Sezon 2023/2024
Relacje meczowe: 13 Liga
Green Team i Szereg Homogenizowany za cel postawiły sobie prawdopodobnie obecność w górnej połowie tabeli na koniec sezonu. By zrobić ważny krok w tym kierunku, należało rozstrzygnąć na swoją korzyść niedzielne starcie. Po obu stronach nie brakowało kłopotów kadrowych, ale gdy mecz się zaczął przestało to mieć znaczenie. W pierwszej połowie zdecydowanie więcej okazji miał Szereg. Grę tej ekipy nakręcał przede wszystkim Jan Mitrowski, który swoimi indywidualnymi szarżami siał popłoch w obronie przeciwnika. To właśnie jego gol pozwolił Szeregowi wyjść w pewnym momencie na prowadzenie 2:1 i przy tym wyniku Artur Moczulski i spółka mieli jeszcze naprawdę mnóstwo okazji, by podwyższyć stan posiadania. Ale nie wykorzystali ich, co spotkało się z bardzo srogą karą, bo grający do tej pory dość niemrawo Green Team strzelił dwa gole z rzędu w odstępie 60 sekund. I to on prowadził 25 minutach gry. W drugą odsłonę ponownie lepiej wszedł Szereg. Wyrównał, potem miał już bramkę zapasu i myśleliśmy, że chłopaki są na dobrej drodze, by zgarnąć tutaj całą pulę. Jednak im dłużej trwało spotkanie, tym tej ekipie brakowało dyscypliny. W obronie robiły się coraz większe dziury, co rywal zaczął skutecznie wykorzystywać. Artur Moczulski często był pozostawiany sam sobie i chociaż wiele piłek obronił, to coraz częściej sięgał do siatki. I tak z wyniku 3:4 zrobiło się 7:5. Tak naprawdę, to ten rezultat mógł być dużo wyższy, bo obydwie ekipy prześcigały się w marnowaniu dogodnych okazji. W obozie Zielonych było jednak więcej doświadczenia i to głównie ono zdecydowało o sukcesie. Bardzo dobrze prezentował się Bartek Grzywacz, wtórował mu Daniel Kurowski i gdy różnica wynosiła już trzy gole, nie było opcji, by ekipie Roberta Zawistowskiego stała się krzywda. Rywale odpowiedzieli tylko jednym trafieniem i powinni tego spotkania żałować. Bo piłkarsko wcale nie byli słabsi, ale w pierwszej połowie pokpili sprawę pod kątem skuteczności a w drugiej zgubili konsekwencję i musieli się pogodzić z porażką. To oznacza, że są obecnie poza TOP 5 a co za tym idzie – poza Pucharem Ligi. Green Team jest już z kolei praktycznie pewny czwartej lokaty, czyli najwyższej możliwej, o jaką mógł realnie powalczyć. I teraz trzeba zrobić wszystko, by utrzymać się na niej do końca rozgrywek.
Gracze Asap Vegas rozkręcili się ostatnio na dobre. Bez względu na klasę rywala, wygrywali ze wszystkimi a ponieważ za kolejnego przeciwnika mieli zespół, który w tej rundzie wygrał tylko z outsiderem z Oldboys Derby, to możliwy scenariusz wydawał się być tylko jeden. Długo jednak nie mogliśmy się doczekać, by podopieczni Norberta Dymińskiego potwierdzili swoją dobrą formę z minionych tygodni. Co prawda z gry mieli więcej od NieDzielnych II, to jednak nie potrafili tego przełożyć na gole i tak na dobrą sprawę stworzyli sobie jedną 100% okazję, której jednak pod koniec premierowej części gry nie wykorzystał Sebastian Walczak. Tym samym wynik rywalizacji po 25 minutach był niecodzienny – 0:0. Ale w drugiej połowie worek z bramkami rozwiązał się dość szybko. Najpierw Sebastian Walczak zrehabilitował się za poprzednią okazję i strzałem piętą pokonał Kamila Jarosza, a minutę później golkiper NieDzielnych sprezentował gola konkurentom, nabijając piłką Mateusza Kanię i futbolówka ugrzęzła w siatce. Myśleliśmy, że oto mamy do czynienia z kulminacyjnym momentem spotkania. Że NieDzielnym właśnie wybito z głowy marzenia o punktach. Ale ten zespół nie poddał się i w 42 minucie Przemek Sosnowski ładnym uderzeniem po dalszym rogu pokonał heroicznie (i to dosłownie) broniącego bramkarza rywali. NieDzielni II poszli za ciosem i w 44 minucie arbiter odgwizdał wślizg w polu karnym Norberta Dymińskiego, a strzał z "wapna" na gola zamienił Marcin Aksamitowski. Ten sam zawodnik przysłużył się drużynie w kolejnej akcji, gdzie szczęśliwie wygrał przebitkę o piłkę, ta doleciała do Maćka Piątka, który z zimną krwią wpakował ją do bramki! Gracze Vegas byli w szoku, że z meczu, zmierzającego w jedną stronę, wszystko zaczęło im się wymykać z rąk. Nie byli już w stanie wrócić na poziom prezentowany wcześniej, a ich los przypieczętował Zbigniew Grędowicz, trafiając na 4:2. Po naprawdę szalonym spotkaniu NieDzielni II, chociaż jeszcze do 42 minuty przegrywali 0:2, ostatecznie zgarniają trzy punkty. Był w tym wszystkim element szczęścia, natomiast trzeba oddać chłopakom, że jak już poczuli krew, to nie wypuścili rywala z narożnika. I nawet jeśli niewiele to zmienia w kontekście walki o utrzymanie, to taki sukces trzeba docenić. A czy zawodnicy Asap zbyt szybko uwierzyli, że całą pulę mają w kieszeni? Wydaje nam się, że nie, ale czasami tak jest, że tracisz bramkę i gubisz swój rytm. I chyba właśnie tego byliśmy tutaj świadkami.
W 13 lidze 16 kolejki zmierzyły się ze sobą ekipy Old Boys Derby lll oraz Gentelman Warsaw Team. Zespół gospodarzy zajmuje ostatnie miejsce w tabeli i nie uniknie już spadku, natomiast drużyna gości jest na 7 lokacie z 18 punktami. Pierwsza połowa przebiegła dość jednostronnie na korzyść Gentelmanów. Wygrali ją aż 0:6, nie dając praktycznie żadnych dogodnych szans na zdobycie choć jednej bramki oponentom. Mecz po 25 minut wydawał się być rozstrzygnięty i nie do odratowania, a druga część spotkania zapowiadała się podobnie. Dochodzi jednak do sytuacji, w której zawodnik ekipy gości broni strzał ręką i dostaje czerwoną kartkę. Zostaje podyktowany rzut karny, którego nie trafia Rafał Bujalski a świetną interwencją popisuje się bramkarz Jakub Augustyniak. Nikt jednak nie asekuruje swojego golkipera i następuje dobitka, dzięki czemu gospodarze zdobywają pierwszą bramkę w tym spotkaniu. Dzięki grze w przewadze udaje się im zainkasować kolejne dwa trafienia, ale przez zbyt wolną grę udaje im się strzelić tylko trzy gole. Po uzupełnieniu składu przez Gentlemanów, goście strzelają jeszcze jedną bramkę i wygrywają ostatecznie mecz 3:7.
Obydwie ekipy Furduncio Brasil nie mają szczęścia do Areny Grenady. Kiedy przyjechały tutaj po raz ostatni, to przegrała zarówno pierwsza ich drużyna, jak i druga. Zastanawialiśmy się, czy w tę niedzielę uda się przełamać kiepską serię, chociaż pierwszym rywalem „dwójki” byli Wystrzeleni. Walka szła o drugie miejsce w tabeli, więc tutaj nikt nie zamierzał odpuszczać, dzięki czemu mogliśmy się nastawić na twardą, męską grę aż do ostatniego gwizdka. Spotkanie, aż do pierwszego gola, okazało się jednak dość zamknięte. Widać było wzajemny respekt oraz to, że tutaj nikt nie chce popełnić błędu jako pierwszy. No ale w 18 minucie w końcu doczekaliśmy się otwarcia wyniku – jeden z obrońców dopuścił się trzymania w polu karnym, sędzia to wychwycił a rzut karny skutecznie wykorzystał Michał Opiński. Brazylijczycy zdołali jednak wyrównać w samej końcówce 1.połowy, gdy wykorzystali grę w przewadze, po żółtej kartce dla Adama Szczygielskiego. Druga połowa rozkręciła nam się znacznie szybciej. Zaczęło się od bramki dla Wystrzelonych, którą zdobył Witek Kalinowski. Jeden gol różnicy to żadna przewaga, ale sytuacja z perspektywy Kanarków robiła się coraz gorsza. W okolicach 40 minuty za zagranie ręką poza polem karnym sędzia pokazał żółtą kartkę bramkarzowi, Juanowi Agudelo. Wystrzeleni domagali się czerwonej, ale sytuacja była dynamiczna i arbitrowi trudno było jednocześnie ocenić, czy piłka dotknęła ręki i gdzie zmierzała, gdyby kontaktu z dłonią nie było. Arbiter małe niedopatrzenie popełnił jednak wyciągając konsekwencje, bo pozwolił bramkarzowi zostać na placu, a zamiast niego zszedł zawodnika z pola. Według regulaminu powinno być odwrotnie. Nie miało to jednak żadnego znaczenia dla losów spotkania, bo lada moment Joel Griselain nacisnął na jednego z obrońców i zmusił go do pomyłki, która kosztowała Furduncio trafienie na 1:3. Ten wynik należało już dociągnąć do samego końca i trzeba przyznać, że Wystrzeleni zrobili to z dużą klasą, bo tutaj nie było paniki czy obrony Częstochowy, tylko solidność i konsekwencja. A ponieważ rywal trochę się odsłonił, to na kilka chwil przed końcem wynik na 4:1 ustalił Kamil Opaliński. Wystrzeleni pokazali dużą jakość i zasłużenie pokonali Canarinhos. A to wszystko oznacza, że nie tylko niemal zapewnili sobie srebro, to jeszcze wciąż mają szansę na złoto, zwłaszcza że w ostatniej kolejce podejmą lidera, Piwo Po Meczu. Jeśli chodzi o Brazylijczyków, to brakowało im rozmachu i kogoś z przodu, który zrobiłby trochę zamieszania. Inna sprawa, że przegrali to spotkanie trochę na własne życzenie, bo część bramek które stracili to z kategorii tych, których można było uniknąć. Piłka nożna to jednak gra błędów i oni w niedzielę popełnili ich zdecydowanie za dużo.
Przy korzystnych wiatrach mogło się zdarzyć, że ekipa Piwo Po Meczu mogła w tę niedzielę być o krok od mistrzostwa 12.ligi. Do tego była potrzebna strata punktów przez Wystrzelonych oraz własne zwycięstwo nad Pogromcami Poprzeczek. Obydwa te warunki były spokojnie do zrealizowania, aczkolwiek połowa planu wysypała się tuż przed pierwszym gwizdkiem, bo niemal na oczach Piwoszy, Wystrzeleni pokonali Brazylijczyków. Tym samym ekipa Piotrka Zakrzewskiego musiała już skupić się na sobie, aby przypadkiem nie zaliczyć wpadki z zespołem Mateusza Niewiadomego. Tym bardziej, że ilekroć obserwujemy Pogromców na Arenie Grenady, to nawet jeśli wynik zgadza się rzadko (albo wcale), to gra jest znacznie lepsza niż suche rezultaty. Nie inaczej było tym razem. Początek należał właśnie do Pogromców, którzy fajnie weszli w spotkanie i objęli prowadzenie po trafieniu Bartka Kusia. Oczywiście rywale też mieli sporo okazji, jednak Piwosze znani są z tego, że czasami potrzebują więcej czasu na ustawienie odpowiednich obrotów. Gdy wreszcie jednak weszli na odpowiedni poziom, to w krótkim odstępie zdobyli dwa szybkie gole i z umiarkowanym spokojem mogli oczekiwać drugiej połowy. Tutaj poszło już z górki. Zaczęło się od błyskawicznego gola Rafała Wierciocha, po asyście Michała Świercza i wraz ze złapaniem luzu przez faworytów, przewaga bramkowa zaczęła się powiększać. W pewnym momencie wynik brzmiał już 1:5, ale Pogromcom w drugiej połowie również udało się ukłuć, a gola zanotował Mateusz Niewiadomy. Ostatnie słowo należało jednak do przeciwników, którzy wygrali 6:2 i mają trzy punkty przewagi nad Wystrzelonymi. I w perspektywie ostatni mecz w sezonie właśnie z tym zespołem, co zapowiada spore emocje. Pogromcy stracili natomiast nawet matematyczną szansę na utrzymanie, jakkolwiek wszyscy wiemy, że w tej drużynie chodzi o coś więcej niż miejsce w tabeli. Dlatego możemy być pewni, że do finałowych dwóch spotkań, podejdą z takim samym nastawieniem, jak do wszystkich dotychczasowych.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)