reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualności
aktualności
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
SUPERBET CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
10:00

3. Liga po raz kolejny udowodniła, jak niewielkie różnice dzielą zespoły ze środka tabeli. Starcie siódmej Prykarpattii z szóstym GLK było czymś więcej niż zwykłym meczem o trzy punkty - dla obu drużyn była to szansa na wykonanie ważnego kroku w stronę realizacji swoich celów. Gospodarze chcieli zatrzeć fatalne wrażenie po ostatniej porażce i oddalić się od strefy spadkowej, natomiast GLK przyjechało z myślą o pogoni za podium, do którego przed kolejką traciło zaledwie pięć punktów. Obie drużyny potraktowały to spotkanie bardzo poważnie, wystawiając mocne i jakościowe składy. Już od pierwszych minut było widać, że nie zabraknie intensywności i dobrej piłki. Tempo meczu było wysokie, akcje składne, a zawodnicy nie bali się gry do przodu.

Lepiej w spotkanie weszło jednak GLK. Drużyna prowadzona przez Sawickiego, który świetnie kierował grą zespołu, wyglądała dojrzalej i spokojniej w rozegraniu. Goście zyskali przewagę zarówno pod względem kultury gry, jak i samego wyniku. Do przerwy prowadzili 2:1, a chwilę po zmianie stron było już 4:2 i wydawało się, że mają wydarzenia boiskowe pod pełną kontrolą. Wtedy nastąpił jednak moment przełomowy.

Prykarpattia się przebudziła. Gospodarze zaczęli grać z dużo większą agresją i odwagą, a sygnał do ataku dał Andrii Dutchak. To właśnie on wziął ciężar gry na siebie i swoim charakterem oraz aktywnością ofensywną napędził cały zespół. Jego zaangażowanie udzieliło się kolegom, którzy ruszyli do przodu z ogromną energią. Od tego momentu mecz całkowicie zmienił swój kierunek. Na jedno trafienie GLK gospodarze odpowiedzieli aż pięcioma bramkami. Prykarpattia grała coraz odważniej, a osłabione i wyraźnie tracące kontrolę GLK zostało zepchnięte do defensywy. Ostatecznie gospodarze wygrali 7:5, odwracając losy spotkania w imponującym stylu. To zwycięstwo daje im ogromną ulgę przed trzema ostatnimi kolejkami i pozwala odskoczyć od strefy spadkowej.

GLK natomiast mocno skomplikowało sobie walkę o podium. Choć matematycznie wciąż wszystko jest możliwe, strata punktów w takim meczu może okazać się bardzo kosztowna.

2
10:00

Starcie w 3. Lidze pomiędzy liderem FC Vikersonn UA I a ekipą Orzeły Stolicy zapowiadało się jako klasyczny pojedynek Dawida z Goliatem. Biorąc pod uwagę sytuację w tabeli oraz fakt, że goście stawili się na to spotkanie mocno okrojonym składem, praktycznie bez ławki rezerwowych, faworyt mógł być tylko jeden. Spodziewaliśmy się, że lider będzie chciał wykorzystać tę sytuację do solidnego podreperowania swojego bilansu bramkowego, a dla Orzełów będzie to przede wszystkim mecz o przetrwanie.

Zgodnie z przewidywaniami od pierwszego gwizdka oglądaliśmy całkowitą dominację gospodarzy. FC Vikersonn szybko zepchnął rywali do głębokiej defensywy, prowadził grę i budował kolejne ataki pozycyjne. Orzeły skupiły się głównie na bronieniu dostępu do własnej bramki i szukaniu szans w nielicznych kontrach, choć argumentów ofensywnych wyraźnie im brakowało. Mimo gigantycznej przewagi lider raził nieskutecznością. Oglądaliśmy prawdziwy festiwal zmarnowanych sytuacji - gospodarze pudłowali nawet z pozycji, z których piłka wręcz powinna wpadać do siatki. Niemoc przełamał dopiero w 19. minucie Yurii Rubinski, otwierając wynik po podaniu Ivana Vovka. Zaledwie dwie minuty później ten sam duet wypracował kolejną bramkę i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 2:0.

Po zmianie stron obraz gry praktycznie się nie zmienił. FC Vikersonn nadal miał wszystko pod kontrolą, kreował kolejne stuprocentowe okazje, ale piłka wciąż nie wpadała do bramki z oczekiwaną częstotliwością. Przy linii bocznej było widać sporą frustrację prezesa Vikersonna, który głośno domagał się od swoich zawodników większej koncentracji i kolejnych trafień. Stare piłkarskie porzekadło mówi, że niewykorzystane sytuacje lubią się mścić, ale tego dnia osłabione Orły nie miały sił, by zagrozić liderowi. Tymczasem swój prywatny koncert kontynuował Rubinski. W 27. minucie skompletował hat-tricka - ponownie po asyście Vovka - a w 35. minucie ustalił wynik spotkania na 4:0, wykorzystując dogranie Valeriia Shulhy.

Mecz zakończył się pewnym zwycięstwem FC Vikersonn UA I 4:0. Lider zachował czyste konto i dopisał do swojego dorobku obowiązkowe trzy punkty, choć w ich obozie pozostał lekki niedosyt związany z liczbą niewykorzystanych okazji.

Z kolei Orzełom Stolicy, mimo porażki, należą się ogromne brawa za charakter. Biorąc pod uwagę problemy kadrowe, zostawili na boisku mnóstwo zdrowia. Wynik nie jest dla nich najgorszy, a ogromna w tym zasługa świetnie dysponowanego bramkarza. Arkadiusz Ciołek dwoił się i troił między słupkami, wielokrotnie ratując swój zespół przed znacznie wyższą porażką.

3
15:00

Zapowiedź głosiła, że pewni wyniku nie będziemy aż do ostatniego gwizdka i słowo faktem się stało. Deluxe Barbershop podejmowało wiosenną rewelację ligi, Husarię Mokotów II, która w tej części sezonu przegrała jedynie z liderem. Spotkanie pozostawało otwarte praktycznie do samego końca.

Mecz ruszył dość spokojnie - kilka minut badania się z obu stron, zanim Tula otworzył wynik mocnym strzałem po ładnej klepce. Mammadov szybko wyrównał, ale chwilę później byliśmy świadkami kuriozalnej bramki. Bramkarz Husarii rozgrywał piłkę wysoko, jego niecelne podanie przechwycił Mammadov, który przy okazji oddalenia zagrożenia od własnej bramki zdobył gola… z własnego pola karnego. Po takim ciosie Husaria jednak się podniosła. Hübner po długim podaniu zdobył bramkę kontaktową, a Mizzayev po rzucie rożnym dał gospodarzom prowadzenie 3:2. Nerwy zaczynały rosnąć, a dyskusje z arbitrem stawały się coraz bardziej pretensjonalne.

Po przerwie Narimanli strzałem sprzed pola karnego podwyższył na 4:2 po sporym zamieszaniu pod bramką. Wydawało się, że Deluxe spokojnie dowiezie wynik, ale to zdecydowanie nie był mecz dla spokojnych. Borowski po stałym fragmencie zapoczątkował powrót Husarii, a Tula genialnym uderzeniem z dystansu po krótkim rozegraniu doprowadził do remisu 4:4. Trafienia Mizzayeva i Aliyeva, poprzedzone świetnym pressingiem, sprawiły, że gospodarze kolejny raz odskoczyli rywalom. Husaria walczyła jednak do samego końca. Hübner z ostrego kąta zdobył gola kontaktowego, a Wdowiński z zimną krwią wykończył akcję na 6:6.

Sprawiedliwy podział punktów w bardzo intensywnym i emocjonującym meczu. Husaria po raz kolejny udowodniła, że w tej drużynie bohater zawsze znajduje się wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny.

4
15:00

W meczu drużyn zamykających tabelę ekipa Tonie Majami podejmowała Łowców II. Spotkanie zapowiadało się na naprawdę emocjonujące widowisko. Obie drużyny musiały szukać punktów, by spróbować odrobić straty do miejsca dającego utrzymanie w lidze.

Pierwsza połowa uraczyła nas dużą ilością walki w środku pola i ciągłą zmianą drużyny będącej przy piłce. W tej batalii odrobinę lepiej odnaleźli się gospodarze i to oni po indywidualnym rajdzie, minięciu bramkarza i strzale do pustej bramki wyszli na prowadzenie. Wynik nie uległ już zmianie aż do gwizdka oznaczającego przerwę.

W drugiej odsłonie obie ekipy wrzuciły wyższy bieg i obejrzeliśmy zdecydowanie więcej sytuacji bramkowych oraz strzałów. W tej części nieco lepsi okazali się Łowcy, którzy po stracie drugiego gola zdołali szybko wyrównać stan rywalizacji. To jednak, co „misie lubią najbardziej”, czyli prawdziwy miodek tego spotkania, przyszło dopiero pod sam koniec. Chwilę przed ostatnim gwizdkiem sędzia podyktował rzut karny dla gospodarzy, którzy pewnie zamienili jedenastkę na gola. I okej - takie sytuacje się zdarzają. Po szybkim wznowieniu gry przez gości piłka została jednak natychmiast posłana długim podaniem w pole karne Tonie Majami i… chwilę później również Łowcy otrzymali rzut karny. Anton Nautiak stanął na wysokości zadania i pewnie wykorzystał jedenastkę, po której sędzia zakończył spotkanie.

Podział punktów zapewne nie uszczęśliwia żadnej ze stron, jednak tego dnia było to maksimum, jakie obie drużyny były w stanie ugrać. O pełną pulę muszą więc powalczyć w następnych kolejkach.

5
15:00

W meczu 15. kolejki 3. Ligi Fanów doszło do prawdziwego hitu sezonu. Wicelider tabeli - FC Comeback - podejmował czwartą w tabeli Warsaw Sinaloa. Stawka była ogromna, ponieważ wynik tego spotkania mógł w dużej mierze zadecydować o losach walki o awans.

Od pierwszych minut było widać, że oba zespoły doskonale zdają sobie sprawę z wagi tego starcia. FC Comeback próbował narzucić swoje warunki gry i wykorzystać atut wysokiej pozycji w tabeli, jednak Warsaw Sinaloa odpowiedziała bardzo ofensywnym i bezpośrednim futbolem. Mecz szybko zamienił się w wymianę ciosów, a tempo praktycznie ani na moment nie spadało.

Pierwsza połowa zakończyła się prowadzeniem Warsaw Sinaloa 8:6, choć FC Comeback kilkukrotnie wracał do gry po straconych bramkach. Kluczowa okazała się skuteczność Sinaloi w kontratakach oraz dobra organizacja w ofensywie. Mimo ambitnej postawy gospodarzy rywale potrafili wykorzystać niemal każdy błąd defensywy.

Po przerwie emocji było jeszcze więcej. FC Comeback ruszył do odrabiania strat i momentami zamykał przeciwników na ich połowie. Warsaw Sinaloa zachowała jednak zimną krew i odpowiadała kolejnymi trafieniami w najważniejszych momentach meczu. Spotkanie było twarde, dynamiczne i pełne walki o każdy metr boiska, co idealnie oddawało rangę tego pojedynku.

Ostatecznie Warsaw Sinaloa zwyciężyła 11:8, odnosząc niezwykle cenne zwycięstwo w kontekście walki o czołowe miejsca i awans. Dzięki temu triumfowi zespół wysłał jasny sygnał reszcie ligi, że w końcówce sezonu będzie liczył się w walce o najwyższe cele. Dla FC Comeback była to bolesna porażka, ale jednocześnie mecz pokazał, że drużyna nadal ma potencjał, by walczyć do samego końca.

Reklama