Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 4 Liga
Zarówno FC Patriot jak i Team Ivulin nie zdobyły jeszcze w tej edycji ani jednego punktu. Bezpośrednia rywalizacja była więc doskonałą okazją do przełamania. W przedmeczowych zapowiedziach trudno było nam wskazać faworyta, aczkolwiek biorąc pod uwagę sytuację obu zespołów w tabeli, nie spodziewaliśmy się kalkulacji, bo remis nikogo tu nie zadowalał. Przewidywania przewidywaniami, a rzeczywistość była zgoła inna. Niemal przez całą pierwszą połowę klarownych sytuacji było jak na lekarstwo, jednakże nie wynikało to z zachowawczego stylu gry, a raczej niemocy w ofensywie. W premierowych 25 minutach zobaczyliśmy tylko jedną bramkę. W okolicach 5 minuty Maksim Duduk na raty pokonał Yevhena Malenko, ale stosunkowo szybko zdobyty gol nie sprawił, że mecz się otworzył. Mimo to prowadzenie Team Ivulin dawało nadzieję, że w drugiej części mecz wejdzie na wyższe obroty, bo siłą rzeczy Patriot musiał mocniej zaatakować. Po zmianie stron pojedynek nadal był mocno wyrównany, a to co przesądziło o końcowym rezultacie to stałe fragmenty gry. Najpierw po rzucie z autu wyrównali gospodarze, ale parę minut później znów na prowadzeniu był Team Ivulin, po świetnie rozegranym rzucie rożnym. Minuty mijały, Patriotom zaczęło się spieszyć, ale do ponownego wyrównania doszło w dość niecodzienny sposób, bo swojego vis a vis strzałem niemal przez całe boisko pokonał Yevhen Malenko. Długo jednak gospodarze nie cieszyli się z remisu, bo już parę minut później, po rzucie wolnym, Andrej Varapajeu ustalił wynik spotkania na 2:3. W naszej ocenie podział punktów nikogo by tu nie skrzywdził, po prostu goście byli tego dnia skuteczniejsi i choć w drugiej części byliśmy świadkami dużo lepszej gry, to jednak w obu teamach jest nad czym pracować, by osiągnąć sukces na poziomie 4 ligi.
Bardzo byliśmy ciekawi bezpośredniego starcia, które w 3.kolejce otwierało zmagania na Arenie Grenady. Był to pojedynek, gdzie aż kipiało od doświadczenia, bo po obydwu stronach nie brakowało zawodników, którzy z niejednego piłkarskiego pieca chleb jedni. Były też podteksty, bo choćby Krzysiek Krzewiński doskonale znał się z wieloma zawodnikami Zakapiorów, a teraz przyszło im się zmierzyć przeciwko sobie. Kto z tej batalii wyszedł zwycięsko? Tak naprawdę, to od samego początku przewagę mieli podopieczni Daniela Lasoty. Paradoksalnie to jednak rywale wyszli na prowadzenie po kontrze i skutecznym wykończeniu Tomka Kotusa. Niewiele to jednak zmieniło w ogólnym odbiorze spotkania. Przewaga wciąż była po stronie Zakapiorów, którzy drążyli dziurę w skale, aż wreszcie Kamil Lepianka doprowadził do remisu. Potem gracze w białych strojach wyszli na prowadzenie i po tym, jak wyglądało to starcie w premierowych 25 minutach, sądziliśmy że te drużyny już się bramkowo nie spotkają. A jednak – gol Konrada Kozłowskiego znów wyrównał szanse obydwu ekip, aczkolwiek okazał się to być ostatni moment, gdzie Bad Boys mogli mieć nadzieję, że coś tutaj ugrają. W dalszej części meczu dominowała jedna ekipa, a w dodatku Złych Chłopców prześladował pech. Przy stanie 2:3 kontuzji nabawił się Tomek Kotus, potem efektownego gola z główki, tyle że do własnej siatki wpakował Damian Borowski i wszystko co działo się dalej, to już historia. Przegrywającym nie pomogła nawet zmiana na bramce i wejście Bartka Podobasa. Bad Boys posypali się kompletnie i ostatecznie przegrali 4:8. Prawda jest taka, że mieli za mało argumentów i szkoda, że w ich składzie nie było choćby Maćka Pyrki, bo z nim mogłoby to wyglądać lepiej. Czy wystarczyłoby do wygranej? Raczej nie, bo Zakapiory grały naprawdę nieźle i gdyby nie Krystian Matysek, to wygrałyby dużo wyżej. Cztery gole różnicy to był w tym przypadku zdecydowanie najniższy wymiar kary.
W spotkaniu Szmulek Warszawa z pierwszym zespołem FC Vikersonn emocji zdecydowanie nie brakowało. Starcie rozpoczęło się od niezwykle wysokiego tempa, co w sporym stopniu kosztowało obydwie ekipy dokładność. Pierwsi do głosu doszli gospodarze, którzy dzięki bramce etatowego snajpera oraz kapitana, Jakuba Kaczmarka wyszli na prowadzenie. A to nie był koniec. Po składnej, dwójkowej akcji na linii Adrian Kaczmarek - Kacper Pacholczak udało się podwyższyć wynik. W momencie, gdy zdawało się, że Szmulki przysłowiowo "złapały Pana Boga za nogi" ich rywale postanowili pokrzyżować ich plany. Najpierw po kuriozalnej sytuacji we własnym polu karnym, piłkę do bramki strzeżonej przez Karola Dębowskiego piłkę wpakował Adrian Ciepliński. Następnie niezawodny Oleksandr Yakubiak doprowadził do remisu. I właśnie wynikiem 2:2 zakończyła się pierwsza połowa tego starcia. W drugiej odsłonie zauważalne było zmęczenie gospodarzy. Niebywale dużo, jak się później okazało, kosztowało ich pierwsze 25 minut. Efektem tego była deklasacja i prawdziwy pokaz siły zespołu FC Vikersonn. Kolosalny udział w finalnym triumfie i zwycięstwie 3:7 miał gracz oznaczony numerem trzy, Slawik Tuymkiw, który wziął na swoje barki ciężar rywalizacji, zdobywając tego dnia dwie bramki i dokładając asystę. Gracze z Ukrainy mogą tym samym cieszyć się ze swojego drugiego zwycięstwa w tym sezonie, które ponadto pozwoliło im wskoczyć na drugą lokatę w tabeli.
W niedzielę o godzinie 14:00 Wiecznie Drudzy podejmowali Miksturę. Dla gospodarzy spotkania była to szansa na polepszenie swojej dość nieciekawej sytuacji, gdyż aktualnie znajdują się oni w strefie spadkowej. Rzeczą oczywistą było, że mecz z Miksturą nie będzie należał do łatwych, o czym dobitnie się przekonaliśmy. Pod względem indywidualnym, ale też drużynowym, zawodnicy nominalnych gości byli po prostu lepsi. Ich przewaga z każdej minuty się powiększała. Cały zespół rozgrywał solidne zawody, jednak postacią wiodącą był bez dwóch zdań Rafał Jochemski. Dzięki swojej wybitnej technice oraz zwinności, mijał nierzadko nawet po trzech rywali. Dodatkowo brał udział przy dwóch z czterech bramek drużyny, wykonując mnóstwo pracy, która zaowocowała wygraną jego zespołu. Końcowy gwizdek nastał przy stanie 4:1, dzięki czemu triumfatorzy zanotowali drugą wygraną w rundzie jesiennej, przysparzając przy okazji większe kłopoty gospodarzom w kontekście ich pozycji w tabeli.
Rock N Roll Warsaw w tym sezonie pokonał już dwóch naprawdę solidnych rywali. I skoro wywalczył trzy punkty choćby z taką ekipą jak Vikersonn, to znaczy, że chłopaki potrafią grać w piłkę. Teraz mieli się o tym przekonać kolejni oponenci, czyli BJM Development. Deweloperzy również po dwóch spotkaniach mieli sześć „oczek” na koncie, chociaż ich konkurenci byli akurat trochę słabsi i wiedzieliśmy, że prawdziwa weryfikacja drużyna Oliviera Aleksandra dopiero nadejdzie. Szkoda tylko, że ten zespół ma tendencję do kiepskiej organizacji. Kilku ważnych graczy dojechało dopiero w trakcie spotkania, gdzie rezultat był już trudny do wyciągnięcia. Można się jednak zastanawiać, czy nawet gdyby BJM mógł liczyć od początku na wszystkich swoich kluczowych graczy, to wystarczyłoby to do podjęcia rękawicy. Bo okazało się, że Rock N Roll to zespół naprawdę fajnie grający w piłkę, mający w dodatku zawodników o niesamowitych umiejętnościach indywidualnych. Potwierdziły to pierwsze dwa gole dla nominalnych gości. Najpierw cudeńko w wykonaniu Artsioma Ihnatovicha, który przepięknym strzałem z przewrotki pokonał Filipa Odolińskiego, a potem kapitalne uderzenie w samo okienko Dimy Kostiuka i było już 2:0. Deweloperzy odpowiedzieli trafieniem Maćka Flisa, lecz to na niewiele się zdało, bo zaraz wróciliśmy do dwubramkowego prowadzenia Rock N Roll Warsaw. Druga odsłona była jeszcze bardziej jednostronna. Co prawda przegrywający zaczęli z animuszem, widać że zależało im na odrobieniu strat, lecz ich zapał storpedował Oleksandr Targomin, zdobywając gola na 4:1. To już zmusiło Deweloperów do większej odwagi, bo nie było czego bronić, na czym rywale skorzystali i powiększyli prowadzenie na 6:1. Ostatecznie wygrali 7:2 i nie pozostawili żadnych wątpliwości, kto był lepszy. Nic dziwnego, że po tym sukcesie są samodzielnym liderem tabeli, bo jest tutaj komu grać i wielokrotnie po ich akcjach czy strzałach, ręce same składały się do oklasków. BJM nie miał wiele do powiedzenia i tę porażkę trzeba przyjąć z pokorą. Natomiast przy okazji kolejnych meczów warto zadbać o to, by od pierwszych minut grać w optymalnym składzie i po dobrze wykonanej rozgrzewce. Bo chociaż tutaj niewiele by to zmieniło, to przyjdą spotkania, gdzie takie niuanse mogą zdecydować o punktach.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)