Sezon 2023/2024
Relacje meczowe: 12 Liga
Obie ekipy podeszły do tego spotkania w mocno okrojonych składach. Gospodarze stawili się zaledwie meczową szóstką, jeden z zawodników dotarł na spotkanie nieco spóźniony, ale rywal zachował się po koleżeńsku i również rozpoczął mecz o jednego mniej. Jak się okazało, goście z siedmiu anonsowanych do gry zawodników również pozostali z zaledwie sześcioma graczami i żadna ze stron nie miała w tym meczu zmian. Sądząc po wyniku, lepiej przygotowani kondycyjnie byli gracze Sportano. Jednak mecz rozstrzygnął się już właściwie w pierwszej połowie, nie było więc tak, że WEiTI pod koniec meczu opadło z sił i to wtedy rywal nastrzelał tyle goli. Wręcz przeciwnie, strzelanie zaczęli już od 1 minuty, kiedy to Filip Motyczyński wykorzystał rzut karny. Goście szybko wyrównali, ale potem długo prym wiedli ich oponenci. Kapitalnie na boisku współpracował duet Filip Motyczyński – Łukasz Rysz, którzy praktycznie we dwójkę rozmontowali defensywę rywali – w 14 minut zdążyli trafić do siatki aż siedmiokrotnie! WEiTI jakby kompletnie zaskoczone takim obrotem spraw nie było w stanie odpowiednio wcześnie zareagować i przeciwstawić się tak ofensywnie grającemu oponentowi. Dopiero przy wyniku 7:1 udało im się drugi raz skierować piłkę do siatki. Po zmianie stron Sportano znów ruszyło do ataku i po dwóch bramkach Łukasza Rysza jeszcze podwyższyło prowadzenie. WEiTI odpowiedziało tym samym, doprowadzając do stanu 9:4 i wydawało się, że chociażby świetny gol Adama Szumady zmobilizuje gospodarzy do odrabiania strat. Nic takiego się nie stało i Sportano konsekwentnie punktowało rywala. Chwilowe rozprężenie przyszło dopiero pod koniec meczu, kiedy to WEiTI trzykrotnie pokonało Kamila Dąbrowskiego, ale i tak dało im to zaledwie zmniejszenie porażki do końcowego rezultatu 12:7. Kluczowy okazał się początek spotkania, w którym Sportano wypracowało sobie taką przewagę, której nie roztrwoniło do finałowego gwizdka sędziego.
Świetnie ułożył się terminarz rundy jesiennej w 12.lidze, bo okazało się, że o tym, kto będzie okupował trzecie miejsce na koniec pierwszej części sezonu, zdecydował bezpośredni mecz między Lisami bez Polisy a Shitable. Ci drudzy mieli trzy punkty przewagi nad niedzielnym przeciwnikiem, co sugerowało, że jeśli Lisy chciały wskoczyć na najniższy stopień podium, musiały tutaj wygrać. Mecz okazał się bardzo emocjonujący, ale też zaskakujący w swoim przebiegu. Pierwszego gola zdobyli reprezentanci Shitable, jednak na nic im się to zdało, bo im dłużej trwał mecz, tym lepiej grali oponenci. A zwłaszcza Miłosz Górski. Nie da się przejść obojętnie obok występu tego gracza, bo praktycznie wszystko co ofensywne w poczynaniach Lisów, musiało zostać podstemplowane przez tego gracza. Był on absolutnym bohaterem pierwszej połowy, bo nie tylko strzelał, ale też asystował przy bramkach Damiana Borkowskiego i po 25 minutach gry było 4:1! Zdawaliśmy sobie sprawę, że Shitable nie powiedziało tutaj ostatniego słowa, jednak chłopaki musieli się wziąć szybko do pracy, bo czas uciekał. Energetyczny początek drugiej połowy spowodował, że goniący odrobili jednego gola, ale potem znów dali się oszukać duetowi Górski – Borkowski. Wynik 5:2 wydawał się w miarę bezpieczny, lecz po prowadzących widać było upływającą energię. Brak sił dawał o sobie znać, co wykorzystali dysponujący znacznie szerszą kadrą zawodnicy Shitable. 5:3, 5:4 a w końcówce doświadczyliśmy prawdziwego rollercoastera, bo najpierw Miłosz Górski nie wykorzystuje znakomitej okazji, a następnie szansę na 5:5 psuje Fedir Ivanchenko. Lisy ratują się przed remisem i ostatecznie, po naprawdę zaciętej batalii triumfują 5:4. Mimo wszystko zasłużenie, chociaż różnie to się mogło skończyć, jednak kto będzie o tym niedługo pamiętał. Ekipa w pomarańczowych strojach melduje się tym samym na trzecim miejscu w tabeli i wydaje się, że to może być dobre miejsce, by zaatakować drugą lokatę, bo pierwsza jest poza ich zasięgiem. Trzeba jednak patrzeć również za siebie, bo choćby Shitable na pewno zrobią wszystko, by wrócić na podium. Ale by tak się stało, trzeba trochę popracować nad defensywą, bo to nie jest przypadek, że z ekip z czołówki to oni mają najwięcej straconych goli. Niedzielny mecz również to potwierdził, bo tak naprawdę krzywdę wyrządziło im dwóch zawodników, co (z całym szacunkiem dla tego duetu) drużynie walczącej o medale po prostu nie przystoi.
W ostatniej jesiennej kolejce 12 ligi Ajaks Warszawa podejmował FC Warsaw Wilanów. Widowisko stało na wysokim sportowym poziomie, chociaż układ tabeli na to nie wskazywał. Pierwsza bramka padła już w 4 minucie. Gospodarze mocniej przycisnęli i po składnej akcji trafili na 1-0. 3 minuty później goście odpowiedzi, ale rywale nie pozostali dłużni i za sprawą duetu Dominik Pietruczuk i Maksym Samulak strzelili na 2-1. Rozpędzona ekipa z Wilanowa chwilę po strzelonej bramce trafiła ponownie. Można było zauważyć rosnącą przewagę faworytów. Jednak Ajaks nie chciał się z tym pogodzić i po jednej z kontr zmniejszył straty. Chwilę później arbiter odgwizdał koniec pierwszej części tego ciekawego spotkania. Na drugą połowę meczu obydwie ekipy wyszły mocno zmotywowane. Efektem tego była zdobyta bramka na 3-3 przez zawodników Ajaksu. Jej strzelcem Michał Ślaza, który wykorzystał ładne podanie Adama Bogusza. Można więc powiedzieć, że mecz zaczął się od początku. Efektem takiego obrotu wydarzeń boiskowych było trafienie na 4-3 dla drużyny przyjezdnych. Ponownie niezawodny Dominik Pietruczuk wykorzystał ładne podanie od Kuby Świtalskiego i nie zmarnował okazji, dając przewagę swojej ekipie. Na 5-3 swoje trafienie zaliczył wcześniej asystujący Patryk Świtalski, który wykorzystał podanie Karola Kowalskiego. Widać było, że ekipa przyjezdnych coraz bardziej się rozpędza a gospodarze niestety gaśli w oczach. Efektem takiego obrotu spraw było trafienie na 6-3 dla ekipy z Wilanowa. Po tym trafieniu nastąpiła obopólna wymiana ciosów, która skończyło się dopiero przy stanie 7:5 dla Wilanowa. Faworyt więc nie zawiódł, ale warto pochwalić Ajaks za ambitną postawę i grę do samego końca.
Trudno powiedzieć, jak dokładnie po przecinku wyglądałyby procentowe szanse na zwycięstwo z Essing Gorillaz w kontekście NieDzielnych. Bo o tym, że byłoby 0 z przodu, chyba wszyscy się zgodzimy i piszemy to z całym szacunkiem dla ekipy w żółtych koszulkach, bo w tej lidze nikt na ten moment nie może się równać do Gorylków. Pewną szansą dla NieDzielnych był jednak fakt, że oponenci nie dysponowali optymalnym zestawieniem, aczkolwiek to którym przyjechali i tak było bardzo solidne. W pierwszej połowie nie doświadczyliśmy jednak wielkiej różnicy poziomów, która wynikałaby choćby z tabeli. Owszem, faworyci prowadzili 2:0, ale to nie było tak, że rywale rozłożyli im czerwony dywan. Co więcej – ekipę Marcina Aksamitowskiego stać było, aby zaliczyć trafienie kontaktowe, a potem mieli nawet rzut karny! Do piłki podszedł Michał Karaś, lecz Staszek Mazur wyczuł jego intencje i wynik do przerwy się nie zmienił. Kara dla Michała Karasia przyszła błyskawicznie, bo jeszcze w przerwie spotkania opuścił Arenę Grenady (a tak poważnie, pojechał po prostu na kolejny mecz). Czy możemy dziś gdybać, co byłoby, gdyby ten zawodnik zdobył bramkę? Wydaje się, że nie miałoby to wielkiego znaczenia, zwłaszcza patrząc na ostateczne rozmiary porażki, które wyniosły cztery bramki. Było to konsekwencją drugiej połowy, gdzie NieDzielni zdobyli tylko dwa gole, z czego jednego bardzo efektownym lobem Michał Drosio, a rywale aż pięć. To jednak nie zmienia ogólnego wrażenia, które pozostawili po sobie przegrani. To nie był mecz oddany za darmo i chłopaki zawiesili poprzeczkę wyżej, niż można się było spodziewać. Gorylki i tę przeszkodę były jednak w stanie przeskoczyć i tym samym jako jedna z dwóch drużyn w Lidze Fanów, mogą się pochwalić kompletem punktów po pierwszej części sezonu. A plan na drugą część jest pewnie identyczny.
Spotkanie Niezamocnych z Bagstar Wszedło było zdecydowanie jednym z najciekawszych w 12.lidze. Już w 2 minucie na prowadzenie drużynę gości wyprowadził Filip Pacholczak po indywidualnej akcji. Świetnie wykorzystał błąd defensywny Niezamocnych i nie miał problemu z pokonaniem bramkarza. Pomimo prowadzenia ekipy gości, nie mogliśmy mówić o ich zdecydowanej przewadze. Tym bardziej, że w kolejnych fragmentach, nikt nie był w stanie znaleźć drogi do bramki. W końcu Dawid Brzoskowski świetnym strzałem doprowadza do wyrównania. Pierwsza połowa kończy się sprawiedliwym wynikiem 1:1. Chwilę po wyjściu na drugą odsłonę oglądamy akcje braci Pacholczaków, zakończoną bramką. Wydawało się, że ten gol uspokoi grę Bagstaru. Niestety mecz nie potoczył się idealnie po ich myśli. Co prawda obie strony przeprowadzały liczne ataki, lecz to drużyna gospodarzy była zdecydowanie skuteczniejsza. Chłopaki zdobyli trzy bramki z rzędu, dzięki czemu wypracowali przewagę, której już nie wypuścili. Dla Niezamocnych to pierwsze zwycięstwo w tym sezonie i na pewno ucieszyło ich, że zdążyli to zrobić jeszcze w tej części sezonu. W ich szeregach na szczególne wyróżnienie zasłużył duet Dawid Brzoskowski i Marcin Popławski, którzy zdobyli po dwa gole i przyczynili się do tego historycznego wyniku.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)