Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 4 Liga
W tym meczu zdecydowanym faworytem byli gospodarze – Rock’n’Roll Warsaw, drużyna z czołówki tabeli, coraz bliższa przypieczętowania srebrnych medali. Jednak to, co wydarzyło się na początku spotkania, mogło zaskoczyć niejednego kibica.
Szmulki Warszawa, mimo niższego miejsca w tabeli, rozpoczęły z ogromnym impetem. Już w 6. minucie Kacper Pacholczak otworzył wynik, a chwilę później kapitalnym uderzeniem podwyższył Kuba Marciniak. Goście prowadzili 2:0 i wprawili Rock’n’Roll w lekkie osłupienie – ale tylko na moment.
Chwilę później niefortunnie interweniował Krystian Rzeszotek, kierując piłkę do własnej bramki i dając gospodarzom gola kontaktowego. Do wyrównania doprowadził Artem Pavlik, który perfekcyjnie wykorzystał rzut wolny. Po nieco ponad kwadransie wszystko zaczęło się od nowa – 2:2. Warto wspomnieć o nietypowej decyzji sztabu Rock’n’Rollu – między słupkami stanął Vladyslav Voronov, na co dzień zawodnik z pola. Dzięki swoim umiejętnościom gry nogami pozwalał gospodarzom płynnie rozgrywać od tyłu i kontrolować tempo meczu. To była jedna z kluczowych różnic w tym spotkaniu.
Druga połowa to już całkowita dominacja gospodarzy. Szybkie wznowienie i gol Maksyma Hladczenki dał im prowadzenie, a potem worek z bramkami się rozwiązał. Rock’n’Roll wrzucił wyższy bieg, odskakując aż na 6:2. Szmulki, mimo ambitnej postawy, z każdą minutą traciły siły, a strata prowadzenia mocno podcięła im skrzydła.
W końcówce jeszcze raz błysnął Kuba Marciniak, notując drugie trafienie, ale wynik 6:3 dla Rock’n’Rollu jasno pokazał, kto był zespołem dojrzalszym i skuteczniejszym. Drużyna z Ukrainy po raz kolejny potwierdziła swoją klasę i praktycznie może już być pewna srebrnych medali.
Bardzo wyrównane starcie miało miejsce w 4. Lidze Fanów w miniony weekend. Ekipa Mikstury podejmowała zespół Patriot – obie drużyny przed tym spotkaniem miały na koncie identyczny dorobek punktowy, więc zapowiadało się ciekawe widowisko. I rzeczywiście – pierwsza połowa była bardzo przyjemna dla oka, a niektóre trafienia mogły się naprawdę podobać.
Bez wątpienia ozdobą tej części gry była trzecia bramka w meczu – kapitalnym uderzeniem z dystansu popisał się Artem Bondarchuk. Strzał w samo okienko, prawdziwy gol-marzenie, który warto zobaczyć raz jeszcze. Lekka przewaga w grze Patriot została udokumentowana wynikiem – goście schodzili do szatni, prowadząc jedną bramką.
Druga połowa miała jednak zupełnie inny przebieg. Zawodnicy Patriot, którzy jeszcze chwilę wcześniej wyglądali pewnie i konkretnie, jakby zapomnieli wyjść mentalnie na boisko po przerwie. Brak jakiegokolwiek trafienia w tej części spotkania był sporym zawodem – a Mikstura nie zamierzała tego marnować. Prawdziwe show dał Rafał Jochemski, który nie tylko był najbardziej aktywnym graczem swojego zespołu, ale też sam oddał chyba więcej strzałów niż reszta drużyny razem wzięta. W końcu dopiął swego – hat-trick na koncie dały mu tytuł MVP spotkania i zapewniły Miksturze bardzo ważne trzy punkty.
Dzięki temu zwycięstwu Mikstura wciąż może jeszcze myśleć o medalach, choć margines błędu już praktycznie nie istnieje. Z kolei Patriot musi się poważnie wziąć do roboty – walka o utrzymanie właśnie wchodzi w decydującą fazę.
Vikersonn walczący o mistrzostwo 4. ligi musiał wygrać spotkanie ze Sportowymi Zakapiorami, by zapewnić sobie tytuł. Niby ukraiński zespół radził sobie w tym sezonie z niejednym rywalem, ale wiadomo nie od dziś, że mecze z Zakapiorami to zawsze ciężka przeprawa – dużo kontaktowej gry i ogromna intensywność.
Początek meczu pokazał, że Zakapiory są naprawdę dobrze dysponowane. Z dużą śmiałością ruszyli na bramkę Vikersonna, ale... kompletnie nic nie chciało wpaść. Brakowało szczęścia i skuteczności. Z kolei Vikersonn ruszył do przodu i w krótkim odstępie czasu aż czterokrotnie obił obramowanie bramki Andrzeja Groszkowskiego. W końcu niemoc przełamał Valerii Shulha – z zimną krwią wykorzystał błąd bramkarza Zakapiorów i otworzył wynik. Chwilę przed przerwą Yevhen Syrotiuk dorzucił drugiego gola i Vikersonn schodził na przerwę z komfortową przewagą.
Druga połowa dalej była wyrównana, ale im dalej w mecz, tym mocniej było widać klasę Vikersonna. Taktyka Zakapiorów na długie piłki do Daniela Lasoty kompletnie nie zadziałała, defensywa gości była dobrze ustawiona i nic nie przepuszczała.
Zakapiory próbowały, robiły co mogły, ale tego dnia rywal był po prostu lepszy. Vikersonn dorzucił kolejne bramki i ostatecznie rozbił przeciwnika aż 6:0. Tym samym jako pierwsza drużyna na wszystkich poziomach rozgrywek zapewnili sobie tytuł mistrzowski. Na koniec sezonu wyjadą ze stadionu Legii ze złotymi krążkami na piersi. I trzeba przyznać – absolutnie zasłużenie.
W 16. kolejce 4. ligi doszło do prawdziwej deklasacji – Bad Boys rozgromili Wiecznie Drugich aż 16:4, prezentując futbol na zupełnie innym poziomie. Od pierwszych minut mecz układał się jednostronnie – do przerwy było już 6:0, a Kuba Solecki urządził sobie prawdziwe strzeleckie show, zdobywając aż 11 bramek i dokładając do tego asystę.
Rywale nie mieli pomysłu, jak zatrzymać jego formę, dynamikę i nieustanną chęć gry do przodu. Na słowa uznania zasłużył również nominalny bramkarz Bad Boys – Krystian Matysek, który przez większość meczu był bardzo solidnym punktem zespołu. Wpuścił zaledwie dwa gole, mimo kilku niezłych prób ze strony Wiecznie Drugich.
W końcówce spotkania doszło do humorystycznego epizodu – Matyska zastąpił Bartłomiej Podobas, który w nowej roli… wytrzymał na bramce dosłownie pięć minut i w tym czasie stracił tyle samo goli, co jego poprzednik przez niemal całe spotkanie. Na boisku nie brakowało uśmiechów i komentarzy w stylu: „żywa demonstracja, dlaczego Bartek gra w polu, a nie na bramce”. Choć ten krótki występ nie miał wpływu na losy meczu, dodał mu trochę luzu i kolorytu.
Osobne słowa uznania należą się ekipie Wiecznie Drugich – mimo sporych problemów kadrowych i świadomości, że czeka ich starcie z rozpędzonym faworytem, nie oddali meczu walkowerem. Przyszli, zagrali i walczyli do końca. Zdobyli cztery gole i mimo ogromnej przewagi rywali, nie spuścili głów. Za taką postawę należy im się szacunek.
Walka o najniższy stopień podium w 4. lidze nabiera rumieńców. Trzecie miejsce zajmował Team Ivulin, a tuż za nimi – z czteropunktową stratą – czaiło się BJM Development. Bezpośredni pojedynek między tymi ekipami miał ogromne znaczenie dla układu tabeli i nie zawiódł pod względem poziomu oraz emocji.
Od pierwszego gwizdka tempo było bardzo wysokie – obie drużyny grały ofensywnie, z polotem i koncentracją. Każdy, nawet najmniejszy błąd, mógł przesądzić o losach meczu. Zanim padła pierwsza bramka, kibice dostali wszystko, co w piłce kochają najbardziej: szybkie kontry, twarde pojedynki i świetne interwencje bramkarzy.
W 15. minucie wynik otworzył Olivier Aleksander, dając BJM prowadzenie. Gospodarze mieli kilka dobrych okazji do wyrównania, ale między słupkami znakomicie spisywał się Filip Odoliński, który raz za razem zatrzymywał strzały zmierzające do siatki. Do przerwy wynik nie uległ zmianie – 0:1.
Druga połowa rozpoczęła się równie intensywnie. Tym razem to Team Ivulin jako pierwszy trafił do siatki, doprowadzając do wyrównania. Radość gospodarzy trwała jednak krótko – goście odpowiedzieli błyskawicznie, ponownie wychodząc na prowadzenie. Czas nieubłaganie uciekał, więc Ivulin musiał postawić wszystko na jedną kartę. Na osiem minut przed końcem Maksim Duduk ponownie doprowadził do remisu. Gdy wydawało się, że mecz zakończy się podziałem punktów, BJM pokazało ogromną determinację. Świetnie wyprowadzona kontra i znów na listę strzelców wpisał się Olivier Aleksander, który tym samym skompletował dublet.
Team Ivulin do ostatnich sekund szukał wyrównania, ale zabrakło skuteczności. Mimo porażki wciąż utrzymali się na podium, lecz ich przewaga stopniała do zaledwie jednego punktu. BJM z kolei zrobiło ogromny krok w stronę strefy medalowej – to zwycięstwo może okazać się kluczowe na finiszu sezonu.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)