reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
09:00

Rywalizacja Dynamo Wołomin z FC Melange była pojedynkiem młodości z doświadczeniem. Gospodarze bardzo potrzebowali zwycięstwa – dzięki niemu mogli zrównać się punktami z przeciwnikiem i utrzymać dystans do czołówki ligi. I to było widać od pierwszych minut tego spotkania.

Oba zespoły postawiły na otwarty futbol – akcje przenosiły się z jednego pola karnego pod drugie, a tempo gry było wysokie. W szeregach Dynamo jak zawsze ogromną pracę wykonał Mikołaj Matera – gracze Melanżu musieli się mocno natrudzić, by powstrzymać tego napastnika. Gospodarze mieli kilka dobrych okazji do zdobycia bramki, lecz piłka zamiast wpaść do siatki, minimalnie mijała słupek bramki FC Melange. Strzelecki impas trwał niemal 15 minut. Wtedy to goście wyprowadzili skuteczną kontrę – wystarczyły zaledwie dwa podania, by przenieść akcję spod własnego pola karnego pod bramkę rywala. W 20. minucie FC Melange prowadził już 0:2 – piłkę w środku pola otrzymał Andres Carmona, podprowadził ją kilka metrów i nie niepokojony przez nikogo oddał precyzyjny strzał z dystansu. Gospodarze ruszyli do odrabiania strat, ale tuż przed przerwą otrzymali kolejny cios – piłkę przed własnym polem karnym stracił Adam Domidowicz, a Łukasz Słowik takich prezentów nie marnuje. Do przerwy było 0:3 dla FC Melange.

Druga połowa również rozpoczęła się po myśli Melanżowników. W 30. minucie Kamil Marciniak oddał strzał, który „przełamał” ręce bramkarza, a Kamil Pietrzykowski z najbliższej odległości dobił piłkę do siatki. W międzyczasie mecz się zaostrzył – apogeum nastąpiło w 41. minucie, gdy Tomasz Kałun otrzymał czerwoną, a Damian Juszyński żółtą kartkę. Obie ekipy przez pewien czas musiały grać w osłabieniu, ale nie miało to już większego wpływu na końcowy wynik.

Dynamo co prawda strzeliło honorowego gola, jednak było to jedyne trafienie tej drużyny. FC Melange wygrało 4:1, choć nie można powiedzieć, że to zwycięstwo przyszło łatwo. Gospodarze byli wymagającym rywalem, ale tym razem doświadczenie wzięło górę.

2
11:00

Mecz Rodziny Soprano z FC Razam po raz kolejny utwierdził nas w przekonaniu, że 12. liga to chyba trochę za niskie progi, jak na umiejętności piłkarzy tego pierwszego zespołu. Mocny początek wystarczył, by nawet po zdjęciu nogi z gazu w drugiej odsłonie zmagań dowieźć zwycięski rezultat do końca.

Wszystko zaczęło się od faulu w pobliżu pola karnego gości, po którym podyktowano rzut wolny. Mimo że Grzegorz Bogdański oddał nienajlepszy strzał, piłka i tak zatrzepotała w siatce – niezbyt dobrze spisał się bowiem bramkarz Andrzej Kotow. Chwilę później piłkę do własnej bramki niefortunnie wpakował kapitan Razamu, Władysław Sopot, a na 3:0 podwyższył Jan Szarata, trafiając z powietrza po aucie wykonanym przez Wiktora Stańczaka. Na domiar złego, gracze gości sprokurowali jeszcze rzut karny, który bez zawahania wykorzystał Bogdański, i mieliśmy już 4:0. Dopiero ostatnie dziesięć minut pierwszej połowy przyniosło nieco piłkarskiego kunsztu białorusko-polskiej ekipy, gdy po podaniu Kiryla Tutskiego na „pustaka” trafił Szymon Raducki. Chwilę później sami wywalczyli „jedenastkę”, którą pewnym strzałem wykorzystał Kiryl Karabeika, dzięki czemu goście schodzili na przerwę w nieco lepszych nastrojach.

Po zmianie stron kolejna akcja duetu Stańczak–Szarata przyniosła Soprano piątego gola, a po żółtej kartce dla Sopota zrobiło się na tyle dużo miejsca, że defensywne szyki przeciwnika rozmontowali Bogdański i Jastrzębski. Swojego czwartego gola w tym meczu (i czwartego w sezonie!) lider Rodziny Soprano zdobył w najprostszy możliwy sposób – piłka dotarła wprost pod jego nogi po niecelnym zagraniu golkipera rywali. Nieco więcej do powiedzenia miała drużyna FC Razam, gdy na boisku pojawił się Maxim Shik. Najpierw wygrał pojedynek główkowy z wyższym od siebie rywalem, trafiając na 7:3, a następnie skompletował dublet strzałem zza zasłony. Po dwóch asystach swoje pięć minut w roli strzelca wypracował wreszcie Wiktor Stańczak, popisując się fenomenalnym uderzeniem bezpośrednio z rzutu wolnego. Wprawdzie dystans do trzech goli zminimalizował po raz kolejny Shik, lecz ostatnie słowo należało do Miklowskiego i Lewczuka, których błyskotliwa akcja ustaliła wynik spotkania.

Rodzina Soprano po efektownym triumfie umocniła się na podium, natomiast FC Razam wciąż nie znalazło sposobu, by opuścić przeciwny biegun tabeli.

3
11:00

Piąta kolejka w 12. dywizji przyniosła zdecydowany triumf Vikersonn UA II, który już przed przerwą zdołał zbudować solidną przewagę. Gospodarze narzucili tempo od pierwszych minut, a ich gra od początku wyglądała na dobrze przemyślaną. Dominacja w środku pola, szybkie wymiany i pewność w posiadaniu piłki - to ich cechowało. FC Łazarski starał się odpowiadać, ale przez długi czas brakowało mu konkretów.

Do przerwy wynik 2:0 dla Vikersonna, co dawało gospodarzom komfort przed drugą częścią meczu. Po zmianie stron przyspieszyli i ostatecznie zamknęli spotkanie. Kolejne gole – dwa trafienia autorstwa Bondarenki i hat-trick w wykonaniu Musoeva – padały z coraz większą regularnością, a rywale nie potrafili znaleźć sposobu, by odwrócić losy meczu. Wynik końcowy 7:2 najlepiej oddawał skalę przewagi.

Łazarski może mieć jednak pewne powody do optymizmu. Zdobyte bramki pokazują, że potrafili stwarzać sobie okazje. W tym spotkaniu różnica klas była jednak wyraźna: Vikersonn byli skuteczniejsi, bardziej poukładani i pewnie wygrywali każdy fragment gry. To był mecz, w którym Vikersonn UA II pokazał, że jest drużyną kompletną na tym poziomie – potrafi dobrze rozpocząć, utrzymać przewagę i dowieźć zwycięstwo do końca. FC Łazarski pozostaje z zadaniem na przyszłość: znaleźć stabilność i skuteczność w starciach z tak wymagającymi rywalami.

4
11:00

Gentlemani rozpoczęli sezon całkiem nieźle, jednak z czasem wszystko zaczęło się sypać. Kontuzje i nieobecności zaczęły wpływać na wyniki, a zespół zanotował serię dwóch porażek z rzędu. Teraz przyszło im się zmierzyć z Vox Populi – drużyną, która potrafiła z jednej strony dostać solidne lanie od Melangu, by chwilę później pokonać Dynamo Wołomin. Wszystko to sprawiało, że spodziewaliśmy się raczej wyrównanego spotkania i bez względu na końcowy wynik, takie właśnie ono było. Różnica polegała tylko na jednym aspekcie – skuteczności.

Sam mecz rozpoczął się spokojnie, choć pierwsze okazje zaczęły pojawiać się dość szybko. Po stronie Vox aktywny był Krzysiek Stachowicz, który najczęściej nękał bramkarza rywali. Ale golkiper Vox Populi też miał sporo pracy. I trzeba przyznać, że bronił bardzo dobrze, długo nie dając się pokonać. Równie dobrze radzili sobie jego koledzy z pola, którzy w pierwszej połowie wypunktowali przeciwnika bezlitośnie, schodząc na przerwę z wynikiem 3:0. Sprawa trzech punktów wydawała się wówczas niemal przesądzona.

Przegrywający mogli wpaść w swego rodzaju marazm i zniechęcenie, zwłaszcza że nawet gdy udawało im się dojść pod bramkę i oddać strzał, który wydawał się nie do obrony, Piotr Pieńkowski potrafił w spektakularny sposób odbić piłkę. Czasami naprawdę trudno było uwierzyć, że nie padł gol. I tak to właśnie wyglądało – jedni i drudzy atakowali, ale tylko jedni strzelali. Wydawało się, że gdy przy stanie 0:4 Gentlemenom wreszcie udało się otworzyć dorobek bramkowy za sprawą Marcela Hamze, mogą jeszcze pójść za ciosem. Nic bardziej mylnego – Vox Populi szybko odpowiedzieli kolejnym trafieniem, rozwiewając nadzieje rywali.

Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 2:7, choć z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć, że Gentlemani nie byli o pięć goli słabsi. Różnica dwóch, może trzech bramek lepiej oddawałaby przebieg spotkania. Nie zmienia to jednak faktu, że kryzys Gentlemenów trwa, a Vox Populi odnoszą drugie z rzędu zwycięstwo i w dobrym stylu inaugurują nowe stroje, które zadebiutowały właśnie w tej kolejce.

5
12:00

Gdyby wierzyć prawom serii, ten mecz powinni zapisać na swoje konto gracze Furduncio Brasil. Od początku sezonu grali bowiem według schematu: wygrana – porażka – wygrana – porażka. Skoro ostatnio przegrali, to zgodnie z logiką teraz przyszła pora na zwycięstwo. W teorii wszystko się zgadzało, tym bardziej że ich przeciwnik – Lumina – po czterech kolejkach okupowała dół tabeli, mając na koncie zaledwie jeden punkt. Nic nie wskazywało na to, że ten stan rzeczy miałby się zmienić. A jednak spotkało nas małe zaskoczenie.

Choć mecz był wyrównany, to właśnie zawodnicy Luminy prezentowali się bardziej konkretnie i w pewnym momencie prowadzili już 2:0. Brazylijczycy chyba nie spodziewali się takiego oporu, ale jeszcze przed przerwą zdołali zdobyć gola kontaktowego, dając sygnał, że w drugiej połowie ruszą po swoje.

I rzeczywiście – po zmianie stron zagrali z klasą. Najpierw Diego Caballero świetnie dograł do Bruno Pessoi, a ten piękną główką doprowadził do remisu. Chwilę później, po kolejnej ładnej akcji, Furduncio wyszli na prowadzenie. Nie był to przypadek – to był efekt dobrej, przemyślanej gry, którą Brazylijczycy chcieli kontynuować.

Niestety, wtedy przytrafił im się gorszy moment. Kilka przespanych minut kosztowało ich utratę tego, co tak mozolnie odbudowywali, i na kilka chwil przed końcem znowu musieli gonić wynik. Canarinhos rzucili się do ataku i powinni wyrównać – najpierw Lucas Monteiro trafił w słupek, a potem doskonałej okazji nie wykorzystał Caio Barbosa. Zamiast więc łatwego zwycięstwa przyszło rozczarowanie.

Zawodnicy Furduncio byli na siebie wyraźnie źli – czuli, że rywal wcale nie był lepszy. Według nas sprawiedliwym rezultatem byłby remis, ale Lumina była po prostu skuteczniejsza. Tym samym po raz pierwszy w tym sezonie mogła poczuć smak zwycięstwa w Lidze Fanów i mamy nadzieję, że smakowało ono wyjątkowo.

Reklama