzy nie zatrzymując się strzelają kolejne bramki i do końca pierwszej części spotkania doprowadzają do wyniku 1:7. W drugiej części tego meczu gra gospodarzy wyglądała nieco lepiej, byli w stanie stworzyć więcej sytuacji, co zaowocowało kolejnymi bramkami, ale tutaj wszystko było już jasne po pierwszej połowie. Liczba bramek do nadrobienia była zbyt duża, a drużyna Watahy się nie zatrzymywała. Mecz zakończył się wynikiem 4:18.
Po tym jak Tornado Squad zremisowało w poprzedniej kolejce z Drunk Teamem, być może pojawiło się w tej ekipie światełko nadziei. Nawet nie tyle co na utrzymanie, bo tutaj sprawa była już klepnięta, ale sugerujące, że w tej drużynie wreszcie wszystko wraca do normy. Tyle że w niedzielę czekał na nich bardzo wymagający przeciwnik. Furduncio Brasil walczy o mistrzostwo i nie zamierzało się potknąć. Dodatkowo Brazylijczycy dopisali do składu Piti Silvę, który okazał się jednym z kluczowych zawodników w ich układance. Zacznijmy jednak od początku. Na starcie gole wpadać nie chciały, chociaż jedni i drudzy mieli swoje okazje. Gdy jednak Canarinhos otworzyli dorobek, wówczas kolejne bramki zaczęły się sypać jak z rękawa. W krótkim odstępie faworyci ze stanu 0:0 zrobili 3:0, co tylko podwyższało i tak wysoko zawieszoną poprzeczkę drużynie Tornado. Wiarę, że uda się odrobić te straty dał przegrywającym Piotrek Stokowiec, którego płaski strzał zmusił do kapitulacji golkipera oponentów. Obóz Michała Nawrockiego poszedł za ciosem i w drugiej połowie, po rzucie rożnym wykonywanym przez Andreasa Altanisa, kapitalnym strzałem z główki popisał się Sebastian Szajkowski. Widać było, że gracze Tornado poczuli wiatr w żaglach, jednak właśnie wtedy przytrafił im się fatalny błąd. Nieporozumienie między Arkiem Sajnogiem a bramkarzem Jakubem Rudnikiem wykorzystał Piti Silva, zdobywając gola na pustą bramkę. I podobnie jak w pierwszej połowie, tak i teraz przegrywającym nie udało się powstrzymać zbliżającej się katastrofy. Lada moment padł gol na 2:5, potem na 2:6 i stało się jasne, że Brazylijczykom krzywda się tutaj nie stanie. Końcówka przebiegała już bez większych emocji a sędzia oznajmił koniec zawodów przy stanie 8:3 dla Canarinhos. Dzięki tej wygranej triumfatorzy pozostają w grze o złoto. Natomiast Tornado znów pokazało przebłyski dawnej formy, jednak na niedzielnego przeciwnika to było za mało. Szkoda przede wszystkim gola na 2:4, aczkolwiek nie ma się chyba co oszukiwać. Nawet gdyby on się nie przytrafił, to tutaj wszystko wskazywało na sukces Furduncio. Jedyne czego chłopaki mogą żałować, to że nie przekonali się o tym na własnej skórze.
Mecz Legionu z zespołem Na2Nóżkę był bardzo zacięty w ciągu pierwszych 25 minut. Gracze Legionu, mimo mniejszej liczby zmian, stawiali bardzo twardy opór graczom N2N i o dziwo to goście musieli gonić wynik. Można bez oporu stwierdzić, że oglądaliśmy wymianę bokserskich ciosów, bo jak tylko Legion wychodził na prowadzenie, to w ciągu kilku chwil Na2Nóżkę doprowadzało do wyrównania. Dodatkowo, odnieśliśmy wrażenie, że Legion lepiej bronił, jak nie był na prowadzeniu. W każdym innym wypadku, gospodarze szybko tracili bramkę i mieli kłopoty w defensywie. O ile pierwsza połowa była bardzo ciekawa, o tyle w drugiej, zespół N2N bardzo mocno nacisnął na oponenta i zupełnie przejął inicjatywę. Świetnie grą swojego zespołu kierował Mateusz Rosłanowski, który do spółki z Kacprem Berą byli odpowiedzialni za wyprowadzanie piłki spod własnej bramki. Prawda jest taka, że żaden z zawodników zespołu gości nie miał swojego wybitnego dnia pod bramką rywali – wygrał kolektyw i ogólna skuteczność zespołu. Tymczasem Legion w drugiej połowie zupełnie zgubił rytm. Przy stanie 3:5 odrobili 2 bramki i doprowadzili do remisu, ale ostatnie 10 minut należało już tylko do N2N, które strzeliło 5 bramek i wygrało 10:5. Dzięki temu N2N utrzymało pozycję lidera, a Legion w dalszym ciągu musi trzymać kciuki za rywali, żeby zachować szansę na utrzymanie w 8 lidze.
Mareckie Wygi stanęły przed niepowtarzalną szansą na wskoczenie do strefy medalowej. Warunek był tylko jeden - wygrana w meczu z Warsaw Gunners. Początek spotkania to bardzo intensywne ataki po obu stronach, akcje przenosiły się od bramki do bramki i już od początku wiedzieliśmy, że czeka nas naprawdę niezłe widowisko. Lepiej to spotkanie rozpoczęli goście, którzy za sprawą Oleksandra Kuzmova wyszli na prowadzenie. Kolejne minuty to huraganowe ataki Gunnersów, którzy za wszelką cenę chcieli jak najszybciej odrobić stratę. Ta sztuka udała się po dwójkowej akcji Lisocki-Szerszeń i mieliśmy 1-1. Od tego momentu goście nieco spuścili z tonu i oddali piłkę rywalom. Gospodarze z piłką przy nodze świetnie sobie radzili i już po kilku minutach najpierw mieliśmy 2-1, by po chwili tablica wyników pokazywała 3-1. Gospodarze prowadząc grali spokojniej i zdecydowanie pewniej, przestali popełniać proste błędy w obronie, co często zdarzało im się w poprzednich meczach. W końcówce gospodarze po trafieniu Kamila Anioła podwyższyli jeszcze wynik na 4-1. Drugie 25 minut miało podobny przebieg jak pierwsza odsłona. Grę prowadzili faworyci i nawet szybko stracona bramka nie podcięła im skrzydeł. Na 5-2 podwyższył Wiktor Ziółkowski, który pięknym strzałem z rzutu wolnego pokonał bramkarza rywali. Oba zespoły walczyły o każdy centymetr boiska, nie brakowało męskich pojedynków, jednak trzeba przyznać, że cały mecz toczony był w sportowej atmosferze. W końcowej fazie oba zespoły zdobyły jeszcze po jednej bramce, jednak nie miało to już żadnego wpływu na końcowy rezultat. Ostatecznie w meczu o „sześć punktów” Warsaw Gunners pokonuje bezpośredniego rywala w walce o awans 6-3 i to oni są bliżej awansu do 7 ligi. Sytuacja po 16 kolejce pozostaje jednak bardzo wyrównana i tutaj wciąż wiele scenariuszy jest jeszcze możliwych.
Wielkimi krokami zbliża się koniec sezonu i już możemy powiedzieć, że BRD Young Warriors i FC Polska Górom nie zaliczą go do udanych. Zarówno jednym, jak i drugim jeszcze kilka miesięcy temu nie przeszło nawet przez myśl, że trzy kolejki przed finałem rozgrywek będą walczyć o utrzymanie. Mecz zapowiadał się więc niezwykle emocjonująco. Pierwsi drogę do zdobycia bramki znaleźli gospodarze. Marek Sanecki, wykorzystując błąd w wyprowadzeniu piłki przez defensora rywali, bezlitosnym strzałem otworzył wynik. Na odpowiedź ze strony gości czekaliśmy zaledwie kilkanaście sekund – w 6 minucie mieliśmy już 1:1. BRD przejęli inicjatywę w pierwszej połowie, dzięki czemu dłużej utrzymywali się przy piłce i stwarzali groźne sytuacje, które skutecznie wykorzystywali. W 20 minucie prowadzili już 4:1, ale jeszcze przed końcem premierowej odsłony nadziali się na kontrę duetu Guz-Korchut, co ustaliło wynik do przerwy na 4:2. Po zmianie stron byliśmy świadkami powtórki sytuacji z początku pierwszej części gry. Po pięciu minutach zawodnicy BRD podwyższyli wynik, a minutę później z bramki cieszyli się już gracze FC Polska Górom. Z każdą kolejną minutą tempo gry rosło, a wraz z nim zdobycze bramkowe obu ekip. W 36 minucie goście złapali kontakt po bramce Borysa Guza na 6:5, ale ich zapał do odrobienia strat skutecznie zgasili zawodnicy BRD, strzelając kolejne bramki i nie tracąc już żadnej. Wynikiem 10:5 zakończyło się to starcie na korzyść BRD Young Warriors, co utrzymuje ich matematyczne szanse na pozostanie w 8 lidze. FC Polska Górom, mimo porażki, jest jeszcze nad strefą spadkową, ale za tydzień czeka ich mecz z Legionem. Jeśli ponownie przegrają, ich obecność w czerwonej strefie stanie się faktem.
Obie ekipy miały zupełnie inne cele na końcówkę tego sezonu. Kozice Warszawa walczą o przepustkę do Pucharu Ligi Fanów, podczas gdy Shot DJ wciąż ma szansę na mistrzostwo, a ich głównym celem jest awans. Zarówno jedni, jak i drudzy bardzo potrzebowali trzech punktów, więc zapowiadało się bardzo ciekawe widowisko. Początek był wyrównany i oglądaliśmy ataki z obu stron. Pierwszą bramkę zdobyli goście. W 7 minucie Gabriel Kermiche popisał się precyzyjnym podaniem po ziemi z lewego skrzydła w pole karne, gdzie czekał Jan Jabłoński, który bez problemu umieścił piłkę w siatce. Na odpowiedź gospodarzy nie trzeba było długo czekać. Już minutę później Olek Ciężar skutecznie wykorzystał swoją szansę i przywrócił wynik remisowy. Ekipa Shot DJ przejęła inicjatywę, tworząc coraz więcej groźnych sytuacji w ofensywie. Efektem tej przewagi było skompletowanie hat-tricka przez Jana Jabłońskiego jeszcze przed przerwą. Początek drugiej połowy przyniósł Kozicom Warszawa doskonałą okazję do zdobycia bramki kontaktowej. Amadou Pokou Yattara sprytnie zwiódł bramkarza gości i podał na przedpole do nabiegającego Kuby Wieteski. Ten uderzył na bramkę, jednak wspaniałą interwencją popisał się jeden z defensorów Shot DJ, wybijając piłkę z linii bramkowej. Gospodarze nie ustępowali i starali się odmienić losy spotkania, lecz ich strzały albo były niecelne, albo świetnie interweniował bramkarz rywali. W końcówce drugiej połowy zawodnicy Shot DJ dwukrotnie znaleźli drogę do siatki oponentów. Najpierw w 43 minucie do protokołu meczowego z golem wpisał się Nicolas Teissedre, a „kropkę nad i” w postawił najskuteczniejszy strzelec 8 ligi – Jan Jabłoński, zdobywając swoją czwartą bramkę w meczu. Kozice Warszawa, mimo porażki, wciąż mają szansę na zakwalifikowanie się do Pucharu Ligi, ale muszą uważać, bo w najgorszym scenariuszu mogą na koniec sezonu znaleźć się w strefie spadkowej. Z kolei Shot DJ, dzięki zwycięstwu, umocnili swoją pozycję w czołówce tabeli i mają jeszcze realną szansę na tytuł.
Drużyna Saskiej Kępy po porażkach w dwóch ostatnich kolejkach zamiast walki o medale musi pilnować miejsca gwarantującego ligowy byt. Zawodnicy Hiszpańskiego Galeonu po serii porażek nie mają już matematycznych szans na grę na tym poziomie w przyszłym sezonie, ale w ostatnich spotkaniach mieli okazję do poprawienia swoich humorów przed kolejnym sezonem. Początek spotkania lepszy dla gospodarzy, którzy szybko wyszli na prowadzenie. Stracona bramka mocno podrażniła przeciwników, którzy w ciągu pięciu trzech minut zdobyli trzy bramki. W pierwszej części spotkania byliśmy świadkami jeszcze jednego trafienia, które ustaliło wynik do przerwy na 4:1 dla Hiszpańskiego Galeonu. Druga połowa ponownie lepiej zaczęła się dla zawodników Saskiej Kępy, którzy chwilę po gwizdku oznajmiającym początek drugiej połowy zdobyli bramkę. Riposta przeciwników była niemal natychmiastowa, ale tym razem zaowocowała dwoma bramkami. W kolejnych minutach gra się wyrównała i obydwie drużyny stworzyły dużo klarownych sytuacji. Efektem tego były bramki – odpowiednio cztery dla gospodarzy i dwie dla gości, które ustaliły wynik spotkania na 6:8. Hiszpański Galeon po serii kilku słabszych spotkań pokazał pazur i w końcu zapunktował. Drużyna Saskiej Kępy zaprzepaściła szansę na spokojną resztę sezonu i do końca będzie zmuszona na walkę o przetrwanie.
Rywalizacja Mistrzów Chaosu z FC Łazarskim otwierała zmagania na Arenie Grenady podczas 16.kolejki. Można ją nazwać meczem na szycie 9.ligi, ale tylko pod warunkiem, że odwrócimy tabelę, bo te zespoły zajmowały odpowiednio przedostatnie i ostatnie miejsce w ligowej hierarchii. Lekkim faworytem zdawali się być Mistrzowie Chaosu, aczkolwiek triumf Łazarskiego w poprzedniej kolejce z Elitarnymi, dawał do zrozumienia, że nominalni goście łatwo się nie poddadzą. No i to oni długimi fragmentami wyglądali lepiej. Początkowo ten mecz brzmiał Łazarski kontra Bednarczyk, bo golkiper Chaosu miał mnóstwo do roboty i chociaż długo odbijał wszystko, to w końcu musiał skapitulować po bramce Olzhasa Zhambila. To trafienie otworzyło worek z bramkami dla Łazarskiego, który podwyższył prowadzenie na 3:0 i dopiero w końcówce rywalom udało się odpowiedzieć. Jak na nasze oko, wynik 3:1 to był i tak dość niski wymiar kary dla ekipy Jakuba Spławskiego. Na szczęście w drugiej połowie ta drużyna wyglądała znacznie lepiej. Szybko gola kontaktowego zdobył Piotr Wójtowicz i zaczęły się poszukiwania kolejnego. Fani Chaosu byli bardzo zdeterminowani, jednak konkretów brakowało. I jak można się domyśleć – skończyło się to kontrą przeciwników i trafieniem Olzhasa Zhambila. Przegrywający mimo wszystko grali do końca, mieli nawet wyborną okazję po tym, jak strzelał Kacper Owczarek, ale jeden z obrońców wybił piłkę z linii bramkowej. Na tym marzenia o choćby punkcie się zakończyły i Łazarski wygrał mecz 4:2. W naszym odczuciu zasłużenie, bo zwłaszcza w pierwszej połowie był dużo lepszy i już wtedy mógł załatwić temat trzech punktów. Rywale potrzebowali z kolei zbyt dużo czasu, by zainstalować odpowiednie sterowniki i niestety muszą się pogodzić z dość bolesną porażką. Zamiast wygranej i awansu na 6 miejsce, wciąż pozostają na przedostatniej lokacie.
O godzinie 9:00 na boisko wyszły zespoły Varsovii i Nagel. Varsovia w tym sezonie broni się przed spadkiem, ale wiemy, że w tej ekipie grają zawodnicy o sporych umiejętnościach i jeżeli gospodarze zbiorą solidny skład, to są w stanie powalczyć z większością drużyn w lidze. Po ubiegłotygodniowym walkowerze stawili się dość licznie na arenie AWF, więc liczyliśmy na ciekawy pojedynek. Nagel z kolei tydzień temu dość niespodziewanie wygrał z Rodziną Soprano i jak pokazał początek tego meczu, nie było to dziełem przypadku. Goście mocno weszli w to spotkanie i właściwie zdominowali rywala już od pierwszych minut. Kapitalną robotę wykonał duet Arthem Ugai – Maksimo Stesiuk, dzięki któremu Nagel wyszedł na dwubramkowe prowadzenie. Ani się obejrzeliśmy, a goście prowadzili już 0:5, ustawiając sobie to spotkanie, ale trzeba zaznaczyć, że to prowadzenie było jak najbardziej zasłużone. W pierwszej części doszło jeszcze do wymiany ciosów, gol za gol i obie ekipy schodziły na przerwę przy stanie 2:7. W drugiej części strzelanie rozpoczął Radosław Przybylski kapitalnym uderzeniem ze środka boiska w samo okienko bramki, a warto dodać, że w pierwszej części podobne uderzenie kapitana gości obiło jedynie poprzeczkę bramki przeciwnika. Przy stanie 2:9 Nagel jakby nieco osiadł na laurach – zawodnicy zaczęli się bawić pod bramką rywala, niekiedy zbyt długo rozgrywając piłkę, szukając koronkowych rozwiązań, zamiast uderzać z dogodnych sytuacji. To poniekąd się zemściło, bo do głosu doszła Varsovia zdobywając kolejne trzy gole. Na więcej zabrakło czasu, a i tak przewaga rywala była na tyle bezpieczna, że strata bramek nie zagroziła zwycięstwu gości. Ostatecznie mecz zakończył się sukcesem ekipy Nagel, która zapewniła już sobie udział w Pucharze Ligi Fanów. Varsovia natomiast musi nadal walczyć o utrzymanie i najbliższy pojedynek z Force Fusion będzie dla niej kluczowy.
Zawodnicy GLK bardzo dobrze prezentują się w tym sezonie i zapewnili już sobie pierwsze miejsce a co za tym idzie, awans do 8 ligi. Hetman po serii kilku zwycięstw cały czas ma szansę na promocję i musi walczyć o każdy punkt, który w końcowym rozrachunku może się bardzo przysłużyć. Lepiej w to spotkanie weszli gospodarze, którzy za sprawą Patryka Dominiaka wyszli na prowadzenie. Kilka chwil później było już 1-1. Z każdą kolejną akcją oba zespoły podkręcały tempo meczu. Po upływie kolejnych 10 minut mieliśmy remis 3-3. Jeśli już któraś z drużyn wychodziła na prowadzenie, rywale natychmiast odpowiadali bramką, nie pozwalając, aby przeciwnik wyrobił sobie zbyt dużą przewagę. W końcowej fazie pierwszej połowy Oskar Kalicki po indywidualnej akcji strzela bramkę na 3-4 dla gości. Kilka minut później mamy dwie groźne akcje, z których jedna zakończyła się bramką dla liderów i ponownie był remis. W kolejnych minutach obydwaj bramkarze mieli sporo pracy, ale w tej części meczu nie dali się już pokonać i drużyny na przerwę schodziły przy wyniku 4-4. Początek drugiej połowy lepiej rozpoczęli zawodnicy Hetmana. To oni szybko rozpoczęli strzelanie i odskoczyli na 3 bramki. Zawodnicy GLK starali się gonić wynik, jednak bramka Sławka Fariona na niewiele się zdała, bo goście odpowiedzieli trafieniem Grzegorza Himkowskiego. Po mocnym początku drugiej odsłony, w którym obydwie drużyny zdobywały bramki, tempo trochę spadło. Ostatni kwadrans spotkania to liczne ataki i okazje, w których lepiej odnajdywali się goście. Odskoczyli na cztery trafienia i tej przewagi skutecznie bronili do ostatniego gwizdka. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem drużyny Hetman 7-11 a zdobyty komplet punktów pozwala im cały czas walczyć o awans. GLK, mimo że swoje już w tej edycji zrobił, do rywalizacji podszedł sportowo i starał się urwać punkty rywalom. Skończyło się jednak na pierwszej porażce w sezonie.
Elitarni Gocław w rundzie wiosennej wciąż nie zaznali smaku wygranej, więc to Force Fusion FC uchodził za faworyta tego pojedynku. Trzeba jednak powiedzieć, że obydwa zespoły spisują się w tym sezonie poniżej oczekiwań, przez co ich celem było - tylko i aż - utrzymanie w lidze. To spotkanie miało duże znaczenie w tej kwestii i wszyscy spodziewali się zażartej walki o trzy punkty. Mecz lepiej zaczęli zawodnicy Force Fusion FC. Już w 2 minucie defensorzy Elitarnych niefrasobliwie rozgrywali piłkę, a niecelne podanie w poprzek boiska przejął Emir Adisbek, który bez problemu umieścił piłkę w siatce. W 8 minucie pomarańczowo-biali przejęli futbolówkę w środku pola i po składnej akcji bramkę wyrównującą zdobył Łukasz Eljasiak. Gra w pierwszej części meczu była wyrównana, obie ekipy miały swoje szanse, ale skuteczniejsi okazali się goście, którzy na przerwę schodzili z jednobramkową przewagą. Po przerwie na nawodnienie i rozmowy motywacyjne, Elitarni Gocław chwilę po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę ponownie doprowadzili do remisu. Grzegorz Bednorz przejął piłkę i prostopadłym podaniem znalazł dobrze ustawionego Dariusza Gutowskiego, który pokonał bramkarza gości. Po tym golu mieliśmy 3:3, ale taki wynik nie utrzymał się długo. Force Fusion FC szybko odzyskali inicjatywę i w 29 minucie ponownie wyszli na prowadzenie, którego już nie oddali do samego końca. Kontrolowali grę, wykorzystując luki w obronie gospodarzy, co skutkowało kolejnymi bramkami. W 43 minucie wynik na tablicy wskazywał już 3:8. Trzeba jednak przyznać, że goście mogli jeszcze bardziej odskoczyć rywalom, ale w bramce Elitarnych Gocław kilkoma świetnymi interwencjami popisał się Marcin Głębocki. W końcówce gospodarze zerwali się jeszcze do odrabiania strat, ale zdołali jedynie zmniejszyć rozmiary porażki do 5:8. Force Fusion FC zwyciężyli, robiąc duży krok w stronę utrzymania. Nadal pozostają w strefie spadkowej, ale zrównali się punktami z siódmą w tabeli Varsovią. Może okazać się, że już w przyszłą niedzielę układ dołu tabeli będzie wyglądał zupełnie inaczej. Niechlubna seria porażek Elitarnych Gocław trwa i chłopaki muszą szybko znaleźć sposób na poprawę gry, jeśli chcą jeszcze uratować ten sezon.
Rodzina Soprano kontra ADP Wolską Ferajną to mecz drużyn, które w ostatniej kolejce solidarnie przegrały. W lepszej sytuacji byli gospodarze, którzy zajmowali drugie miejsce i mieli pięć punktów przewagi nad ekipą gości. Tak więc walka o medale zapowiadała się bardzo ciekawie. Tym bardziej, że obydwie drużyny w swoich składach posiadają zawodników potrafiących zrobić różnicę w każdym spotkaniu. Od początku czuć było powagę tego pojedynku, ale mimo dużej intensywności obydwie drużyny grały fair i nie było żadnych złośliwości. W 10 minucie wynik otworzyli gospodarze i długimi fragmentami kontrolowali boiskowe wydarzenia. Kiedy już myślami byli przy wodopoju w ostatnich sekundach pierwszej połowy stracili bramkę i do przerwy mieliśmy remis. Druga połowa rozpoczęła się bardzo spokojnie i na pierwszą bramkę czekaliśmy aż do 35 minuty, gdy pierwszy raz na prowadzenie wyszli goście. Dwie minuty później ponownie był remis, jednak riposta zawodników z Woli była natychmiastowa. Trzy celne trafienia i końcowy sukces był już na wyciągniecie ręki. W ostatnich minutach gospodarze grający w przewadze strzelili bramkę, ale była ona tylko na osłodę i drużyna ta przegrała 3:5. Na uwagę zasługuje gra zespołowa po obu stronach, ponieważ pomimo dużych indywidualności w statystykach meczowych żaden z zawodników nie osiągnął podwójnej zdobyczy bramkowej bądź asysty. Wynik ten sprawia, że walka o srebrne medale w 9 lidze nabrała rumieńców i do końca będziemy obserwować zaciętą rywalizację na tym poziomie rozgrywkowym!
Będący ostatnio w sporym kryzysie, ale wciąż walczący o najwyższe cele Bejern podejmował na AWF-ie ekipę Na Wariackich Papierach. Rywale Bejernu również mają problemy z wygrywaniem w rundzie rewanżowej, a jedyne ich zwycięstwo do tej pory miało miejsce przeciwko zamykającemu tabelę Dynamo Wołomin. Na Wariackich Papierach to drużyna ze środka tabeli, która zapewniła sobie utrzymanie, ale nie ma większych szans na zdobycie przepustki do Pucharu Ligi Fanów. W tej sytuacji jedyną drużyną, która musiała coś tutaj udowodnić, był Bejern. Początek meczu okazał się wyrównany. Oglądaliśmy sporo niedokładnych zagrań, a żadna z drużyn nie była w stanie stworzyć klarownej sytuacji do objęcia prowadzenia. Dopiero w 11 minucie gospodarze otworzyli wynik po bramce Mateusza Zaleńskiego. Minutę później Krystian Chmielowiec wykorzystał złe wybicie piłki przez defensorów Bejernu i strzałem z woleja przywrócił remis. W 14 minucie, po centrze w pole karne Lashy Kvelashvili piłka niefortunnie odbiła się od Wojtka Frycza, trafiając do bramki, co dało drużynie Na Wariackich Papierach prowadzenie. Frycz szybko się zrehabilitował, zdobywając gola na 2:2 zaledwie dwie minuty później. Jednak przed przerwą goście trafili jeszcze raz i to oni schodzili na odpoczynek w lepszych humorach. Po kilkunastu minutach drugiej połowy Na Wariackich Papierach podwyższyli wynik na 2:5. To był sygnał dla Bejernu, żeby wciąć się w garść i spróbować odmienić losy spotkania. Od 39. minuty oglądaliśmy wymianę ognia między obiema drużynami. Gdy gospodarze zdobywali bramkę, goście szybko odpowiadali trafieniem. Minutę przed końcem spotkania, pięknym strzałem z własnego pola karnego popisał się Robert Yesayan, pokonując wysoko ustawionego Dominika Trzaskowskiego. Ostatecznie goście utrzymali prowadzenie do ostatniego gwizdka, a wynik końcowy to 6:7 na korzyść Na Wariackich Papierach. Do końca sezonu pozostały dwie kolejki, a Bejern znajduje się w sporych opałach. O mistrzostwie już nie mają co myśleć, a dodatkowo muszą walczyć, aby nie wypaść ze strefy medalowej.
Fan Mogielnica po serii trzech meczów bez porażki przystępował do meczu z Heavyweight Heroes, które wciąż ma szanse na podium. Pierwsza połowa spotkania była wyrównana i oba zespoły miały swoje szanse na objęcie prowadzenia już od pierwszych minut. Pierwsza bramka padła dopiero w 12 minucie. Jej autorem był Patryk Morawski, który wykorzystał podanie będącego ostatnio w dobrej formie Maćka Chrzanowskiego. Gospodarze mieli parę dogodnych sytuacji, aby doprowadzić do remisu, lecz Artur Macek skutecznie bronił, a kiedy piłka minęła go, to trafiała przeważnie w słupek. Niemoc zawodników z Mogielnicy skrzętnie wykorzystywali goście, którzy nim sędzia odgwizdał czas na przerwę prowadzili 3:0. Druga część spotkania należała do Heavyweight Heroes. Mający więcej zmian dobrze rozdysponowali swoje siły, zmuszając coraz bardziej zmęczonego rywala do pressingu. Mimo szybko straconej bramki Fan Mogielnica nie poddawał się, lecz niemoc w umieszczeniu piłki pomiędzy słupkami była frustrująca. Ostatnie 8 minut należało do gości, którzy w tym czasie zdobyli 4 gole wygrywając 9:0. Teraz przed zawodnikami z Mogielnicy rywal z dołu tabeli i być może będzie to szansa na poprawę nastrojów po tej porażce. Natomiast Heavyweight Heroes dzięki wynikom pozostałych drużyn przybliżyło się do „pudła” i mają szansę (pod warunkiem zwycięstwa) awansować na drugą pozycję.
O godzinie 17:00 na sektorze D doszło do starcia na 10 szczeblu rozgrywkowym pomiędzy Dynamo Wołomin a FC Patetikos. Drużyna gospodarzy znajduje się w strefie spadkowej i niestety nie ma szans z niej wyjść, natomiast ekipa gości ma bezpieczne miejsce w środku tabeli. Drużyna w bordowych koszulkach przystępuje do meczu bez zmian. Mimo dość równej pierwszej połowy ostatecznie Patetikos wygrywają ją 1:2. Nie obyło się bez walki, co potwierdzało zaangażowanie jednych i drugich. Obie ekipy miały wiele sytuacji i za każdym razem kiedy przeciwnik miał przewagę, następował szybki powrót i doskok do rywala. W drugiej części spotkania wydawało się, że gościom nie wystarczy sił, ale nic takiego nie miało miejsca. Udaje im się doprowadzić do wyniku 1:6, dominując długi czas na placu gry. W ostatnich minutach Dynamo zdobywa dwie bramki w ciągu 60 sekund. Chłopaki próbują iść po kolejne, ale niestety czas się kończy i nie udaje się odrobić tak dużych strat. Mecz kończy się wynikiem 3:6 dla Patetikos.
Mecz na szczycie tabeli 10 ligi, w którym to 3 drużyna obecnego sezonu podejmowała lidera tabeli. Dla tych pierwszych ten pojedynek był o bardzo dużą stawkę, bo cały czas nie są pewni miejsca na podium. Ci drudzy awans mają już w kieszeni, ale chcieli przypieczętować swoje dobre występy w tym roku i zakończyć zmagania na pierwszym miejscu w tabeli. Od początku pojedynku lepiej wyglądali zawodnicy Kresowii, którzy bardzo szybko objęli prowadzenie za sprawą Liashuka. W kolejnych fragmentach swoje szanse mieli zarówno gospodarze jak i goście i kilka z nich udało się wykorzystać. Trafiali dwukrotnie Martyniuk i raz Torayev dla drużyny reprezentowanej przez graczy zza naszej wschodniej granicy oraz Garman i Balysh dla FC Po Nalewce, co dało nam rezultat 4:2 do przerwy. Druga odsłona wyglądała podobnie do stanu 6:3 i kontuzji, której nabawił się etatowy bramkarz Kresowii Aleksandr Kazochenko, który za sprawą urazu musiał opuścić plac gry. Jego miejsce między słupkami zajął Danil Mikulich i mimo heroicznej postawy nie był w stanie dać swojej drużynie na tej pozycji tyle, ile poprzedni golkiper a do tego brakowało go po prostu w polu, przez co jego zespół stracił nieco pewności siebie. Tak doświadczony zespół jak FC Po Nalewce szybko to wykorzystał. Dwie bramki Yakubiva i jedna Gaby złożyły się na końcowy wynik tego spotkania 6:6.
W tym meczu faworytem była ekipa gości i choć w pierwszej połowie oglądaliśmy całkiem wyrównane zawody, to w drugiej części spotkania Oldboysi udowodnili, że stawianie na ich zwycięstwo było słusznym posunięciem. Team Przemysława Białego rozkręcał się bardzo powoli, a gola otwierającego zdobyli gospodarze – w 7 minucie podanie Maksymiliana Korczaka wykorzystał Cezary Basior. Przez pierwszy kwadrans gry golkiper gości miał sporo pracy i kilka razy wykazał się czujnością, a w 9 minucie wygrał nawet pojedynek jeden na jednego. Bęgal nie wykorzystał początkowej inicjatywy, aby zbudować solidniejsze prowadzenie, a w 17 minucie gola wyrównującego zdobył Łukasz Łukasiewicz. Wprawdzie gospodarze odpowiedzieli błyskawicznie i już po kolejnej akcji meczu było 2:1, a do protokołu wpisał się Maksymilian Korczak, jednak jeszcze przed przerwą Oldboys ponownie wyrównali, tym razem za sprawą Jana Dominiewskiego. W samej końcówce sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy, ale kapitalną interwencją popisał się Przemysław Biały i pierwsza połowa zakończyła się remisem 2:2. W 27 minucie Oldboys wyszli na prowadzenie po golu Bartłomieja Krywko i coraz mocniej napierali na bramkę Emila Łebskiego. Bramkarz Bęgala obronił kilka dobrych strzałów, ale ostatecznie skapitulował w 35 minucie, a drugie trafienie zaliczył Bartłomiej Krywko. Gospodarze znów momentalnie wyprowadzili skuteczny cios i na 3:4 trafił Cezary Basior, ale już minutę później rzut wolny wykorzystał Łukasz Łukasiewicz i po tym golu przewaga Oldboys stała się już bezdyskusyjna. W niecałe cztery minuty ekipa z osiedla Derby aż czterokrotnie rozmontowała defensywę Bęgala i odskoczyła wynikiem na 3:9. Cios ten okazał się zabójczy, bo z gospodarzy wyraźnie zeszło powietrze i do końca meczu nie byli już w stanie pokonać golkipera oponentów. Oldboys kontrolowali przebieg meczu w końcówce, dołożyli jeszcze jedno trafienie autorstwa Łukasza Łukasiewicza i zgarnęli bardzo ważne trzy punkty.
W tym starciu niespodzianki nie było i Złączeni pokazali, że faworyzowanie ich przed tym meczem było jak najbardziej uzasadnione, choć początkowo ekipa z Grodziska musiała się srogo napracować. Przez pierwszy kwadrans gra przenosiła się od bramki do bramki i obu ekipom brakowało precyzyjnego wykończenia, choć goście atakowali zdecydowanie groźniej. Pierwszy gol padł dopiero w 18 minucie – Piotr Gipsiak przejął niedokładne rozegranie i w sytuacji jeden na jeden nie dał szans Przemysławowi Jażdżykowi. Była to skromna zapowiedź spektaklu, jaki lider Złączonych szykował w tym meczu, bo jeszcze przed przerwą dwukrotnie zapisał się w protokole. Najpierw asystował przy golu Mariusza Niedźwiadka, a chwilę później defensorzy Borowików nierozważnie zostawili mu miejsce na oddanie strzału, a piłka odbiła się jeszcze od słupka i wpadła do siatki. Pierwsza połowa zakończyła się bezpiecznym dla Złączonych wynikiem 0:3, a druga rozpoczęła od kolejnego gola Piotra Gipsiaka. Borowiki na chwilę wróciły do walki, a w 30 minucie okazję z rzutu wolnego wykorzystał Piotr Ułasiuk, ale na tym skończyła się inicjatywa ze strony ofensywy gospodarzy, a za sterami znów zasiadł Piotr Gipsiak, który dwoma szybkimi golami praktycznie zamknął to spotkanie. Przy wyniku 1:6 goście mieli już na tyle komfortową przewagę, aby pozwolić sobie na nieco luzu w grze, ale napastnicy Złączonych bynajmniej nie próżnowali i szczególnie w końcówce wyprowadzili kilka zabójczych ciosów w postaci goli Łukasza Wasiaka i Mariusza Niedźwiadka. W ostatniej akcji meczu "kropkę nad i" postawił Michał Olejnik i Złączeni gładko pokonali Borowiki 1:11.
Centrum i Lipinki mogły w tym spotkaniu upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – zapewnić sobie spokojne utrzymania w lidze i zwiększyć szansę na przepustkę do Pucharu Ligi Fanów. Obie ekipy raczej nie mogły być zadowolone z wyników jakie osiągają w rundzie rewanżowej, dość szybko odpadając z rywalizacji o awans, stając się drużynami środka tabeli. Przed tym spotkaniem to Lipinki zajmowały piątą lokatę z przewagą 1 pkt nad rywalem, co zapowiadało nam dość wyrównane spotkanie. Początek meczu należał jednak do gości, którzy błyskawicznie objęli prowadzenie i to w jaki sposób! Gabriel Buch wybił tak mocno piłkę sprzed własnego pola karnego że… przelobował bramkarza rywali! Nie minęła minuta, a Filip Senski kapitalnym prostopadłym podaniem obsłużył Michała Mazuraka, który podwyższył na 0:2. Co więcej - po 8 minutach Lipinki prowadziły 0:3 i wydawało się, że to będzie prawdziwy nokaut w ich wykonaniu. Wtedy sprawy w swoje ręce wziął Jakub Bembas, którego dwie bramki znów dały kontakt Centrum z rywalem, ale nie na długo, bo pierwsza część skończyła się prowadzeniem Lipinek 2:5. W drugiej połowie gracze Centrum nie mieli nic do stracenia, ale lepsi tego dnia byli po prostu rywale. Gdy Gabriel Buch dołożył do swojego dorobku kolejne dwa trafienia raczej stało się jasne, że goście tego zwycięstwa nie wypuszczą z rąk. Po stronie gospodarzy na wyróżnienie zasługuje wcześniej wspomniany Jakub Bembas, który zakończył spotkanie z hat-trickiem i był największym zagrożeniem pod bramką oponentów, ale to było zdecydowanie za mało, by cokolwiek w tym meczu ugrać. Swoją drogą to już czwarte spotkanie KS Centrum z rzędu, w którym nie są w stanie strzelić więcej niż 3 gole i gdzieś ta ofensywna maszynka się zacięła. Lipinki z kolei zagrały naprawdę dobre spotkanie, w którym mądrze bronili całym zespołem, ale też potrafili groźnie, a przede wszystkim skutecznie, zaatakować. Dzięki temu awansowali na czwarte miejsce w tabeli i wielce prawdopodobne, że zagrają w czerwcowym turnieju.
FC Torpedo w meczu z Wombatami mogło przypieczętować swoje miejsce na podium i zapewnić sobie awans do wyższej ligi. Okazja była wręcz wymarzona, bo gospodarze mierzyli się z zespołem zamykającym ligową stawkę. Ostatnie mecze Torpedo to istne rollercostery, w których team Andrii Barana w widowiskowy sposób odwracał losy meczów, jednak w pojedynku z Wombatami spodziewaliśmy pełnej kontroli od pierwszych minut spotkania. Tak się jednak nie stało i gospodarze dość niemrawo weszli w ten mecz. Długo utrzymywał się bezbramkowy remis, po części przez sporą niedokładność w grze Torpedo, jak i zaciekłą obrony ich rywali. Błędy techniczne i niedokładne podania tylko ułatwiały gościom rozbijanie ataków przeciwnika, Torpedo zwyczajnie nie potrafiło nabrać płynności przy konstruowaniu akcji ofensywnych. Womabaty w pierwszej części wyglądały naprawdę solidnie i o dziwo, to właśnie zawodnicy tej drużyny jako pierwsi zdobyli w tym meczu gola. Piotr Marciniak wykorzystał nieporozumienie bramkarza i obrońcy oponenta i otworzył wynik spotkania. Torpedo dążyło do wyrównania i to się udało, ale Wombaty chwilę później znów wyszły na prowadzenie i sensacyjnie prowadziły 1:2. Gospodarze musieli powiedzieć sobie parę słów w przerwie, bo na drugą połowę wyszli odmienieni. Znów sprawy w swoje ręce musiał wziąć Kyrylo Kud, który trzeci mecz z rzędu ciągnie swój zespół i w kluczowych momentach bierze ciężar gry na siebie. To właśnie jego hat-trick na początku drugiej połowy wyprowadził Torpedo na prowadzenie 4:2 i stosunkowo szybko strzelone bramki chyba spuściły nieco powietrza z gości. Gdy wynik jeszcze był na styku i szeregi obronne Wombatów były zwarte, mecz był naprawdę wyrównany. Gdy musieli się otworzyć, okazało się to wodą na młyn dla gospodarzy, którzy dołożyli do końca spotkania jeszcze cztery bramki. Ostatecznie skończyło się 8:2 i Torpedo zapewnili sobie minimum brązowe medale w tej kampanii. Zawodnicy Wombatów, póki mieli siły i utrzymywali w miarę korzystny rezultat prezentowali się naprawdę dobrze, szczególnie w obronie w której grali z dużym poświęceniem, choć to nadal było za mało, by zwyciężyć w takim starciu.
FC Melange od samego początku rozgrywek idzie jak burza! Bartłomiej Podobas i spółka z tygodnia na tydzień prezentują się coraz lepiej na boiskach jedenastej ligi. Tym razem przyszło im się zmierzyć z zespołem, który na obecne rozgrywki zdecydowanie nie może patrzeć „przez różowe okulary”. Joga Bonita to ekipa, która do końca trwania sezonu drżeć będzie o swoje utrzymanie. Teraz mieli okazję zaprezentować się na tle silnego rywala i udowodnić tym samym swoją boiskową wartość. Podkreślenie tego wstępu znaleźliśmy w wykonaniu gospodarzy bardzo szybko. Wszystko za sprawą trafienia Mateusza Bubrzyka po podaniu Doriana Kwiecińskiego. Niestety dla gospodarzy, był to jedynie jeden przebłysk geniuszu, co w zestawieniu z ofensywnym potencjałem ekipy FC Melange sprawiło, że obydwa zespoły kierowały się na przerwę przy wyniku 1:5. W drugiej odsłonie tego starcia gra przebiegała niemalże identycznie. Szybkie i przede wszystkim płynne kontrataki FC Melange, przeplatane były z dalekim rozgrywaniem futbolówki w wykonaniu Jogi Bonito. Niestety dla tych drugich, taka taktyka okazała się zgubna. Efektem tego była bolesna porażka 3:12, która po raz kolejny powoduje, że do następnego tygodnia gracze występujący minionej niedzieli w roli gospodarzy, będą musieli przemyśleć swoje błędy – drżąc tym samym o ligowy byt.
W samo południe na naszym boisku mierzyły się zespoły zajmujące dwa ostatnie miejsca w tabeli 12 ligi - AFC Niezamocni – Bagstar Wszedło. Goście na to spotkanie początkowo stawili się tylko w pięcioosobowym składzie. AFC Niezamocni, którzy do tej pory na swoim koncie posiadali tylko cztery zdobyte punkty w geście fair play wyrównali liczbę graczy na boisku. Spowodowana mniejszą liczbą zawodników wolna przestrzeń sprawiła, iż oba zespoły nie zważały na żar lejący się z nieba i grały szybką, interesującą dla oka piłkę. Jako pierwsi przewagę wolnej przestrzeni wykorzystali zawodnicy Bagstar i w 8 minucie objęli prowadzenie. Gospodarze w ekspresowym tempie po dwóch ładnych akcjach najpierw wyrównali, a chwilę później objęli prowadzenie. W 13 minucie spotkania na boisku był już komplet graczy. Wydawało się, że goście ruszą do odrabiania strat, lecz niefortunne samobójcze trafienie dało wiatru w żagle gospodarzom. Mecz coraz bardziej toczył się pod dyktando Niezamocnych, którzy ustalili wynik do przerwy na 5:1. Druga część spotkania zdecydowanie należała do AFC. Grający bez zmian goście mimo swojego zaangażowania coraz bardziej odstawali od rywala, który powiększał prowadzenie, a już drugi niefortunny gol samobójczy przechylił czarę goryczy. Tym samym drużyna AFC Niezamocni zanotowała swoje drugie zwycięstwo w sezonie 2023/2024, przerywając passę siedmiu porażek z rzędu, oraz awansując o jedną pozycję w tabeli. Goście, którzy ostatnie swoje punkty zdobyli w zeszłej rundzie, muszą jeszcze powalczyć o przerwanie złej passy.
FC Warsaw Wilanów dość nieoczekiwanie dostał szansę od losu, którą były aż dwie straty punktów w tej rundzie przez Essing Gorillaz. A ponieważ te ekipy zostały sparowane w ostatniej kolejce sezonu, to wydawało się, że nie może być lepszego zwieńczenia sezonu w 12.lidze, niż ich bezpośredni mecz o złoto. Ale na ferajnę Kuby Świtalskiego czekała jeszcze jedna, bardzo trudna przeszkoda – Ajaks Warszawa. Tę drużynę spokojnie możemy nazwać rycerzami wiosny, bo z zespołu, który pałętał się w okolicach strefy spadkowej, nagle stali się pogromcami potentatów i niewykluczone, że skończą sezon w górnej połowie tabeli. Dodatkową trudność dla Wilanowa stanowił fakt, iż chłopaki nie mogli liczyć na swojego najlepszego zawodnika, Karola Kowalskiego. I to miało przełożenie na przebieg spotkania, bo zespołem, który kreował więcej okazji byli oponenci. Tyle że w bramce nominalnych gości kapitalnie spisywał się Maciek Dobrowolski i to głównie dzięki jego postawie, oraz efektownej bramce Piotra Wdowińskiego, pierwsza połowa zakończyła się remisem. W drugiej inicjatywa wciąż była po stronie Ajaksu, natomiast FC Warsaw Wilanów potrafił się odgryzać. Szanse mieli chociażby Kuba Świtalski, jak również Marcin Sieradzki, gdzie piłka doszła jeszcze do Michała Supłata, ale nie dał on rady skierować jej do bramki. Wynik 1:1 ostał się aż do 46 minuty. Wówczas sprawy w swoje nogi wziął zawodnik, po którym można się było tego spodziewać w pierwszej kolejności. Bartek Kopacz najpierw przytomnie wprowadził futbolówkę do tercji przeciwnika, potem oddał strzał, który został zablokowany, ale piłka wróciła do strzelającego, a ten uderzeniem z przewrotki (gdzie po drodze był jeszcze rykoszet) pokonał golkipera Wilanowa! Przegrywający musieli wtedy postawić wszystko na jedną kartę, tyle że w drugiej odsłonie zawodziła ich skuteczność, bo choćby Maksym Samulak mógł doprowadzić do remisu. Brak wyrównania spotkał się z karą w postaci bramki Ksawerego Kehla, na którą zdołał jeszcze odpowiedzieć Kuba Świtalski i to emocjonujące widowisko skończyło się minimalnym triumfem Ajaksu. Wynik 3:2 jest sprawiedliwy, bo jednak w naszej ocenie Ajaks wykazał więcej inicjatywy, no i miał niesamowitego Bartka Kopacza. Tym samym FC Warsaw Wilanów musi się obejść smakiem w kwestii złota, bo nie wydaje nam się, by Essing Gorillaz mogli potknąć się w najbliższej kolejce. Z kolei Ajaks jest już tylko o dwa punkty od czwartej pozycji i gdyby udało mu się to osiągnąć, to należałoby to potraktować w kategoriach małego mistrzostwa.
Mecz pomiędzy Sportano, a WEiTI mógł w dużej mierze zadecydować o tym, kto ostatecznie zgarnie brązowe medale w tym sezonie. Obie ekipy wiedziały już o wyniku Lisów z Shitable, dlatego zwycięstwo dla jednych i drugich było niezwykle cenne. Tym bardziej zdziwiła nas frekwencja po obu stronach. Gospodarze stawili się początkowo bez swoich kluczowych zawodników – Filipa Motyczyńskiego i Patryka Kamoli, co byłoby sporym handicapem dla WEiTI gdyby nie to, że sami przyszli na mecz bez zmian, co jak się okazało miało spory wpływ na ostateczny wynik. Należy jeszcze wspomnieć o geście Sportano wobec rywala, który zaczynał mecz grając o jednego mniej. Gospodarze postanowili zagrać po pięciu, dopóki na obiekt nie przyjdzie spóźniony zawodnik gości. Na szczęście taka sytuacja trwała bardzo krótko i po chwili obie drużyny mogły zacząć grać na poważnie. I lepiej w to spotkanie weszli zawodnicy WEiTI – dwie szybkie bramki Szymona Auguścika wyprowadziły jego drużynę na prowadzenie. Kapitan gospodarzy widząc co się dzieje na boisku postanowił jednak spróbować zagrać pomimo drobnego urazu, by pomóc swojej ekipie. Na szczęście dla Kamila Dąbrowskiego i spółki Sportano dość szybko zdobyło gola kontaktowego, a na boisko dotarł mocno spóźniony Patryk Kamola, który okazał się prawdziwym game changerem tego spotkania. Obie ekipy trafiły po razie i do o przerwy WEiTI prowadziło 2:3. Po zmianie stron mecz nabrał rumieńców. Co Sportano wyrównywało, to Weiti znów wychodziło na jednobramkowe prowadzenie. W tej rywalizacji mieliśmy pojedynek dwóch duetów – w zespole gości dobrze współpracowali Szymon Auguścik i Damian Czajka, w drużynie rywali w rolę Filipa Motyczyńskiego wszedł Maciej Kuligowski i jego współpraca z Patrykiem Kamolą układała się wręcz perfekcyjnie. Przy stanie 5:5 po raz pierwszy w tym meczu na prowadzenie wyszło Sportano i jak się okazało, rywale nie mieli już sił, by skutecznie odrobić straty. Nie mając nic do stracenia postawili wszystko na jedną kartę i dwie kontry gospodarzy definitywnie zamknęły to spotkanie. Znów w tym sezonie WEiTI zabrakło energii w końcówce, ale grając bez zmian w takich warunkach trudno było spodziewać się innego scenariusza. Team Kamila Dąbrowskiego wygrał niezwykle ważne dla nich spotkanie i jest o krok od zdobycia brązu w tym sezonie.
Im dłużej trwa sezon w 12.lidze, tym ekipa Essing Gorillaz coraz częściej pokazuje ludzkie oblicze. Wcześniej wydawało nam się, że nikt nie jest w stanie z nimi rywalizować, ale przeciwnicy w końcu zorientowali się, jaki jest największy atut Gorylków i praktycznie każdy z nich nie wchodzi już w otwartą wymianę ciosów z ekipą Franka Wita. No i nie spodziewaliśmy się, że inaczej będzie z NieDzielnymi. Podopieczni Janka Wójcika to na tyle doświadczona ekipa, że byliśmy przekonani, iż będą wiedzieli, jak się tutaj ustawić. No i do pewnego momentu zanosiło się na sensację wielkiego kalibru. Po golu Michała Karasia NieDzielni prowadzili 1:0, a potem długo utrzymywali ten wynik, choć nie brakowało przy tym elementu szczęścia, bo rywale zaliczali słupki bądź marnowali dogodne okazje. To się na nich zemściło, gdy po wyrzucie z autu Michała Drosio piłkę niefortunnie głową do własnej bramki przedłużył Alan Długołęcki i było 2:0. Wszyscy zdawali sobie jednak sprawę, że taki stan nie może trwać wiecznie. Że wreszcie faworyci będą mieli swój moment i zobaczymy jak wtedy zareagują gracze w żółtych koszulkach. I fatycznie – jeszcze przed przerwą straty zmniejszył Kuba Skwirtniański, a na początku drugiej połowie był już remis, gdy po faulu na Mateuszu Kiszce, rzut karny wykorzystał Filip Wolski. Marsz faworytów trwał w najlepsze i zanim się obejrzeliśmy, a NieDzielni musieli odrabiać straty. Sztuka ta udała im się po golu Janka Wójcika, ale błyskawiczna odpowiedź Kuby Skwirtniańskiego, po asyście Filipa Wolskiego, przywróciła Gorylkom minimalnym bufor bezpieczeństwa. Przegrywający szukali swojej okazji, by znowu wyrównać stan posiadania, lecz ta sztuka już im się nie udała, a sprawę załatwił gol Mateusza Kiszki, który zamknął wynik spotkania w stosunku 5:3. I chociaż ta wygrana rodziła się w bólach, to okazała się niezwykle cenna. Przy równoczesnej porażce FC Warsaw Wilanów, Gorylkom wystarczy remis w najbliższej kolejce, by zapewnić sobie tytuł. A wiedząc, że w ostatniej serii mają mecz z Wilanowem, nie ma sensu sprowadzać losów złota do nerwowej końcówki. Spokojni o swój los mogą być za to NieDzielni. Oni w niedzielę zaprezentowali specjalność zakładu – grali nieźle, skończyli źle. W tabeli, gdzie jednym z kryteriów byłoby „dobre wrażenie”, byliby znacznie wyżej. Tylko czy to stanowi dla nich jakiekolwiek pocieszenie?
Batalia między Lisami bez Polisy a Shitable była ważna z dwóch powodów. Zwycięzca nie tylko zwiększał swoje szanse, na zajęcie miejsca w TOP 5 ligi, ale też przedłużał nadzieję, na doszlusowanie do podium. Pojęcie faworyta nie miało tutaj racji bytu, dlatego z tym większą ciekawością oczekiwaliśmy bezpośredniej rywalizacji. I nie zawiedliśmy się. Mimo dużej ambicji po obu stronach, żadnej z drużyn nie udawało się wyrobić sobie większej przewagi. Pierwszego gola zdobył Fedir Ivanchenko, ale szybko odpowiedział lider Lisów, Damian Borkowski. Okazji w premierowej połowie było sporo, więcej kreowali gracze Shitable, jednak Krystian Załucki bronił skutecznie a ponieważ obydwie strony zdobyły w tej odsłonie jeszcze po jednym trafieniu, to na przerwę schodziliśmy przy wyniku 2:2. Ciekawiej zrobiło się w drugiej połowie. Najpierw pięknym golem z ostrego kąta popisał się Ivan Kirianov, potem Shitable dołożyli jeszcze jedno trafienie i tym sposobem zbudowali sobie dość solidną zaliczkę. Lisy zdawały sobie sprawę, że proces odrabiania strat trzeba rozpocząć błyskawicznie, a nadarzyła się ku temu dobra okazja, bo po żółtej kartce dla Alexandra Krivetskyego, nominalnie gospodarze grali o jednego zawodnika więcej. No i temat zrealizowali tak jak trzeba – Damian Borkowski perfekcyjnie wyegzekwował rzut karny, skompletował hat-tricka a dystans do rywali wynosił już tylko jedno trafienie. Czas jednak uciekał i zastanawialiśmy się, czy Lisy dopadną swoją ofiarę. Odpowiedź przyszła w 49 minucie. Z piłką zabrał się Marcin Doch, przytomnie odegrał ją do Damiana Borkowskiego, a ten doprowadził do remisu. I gdyby tak się skończyło, to pewnie nikt nie mógłby mieć większych pretensji. Ale tuż przed końcem spotkania Lisy popełniły błąd w rozegraniu akcji. Spotkała ich za to bolesna kara w postaci bramki na 5:4 dla Shitable, którą zdobył Maksym Marchenko. Przegrywającym nie starczyło już czasu na kolejny zryw i na własne życzenie przegrali mecz, który był praktycznie zremisowany. Tym samym ich sytuacja w tabeli trochę się skomplikowała, chociaż na dobrą sprawę ani oni, ani Shitable nie mogą być jeszcze niczego pewni, dzięki czemu w dwóch ostatnich kolejkach sezonu możliwy jest jeszcze nie jeden zwrot akcji.
Gracze Asap Vegas rozkręcili się ostatnio na dobre. Bez względu na klasę rywala, wygrywali ze wszystkimi a ponieważ za kolejnego przeciwnika mieli zespół, który w tej rundzie wygrał tylko z outsiderem z Oldboys Derby, to możliwy scenariusz wydawał się być tylko jeden. Długo jednak nie mogliśmy się doczekać, by podopieczni Norberta Dymińskiego potwierdzili swoją dobrą formę z minionych tygodni. Co prawda z gry mieli więcej od NieDzielnych II, to jednak nie potrafili tego przełożyć na gole i tak na dobrą sprawę stworzyli sobie jedną 100% okazję, której jednak pod koniec premierowej części gry nie wykorzystał Sebastian Walczak. Tym samym wynik rywalizacji po 25 minutach był niecodzienny – 0:0. Ale w drugiej połowie worek z bramkami rozwiązał się dość szybko. Najpierw Sebastian Walczak zrehabilitował się za poprzednią okazję i strzałem piętą pokonał Kamila Jarosza, a minutę później golkiper NieDzielnych sprezentował gola konkurentom, nabijając piłką Mateusza Kanię i futbolówka ugrzęzła w siatce. Myśleliśmy, że oto mamy do czynienia z kulminacyjnym momentem spotkania. Że NieDzielnym właśnie wybito z głowy marzenia o punktach. Ale ten zespół nie poddał się i w 42 minucie Przemek Sosnowski ładnym uderzeniem po dalszym rogu pokonał heroicznie (i to dosłownie) broniącego bramkarza rywali. NieDzielni II poszli za ciosem i w 44 minucie arbiter odgwizdał wślizg w polu karnym Norberta Dymińskiego, a strzał z "wapna" na gola zamienił Marcin Aksamitowski. Ten sam zawodnik przysłużył się drużynie w kolejnej akcji, gdzie szczęśliwie wygrał przebitkę o piłkę, ta doleciała do Maćka Piątka, który z zimną krwią wpakował ją do bramki! Gracze Vegas byli w szoku, że z meczu, zmierzającego w jedną stronę, wszystko zaczęło im się wymykać z rąk. Nie byli już w stanie wrócić na poziom prezentowany wcześniej, a ich los przypieczętował Zbigniew Grędowicz, trafiając na 4:2. Po naprawdę szalonym spotkaniu NieDzielni II, chociaż jeszcze do 42 minuty przegrywali 0:2, ostatecznie zgarniają trzy punkty. Był w tym wszystkim element szczęścia, natomiast trzeba oddać chłopakom, że jak już poczuli krew, to nie wypuścili rywala z narożnika. I nawet jeśli niewiele to zmienia w kontekście walki o utrzymanie, to taki sukces trzeba docenić. A czy zawodnicy Asap zbyt szybko uwierzyli, że całą pulę mają w kieszeni? Wydaje nam się, że nie, ale czasami tak jest, że tracisz bramkę i gubisz swój rytm. I chyba właśnie tego byliśmy tutaj świadkami.
Przy korzystnych wiatrach mogło się zdarzyć, że ekipa Piwo Po Meczu mogła w tę niedzielę być o krok od mistrzostwa 12.ligi. Do tego była potrzebna strata punktów przez Wystrzelonych oraz własne zwycięstwo nad Pogromcami Poprzeczek. Obydwa te warunki były spokojnie do zrealizowania, aczkolwiek połowa planu wysypała się tuż przed pierwszym gwizdkiem, bo niemal na oczach Piwoszy, Wystrzeleni pokonali Brazylijczyków. Tym samym ekipa Piotrka Zakrzewskiego musiała już skupić się na sobie, aby przypadkiem nie zaliczyć wpadki z zespołem Mateusza Niewiadomego. Tym bardziej, że ilekroć obserwujemy Pogromców na Arenie Grenady, to nawet jeśli wynik zgadza się rzadko (albo wcale), to gra jest znacznie lepsza niż suche rezultaty. Nie inaczej było tym razem. Początek należał właśnie do Pogromców, którzy fajnie weszli w spotkanie i objęli prowadzenie po trafieniu Bartka Kusia. Oczywiście rywale też mieli sporo okazji, jednak Piwosze znani są z tego, że czasami potrzebują więcej czasu na ustawienie odpowiednich obrotów. Gdy wreszcie jednak weszli na odpowiedni poziom, to w krótkim odstępie zdobyli dwa szybkie gole i z umiarkowanym spokojem mogli oczekiwać drugiej połowy. Tutaj poszło już z górki. Zaczęło się od błyskawicznego gola Rafała Wierciocha, po asyście Michała Świercza i wraz ze złapaniem luzu przez faworytów, przewaga bramkowa zaczęła się powiększać. W pewnym momencie wynik brzmiał już 1:5, ale Pogromcom w drugiej połowie również udało się ukłuć, a gola zanotował Mateusz Niewiadomy. Ostatnie słowo należało jednak do przeciwników, którzy wygrali 6:2 i mają trzy punkty przewagi nad Wystrzelonymi. I w perspektywie ostatni mecz w sezonie właśnie z tym zespołem, co zapowiada spore emocje. Pogromcy stracili natomiast nawet matematyczną szansę na utrzymanie, jakkolwiek wszyscy wiemy, że w tej drużynie chodzi o coś więcej niż miejsce w tabeli. Dlatego możemy być pewni, że do finałowych dwóch spotkań, podejdą z takim samym nastawieniem, jak do wszystkich dotychczasowych.
W 13 lidze 16 kolejki zmierzyły się ze sobą ekipy Old Boys Derby lll oraz Gentelman Warsaw Team. Zespół gospodarzy zajmuje ostatnie miejsce w tabeli i nie uniknie już spadku, natomiast drużyna gości jest na 7 lokacie z 18 punktami. Pierwsza połowa przebiegła dość jednostronnie na korzyść Gentelmanów. Wygrali ją aż 0:6, nie dając praktycznie żadnych dogodnych szans na zdobycie choć jednej bramki oponentom. Mecz po 25 minut wydawał się być rozstrzygnięty i nie do odratowania, a druga część spotkania zapowiadała się podobnie. Dochodzi jednak do sytuacji, w której zawodnik ekipy gości broni strzał ręką i dostaje czerwoną kartkę. Zostaje podyktowany rzut karny, którego nie trafia Rafał Bujalski a świetną interwencją popisuje się bramkarz Jakub Augustyniak. Nikt jednak nie asekuruje swojego golkipera i następuje dobitka, dzięki czemu gospodarze zdobywają pierwszą bramkę w tym spotkaniu. Dzięki grze w przewadze udaje się im zainkasować kolejne dwa trafienia, ale przez zbyt wolną grę udaje im się strzelić tylko trzy gole. Po uzupełnieniu składu przez Gentlemanów, goście strzelają jeszcze jedną bramkę i wygrywają ostatecznie mecz 3:7.
Obydwie ekipy Furduncio Brasil nie mają szczęścia do Areny Grenady. Kiedy przyjechały tutaj po raz ostatni, to przegrała zarówno pierwsza ich drużyna, jak i druga. Zastanawialiśmy się, czy w tę niedzielę uda się przełamać kiepską serię, chociaż pierwszym rywalem „dwójki” byli Wystrzeleni. Walka szła o drugie miejsce w tabeli, więc tutaj nikt nie zamierzał odpuszczać, dzięki czemu mogliśmy się nastawić na twardą, męską grę aż do ostatniego gwizdka. Spotkanie, aż do pierwszego gola, okazało się jednak dość zamknięte. Widać było wzajemny respekt oraz to, że tutaj nikt nie chce popełnić błędu jako pierwszy. No ale w 18 minucie w końcu doczekaliśmy się otwarcia wyniku – jeden z obrońców dopuścił się trzymania w polu karnym, sędzia to wychwycił a rzut karny skutecznie wykorzystał Michał Opiński. Brazylijczycy zdołali jednak wyrównać w samej końcówce 1.połowy, gdy wykorzystali grę w przewadze, po żółtej kartce dla Adama Szczygielskiego. Druga połowa rozkręciła nam się znacznie szybciej. Zaczęło się od bramki dla Wystrzelonych, którą zdobył Witek Kalinowski. Jeden gol różnicy to żadna przewaga, ale sytuacja z perspektywy Kanarków robiła się coraz gorsza. W okolicach 40 minuty za zagranie ręką poza polem karnym sędzia pokazał żółtą kartkę bramkarzowi, Juanowi Agudelo. Wystrzeleni domagali się czerwonej, ale sytuacja była dynamiczna i arbitrowi trudno było jednocześnie ocenić, czy piłka dotknęła ręki i gdzie zmierzała, gdyby kontaktu z dłonią nie było. Arbiter małe niedopatrzenie popełnił jednak wyciągając konsekwencje, bo pozwolił bramkarzowi zostać na placu, a zamiast niego zszedł zawodnika z pola. Według regulaminu powinno być odwrotnie. Nie miało to jednak żadnego znaczenia dla losów spotkania, bo lada moment Joel Griselain nacisnął na jednego z obrońców i zmusił go do pomyłki, która kosztowała Furduncio trafienie na 1:3. Ten wynik należało już dociągnąć do samego końca i trzeba przyznać, że Wystrzeleni zrobili to z dużą klasą, bo tutaj nie było paniki czy obrony Częstochowy, tylko solidność i konsekwencja. A ponieważ rywal trochę się odsłonił, to na kilka chwil przed końcem wynik na 4:1 ustalił Kamil Opaliński. Wystrzeleni pokazali dużą jakość i zasłużenie pokonali Canarinhos. A to wszystko oznacza, że nie tylko niemal zapewnili sobie srebro, to jeszcze wciąż mają szansę na złoto, zwłaszcza że w ostatniej kolejce podejmą lidera, Piwo Po Meczu. Jeśli chodzi o Brazylijczyków, to brakowało im rozmachu i kogoś z przodu, który zrobiłby trochę zamieszania. Inna sprawa, że przegrali to spotkanie trochę na własne życzenie, bo część bramek które stracili to z kategorii tych, których można było uniknąć. Piłka nożna to jednak gra błędów i oni w niedzielę popełnili ich zdecydowanie za dużo.
Green Team i Szereg Homogenizowany za cel postawiły sobie prawdopodobnie obecność w górnej połowie tabeli na koniec sezonu. By zrobić ważny krok w tym kierunku, należało rozstrzygnąć na swoją korzyść niedzielne starcie. Po obu stronach nie brakowało kłopotów kadrowych, ale gdy mecz się zaczął przestało to mieć znaczenie. W pierwszej połowie zdecydowanie więcej okazji miał Szereg. Grę tej ekipy nakręcał przede wszystkim Jan Mitrowski, który swoimi indywidualnymi szarżami siał popłoch w obronie przeciwnika. To właśnie jego gol pozwolił Szeregowi wyjść w pewnym momencie na prowadzenie 2:1 i przy tym wyniku Artur Moczulski i spółka mieli jeszcze naprawdę mnóstwo okazji, by podwyższyć stan posiadania. Ale nie wykorzystali ich, co spotkało się z bardzo srogą karą, bo grający do tej pory dość niemrawo Green Team strzelił dwa gole z rzędu w odstępie 60 sekund. I to on prowadził 25 minutach gry. W drugą odsłonę ponownie lepiej wszedł Szereg. Wyrównał, potem miał już bramkę zapasu i myśleliśmy, że chłopaki są na dobrej drodze, by zgarnąć tutaj całą pulę. Jednak im dłużej trwało spotkanie, tym tej ekipie brakowało dyscypliny. W obronie robiły się coraz większe dziury, co rywal zaczął skutecznie wykorzystywać. Artur Moczulski często był pozostawiany sam sobie i chociaż wiele piłek obronił, to coraz częściej sięgał do siatki. I tak z wyniku 3:4 zrobiło się 7:5. Tak naprawdę, to ten rezultat mógł być dużo wyższy, bo obydwie ekipy prześcigały się w marnowaniu dogodnych okazji. W obozie Zielonych było jednak więcej doświadczenia i to głównie ono zdecydowało o sukcesie. Bardzo dobrze prezentował się Bartek Grzywacz, wtórował mu Daniel Kurowski i gdy różnica wynosiła już trzy gole, nie było opcji, by ekipie Roberta Zawistowskiego stała się krzywda. Rywale odpowiedzieli tylko jednym trafieniem i powinni tego spotkania żałować. Bo piłkarsko wcale nie byli słabsi, ale w pierwszej połowie pokpili sprawę pod kątem skuteczności a w drugiej zgubili konsekwencję i musieli się pogodzić z porażką. To oznacza, że są obecnie poza TOP 5 a co za tym idzie – poza Pucharem Ligi. Green Team jest już z kolei praktycznie pewny czwartej lokaty, czyli najwyższej możliwej, o jaką mógł realnie powalczyć. I teraz trzeba zrobić wszystko, by utrzymać się na niej do końca rozgrywek.
W niedzielny wieczór na Arenie AWF zmierzyły się ze sobą drużyny FFK OldBoys II i FC Cały Czas Bomba. Gospodarze, zajmujący ostatnie miejsce w 14 lidze, od pięciu meczów nie zdołali wygrać i liczyli na przerwanie złej passy. Goście nie zamierzali jednak łatwo oddać trzech punktów, szczególnie że potrzebowali ich, aby umocnić się na trzecim miejscu w tabeli i nie skomplikować sobie końcówki sezonu. FFK OldBoys II stawili się na AWF z szerokim składem, dysponując aż pięcioma zmiennikami, podczas gdy ich rywale mieli tylko jednego rezerwowego. Pierwsi prowadzenie objęli Oldboysi. W 8 minucie podanie od Adama Gołdy zamienił na bramkę Ksawery Błaszczyk. W 13 minucie było już 2:0, po tym jak piłkę do siatki wbił Marcin Bonio. Goście na pewno nie spodziewali się takiego obrotu spraw, jednak udało im się jeszcze przed przerwą odrobić straty. Sprawy w swoje ręce wziął lider FC Cały Czas Bomba i zdecydowanie najlepszy zawodnik tego meczu – Kacper Chimczuk. Najpierw zdobył bramkę kontaktową po podaniu od Władka Kozyala, a trzy minuty przed końcem pierwszej połowy doprowadził do remisu, pewnie wykorzystując rzut karny. Po zmianie stron goście kontynuowali swój comeback, a duet Kozyal-Chimczuk ponownie znalazł sposób na defensywę FFK OldBoys II, zdobywając bramkę dającą prowadzenie. W 39 minucie goście zwiększyli przewagę do dwóch trafień po golu Jaśka Dolińskiego. Stwarzali sobie kolejne sytuacje, ale w bramce Oldboysów dobrze spisywał się Dariusz Chojnacki. Gospodarze również atakowali i próbowali wyrwać z tego pojedynku chociaż jeden punkt. Na pięć minut przed końcem Marcin Bonio strzelił swoją drugą bramkę, ale ostatecznie FFK OldBoys II przegrali. Po dobrym początku w wykonaniu FFK zapowiadało się na niespodziankę, jednak mimo porażki, gospodarze pokazali się z niezłej strony. FC Cały Czas Bomba umacnia się na trzeciej lokacie i wszystko wskazuje na to, że na koniec sezonu zdobędzie brązowe medale.
Zawodnicy Partyzanta Włochy w ostatniej kolejce wyraźnie ulegli wiceliderowi rozgrywek i szansy na zdobycie punktów wypatrywali w następnej kolejce. Poziom trudności był jednak ogromny, bo ich przeciwnik Leodream przewodził ligowej stawce z kompletem punktów. Dodatkowo gospodarze przystąpili do meczu tylko w sześcioosobowym składzie i wszystkie znaki wskazywały na łatwą przeprawę dla zawodników z Białorusi. Już pierwsze pięć minut pokazało, że spotkanie będzie miało jednostronny przebieg. Szybko cztery bramki zdobył Andrey Varapajeu i zapowiadało się na bardzo wysoki wynik. Kolejne minuty to wyraźna dominacja zespołu gości, którzy systematycznie powiększali swoją przewagę. Pierwsza połowa zakończyła się istną demolką, bo wynik 18:0 do przerwy to chyba rekord w historii spotkań w Lidze Fanów. W przerwie nastąpiła zmiana bramkarza w zespole Partyzanta i pierwsze minuty pokazały, że mogła to być dobra decyzja. Jednak po kilku skutecznych interwencjach nowego golkipera chwilę później wszystko wróciło do normy. Kolejne trafienia i stale powiększająca się przewaga gości. Jedynym pozytywem dla zespołu gospodarzy była strzelona bramka przez Piotra Arendta, ale jako że stało się to przy wyniku 37:0, chyba marne to pocieszenie dla jego zespołu. Ostatecznie zespół Leodream pokonał KS Partyzant Włochy 40:1 i było to najwyższe zwycięstwo w historii Ligi Fanów. Zawodnicy Partyzanta przeszli do historii naszych rozgrywek, ale nie wydaje nam się, żeby poczytywali to sobie jako powód do dumy.
Wicelider 14 ligi – Boiskowy Folklor po zeszłotygodniowym wysokim zwycięstwie nad KS Partyzant Włochy miał teraz przed sobą trudniejszego rywala. Santiago Remberteu chcąc przybliżyć się do strefy medalowej musiało „urwać” punkty rywalom, najlepiej w postaci zwycięstwa. Mecz od pierwszych minut zapowiadał, że żadna z drużyn łatwo się nie podda w dążeniu do zwycięstwa. Przez pierwsze 25 minut gospodarze prezentowali się minimalnie lepiej, skuteczniej wykorzystując swoje sytuacje bramkowe prowadząc 2:0. Kiedy do końca pierwszej odsłony pozostały zaledwie 3 minuty, obie drużyny zaczęły zdobywać gole. Gospodarze początkowo podwyższyli swoje prowadzenie, a goście w tej samej minucie, co stracili trzeciego gola strzelili swojego pierwszego. Wynik do przerwy na 4:1 ustalił najbardziej bramkostrzelny zawodnik 14 ligi Ariel Kucharski. Druga część meczu rozpoczęła się od szybko zdobytej bramki przez Santiago Remberteu. Wyrówna gra i częste okazje na zmianę wyniku przez obie drużyny cieszyły wzrok. Kiedy do końca pozostało 10 minut goście zdołali przybliżyć się do rywala na różnicę jednej bramki. Gospodarze czując oddech oponenta na karku zebrali swoje siły zdobywając dwa gole, które dały im cenne zwycięstwo 6:3. Dzięki wygranej Boiskowy Folklor pozostał na pozycji wicelidera i ma 6 punktów przewagi nad goniącą go drużyną FC Cały Czas Bomba. Santiago Remberteu pozostało na czwartym miejscu, a w nadchodzącej kolejce czeka tę drużynę potyczka z niepokonanym LeoDream.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)
)