RAPORT MECZOWY - KOLEJKA 6.

Sezon nabiera rumieńców! Przetasowania to już norma, a w telegraficznym skrócie wygląda to tak – In Plus Pojemna Halina wygrywa szlagier z Turem Ochota i umacnia się na pozycji wicelidera w ekstraklasie, rozpędzona Energia już ma 6 punktów przewagi nad Bonito Warszawa, Elitarni Gocław wygrywają z Borowikami i wskakują na podium 8 ligi. 6 kolejka okazała się dla jednych szczęśliwa, a niektórzy mieli wyjątkowego pecha. Jeżeli chcecie poznać szczegóły, to zapraszamy do przeczytania naszego cotygodniowego podsumowania!



 

EKSTRAKLASA

 

NARODOWE ŚRÓDMIEŚCIE - EAST WIND (2:11)
Narodowe Śródmieście jeszcze do niedawna było ekipą, której frekwencja budziła podziw, a Marek Szklennik mógł co mecz wystawiać dwa pełne składy. Tym bardziej smutnym widokiem jest obecna kondycja tej drużyny. W minioną niedzielę kapitanowi Śródmieścia ledwo udało się zebrać sześć osób i mimo zaangażowania obecnych na placu gry, było to zdecydowanie za mało, żeby postawić realny opór świetnie dysponowanej drużynie East Windu. Egzekucja, bo tak można podsumować to spotkanie, rozpoczęła się już od 8 minuty, kiedy wynik otworzył Paweł Rybak. Po chwili Paweł dołożył drugie trafienie, a na 0:3 podwyższył Adrian Gomoła. Goście rozluźnili się nieco w obronie i w efekcie Łukasz Wiśniewski dośrodkował do Arkadiusza Kiblera, a ten strzałem z pierwszej piłki nie dał szans golkiperowi East Windu. Był to jedyny wyraźny przebłysk ze strony drużyny ze Śródmieścia, bo goście szybko wrócili do pełnej kontroli boiska. Mimo pełnego skupienia w drużynie Sebastiana Dąbrowskiego humory zdecydowanie dopisywały i luźna atmosfera udzielała się zarówno piłkarzom jak i kibicom. Strzelecki festiwal w pierwszej połowie urządził sobie Paweł Rybak, druga połowa należała do Damiana Patoki. Obaj panowie zaliczyli po cztery trafienia, a mecz zakończył się wynikiem 2:11. Dla East Windu były to łatwe trzy punkty, ale niezwykle cenne, bo warte wskoczenia na trzecie miejsce w tabeli. Chłopakom z Narodowego Śródmieścia, którzy stawili się do tak nierównej walki należą się wyrazy szacunku, ale na ekstraklasę Ligi Fanów to zdecydowanie zbyt mało, a Marek Szklennik stoi teraz przed ciężkim zadaniem przebudowy swojego zespołu.

 

 

CONTRA - FC IMPULS UA (6:5)
Zacięty i niezwykle wyrównany pojedynek stoczyły ze sobą ekipy Contry i FC Impuls UA. Drużyna Michała Raciborskiego liczyła na podtrzymanie passy sprzed tygodnia, kiedy po raz pierwszy w tym sezonie zdobyła punkty, ale to goście złapali inicjatywę na początku spotkania. Dwie szybkie bramki Konstiantyna Didenko i Romana Pigarieva postawiły gospodarzy w niezbyt komfortowej sytuacji, ale dość prędko udało się zdobyć bramkę kontaktową autorstwa Macieja Kurpiasa, a po kilku minutach był remis po golu Michała Raciborskiego. W 17 minucie Bohdan Ivaniuk posłał podanie przez całe boisko do Vladyslava Budza, a ten pewnym strzałem pokonał bramkarza Contry. Kiedy wydawało się, że goście dowiozą prowadzenie do przerwy, bramkę na 3:3 ustrzelił Rafał Osiński. Druga część spotkania rozpoczęła się szczęśliwie dla gospodarzy. Najpierw prezent w postaci rzutu wolnego wykorzystał Maciej Kurpias, a już akcję później było 5:3 po golu Michała Zagórskiego. Ukraińcy szukali okazji do zdobycia bramki, ale szczelna obrona Contry nie dawała rozpędzić się napastnikom Impulsu. Okazja pojawiła się dopiero w 38 minucie, kiedy żółtą kartkę obejrzał obrońca Contry, a Impuls praktycznie zamknął gospodarzy na ich połowie i zaczęło się oblężenie bramki Dominika Podlewskiego. Dało ono błyskawiczny efekt w postaci gola autorstwa...golkipera Impulsu, czyli Artema Solonikova, który wykorzystywał przewagę liczebną i podłączał się do akcji ofensywnych. Kiedy składy wyrównały się Impuls wciąż napierał w ataku, ale Contra mądrze broniła dostępu do swojej bramki i goście nie mieli zbyt dużo okazji strzeleckich. Mecz nabrał kolorów, a wojnę nerwów w końcówce lepiej znieśli gospodarze – w 48 minucie na 6:4 trafił Michał Raciborski. Impuls momentalnie odpowiedział trafieniem Konstiantyna Didenki, ale na bramkę wyrównującą zwyczajnie zabrakło czasu i gospodarzom udało się utrzymać prowadzenie do ostatniego gwizdka. Warto tutaj zwrócić uwagę na świetny występ Dawida Bieli, który choć tym razem nie strzelił ani jednej bramki, to zanotował aż pięć asyst i walnie przyczynił się do triumfu swojej drużyny.


TUR OCHOTA - IN PLUS & POJEMNA HALINA (1:2)
W tym sezonie co tydzień mamy kilka szlagierów w lidze, a w tej kolejce sporo emocji i piłki na najwyższym poziomie spodziewaliśmy się w spotkaniu Tura z In Plus Pojemną Haliną. Od początku spotkania rysował się scenariusz jakiego się spodziewaliśmy. Gospodarze cofnęli się na swoją połowę, a goście długo operowali piłką starając się wykorzystywać grę ze swoim bramkarzem. Team Konrada Kowalskiego miał problemy z wyprowadzaniem piłki bo podopieczni Patryka Galla starali się cały czas pressingiem odbierać piłkę. Jedna z takich prób zakończyła się golem. Przemek Kępiński dograł do Igora Zielińskiego i ten pokonał Pawła Wysockiego. Od tego momentu mecz zaostrzył się, a gracze gospodarzy dostali dwie żółte kartki i dodatkowo musieli grać w osłabieniu. To nie pomagało i gracze z Ochoty musieli biegać w defensywie by nie stracić kolejnych bramek. Do przerwy mieliśmy wynik 0:1. Po zmianie stron Tur zaczął lepiej operować piłką był cierpliwy i dopiął swego. Po akcji kapitana Konrada Kowalskiego Przemek Kępiński dostał żółtą kartkę i In Plus Pojemna Halina grała w osłabieniu. Adrian Bartkiewicz po kapitalnym podaniu Kamila Kudelskiego strzelił gola na remis. Od tego momentu obie ekipy miały swoje okazje. Jednak bramkarze tego dnia byli w bardzo dobrej dyspozycji . Kilka słupków poprzeczek i znakomite akcje to wszystko działo się w drugiej połowie tego widowiska. Gdy wydawało się że mecz zakończy się podziałem punktów to na niespełna minutę przed końcem po strzale Bartosza Przyborka i rykoszecie piłka wpadła do bramki Tura. Na odrobienie strat nie było już czasu i po końcowym gwizdku to goście cieszyli się z kompletu punktów. Jak mawiał klasyk liga będzie ciekawsza i jedno już teraz wiemy, że rewanż na pewno będzie pasjonujący.

 

MIXAMATOR - ANONYMMOUS! (8:4)
Sporo emocji mieliśmy w spotkaniu Mixamatora z AnonyMMous. Gospodarze w tym sezonie nie raz zaskoczyli w swoich meczach i tak naprawdę z biegiem czasu coraz lepiej sobie radzą i w starciu z ekipą Maćka Miękiny nie stali wcale na straconej pozycji. Goście, też mają udany okres i chociażby pokonanie Tura nie było przypadkowe. Gospodarze do spotkania przystępowali bez nominalnego golkipera i między słupkami z konieczności stanął Victor Yaremii. Jak się okazało świetnie sobie radził i koledzy z drużyny dobrą defensywą pomagali mu długo zachowywać czyste konto. W ofensywie tego dnia podopieczni Michała Fijołka również realizowali wszystkie założenia i nic dziwnego, że team Maćka Miękiny miał sporo problemów by grać swój futbol, jaki prezentował w poprzednich kolejkach. Ciężko wyróżnić kogokolwiek z pola w ekipie Miksów, bo każdy grał na wysokim poziomie i to przełożyło się na bramki. AnonyMMous tylko za sprawą Michała Głębockiego potrafił pokonać bramkarza rywali i do przerwy nieoczekiwanie mieliśmy wynik 4:1. Podczas pięciominutowego odpoczynku w sztabie gości widać było mobilizację i wiarę w odrobienie strat. Po zmianie stron jednak nic się nie zmieniło. Mixamator funkcjonował jak dobrze naoliwiona maszyna i czekając na ataki przeciwników skutecznie kontrował. Kolejne bramki odebrały resztki złudzeń na punkty Anonimowym. Ci próbowali wszystkiego. Pierwszy raz w tym sezonie ściągnęli Maćka Miękinę z bramki próbując grę z przewagą lotnego bramkarza, ale dopiero w końcówce spotkania przy stanie 2:8 udało się zmniejszyć rozmiary porażki. Ostatecznie Miksy wygrywają 8:4 i pokazują, że w tym sezonie jeszcze nie raz zaskoczą rywali w ekstraklasie swoją grą i nikt nie może lekceważyć tej drużyny.

 

FC KEBAVITA - FC GORLICKA (2:4)
Niewiele zabrakło abyśmy mieli niespodziankę w spotkaniu FC Kebavity z FC Gorlicką. Goście byli tu niewątpliwie typowani w roli faworyta, ale team Daniela Gello musiał się solidnie napracować nad zdobyciem trzech punktów. Od pierwszego gwizdka gra w zawrotnym tempie przenosiła się od bramki do bramki i w efekcie dostaliśmy wyjątkowo emocjonujące widowisko. Pierwszy gol padł dopiero po 12 minutach gry, a podanie Kacpra Pyrka wykorzystał Moatasem Aziz i trochę niespodziewanie Kebavita objęła prowadzenie. Dla Gorlickiej był to sygnał, że trzeba przejąć inicjatywę i goście bardzo szybko zaczęli budować przewagę w środkowej części boiska. W efekcie gola wyrównującego strzelił Marcel Gorczyca, a po chwili dwa trafienia dołożył Eryk Murawski i na przerwę Gorlicka schodziła z bezpieczną przewagą 1:3. W drugiej połowie zarówno Jacek Żołnierski jak i Mateusz Kot mieli ręce pełne roboty i głównie dzięki świetnej dyspozycji obu golkiperów wynik długo utrzymywał się bez zmian. Dopiero na 5 minut przed końcem meczu Moatasem Aziz zdobył swojego drugiego gola dla Kebavity i goście otworzyli sobie drogę do pogoni za remisem, ale dosłownie minutę później fatalny błąd zaowocował rzutem karnym. Marcel Gorczyca nie zmarnował takiej okazji i pewnym strzałem pokonał bramkarza gospodarzy. Gol ten nieco zgasił szanse Kebavity na choćby wyrównanie, bo choć nie brakło determinacji, to zwyczajnie zabrakło czasu i mecz zakończył się wynikiem 2:4. Wykorzystując potknięcie TURa Gorlicka objęła samodzielne prowadzenie w ekstraklasie, a Kebavita choć plasuje się w dolnej połowie tabeli, po raz kolejny udowodniła, że stać ją na nawiązanie walki z najlepszymi.

 

LIGA 1

 

DEPORTIVO LA CHICKENO - TYLKO ZWYCIĘSTWO (12:8)
Tylko Zwycięstwo po odbiciu się od dna i wygraniu dwóch kolejnych spotkań miało ochotę na kolejny komplet oczek, tym razem ich rywalem był osłabiony przymusową nieobecnością Konrada Szkopińskiego zespół Deportivo La Chickeno. Mecz od początku był bardzo otwarty, obie drużyny postawiły zdecydowanie na atak, a bramkarze mieli pełne ręce roboty. Na prowadzenie wyszedł zespół gospodarzy, jednak TZ w mgnieniu oka doprowadził do wyrównania. Chwilę po tym jak goście doprowadzili do wyrównania, udało im się wyjść na prowadzenie, a dogodną sytuację na bramkę zamienił Andrzej Morawski. Deportivo wzięło się za odrabianie strat, a gra zespołowa pod nieobecność niekwestionowanej gwiazdy robiła na nas wrażenie. Gospodarzom udało się odrobić straty, a następnie wyjść na prowadzenie. Piękną bramkę z piętki, a'la Robert Lewandowski zdobył Mateusz Rudnicki. W ataku gości brylował Andrzej Morawski, który raz po raz straszył obronę Chickenów, ale zabrakło mu wsparcia od kolegów. Od stanu 5:4 na boisku istniała już tylko jedna drużyna. Deportivo wskoczyło na nieosiągalny dla TZ poziom, ich akcje były toczone w świetnym tempie, dokładne podania i skuteczność pozwoliła wyjść na wysokie prowadzenie 11:4. W tym momencie w drużynie gości coś drgnęło, wzięli się za odrabianie strat, doszli rywali już tylko na 3 bramki. Niestety to było wszystko na co mogli sobie pozwolić, a Deportivo jeszcze podwyższyło swoje prowadzenie. Mecz był bardzo ciekawy, i chcielibyśmy, oglądać tak emocjonujące spotkania co tydzień.

 

 

GREEN LANTERN - FC OTAMANY 3:3
Zespół Green Lantern ostatnie dwa swoje spotkania przegrał, ale były to porażki z dwiema najlepszymi do tej pory drużynami w lidze. FC Otamany w ostatniej kolejce zdobyli w końcu upragnione trzy punkty i powoli zaczęli piąć się w górę w tabeli. Pierwsze minuty to typowe badanie przeciwnika, żadna z drużyn nie chciała popełnić błędu, który kosztowałby utratę bramki. Pierwszą groźną akcję przeprowadzili gospodarze, którzy w ósmej minucie objęli prowadzenie. Długo się z niego nie cieszyli, ponieważ dwie kolejne składne akcje zainicjowane przez gości zakończyły się celnymi trafieniami, które wysunęły zespół gości na prowadzenie. Kilka minut przed gwizdkiem oznaczającym przerwę ładnym strzałem z rzutu wolnego popisać się Oleksandr Gryb i ustalił wynik tej części meczu na 1:3. Druga połowa zaczęła się od mocnego akcentu gospodarzy i ładnego uderzenia z rzutu wolnego Mateusza Ilnickiego, który zdobył bramkę kontaktową. Kolejne minuty nie przyniosły zmiany rezultatu. Doskonałą okazje na to mieli goście, którzy przez trzy minuty grali z przewagą jednego zawodnika. Szansy tej nie wykorzystali, a na domiar dla nich złego, chwilę później stracili bramkę. Pomimo kilku sytuacji bramkowych oraz walki w środkowej część boiska wynik 3:3 utrzymał się do końca spotkania. Warto odnotować, że jest to pierwszy podział punktów na tym poziomie rozgrywkowym, ale zarówno zawodnicy Green Lantern jak i FC Otomanów do końca nie byli zadowoleni ze straty dwóch punktów.


ALPAN - FC ALMAZ (8:4)
Niesamowity przebieg miało spotkanie Alpanu z FC Almaz. Gospodarze w dotychczasowych meczach prezentowali się wyśmienicie i jako lider przyjeżdżali na Arenę Picassa jak po swoje. Tymczasem goście to ambitna drużyna, która w tym sezonie z całą pewnością walczy o podium i jak na razie udawało im się utrzymać tam pozycję. Almaz świetnie zaczął i goście wyszli na prowadzenie. To było chyba tylko preludium do tego, na jaki poziom wskoczył ten mecz. W rolach głównych oglądaliśmy Mateusza Marcinkiewicza i Artura Jaguszewskiego. Ten pierwszy stwierdził, że słynna reklama o tym, że Błaszczykowski sam meczu nie wygra, nie jest do końca prawdą, bo Marcinkiewicz da radę. Zaczął w pierwszej połowie i uzbierał w niej hat-tricka. Wszystko po to, by... w drugiej połowie uzbierać kolejnego! W konsekwencji, mając na uwadze fakt, że Mateusz dorzucił do tego występu, jeszcze asystę, naprawdę może być dumny ze swojego występu. Mecz nie miał jednak wcale jednostronnego przebiegu, bo przede wszystkim Almaz miał mnóstwo szans, ale ich nie umiał wykorzystać. Spora zasługa w tym Artura Jaguszewskiego, który najpierw skierował piłkę do własnej bramki, a później... odbił taką liczbę strzałów, że obserwatorzy przecierali oczy ze zdumienia. Almaz walczył ambitnie, ale od bramki kontaktowej strzelonej przez Ihara Bakuna, tak naprawdę na boisku istniał już tylko jeden zespół. Wynik 8:4 i gospodarze pozostają niepokonani w lidze.


NISKI PRESS - FC FREEDOM (7:2)
Niski Press po serii porażek chciał w końcu przerwać tą złą passę i wygrać swój mecz w 1 lidze. Rywal do tego dobry, bo FC Freedom niestety w związku z problemami kadrowymi to już nie ta sama drużyna co rok temu. Co prawda gospodarze też nie stawili się licznie, bo nie mieli żadnej zmiany, ale powiedzmy sobie szczerze... niespecjalnie im to przeszkadzało. Zaczęło się od tego, że na boisku obejrzeliśmy świetną współpracę na linii Patryk Hull – Dawid Wichowski. Ten pierwszy jak zwykle zaliczył piękną asystę, a Dawid skierował piłkę do bramki. Freedom odpowiedział golem Serhii Yakouluka. Okazało się, że to było wszystko, co mogli zrobić goście w pierwszej połowie, a Niski Press tylko się rozpędzał. Duet Hull-Wichowski zapewnił 3 bramki i na przerwę schodziliśmy przy wyniku 4:1. W drugiej połowie obaj wspomniani gracze nadal udowadniali, że są świetni przygotowani kondycyjnie, bo wytrzymali pełne 50 minut na murawie. Wspomagani przez Roberta Dębskiego, cała trójka strzeliła po bramce i sprawiła, że na tablicy wyników po stronie Niskiego Pressu widniała liczba 7. Z kolei Freedom ambitnie walczył do końca, a Yakouluk trafił po raz drugi w tym spotkaniu. To było stanowczo za mało, by marzyć o jakichkolwiek punktach. Niski Press wraca do zwycięstw, a Freedomowi życzymy odbudowy, bo ten zespół stać na solidne punktowanie.


DRUNK TEAM – CLEOPARTNER (5:7)
W spotkaniu Drunk Teamu z Cleopartner goście byli murowanym faworytem, ale Łukaszowi Walo w końcu udało się zebrać całkiem solidny skład, a jak wiemy Drunkersi posiadając nawet wąską ławkę rezerwowych potrafią być bardzo niewygodnym przeciwnikiem. Początek spotkania wieszczył niemałą niespodziankę, bo nie minęły nawet 2 minuty, a Łukasz wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Goście szybko otrząsnęli się z początkowego szoku i bramkę zdobył nowy nabytek Cleopartner, czyli Bohdan Leshchenko. Ukraińcy rozkręcali się z minuty na minutę. Maksim Salauyou trafił w słupek, a po chwili Stanisław Oseledchenko oddał nieco niespodziewany strzał z dystansu i wyprowadził Cleopartner na prowadzenie. Obie drużyny zaliczyły jeszcze po jednym trafieniu i sędzia odgwizdał przerwę przy stanie 2:3. Druga połowa rozpoczęła się od gola Sergeya Mikhno, a Drunk Team odpowiedział trafieniem Łukasza Walo. Gospodarze solidnie pracowali w ataku i dośrodkowania z rzutu rożnego na bramkę zamienił Piotr Zygiel. Ukraińcy podkręcili nieco tempo meczu i grając typowe dla siebie dynamiczne akcje na dwa kontakty szybko złapali przewagę bramkową. Dwa razy trafił Adrei Trukhan i jednego gola dołożył Ivan Shevtsov, a Drunk Teamowi powoli kończyły się pomysły na przełamanie obrony Cleopartner. Ostatnią bramkę wieczoru strzelił Łukasz Walo i mecz zakończył się wynikiem 5:7. Cleopartner obroniło pozycję wicelidera, a Drunk Team wciąż pozostaje bez punktu, choć mecz ten pokazał, że przy odpowiedniej frekwencji jest szansa na wydostanie się ze strefy spadkowej.

 

LIGA 2

 

ORZEŁY STOLICY - WARSZAWSKA FERAJNA (6:4)
Cóż za seria! To już trzecie zwycięstwo Orzełów nad Warszawską Ferajną z rzędu. Ekipa Janka Wnorowskiego ewidentnie ma jakiś patent na zespół spod znaku Weszło FM, bo regularnie zdobywa trzy punkty w starciach z nimi. A przecież Ferajna to drużyna o nieprzeciętnych umiejętnościach (przed tym meczem tylko raz schodziła z boiska bez zdobytych punktów)! Dla Orzełów było to ważne zwycięstwo, bo w dwóch poprzednich spotkaniach w pechowy sposób przegrywali. Tego samego mogli się obawiać w niedzielę, bo strzelanie zaczęli rywale. Na 1:0 trafił Żochowski, który wykończył wspaniały rajd Hankiewicza. Chwilę później prowadzenie podwyższył Galan, pokonując bramkarza przeciwnika strzałem z główki. Mecz ten od początku charakteryzował się niezwykle wysokim tempem. Orzeły natomiast cechowała ogromna zawziętość, dzięki której zdołali wyrównać (bramka kontaktowa zrobiła wrażenie - piękna klepka, zapoczątkowana przez bramkarza!). Później obie ekipy kilkukrotnie obiły obramowania swoich bramek. Orzeły trafiły w poprzeczkę z rzutu wolnego, a WF strzeliły w słupek dwa razy w jednej akcji! I choć tuż przed przerwą na prowadzenie wyszli "gospodarze" (gol w pełni autorstwa braci Kiełpsz) to już na początku drugiej połowy kapitan Ferajny, Kacper Domański, doprowadził do wyniku 3:3. Bramka za bramkę i znowu prowadziły Orzeły - gratulacje dla Czerniawskiego za świetny drybling. Momentem przełomowym była kontuzja Kamila Żochowskiego z zespołu WF. Podczas jednej z akcji został przewrócony i nieszczęśliwie upadając, uszkodził kolano. Faul był oczywisty, ale nie był też przesadnie brutalny - Kamil przyznał, że to prawdopodobnie odnowienie dawnej kontuzji. Chwilę po jego zejściu Ferajna zdołała jeszcze wyrównać, strzelając piękną bramkę, przy której piętą asystował bramkarz. Niestety dało się jednak zauważyć, że osłabiła ich strata tak ważnego zawodnika, bo kolejne trafienia Orzełów (po jednym od obu z braci Kiełpszów) zamknęły to spotkanie. Mimo wszystko nie ujmujemy zwycięzcom, bo zasłużyli na swój sukces.

 

GRACZE GORSZEGO SORTU - FC NOVA GROUP (6:2)
Drugoligowa potyczka tych dwóch zespołów przyniosła sporo dynamiki na murawie Areny Picassa. Po wyjątkowo wyrównanej pierwszej połowie, którą mogliśmy udekorować dwiema bramkami autorstwa drużyny gości, a konkretnie Kamila Filipka. Pierwsza z tych bramek padła po mocno uderzonym rzucie wolnym, druga zaś po bezlitosnej kontrze w której to wspomniany wyżej Filipek uderzał na bramkę Patryka Kieszkowskiego, bramkarzowi drużyny gospodarzy udało się sparować strzał jednak dobitka była już tylko formalnością. Przed przerwą gospodarze odpowiedzieli jednym trafieniem Maćka Chojnackiego w 20 minucie. Dwie minuty później żółtym kartonikiem został ukarany kapitan GGS – Patryk Sznajder i do końca połowy jego drużyna grała w osłabieniu. Druga połowa to zdecydowana przemiana Graczy Gorszego Sortu. Zdecydowana dominacja i punktowanie w postaci zdobyczy bramkowych. Maciej Chojnacki w tym dniu zdecydowanie „polubił się" z bramką NOVA GROUP strzelając w całym spotkaniu czterokrotnie. Tego samego nie może powiedzieć golkiper gości, którego drużyna musiała w tym meczu sześciokrotnie rozpoczynać na gwizdek z centralnej części boiska. Plac gry jednak po raz kolejny udowodnił, że nie wybacza błędów i drużyna, która zostawi więcej potu i sportowej walki na nim bardziej zasługuje na trzy punkty dopisane do ligowej tabeli. Wynik spotkania 6:2.


SASKA KĘPA - BLACK EAGLES WARSZAWA (3:9)
Kolejna ciężka przeprawa czekała Saską Kepę, która podejmowała wicelidera, czyli Black Eagles Warszawa. Jeżeli ktoś liczył na to, że dla gospodarzy przełamanie fatalnej passy nastąpi w tym spotkaniu musiał się srogo rozczarować, bo o ile w pierwszej połowie Saska była jeszcze w stanie nawiązać w miarę wyrównaną walkę, o tyle druga połowa należała już zupełnie do ekipy Darka Pocztowskiego, która bezlitośnie punktowała każdy błąd Saskiej Kępy. Pierwsza bramka to gol samobójczy gospodarzy, ale napastnicy Black Eagles nie próżnowali i po chwili było już 0:3 po trafieniach Adama Wośka i Filipa Pietrusiewicza. Goście non-stop zagrażali bramce Tomasza Bajdura i nawet golkiper gości podłączał się do akcji ofensywnych, ale w pierwszej połowie więcej goli już nie oglądaliśmy. W drugiej części spotkania pierwsze skrzypce odgrywał Adam Wosiek, który skompletował aż 6 goli i dołożył jedną asystę, a Black Eagles kompletnie rozmontowało defensywę gospodarzy. Dopiero w 30 minucie kontaktowego gola strzelił Adam Zgórzak, ale przy wyniku 1:6 absolutnie nie było mowy o tym, aby Saska Kępa była w stanie dogonić wynik. Ostatecznie spotkanie skończyło się bilansem 3:9, który dość trafnie opisuje tę rywalizację. Saska Kępa nie była w stanie zagrozić Black Eagles, którzy cały mecz utrzymywali bezpieczną przewagę bramkową i kontrolowali przebieg widowiska mądrą grą w obronie i agresywną w ataku. Zwycięstwo to dało zespołowi Darka Pocztowskiego fotel lidera, a team Korneliusza Troszczyńskiego musi poszukać przełamania w kolejnych spotkaniach.

 

ZJEDNOCZONA OCHOTA - SZMULKERS TEAM (6:2)
Dobre widowisko tej niedzieli zaserwowały nam ekipy Zjednoczonej Ochoty i Szmulkers Team. Patrząc na składy jakie stawiły się na Grenady wydawało się, że gospodarze w łatwy sposób zdobędą kolejne punkty. Gdy Oscar Górecki strzelił już w pierwszych minutach bramkę wydawało się, że kolejne będą kwestią czasu. Jednak goście po słabszym początku nie zamierzali łatwo się poddać i zaczęli również stwarzać sobie okazje bramkowe. Gdy mecz się wyrównał to ponownie bramkę zdobyła Zjednoczona Ochota. Przy stanie 2:0 nastąpiło chyba lekkie rozluźnienie. Tuż przed przerwą gola kontaktowego po kontrze zdobył Aleksander Kuśmierz i do przerwy mieliśmy wynik 2:1. Tym razem Przemek Morawski nie miał nic do powiedzenia ale wcześniej kilka razy kapitalnie interweniował w dogodnych sytuacjach dla rywali. Po zmianie stron gospodarze szybko podwyższyli prowadzenie. Ponownie Oscar Górecki pokonał bramkarza i tym samym ustrzelił hat-tricka, a to nie był jeszcze koniec jego popisów strzeleckich w tym meczu. Po niespełna trzech minutach było ponownie na styku po bramce Filipa Paśniaka. Wynik 3:2 długo się utrzymywał, jednak ostatnie dziesięć minut były zabójcze w wykonaniu Zjednoczonej Ochoty. W obronie wszystko zatrzymywał Daniel Gałązka, a w ofensywie szalał wspomniany Oscar który dołożył dwa trafienia. Na listę strzelców wpisał się także Krystian Kołodziejski i mecz zakończył się wynikiem 6:2. Twarde męskie granie i brawa dla obydwu ekip które walczyły na całego. Goście pokazali, że mimo kilku absencji mają potencjał do tego by grać na najwyższym poziomie. Gospodarze idą jak burza i jeżeli utrzymają taką formę to mają szanse na zakończenie tej rundy nawet w fotelu lidera.

 

FC GÓRKA – ETERNIS (11:4)
Mecz pomiędzy FC Górką, a Eternisem kończył zmagania 6 kolejki w 2 lidze. Czwarta drużyna ligowej tabeli podejmowała lidera. Mecz od pierwszych minut rozgrywany był w bardzo wysokim tempie. Obie drużyny były dobrze przygotowane pod kątem motorycznym i kondycyjnym. Lepiej w to spotkanie weszli zawodnicy FC Górki, którzy jako pierwsi wyszli na prowadzenie 1-0. Górka prowadziła grę, ale nie ustrzegła się prostych błędów w defensywie, a taka drużyna jaką jest Eternis skrzętnie to wykorzystała szybko doprowadzając do remisu. Kolejne minuty pierwszej połowy to wymiana ciosów, raz z jednej raz z drugiej strony. Na przerwę obie ekipy schodziły przy wyniku 4-3 dla gospodarzy. Druga połowa to już całkowita dominacja ekipy Konrada Litwiniuka. FC Górka prowadziła grę, raz po raz wyprowadzając groźne, szybkie i składne akcje. Doskonale w tym aspekcie gry odnajdował się Szymon Maruszewski, który brylował w ofensywnych akcjach gospodarzy. Zawodnikom gospodarzy w drugiej połowie udało się zdobyć aż siedem bramek. Eternis był w stanie odpowiedzieć tylko jednym trafieniem. Górka zasłużenie wygrała to spotkanie 11-4 i dzięki wygranej zmniejszyła swoją stratę do pierwszej trójki. Porażka Eternisu była bardzo bolesna, bo przy tak spłaszczonej tabeli z fotelu lidera spadł na piąte miejsce w lidze. Wiemy jednak, że zarówno FC Górkę jak i Eternis stać w tym sezonie na to by zakończyć końcową rywalizację na miejscu premiowanym awansem.

 

 LIGA 3

 

FC MELANGE – FUSZERKA (4:2)
FC Melange po bardzo dobrym początku sezonu ponieśli trzy porażki z rzędu i znaleźli się blisko strefy spadkowej. Ich przeciwnik, zespół Fuszerki to bezpośredni rywal w tabeli, który do tej pory zdobył tyle samo punktów. Początek spotkania obie drużyny zaczęły bardzo spokojnie. Więcej przy piłce byli gospodarze, którzy wykorzystując dobrą grę nogami swojego bramkarza próbowali stwarzać liczebną przewagę na boisku. Przyniosło to efekty w 7 minucie, kiedy to swoją pierwszą bramkę w tym meczu strzelił Łukasz Słowik. Po straconej bramce do odrabiania strat wzięli się goście, którzy raz po raz atakowali bramkę gospodarzy. Pierwsze ich ataki były nieskuteczne, ale jeden z kolejnych zakończył się bramką. Chwilę później na prowadzenie ponownie mogli wyjść gospodarze, ale na przeszkodzie stanął słupek bramki przeciwników. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało do gości, którzy za sprawą drugiej bramki Aleksandra Goca wyszli na prowadzenie. Druga połowa to był już popis jednego zawodnika - wspomnianego wcześniej Łukasza, który na początku tej części spotkania doprowadził do wyrównania, a w kolejnych minutach jeszcze dwukrotnie pokonał bramkarza gości. W ostatnich minutach miał jeszcze jedną doskonałą szansę na podwyższenie wyniku, ale powtórzył wyczyn z ubiegłego tygodnia snajpera z Monachium i nie wykorzystał rzutu karnego. Ostatecznie mecz się zakończył wynikiem 4-2 dla FC Melange i to oni po kilku porażkach z rzędu mogą dopisać sobie kolejne trzy punkty. Zespół Fuszerki z boiska schodził w zupełnie odmiennych nastrojach, ponieważ mimo bardzo dobrej pierwszej połowy nie zdołali utrzymać prowadzenia i kolejnej szansy punktowej muszą wypatrywać w następnej kolejce.


ENERGIA - FC BALLERS (12:5)
Energia wydawała się zdecydowanym faworytem meczu z FC Ballers, ale mieliśmy w pamięci poprzednie występy drużyny Artioma Pastushyka, gdzie nawet z mocniejszymi rywalami potrafili powalczyć. Przynajmniej w pierwszej części wydawało się, że tak będzie i tym razem. Goście objęli nawet jako pierwsi prowadzenie, ale były to miłe złego początki. Katem gości okazał się Heorhii Parnitskii, który w niecałe 3 minuty, trzykrotnie pokonał bramkarza rywala. To mogło nieco zbić z tropu zawodników FC Ballers, ale goście nie ustawali w pościgu za wynikiem. Udało im się nawet zdobyć bramkę kontaktową, lecz nie potrafili utrzymać tego wyniku. Tuż przed przerwą na 4:2 podwyższył Igor Petlyak i ta bramka do szatni mogła nieco podłamać rywali. Dlaczego tak sądzimy? Otóż już na samym początku drugiej części Energia zadała decydujące ciosy, po których FC Ballers już się nie podniosło. Właściwie w 3 minuty gospodarze znów trzykrotnie trafili do siatki, w tym dwa razy Heorhii Parnitskii, który zdecydowanie miał tego dnia patent na oponentów, oraz raz Igor Petlyak. Kolejne minuty to kolejne bramki dla Energii, która była tego dnia zespołem zdecydowanie lepszym. Wisienką na torcie była bramka na 11:2 golkipera gospodarzy, który potężnym strzałem z dystansu umieścił piłkę w siatce, ale zanim piłka przekroczyła linię, dwa razy zdążyła odbić się od poprzeczki. Natomiast, aby zaliczyć kolejne trafienie, FC Ballers potrzebowało pomocy rywala. Po strzale jednego z zawodników piłka odbiła się od obrońcy i po rykoszecie wpadła do bramki. Do końca meczu zobaczyliśmy jeszcze 3 bramki – jedną po stronie Energi i dwie na otarcie łez u FC Ballers. Wynik końcowy 12:5 zdecydowanie odzwierciedla przebieg tego meczu.

 

PERŁA WWA - OLD EAGLES KOŁO (0:4)
W rywalizacji na zapleczu podium 3 ligi spotkały się ekipy Perły WWa oraz Old Eagles Koło. Wynik tego meczu miał spory wpływ na układ tabeli i żadna z drużyn nie mogła sobie pozwolić na porażkę, a nawet remis nie byłby tutaj satysfakcjonujący. Biorąc pod uwagę znaczenie tego spotkania trochę dziwi słaba frekwencja ze strony Perły, dla której była to przecież walka o pozostanie na podium. Orzełki nie miały za to problemów z ławką rezerwowych i od samego początku starały się złapać przewagę. Już w 5 minucie Piotr Parol otworzył wynik meczu, a po chwili było już 0:2 dla gości po strzale Pawła Lewandowskiego. Perła próbowała odpowiedzieć, ale ataki gospodarzy były zbyt anemiczne, żeby zagrozić bramce Sebastiana Nowakowskiego. Old Eagles również nie grzeszyli skutecznością, ale atakowali zdecydowanie częściej. Piotr Ryszawa w przeciągu jednej minuty miał dwie wyśmienite okazje na podwyższenie wyniku, ale zabrakło skutecznego wykończenia. W 22 minucie Piotr Parol dostał prezent w postaci rzutu wolnego i pewnym strzałem pokonał Jakuba Czajkę. Dosłownie akcję później gola zdobył Mariusz Żywek i Old Eagles schodzili na przerwę z pewnym prowadzeniem 0:4. W drugiej połowie Perła zdecydowanie ożywiła się w ofensywie, ale to bramkarz gości Sebastian Nowakowski rozdawał karty w tym spotkaniu. Nie tylko ani razu nie dał się pokonać, to na dodatek obronił rzut karny. Napastnicy gospodarzy z niedowierzaniem patrzyli na fenomenalne parady Sebastiana i rosnąca frustracja przekładała się na niemoc strzelecką. Old Eagles zostali zepchnięci do defensywy i starali się odgryzać kontratakami, ale zdecydowanie brakowało precyzji. Najbliżej strzelenia bramki był Sylwester Madej, który urwał się obrońcom i wyszedł sam na sam z bramkarzem, ale golkiper Perły nie dał się minąć i wyłuskał piłkę spod nóg napastnika. Perła nie wykorzystała nawet przewagi liczebnej w związku z żółtą kartką dla zawodnika Orzełków i mecz zakończył się pewnym zwycięstwem Old Eagles Koło, którzy dzięki temu zrównali się w tabeli z Perłą WWa i tylko dwa punkty dzielą ich od miejsca na podium.

 

UKRANIAN VIKINGS - FC KANONIERZY (1:4)
W kolejnym spotkaniu mierzył się ze sobą zespół z górnej części tabeli czyli Ukranian Vikings i zajmujący ostatnie miejsce w lidze Kanonierzy. Patrząc jedynie na tabelę wydawało się, że to spotkanie powinni spokojnie wygrać Wikingowie i przynajmniej na początku meczu wszystko szło zgodnie z przewidywaniami. W siódmej minucie wynik otworzył Vasyl Szwec jednak gospodarze nie poszli za ciosem. Kanonierzy też nie zrazili się straconą bramką, przez co mecz był bardzo wyrównany i przez dłuższy czas nie oglądaliśmy kolejnych bramek, choć okazje ku temu były. Dobrze jednak tego dnia byli dysponowani bramkarze i gdy tylko piłka leciała w światło bramki, pewnie interweniowali. W końcówce meczu sędzia wyciągnął dwa razy żółty kartonik. Najpierw na 3 minuty musiał zejść zawodnik Kanonierów, ale Wikingowie nie wykorzystali tej przewagi. Z kolei na minutę przed końcem to zawodnik Wikingów faulował na żółtą kartkę i to Kanonierzy tym razem mieli jednego zawodnika więcej. W dodatku przyznany rzut wolny świetnie wykorzystał Czarek Petasz i do przerwy mieliśmy 1:1. Po zmianie stron Wikingowie długo nie grali w pełnym składzie – gdy skończyła się jedna kara, chwilę później znów zawodnik gospodarzy otrzymał żółtą kartkę. Tym razem ponowna gra w osłabieniu obyła się bez większych konsekwencji, ale na nic to się zdało, bo gdy obie ekipy grały już w pełnych składach, to Kanonierzy przeprowadzili dobrą, składną akcję, którą sfinalizował Czarek Petasz. Wynik 1:2 utrzymywał się bardzo długo – duża w tym zasługa bramkarzy, którzy pewnie zbijali strzały oponentów. Właściwie mecz mógł się potoczyć w każdą ze stron, ale kluczowa okazała się bramka Oskara Nowickiego na 1:3, która w dużej mierze zadecydowała o wygranej gości. Rywali dobił jeszcze Czarek Petasz kompletując hat-tricka i ustalając wynik meczu na 1:4. Chyba żaden postronny obserwator nie powiedziałby, że w tym spotkaniu rywalizowały zespoły z dwóch różnych krańców tabeli. Tej różnicy nie było widać na boisku, a Kanonierzy, dzięki pierwszemu zwycięstwu w sezonie, opuścili w końcu ostatnie miejsce w tabeli.

 

UN MATE TEAM - BONITO WARSZAWA (3:6)
Byliśmy naprawdę solidnie zaskoczeni, gdy zobaczyliśmy skład Un Mate Teamu. Gospodarze na meczu stawili się w wyjątkowo szerokim zestawieniu osobowym, co niejednokrotnie stanowiło dla nich ogromny problem. Z drugiej strony Bonito było osłabione brakiem między innymi braci Hendigery, a na meczu stawili się tylko w 7 osób. Dodatkowo, jeden z zawodników doznał kontuzji jeszcze w pierwszej połowie, więc goście nie mieli zmian przez około 35 minut. Taka frekwencja wyjątkowo napędziła gospodarzy, którzy pierwszą połowę wygrali 3:1. Ariel Guelfi, Mariano Konopka i Francisco Giacosa pokonali w pierwszej odsłonie meczu Lucjana Barana, a odpowiedział tylko Diego Deisadze, który był skutecznie powstrzymywany przez pierwsze 25 minut. Nie wiemy jak przebiegała rozmowa w przerwie, ale druga połowa to był jakiś renesans formy w zespole gości. Nagle okazało się, że mimo braku zmian oraz przy problemach z kontuzjami po ostrzejszych wejściach rywali, można wygrać spotkanie. Zespół pociągnął za sobą po raz kolejny Diego Deisadze, pomogli mu wydatnie Kuba Melak, Hugo Czajkowski i Benedykt Kurtyka, a Lucjan Baran po prostu zamurował swoją bramkę. To wszystko spowodowało, że Un Mate Team nie strzeliło w drugich 25 minutach żadnej bramki, a Bonito trafiło łącznie pięciokrotnie do siatki rywali i wygrało to spotkanie 3:6. Bonito wskakuje na 2 miejsce w tabeli, a gospodarze niestety nadal są w strefie spadkowej.

 

LIGA 4

 

AWANTURA WARSZAWA I - LTM WARSAW (3:4)
Do meczu z LTM-em, Awantura przystępowała osłabiona, przede wszystkim brakiem podstawowego bramkarza. Na tej pozycji z konieczności musiał wystąpić Patryk Dominiak, ale o dziwo całkiem nieźle sobie poradził na nowej pozycji na boisku. Od początku rywalizacja była mocno wyrównana – trudno było wskazać zespół, który przeważał. Obie ekipy oddały po jednym bardzo groźnym strzale, ale raz piłka wylądowała na obudowie bramki Awantury, a raz LTM-u. Przełamanie przyszło w 14 minucie, kiedy to bramkarz gości sprokurował rzut karny. Źle przyjął zagraną do niego piłkę, która odskoczyła mu za daleko, dopadł do niej Sebastian Dominiak, ale został sfaulowany w polu karnym. Golkiper otrzymał żółty kartonik, a poszkodowany pewnie wykorzystał jedenastkę. LTM wytrwał grając w osłabieniu, a gdy już grał w pełnym składzie, udało mu się przed przerwą zremisować. Po 25 mieliśmy zatem 1:1. Po zmianie stron szybką bramkę zdobył LTM. Już w pierwszej minucie drugiej części Krzysztof Kulibski pokonał bramkarza mocnym, precyzyjnym strzałem z rzutu wolnego. Parę minut później było już 1:3 i wydawało się, że LTM będzie miał już ten mecz pod kontrolą. Nic bardziej mylnego, bo z szybką ripostą pośpieszyli zawodnicy Awantury i chwilę później znów mieliśmy tylko jednobramkowe prowadzenie gości. Do samego końca wynik pozostawał otwarty – duża w tym zasługa Patryka Dominiaka, który popisał się paroma świetnymi interwencjami. Nie miał jednak szans przy golu Filipa Dubla na 2:4. Co prawda Awantura ponownie szybko odpowiedziała kolejnym trafieniem, ale zabrakło już czasu na zdobycie choćby punktu. LTM dopisuje sobie kolejne zwycięstwo, a Awantura po raz kolejny minimalnie przegrywa.

 

FC POPALONE STYKI - KS IGLICA WARSZAWA (5:5)
Spotkania KS Iglicy Warszawa już w lidze letniej przekonały nas o sportowym potencjale gości tego meczu. Preferują oni twardą grę, która do tego pełna jest zaangażowania, a przede wszystkim piłkarskich zdolności. W szóstej kolejce mierzyli się oni z drużyną FC Popalone Styki. Mecz ten już od początku zapowiadał wielkie emocje – wszystko przez bliskie sąsiedztwo w ligowej tabeli. Nasza prognoza bez dwóch zdań nie zawiodła nas, oddając przy tym emocjonujący charakter meczu, w którym to prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie. Mimo usilnych prób i pozornej dominacji przez większość meczu goście nie zdołali postawić przysłowiowej „kropki nad i", oraz zaznaczyć boiskowej dominacji. Remis 5:5 w kontekście całego meczu można uznać za wynik sprawiedliwy. Jeżeli patrzymy natomiast na ostatnie pięć minut – mieliśmy do czynienia z prawdziwą „obroną Częstochowy" w wykonaniu Iglicy. Bramka graczy w czarnych strojach była atakowana niemalże przez cały ten okres, ale Bartosz Kowalczyk zdawał się zaczarować słupki, których bronił. Piłka co rusz odbijała się od nich wypadając pod nogi rywali tak niefortunnie, że nie mogli oni komfortowo dobić futbolówkę. Koronnym przykładem dla tej tezy jest akcja, w której to piłka najpierw po strzale Julii Błażejowskiej odbiła się od poprzeczki, by wpaść pod nogi kolegi z drużyny, który to ekwilibrystycznym strzałem z nożyc trafił w słupek. Na koniec spotkania był jeszcze rzut karny po trafieniu jednego z graczy w rękę- jednakże i tym razem wyższość okazał bramkarz rywali Popalonych Styków zapewniając swojej drużynie cenny punkt.

 

BYCZKI STARE BABICE - MARGERITA TEAM (7:3)
W niedzielne popołudnie na Arenie Picassa spotkały się zespoły Byczki Stare Babice oraz Margerita Team. Spotkanie zapowiadało się bardzo ciekawie, oba zespoły plasowały się w dolnej części tabeli co z pewnością było poniżej oczekiwań obu ekip. Od samego początku spotkanie stało na bardzo wysokim poziomie. Zawodnicy prezentowali się bardzo dobrze, a ich wyszkolenie techniczne stało na bardzo wysokim poziomie. Mecz od początku był dynamiczny oba zespoły bardzo dużo biegały i walczyły na boisku. Z upływem czasu lekką przewagę zaczęli osiągać zawodnicy z Babic i to oni jaki pierwsi wyszli na prowadzenie. Bramkę bezpośrednio z rzutu wolnego zdobył Oskar Kania. Kolejne minuty to jeszcze większy napór gospodarzy, którzy swoją przewagę udokumentowali kolejnymi bramkami. Po słabym początku meczu i stracie trzech bramek, goście zaczęli powoli dochodzić do głosu. Ich akcje stawały się coraz bardziej konkretne, a sygnał do odrabiania strat dał Piotr Pielak. Margerita poszła za ciosem i po kilku minutach było już 3-2. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Byczki Stare Babice w dalszym ciągu przeważały, goście nieco opadli z sił i oddali inicjatywę w meczu. Gospodarze poprawili grę w obronie i spokojnie budowali swoje ataki pozycyjne. Efektem były kolejne bramki. Przy wyniku 7-2, pada samobójcza bramka jednego z zawodników gospodarzy lecz nie miała ona już żadnego wpływu na losy spotkania. Mecz kończy się wysoką wygraną zawodników z Babic. Sytuacja w 4 lidze robi się bardzo ciekawa i dzięki wygranej Byczki tracą już tylko 3 punkty do pierwszego miejsca.


WIERNY SŁUŻEWIEC - OLDBOYS DERBY (5:1)
W przedostatnim meczu stanęły naprzeciw siebie Wierny Służewiec i Oldboys Derby, czyli odpowiednio trzecia i druga drużyna 4 ligi. Na początku obie ekipy badały się wzajemnie – było to pierwsze spotkanie tych drużyn i nie do końca wiedziały czego mogą się po sobie spodziewać. Pierwszy śmielej zaatakował Wierny – oddał parę strzałów na bramkę rywala, ale wszystko bardzo dobrze bronił Michał Piątkowski. Nie miał jednak najmniejszych szans po strzale Michała Komorowskiego, który ze znacznej odległości zdecydował się na uderzenie, a piłka idealnie wpadła w okienko bramki. Aż szkoda, że ten mecz nie był nagrywany, bo ten gol z pewnością byłby mocną kandydaturą do miana gola sezonu. Po objęciu prowadzenia Wierny czekał na to jak zareaguje rywal, a Oldboje zareagowali w najlepszy możliwy sposób. Dążyli do wyrównania, które od pewnego momentu wisiało w powietrzu. Jedną z lepszych okazji był rzut wolny pośredni w polu karnym, ale tym razem jeszcze gospodarze się wybronili. Jednak jeszcze w pierwszej części mieliśmy wynik 1:1. Gol dla gości padł po akcji Jacka Pryjomskiego, który świetnie poradził sobie z dwoma obrońcami, a całą akcję wykończył Tomasz Ciesielski. W drugiej części wynik wciąż przez długi czas pozostawał sprawą otwartą, ale skuteczniejsi tego dnia byli zawodnicy Wiernego. Najpierw na 2:1 trafił Adam Żychliński, a następnie na 3:1 podwyższył Piotr Gratkowski. Oldboys próbowali odwrócić losy meczu, ale zamiast bramki kontaktowej, stracili kolejnego gola po strzale Huberta Stawickiego. Kropkę nad i postawili bracia Kowalscy, który przeprowadzili akcję na 5:1 i takim wynikiem skończył się ten pojedynek. Widać było, że boisko na Grenady jest sporym atutem Wiernego, gdyż goście głównie grają i trenują na Arenie Picassa. Na wiosnę zapewne role się odwrócą, ale jak na razie, po tym zwycięstwie Wierny objął fotel lidera w 4 lidze.

 

VIRTUALNE Ń - FC RADLER ŚWIĘTOKRZYSKI (9:3)

Jak na razie to nie jest dobry sezon dla zespołu Radlera Świętokrzyskiego. Podopieczni Pawła Urbana w dotychczasowych meczach nie prezentowali się dobrze, mieli liczne przebłyski, ale punktów z tego nie było żadnych. To wszystko spowodowało, że w meczu z Virtualnymi nie byli z całą pewnością faworytem. Należy jednak zauważyć, że gospodarze też formą nie grzeszyli, ale zwycięstwo w tym spotkaniu miało im dać wyjście z czerwonej strefy w tabeli. Tymczasem w pierwszej połowie Marcin Matuszek pokonał bramkarza gospodarzy i wyprowadził Radlera na prowadzenie. Prowadzenie gości utrzymywało się przez dłuższy czas, ale w końcu Virtualni przełamali zasieki obronne rywali. Zrobił to oczywiście Szymon Kolasa, który potrzebował dłuższej chwili żeby wejść w mecz, ale jak już zaczął strzelać to nie mógł skończyć. Szymon był chyba bardzo szczęśliwy, że przełamał niemoc, a efektem była łączna zdobycz na poziomie 6 bramek i 1 asysty. Niestety Radler po 25 minutach zupełnie się pogubił i niestety w drugiej połowie piłkarze w żółtych strojach nie prezentowali się tak dobrze. Gracze gości obawiali się w kuluarach, że znów ich spotkanie skończy się dwucyfrówką, ale na szczęście udało im się tego uniknąć. Nie da się jednak nie zauważyć tego, że Radler sam sobie strzelił aż 2 bramki. Mamy nadzieję, że w kolejnych meczach gracze lubiący piwko z domieszką soczku, przypomną sobie jak potrafią dobrze grać w piłkę i wygrają kolejne spotkania.

 

LIGA 5

 

BRD YOUNG WARRIORS - PRAGA WARSZAWA (2:7)
W starciu BRD Young Warriors z Pragą Warszawa faworytem wydawali się zawodnicy gości. Przynajmniej w pierwszej połowie gracze Patryka Pawłowskiego w 100% potwierdzili te przewidywania. Właściwie w pierwszych 25 minutach przewaga Pragi była dość wyraźna, co miało też odzwierciedlenie w wyniku spotkania. Pierwszą bramkę w tym spotkaniu zdobył Paweł Orzechowski, chwilę później po dobrze rozegranym rzucie wolnym podwyższył Shota Jilbladze i od tego momentu Praga sukcesywnie i konsekwentnie powiększała swoją przewagę, przy czym ataki Young Warriors były dość sporadyczne. Przy wyniku 0:2 uaktywnił się Patryk Pawłowski – jeszcze w pierwszej części skompletował hat-tricka i wyprowadził swój zespół na prowadzenie 0:5. Szóstą bramkę dołożył powracający po ciężkiej kontuzji Artur Markiewicz. BRD dopiero w końcówce się przełamało, kiedy to Paweł Naszkiewicz przejął piłkę i zdobył premierowego gola dla swojej ekipy. Ostatnie zdanie należało jednak do Pragi, bo tuż przed końcowym gwizdkiem Patryk Pawłowski ustalił wynik do przerwy na 1:7. Po takiej kanonadzie, niestety w drugiej części nie zobaczyliśmy już zbyt wielu goli. O dziwo znacznie lepiej po przerwie grało BRD, które miało kilka naprawdę dobrych okazji do strzelenia bramki, ale albo dobrze bronił golkiper rywali, albo strzały blokowali obrońcy Pragi. Goście natomiast zatrzymali się na siedmiu golach i nawet gra w przewadze nie pomogła w podwyższeniu rezultatu. W końcówce spotkania BRD dołożyło jeszcze jedno trafienie i mecz zakończył się wynikiem 2:7, choć jeśli gospodarze zagraliby cały mecz tak jak drugą połowę, prawdopodobnie ten rezultat byłby znacznie lepszy.

 

EAST TEAM - ADP WOLSKA FERAJNA (4:3)
Sporo emocji ale i kawał dobrego futbolu widzieliśmy w niedzielny poranek na Grenady w wykonaniu East Teamu i ADP Wolskiej Ferajny. Na początku to goście potrafili dobrze zagrać w ofensywie i mimo, że dostali już w trzeciej minucie karę minutową to nie tylko przetrwali ten okres bez straty gola, ale jeszcze potrafili szybko strzelić dwie bramki. Po okresie dobrej gry przytrafił się jednak moment przestoju. Jakby zadowoleni z wyniku goście rozluźnili się trochę i to gospodarze zaczęli stwarzać coraz więcej sytuacji bramkowych. Efektem tego był gol kontaktowy jeszcze przed przerwą, który dawał nadzieję na walkę o korzystny wynik. Do przerwy zatem mieliśmy rezultat 1:2. Po zmianie stron gospodarze dążyli do wyrównania i za sprawą składnej akcji całego zespołu ten cel szybko osiągnęli. ADP ponownie zaczęła grać tak jak w pierwszych minutach meczu i to ponownie przyniosło efekty. Gdy Czarek Majewski wykorzystał karnego wydawało się, że team Kamila Jagiełły postara się kontrolować grę i nie dopuści do powrotu rywali do meczu. Jednak upór zawodników East Teamu i wiara w końcowy sukces dała efekty. Ponownie doprowadzili do remisu i gdy wydawało się, że ten mecz skończy się podziałem punktów, to po rzucie wolnym East Team strzela na 4:3 i w tym momencie sędzia gwiżdże koniec spotkania. Kapitalny powrót z dalekiej podróży i cenne trzy punkty dla gospodarzy. Goście dobrze grali, ale niestety w końcówce nie potrafili utrzymać wyniku, a trzeba zaznaczyć że mieli kilka naprawdę klarownych sytuacji.

 

STADO SZAKALI – MUNJA (5:6)
Niezwykle wyrównane i emocjonujące było spotkanie Stado Szakali z Munją. Od początku spotkania widać było, że każdej z ekip zależy na punktach i oglądaliśmy sporo sytuacji bramkowych. Lepiej ze skutecznością wyglądali goście i to oni po niespełna dziesięciu minutach prowadzili 0:3. Kapitalnie grał w tym fragmencie meczu Aksel Randal i to on miał swój udział w dwóch bramkach dla ekipy Macieja Affeka. Gospodarze obudzili się dopiero po trzech trafieniach rywali i zaczęli grać swój futbol. Szybko zrobiło się 2:3 po trafieniach Jana Mitrowskiego. Trzeba też podkreślić, że świetnie w środku pola zaczął grać Kamil Ceran, który znakomicie kreował kolejne akcje swojego teamu. Do przerwy było 2:3 i to zwiastowało spore emocje w drugich 25 minutach. Po zmianie stron Stado Szakali szybko wyrównało. Ponownie Kamil Ceran znalazł dobrze ustawionego kolegę i ten nie miał problemów z pokonaniem bramkarza gości. Po chwili Munja ponownie wyszła na prowadzenie, a uaktywnił się w ofensywie dotąd niewidoczny Michał Sztajerwald. Po strzelonej bramce było 3:4, ale wspomniany Michał jak już złapał rytm to musiał stanąć między słupkami swojego zespołu. Żółtą kartkę dostał golkiper Konrad Lewkowicz i to właśnie napastnik postanowił go zastąpić na czas kary. Gospodarze natychmiast wyrównali na 4:4. Końcówka niesamowita, bo obie ekipy trafiły po jednej bramce i przy wyniku 5:5 doszło do małej utarczki między zawodnikami. Zarówno zawodnik Munji jak i Szakali dostali po żółtej kartce i dosłownie chwilę później, na sekundy przed końcem meczu rzut karny dla gości. Michał Sztarejwald nie pomylił się i dał ku uciesze swojej drużyny komplet punktów.

 

PRZYPADKOWE GRAJKI - FC ALBATROS (1:5)
W zapowiedziach stawialiśmy na Przypadkowych Grajków, jednak brak nominalnego bramkarza i paru ważnych zawodników musiało nieco zweryfikować pogląd na faworyta tego spotkania. FC Albatros natomiast pojawili się w mocnym składzie, ale przynajmniej przez pierwsze minuty mecz był dość zacięty. Na początku paroma interwencjami popisał się Czarek Klimkowski, ratując Grajków przed utratą gola. Bezbramkowy remis utrzymywał się dość długo, bo do 15 minuty, ale wtedy tę niemoc przełamał Michał Kowalczyk, kiedy to mocnym strzałem z rzuty wolnego dał prowadzenie Albatrosom. Cztery minuty później mieliśmy już 0:2, gdy po dwójkowej akcji Kowalczyk – Hemperek ten drugi umieścił piłkę w siatce. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza część tego spotkania. W drugiej części Przypadkowe Grajki na chwilę wróciły do gry, gdy z indywidualną akcją ruszył Krzysztof Stachowicz i zdobył bramkę kontaktową. Długo się gospodarze nie cieszyli, bo już minutę później Albatrosy znów odskoczyły na jedną bramkę. Natomiast gole Damiana Kurasiewicza na 1:4 i Macieja Dyjewskiego na 1:5, który tym razem cały mecz rozegrał w polu, w przeciągu zaledwie 5 minut właściwie zamknęły ten mecz. Więcej goli już nie padło, choć było parę okazji do zmiany wyniku. Nie pomogła Albatrosom nawet żółta kartka dla rywala i gra w przewadze przez 3 minuty, gdyż Grajki w okresie gry w osłabieniu dzielnie się broniły. Ogólnie końcówka meczu to był okres mocnej walki z jednej i drugiej strony, na którą sędzia przyzwalał. Rywalizacja zakończyła się zasłużoną wygraną FC Albatros, choć trzeba oddać, że Grajki zostawiły sporo zdrowia na boisku.

 

TORNADO SQUAD – SANTE (2:3)
Tornado Squad wciąż pozostaje bez punktu. Team Michała Nawrockiego musiał tym razem uznać wyższość drużyny Sante, ale był to dość zaciekły pojedynek i kwestia wyniku pozostawała otwarta do ostatniego gwizdka. O wyrównanym charakterze tej rywalizacji świadczy chociażby fakt, że pierwszą bramkę obejrzeliśmy dopiero po kwadransie gry, kiedy Grzegorz Kozłowski zdecydował się na samodzielny rajd środkiem boiska i w sytuacji jeden na jednego nie dał szans bramkarzowi Tornado. Co ciekawe bramka ta obudziła nieco ospale do tej pory grającą ofensywę gospodarzy i już po minucie mieliśmy remis po golu Mateusza Bieleckiego. Tuż przed przerwą rozerwał się worek z bramkami. Najpierw trafił Tomasz Cacko, już akcję później był znów remis, tym razem po golu Michała Nawrockiego, ale Sante odpowiedziało błyskawicznie drugim trafieniem Tomasza i na tablicy widniał wynik 2:3. Tornado miało jeszcze wyśmienitą okazję do wyrównania przed samym gwizdkiem, ale obrońca gości wybił piłkę dosłownie z linii bramkowej. W drugiej połowie obie drużyny mimo szerokich rezerw nie starały się forsować tempa i w efekcie nie oglądaliśmy już żadnych goli, co nie zdarza się zbyt często w ligach szóstek. Oczywiście akcji nie brakowało ani z jednej, ani z drugiej strony, szczególnie, że Tornado Squad musiało gonić wynik. Chłopakom zabrakło trochę determinacji, ale również i szczęścia, choć i golkiper Sante Kamil Opałka miał niemały wpływ na utrzymanie wyniku. Nawet źle przeprowadzona zmiana przez gości i minuta gra w przewadze nie dała gospodarzom szansy na ustrzelenie remisu i mecz zakończył się wynikiem 2:3.

 

LIGA 6

 

COSMOS UNITED - FC TARTAK (1:4)
Gracze gospodarzy mieli wielki apetyt przed tym spotkaniem, ponieważ w przypadku zwycięstwa mieli szansę wrócić na podium, do miejsca do którego drużyna jest przyzwyczajona. Taki plan działania zaczął realizować już na początku spotkania Maciej Bogusz, który po strzale zza linii pola karnego strzelił na 1:0. Chwilę później po faulu w polu karnym sędzia wskazał na „wapno". Była to doskonała okazja do podwyższenia prowadzenia jednak intencje strzelającego Salvadora de Fenix'a idealnie odczytał bramkarz FC Tartaku – Artur Krzak, który po fantastycznej paradzie obronił uderzenie kapitana Kosmitów. Goście rzucili się do odrabiania strat. Mimo, że zespół Cosmos United w pierwszej połowie tego spotkania wydawał się bardzo solidny i zawodnicy dość sprawnie przesuwali się po boisku, najpierw Maciej Piasecki zdołał wyrównać na 1:1, a chwilę później kapitan Drwali – Luc Kończal ustalił wynik pierwszej odsłony na 1:2. Po przerwie to ekipa gości kontrolowała lepiej grę. Kilka strzałów zespołu Cosmos United nie trafiło w światło bramki mimo, że zespół dwoił się i troił, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Ta sztuka niestety tym razem udała się gościom, którzy po dołożeniu dwóch trafień Łukasza Łukasiewicza ustalili wynik spotkania na 1:4. Na pewno trzeba zauważyć, że Tartak dobrze wykorzystał grę w przewadze, co między innymi zaważyło na końcowym wyniku. Ostatecznie Tartak utrzymał 2 miejsce w lidze i utrzymał dystans do lidera, a Cosmos United po tej porażce spada na 6 pozycję w tabeli.


COMPATIBL - BAD BOYS (6:0)
Zdecydowanym faworytem w spotkaniu CompatibL - Bad Boys byli gospodarze, którzy punkty do tej pory stracili tylko raz remisując swój mecz. Drużyna gości po bardzo słabym początku sezonu odniosła dwa kolejne zwycięstwa, jednak braki kadrowe i brak ławki rezerwowych nie stawiał ich przed meczem w dobrej sytuacji. Początek meczu pokazał, kto tego dnia przyszedł grać w piłkę, a kto tylko przeszkadzać. Od pierwszych minut inicjatywę przejęli gospodarze, którzy po błędzie bramkarza wyszli na prowadzenie. Kilka minut później stworzyli kolejną groźną akcję, dzięki której podwyższyli prowadzenie. Pod koniec pierwszej połowy kolejny błąd w obronie popełnili Źli Chłopcy i na przerwę schodzili z trzybramkową stratą do przeciwnika. Druga połowa wyglądała tak samo jak pierwsza. Kolejne groźne ataki zespołu gospodarzy i pojedyncze próby zespołu gości. Więcej siły w ofensywie tego dnia mieli faworyci, dzięki czemu w drugiej połowie podwoili swoją zdobycz bramkową. Zespół gości nie był w stanie groźniej zagrozić bramce przeciwnika, oddając w całym spotkaniu na bramkę rywala tylko kilka strzałów. Po końcowym gwizdku w bardzo dobrych humorach byli zawodnicy CompatibL, którzy bez większych problemów zdobyli kolejny komplet punktów i umocnili się na fotelu lidera. Zespół Bad Boys myśląc o utrzymaniu się na tym poziomie rozgrywek musi na mecze stawiać się posiadając liczniejszą kadrę meczową.


HISZPAŃSKI GALEON - SLAVIC WARSZAWA (2:4)
W meczu pomiędzy ekipą Hiszpańskiego Galeonu, a drużyną Slavicu oglądać mogliśmy bardzo wyrównane i twarde fizycznie starcie. Padający deszcz, który zwilżył murawę na obiekcie przy Grenady 16 zdecydowanie dodał uroku tej rywalizacji, a w połączeniu z blaskiem jupiterów stworzył niezapomnianą atmosferę. Mimo otwartej gry w pierwszych dwudziestu pięciu minutach i stanie meczu opiewającego na 2:3 dla gości – w drugiej odsłonie spotkania oglądać mogliśmy zaledwie jedną bramkę, która ustaliła wynik. Zdecydowanie rzadko mamy możliwość obserwowania meczów w lidze szóstek, gdzie: przez tak długo - w teorii dzieje się tak mało. Jednak niech nie zmyli nas ta powierzchowna „nuda". Spotkanie to bezapelacyjnie było dobre i interesujące, dwa bloki obronne ze skały dowiodły, że na piłkarskie szachy w grze po sześciu na boisku jest jeszcze miejsce. Egzamin z wiedzy praktycznej o „królewskiej grze" zdali lepiej gospodarze, przez co mogą cieszyć się ze zmniejszenia straty do trzeciego Mobilisu i przygotowywać się do przyszłotygodniowej rywalizacji z relatywnie większym spokojem. Gospodarze natomiast powinni odczuwać spory niedosyt ponieważ punktów potrzebują niezwłoczne jak tlenu, ponieważ z powodu płaskiej tabeli nawet jedna porażka może zadecydować o braku awansu, a co gorsza nawet o spadku. Przed nimi niebywale ciężkie starcie z drużyną Salvadora de Fenixa – czyli Cosmosem United.

 

MOBILIS - LAISSEZ FAIRE UNITED (5:5)
Sprawiedliwy remis na arenie Grenady? W meczu pomiędzy drużynami Mobilisu, a Laissez Faire United przez dłuższy czas był remis. Gracze obydwu ekip nie mogli zaznaczyć boiskowej dominacji i przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Tego dnia zawodnicy gospodarzy jak i gości reprezentowali zdecydowanie podobny poziom sportowy – przez co oglądać mogliśmy dużo twardej gry w środku pola. Mimo, że pierwsza połowa zakończyła się minimalną przewagą ekipy największego prywatnego operatora komunikacji miejskiej, to w drugiej odsłonie rywalizacji było wręcz odwrotnie. Końcówka meczu to natomiast szalona pogoń Laissez Faire United ze stanu 4:3 na 5:5. Bramkę dającą cenny punkt, oraz wyjście ze strefy spadkowej zdobył Alex Miliński po asyście Adama Mierzejewskiego. Wszystko działo się bezpośrednio po kapitalnie wykonanym stałym fragmencie gry przez napastnika rywali Rafała Dudę, który to wprost po rzucie wolnym pokonał Marcina Skrzetuskiego. Jak widać na załączonym obrazku: wola walki i ogrom chęci wystarczyły aby zremisować w meczu, w którym przez spore etapy gry było się na pozycji pozornie "straconej". Mobilis mimo straty punktów utrzymał dotychczasowe miejsce w tabeli, jednakże, niestety dla nich depczący im po piętach Slavic Warszawa wygrał swoje spotkanie, a przewaga kilku „oczek" drastycznie zmalała do zaledwie jednego. Patrząc na terminarz, który wyznacza nam na kolejną kolejkę starcie pomiędzy tymi ekipami, fakt ten zdecydowanie dodaje dramaturgii – do i tak już ekscytującej batalii o miejsca 2-3 w tabeli szóstej ligi.

 

 

LIGA 7

 

KS ZŁOTY STRZAŁ - FC DZIKI Z LASU (2:9)
Spotkanie Złotych Strzał z Leśnymi Dzikami w szóstej odsłonie obecnie trwającego sezonu Ligi Fanów było zdecydowanie jednostronne. Goście od pierwszego gwizdka narzucili swój styl, a przede wszystkim tempo gry w piłkę nożną. Napór na bramkę gospodarzy rozpoczął Marek Dąbrowski, jednak uderzona przez niego głową piłka nie znalazła drogi do bramki, ponieważ z impetem obiła poprzeczkę. Chwilę później worek z bramkami się rozwiązał. Po kontrataku Konrad Adamczyk uderzył na 0:1 i otworzył tym samym wynik spotkania. Warto zwrócić uwagę na tego zawodnika Dzików, bo ustrzelił klasycznego hat-trick'a w tym meczu i popisał się również znakomitą obsługą kolegi z zespołu co skutkowało odnotowaniem asysty. Goście prowadząc spotkanie pod własne dyktando strzelając jeszcze dwukrotnie na co ekipa Złotego Strzału odpowiedziała tylko raz. Druga połowa to już całkowita dominacja DZIKÓW, ekipa ta miała zarówno dobrze przygotowaną pierwszą szóstkę jak i zaplecze. Punktowali kolejno wspomniany wcześniej Konrad Adamczyk, a także dwukrotnie Szymon Szpak, Maciek Kocoń oraz Wojciech Witowski. Panowie dosyć składnie atakowali bramkę rywali na co Złoci byli w stanie odpowiedzieć trafieniem w wykonaniu strzelca obu bramek w tym meczy Jana Garnczarka. Mecz zakończył się rezultatem 2:9.


KS PARTYZANT WŁOCHY - LAGA WARSZAWA (4:13)
W meczu pomiędzy Ks Partyzantem Włochy, a Lagą Warszawa niepokonany lider mierzył się z przedostatnią drużyną tabeli. Gracze z warszawskich Włoch zdecydowanie muszą zacząć punktować, jeśli jeszcze myślą o utrzymaniu. Okazję ku temu mieli już w minioną niedzielę, kiedy to podejmowali starych znajomych – czyli Lagę Warszawa. Goście tego meczu sprawują się wprost wyśmienicie, pewnie punktując co tydzień, deklasując przy tam każdą napotkaną drużynę. Zatrzymać Lagę - to zadanie z gatunku niemożliwych, tym razem nie było inaczej. Pewna wygrana 4:13 i brak złudzeń pozostawionych rywalom. Mimo prób nawiązania równorzędnej walki Partyzant zmaga się w tym roku z ogromnymi problemami, na trafienia Juliana Wzorka i spółki gospodarze odpowiedzieli zaledwie cztery razy, dzięki bramkom Markowskiego, Przedpełskiego i Danga. Szukając na siłę pozytywów w ich grze należy nadmienić fakt, że dołączają oni do „zaszczytnego" miejsca, obok Więcej Sprzętu niż Talentu, zdobywając tym samym najwięcej bramek przeciwko drużynie grającej w niebieskich trykotach. O zmianie hegemonii w siódmej lidze nie ma więc mowy, a nadchodzące spotkanie przeciwko Żoliballowi nie powinno stanowić wyjątku. Gracze gospodarzy natomiast mierzyć się będą z drugimi Dzikami z Lasu, którym to depcze po piętach trzecie FFK Oldboys. Kolejna kolejka zatem dla obydwu ekip nie zapowiada drastycznych zmian w wynikach, a prawidłowości rządzące siódmą ligą raczej zostaną utrzymane.

 

WIECZNIE DRUDZY - WIĘCEJ SPRZĘTU NIŻ TALENTU (3:9)
Ciekawie zapowiadało się spotkanie ekip Wiecznie Drudzy oraz Więcej Sprzętu Niż Talentu. Obie ekipy sąsiadowały w ligowej tabeli i ewentualna wygrana z sąsiadem w tabeli byłaby niezwykle cenna. Obie ekipy przystąpiły do meczu bardzo zmotywowane i każda liczyła na komplet 3 punktów. Od początku mecz był bardzo wyrównany i z przebiegu gry trudno było wskazać faworyta. Pierwszego gola strzelają zawodnicy gospodarzy, Antek Gronet dobiegł do odbitej piłki i mocnym strzałem wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Kilka minut później mieliśmy już remis, kiedy to Bartek Świerat bardzo mocnym i precyzyjnym strzałem z dystansu zdobył bramkę na 1-1. Strzelona bramka zdecydowanie wprowadziła rozluźnienie w szykach obronnych gości i po kilku następnych minutach zrobiło się już 1-4. Na uwagę zasługuje fakt, iż jedną z tych bramek bezpośrednio z rzutu rożnego strzelił Łukasz Krysiak. Gol "Olimpijski" na boiskach do gry w piłkę 6 osobową nie zdarza się często, dlatego tym bardziej zasługuje na uznanie. Do końca pierwszej części spotkania wynik nie uległ już zmianie. W drugiej części spotkania do ataków ruszyli Wiecznie Drudzy i dość szybko udało im się strzelić dwie kolejne bramki i na tablicy wyników mieliśmy 3-4. Taki obrót spraw dość mocno podrażnił sportowe ambicje zespołu gości. Kolejne minuty to już zdecydowana przewaga drużyny Więcej Sprzętu Niż Talentu, wtedy też worek z bramkami się rozsypał. Mimo, że Wiecznie Drudzy starali się stwarzać okazje, to brakowało dokładności i ostatniego podania. Mecz kończy się wynikiem 3-9. Goście zasłużenie zgarniają komplet punktów, a gospodarze muszą jak najszybciej postarać się o dużo lepszą grę by nie walczyć o utrzymanie w końcówce sezonu.


FC POLSKA GÓROM - FFK OLDBOYS (11:8)
Potyczka Fc Polska Górom z FFK Oldboys oprócz świetnego poziomu piłkarskiego obu zespołów jawiła Nam się również na zdecydowany plus jeśli chodzi o kulturę i szacunek drużyn zarówno do siebie nawzajem, jak i do własnego zdrowia. Od pierwszego gwizdka szli „łeb w łeb". Wynik spotkania otworzył Vitalii Yakovenko, któremu idealnie na nogę zagrał Darek Filipek. Radość Oldboys'ów nie trwała jednak zbyt długo, minutę potem gospodarze wyrównali po kontrataku w wykonaniu Kucharskiego i Kamila Krysiana po którym ten pierwszy umieścił piłkę między słupkami Piotra Domańskiego. Minutę po tej akcji gospodarze już prowadzili 2:1 - tym razem Kacper Kowalski strzelcem, a asystował ponownie Krysian. Po tej bramce pierwsza połowa była już bardziej kontrolowana przez FC Polska Górom, którzy do przerwy dowieźli wynik 8:4. Druga połowa to na zmianę momenty przewagi gospodarzy ale i zrywów ekipy gości. Gospodarze skutecznie kontrowali, a goście walcząc do końca starali się gonić wynik. Na szczególną uwagę zasłużył Kacper Kowalski (FC Polska Górom), który znakomicie się spisywał i dawał wiele dobrego dla swojej ekipy. U gości motorem napędowym był Vitalii Yakovenko, który również zasłużył na brawa za ten mecz, który zakończył się rezultatem 11:8.


ŻOLIBALL – KUBANY (4:5)
Mecz sąsiadów w tabeli, Żoliballe przed meczem znajdowały się w trochę lepszej sytuacji, ale Kubany byli raptem o 2 oczka niżej od swoich niedzielnych rywali. Kolejny w tej kolejce mecz z gatunku tych o 6 oczek. Zazwyczaj w takich meczach mamy do czynienia z wyrachowaną grą, badaniem rywali, obroną własnej bramki i pojedynczymi atakami. Jak już wiecie, to spotkanie postanowiliśmy wyróżnić w plusach kolejki i to na pewno nie za to, że któraś z drużyn chciała grać wyrachowany futbol. Od pierwszej akcji meczu widać było dużą jakość obydwu zespołów, akcje były dynamiczne, i naprawdę bardzo składne. A rzeczy wręcz niemożliwych dokonywali bramkarze jednego i drugiego zespołu. Na prowadzenie wyszła ekipa z Żoliborza, Tomasz Pomorski wykorzystał niezdecydowanie obrońców i spokojnie skierował piłkę do bramki. Kubanom udało się dość szybko doprowadzić do wyrównania. Jeden z obrońców gospodarzy wykonał nieodpowiedzialny wślizg w polu karnym, nie było co prawda żadnego kontaktu z rywalem, ale wślizgi jak wiadomo są zakazane i sędzia nie miał wątpliwości wskazując na wapno. Z rzutu karnego nie pomylił się Andrzej Połatyński. Do końca pierwszej części gry oglądaliśmy jeszcze dwa gole, obydwa autorstwa drużyny gospodarzy, którym wydawało się, że w drugiej połowie uda się im podwyższyć prowadzenie. Ich nadzieję się sprawdziły, Kacper Kuczka zdobył bramkę, trzybramkowe prowadzenie w drugiej połowie i dobra gra zespołu. Wszystkie znaki wskazywały na to, że Żoliballe wygrają to spotkanie. Na to jednak nie pozwolił duet Konstanty Antoniuk – Andrzej Połatyński. Obaj panowie doskoczyli do poziomu gry rywali, nawet ich przewyższając. Na zamianę, raz jeden podawał, a drugi strzelał i odwrotnie. Ostatecznie w końcówce meczu ich zespół wyszedł na jednobramkowe prowadzenie, choć nie było to też tak, że nagle rywale przestali grać w piłkę. Nic z tych rzeczy, akcje toczyły się pod jednym i drugim polem karnym, tylko Kubany ostateczni okazali się o jedną bramkę skuteczniejsi. Po takim meczu jeden z komentatorów Canalu + długo nie odpiąłby pasów, a dodatkowo upewniłby się, czy przed jego fotelem na pewno jest działająca poduszka powietrzna.

 

LIGA 8

 

ELITARNI GOCŁAW – BOROWIKI (3:1)
W przedmeczowej zapowiedzi typowaliśmy przełamanie Borowików. Do tej pory zawodzili, ale była nadzieja, że zaskoczą i pokonają wyżej notowanych rywali. Musiały jednak zostać spełnione dwa warunki. Po pierwsze w dobrej formie musiał być Mykola Senkiv, a po drugie trzeba było liczyć na frekwencyjne kłopoty Elitarnych. Co się okazało w niedzielę? Niestety Mykola Senkiv jest nieobecny, a gospodarze mają przewagę kadrową. Tym samym, przynajmniej na papierze, Elitarni mieli większe szanse jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. W trakcie meczu również to udowadniali, chociaż Borowiki broni ani na moment nie złożyły. Do przerwy pojedynek był piekielnie wyrównany. Obserwowaliśmy multum akcji obu ekip i fantastyczne parady bramkarzy. Finalnie to EG schodzili do szatni z jednobramkowym prowadzeniem, zdobywając tę bramkę po efektownej klepce. Początek drugiej połowy był wyjątkowo otwarty, a ilość stuprocentowych sytuacji jednej i drugiej drużyny była szokująco duża. Skuteczniejsi okazali się Elitarni, którzy zdobyli w końcu drugą bramkę - strzelcem ponownie Eljasiak. Z drugiej strony Grzybki dalej atakowały, a nagroda SuperStar dla bramkarza Gocławian - Marcina Głębockiego, była jak najbardziej zasłużona. W końcu Borowiki skupiły się w pełni na pościgu wyniku i Elitarni zdobyli trzeciego gola, wybijając piłkę golkiperowi rywali. Trafienie Ułasiuka na 3:1 można nazwać bramką pocieszenia, bo tak się ten mecz zakończył. Wychodzi na to, że skuteczna defensywa potrafi być kluczem do sukcesu.

 

JUNAK - SPORTOWE ZAKAPIORY (5:1)
Spotkanie Junaka ze Sportowymi Zakapiorami miało dwa odmienne oblicza. Obie ekipy chciały koniecznie zdobyć punkty, a od pierwszych minut na boisku oglądaliśmy sporo walki. Dobrze jednak grały obie defensywy, a bramkarze w trudnych sytuacjach świetnie interweniowali. Dopiero w dziesiątej minucie na prowadzenie wyszli goście. Po solowej akcji Łukasz Warchoł minął dwóch rywali i precyzyjnym strzałem dał prowadzenie swojej ekipie. Radość z wyniku 0:1 trwała dosłownie minutę i po kapitalnym krosie Andrzeja Groszkowskiego, Paweł Groszkowski głową zmienił kierunek piłki i nie dał szans na interwencję Patrykowi Kowalczykowi. Mieliśmy zatem remis 1:1. Junak poszedł za ciosem i po rzucie wolnym na prowadzenie ekipę z Pragi wyprowadził kapitan Krzysiek Krzewiński. Goście starali się odrobić straty, ale brakowało wykończenia akcji i często zamiast zajmować się grą mieli do siebie pretensje o zmarnowane okazje. Wynik 2:1 utrzymał się do przerwy. Po zmianie stron gospodarze szybko dołożyli dwa trafienia. Najpierw Yuriy Trush, a chwilę później Adam Rakowski podwyższyli wynik spotkania. Sportowe Zakapiory starali się odmienić losy meczu i groźnie atakowali. Jednak Junak mądrze się bronił i miał w bramce jak zawsze kapitalnie dysponowanego Andrzeja Groszkowskiego. Goście nie byli wstanie wykorzystać nawet okresu przewagi po karze dla gospodarzy. Do tego w końcówce po kontrze stracili piątą bramkę. Po końcowym gwizdku mieliśmy wynik 5:1 i trzeba przyznać, że w pełni zasłużony. Junak zagrał skutecznie i konsekwentnie i to dało efekty. Sportowe Zakapiory niestety mimo, że mają spory potencjał to muszą grać bardziej zespołowo. bo za dużo było gry indywidualnej, która na dłuższą metę w piłce nie przynosi efektów.

 

ORŁY BIAŁE AUUU - NAF GENDUŚ (10:4)
Pojedynek na dnie ligowej tabeli. Oba zespoły przegrały dotychczas wszystkie swoje spotkania, więc dla obu był to mecz o sześć punktów - kluczowy moment w walce o utrzymanie. Faworyta upatrywaliśmy w Orłach, między innymi ze względu na szerszą kadrę. I ta różnica faktycznie była widoczna. Gospodarze mieli niemalże dwukrotnie dłuższą ławkę, dzięki czemu ich przewaga była odczuwalna również na boisku. Dość sprawnie Szymański i Trzaskoma otworzyli wynik spotkania. Nadzieję ekipie NAF dał Zakaszewski, ale nie na długo, bo przed przerwą strzelił drugiego gola - tym razem do swojej bramki. 4:1 i drugie 25 minut? Wciąż można powalczyć. Z takim przekonaniem ruszyli reprezentanci NAF Genduś, szybko zmniejszając stratę do dwóch goli. Niestety Orły wzięły to sobie do serca i zaczęły masowe strzelanie. Znów aktywni pod bramką byli Szymański z Trzaskomą, wykorzystując błędy bramkarza rywali i doprowadzając do wyniku 7:2. Później Groszyk wykorzystał jeszcze rzut karny dla NAF-u, ale to Orły miały ambicję, by udowodnić swoją przewagę - odpowiedzieli golem z innego stałego fragmentu gry, rzutu wolnego. Pod koniec ekipy wymieniały się kolejnością strzelania goli. Na 9:3 trafił Piłczyński, na 9:4 Klimaszewski, a na 10:4 Wiśniewski. Więcej bramek w tym meczu nie oglądaliśmy, ale na ich ilość nie możemy przecież narzekać. Orły Białe wracają z nadzieją, a NAF Genduś ze sporymi kłopotami.

 

TSUBASA OZORA - DECCO TEAM (3:5)
Działo się! Tsubasa przystępowała do tego meczu po serii efektownych triumfów. Decco natomiast miało w pamięci zeszłotygodniowe zamieszanie sportowo-dyscyplinarne. Obie ekipy musiały jednak zapomnieć o przeszłości i skupić się na aktualnych wydarzeniach, bo mecz ten był niezwykle istotny dla układu tabeli. Początek zdecydowanie należał do Tsubasy. Weszli w mecz z dużą energią i koncentracją, dzięki czemu szybko wyszli na prowadzenie. Najpierw Niemirski ładnie okiwał obrońcę i pokonał bramkarza Decco. Później natomiast, jeden z lepszych duetów odpowiedzialnych za kreację, czyli Wodnicki + B. Pawlak, przygotowali Rafałowi Urbanowiczowi świetną okazję do zdobycia bramki na 2:0. Później kilka ofiarnych interwencji zaprezentował bramkarz Tsubasy, Jacek Romak, ale przy uderzeniu zza pola Piotrowskiego, nie miał nic do powiedzenia. Końcówka pierwszej połowy i początek drugiej również należały do gospodarzy, co zaowocowało ładną bramką Gutkowskiego. Później jednak coś się zepsuło. Zarówno w formie drużyny wygrywającej, jak i całym wyglądzie spotkania. Zawodnikom udzieliły się emocje, posypało się kilka żółtych kartek, padło parę ostrych słów i finalnie, wyróżniający się, Wodnicki doznał kontuzji po jednym z fauli. W całym tym zamieszaniu lepiej odnaleźli się jednak gracze Decco Team. Młodzi zawodnicy przejęli inicjatywę, dzięki nieprzeciętnym umiejętnościom, ale przede wszystkim doskonałej kondycji. Udało im się zabiegać zespół Tsubasy i finalnie dokonać imponującego powrotu. Kuca, Lipka i Piotrowski wzięli sprawy w swoje ręce - były gole z bliska i uderzenia z dystansu. Ostatecznie udało im się doprowadzić do przewagi 5:3, a zagubiona taktycznie drużyna rywali nie zdołała tego wyniku odwrócić.

 

FC PO NALEWCE - A.D.S. SCORPION'S (2:7)
Pierwsza próba ataku na ligowe pudło nieudana. W meczu 6 kolejki ósmej ligi zagrały przeciwko sobie FC Po Nalewce oraz zespół A.D.S Scorpion's - prowadzony przez trenera Kałuskiego. Spotkanie to było dla gospodarzy idealną szansą, na której zmarnowanie nie mogli sobie pozwolić, jeżeli myślą o wywalczeniu awansu. Dla gości natomiast kategoria „oczekiwań" nie figurowała w zeszycie taktycznym. Każda bramka lub dobra akcja miała być tylko wartością dodaną, biorąc pod uwagę sytuację kadrową. Wszystko podyktowane zostało falą kontuzji, która wykluczyła na czas nieokreślony aż pięciu podstawowych graczy ekipy z warszawskich Włoch. Nie przeszkodziło im to jednakże w odniesieniu finalnego sukcesu. Tego dnia, los zdawał się do nich uśmiechać regularnie. Najpierw relatywnie szybkie prowadzenie, a później czerwona kartka dla bramkarza rywali - Michała Piątkowskiego, który to po jednym z błędów defensywy musiał ratować się wybiciem piłki ręką, poza obrębem swojego pola karnego. Sytuację jaką podyktowało życie były bezlitośnie wykorzystywane przez fantastycznego stopera Jarosława Marka, Bartka Filipa czy też nowy nabytek Przemysława Prusarczyka, który – dzięki swojej skuteczności pokonał Marcina Wiktoruka dwukrotnie. Jak widać brak paraliżującej momentami chęci zwycięstwa i spuszczenie z tonu przyniosły zamierzony efekt. Drużyna A.D.S Scorpion's może dzięki temu cieszyć się z powrotu na zwycięskie tory, po serii trzech porażek z rzędu. Gracze FC Po Nalewce mogą natomiast „pluć sobie w brodę", ponieważ porażka 2:7 nieznacznie oddaliła ich od trzeciego Junaka.

 

LIGA 9

 

LEGION - MORALNI ZWYCIĘZCY (10:2)
Walczący o wejście w strefę medalową Legion podejmował w ostatniej kolejce Moralnych Zwycięzców, którzy cały czas szukają swojej formy i ich sytuacja przed meczem w tabeli nie była najlepsza. Faworytem był oczywiście Legion i spotkanie zaczęło się tak, jak należało się spodziewać. Skomasowane ataki, szybkie operowanie piłką i ciągłe zagrożenie pod bramką rywali. Legion szybko wyszedł na prowadzenie, następnie kontrolując wydarzenia na boisku raz po raz punktując swoich rywali. Moralni w pierwszej połowie w ogóle nie mieli pomysłu na grę, ich ataki nie wyglądały tak, jakby sobie tego życzyli, tym samym nie stworzyli poważniejszego zagrożenia pod bramką gospodarzy. Pierwsza połowa kończy się wynikiem 4:0 dla Legionu i sytuacja w tym meczu wydawała się jasna. Druga połowa to niemal kopia gry z pierwszej odsłony spotkania. Legion cały czas w natarciu, różnica polegała na tym, że tym razem Moralni zaczęli dochodzić do głosu zdobywając dwie bramki autorstwa Sebastiana Bartosika. To jednak było wszystko na co było stać gości, a Legion odpowiedział jeszcze 6 trafieniami ostatecznie wygrywając 10:2. Wygrana sprawiła, że Legion zaczyna deptać po piętach Miksturze i na dobre włączył się do walki o medale, natomiast sytuacja Moralnych staję się coraz gorsza, po tym spotkaniu znaleźli się w strefie spadkowej i to ostatni dzwonek, żeby zacząć punktować i zapewnić sobie spokojną zimę.

 

MARECKIE WYGI - MIKSTURA (5:8)
Walcząca o medale Mikstura chciała wrócić na zwycięski tor po przedświątecznym remisie z OldBoys Derby II co w przypadku Mikstury można mówić o stracie dwóch oczek, a nie zdobyczy jednego. Mareckie Wygi grają dobrze, są zawsze groźni dla swoich rywali, a mimo to od 3 spotkań nie mogli cieszyć się choćby z remisu. Wiedzieliśmy, że czeka nas ciekawy mecz, zespół z Marek naszym zdaniem jest niżej w tabeli niż na to zasługują. Mecz lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy za sprawą Damiana Kotowskiego objęli prowadzenie. To, że Mikstura słabo wchodzi mecze wiemy już doskonale, większość meczów zaczynają od odrabiania strat, ale chyba już się do tego przyzwyczaili. Chwile po stracie bramki doprowadzili do wyrównania, choć wyręczył ich w tym jeden z zawodników Mareckich Wyg strzelając do swojej bramki. Zespół Darka Jochemskiego poszedł za ciosem. Dokładny wyrzut z autu Piotrka Stefaniaka i nieomylny Rafał Jochemski nie pomylił się w sytuacji sam na sam. Gospodarze nie zamierzali odpuszczać i po chwili to oni doprowadzili do wyrównania. Następny etap meczu to przewaga Mikstury, która wyszła na dwubramkowe prowadzenie i do przerwy oba zespoły schodziły przy wyniku 2:4 dla gości. Druga połowa podobnie jak pierwsza lepiej rozpoczęła się dla zespołu w biało-niebieskich trykotach, którzy zdobyli bramkę kontaktową. Na 10 minut przed zakończeniem spotkania Damian Giljer doprowadził do wyrównania, co podziałało jak płachta na byka na Miksturę, a szczególnie na Rafała Jochemskiego. Popularny Johny wskoczył na jeszcze wyższy poziom swojej gry, dzieląc i rządząc na placu gry, w 10 minut Mikstura zdobyła jeszcze trzy bramki, choć mogła zdobyć ich więcej, cały czas na przełamanie czeka Mikołaj Jochemski, który po dłużej przerwie wrócił do gry, póki co brakuje mu spokoju pod bramką rywali, ale strzelać bramki potrafi, i jeszcze nie raz zaskoczy bramkarzy rywali. Na słowo uznania zasługuję też Czarek Kubalski, bramkarz Mikstury, który w poprzedniej kolejce z konieczności grał w polu i zdobył kilka bramek, teraz wrócił na swoją nominalną pozycję i też w dużej mierze dzięki jego postawie w bramce goście mogli cieszyć się z 3 punktów. Mareckie Wygi po raz kolejny zagrały dobry mecz, napędzili stracha rywalom i znowu zabrakło wyniku. Ten zespół na pewno zacznie punktować, bo ich gra prezentuje się bardzo dobrze. Brakuje szczęścia.

 

TEKTON CAPITAL – NIEDZIELNI (9:1)
Lider tabeli i niepokonany do tej pory Tekton Capital podejmował ostatnich w tabeli NieDzielnych. Przed meczem można było się zastanawiać nie czy, ale jak dużą wygraną Tektonu zakończy się ta rywalizacja. Zwłaszcza, że gospodarze od początku byli nastawieni na strzelenie jak największej ilości goli. Pierwsza bramka padła po 5 minutach, ale przy dużej pomocy rywala. Po tym jak w polu karnym zawodnik NieDzielnych wykonał wślizg, sędzia zmuszony był podyktować rzut karny. Jedenastkę pewnie wykonał... bramkarz Tektonu, otwierając tym samym wynik spotkania. Parę minut później Filip Odoliński ponownie zapisał się w protokole, ale już jako asystent, kiedy to długim wyrzutem obsłużył Marcina Skowrońskiego. Na kolejne bramki musieliśmy trochę poczekać, bo minęło parę dobrych minut, zanim Tekton ponownie trafił do siatki, mimo że właściwie przez cały mecz przeważał. Pod koniec pierwszej części było 4:0, ale jeszcze przed przerwą Niedzielni zdobyli bramkę, psując nieco humory rywalowi. Po zmianie stron Tekton wyszedł na boisko w pełni zmobilizowany i nie minęła minuta jak podwyższył prowadzenie na 5:1 po świetniej, dwójkowej akcji Ignacy Jastrzębowski – Patryk Ciborski. Gospodarze w dalszej części meczu powiększali swoją przewagę bramkową – na wyróżnienie zasługuje jeszcze świetny strzał z dystansu Gracjana Kowalewskiego na 7:1. Ostatecznie skończyło się na wyniku 1:9 i nie udało się Tektonowi spełnić przedmeczowych celów, które zakładały dwucyfrową ilość strzelonych bramek. Mimo to wygrana nie podlegała dyskusji i zasłużenie komplet punktów trafił na konto gospodarzy.

 

OLDBOYS DERBY II - BARTOLINI PASTA (1:3)
Kolejnym pojedynkiem w 9 lidze było starcie piątej drużyny w lidze z liderem. Oldboys Derby II gra w kratkę, natomiast Bartolini Pasta nie zaznało jeszcze w tym sezonie smaku porażki i to ich należało upatrywać w foli faworyta tego spotkania. Zawodnicy ekipy Bartolini od początku meczu starali się narzucić swój styl gry, co zaowocowało bardzo dużą liczbą akcji pod bramką gospodarzy. Goście podczas pierwszej części meczu oddali kilkanaście strzałów, jednak większość z nich była niecelna albo na posterunku na bramce znajdował się Rafał Wieczorek. Receptę na zdobywanie bramek znalazł Marcin Zaręba, który to w polu karnym rewelacyjnie obrócił się z piłką mając obrońcę na plecach i nie dał szans bramkarzowi gospodarzy. Chwilę później ten sam zawodnik świetnie wypatrzył Przemysława Sierpińskiego, a ten precyzyjnym strzałem wyprowadził swój zespół na dwubramkowe prowadzenie. Strzelone dwie bramki spowodowały, że goście cofnęli się i oddali inicjatywę gospodarzom licząc na szybkie kontrataki. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie i na tablicy wyników mieliśmy 0-2. Druga połowa to już zdecydowanie śmielsze i groźniejsze ataki Oldboysów, którzy jednocześnie zdecydowanie poprawili grę w obronie. Mocno zmotywowana ekipa gospodarzy, w końcu strzela bramkę kontaktową. Na piękną indywidualną akcje po przechwycie piłki zdecydował się Artur Gacoń i to on jest autorem tego trafienia. Gospodarze nie mający w końcówce nic do stracenia ruszyli do odrabiania strat. Zawodnicy Bartolini Pasta, przetrwali napory gospodarzy i sami wyprowadzili groźną kontrę strzelając bramkę na 1-3. Do końca meczu wynik nie uległ już zmianie. Goście podtrzymali zwycięską serię i dają jasny sygnał, że będą się liczyć w końcowym rozrachunku. Zespół Oldboys Derby II musi szukać punktów w kolejnych spotkaniach.


GASTRO SPARTA - SHOT DJ (3:7)
Zarówno Gastro Sparta jak i Shot Dj to drużyny, które zajmują dolne rejony tabeli. Dlatego spotkanie to było dla nich bardzo istotne i ewentualny zwycięzca zbliżyłby się do bezpiecznej strefy, która zapewnia utrzymanie się w lidze. Oczywiście jest jeszcze sporo meczów do rozegrania i wszystko może się zdarzyć, ale zazwyczaj takie spotkania decydują o końcowym być albo nie być. Pierwsze minuty to wyraźna dominacja zespołu gości, którzy po pierwszych pięciu minutach prowadzili już dwoma bramkami. Po tym ciosie długo nie mogli się pozbierać gospodarze, którzy w pierwszym kwadransie nie byli w stanie poważnie zagrozić bramkarzowi rywali. Kolejne skuteczne trafienie należało ponownie do gości, jednak tym razem szybko odpowiedzieli przeciwnicy zdobywając dwie bramki autorstwa Karola Rodaka. Pod koniec pierwszej połowy obydwu drużynom udało się jeszcze po razie pokonać bramkarza rywali i na przerwę schodziliśmy z wynikiem 3:4 dla gości. Druga połowa rozpoczęła się ponownie od ataków gości, jednak tym nie udało się powiększyć prowadzenia, gdyż na przeszkodzie stanął słupek bramki gospodarzy. Kluczowe dla losów tego spotkania było pięć minut w środkowym części drugiej połowy, kiedy to goście aż trzykrotnie zdołali pokonać bramkarza rywali. Stracone bramki podłamały zespół gospodarzy, którzy w ostatnich fragmentach spotkania nie byli w stanie zagrozić bramce rywali. Ostatecznie mecz się zakończył wynikiem 3:7, dzięki czemu zawodnicy Shot DJ wyszli ze strefy spadkowej. Gastro Sparta przegrywając ten mecz spadli na przed ostatnie miejsce w tabeli, ale strata do bezpiecznego miejsca jest bardzo mała i już za tydzień w przypadku wygranej mogą znaleźć się w środkowej części tabeli.

 

LIGA 10

 

FUSZERKA II – FC JORDANEK (12:0)
Spotkanie drugiego zespołu Fuszerki z Jordankiem mogło mieć tylko jednego faworyta. Fuszerka prezentuje się w ostatnich tygodniach jak kandydat do końcowego tryumfu w lidze, natomiast Jordanek cały czas bez zdobyczy punktowej osiadł na dnie ligowej tabeli. Początek meczu to dość nieśmiałe ataki gospodarzy i pojedyncze kontry Jordanku. Im dalej jednak w mecz, tym bardziej zarysowała się przewaga gospodarzy, kolejne ataki przynosiły kolejne bramki, a duet Damian Słojkowski – Marek Malenka niemal w pojedynkę rozrywał całą defensywę rywali. W drugiej połowie faworyci meczu tylko potwierdzili, że w ostatnich tygodniach są w bardzo wysokiej formie, a na boisku wychodziło im niemal wszystko. 12 zdobytych bramek, żadnej straconej musi robić wrażenie na reszcie ligowej stawki i należy Fuszerkę II traktować jak poważnego kandydata do strefy medalowej w tym sezonie. Zgoła odmienną sytuację mają zawodnicy Jordanku, którzy jako jedyni w całej ligowej stawce nie zdobyli choćby punktu. Pora wziąć się w garść i zacząć wygrywać mecze, bo widmo spadku coraz bardziej zagląda im w oczy.

 

POLSKIE DREWNO - FC ALLIANCE (5:8)
Spotkanie tych dwóch drużyn było bardzo emocjonującym widowiskiem. Z jednej strony mamy tutaj na myśli niezwykle wyrównany spotkanie – obie drużyny strzelały dosłownie jedna po drugiej. Oglądaliśmy klasycznie twardy pojedynek w stylu „oko za oko, ząb za ząb". Z drugiej jednak strony spotkanie obfitowało w ogromną ilość nerwów zarówno na boisku jak i poza nim. Od pierwszego gwizdka gracze gości mieli bardzo dużo pretensji do prowadzenia tego spotkania przez arbitra głównego. Skutkowało to początkowo upomnieniami, ale gdy sędziemu nie udało się schłodzić zapędów FC Alliance posypały się kary indywidualne w postaci żółtej, a w konsekwencji czerwonej kartki w drugiej połowie spotkania. Jeśli chodzi o zdobycze bramkowe, już w czwartej minucie po rzucie rożnym na 0:1 strzelił Mykola Khromei po dokładnym dograniu od jego imiennika – Sadowca. Cztery minuty później rzut z autu dla gospodarzy. Rzucał Wróbel, a wyrównanie Polskiemu Drewnu dał Krzysztof Gajos. Pierwsza połowa była prawdziwą walką o każdy centymetr boiska i jak na tak wyrównaną zakończyła się wynikiem 3:3. W drugiej odsłonie tego spotkania mieliśmy bardzo podobną sytuację. Już w pierwszej minucie po gwizdku na 3:4 wyprowadził drużynę FC Alliance Oleksiiv Stefanovich. Kiedy wydawało się, że po bramkach kolejno na 3:5 i 3:6 goście zaczynają kontrolować spotkanie, po wspomnianej czerwonej kartce dla Aliantów czując przewagę to POLSKIE DREWNO rzuciło się do ataków. Było blisko ponieważ ostatecznie to spotkanie przegrali tylko jedną bramką walcząc do samego końca i odnotowując rezultat 5:8.


FFK OLDBOYS II - BOROWIKI II (8:5)
Gospodarze w tym sezonie walczą twardo o mistrzostwo zarówno w 7 lidze, jak i na przedostatnim poziomie rozgrywkowym. Rezerwy FFK prezentują się bardzo dobrze i jak na razie przewodzą ligowej tabeli. Tymczasem rezerwy Borowików prezentują się znacząco poniżej oczekiwań. Niestety, skład personalny prezentuje się znacznie lepiej, niż wyniki to pokazują. Zaczęło się jednak dobrze dla Borowików, którzy wyszli na prowadzenie, a ich gra w końcu się zazębiała. Wydawało nam się, że to może być ten moment, kiedy Borowiki zaczną punktować i powalczą o szczyt ligowej tabeli. Okazało się jednak, że FFK ma zupełnie inny pomysł na to spotkanie. Rozstrzelał się Marcin Kosson, który w krótkim odstępie czasu strzelił 2 bramki, a później dołożył jeszcze jedno trafienie. Borowiki starały się, walczyły, ale za każdym razem, gdy goście zbliżali się do gospodarzy, to budził się któryś z zawodników FFk i sprawiał, że Starsi Chłopcy uciekali rywalom. Należy podkreślić, że świetne spotkanie zaliczył Darek Filipek, który nie tylko był skuteczny pod bramką rywali i zdobył bramkę, to aż trzykrotnie swoimi podaniami otwierał drogę do bramki rywalom. Ostatecznie Borowiki w ostatnich minutach trochę odrobiły strat, ale to FFK w tym meczu rezerwowych drużyn wygrało i zdobyło 3 punkty. Ostateczny wynik to 8:5, który dał FFK II utrzymanie pozycji lidera, a rezerwy Borowików wciąż znajdują się w strefie spadkowej.


AWANTURA WARSZAWA II - FC WARSAW WILANÓW (7:3)
Rezerwy Awantury Warszawa podejmowały w niedzielne popołudnie będący w kryzysie zespół FC Warsaw Wilanów. Dla obu ekip spotkanie było dość istotne, Awantura by zbliżyć się do podium musiała wygrać, a ewentualna porażka zawodników z Wilanowa, groziła im zbliżeniem się do strefy walczącej o utrzymanie. Początek spotkania dla gospodarzy, którzy jako pierwsi przejęli kontrolę w środku pola i raz po raz atakowali na bramkę gości. Zawodnicy z Wilanowa skupili się na obronie i cierpliwie czekali na swoje szanse w kontratakach. Niestety taktyka szybko się posypała, kiedy to perfekcyjnym strzałem w same okno bramki popisał się Marcin Janczurewicz i wyprowadził swój zespół na prowadzenie 1-0. Niedługo później Awantura dokłada jedno, a potem drugie trafienie i prowadzi już 3-0. Gościom udało się strzelić dwie bramki, jednak ostatnie słowo w pierwszej części meczu należało do Patryka Dominiaka, który strzałem z ostrego kąta zaskoczył bramkarza i ustalił wynik w pierwszej połowie na 4-2. Na uwagę zasługuje fakt, że Patryk w pierwszej połowie miał udział przy wszystkich bramkach swojego zespołu, strzelił dwa gole oraz zaliczył dwie asysty. Druga połowa to już zupełna dominacja Awantury Warszawa II, co prawda to oni jako pierwsi stracili gola na 4-3, jednak później kontrolowali ją już do końca powiększając tylko swoją przewagę. Mecz ostatecznie zakończył się wygraną gospodarzy 7-3, co pozwoliło Awanturze zbliżyć się do podium 10 ligi i realnie myśleć o pudle na koniec rundy jesień/zima.


PREDICA - WÓLCZAŃSKIE SMOKI (4:10)
Zespół Predica ostatnie dwa spotkania zakończył bardzo wysokimi porażkami, które sprawiły że strata do górnych rejonów tabeli jest coraz większa. Wólczańskie Smoki po falstarcie w dwóch pierwszych kolejkach odniosły trzy kolejne zwycięstwa i znacznie przybliżyły się do strefy medalowej. Początek spotkania pokazał, kto jest w lepszej formie w tej części sezonu i po dwóch bramkach Macieja Walerjańskiego goście wyszli na prowadzenie. Chwilę później z rzutu karnego straty w części odrobili gospodarze, ale już w kolejnej akcji po błędzie obrony ponownie Smoki wyszły na dwubramkowe prowadzenie. W kolejnych pięciu minutach na boisku działo się bardzo dużo - trzy bramki gospodarzy na które raz odpowiedzieli goście i pod koniec pierwszej części spotkania mieliśmy remis 4:4. Na przerwę drużyn schodziły jednak z dwubramkową przewagą gości, ponieważ dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Daniel Filipowicz. Ten sam zawodnik rozpoczął strzelanie w drugiej części spotkania, chwilę później jego koledzy dołożyli kolejne trafienie i losy meczu były już rozstrzygnięte. Z gospodarzy zupełnie zeszło powietrze, było to efektem szybko straconych bramek oraz wąskiej kadry meczowej. W ostatnich fragmentach spotkania jeszcze dwukrotnie bramkarz gospodarzy musiał wyciągać piłkę ze swojej bramki i mecz zakończył się wynikiem 4:10 dla Wólczańskich Smoków. Drużyna ta krok po kroku pnie się w górę tabeli i po tym spotkaniu mają już tylko trzy punkty straty do lidera. Predica notuje trzecią porażkę z rzędu, ale nawet mimo tego strata do bezpiecznego miejsca wynosi tylko punkt.

 

LIGA 11

 

FC TORPEDO - DYNAMO WOŁOMIN (4:4)
Niezwykle emocjonujące spotkanie rozegrały między sobą ekipy FC Torpedo oraz Dynamo Wołomin. Obie drużyny to czołówka swojej ligi, zajmując odpowiednio drugie i trzecie miejsce. Początek należał do ekipy z Wołomina, która to dość szybko, bo w 3 minucie objęła prowadzenie w tym spotkaniu. Wtedy do ataków ruszyli gospodarze, którzy już po kilku minutach stanęli przed szansą wyrównania rezultatu spotkania. Tuż przed polem karnym jeden z zawodników FC Torpedo wykonywał rzut wolny i pięknym bezpośrednim strzałem na bramkę pokonał bramkarza gości. Niestety gol słusznie nie został uznany, ponieważ sędzia w momencie wykonywania rzutu wolnego miał rękę uniesioną w górę co oznaczało rzut wolny pośredni, a piłka po drodze nie dotknęła nikogo. Kolejne minuty to już całkowity napór na bramkę gości, ale w dobrych sytuacjach piłka wielokrotnie obijała słupki i poprzeczkę. FC Torpedo podkręciło tempo jeszcze bardziej i w trzynastej minucie wyrównał Mikita Hanchuk. Nie był to koniec strzelania w pierwszej połowie, bo jeszcze przed przerwą zespół Dynamo Wołomin wyprowadził groźną kontrę i to właśnie zawodnicy gości schodzili na przerwę prowadząc 1-2. Na drugą połowę bardziej skoncentrowani wyszli gospodarze, najpierw wyrównali stan meczu, a po chwili wyszli na prowadzenie. Kluczowe role w obu akcjach odgrywali strzelec obu bramek Anton Liashuk oraz Mikita Hanchuk, który dwukrotnie zaliczył piękne asysty. W kolejnych minutach oba zespoły zdobyły jeszcze po jednej bramce i na tablicy wyników mieliśmy 4-3. Kiedy wszystkim wydawało się, że zespół gospodarzy dowiezie jednobramkowe prowadzenie do końca, goście w 49 minucie po pięknie rozegranym rzucie rożnym strzelają bramkę na 4-4. Po chwili sędzia zakończył ten pojedynek, a obie ekipy mogły dopisać do swojego dorobku po 1 punkcie.


PIWO PO MECZU FC - FC VIKERSONN (7:8)
Piwo Po Meczu po przedświątecznej wygranej przystępowali do tego meczu w dobrych nastrojach, natomiast Vikersonn chciał zmyć plamę po wysokiej porażce. Początek meczu to wzajemne badanie się rywali, sprawdzenie na co można sobie pozwolić względem rywali. Na prowadzenie wyszli zawodnicy gości, a bramkę zdobył Vitalii Kyrii. Vikersonn nie cieszył się długo z prowadzenia, bo kilka akcji później Piwosze doprowadzili do wyrównania. I tak ten mecz wyglądał, żadnej z drużyn nie udało się odskoczyć na większe prowadzenie, co powodowało, że ten mecz naprawdę bardzo ciekawię się oglądało. Do przerwy prowadził Vikersonn 3:2. Druga połowa stała na jeszcze wyższym poziomie, oba zespoły dążyły za wszelką cenę do wygrania meczu to skutkowało bardzo ofensywną grą. Akcje toczone pod oboma bramkami mogły się podobać, a prym wiódł napastnik Piwoszy, Michał Kukulski, który łącznie zdobył w całym spotkaniu aż 5 bramek. Niestety nie przełożyło się to nawet na 1 pkt, bo gra zespołowa Vikresonnu i odrobina szczęścia w końcówce spotkania przełożyło się na zwycięstwo gości różnicą jednej bramki. Zespół gospodarzy przed końcową fazą sezonu musi martwić się o swoją pozycje w tabeli, natomiast Vikresonn zwycięstwem zapewnił sobie spokojne miejsce w środku tabeli.

 

OLD BOYS DERBY III - GREEN TEAM (5:8)
Tak jak pisaliśmy w zapowiedziach, mecz pomiędzy OldBoys Derby III, a Green Team to mecz z gatunku o 6 punktów i zespół, który osiągnie lepszy wynik wydostanie się ze strefy spadkowej. Mecz z większym zaangażowaniem i większą ochotą do ofensywnej gry rozpoczęli gospodarze. Ich ataki były szybkie, przemyślane i bardzo groźne. Oldboysom udało się wyjść na prowadzenie, Adam Włodarczyk najpierw uderzył z dystansu zdobywając pierwszą bramkę, a chwilę później podwyższył prowadzenie swojego zespołu. Po chwili pełnej dominacji gospodarzy, do głosu doszedł zespól w zielonych strojach, a swoją pierwszą bramkę w tym spotkaniu zdobył Kamil Jagsch. W pierwszej połowie jednak to zespół z osiedla Derby lepiej grał w piłkę, a show w pierwszych 25 minutach skradł Adam Włodarczyk, który skompletował Hat-tricka i dołożył do tego asystę. 4:1 do przerwy i wydawało się, że będąc w 7 osób na meczu zespół Green Teamu będzie miał problemy z odrobieniem strat. Cóż, tak nakazywałaby logika, ale inne zdanie w tym temacie miał wspomniany wcześniej Kamil Jagsch. Od wyniku 4:1 do wyniku 4:6 to aż cztery bramki tego napastnika, który niemal w pojedynkę wyprowadził swój zespół na prowadzenie i w bezpośrednim starciu wypadł lepiej od Adama Włodarczyka, z którym toczył pojedynek o MVP kolejki w 11 lidze. Za Kamilem stał jednak wynik spotkania, bo ostatecznie jego zespół odrobił straty i nie oddał już prowadzenia do końca meczu. Było to bardzo emocjonujące spotkanie, które dzięki indywidualnemu zrywowi jednego zawodnika wygrał zespół gości, dzięki czemu odskoczyli w ligowej tabeli swoim rywalom.

 

VISTULA VARSOVIA - KOMETA WARSZAWA (4:17)
Pierwsze spotkania w tej lidze pokazały, że dwunasty poziom rozgrywkowy dla drużyny Komety Warszawy to stanowczo za niskie progi. Nie dość, że bez straty żadnego punktu są liderami w tabeli to i rozmiary ich zwycięstw są bardzo przekonywujące. Tym razem ich przeciwnikiem był zespół Vistuli Varsovia, który do tej pory uzbierał tylko trzy punkty. Warto zauważyć, że zdobył je tydzień temu ze znacznie niżej notowanym przeciwnikiem. Początkowe fragmenty spotkania pokazały, kto po tym meczu będzie w lepszych humorach. Większość groźnych sytuacji przeprowadzali goście i to oni szybko wyszli na kilkubramkowe prowadzenie. Gospodarze pierwszy raz pokonali bramkarza gości dopiero przy wyniki 0:6 i to był jedyny skuteczny strzał w pierwszej połowie meczu. Gospodarzom po stracie bramki jeszcze raz udało się pokonać golkipera gospodarzy i drużyny schodziły na przerwę z wynikiem 1:7 dla faworytów. Druga część meczu wyglądała bardzo podobnie do pierwszych 25 minut. Prowadzenie Komety z biegiem czasu było coraz wyższe. Strzelone bramki sprawiły, że w szykach obronnych gości było trochę więcej wolnego miejsca co kilka razy udało się wykorzystać zawodnikom Vistuli. Ostatecznie mecz zakończył się bardzo wysokim wynikiem 4:17. Warto odnotować, że szesnaście bramek zdobył duet Ziółkowski-Pasik, którzy umocnili się na prowadzeniu w tabeli strzelców. Zespół Komety Warszawa zrobił kolejny krok do końcowego sukcesu i pewnie zmierza w tym kierunki. Zawodnicy Vistuli Warsovia muszą jak najszybciej zapomnieć o tym spotkaniu i liczyć na zdobycze punktowe z niżej notowanymi rywalami.

 

 

Data utworzenia artykułu: Ponad 2 tygodnie temu, 2021-11-11
Facebook
Tabela
Liga :
Poz Zespół M Pkt. Z P
4   TUR Ochota 9 15 5 4
9   Mixamator 9 7 2 6
6   AnonyMMous! 9 12 4 5
5   East Wind 9 13 4 4
3   FC Kebavita 9 17 5 2
10   Narodowe Śródmieście 9 3 1 8
8   Contra 9 9 3 6
7   FC Impuls UA 9 10 3 5
1   FC Gorlicka 9 24 8 1
2   In Plus & Pojemna Halina 9 22 7 1
Social Media
Reklama


609 021 030
kontakt@ligafanow.pl
www.ligafanow.pl