reklama reklama
usuń na 24h reklama
menu ligowe
Archiwum
poziomy rozgrywek
aktualnośći
aktualnośći
Rozgrywki
Statystyki
Futbol.tv
turnieje
Wywiady
DECATHLON CUP
Galeria
Ekstraklasa
1 Liga
2 Liga
3 Liga
4 Liga
5 Liga
6 Liga
7 Liga
8 Liga
9 Liga
10 Liga
11 Liga
12 Liga
13 Liga
14 Liga
15 Liga
16 Liga
ID
Godzina
Gospodarz
Wynik
Gość
Raport
1
11:00
( 3 : 2 )
3 : 3
Raport

Byliśmy przekonani, że konfrontacja AFC Goodfellas z Orzełami Stolicy będzie fajnym, 50-minutowym spektaklem. Sugerowały to dotychczasowe osiągnięcia jednych i drugich w Lidze Fanów, ale też piłkarski potencjał. Trochę żałowaliśmy jednak, że na inauguracji po obydwu stronach nie było wszystkich kluczowych zawodników – w Goodfellas nie zagrał choćby Yaroslav Manzhaliy, a w Orzełach nie było np. Maćka Kiełpsza. Z pierwszym gwizdkiem sędziego przestało to mieć jednak jakiekolwiek znaczenie. Mecz zaczął się dobrze dla Jana Wnorowskiego i spółki. To oni objęli prowadzenie i zamiar był taki, by pójść po kolejne trafienia. Zamiast tego doszło do całkowitej zmiany obrazu spotkania – Orzeły doświadczyły w pewnej fazie pierwszej połowy totalnego blackoutu i ze stanu 1:0, dosłownie w kilka minut zrobiło się 1:3. Przegrywający szybko się otrząsnęli, tuż przed przerwą zanotowali trafienie kontaktowe i to zwiastowało duże emocje przed finałową odsłoną. Tutaj również działo się naprawdę sporo. Orzeły przesunęły do przednich formacji Jana Wnorowskiego, a ten robił sporo zamieszania w szeregach obronnych przeciwnika. Mimo to, więcej okazji mieli rywale, którzy nie potrafili jednak zdobyć bramki na 4:2, a wydaje się, że mogła być ona kluczowa dla losów kompletu punktów. Co nie udało się Goodfellas, zrobili oponenci – wynik zmienił się na 3:3 i to totalnie otworzyło mecz, który tak naprawdę mógł się potoczyć w każdy możliwy sposób. Piłkę meczową miał Jan Wnorowski, który z rzutu wolnego trafił w poprzeczkę. Końcowy wynik czyli 3:3 chyba nie krzywdzi żadnej ze stron. Być może większy niedosyt odczuwają Goodfellas, bo jednak prowadzili różnicą dwóch bramek, ale dodajmy, że w ich składzie wystąpiło kilku nowych graczy i widocznie potrzeba czasu, by ich gra wyglądała tak, jak w zeszłym sezonie. Orzeły z tego jednego punktu powinny być bardziej zadowolone. Oczywiście zawsze fajnie rozpocząć sezon od zwycięstwa, ale remis w tych okolicznościach, z tylko jednym zawodnikiem na zmianę, należy potraktować w kategoriach umiarkowanego sukcesu.

2
14:00

Przed rozpoczęciem tego spotkania mieliśmy apetyty na dobry, wyrównany pojedynek przystępującej do naszych rozgrywek Husarii Mokotów z doświadczoną i ograną na naszych boiskach Warszawską Ferajną. Niestety dla widowiska od pierwszego gwizdka sędziego widać było znaczącą różnicę w jakości piłkarskiej zawodników z Mokotowa. Już po upływie pierwszego kwadransa wszystko było jasne. Husaria prowadziła 6-0, a pojedyncze ataki Warszawskiej Ferajny zdawały się w ogóle nie robić najmniejszego wrażenia na defensorach gospodarzy. Do zakończenia pierwszej odsłony meczu gospodarze dorzucili jeszcze dwa gole i przy wyniku 8-0 oba zespoły schodziły na zasłużony odpoczynek. W drugiej połowie obraz gry się nie zmienił. Duet Piotr Milewski - Jan Grzybowski rozmontowywał co i raz obronę Warszawskiej Ferajny, która nie mogła sobie poradzić z tak dysponowanym rywalem. Goście raz na jakiś czas atakowali bramkę Husarii, ale jak już udało się dojść do sytuacji strzeleckiej, to na przeszkodzie stawał dobrze dysponowany Norbert Wierzbicki. Husaria potwierdziła swoje aspiracje, które są bardzo wysokie, natomiast Warszawska Ferajna mimo rozegranych dużej ilości sparingów przed rozpoczęciem sezonu musi jeszcze poszukać swojej optymalnej formy i wrócić na zwycięski szlak, bo na pewno tego od swojej drużyny oczekuje Kacper Domański. 

3
19:00
( 1 : 2 )
6 : 3
Raport

Przewidywaliśmy, że w tym meczu emocji nie zabraknie i zdaje się, że zawodnicy obu drużyn wzięli sobie nasze predykcje do serca i postarali się o świetne widowisko. Dla KSB był to debiut w naszych rozgrywkach i chłopakom na pewno zależało, żeby pokazać się z jak najlepszej strony, ale pierwsze minuty meczu raczej nie nastrajały zbyt pozytywnie. W 4 minucie wynik otworzył Taras Rudets, ale był to nieco przypadkowy gol, który nie powinien się zdarzyć. Gospodarze naciskali w ataku, ale absolutnie fenomenalną formą popisywał się Arkadiusz Żyznowski i dało się zauważyć lekką frustrację w szeregach ofensywnych KSB. W 16 minucie bramkarz gospodarzy wyszedł głęboko w pole, a piłka trafiła pod nogi Przemysława Skrzydlewskiego, który pięknym lobem przez pół boiska zapakował piłkę do siatki. Mimo to zawodnicy Michała Tarczyńskiego nie spuścili głów i już minutę później złapali gola kontaktowego autorstwa Macieja Grabickiego i było to ostatnie trafienie, które oglądaliśmy w pierwszej połowie. Druga część spotkania była jeszcze bardziej zacięta i wyrównana – najpierw Dziki zmarnowały stuprocentową okazję, a po kontrataku wyrównał Maciej Grabicki. Chwila nieuwagi w obronie i w 34 minucie goście znów wyszli na prowadzenie po golu Przemysława Skrzydlewskiego, a kolejne parady Arkadiusza Żyznowskiego podkopywały morale zawodników KSB. Momentami wydawało się, jakby piłkarze KSB próbowali skruszyć mur, ale ich determinacja w końcu przyniosła owoce – w 38 minucie wyrównał Stanisław Dźwigała, a w końcówce napad gospodarzy w końcu złapał wiatr w żagle. W 43 minucie gola na 4:3 zdobył absolutny bohater KSB Maciej Grabicki, a dwie minuty później dołożył na swoje konto czwarte trafienie. Wyraźnie podłamało to opór Dzików, którym skończyły się pomysły na przełamanie obrony przeciwników. W ostatniej minucie meczu wynik na 6:3 ustalił Sebastian Sobieszczuk i po niezwykle wyrównanym starciu KSB Warszawa zgarnął swoje pierwsze trzy punkty w Lidze Fanów.   

4
20:00

Minionej niedzieli mieliśmy ogromną przyjemność rozpocząć nasze ligowe zmagania. W ramach drugiej ligi zmierzyły się ze sobą ekipy Green Lanternu oraz Tylko Zwycięstwo. Na papierze faworyt był jeden, mianowicie Mikołaj Wysocki i spółka. Przed spotkaniem jednak, nie można było skreślać gospodarzy, którzy rok temu na tym poziomie rozgrywkowym zajęli trzecie miejsce. Mimo pozornej przewagi gości, gracze w błękitnych strojach sumiennie wywiązywali się ze swoich defensywnych założeń, co w zestawieniu z brakiem dokładności ofensywy Green Lanternu, skutkowało długo utrzymującym się remisem. Finalnie po podaniu Gąstała piłkę w siatce umieścił Biliński. Trafienie to było niewątpliwie kluczowe, ponieważ otworzyło ,,worek z bramkami". Dodatkowo należy nadmienić, że gol cechował się nietuzinkową urodą, ponieważ piłka wylądowała w bramce Jędrycha po sprytnym strzale piętą. Przed przerwą goście zdołali umocnić swoje prowadzenie, schodząc na przerwę przy stanie 0:2. Druga odsłona rywalizacji nie odbiegała przebiegiem od pierwszej. Gracze w czarnych strojach zdominowali rywala, aplikując im aż pięć bramek w drugiej odsłonie. Dzięki temu Green Lantern może z nadziejami patrzeć w przyszłość. Kapitalny start sezonu i wygrana 7:1 uplasowała ich na drugim miejscu tuż za pierwszą drużyną Husarii Mokotów. Tylko Zwycięstwo w najbliższej kolejce zmierzy się natomiast z UEFA Mafia Ursynów. Będzie to dla nich niewątpliwie szansa na wyjście na prostą oraz zdobycie premierowych punktów w tym sezonie.

5
21:00

Mecz pomiędzy Korsarzami i UEFA Mafia Ursynów zapowiadał się od samego początku wyśmienicie. Wszyscy mogli próbować swoich sił przed meczem w typerze, bo hit 2 kolejki został przewidziany do typowania w naszej cotygodniowej zabawie. Okazało się, że mieliśmy nosa, bo to spotkanie stało od samego początku na bardzo wysokim poziomie. Pierwsza połowa rozpoczęła się w miarę spokojnie, chociaż widać było, że tempo gry jest szybkie, a nikt z zawodników nie chciał odpuszczać żadnej piłki. Spokój nie potrwał długo, bo po kilku chwilach Jakub Komendowicz wyprowadził drużynę gości na prowadzenie. Korsarze odpowiedzieli jednak bardzo szybko, bo wyrównał szalenie skuteczny tego dnia Patryk Orzeł. Taki rozwój wydarzeń zapowiadał istną kanonadę, co po chwili znalazło potwierdzenie w przebiegu spotkania. Najpierw zawodnicy z Ursynowa wyszli na dwubramkowe prowadzenie, by ponownie Orzeł zmniejszył jego rozmiary. Do przerwy mieliśmy kolejną serię trafień i na zasłużony odpoczynek drużyny zeszły przy wyniku 3:5. W tym momencie wszyscy typerzy, którzy mieli UEFA Mafia na konkursowym kuponie, zacierali ochoczo ręce. Okazało się jednak, że młoda drużyna gości z każdą minutą oddaje inicjatywę, a drużyna Korsarzy zaczęła wykorzystywać swoje doświadczenie. Sygnał dał Damian Wolski, po chwili dubel ustrzelił Bartłomiej Kowalewski i gospodarze wyszli na prowadzenie 6:5. Ostatnią bramkę spotkania strzelił Beniamin Chrapowicki i ostatecznie Korsarze wygrali 7:5. Trzeba jednak przyznać, że cały mecz, to było niesamowite widowisko i żadne słowa nie oddadzą tej dramaturgii, którą momentami oglądaliśmy na Arenie AWF.

Reklama