Sezon 2021/2022
Relacje meczowe: 5 Liga
Nie było niespodzianki w meczu Pragi Warszawa z Praskimi Wariatami. Gospodarze byli typowani w roli faworyta i jako faworyt weszli w mecz, bo narzucili swoje warunki gry już po pierwszym gwizdku. Na początku zabrakło trochę dokładności, bo po dwóch akcjach mogło być 2:0, ale zabrakło skutecznego wykończenia. W 5 minucie rzut rożny w wykonaniu Dariusza Pośniaka wykorzystał Piotr Orzechowski, który głową uderzył w długi róg i bramkarz Wariatów musiał wyciągać piłkę z siatki. Goście dość nieśmiało atakowali bramkę Tomasza Benickiego. Skupili się na przepychaniu ofensywy przez środek boiska, ale grali zbyt czytelnie, aby zaskoczyć obrońców Pragi. W 16 minucie Patryk Pawłowski przejął niedokładne podanie, popędził na bramkę gości i nie dał szans Piotrowi Serafimowiczowi. Bramka ta trochę podcięła skrzydła Praskim Wariatom, bo po dwóch kolejnych minutach było już 4:0 po golach Dariusza Pośniaka i Artura Markiewicza i przewaga gospodarzy zaczęła być już wyraźnie widoczna. Bramkę do szatni zapakował Arek Garwacki i pierwsza część spotkania skończyła się solidnym prowadzeniem gości 5:0. Praga powinna prowadzić nawet dużo więcej, ale kilka dobrych interwencji zaliczył bramkarz Wariatów Piotr Serafimowicz, który dopiero rozkręcał się między słupkami bramki swojego zespołu. W drugiej połowie Piotr zaliczył kilka fenomenalnych parad i napastnicy ekipy Patryka Pawłowskiego łapali się za głowy w niedowierzaniu. Napad Praskich Wariatów wykorzystał efekt zaskoczenia i w 32 minucie bramkę kontaktową strzelił Kamil Snopek. Gol ten uskrzydlił zawodników Dawida Chudzia i już po chwili było 5:2 po trafieniu Pawła Roguskiego, który wykorzystał rzut wolny. Dało się odczuć, że gospodarze zaczynają czuć presję ze strony Praskich Wariatów, ale w 44 minucie podanie z rzutu rożnego Paweł Orzechowski strzałem z pierwszej piłki zamienił na gola, który rozwiał wszelkie wątpliwości. Praga przejęła inicjatywę, dołożyła jeszcze jedno trafienie i ostatecznie wygrała 7:2.
W tym spotkaniu frekwencja w obu zespołach nie była zbyt wysoka. O ile dla Przypadkowych Grajków liczba siedmiu graczy to już nawet sporo, o tyle Munja stawiła się z zaledwie meczową szóstką. Do tego oba zespoły grały bez nominalnych bramkarzy, a jeden z zawodników gospodarzy dotarł dopiero po paru minutach, więc Munja zaczynała mecz o jednego gracza mniej. W tym czasie o mały włos Grajki nie wyszły na prowadzenie, ale piłkę zmierzającą do siatki wybił ofiarną interwencją zawodnik z pola. Gdy oba zespoły grały już w pełnych składach, gospodarze wzięli się do roboty. Na początku mieli parę sytuacji, ale nie były one zbyt wymagające dla Piotra Pieńkowskiego. W końcu wynik otworzył Robert Rząca, a parę minut później na 2:0 podwyższył Kacper Drozdowicz. Potem cofnęliśmy się nieco w czasie, gdy Sławek Bogusławski zaliczył bramkę samobójczą, która przypominała tę z meczu Irlandia Północna – Polska z 2009 r., kiedy to Michał Żewłakow podawał do Artura Boruca i piłka przeleciała obok naszego bramkarza. Do przerwy mieliśmy wynik 3:1, gdyż tuż przed końcowym gwizdkiem trafił Eryk Białecki. W drugiej połowie goście próbowali gonić wynik, ale dość długo Munja utrzymywała bezpieczną przewagę. W końcu Grajki trafili na 4:2 i poczuli, że mogą w tym spotkaniu jeszcze coś osiągnąć. W pewnym momencie przenosiliśmy się z jednego pola karnego na drugie, tak bardzo mecz się otworzył. Bohaterem końcówki okazał się Czarek Klimkowski. Najpierw zdobył bramkę na 4:3 po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i strzale głową, a dosłownie na sekundy przed końcem zdecydował się na strzał z dystansu, po którym doprowadził do remisu! Tuż po tym golu arbiter zakończył spotkanie i niespodzianka stała się faktem.
W minioną niedzielę rozegrano trzynastą serię spotkań w ramach 5 Ligi. Na arenie Picassa, o godzinie 10:30, mierzyły się ze sobą ekipy FC Albatros oraz BRD Young Warriors. Starcie czwartej drużyny z siódmą było sprawdzianem dla obydwu drużyn. Dla gospodarzy był to test, czy poważnie myślą o zajęciu miejsc na ligowym pudle, dla gości natomiast czy są w stanie odskoczyć jeszcze bardziej grupie pościgowej. Sensacyjnie, skład stawiany w roli drugoplanowej otworzył wynik, za sprawą trafienia z drugiej minuty spotkania. Po kuriozalnym błędzie bramkarza podczas piąstkowania, zawodnik gości wyskoczył do główki i umieścił piłkę w pustej bramce. Radość nie trwała jednak zbyt długo. Już po sześciu minutach wyrównał Sebastian Łuczak, a bramki z dwudziestej trzeciej oraz dwudziestej czwartej minuty, autorstwa odpowiednio Damiana Kurasiewicza oraz Michała Rzeczkowskiego zapewniły bezpieczną przewagę przed przerwą. Druga odsłona tego widowiska była już natomiast o wiele bardziej wyrównana. Po trzy bramki zdobyli zarówno gospodarze jak i goście. BRD Young Warriors zbliżyło się w pewnym momencie nawet na jedną bramkę. Niestety dla nich, wszelkie marzenia o zwycięstwie zabrał im Jakub Hemperek, po asyście Macieja Dyjewskiego. Tym samym spotkanie zakończyło się wynikiem 6:4 na korzyść zespołu gospodarzy. Dzięki temu sukcesowi niewątpliwie przybliżyli się do założonego celu, jakim jest awans na trzecią lokatę w ligowej tabeli.
Tornado Squad tym razem nie zatrzęsło rywalami i mimo dobrej wiosennej passy ulegli East Team 4:2. Faworyt jakiego obstawialiśmy nie zawiódł nas w tym meczu, a dodatkowo na wyróżnienie zasługuje gra Zhasulana Kamantaya, który został MVP 5 ligi w tej kolejce. To właśnie ten gracz zdobył nasze serca, ponieważ jego gra, dwie świetne bramki i asysta spowodowały to prestiżowe wyróżnienie. Pierwsza połowa spotkania rozpoczęła się golem dla Tornado. Już w 4 minucie Michał Nawrocki doprowadził do wyniku 0:1. Szczęście gości nie trwało długo bo za dwie minuty gospodarze wyrównali wynik. Wiele akcji w pierwszej połowie nie kończyło się golami. Mimo szczerych chęci, Tornado Squad zabrakło dobrego wykończenia. Drużyny znajdują się na przeciwległych miejscach w tabeli, ale dzięki bojowemu nastawieniu gości jak i gospodarzy pozwoliło to na całkiem przyjemne dla oka widowisko. W 19 minucie Anass El Ansari oddał niezwykle spektakularny strzał po wyrzucie z autu i wynik zamienił się już na 2:1 dla East Team. Po kilku minutach znów sytuację wykorzystał El Ansari i z wyniku coraz mniej zadowoleni byli zawodnicy Tornada. Gwizdek rozpoczynający drugą połowę obwieścił drużynie gości, że zostało już tylko 25 minut aby odwrócić sytuację. Do końca meczu tak już się jednak nie stało. Mateusz Bielecki przy asyście Piotra Bratkowskiego zdobyli jeszcze jedną bramkę dla Tornado Squad, natomiast mecz zakończył się wynikiem 4:2 dla drużyny ze Wschodu. Obecnie plasują się oni na drugim miejscu w tabeli, a Tornado Squad w strefie spadkowej.
Sante, które ma raczej stabilną sytuacje w ligowej tabeli, podejmował Stado Szakali, którzy wprost musieli wywalczyć 3 punkty, żeby po słabszych ostatnich kolejkach dalej pozostali w walce o mistrzostwo. Determinacji na pewno nie brakowało, już w pierwszej groźnej akcji Szakale objęli prowadzenie, Maurycy Ostaszewski nie dał szans interweniującemu Kamilowi Opałce. Sante po drzemce z początku meczu zaczęło się budzić i wyglądali naprawdę coraz lepiej z każdą upływającą minutą. W pierwszych 25 minutach zobaczyliśmy jeszcze jedną bramkę, Tomasz Cacko doprowadził do wyrównania co zapowiadało nam spore emocji w pozostałej części spotkania. Druga połowa to jednak już zdecydowane ataki Szakali, którzy chyba sobie przypomnieli po co przyjechali w niedzielne popołudnie na Grenady. Goście zaczęli punktować rywali, 3 szybko zdobyte kolejne bramki zapewniły nieco spokoju i nie zmienił tego fakt, że Tomasz Cacko zdobył swoją drugą bramkę. Stado Szakali wygrało 5:2, i wciąż pozostają w walce o najwyższe cele, z drugiej strony Sante dalej ma bezpieczne miejsce w tabeli, ale w każdej chwili ta sytuacja może się zmienić, więc muszą być cały czas skoncentrowani i przede wszystkim przychodzić na mecze większą liczbą ludzi, bo na pewno w minioną niedzielę zauważalny był brak Łukasza Stefaniaka, który zawsze jest groźny dla bramkarzy rywali.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)