Sezon 2016/2017
Relacje meczowe: 2 Liga
Warszawska Ferajna po pokonaniu Tylko Zwycięstwo zwiększyła swoje szanse na pozostanie w 2.lidze. Ale oczywiście tamten sukces był kroplą w morzu potrzeb zespołu Kacpra Domańskiego, którego zresztą (podobnie jak i kilku innych graczy) zabrakło w niedzielne popołudnie. Po drugiej stronie boiska stanęła tym razem ekipa FC Niko UA. Chłopaki zastąpili AFC Goodfellas, ale do tej pory odnieśli tylko jedno zwycięstwo, chociaż w pozostałych spotkaniach też spisywali się nieźle. I chociaż zdawali się być lekkimi faworytami tej potyczki, to tego ciężaru nie zdołali udźwignąć. Ten mecz od początku im się nie układał. Nie mieli pomysłu, jak dobrać się do skóry przeciwnikowi, z kolei Ferajna grała kompaktowo, solidnie i czekała na swoje okazje. I doczekała się. W 12 minucie pięknym strzałem z dystansu popisał się Wiktor Kozłowski, a tuż przed końcem tej części gry na 2:0, po świetnej kontrze, podwyższył Kamil Burdalski. Niko zdążyło jednak częściowo odpowiedzieć – najpierw zdobyli gola na 2:1, a potem zanotowali jeszcze strzał w słupek. Coś się tutaj zaczynało zazębiać i byliśmy ciekawi, czy potwierdzi się to w drugiej połowie. I początkowo tak było, bo na 2:2 fantastycznym strzałem z dystansu popisał się Serhii Akhimovych, co sugerowało, że Ferajna powoli zaczyna być w odwrocie. Mecz był już wtedy bardzo wyrównany i chociaż przewaga psychologiczna była teoretycznie po stronie ekipy z Ukrainy, to na kolejnego gola trochę przyszło nam poczekać. I paradoksalnie – wcale nie padł on dla zespołu Anatolija Ursu. Bo to właśnie jego ekipie przytrafiła się fatalna pomyłka w defensywie, z której perfekcyjnie skorzystał Kuba Żmijewski, przywracając nominalnym gospodarzom prowadzenie. A za chwilę było już po meczu. Po nieudanej akcji Niko, Ferajna wyszła z kontrą, którą idealnym strzałem zewnętrzną częścią stopy wykończył Kamil Burdalski. To był techniczny majstersztyk! Po tym ciosie przegrywający już się nie podnieśli i Ferajna wygrała drugi mecz z rzędu. Zasłużenie, bo była lepiej poukładana, skuteczniejsza, potrafiła uwypuklić swoje atuty i nie było widać, jak wielu ważnych zawodników nie ma w jej składzie. Kacper Domański może być dumny z chłopaków. FC Niko trochę nas rozczarowało, bo spodziewaliśmy się po nich troszkę więcej. Niewiele rzeczy z ich strony zapadło w pamięć, poza kapitalnym golem na 2:2. Z taką grą cudów byśmy się nie spodziewali i nie zdziwimy się, jeśli za 2-3 kolejki, ta ekipa wyląduje w strefie spadkowej.
Dziki Młochów po kilku spotkaniach bez zwycięstwa w ostatniej w końcu dopięli swego i dorzucili do dorobku trzy punkty. Dla ich rywali ostatnie trzy mecze kończyły się poniżej oczekiwań, ponieważ wszystkie zakończyły się porażkami. Pierwsi bramkę zdobyli gospodarze, ale odpowiedź ich rywali była natychmiastowa. Dwa razy udało im się pokonać golkipera przeciwników i to oni wyszli na prowadzenie. Stracone bramki podziałały mocno mobilizująco na zespół z Młochowa, który aż trzykrotnie trafił do siatki rywali. Kilka minut później w protokole meczowym ponownie był wynik remisowy, jednak końcówka pierwszej części meczu była piorunująca w wykonaniu Dzików. Drużyna ta trzykrotnie cieszyła się z trafień i do przerwy wynik brzmiał 7:4. Druga połowa zaczęła się lepiej dla Green Lantern, którzy rozpoczęli strzelanie w tej części gry. Niestety dla nich w kolejnych minutach inicjatywę przejęli rywale, którzy z biegiem czasu powiększali przewagę. Głównymi motorami napędowymi ekipy z Młochowa był duet Jacek Miracki - Przemysław Skrzydlewski, którzy razem strzelili siedem bramek i mieli sześć kluczowych podań. Ostatecznie mecz zakończył się zwycięstwem Dzików 12:6, co pozwala liczyć się w walce o medale. Zawodnicy Green Lantern ponoszą natomiast kolejną porażkę z rzędu i ich sytuacja w tabeli robi się mało mało komfortowa.
Minionej niedzieli na obiektach AWF-u mierzyły się ze sobą ekipy liderującej Husarii Mokotów oraz czerwonej latarni ligi, Korsarzy. Mimo widocznej w tabeli przepaści dzielącej obydwie drużyny, wysoki poziom trzeciego szczebla rozgrywek gwarantuje zawsze ogrom emocji. Tym razem nie było inaczej. Od samego początku obydwie ekipy próbowały zweryfikować, na co stać drużynę przeciwną. Po okresie wzajemnego poznawania pierwsi do głosu doszli sensacyjnie goście, którzy relatywnie szybko i sprawnie wyszli na prowadzenie. Po trafieniu Marcinkiewicza przyszła pora na kolejne okazje, które na bramki zamieniali odpowiednio Chrapowicki oraz Kowalewski. Jakby tego było mało, po niewybrednej serii komentarzy Eryka Kopczyńskiego, gospodarzy osłabiła najpierw żółta, a w konsekwencji bezpośrednia czerwona kartka, dla młodego i utalentowanego zawodnika. Husaria mimo takiego obrotu sytuacji zachowała relatywnie bliski kontakt z zespołem Korsarzy, do przerwy przegrywając 0:3. W drugiej odsłonie tego pojedynku, podobnie jak i w pierwszej nie mogliśmy narzekać na brak emocji. Mianowicie tuż po rozpoczęciu gry, bramkarza gości Pawła Wiśniewskiego pokonał Patryk Olkowicz. Niestety w odpowiedzi rywal ponownie przejął inicjatywę, strzelając kolejne dwie bramki. Od tego momentu mecz nabrał szalonego tempa, a przysłowiowy worek z bramkami został otwarty. Od stanu 1:6 mieliśmy przyjemność oglądać prawdziwy piłkarski spektakl, którego bohaterem był jeden aktor. Mowa tu o Piotrze Milewskim, który zdobył trzy bramki oraz zanotował jedną asystę. W momencie, gdy wszystko zdawało się układać po myśli drużyny z Mokotowa, piłkę do siatki skierował Loic Bonnet. Husaria nie złożyła broni i kolejny raz zdobyła gola kontaktowego. Pełną nerwów końcówkę spotkania przypieczętował rzut karny, podyktowany w ramach ostatniej akcji meczu. Do piłki podszedł wtedy Tomasz Hubner, żywa ikona tego zespołu… Nie będziemy jednak próbowali kamienować w tej relacji wykonawcy, mylili się przecież najlepsi. Cesarzowi należy oddać co cesarskie, a fantastyczną interwencją, która zapewniła trzy punkty Korsarzom, popisał się Wiśniewski, zamykając dostęp do bramki przy wyniku 6:7.
W tym meczu Tylko Zwycięstwo było raczej skazywane na porażkę i patrząc na układ tabeli nie było możliwości, aby pomyśleć inaczej. Jednak jak się potem okazało, ekipa braci Jałkowskich pokazała pazur i doprowadziła do największej sensacji w tej kolejce. Początek meczu nie zapowiadał niespodzianki – KSB od pierwszego gwizdka mocno napierało na bramkę Macieja Jędrycha. Już w 1 minucie golkiper TZu w ostatniej chwili wytrącił piłkę spod nóg napastnika gości, a w 3 minucie obronił kombinacyjny strzał z rzutu wolnego. Gospodarze dłużni nie pozostawali i w 8 minucie wyszli na zaskakujące prowadzenie po golu Piotra Wadowskiego. Nie utrzymało się ono zbyt długo i goście wyrównali bramką Sebastiana Sobieszczuka, ale już w kolejnej akcji Stanisław Włoczewski trafił dla TZu. KSB zripostowało trafieniem Szymona Puny, ale w 15 minucie Tylko Zwycięstwo ponownie wyszło na prowadzenie po golu Michała Hylika. Tym razem inicjatywa utrzymała się po stronie gospodarzy i na 4:2 trafił Piotr Wadowski. Obie ekipy zapunktowały jeszcze jednokrotnie i pierwsza połowa skończyła się zaskakującym prowadzeniem TZ 5:3. Tego dnia w zespole KSB coś wyraźnie nie zatrybiło. Zabrakło drużynowego zgrania i spokoju, za to pojawiło się sporo nieporozumień i wzajemnych pretensji, które przełożyły się na skuteczność. Z drugiej strony Tylko Zwycięstwo nie miało zbyt dużo okazji, ale starało się wykorzystać każdy kontakt z piłką i każdą kontrę, aby zdekoncentrować przeciwnika i urwać trochę czasu lub zagrozić bramce Kacpra Kułakowskiego. Po wznowieniu gry Sebastian Sobieszczuk szybko wbił piłkę do siatki i zmniejszył prowadzenie gospodarzy do jednego oczka, jednak Tylko Zwycięstwo postawiło bardzo twarde warunki gry, czasem na granicy faulu i KSB nie mogło odnaleźć swojego rytmu meczowego. Kilkoma bardzo dobrymi interwencjami popisał się Maciej Jędrych, a TZ widząc, że może zostać zwyczajnie zabiegany przez młodszych przeciwników cofnął się do obrony i próbował odpowiadać kontratakami. Taktyka ta okazała się absolutnie słuszna, bo w 40 minucie w takiej właśnie sytuacji gola na 6:4 zdobył Grzegorz Dybcio. Po wznowieniu KSB rzuciło się do ataku, ale 100% sytuacja skończyła się koszmarnym pudłem. W 45 minucie po strzale z dystansu piłka odbiła się od poprzeczki i zrykoszetowała przed linią bramkową. Gospodarze przestawili się na tryb „obrona Częstochowy”, lecz gol KSB wisiał w powietrzu. W 48 minucie w końcu udało się Szymonowi Punie pokonać golkipera TZu, ale na wyrównanie zabrakło czasu, choć wynik pozostawał otwarty do ostatniego gwizdka. Tylko Zwycięstwo pokazało lata doświadczenia oraz boiskowy charakter i wywiozło z tego spotkania trzy punkty, oddalając od siebie widmo spadku. KSB wprawdzie straciło punkty z niżej notowanym rywalem, ale w obliczu porażki Husarii zachowało drugie miejsce w tabeli, choć jest to wyraźny sygnał, że na więcej takich potknięć ekipa z Bródna nie może sobie już pozwolić.
Orzeły Stolicy przed meczem zajmowały trzecie miejsce w tabeli. Ich rywale byli tuż za podium, więc starcie tych ekip zapowiadało się niezwykle ciekawie. Chwilę po 22:00 gwizdek sędziego wybrzmiał po raz pierwszy i od razu otrzymaliśmy niezwykle wysokie tempo gry. Młodzi zawodnicy z Ursynowa ruszyli do ataku i to oni wyszli na prowadzenie. Orzeły jednak szybko podniosły rękawicę i nie zamierzały się bronić, lecz dążyli do stwarzania sobie sytuacji. Dobrze w defensywie i ofensywie wyglądał Janek Wnorowski, dla którego nie było straconych piłek. Gospodarze fajny okres swojej gry przekuli na bramkę wyrównującą. Od tego momentu mieliśmy mniej skuteczny fragment meczu i do przerwy oba zespoły potrafiły strzelić po jednej bramce. Po 25 minutach rywalizacji było 2:2. Po zmianie stron do stanu 4:4 nikt nie wypracował sobie większej przewagi. Wtedy Orzeły wykreowały dwie znakomite akcje, które postawiły rywali w ciężkim położeniu. Przy stanie 6:4 UEFA Mafia nie miała już nic do stracenia i musiała rzucić na szalę wszystko co najlepsze. Wystarczyło to na bramkę na 6:5. W końcówce nie brakowało rozpaczliwych wrzutek w pole karne, lecz bez efektu i to gospodarze po końcowym gwizdku mogli się cieszyć z trzech punktów. W niedzielę nie brakowało niespodzianek w 2.lidze, ale wygrana Orzełów choć również mogła wielu zaskoczyć, nie była przypadkowa. Ekipa Janka Wnorowskiego nadal walczy o mistrzostwo, a goście muszą liczyć nie tylko na siebie, ale i na inne ekipy, które muszą gubić punkty w kolejnych meczach.







)
)
)
)
)
)
)
)
)
)