Sezon 2013/2014
Relacje meczowe: 4 Liga
Mikstura, po ostatniej porażce z Patriotem, musiała szukać punktów w spotkaniu z liderem Rock’n Roll Warsaw. Tyle że ekipa z Bielan nie mogła liczyć na kilku czołowych zawodników, co powodowało, że gospodarze musieli mocno się zmobilizować, by powalczyć o punkty. Początek spotkania zdecydowanie dla gości, którzy szybko objęli prowadzenie. W bramce starał się jak mógł Czarek Kubalski, jakkolwiek przy pierwszych bramkach mógł zrobić zdecydowanie więcej. Po okresie dominacji ekipy gości, obudziła się Mikstura. Szczególnie aktywny był Rafał Jochemski, który starał się odbierać piłkę już na połowie rywali. Do przerwy było 3:6, więc wynik pozostawał sprawą otwartą. Po zmianie stron Mikstura szybko strzeliła bramkę i w obozie Rock’n Roll Warsaw nastąpiła delikatna niepewność. Gdy żółtą kartkę obejrzał Mateusz Jochemski, wydawało się, że faworyci wykorzystają ten fakt. Jednak po stracie piłki ekipa z Bielan strzela na 5:6 i emocje zaczynają rosnąć. Niestety goście szybko włączyli wyższy bieg i momentalnie strzelili trzy bramki. Od stanu 5:9 obie ekipy starały się jeszcze coś dorzucić do swojego dorobku. Mikstura, choć trochę zrezygnowana, miała swoje szanse, by ponownie wrócić do meczu, lecz szwankowała skuteczność i ostatecznie nie udało się dogonić lidera. Rock’n Roll Warsaw zasłużenie wygrywa i nadal jest niepokonaną ekipą w czwartej lidze, dysponując kompletem punktów na koncie.
W rywalizacji pomiędzy Bad Boys oraz FC Vikersonn zdecydowanym faworytem byli ci drudzy. Nie jest to wymarzony sezon dla gospodarzy, ale ewentualne zwycięstwo z wyżej notowanym rywalem mogło dodać maszynie Bartka Podobasa potrzebnego paliwa przed rundą rewanżową. Początek spotkania był bardzo wyrównany. Obie ekipy budowały swoje akcje przez rozgrywanie piłki z bramkarzem, które przynosiły sporo strzałów, ale niestety niecelnych. Na pierwszą bramkę czekaliśmy do 12 minuty. Zurabi Saginadze przejął niecelne podanie bramkarza gospodarzy i nie dał mu szans na reakcję, otwierając wynik. Bad Boysom udało się wyrównać w końcówce pierwszej połowy. Najpierw przerwali groźny atak gości, a następnie wyprowadzili świetną kontrę, którą wykończył z zimną krwią Piotr Wardzyński. Wynik do przerwy 1:1 po wyrównanej grze. Po zmianie stron na prowadzenie wyszli goście. Bartek Podobas zrehabilitował się za błąd z pierwszej połowy i z okolic środka boiska trafił idealnie tuż przy słupku, pokonując bramkarza FC Vikersonn. Goście kilka minut później wyrównali, po tym jak Ivan Vovk zaskoczył rywali umieszczając piłkę w siatce bezpośrednio z rzutu rożnego. To był moment przełomowy. Gra Bad Boysów całkowicie się posypała, a ich liczne błędy bezlitośnie wykorzystywała ekipa FC Vikersonn, na czele z Zurabim Saginadze, który zanotował w tym spotkaniu łącznie 5 bramek. Po wyrównanej pierwszej połowie nikt nie spodziewał się takiego wyniku. Drużyna z Ukrainy wygrała 10:2 i kontynuuje świetną serię. Notują już siódme zwycięstwo z rzędu i umacniają się w czubie tabeli. Naprawdę ciężko określić, co stało się z Bad Boysami w drugiej części gry. Muszą się szybko pozbierać, bo za tydzień czeka mecz ze Szmulkami, który da nam odpowiedź, która z tych drużyn zimę spędzi w strefie spadkowej.
Ani Sportowe Zakapiory ani BJM Development nie miały ostatnio najlepszej passy. Obydwie ekipy notowały serię porażek i było niemal pewne, że jedna z nich w niedzielę w końcu się przełamie. Raczej nikt nie zakładał, że może to się skończyć remisem, aczkolwiek tutaj każdy rezultat był możliwy. W rywalizację dużo lepiej weszli gracze Daniela Lasoty. Najpierw wyszli na prowadzenie, a potem wykorzystali błąd oponentów i w sytuacji dwóch na bramkarza, Daniel Lasota podawał, a Piotrek Maciuk dopełnił formalności. Lepiej się tego nie dało zacząć, jednak z biegiem czasu spotkanie wyrównało się. Deweloperzy czuli się na boisku coraz pewniej i powoli zaczęli odrabiać straty. Za chwilę już był remis, a to nie był koniec problemów Zakapiorów, bo niemal równo z gwizdkiem kończącym pierwszą połowę, BJM wyszło na prowadzenie i z dobrego początku Sportowych nic nie zostało. W przerwie nie brakowało motywacyjnych rozmów w obozie przegrywających, ale widać było, że ta ekipa wcale nie ma zamiaru składać broni i będzie walczyła do końca. Sygnał do ataku dał Daniel Lasota, który najpierw trafił w słupek z rzutu wolnego. Potem miał więcej szczęścia. Dwukrotnie dobrze odnalazł się w polu karnym rywali i zgrywał piłki do kolegów, a ci korzystali z asyst swojego kapitana i wrócili na prowadzenie. Deweloperzy musieli się wziąć w garść, tyle że ich skuteczność była – delikatnie rzecz ujmując – średnia. Sytuacje zmarnowali chociażby Tomek Chmielewski i Filip Odoliński, co powodowało, że czasu na wyrównanie było coraz mniej. W końcu jednak udało się przełamać impas, a do remisu doprowadził wspomniany wcześniej Tomek Chmielewski. Wynik 4:4 nikogo nie satysfakcjonował. Tutaj szła walką o całą pulę, lecz mimo szczerych chęci, rezultat już swojej postaci nie zmienił. I chyba dobrze się stało, bo ciężko wskazać ekipę, która w większym stopniu zasłużyła na zwycięstwo. Poza tym, jak mawia klasyk – lepszy remis, niż… porażka.
Choć faworytem w tym meczu wskazywany był Team Ivulin, to początek wyraźnie należał do Wiecznie Drugich i to gospodarze dyktowali warunki. Prędko objęli prowadzenie, bo już w 5 minucie oblężenie bramki Leonida Isayenii skończyło się faulem w polu karnym, a stały fragment gry na gola zamienił niezawodny Piotr Kawka. Na nieszczęście gospodarzy groźnej kontuzji doznał Michał Starostka i niestety nie był już w stanie dokończyć meczu, ale zanim opuścił plac gry, miał jeszcze okazję obejrzeć drugiego gola Wiecznie Drugich, kiedy podanie Antka Groneta na trafienie zamienił Dominik Białas. Goście byli mało aktywni w pierwszej połowie, ale w końcówce Andrej Varapajeu zdobył gola kontaktowego i na przerwę obie ekipy udały się przy stykowym wyniku 2:1. W drugiej części role zasadniczo się odwróciły. Z każdą minutą Team Ivulin rozkręcał się i coraz groźniej napierał na bramkę Bartka Zawadzkiego. Gospodarzom z kolei powoli kończyły się pomysły na przełamanie defensywy gości. Kapitalne zawody rozegrał Andrej Varapajeu, który grał jak natchniony i już w 28 minucie doprowadził do remisu, a trzy minuty później wyprowadził swój zespół na prowadzenie, wykorzystując rzut karny. W 37 zapisał się w protokole po raz czwarty, a po chwili miał szansę na zgarnięcie piątego gola, ale ostatecznie trafił w słupek... i choć piłka po tym strzale wpadła w ręce Bartka Zawadzkiego, to nie zdołał on jej opanować i futbolówka wtoczyła się za linię bramkową. Nie mając już nic do stracenia Wiecznie Drudzy rzucili się do ataku i nawet udało się strzelić imponującego gola – wrzutkę z rzutu rożnego Antka Groneta wykorzystał Piotr Kawka i ślicznym strzałem zapakował futbolówkę do siatki. Niestety na więcej zwyczajnie nie starczyło czasu i gospodarze musieli uznać wyższość ekipy Leonida Isayenii.
FC Patriot dopiero przed tygodniem wygrali pierwszy mecz w sezonie. To musiało mieć na nich pozytywny wpływ i przeciwko Szmulkom liczyli na kolejną wygraną. Rywal był w zasięgu, bo zespół Kuby Kaczmarka w ostatnich tygodniach rzadko wygrywa i trudno go było nazwać w tej parze faworytem. Natomiast co do samego meczu, to tak otwartego widowiska dawno nie oglądaliśmy. Okazji, jakie miały miejsce w pierwszej połowie było tyle, że można by nimi obdzielić kilka spotkań. Z tego festiwalu strzeleckiego lepiej wyszli gracze Szmulek. Prowadzenie objęli po rzucie rożnym i bramce Adriana Kaczmarka, a potem Patrioci pozostawili bez opieki Kubę Kaczmarka i ten nie zmarnował sytuacji sam na sam. Do przerwy było więc 2:0, chociaż równie dobrze, to Patrioci mogli prowadzić, np. 6:4, bo sytuacji – jak wspomnieliśmy – było niemożliwie dużo. Ekipa z Ukrainy długo nie mogła się przełamać, co strasznie frustrowało przede wszystkim Anatolija Ursu. Ten zawodnik był zdecydowanie najgroźniejszy w obozie FC Patriot i to on zatroszczył się o doprowadzenie do remisu. Najpierw nabił piłką swojego kolegę z drużyny, Volodymyra Pedosiuka i było 1:2, a potem zaliczył asystę przy kolejnym golu. Szmulkom powoli wymykała się sytuacja z rąk, aczkolwiek ten zespół również spokojnie mógł zdobywać bramki, lecz celownik drużyny z Pragi totalnie się rozregulował. Za to Patrioci robili swoje i lada moment byli już na prowadzeniu. Szmulki powinny odpowiedzieć, lecz okazji 1 na 1 z bramkarzem nie wykorzystał Kuba Kaczmarek. I to się zemściło, bo niesamowitego gola na 4:2 zdobył Anatolij Ursu, strzałem (a tak naprawdę wybiciem piłki) sprzed własnego pola karnego. Po tym ciosie Szmulki już się nie podniosły. Patriot dowieźli prowadzenie i w tym absolutnie szalonym starciu triumfowali 4:2. To było bardzo dziwne spotkanie i gdyby były prowadzone statystyki xG, czyli expected goals, to jesteśmy przekonani, że jedni i drudzy mieli by współczynniki na bardzo wysokim poziomie. Nieskuteczność była ogromna, ale zwłaszcza dla Patriotów nie ma to wielkiego znaczenia. Liczył się cel, a ten został zrealizowany.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)