Sezon 2021/2022
Relacje meczowe: 5 Liga
Ten pojedynek być może zaważy o mistrzostwie w piątej lidze. Zarówno East Team jak i Praga Warszawa to dwie najlepsze ekipy i to właśnie między nimi najprawdopodobniej rozstrzygnie się walka o prym w tej klasie rozgrywkowej. Dlatego bezpośredni pojedynek zwiastował sporo emocji. Pierwsza połowa była znakomita w wykonaniu obu zespołów. Gospodarze od początku ruszyli do ataku i stworzyli kilka groźnych sytuacji. Goście ustawili się w obronie i czyhali na kontry wiedząc że otwarta gra z rywalami mającymi sporo młodych biegających zawodników może przynieść złe efekty. Nie wiadomo kiedy minęła pierwsza odsłona, a najwięcej działo się w końcówce. Najpierw po efektownej akcji Adilet Akkigarov strzelił na bramkę Pragi. Golkiper zdołał sparować mocne uderzenie, ale przy dobitce tego samego zawodnika nie miał już szans. Od osiemnastej minuty było 1:0. Praga ruszyła odrabiać straty i na minutę przed końcowym gwizdkiem osiągnęła cel. Patryk Pawłowski został faulowany w polu karnym przez golkipera przeciwników i sędzia bez wahania wskazał na wapno. Sam poszkodowany perfekcyjnie wykonał jedenastkę i po 25 minutach rywalizacji na wysokim poziomie mieliśmy remis. Po zmianie stron stało się coś czego chyba nikt się nie spodziewał. W ciągu 10 minut goście stracili cztery bramki i wynik 5:1 po 35 minutach rywalizacji wskazywał kłopoty ekipy z Pragi. Ta jakby kompletnie straciła wiarę w to, że można tutaj coś ugrać. Gospodarze na fali swojej znakomitej gry zdusili rywali i nie dali im rozwinąć skrzydeł. Próbował szarpać Artur Markiewicz, ale dobra, szczelna defensywa nie pozwalała na wiele przeciwnikom. East Team nie zatrzymywał się i w końcówce dołożył jeszcze trzy trafienia wygrywając zasłużenie 8:1. Szkoda drugiej połowy, bo pierwsza była naprawdę wyrównana. Niestety w drugich 25 minutach gospodarzom wychodziło wszystko, a gościom nic się nie kleiło. East Team ma teraz wszystko w swoich rękach i jeżeli wygra wszystkie mecze do końca zostanie mistrzem. Praga natomiast musi liczyć na wpadkę rywali, a sama nie może już do końca stracić żadnych punktów.
Nie za wiele można napisać o meczu pomiędzy Munją, a Praskimi Wariatami. Goście mieli spore problemy ze składem i w ogóle rozpoczęcie meczu stanęło pod dużym znakiem zapytania. Punktualnie stawiło się zaledwie trzech graczy, ale gdy dotarł czwarty, rozpoczęliśmy zawody. Po paru minutach doszedł piąty zawodnik, ale i tak wynik meczu był praktycznie przesądzony już na starcie. Munja dość szybko wypracowała sobie kilkubramkową przewagę, głównie za sprawą duetu Kacper Drozdowicz – Michał Konopka. Wynik i tak mógł być znacznie wyższy już w pierwszej części, ale parokrotnie między słupkami dobrze spisywał się Piotr Serafimowicz, który po raz kolejny pokazał, że jest najmocniejszym punktem swojego zespołu. Gdyby jego koledzy, zwłaszcza ci nieobecni, mieli tyle ambicji i woli walki, Praskie Wariaty wyglądałyby znacznie lepiej. Po pierwszej części było 6:0 dla Munji, a druga połowa zapowiadała jeszcze większe strzelanie, choć Wariaty grali już w pełnym składzie. Gości stać było tylko na bramkę honorową, którą w 30 minucie zdobył Czarek Majewski, a był to gol na 9:1. Dalej panowała już tylko Munja, która punktowała rywala, zdobywając kolejne bramki. W drugiej części szczególnie rozstrzelał się Robert Rząca, który zaliczył aż 5 trafień. Ekipa z Pragi już zupełnie opadła z sił i coraz trudniej było im przerywać akcje gospodarzy. Moment w którym Piotr Serafimowicz wyszedł grać w polu, gdyż jego kolega nie miał już siły poruszać się po boisku, był najlepszym podsumowaniem tego spotkania. Munja łatwo zdobyła 3 pkt, a Praskie Wariaty muszą się wziąć w garść i brać przykład z kolegów, którzy mimo wszystko postanowili stawić się na meczu.
Mecz pomiędzy Sante, a Przypadkowymi Grajkami zaczęliśmy od mocnego uderzenia…ale jedynie w słupek bramki gości. Gospodarze dali sygnał, że mają zamiar zgarnąć w tym meczu 3 pkt. Tyle tylko, że jako pierwsi do siatki trafiły Przypadkowe Grajki. Michał Marczyk wykorzystał zawahanie golkipera Sante i w taki sposób zablokował jego wybicie, że piłka wtoczyła się do bramki. Ogólnie goście grali całkiem nieźle, dobrze operowali piłką, ale brakowało im skuteczności. To się zemściło, bo końcówka pierwszej części należała do Sante. Najpierw w 18 minucie Adam Lewandowski świetnie podkręcił piłkę z bocznego sektora boiska i zanim trafiła do siatki odbiła się jeszcze od słupka. Dwie minuty później mieliśmy już 2:1 po golu Daniela Pyzy i takim wynikiem zakończyło się premierowe 25 minut. Po zmianie stron mieliśmy szybkie wyrównanie Przypadkowych Grajków, ale goście nie cieszyli się zbyt długo z takiego obrotu sprawy. Już minutę później znów na prowadzenie wyszli zawodnicy Sante, którzy poszli za ciosem i po niedługim okresie czasu prowadzili już 4:2. Hat-tricka wtedy skompletował Daniel Pyza, który sprawiał w tym meczu niesamowite problemy ekipie Grajków. Co trzeba jeszcze oddać, w dalszej części meczu bramkarz Sante parę razy zrehabilitował się za błąd z pierwszej połowy, nie raz i nie dwa dobrze interweniując, ratując przy tym swój zespół przed stratą bramki. To dało dużo pewności zawodnikom z pola, którzy strzelili kolejne dwie bramki. Dopiero na minutę przed końcem Grajkom udało się po raz trzeci pokonać golkipera Sante, ale zbyt wiele już to nie zmieniło. Mecz skończył się wygraną gospodarzy 6:3, choć goście mogą żałować, że tego dnia ich skuteczność zostawiała wiele do życzenia.
BRD Young Warriors wciąż są niepewni swojego utrzymania się na poziomie piątej ligi. Tym bardziej dziwił fakt, że na ławce rezerwowych Gospodarzy nie było nikogo na zmianę. Stado Szakali zdołało się zebrać w swoim optymalnym składzie. Na dodatek w ich barwach debiutował Jan Słupski. Wbrew pozorom początek meczu był zacięty i żadna z drużyn nie mogła znaleźć sposobu na przedarcie się w pole karne rywala. Jako pierwsi niespodziewanie na prowadzenie wyszli Gospodarze za sprawą Michała Walo. Ta sytuacja nie wpłynęła dołująco na morale Szakali, którzy wiedzieli, że zdobycie przez nich bramek było kwestią czasu. Po kilku minutach Karol Janiec doprowadził do wyrównania, a Gospodarzom zaczęła doskwierać wąska kadra meczowa. Od tego momentu Goście rzucili się do ataku i zwęszyli okazję do rozłożenia rywala na łopatki. Co chwilę padała bramka za bramką, a defensywa BRD mogła jedynie bezradnie się temu przyglądać. Wiedzieli, że tego meczu raczej nie wygrają, ale chcieli za wszelką cenę pokazać swoją wolę walki. Po gwizdku sędziego sygnalizującym koniec pierwszej części spotkania było 2:7. Druga połowa meczu to już całkowita dominacja Szakali nad rywalem. BRD zostało zepchnięte w okolice własnego pola karnego i czekało jedynie na okazję z kontr. Przemyślane zmiany personalne po stronie Gości pomogły zachować im świeżość gry do końcowego gwizdka. Po stronie Gospodarzy wyglądało już to nieco gorzej, co rywal skrzętnie wykorzystywał podwyższając za każdym razem prowadzenie. W końcowej fazie spotkania, gdy jego losy były przesądzone BRD był wstanie wyprowadzić skuteczne ciosy, które lekko zmniejszyły rozmiary porażki. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 4:14 utrzymując tym samym Stado Szakali w walce o mistrzostwo.
Walcząca o powrót na trzecią pozycję w lidze drużyna FC Albatros mierzyła się z pozytywnie odmienioną ekipą Tornado Squad, która odbiła się od dna tabeli i ma realne szanse na opuszczenie „czerwonej” strefy. Dla gospodarzy mecz zapowiadał się ciężką przeprawą, za sprawą tylko jednej zmiany, oraz kontuzjowanego bramkarza. Mimo takich problemów przed pierwszym gwizdkiem sędziego, po rozpoczęciu meczu właśnie Albatrosy wyszły na prowadzenie przeciwko szerokiej kadrze gości, którzy starali się przełamać linię defensywną gospodarzy. Ich starania nie przynosiły zamierzonych efektów. Wzmożona obrona bramki zmuszała do oddawania strzałów zza pola karnego, które mimo kontuzji golkiper dawał radę bronić. Grająca „swoje” drużyna gospodarzy powiększyła prowadzenie, a sędzia zakończył tą połowę przy stanie 2:0. W dalszej części meczu prowadzenie po bezpośrednim pięknym strzale z rzutu wolnego zdobył Michał Karaś. Od tej chwili gospodarze nie byli już wstanie umieścić piłki w bramce gości, którzy z każdą minutą wyglądali coraz lepiej, a zdobyta bramka tylko ich zmotywowała do odrabiania strat. Na pięć minut przed końcem strata jeszcze się zmniejszyła i wszystkie siły zostały „przekierowane” na odrabianie jednej bramki. Pomimo bardzo otwartej gry Tornado, gospodarze nie mieli już sił na skuteczne kontry, za to goście nie odpuszczali i po złym wyjściu bramkarza cenny remis zapewnił swojej drużynie Tomek Wiśniewski. Teraz przed Tornado trudny mecz z Munją, a Albatrosy zmierzą się z dziewiątą drużyną ligi.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)