Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 4 Liga
Spotkanie Patriot z Teamem Ivulin zapowiadało się intrygująco – z jednej strony gospodarze, którzy tydzień wcześniej niespodziewanie pokonali faworyzowanych Sportowych Zakapiorów, z drugiej goście z górnej części tabeli, choć po dwóch słabszych występach. Obie drużyny miały coś do udowodnienia, ale niedzielne starcie pokazało, że siły są tutaj wyjątkowo wyrównane.
Mecz zakończył się remisem 4:4 – wynikiem, który najlepiej oddaje przebieg rywalizacji. Żadna z ekip nie potrafiła przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę, a spotkanie toczyło się w spokojnym, sportowym rytmie, z dużą kulturą gry po obu stronach.
Pierwsza połowa to wzajemne badanie – gospodarze objęli prowadzenie po trafieniu Yurii Butsa, ale jeszcze przed przerwą odpowiedział Hierman Rutkouski i do szatni zespoły schodziły przy wyniku 1:1. Po zmianie stron scenariusz wyglądał niemal identycznie – gdy tylko Patriot zdobywał bramkę, Team Ivulin błyskawicznie wyrównywał. Brakowało momentu, w którym któraś z ekip „uciekłaby” z wynikiem.
Mimo że tempo nie było zawrotne, to emocji nie brakowało – szczególnie w końcówce, gdy każda akcja mogła przesądzić o losach meczu. Ostatecznie podział punktów wydaje się sprawiedliwy – trudno wskazać stronę, która zasłużyła na wygraną bardziej.
Patriot zyskuje niezwykle cenny punkt w kontekście walki o utrzymanie i obecnie ma jedno oczko przewagi nad strefą spadkową. Z kolei Team Ivulin utrzymuje się na trzecim miejscu, ale czuje na plecach oddech konkurentów – w walce o podium margines wpadek powoli się kończy.
Choć po zapowiedziach można było odnieść wrażenie, że będzie to mecz przyjaźni, sentymenty szybko poszły na bok, a po wejściu na plac obie ekipy pokazały twardy, boiskowy charakter. Pierwszy gol padł dość niespodziewanie – już w 2. minucie Krzysztof Westenholz sprytnym strzałem bezpośrednio z rzutu rożnego zapakował piłkę do siatki, a Zakapiory momentalnie objęły prowadzenie.
Na kolejnego gola musieliśmy trochę poczekać, ale nie brakowało dobrych akcji po obu stronach boiska. Dopiero w 13. minucie przełamała się ofensywa Zakapiorów – po dynamicznej akcji na jeden kontakt podwyższył Karol Smoliński. Pięć minut później Aleksy Sałajczyk popędził prawym skrzydłem, dośrodkował do niekrytego Piotra Maciuka, a ten tylko dostawił nogę – gospodarze prowadzili już 3:0. Na tym poziomie taka przewaga to już sporo, więc Bad Boys musieli czym prędzej wziąć się do odrabiania strat. Jednak to Zakapiory były bliżej kolejnego gola – skończyło się na trafieniu w słupek. Dopiero w 23. minucie Grzegorz Dryka zdobył bramkę strzałem z ostrego kąta, ustalając wynik do przerwy na 3:1.
Druga połowa rozpoczęła się od mocnego akcentu ze strony Bad Boys, którzy bezlitośnie zaczęli atakować bramkę Pawła Groszkowskiego. Paradoksalnie to jednak Zakapiory zapunktowały – gola zdobył Łukasz Figura. W 30. minucie niemoc gości sięgnęła zenitu, gdy bramkarz Zakapiorów, Paweł Groszkowski, pociągnął akcję przez całe boisko i precyzyjnym uderzeniem przy słupku podwyższył na 5:1. Bad Boys postawili wszystko na jedną kartę – Damian Borowski wcielił się w rolę lotnego bramkarza. Szybko przyniosło to efekt: w 33. minucie gola zdobył Kuba Solecki, a cztery minuty później trafienie dołożył Kacper Stępień. Niestety, moment nieuwagi wystarczył, by Zakapiory odpowiedziały natychmiast – zapunktował Daniel Lasota. Mimo tego, Bad Boys nie zmienili taktyki. W końcówce praktycznie zamknęli gospodarzy w hokejowym zamku, a w 42. minucie Solecki strzelił swojego drugiego gola. Ryzyko, choć słuszne i warte podjęcia, okazało się jednak zgubne. W 46. minucie niedokładne rozegranie wykorzystał Lasota i trafił do pustej bramki, a minutę później podobną sytuację na gola zamienił Robert Lach.
Ostatecznie Bad Boys musieli tego dnia uznać wyższość Sportowych Zakapiorów, które wygrywając 8:4, utrzymały czwarte miejsce w tabeli.
Liczyliśmy na to, że nie będzie to mecz do jednej bramki, a Szmulki powalczą z dużo wyżej notowanym rywalem. Nie pomyliliśmy się co do jednego – gospodarze walczyli. Jednak wobec rozpędzonej maszyny, jaką jest obecnie ekipa Vikersonn, mieli po prostu niewiele do powiedzenia.
Choć pierwszy gol w tym spotkaniu padł dopiero po 11 minutach gry, to pierwsza połowa zakończyła się wymownym wynikiem 0:5, a różnica klas pomiędzy obiema ekipami była aż nadto widoczna. To, że premierowe trafienie padło tak późno, było zasługą rewelacyjnej, jak zwykle, formy Karola Dębowskiego, który dwoił się i troił między słupkami bramki Szmulek i długo pozostawał niepokonany. Dopiero świetne zagranie z rzutu rożnego w wykonaniu Yevhena Syrotiuka i strzał głową Sławika Tuymkiwa sprawiły, że golkiper gospodarzy musiał skapitulować. To trafienie było niczym kamień, który poruszył lawinę – ofensywa Vikersonna rozkręcała się z minuty na minutę. Co ciekawe, zawodnicy Szmulek wykreowali kilka dobrych okazji strzeleckich i często próbowali grać na głowę Kuby Marciniaka, ale jego strzały, choć groźne, nie były w stanie znaleźć drogi do siatki Maksyma Shchura. Choć wynik sugeruje coś innego, gospodarze wcale nie zagrali złego meczu – przeciwnik był po prostu lepszy, a przede wszystkim świetnie poukładany, szczególnie w defensywie.
Po zmianie stron niewiele zmieniło się w obrazie gry. W 33. minucie na 0:6 po raz kolejny trafił Yevhen Syrotiuk, a chwilę później goście dostali prezent w postaci rzutu karnego, który dali wykonać swojemu bramkarzowi. Maksym Shchur takiej okazji nie zmarnował. Na szczęście dla Szmulek honor udało się uratować – w 39. minucie Krystian Rzeszotek i Kuba Marciniak w dwójkowej akcji w końcu rozmontowali obronę Vikersonna i zdobyli upragnionego gola. Co ciekawe, ten sam duet kilka minut później zapunktował ponownie i ostatecznie Szmulki zakończyły tę rywalizację z dwoma trafieniami.
Na pewno nieco osłodziło to zawodnikom Jakuba Kaczmarka gorycz porażki, ale nie czarujmy się – Vikersonn był faworytem i jak na faworyta przystało, wygrał wyraźnie i pewnie sięgnął po trzy punkty.
Starcie o godzinie 12:00 pomiędzy wiceliderem Rock'n Roll Warsaw a drużyną BJM Development przerodziło się w jednostronne widowisko, które zakończyło się prawdziwym pogromem – 14:1 dla zespołu gości. Już od pierwszego gwizdka było widać, że różnica klas pomiędzy obiema ekipami jest ogromna.
Rock'n Roll od razu rzucił się do ataku, spychając rywali głęboko pod własne pole karne. Gospodarze nie byli w stanie wyjść z opresji – każda strata kończyła się szybkim atakiem i kolejnym zagrożeniem. Defensywa BJM była kompletnie pogubiona, a ich bramkarz wielokrotnie zostawał sam na placu boju, bez jakiegokolwiek wsparcia.
W ofensywie wicelidera błyszczał Vladyslav Voronov, który najpierw popisał się kapitalnym trafieniem z rzutu wolnego – idealnym uderzeniem w samo okienko – a następnie dołożył kolejne dwa gole i trzy asysty. Był wszędzie, napędzał ataki, rozdzielał piłki z chirurgiczną precyzją i zupełnie zasłużenie został wybrany MVP spotkania.
BJM próbowało odpowiadać, ale każda próba konstruowania akcji kończyła się niedokładnością lub brakiem pomysłu. W pojedynczych momentach udawało im się przedostać pod pole karne rywali, jednak żadna z tych sytuacji nie stanowiła realnego zagrożenia. Honorowe trafienie niewiele zmieniło w obrazie meczu.
Wynik 14:1 nie pozostawia złudzeń – to był pokaz siły Rock’n Roll Warsaw, który udowodnił, że nieprzypadkowo znajduje się w ścisłej czołówce tabeli. Dla BJM to bolesna lekcja i sygnał, że nad grą w defensywie trzeba jeszcze solidnie popracować.
Do jednej z najbardziej jednostronnych rywalizacji minionej kolejki doszło na czwartym poziomie rozgrywkowym, gdzie Wiecznie Drudzy podejmowali ekipę Mikstura. Goście, którzy wciąż mają realne szanse na utrzymanie, trafili na rywala, który – co trzeba przyznać – w tym sezonie kompletnie nie potrafi odnaleźć się w realiach 4. ligi. I niestety, boiskowa rzeczywistość tylko to potwierdziła.
Spotkanie od pierwszych minut toczyło się pod pełną kontrolą Mikstury. Zespół gości nie tylko dominował w każdej formacji, ale miał też w składzie prawdziwego egzekutora. Rafał Jochemski – absolutny bohater tego meczu – zdobył osiem bramek i dołożył asystę. Jego skuteczność była wręcz nieziemska, niemal każde uderzenie kończyło się golem. Kapitalny występ, który zasłużenie dał mu miano MVP kolejki.
Ale Mikstura to nie tylko popis jednej gwiazdy. Świetnie spisali się też Szymon Kolasa i Mateusz Pawlik, którzy dołożyli po cztery trafienia – ich rajdy, pressing i technika były poza zasięgiem gospodarzy. Gdyby mierzyć dominację liczbami – 18 zdobytych bramek mówi wszystko.
Gospodarze – mimo wszystko – nie złożyli broni. Walczyli do końca, a szczególnie zapamiętamy bramkę Szymona Małkowskiego, który po świetnym rajdzie i soczystym uderzeniu zza pola karnego trafił w samo okienko. Gol padł po strzale od słupka i był ozdobą tego meczu. Jednak na tym pozytywne akcenty dla Wiecznie Drugich się skończyły. Wynik 3:18 nie pozostawia złudzeń – Mikstura była zespołem o kilka klas lepszym.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)