reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
08:00

Minionej niedzieli na obiektach warszawskiego AWF-u stanęły naprzeciwko siebie ekipy Ajaksu Warszawa oraz Lisów Bez Polisy. Starcie w ramach trzynastej kolejki dwunastej ligi zapowiadało się niezwykle emocjonująco z dwóch powodów. Pierwszym z nich była chęć odegrania się na gościach, z którymi gospodarze ulegli wyraźnie w inaugurującej serii spotkań aż 0:12. Drugim z aspektów, które przed startem rywalizacji podkreślały jej powagę było bliskie sąsiedztwo w ligowej tabeli. Zawodnicy w pomarańczowych strojach jak dotąd zgromadzili 19 punktów, co pozwoliło im znaleźć miejsce nad strefą spadkową z relatywnie wysoką przewagę nad ostatnim zabezpieczonym przed spadkiem Ajaksem. Należy ponadto nadmienić, że w przypadku ewentualnej porażki, przewaga Lisów mogła stopnieć do niespełna dwóch oczek, co w kontekście walki o utrzymanie mogło okazać się decydujące. Pierwsi do głosu doszli goście, którzy w pewnym stylu rozpoczęli mecz. Dzięki jednej bramce Piotra Plewy oraz dwóm trafieniom Damiana Borkowskiego bardzo szybko mogli cieszyć się z wysokiego prowadzenia 0:3. W dalszej części spotkania niestety roztrwonili przewagę, przez co schodzili na przerwę przy wyniku 2:3. W drugiej odsłonie tego pojedynku sytuacja zmieniła się diametralnie. To gospodarze przejęli inicjatywę i stopniowo zaczynali kontrolować przebieg gry. Efektem tego było najpierw wyrównanie po golu z wolnego Bartka Kopacza oraz późniejsze objęcie prowadzenie przy stanie 4:3. Obydwie ekipy od tego momentu rozpoczęły otwartą wymianę ciosów, która zakończyła się przy wyniku 5:5, kiedy to Ajaks Warszawa wyszedł na dwubramkowe prowadzenie. Mimo usilnych starań ze strony gości, jedyne, na co było ich stać to zaledwie jedna bramka, przez co mecz zakończył się wynikiem 7:6.

3
14:00

Naprawdę niewiele zabrakło do remontady w starciu FC Warsaw Wilanów z pierwszym zespołem Niedzielnych. Z uwagi na warunki pogodowe, w lepszej sytuacji przed meczem byli gospodarze, którzy mieli kilka zmian, natomiast w ekipie gości zabrakło choćby jednego zmiennika, co stawiało duży znak zapytania na tempie meczu. Początek spotkania zdecydowanie na korzyść gospodarzy, którzy dość szybko przejęli inicjatywę, a w ich grze było widać spokój. Swoją dobrą grę udokumentował trafieniem Piotr Wdowiński, który sprytnym strzałem otworzył wynik spotkania. Podwyższenie nastąpiło po wyprowadzonej przez Karola Kowalskiego kontrze, a z jego świetnego podania skorzystał Kuba Świtalski. Ozdobą pierwszej połowy był gol Piotra Kęska, który po asyście od Karola Kowalskiego zdecydował się na potężny strzał, wobec którego bezradny był Marcin Aksamitowski. Kiedy wydawało się, że ekipa z Wilanowa ma mecz pod kontrolą, w ekipie gości aktywował się Michał Drosio, który najpierw wypracował okazję strzelecką dla Jakuba Janczyka, a następnie wpisał się na listę strzelców, ustalając wynik pierwszej odsłony na 3:2. Po zmianie stron Michał kontynuował swój świetny występ, najpierw strzelając gola wyrównującego stan meczu, a następnie po podaniu Sławomira Godyńskiego zapakował piłkę pod poprzeczkę, wyprowadzając swój zespół po raz pierwszy na prowadzenie. Wyprowadzenie swojego zespołu z deficytu 3:0 do stanu 3:4 było niemałym wyczynem, i niewiele brakowało, aby Michał został absolutnym bohaterem tego spotkania, jednak ostatecznie to ekipa z Wilanowa zachowała więcej zimnej krwi. Niezawodny duet Kuba Świtalski & Karol Kowalski odwrócili losy spotkania, a konstruktorem akcji ofensywnej w obu przypadkach był Kuba, po którego podaniach zwycięstwo gospodarzom zapewnił Karol, autor dwóch ostatnich trafień, które ustaliły wynik spotkania na 5:4. Wśród gości mecz z hattrickiem zakończył Michał Drosio, ale bohaterem spotkania został ostatecznie Karol Kowalski z FC Warsaw Wilanów.

4
15:00

O Shitable pisało się ostatnio sporo i to w pozytywnym kontekście. Chłopaki potrafili kilka tygodni temu pokonać wicelidera tabeli, FC Warsaw Wilanów, a ostatnio zremisowali z będącym na fali Ajaksem Warszawa. Ale nawet gdyby nie zdobyli w tych meczach czterech punktów, to i tak byliby zdecydowanym faworytem w starcu z AFC Niezamocni. Za nominalnymi gospodarzami przemawiało niewiele, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę niezłe – jak na nich – występy w poprzednich kolejkach. Ta ekipa ma jednak tendencję, że potrafi dotrzymać poziomu przeciwnikowi przez jakiś czas, ale na dłuższym odcinku nie jest w stanie grać w sposób stabilny. No i trochę to się potwierdziło w ostatnią niedzielę, bo podopieczni Dawida Brzoskowskiego mieli sporo dobrych momentów, wydawało się nawet, że może pokuszą się o punkty, a skończyło się – niemal – jak zwykle. Zacznijmy jednak od początku. Niezamocnym udało się wyjść na prowadzenie, ale radość z niego trwała bardzo krótko. Rywale odpowiedzieli dwoma golami i widać było, że powoli zyskują przewagę. Świadczył o tym również wynik do przerwy, który brzmiał 4:2 na korzyść Shitable i chociaż niczego on nie zamykał, to jednak sugerował, jak to się wszystko skończy. Nie wiedzieliśmy jednak, że w obozie Niezamocnych jest aż dwóch graczy, którzy mogą wziąć na swoje barki odpowiedzialność za wynik. Pierwszy to oczywiście sam kapitan, natomiast na bohatera tej potyczki wyrósł Marcin Popławski. Ten zawodnik strzelał, asystował i dzięki jego świetnej grze, ligowi outsiderzy doszli do stanu 5:5! No i właśnie wtedy wróciły stare grzechy, a być może jeszcze brak doświadczenia. Końcówka spotkania należała bowiem w całości do graczy Shitable, którzy wrócili na właściwe tory, zainkasowali dwa trafienia i wygrali 7:5. Nie było więc sensacji, natomiast cieszy, że w obozie AFC mamy coraz więcej zawodników, którzy potrafią zrobić coś z niczego. Tego meczu na pewno trochę szkoda, podobnie jak poprzedniego z NieDzielnymi, bo można było z nich wycisnąć kilka punktów, co dałoby pozytywnego kopa na pozostałą część sezonu. Co do Shitable, to oni po ostatnich spotkaniach nie tylko uciekli od strefy spadkowej, ale tracą tylko cztery punkty do podium. I chociaż faworytami w wyścigu po medal nie są, to na pewno zrobią wszystko, by pozostać w nim jak najdłużej.

5
22:00

Na zakończenie dnia pełnego ligowych zmagań, o godzinie 22:00 stanęły naprzeciwko siebie ekipy liderujących w dwunastej lidze, Essing Gorillaz oraz mającego spore aspiracje WEiTI United. Gospodarze zdaje się, że z taką formą są zdecydowanie bliżej spełnienia przedsezonowych założeń, którymi z takim urodzajem kadrowym są ciągłe zwycięstwa, zwieńczone finalnym triumfem – wygraniem mistrzostwa ligi. Rywal przed trzynastą serią gier zajmował eq aequo trzecie miejsce, gromadząc jak do tej pory tyle samo punktów co Sportano Football Club. Goście niedzielnego starcia znajdowali się więc na przysłowiowym „musiku”, biorąc pod uwagę wygraną bezpośredniego rywala o miejsce na pudle. Zasadniczo pierwsza połowa upłynęła nam obserwatorom na przyglądaniu się niezwykle ciekawemu i jakże wyrównanemu widowisku. Obydwie ekipy od samego początku rozpoczęły swoje ofensywne akcje, spychając na boczny tor sumienną grę w defensywie. Być może jest to pokłosiem młodego wieku, który często wiąże się z radosnym, a nie pragmatycznym futbolem. Wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie. Pierwsi wynik otworzyli gospodarze, którzy minutę później zmuszeni byli wyjmować piłkę z bramki. Po chwili od remisu padła kolejna bramka, autorstwa zawodnika gości, Szymona Auguścika. Mimo prowadzenia ekipa WEiTI straciła przodownictwo, by po około 7 minutach walczyć o remis. Sztuka ta udała im się, ponieważ na przerwę schodzili z podniesionymi głowami, przy wyniku 4:4. Niestety dla nich równy poziom względem rywala potrafili utrzymać zaledwie do wyniku 6:6. Później spotkanie zostało zdecydowanie zdominowane przez skuteczniejszych rywali z Essing Gorillaz, którzy mogli świętować wysoką wygraną 10:6.

Reklama